Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

sobota, 4 października 2025

Prowokacja gliwicka







przedruk


03.10.2025, 22:45

W mieście rządzonym przez żonę Budki uczczą pamięć wypędzonych... Niemców. 


W Gliwicach, w dzielnicy Bojków, wkrótce gościć będzie grupa posłów landtagu Północnej Nadrenii-Westfalii. Niemcy uczczą pamięć... Niemców wypędzonych z Bojkowa po II wojnie światowej. 

- Dla narodu polskiego promowanie tego typu inicjatyw jest co najmniej nie na miejscu - uważa gliwicki radny i społecznik, Olaf Pest. Dyrektor szkoły, której młodzież weźmie udział w niemieckim spotkaniu, nie widzi w tym nic zdrożnego. Także władze miasta Gliwice – organu prowadzącego szkołę – z prezydent Katarzyną Kuczyńską-Budką z Platformy na czele nie dostrzegają w tym nic złego, choć sama prezydent z delegacją niemiecką się nie spotka.


Autor: Agnieszka Kołodziejczyk


20 października w Gliwicach gościć będzie grupa posłów landtagu Północnej Nadrenii-Westfalii. To członkowie tzw. komisji głównej partii rządzących, czyli CDU i Zielonych. Do Polski przyjedzie po dwóch posłów z każdej z tych partii. Odwiedzą m.in. Bojków, dziś dzielnicę Gliwic, w latach 20. XX wieku odrębną miejscowość, w której w czasie Plebiscytu i Powstań Śląskich 99 proc. osób opowiedziało się za przynależnością do Niemiec. Uczczą pamięć wypędzonych stąd po II wojnie światowej Niemców.

To nie Niemcy są ofiarami, a Polacy

Niemcy po wojnie zostali wysiedleni z terenów przyznanych Polsce. Trzeba jednak jasno podkreślić, że Polska nie miała z tym nic wspólnego jako strona decyzyjna. Losy granic i ludności zostały przesądzone w Jałcie przez aliantów, a ich konsekwencją było oddanie Polski w strefę wpływów Stalina. Czy w Gliwicach, mieście-symbolu, które Hitler wykorzystał w 1939 roku do prowokacji, dającej pretekst do ataku na Polskę – to właśnie Niemcy powinni stawać dziś w roli ofiar? (…) To odwrócenie ról ofiary i sprawcy – sytuacja, w której ci, którzy odpowiadają za krzywdę, próbują przedstawiać siebie jako poszkodowanych

- podkreśla lokalny portal "Dzisiaj w Gliwicach".


Dla narodu polskiego promowanie tego typu inicjatyw jak odwiedziny posłów niemieckich, którzy pokazują się w roli ofiar jest co najmniej nie na miejscu

- nie kryje w rozmowie z Niezalezna.pl Olaf Pest, radny Rady Miejskiej w Gliwicach z Prawa i Sprawiedliwości i członek Klubu GP w Gliwicach.

- Niestety ta wizyta wpisuje się w praktykę, która od ponad roku jest coraz bardziej widoczna w Gliwicach, gdzie różne środowiska proniemieckie i niemieckie są coraz bardziej widoczne. W ostatnim czasie obchodziliśmy, np. Dni Dziedzictwa Kulturowego. Ich przekaz był taki, że Gliwice są miastem... niemieckim. Były pokazywane dwie dzielnice miasta oraz sąsiadujące z Gliwicami sołectwo, gdzie występuje mniejszość niemiecka. I to było dziedzictwo kulturowe Gliwic!

Dodatkowo pod koniec września Miejska Biblioteka Publiczna, prowadzona przez miasto Gliwice, wspólnie ze Związkiem Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce zrealizowała projekt „Niemiecki Dom Kultury”. W jego ramach, zorganizowano wykład na temat tego, jak „przez brak zrozumienia historii Śląska” niszczone są symbole niemieckiej obecności w naszym regionie. Projekt został sfinansowany przez - polskie! - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Ojczyzny.


Radny Pest zwraca uwagę, że jako naród jesteśmy bardzo mocno doświadczeni przez Niemcy. Miliony Polaków zostało wymordowanych i nawet nie wypłacono nam reparacji.

Przyjmowanie niemieckich posłów i organizowanie im spotkań z młodzieżą, szczególnie w Bojkowie, w którym mieszkają potomkowie Polaków wypędzonych z naszych ziem wschodnich, które zostały nam zabrane - jest moim zdaniem - czymś absurdalnym i niedopuszczalnym. Zamiast takich inicjatyw, energię i zasoby publiczne powinniśmy przekierować na kształtowanie postaw patriotycznych, poczucia odpowiedzialności za Polskę – naszą wspólną ojczyznę. One budują w młodym pokoleniu świadomość, że wolność i niepodległość nie są dane raz na zawsze, lecz wymagają pielęgnowania i troski każdego dnia. Samorząd, inwestując w tego rodzaju programy, nie tylko wzmacnia wspólnotę, ale także przyczynia się do trwałego rozwoju całego państwa

– podsumowuje radny Pest.


Co na to prezydent Kuczyńska-Budka?

Władze Gliwic, prezydentem jest tu Katarzyna Kuczyńska-Budka z Platformy, nie widzą nic zdrożnego w wizycie niemieckich posłów. Ale Kuczyńska-Budka sama w wydarzeniach w Bojkowie udziału nie weźmie.

- Miasto Gliwice nie jest organizatorem ani współorganizatorem tej wizyty - zastrzega Wioleta Niziołek-Żądło, p.o. dyrektora wydziału promocji i komunikacji społecznej UM w Gliwicach, gdy pytamy, czy sprawa nie jest kontrowersyjna. Organizatorami wizyty delegacji Niemiec są Fundacja Dom Górnośląski w Ratingen oraz Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej w Gliwicach.

- Wspólną podróżą posłowie frakcji koalicyjnych chcą dać znak pamięci. Na cmentarzu w Bojkowie zostaną złożone wieńce kwiatów przy grobach dwóch Westerplattczyków, przy zbiorowej mogile niemieckich mieszkańców Schönwaldu, dzisiejsze Gliwice-Bojków, zamordowanych przez Armię Czerwoną oraz przy pomniku ofiar Marszu Śmierci z Auschwitz. Na Placu Cysterskim bojkowianie organizują upamiętnienie 80. rocznicy przesiedlenia Schoenwaldian, polegające na złożeniu kwiatów pod pomnikiem. Ale bez uroczystości i przemówień

- ucina urzędniczka.


Prowokacja gliwicka

W całej sprawie bulwersuje jeszcze jeden aspekt. To właśnie sfingowany atak na niemiecką radiostację w Gliwicach (wówczas Gleiwitz) posłużył nazistowskiej propagandzie jako pretekst do rozpoczęcia inwazji na Polskę, a tym samym do wybuchu II wojny światowej.

Głównym celem prowokacji było zrzucenie na Polskę odpowiedzialności za rozpoczęcie wojny. Adolf Hitler chciał stworzyć wrażenie, że Niemcy padły ofiarą polskiej agresji, co miało usprawiedliwić atak w oczach niemieckiej opinii publicznej oraz zniechęcić sojuszników Polski – Francję i Wielką Brytanię – do wywiązania się ze zobowiązań sojuszniczych.

Operacja, nadzorowana przez Reinharda Heydricha, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), została bezpośrednio przeprowadzona przez niewielki oddział funkcjonariuszy SS dowodzony przez Alfreda Naujocksa. Około godziny 20:00 uzbrojeni napastnicy w cywilnych ubraniach, udający polskich powstańców śląskich, wtargnęli na teren radiostacji. Sterroryzowali jej niemiecką załogę i próbowali nadać komunikat w języku polskim.


Z powodów technicznych i braku rozeznania napastników, udało im się wygłosić przez mikrofon burzowy zaledwie kilka słów, które dotarły do lokalnych radiosłuchaczy: "Uwaga, tu Gliwice. Radiostacja znajduje się w polskich rękach...".


Aby uwiarygodnić "polski atak", Niemcy przywieźli na miejsce Franciszka Honioka, 43-letniego mieszkańca pobliskiej wsi, polskiego działacza i powstańca śląskiego, aresztowanego dzień wcześniej. Został on odurzony, zastrzelony, a jego ciało pozostawiono na miejscu jako dowód na to, że napastnicy byli Polakami. Franciszek Honiok jest dziś uważany za pierwszą ofiarę II wojny światowej.


-----



29.09.2025, 08:12

Niemiecka delegacja przyjedzie do Gliwic i... będzie rozmawiać z młodzieżą. Ot, "lekcja historii"



W przyszłym tygodniu Gliwice odwiedzi delegacja z Bundestagu. Oficjalnie — celem wizyty jest „upamiętnienie wysiedleń Niemców po II wojnie światowej” oraz spotkanie z młodzieżą. W praktyce? Trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z kolejną próbą przepisania historii na niemiecką modłę.


Autor: Anna Zyzek


Delegacja odwiedzi mogiłę mieszkańców dawnego Schönwaldu (obecnie Bojków), którzy zginęli w 1945 roku w czasie wkroczenia Armii Czerwonej. Upamiętnienie tych ofiar zostało włączone do programu jako część niemieckiej narracji o „wypędzeniach”. Temat ten od lat pojawia się w niemieckim dyskursie historycznym, często bez odniesienia do przyczyn, czyli agresji III Rzeszy i zbrodni wojennych na ludności Polski, Czech, Ukrainy czy Jugosławii.

"Lekcja historii"

Jak powszechnie wiadomo - Polska nie odpowiadała za wysiedlenia ludności niemieckiej. Decyzje te zostały podjęte przez aliantów w Jałcie i Poczdamie, jako konsekwencja niemieckiej napaści i okupacji Europy. Mimo to, w niemieckich wystąpieniach często brakuje szerszego kontekstu. W efekcie próbuje się stawiać znak równości między sprawcą a ofiarą.


W ramach wizyty delegacja Bundestagu spotka się również z uczniami jednego z gliwickich liceów. Ma to być „lekcja historii” poświęcona powojennym przesiedleniom. Trudno jednak oczekiwać, by pojawiły się tam trudne tematy, takie jak kwestia reparacji wojennych, zniszczeń dokonanych przez Niemców w Polsce czy brak rozliczeń za grabież majątku kulturowego i gospodarczego.

Kto to organizował?

Program wizyty obejmuje również Auschwitz I i Auschwitz II-Birkenau, Muzeum Schindlera, Wawel, Wieliczkę oraz Wadowice. Są to miejsca symboliczne, ważne dla polskiej i europejskiej pamięci historycznej. Jednak same odwiedziny nie zastępują odpowiedzialności politycznej i moralnej, ani nie anulują nierozliczonych zobowiązań.

Gliwice, mimo że są gospodarzem części wizyty, nie były stroną jej organizacji. Informacje o planowanych wydarzeniach dotarły do miasta z opóźnieniem. Rzecznik prezydenta Gliwic zaznaczył, że każde upamiętnienie powinno być oparte na faktach i szacunku wobec wszystkich ofiar — nie tylko wybranych.

Wizyta niemieckich parlamentarzystów wpisuje się w szerszy trend działań podejmowanych przez Niemcy w ostatnich latach: budowanie narracji o „niemieckich ofiarach” przy jednoczesnym marginalizowaniu tematów odpowiedzialności, reparacji i historycznego rozliczenia.





------------


Remont, gdy cały świat patrzy na Warszawę...


[...]

Konkurs pianistyczny im. Chopina może dać polskiej stolicy ogromne korzyści, gdyż należy do najbardziej znanych i uznanych na świecie. Muzyka Chopina od dekad podbija świat, a szczególnie Azję (głównie Chiny i Japonię), gdzie jest wręcz przedmiotem kultu. A sam konkurs cieszy się ogromną popularnością, co inspiruje tysiące osób do odwiedzenia stolicy Polski w czasie jego trwania, a także przed i po. Wielką popularnością cieszy się też pomnik genialnego muzyka w Łazienkach Królewskich, w którego otoczeniu odbywają się koncerty. Można powiedzieć, że Chopin jest ambasadorem Warszawy nie tylko w trakcie konkursu i wciąż wykonuje dla stolicy świetną robotę. Promowanie Warszawy jako miasta Chopina, szczególnie w czasie konkursu, mogłoby być żyłą złota i formą promocji o niebywałej wartości także niematerialnej.

Tuż przed XIX edycją konkursu postanowiono jednak przeprowadzić „remont i rewitalizację” otoczenia pomnika Chopina, konserwację cokołu oraz otaczającej monument zieleni. Podobno konieczna była „pilna interwencja”, bo wszystko szlag by trafił. Dlatego ten fragment Łazienek Królewskich zamienił się w plac budowy i to w mocno dziadowskiej wersji, czyli z brzydkimi płotami, płytami, deskami i zasłonami izolującymi miejsce prac. A sam pomnik mistrza został opakowany w jakąś płachtę. Wrażenie jest koszmarne. I niewiele przed 2 października 2025 r. zmieniły zapewnienia, że płachta zostanie w czasie konkursu zdjęta, żeby uczestnicy mogli sobie zrobić zdjęcia.

Remont „musi” trwać także wtedy, gdy będą się odbywały konkursowe przesłuchania, bo podobno dało się go robić tylko etapami. Remont dofinansowano ze środków ministra kultury i dziedzictwa narodowego w ramach zadania: „Rewitalizacja zabytkowego ogrodu Łazienki Królewskie w otoczeniu Pomnika Chopina (remont niecki, konserwacja elementów kamiennych w tym cokołu pomnika, rewaloryzacja wybranych elementów zieleni)”. Dlaczego remontu nie można było zrobić w maju, czerwcu czy lipcu 2025 r. nikt nie mówi, choć wydawałoby się to oczywiste i najbardziej sensowne. Ale najwidoczniej to, co się dzieje w Warszawie żadną miarą nie może być sensowne. Może być tylko bezsensowne i idiotyczne.

Zasadę priorytetu bezsensu i idiotyzmu w Warszawie potwierdza to, że wokół Filharmonii Narodowej, gdzie odbywają się przesłuchania i będą finałowe koncerty, w najlepsze trwa przebudowa kwartału ulic.

Znowu dziadostwo, ale zapewne tego remontu także nie dało się zrobić wcześniej. Za to drogowcy zadeklarowali, że w trakcie konkursu nie będą się odbywały na tym terenie głośne prace rozbiórkowe. No, szczęście niebywałe. Trzeba być mocno poturbowanym na umyśle, żeby wspomniane dwa kłopotliwe remonty wokół najważniejszych miejsc w trakcie konkursu im. Chopina robić właśnie w takim czasie.

Trzeba też być nie mniej poturbowanym na umyśle, żeby chwalić się tym, iż za to w 2026 r., w stulecie odsłonięcia monumentu Chopina w Łazienkach Królewskich, wszystko będzie śliczne, służąc za wizytówkę stolicy. Jaką wizytówką Warszawy jest w takim razie dziadostwo związane z dwoma remontami w 2025 r.? Czy w ratuszu już nikt nie myśli? Czy tam spalono wszystkie kalendarze i nikt nie wiedział, że od 2 do 23 października będzie konkurs im. Chopina?

Za Rafała Trzaskowskiego w Warszawie wszystko jest jakieś takie niedorobione. Ale może to między innymi dlatego, że on sam jest niedorobiony. Nie tylko jako dwukrotnie mocno napalony na prezydenturę Polski (skądinąd coś łączy strategię kampanii prezydenckiej z remontowaniem pomnika i jego otoczenia w Łazienkach oraz ulic wokół Filharmonii Narodowej). W czasie XIX Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina można wspomnieć, że Rafał Trzaskowski jest też niedorobionym pianistą. Gdyby był dorobionym, może startowałby w konkursie im. Chopina.

Warunki obecnemu prezydentowi stolicy sprzyjały. Jak wyznał w dziele pod bezpretensjonalnym tytułem „Rafał”, gośćmi ojca, wybitnego muzyka Andrzeja Trzaskowskiego, bywali „wszyscy jazzmani europejscy, którzy przyjeżdżali do Polski na koncerty czy na festiwal Jazz Jamboree”. Prowadzono „dyskusje o wyższości Strawińskiego nad Rachmaninowem”. Ale piętno niedorobienia sprawiło, że choć „w domu były instrumenty, stał fortepian, tata mi pokazał, jak się gra, ale mnie do tego nie ciągnęło”. Niesamowite: ojciec pokazał, jak się gra, a Rafał nic z tym nie zrobił. A potem nie zrobił też wiele innych rzeczy. Za to robi remonty akurat wtedy, kiedy ich robić nie powinien. Ale najwidoczniej zasada bezsensu i idiotyzmu zobowiązuje.






niezalezna.pl/polska/w-miescie-rzadzonym-przez-zone-budki-uczcza-pamiec-wypedzonych-niemcow-znamy-szczegoly/553432

wpolityce.pl/kultura/742158-kogos-w-warszawie-ostro-pogielo

niezalezna.pl/polska/niemiecka-delegacja-przyjedzie-do-gliwic-i-bedzie-rozmawiac-z-mlodzieza-ot-lekcja-historii/553038

Pamięć przywrócić - Władysław Zamoyski








przedruk



Gdyby nie on, nie mielibyśmy Tatr, Zakopanego i Morskiego Oka. 101 lat temu zmarł hr. Władysław Zamoyski. Cały rodowy majątek oddał Polsce

opublikowano: wczoraj




Hr. Władysław Zamoyski na tle Morskiego Oka, pocztówka wydana przez Bibliotekę Kórnicką / autor: Zbiory Biblioteki Kórnickiej



Czy wędrując po górskich szlakach pamiętamy, komu zawdzięczamy ocalenie Tatr? Hrabia Władysław Zamoyski uratował zdewastowane tatrzańskie lasy przed całkowitym zniszczeniem. I nie jest to jego jedyna zasługa. Nazywano go „białym krukiem wśród arystokracji”, „Don Kichotem”, „zbawcą Tatr”, „panem o hetmańskim obliczu”. Gdyby nie on, Tatry zostałyby ogołocone, Morskie Oko leżałoby poza polską granicą, a Zakopane pewnie by nie istniało. Kupił Tatry na licytacji, urządził je za własne pieniądze, wybudował linię kolejową z Chabówki do Zakopanego, przez 20 lat toczył spór graniczny z Królestwem Węgier o Morskie Oko. Był gorącym patriotą, podobnie jak jego dziadkowie i rodzice – gen. Władysław Zamoyski i Jadwiga z Działyńskich Zamoyska. Wszystkie rodowe dobra – wielkopolskie i zakopiańskie – przekazał Polsce. Ostatni właściciel dóbr kórnickich i zakopiańskich zmarł w Kórniku 101 lat temu – 3 października 1924 roku. Odszedł w wieku 71 lat, po pracowitym i pełnym poświęceń życiu. Cały swój majątek zapisał w testamencie narodowi polskiemu. „Całe mienie swoje, cały trud życia swego składa w ofierze: Bogu na chwałę, Polsce i przyszłym jej pokoleniom na pożytek” – żegnał go ks. Arkadiusz Lisiecki, późniejszy biskup katowicki, podczas Mszy św. pogrzebowej w kolegiacie przy zamku w Kórniku.


Żeromski: Jego testament trzeba czytać w szkołach

„Wola nie żelazna, lecz stalowa… syn Boży” - pisał o Władysławie Zamoyskim Stefan Żeromski. Uważał, że akt donacyjny fundacji Zamoyskich „winien być czytany w szkołach na równi z arcydziełami wieszczów narodowych”. „Nawet najwięksi bohaterowie Plutarcha nie okazali tyle miłości ojczyzny, tyle skromności” – pisał Aleksander Świętochowski. To właśnie Zamoyskiemu jemu zawdzięczamy Tatrzański Park Narodowy, Zakopane, które doprowadził do świetności, nie szczędząc pieniędzy na inwestycje, infrastrukturę drogową i kolejową, muzea, kościoły, domy zakonne, przedsięwzięcia kupieckie i turystyczne. W każdej inwestycji stawiał na polskich wykonawców i dbał o rozwój polskich inicjatyw. Zamoyscy wszelkimi siłami próbowali ochronić też polską ziemię przed dostaniem się w obce ręce, choć przecież Polska rozszarpana była wówczas przez zaborców. Właśnie tą troską kierował się Zamoyski, podejmując decyzję o zakupie na licytacji tatrzańskiego majątku. Stanowił on wówczas „stertę kamieni” ogołoconych z drzew, a kupić go chcieli żydowscy przedsiębiorcy, by do reszty przetrzebić lasy na papier, kamień przerobić na tłuczeń, a mieszkańców wyzyskać do pracy. Kupił teren obejmujący 1/3 dzisiejszych Tatr polskich, Kuźnice, wszystko powyżej Zakopanego, obszary wokół i wewnątrz miasta, dolinę Kościeliską – ratując wszystko przed zniszczeniem. Zainwestował, zaprowadził ład i wspierał zakopiańską kulturę, sadził lasy, zbudował kolej, wodociągi, elektrownię oraz kilka szkół. W niemal każdym przedsięwzięciu umożliwiającym rozwój polskiej góralszczyzny miał udziały prawne. Wspierał ją w czasie najważniejszym, gdy tworzyła się, formowała i hartowała. Jak do tego doszło?


Zamoyscy i Działyńscy – ród gorących patriotów

Hrabia Władysław Zamoyski był wnukiem Tytusa Działyńskiego i Gryzeldy Celestyny Zamoyskiej – wielkopolskich arystokratów, mecenasów kultury, działających na rzecz niepodległości, polskości i aktywności patriotycznych. Jego rodzice także całe swoje życie poświęcili sprawie polskiej – generał Władysław Zamoyski i Jadwiga Zamoyska z Działyńskich z oddaniem walczyli o polską niepodległość na emigracji i w kraju. Jego matka założyła pierwszą w Polsce Szkołę Domowej Pracy Kobiet, szkołę życia patriotycznego i katolickiego, która miała przygotowywać do życia kobiety wszystkich stanów, tak by nabyte umiejętności w najlepszy sposób mogły służyć krajowi po odzyskaniu niepodległości. Ale jej życiowa działalność była niepomiernie większa. Towarzyszyła mężowi – gen. Zamoyskiemu – w misjach dyplomatycznych, była niezwykle ceniona wśród polityków, dyplomatów i duchownych w wielu krajach, a każde działanie podejmowała na rzecz sprawy polskiej. Obecnie toczy się jej proces beatyfikacyjny.

„Sterta kamieni” ocalona przez Zamoyskiego

W roku 1888 Zakopane było już słynną stacją klimatyczną, promowaną przez lekarza Tytusa Chałubińskiego, ale postępująca gospodarka rabunkowa nie wróżyła mu przetrwania. Austriacki zaborca nie dbał o polskie góry, a od czasu III rozbioru duża część Tatr znajdowała się w rękach prywatnych właścicieli. Dla nich były one wyłącznie źródłem dochodu. Po utracie przez Polskę niepodległości dobra zakopiańskie wystawiono na sprzedaż. Kupiła je pochodząca z Węgier rodzina Homolacsów. Na terenach liczących ok. 11 tysięcy hektarów nowi właściciele wybudowali huty i zakłady metalurgiczne w Kuźnicach i Kościelisku, przez niemal pięć dekad eksploatując tatrzańskie złoża rud żelaza. W 1869 r. Jan Wincenty Homolacs sprzedał Zakopane berlińskiemu bankierowi Ludwigowi Eichbornowi, który 12 lat następnie przekazał je swojemu zięciowi Magnusowi Peltzowi, producentowi zabawek z Saksonii. Peltz liczył na szybki zarobek. Zrezygnował z hutnictwa i przystąpił do masowej wycinki lasów. W efekcie, tereny nawiedziła potężna powódź, która doprowadziła Peltza do bankructwa.

W lutym 1888 r. dobra zakopiańskie zostały wystawione na sprzedaż za cenę wywoławczą 400 tys. guldenów austro-węgierskich, tzw. złotych reńskich. Pojawiła się szansa odzyskania Tatr, ale zdobycie takiej sumy było dla Polaków nieosiągalne. Jednak nadzieja tak silnie poruszyła polską opinię publiczną, że łączono siły, co relacjonował ją z zapałem sam Henryk Sienkiewicz. Powołane ad hoc Towarzystwo Ochrony Tatr zorganizowało zbiórkę, ale nie zdołało zgromadzić wystarczającej kwoty. Zakopanem zainteresował się najbogatszy mieszkaniec Nowego Targu, żydowski kupiec Jakub Goldfinger oraz Henryk Kolischer, żydowski właściciel papierni, rzekomo pełnomocnik księcia Hohenlohe. Jak pisał Sienkiewicz, sam Goldfinger nie miał wprawdzie wystarczającej sumy, ale „worki współwyznawców stały dlań otworem”. „Zresztą Kolischer czy Goldfinger znaczyło to samo, co zamknięcie gór, wycięcie lasów, zniszczenie, rabunkowe gospodarstwo, wyzysk górali i upadek miejscowości”.


Brawurowa licytacja Tatr

Władysław Zamoyski, świadom dziejowego momentu, podjął się próby odzyskania dla Polski Tatr i Zakopanego. Miał 35 lat i pełnię sił, które z wyboru ofiarował ojczyźnie. Efekty jego gorączkowych działań najlepiej opisuje w swoich wspomnieniach jego siostra Maria, relacjonująca spotkanie brata z notariuszem:

Mój Brat dalej: Ja jestem gotów cały majątek poświęcić, żeby uratować Zakopane, ale ja nie chcę jednego centa dać dla parady, więc Towarzystwo Tatrzańskie udaje, że chce kupić Zakopane, ale ja wiem, że oni nie mają pieniędzy, więc ja bym Pana prosił aby, póki Towarzystwo Tatrzańskie figuruje, żeby się Pan nie odzywał, żeby im szyków nie psuć, ale oni się niedługo cofną, wtenczas Pan wystąpi, poda swą kaucję i ja odtąd Pana proszę, żeby jakąkolwiek wygłoszą cenę. Pan nie dodawał więcej jak jednego centa”. A pan Rettinger: „To oryginalne, ale to się da zrobić”.

I jadą obydwaj do Nowego Sącza, gdzie się miała odbyć licytacja. Mój Brat się kryje w jakiś kąt, by nie zauważono, że go to interesuje i obserwuje, czy pan Rettinger wszystko tak poprowadzi, jak on sobie tego życzył. Licytacja idzie. Towarzystwo Tatrzańskie się wreszcie cofa, pan Rettinger wykłada kaucję - i gdy wygłaszają już nie wiem ile tam tysięcy ..i centa”, odzywa się Rettinger. Na to się oglądają, co to znaczy, czy to ktoś ma w czubku? I ze złością ten, co zastępował księcia Hohenlohe dodaje 10 000 florenów – „i centa” mówi Rettinger. A Żyd Goldfinger dodaje 5000 „i centa” znowu. Widzieli więc, że jest jakaś żelazna wola, której nie dadzą rady i ustąpili. Ulicznicy w Krakowie, skacząc po ulicach krzyczeli: „Zamoyski kupił Zakopane za trzy centy?”

Delegacja Towarzystwa Tatrzańskiego przybyła z podziękowaniem, a z Warszawy, Poznania, Paryża i Rzymu przychodziły listy gratulacyjne. Dobra zakopiańskie były jednak w opłakanym stanie. To Zamoyskiego nie przerażało. Rozpoczął od wprowadzenia mądrej gospodarki leśnej. Na kilka lat zablokował wyręby, walczył z plagą korników i zalesiał przetrzebione tereny. Dopiero po około dziesięciu latach majątek zaczął dawać 2 proc. dochodu rocznie, co Zamoyski przeznaczał na dokupowanie ziemi, by przekazać je później narodowi polskiemu w jak najbardziej okazałym stanie.


20 lat walki o Morskie Oko

Za całą sprawą stał jeszcze jeden ważny czynnik, któremu hrabia Zamoyski poświęcił kolejne 20 lat życia: walka o Morskie Oko. Węgrzy stali na stanowisku, że znajduje się poza terytorium Polski i należy do nich. Zamoyski wiedział, że trzeba walczyć o ten jeden z najpiękniejszych zakątków Tatr wszelkimi sposobami. Sprawa trafiła do międzynarodowego trybunału, a poszczególne jej etapy przebiegały tak płomiennie, że wymaga to oddzielnej opowieści. Hrabia miał świadomość, na co się pisze. Tutaj także warto przytoczyć zapiski Marii Zamoyskiej:


Jeżeli mój Brat nabył Zakopane, to nie tylko, by uratować od żydowskich rąk, ale jeszcze dlatego, że tam była kwestia prawdziwie „narodowa”, w której on jako właściciel miałby prawo się odezwać, mieć zdanie swoje i sprawy bronić. O co chodziło? O granicę między Polską a Węgrami. Wszędzie ta granica szła szczytami gór tatrzańskich, a nie wiadomo, jak kiedyś komuś spodobało się przeprowadzić tę granicę raptem ze szczytów przez środek Morskiego Oka do rzeczki Białki. Mojemu Bratu chodziło o to, by na mocy różnych map i dokumentów doprowadzić do tego, by granica wróciła na szczyty. Gdy się o to rozbijał u władz ówczesnej Galicji, każdy sobie lekceważył te jego fantazje, mówiąc: Cóż to może szkodzić i tak tej Polski nie masz”. A on dalej mimo to się starał. Kiedyś opowiedział nam następujący szczegół: Na jednej z sesji w Krakowie jeden z referentów (Badeni, namiestnik Galicji) odezwał się w ten sposób: Czyż to warto dla tych kilku nieużytków tyle robić hałasu”. Na to mój Brat zamilkł, ale widząc kapelusz owego referenta na stołku, udał, że chce na nim usiąść – a ten w głos: „Co Pan robisz, to mój kapelusz!”, a mój Brat na to: „Pan krzyczysz o kapelusz, który kosztuje kilka koron, a Polska nie ma krzyczeć o najpiękniejszy szmat ziemi swojej?” Takie to wrażenie na tych panach zrobiło, że z przeciwników tej sprawy stali się jej najwierniejszymi zwolennikami.

Działania te były gorąco omadlane przez uczennice szkoły Zamoyskich. Okazało się, że skutecznie. We wrześniu 1902 roku, sprawa została wygrana. Międzynarodowy Sąd Rozjemczy ds. ustalenia granicy w Tatrach uznał, że Morskie Oko jest nasze. Henryk Sienkiewicz w liście gratulacyjnym pisał:

Jestem przekonany, że gdyby nie ta energia Pańska, która zmusiła nawet austriacką ospałość do zajęcia się tą sprawą, sama sprawa wlokłaby się jeszcze przez lata całe i zbutwiałaby w końcu doszczętnie. Należy się też za to Panu wdzięczność całego społeczeństwa.





Nic dla siebie, wszystko dla Polski

Zarówno hr. Tytus Działyński, właściciel dóbr wielkopolskich, pałacu w Poznaniu, zamku w Kórniku i wielu innych ziem, jak i jego spadkobiercy, żyli w przekonaniu, że wszelkie dobra, jakie posiadają, mają zostać przekazane narodowi polskiemu. Władysław również żył tym pragnieniem i powtarzał często, że z majątku kórnickiego nie ma prawa wziąć nawet grosza na sprawienie sobie zelówek.

„Kiedy architekci oglądali zamek kórnicki już po zagospodarowaniu się tam Zamoyskich, kiedy pokazano im skromniutki pokój Władysława, przypuszczali, że to pomieszczenie jego służącego. Do dziś też opowiada się w Kórniku, że gdy Zamoyski wyjeżdżał do Poznania, brat ze sobą garnczek z kaszą, żeby nie tracić pieniędzy w restauracjach”

– pisał Zenon Bosacki.

Zamoyski pracował bez wytchnienia, odmawiając sobie wszelkich rozrywek. Nie palił, nie pił, zrezygnował z polowań i wędkowania. Żył po spartańsku i to od najmłodszych lat. Spał na twardej desce, a za poduszkę służyła mu książka. To jedno z wielu umartwień, jakie przyjął w intencji odzyskania przez Polskę niepodległości. Ubierał się skromnie, cały rok chodząc w jednej ciemnej pelerynie i sprawiając wrażenie dziwaka. Ale to, co odbierał sobie, oddawał innym. Hojnie wspierał cele narodowe i społeczne.

Nie było w Zakopanem ani jednej sprawy, ani inwestycji, w której by hrabia Władysław Zamoyski nie brał udziału i której by szczodrze nie poparł. Telefony, rozszerzenie poczty, szkoły, muzea itp. to w wielkim stopniu jego zasługa. Oddał gminie ujęte już źródła dla urządzenia wodociągów i przyznał dla nich teren ochronny na swoich gruntach; pozwolił klimatyce na urządzenie parku w swym lesie, ułatwia letnikom spacery na całym obszarze swych dóbr, choć niemałe stąd ponosi szkody (tylko ci, co znali namiętną pieczołowitość, z jaką zalesiał obnażone stoki górskie, są w stanie ocenić, jakim było dlań poświęceniem zostawić turystom swobodę krążenia po górach bez zastrzeżeń). Chętnie też pomaga góralom, czy to przez dostarczanie drzewa pod łatwymi warunkami na budowę willi, czy w inny sposób…

— pisano o nim w „Gazecie Narodowej” 29 września 1912 r. Niespełna 10 lat wcześniej, o 48-letnim Zamoyskim gazety pisały:


Pan Potocki poluje na lwy w Afryce, pan Stemiński hoduje konie wyścigowe, pan Lanckoroński grzebie w starożytnościach Pamfilii, a on (…) organizuje spółki, prowadzi fabryki, daje chleb setkom ludzi, stwarza dobrobyt, buduje koleje, chroni lasy od zniszczenia (…) potrafił pogodzić tabliczkę mnożenia z romantyzmem.





Rodowy majątek dla narodu

Hrabia Zamoyski nie założył rodziny. Szukał następcy wśród synowców, ale nie pozwolił, by ktokolwiek bezmyślnie roztrwonił rodowy majątek. Ten przecież od samego początku miał służyć wolnej Polsce, o którą walczyli w powstaniach i wojnach jego przodkowie. Dał temu wyraz w jednym z listów:

Nie po to Ojciec mój, Matka i ja pracowaliśmy ciężko przez całe życie i odmawiali sobie wszystkiego tak, żeśmy nieraz na opinię skąpców i wariatów zasłużyli, by po naszej śmierci byle synowiec rozbijał się automobilem. Wszystko, cośmy posiedli, ma służyć Ojczyźnie i Rodakom potrzebującym lub nieszczęśliwym, szczególnie od macierzy oderwanym.

We własnym majątku w Kórniku mógł pojawić dopiero po odzyskaniu niepodległości. Założył wówczas, wraz z siostrą, fundację „Zakłady Kórnickie”, co pozwalało na przekazanie spadku narodowi polskiemu.


Majątku, jaki mi Bóg w ręce oddał, nigdym nie uważał za własność moją, lecz za własność Polski, w czasowem mojem posiadaniu; własność, z której mi uronić niczego nie wolno, która Ojczyźnie jedynie, a nie mnie ma służyć. Na potrzeby moje osobiste nigdym z Kórnika centa nie wziął. Na zbytki żadne, nigdym sobie nie pozwalał. Odmawiałem sobie wszystkiego, co mi się nie wydawało wprost niezbędnem. Ale gdzie sądziłem, że sprawa tego wymaga, wysiłków nie szczędziłem. Jedno miałem pragnienie gorące, by wysiłki były skuteczne, a pomoc dana zmarnowaną nie została. Nie chodzi tu o mnie, boć mnie niewiele potrzeba, ale o krzywdę wyrządzoną sprawie publicznej, której służy i służyć ma wszystko, czem rozporządzam”.


Ostatnie chwile i walka o oddanie majątku

Okazało się, że przekazanie rodowego majątku wcale nie było takie proste. Wymagało ogromnych starań ze strony obdarowujących. Ślad niepokoju, jaki temu towarzyszył, widnieje we wspomnieniach siostry Zamoyskiego – Marii, która opisuje ostatnie chwile życia brata:

Brata mego zastałam w łóżku, bo gdy był taki jakiś cierpiący, to moi kuzynowie i Małecki namawiali go, by nie sypiał na stole, jak dotąd, ale pozwolił łóżko wnieść do swego pokoju. On sam mi kiedyś mówił, że gdyby nie był Polakiem, to by był wstąpił do trapistów, że jeżeli tego nie zrobił to dlatego, żeby mógł swobodniej służyć Ojczyźnie. Opowiadał mi też, że gdy miał 12 lat, to już o trapistach myślał i że kiedyś Matka, wchodząc wieczorem do jego pokoju, zastała go leżącego na ziemi obok swego łóżka, a Matka nie domyślając się, co on miał na myśli, mówi mu: „Cóż ty za głupstwa robisz! Kładź się do łóżka!”. Więc z posłuszeństwa wstał i położył się do łóżka. Później jednak, choć nie wstąpił do trapistów, to żył jak trapista i mianowicie pracując przy biurku w swoim pokoju wieczorem na tymże biurku, długim jak stół, kładł się, zawinięty tylko w derkę, a pod głową miał słownik jako poduszkę. Teraz więc, gdy go namawiano, by pozwolił łóżko wnieść do swego pokoju, zgodził się i podobno przed położeniem się uklęknął przed nim i z jakie trzy kwadranse się modlił.

Maria Zamoyska opisuje ich serdeczne powitanie i ciężki stan brata. Lekarze byli bezsilni. Po przyjęciu sakramentów i Szkaplerza, Zamoyski żył jeszcze dwa dni. Czy pogrążyły go rozczarowania związane z problemami wokół przekazania spadku? Na pytanie to odpowiada we wspomnieniach jego siostra”


Za moim przybyciem się przekonałam, jak bolesnym mu jest, że Rząd nie chce się zgodzić na naszą darowiznę, więc napisałam list do Pani Prezydentowej Mościckiej.

Oficjalnej wiadomości o tym, że Rada Ministrów skierowała 1 października akt fundacyjny do Sejmu, Zamoyski nie doczekał. Dotarła ona bowiem do Kórnika 3 października po południu. Tego dnia – kilkanaście godzin wcześniej – Władysław Zamoyski zmarł. Pochowany został 6 października w krypcie Zamoyskich, w podziemiach kórnickiego kościoła.






Śmierć wstrząsnęła całą Polską. Na ręce Marii Zamoyskiej spłynęły depesze kondolencyjne od najważniejszych osób osoby w państwie, m.in. prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, marszałka Senatu Wojciecha Trąmpczyńskiego, premiera Władysława Grabskiego, gen. Władysława Sikorskiego, arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego kardynała Edmunda Dalbora). Zamoyskiego żegnali także luminarze nauki i kultury, m.in. Oswald Balzer i Stanisław Ignacy Witkiewicz.

Stefan Żeromski napisał, że po Władysławie Zamoyskim nie pozostały żadne pisma, plany, gadulstwo i deklaracje, lecz tylko nagi uczynek i dlatego właśnie powinien być czytany w szkołach na równi z arcydziełami narodowych wieszczów. Do dziś majątek Zamoyskich i Działyńskich służy Polsce. I choć korzystamy z tej wielkiej spuścizny, niewielu ma świadomość, komu to zawdzięcza. Czas tę pamięć przywrócić.






wpolityce.pl/historia/742194-dzieki-niemu-mamy-tatry-101-lat-temu-zmarl-hr-zamoyski



środa, 1 października 2025

Statystyki bloga - półrocze 2025

 



Statystyki bloga - połowa roku 2025





ostatnie 12 miesięcy:







cały okres od 2010 r.





ilości postów na dzień 30 czerwca 2025 r.:

- opublikowane - 2280

- wersje robocze - 1085

- zaplanowane - 5




razem: 3370













Wersje robocze zawierają też nieskończone teksty, ale głównie moje notatki dotyczące ubeków, spraw osobistych, opisów sytuacji, ciekawszych przedruków nie do publikacji, póki co.








poprzednio statystyki zamieściłem w poście z 31 grudnia 2024:

niedziela, 28 września 2025

Stutthof cz. 8 - poligon Sophienwalde

 

"w każdym mieściło się dwadzieścia „łóżek”, w dwóch poziomach, z których niższy znajdował się tylko parę centymetrów nad podłogą, a wyższy jakieś dziewięćdziesiąt centymetrów nad nią, co sprawiało, że usiąść na łóżku było nie sposób. Ale chore i tak nie byłyby w stanie tego dokonać"



za fb:

Zdarzyło się coś co wstrząsnęło ludźmi: którejś listopadowej nocy nieznani sprawcy zniszczyli w Nowym Mieście wszystkie przydrożne figury świętych. Ze zgrozą oglądaliśmy gipsową statuę Matki Boskiej z odłupaną głową oraz w innym miejscu zwaloną na ziemię figurę Św. Tomasza. Nic dziwnego, że kiedy rozeszła się pogłoska, że władze hitlerowskie noszą się z zamiarem wysadzenia w powietrze w czasie nabożeństwa kościoła ze zgromadzonymi w nim wiernymi, wiele osób potraktowało ją serio i z obawy przestało uczestniczyć w niedzielnych nabożeństwach. Podobnie zareagowali nasi opiekunowie państwo Koga. W niedziele odtąd modlono się w domu, korzystając z książeczek do nabożeństwa, przykładnie wstając lub klękając , zgodnie z rytuałem. Do zniszczenia kościoła wprawdzie nie doszło, nie wiadomo zresztą, czy istotnie okupanci nosili się z takim zamiarem, ale hitlerowski terror szalał.

Nikt już nie był w stanie zliczyć dokonywanych skrycie egzekucji Polaków, o aresztowanych czasami dowiadywano się, że trafili do obozów koncentracyjnych, ale częściej po prostu znikali.

Nazwiska najbardziej zagorzałych funkcjonariuszy Selbstschutzu i polakożerców: Sperlinga, Acheliusa, Modrowa, Hartwiga, Papsta, budziły wśród nowomieszczan szczególną grozę.

W grudniu 1939 , pod jakimś mało istotnym pretekstem , raczej w celu zastraszenia Polaków, w jednej z bocznych uliczek przy Rynku Nowego Miasta Lubawskiego dokonano pierwszej publicznej egzekucji kilkunastu mieszkańców miasta. Życie w okupowanym Nowym Mieście dla wszystkich jego nieniemieckich mieszkańców stawało się coraz trudniejsze.


Nielicznych Żydów już w pierwszych tygodniach wysiedlono do skrawka Polski, który lekceważąco nazywano najpierw Kongress Polen, a później Generalną Gubernią. Systematyczne aresztowania obejmowały coraz szersze kręgi polskiej inteligencji. Do więzień, a następnie do obozu koncentracyjnego trafili księża z nowomiejskiej parafii, wśród nich zaprzyjaźniony z rodzicami ksiądz Tadeusz Jasiński. Na wieży kościoła pojawiła się flaga ze swastyką, a obowiązki duszpasterskie sprawował co prawda katolicki ksiądz mówiący wyłącznie po niemiecku. Spowodowało to liczne komplikacje , gdyż duża część wiernych nie umiała spowiadać się po niemiecku i nie rozumiała kazań wygłaszanych w tym języku. Z tego też powodu zamiast indywidulanej spowiedzi został wprowadzony rytuał zbiorowego rozgrzeszenia."


Za: Juliusz Kulikowski-Świat w kropli rosy... syna zamordowanego naczelnika poczty i nauczycielki polskiego w Nowym Mieście



Nikt już nie był w stanie zliczyć dokonywanych skrycie egzekucji Polaków, o aresztowanych czasami dowiadywano się, że trafili do obozów koncentracyjnych, ale częściej po prostu znikali.








"Jeśli niemieccy mieszkańcy nie uciekli, w następnym okresie byli wypędzani i zastępowani przez Polaków"

może to rebus na podmianę? spotkałem się z takim zwrotem kilka razy w niemieckiej wiki

każdy wpis na wikipedii trzeba by sprawdzić...

Jeśli nie uciekli, w następnym okresie zastępowani
























"przesunięcia Polski na zachód" - hiperłączka kieruje nas do hasła: 

Polska Rzeczpospolita Ludowa – socjalistyczne państwo w Europie Środkowej, istniejące w latach 1944–1989










TVN24.pl

Artykuł dostępny w subskrypcji


26.04.2024, 10:05

W lesie niegdyś ogrodzonym drutem kolczastym stanęły tablice. Ziemia wciąż do nas przemawia


Jak to możliwe, że pamiątki po więźniach obozu walają się w lesie?" - takie głosy dotarły do nas w marcu tego roku. Pojechaliśmy na miejsce i potwierdziliśmy: na terenie dawnego obozu koncentracyjnego Stutthof w miejscowości Sztutowo na Pomorzu, w leśnej ściółce, leżą przedmioty prawdopodobnie związane z tragiczną przeszłością tego miejsca. Minęło kilka tygodni i w środę postawiono na tym terenie specjalne tablice.


Ślady męczeństwa więźniów obozu koncentracyjnego Stutthof wciąż odnajdywane są w lesie.
Przy wejściach do lasu w Sztutowie postawiono specjalne tablice informacyjne.
Jest to rozwiązanie doraźne, pracownicy muzeum rozpoczęli starania o zrealizowanie badań archeologicznych.

Sprawę opisaliśmy w artykule z 5 marca 2024 roku pt. "Ziemia przemówiła. Wyrzuciła z siebie dowody hitlerowskich zbrodni. Odnajdujemy je w leśnej ściółce". W lesie, pośród liści, natknęliśmy się głównie na pozostałości po butach - fragmenty podeszew, cholewek.

-----------


5.03.2024, 08:47

"Ziemia przemówiła". Wyrzuciła z siebie dowody hitlerowskich zbrodni. Odnajdujemy je w leśnej ściółce



Pozostałości po butach, las obok Muzeum Stutthof w Sztutowie
Źródło: fot. Tomasz Słomczyński

Wieś Sztutowo, nieopodal płot z drutu kolczastego. W wilgotnej od deszczu ściółce leżą fragmenty skórzanych butów. Spod ziemi wyzierają podeszwy, skrawki skóry, w jednym przypadku widać rzemień będący niegdyś sznurowadłem. Właścicielami tych butów prawdopodobnie byli więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych w całej Europie. "Ziemia znowu przemówiła" - mówią historycy. Bo to już nie pierwszy raz, kiedy dowody hitlerowskich zbrodni pojawiają się w lesie.

Wychodzą spod ziemi, i to dosłownie.

"In Stutthof, no changes" - napisał na Facebooku Grzegorz Kwiatkowski. I zamieścił zdjęcia leżących w ściółce resztek butów. Niektóre fotografie pochodziły z 2014 roku, inne - sprzed paru dni.

[...]







zrzuty ekranu i fotografie z Gooble maps oraz Geoportal.pl





teren po byłym obozie KL Sophienwalde w Dziemianach - pomiędzy ul. Wyzwolenia, Potulicką, a 3 Maja.





zdjęcie Lidar - teren k. Trzebunia na zachód od Dziemian - tzw. Psie Doły




tablica na miejscu kaźni przy drodze z Lipusza do Nowego Karpna - patrz: Stutthof cz. 2 (Głodowo)



Autostrada Berlin - Królewiec za: berlinka.pcp.pl ( na stronie czynne linki do zdjęć i map)


Za Barwicami Niemcy (chcąc uzgodnić z Polską lub narzucić jej przebieg trasy przez polską część Pomorza) przygotowali opcję rozgałęzienia się berlinki się na dwie autostrady (co widać na przedwojennych niemieckich mapach z 1938 roku i 1939 roku). Pierwsza, zgodnie z wcześniejszymi planami (widocznymi np. w atlasie z 1935 roku oraz na dwóch mapach z 1937 roku), miała iść przez Miastko, Bytów (granica polsko-niemiecka), Kościerzynę, na południe od Gdańska, do Elbląga. 
Druga przez Szczecinek, Czarne do Chojnic (a stamtąd do Elbląga). Obie koncepcje przygotował dr inż. Fritz Todt na polecenie Hitlera (w liście do Ribbentropa optował za pierwszym wariantem). Polskim decydentom bardziej odpowiadała koncepcja druga (list Potockiego), omijająca Wolne Miasto Gdańsk.

Prawdopodobnie na przełomie 1939/1940 r. Niemcy, mający po zajęciu Polski wolną rękę, postanowili realizować pierwszy wariant (niemniej z Chojnic do Malborka gruntownie zmodernizowali istniejącą drogę, nadając jej lepsze parametry). Na szlaku od Iwina i Przeradza koło Barwic poprzez Wierzchowo, Biały Bór, Rekowo k. Bytowa, Skwierawy, Gostomko, Stężyca k. Kościerzyny, prace ziemne związane z budową autostrady ruszyły pełną parą. 

Powrót do pierwotnej strategii widać na innych niemieckich mapach: z 1940 i 1941 (1,2) roku. Pokazują one jednak szlak berlinki na północ od Bytowa, gdy w rzeczywistości poszedł on na południe od tego miasta, co widać na mapie z 1944 roku oraz na planie z niemieckiej gazety (a także na mapie okolic Bytowa, z nieznanego roku).

Za Iwinem i Przeradzem berlinka rozdziela się na autostradę biegnącą w kierunku Gdańska i drugą w stronę Chojnic, której to budowę (w postaci leśnej wycinki) rozpoczęto prawdopodobnie tylko na krótkim odcinku wzdłuż drogi Kusowo - Dalęcino (zobacz mapę). Autostrada w kierunku Gdańska omija (widać tylko ślady po wycince lasu) od zachodu Jez. Wielatowo , przecina DK11










miejsca pamięci z okolic Złotowo - Owśnice na Kaszubach



budowa autostrady na północ od Lipusza: Skwierawy - Gostomie - ok. 12 km długości i 2000 pryzm?














zbliżenie na "autostradę"



















Warto również zaznaczyć, że w dokumentacji z czasów okupacji występują obie nazwy: „Dziemianen” (głównie do 1941 r.) i „Sophienwalde”. 

Adolf Hitler 18 października 1939 roku wyraził się jednoznacznie: za dziesięć lat Poznań i Prusy Zachodnie staną się niemiecką kwitnącą krainą. Zastosowano politykę zwaną: Eindeutschung, Entjudung, Entpolonisierung („zniemczenie”, „odżydzenie”, „odpolonizowanie”). Pierwszym przejawem tej strategii, miała być eksterminacja ludności zwanej przez Niemców jako „niezdolna do skutecznego zniemczenia”. Chodziło przede wszystkim o miejscową polską inteligencję oraz osoby pełniące odpowiednie wysokie funkcje w strukturach społecznych36. W pierwszych latach okupacji na terenie gminy Dziemiany nie odnotowano zbrodni przeciwko miejscowej inteligencji.

Drugim sposobem realizacji planu germanizacji Pomorza były masowe wysiedlenia. Pierwsza fala eksmisji miała miejsce jesienią 1939 r.
   
W 1941 r. utworzono obóz w Potulicach48, do którego kierowano Polaków. Przyczyną wywózki, była najczęściej odmowa wpisania się na niemiecką listę narodowościową. Należy zaznaczyć, że innym powodem mogła być budowa poligonu SS, który obejmował tereny gminy Dziemiany. Związku z czym wyludniano głównie polskich mieszkańców49. Największe natężenie wysiedleń z terenu gminy miało miejsce w latach 1943-1944.


Krzysztof Dunin-Wąsowicz - "Obóz koncentracyjny Stutthof" strona 31, o Forsterze, że powiedział:
"za 10 lat nie będzie w Gdańsku ani na Pomorzu ani jednego Polaka"


Forster w Lipnie:
"Na tym rynku słowa polskiego nikt nie usłyszy. Za dziesięć lat ani jeden Polak nie zostanie na tej ziemi."



"wspólna świadomość narodowa"







to wszystko trzeba sprawdzić












niemcy wieszali się na wieść o wojskach radzieckich?
przecież mogli uciec na zachód, a potem wrócić po wojnie - nikt podobno nie wiedział, że te tereny przypadną Polsce, więc?

a może to sami niemcy celowo to zrobili ten miszmasz z ziemią
odtworzyli stan z czasów zaborów, kiedy na tej ziemi mieszkali i Polacy i Niemcy


"wspólna świadomość narodowa"



piec krematoryjny z Dachau - zdjęcie z internetu


Leśno jest niemal idealnie pośrodku pomiędzy Dziemianami, a dworkiem w Wielkich Chełmach, gdzie rezydował komendant - ok. 8km, to bliżej niż z Wyspy Sobieszewskiej do Stutthofu.

Stacja kolejowa w Lubni - bliskość z transportem do celu - powtarza się moje pytanie z poprzedniego posta - dlaczego nie korzystano ze stacji w Dziemianach, a wożono ludzi do Głodowa. 

 SPALENIE kobiet żydowskich z Sophienwalde pod Leśnem są jak fałszywe awaryjne opcje 






na Kaszubach "puste" okolice: Lipnica, Brusy, Dziemiany, Bąk - i Sulęczyno, Mirachowo




Zasięg zbrodni pomorskiej dokonanej przez Niemców. Screen pochodzi ze strony internetowej IPN / Źródło: Instytut Pamięci Narodowej / www.zbrodniapomorska1939.pl





Lorentz Friedrich - Mapa narzeczy pomorskich 1937, Głodowo - na skraju mapy

kpbc.umk.pl/dlibra/doccontent?id=87571














Prawym Okiem: Ziemia faluje...

Prawym Okiem: Stutthof cz. 2 (Głodowo)

Prawym Okiem: Bachus

/tvn24.pl/polska/ziemia-przemowila-wyrzucila-z-siebie-dowody-hitlerowskich-zbrodni-odnajdujemy-je-w-lesnej-sciolce-st7886449

przystanekhistoria.pl/pa2/tematy/niemcy/75032,Niemieckie-obozy-pracy-w-Dziemianach-na-Kaszubach.html

ztn.com.pl/files_wyd/73_Przemysław%20Szamocki.pdf

Monika Tomkiewicz - "Wybrane aspekty historii Dziemian Sophienwalde w latach II Wojny Światowej"



berlinka.pcp.pl/koscierzyna.html


encyclopedia.ushmm.org/content/en/photo/two-ovens-inside-the-dachau-crematorium



historia.dorzeczy.pl/druga-wojna-swiatowa/779634/zbrodnia-pomorska-niemcy-mordowali-polakow-w-400-miejscowosciach.html






800+ dla Ukraińców




Obcokrajowcy nie powinni mieć lepiej w naszym kraju, niż my sami.


Ale 30 lat zagraniczne firmy mają tak dobrze w Polsce, że czasem w ogóle nie płacą podatków, a zarabiają miliardy.

Banki nadal orzą ludzi, hę?

Zamierzacie coś z tym zrobić, może jakieś protesty chcecie zorganizować? Będziecie krzyczeć w internecie?

Chcecie, czy nie chcecie?
Czy najpierw trzeba powiedzieć wam, żebyście chcieli?





Abstrahując od 800+...

temat artykułu na głównej stronie zatytułowany był:

"Polacy zgodni w kwestii 800+ dla Ukraińców" 

i to jest dobry przykład tego, jak działa społeczeństwo:


- najpierw jest propozycja w mediach
- potem jest omówienie tematu w mediach
- potem działanie rządu
- media oceniają reakcję społeczeństwa:
- wg mediów społeczeństwo "zgadza się" z propozycją i/ lub jej realizacją


Społeczeństwo reaguje - ty reagujesz - na to, co zrobią media.


Jeżeli media czegoś nie zrobią - zareagujesz na coś, czego nie wiesz, albo co nie jest omawiane przez potencjalnie duże masy społeczeństwa?


Czy media nas tresują, żebyśmy postępowali zgodnie z ich (ich?) oczekiwaniami?

Cały rok krzyczeli, że "musimy wygrać wybory", bo "tylko z naszym prezydentem będziemy mogli obalić ten zły rząd" - cały czas, cały rok mieli "swojego" prezydenta (Dudę) i nic nie zrobili...

Wygrał wybory "ich" kandydat i co?

Czarnek powiedział, że trzeba jak najszybciej obalić ten zły rząd i co?

I się skończyło, już o czym innym deliberują (jaki to super prezydent, a jeszcze nic nie zrobił przecież, dopiero na początku drogi jest...) że pewnie zły rząd "będzie chciał rządzić" do 2027 roku...

Zły rząd dalej trwa, a politycy znaleźli dla was nowe tematy.




To dlaczego banki w Polsce orzą ludzi na miliardy złotych? Media to nie ciekawi? Mediom to pasuje?

Obchodzi ich to?



To nie Ukraińcy zdecydowali, żeby przyznać im 800+, tylko rząd.

Czemu więc taką złość artykułujecie wobec tych ludzi??

W imię zbudowania dobrych relacji społecznych - przestańcie wylewać hejt na ludzi. Po prostu.




media




800 plus dla Ukraińców. Polacy: Tak, ale warunkowo



Większość Polaków uważa, że świadczenie 800 plus dla ukraińskich rodzin w Polsce powinno być uzależnione od podjęcia pracy. Tak wynika z najnowszego sondażu Instytutu Badań Pollster dla "Super Expressu".


Za takim rozwiązaniem opowiedziało się 54 proc. badanych. Z kolei 29 proc. respondentów jest zdania, że Ukraińcy w ogóle nie powinni otrzymywać 800 plus, a tylko 11 proc. uważa, że świadczenie powinno być przyznawane bez żadnych dodatkowych wymogów. 6 proc. ankietowanych nie miało zdania w tej kwestii.


Dyskusja po wecie prezydenta Nawrockiego

Temat świadczenia dla Ukraińców ponownie wywołał gorącą debatę po decyzjach politycznych związanych z niedawną kampanią prezydencką. Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o pomocy obywatelom Ukrainy, tłumacząc, że 800 plus powinno przysługiwać wyłącznie tym, którzy podejmują pracę w Polsce. – Polacy w swoim państwie powinni być traktowani przynajmniej na równi z naszymi gośćmi z Ukrainy – podkreślił prezydent.





dorzeczy.pl/kraj/773928/800-plus-dla-ukrainy-polacy-zgodni-ze-tak-ale-warunkowo.html