Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 sierpnia 2026

„kulturowym i biologicznymmo ludobójstwem”

 

Znowu gloryfikacja oficera Wehrmachtu. 
Zwracam uwagę na to, że artykuł jak i niektóre przytoczone wypowiedzi są przesadnie grzeczne.

 
Chełm Górny leży w Zachodniopomorskim ok. 85 km na południe od Szczecina.




przedruk

Kawka z nazistą. Podczas festynu historycznego rozdawano... kubki z generałem Wehrmachtu
Grzegorz Racinowski




W Chełmie Górnym, sołectwie wchodzącym w skład gminy Trzcińsko-Zdrój, odbyła się „Żywa lekcja z historią”. Podczas wydarzenia upamiętniono Henninga von Tresckowa, wywodzącego się z naszego regionu… generała Wehrmachtu. Wojskowy, który był m.in. odpowiedzialny za wywózkę polskich dzieci do III Rzeszy w ramach Heuaktion, znalazł się… na kubkach rozdawanych podczas imprezy

Chociaż festyn odbywał się pod szyldem „Żywej lekcji historii”, impreza skupiła się wokół jednej postaci. „Głównym bohaterem dnia”, jak pisali organizatorzy, był Henning von Tresckow.
Reklama

- Wybierzemy się w fascynującą podróż w czasie, odkrywając na nowo lokalne dziedzictwo i tożsamość naszego regionu. Czy wiecie, jakie tajemnice kryją nasze ziemie? Kim był człowiek, który rzucił wyzwanie totalitaryzmowi i którego korzenie sięgają naszych sąsiednich stron? Tegoroczną edycję poświęcamy niezwykłej i odważnej postaci związanej z zamieszkującą sąsiedni Chełm Dolny rodziną von Tresckow. To właśnie on był jednym z głównych autorów słynnego planu „Walkiria” i kluczową postacią antyhitlerowskiego ruchu oporu. Poznajcie historię bezkompromisowej walki o wolność, która działa się tuż obok nas! – można było przeczytać na stronie wydarzenia.

W cytowanej powyżej notce biograficznej zabrakło niestety znaczącej informacji, dotyczącej wcześniejszej działalności „generała z Gut Wartenberg”, jak do 1945 r. nazywał się Chełm Dolny. Von Tresckow podpisał bowiem rozkaz wywozu słowiańskich dzieci do III Rzeszy w ramach Heuaktion.


Odpowiedzialny za ludobójstwo

W sprawie tej z naszą redakcją skontaktował się radny powiatowy, Kamil Frelichowski.

- Piknik militarno-historyczny, który odbył się 18 lipca w Chełmie Górnym w gminie Trzcińsko-Zdrój, został niewątpliwie bardzo udanie zorganizowany dzięki zaangażowaniu, poświęceniu i talentowi organizacyjnemu Pani Sołtys, członków Stowarzyszenia Wspólnota Serc oraz lokalnej społeczności. Duże wrażenie mógł zrobić zarówno jego rozmach, jak i bogactwo atrakcji przygotowanych dla osób w każdym wieku. Dosyć sporą łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest jednak promowana podczas wydarzenia postać generała majora Wehrmachtu Henninga von Tresckowa. Przedstawiany jest w niemieckiej narracji historycznej jako postać rozdarta dylematami moralnymi, jakie niosła ze sobą służba dla III Rzeszy i Adolfa Hitlera. Według tej interpretacji przeszedł on wewnętrzną przemianę i stał się jedną z kluczowych postaci grupy spiskowców skupionych wokół Clausa von Stauffenberga, którzy 20 lipca 1944 roku dokonali nieudanego zamachu na Führera w Wilczym Szańcu. Po niepowodzeniu zamachu popełnił samobójstwo w Gierłoży. Biografia von Tresckowa jest jednak znacznie bardziej złożona i budzi liczne kontrowersje – mówi Frelichowski.

Największym „problemem” omawianej biografii, wbrew pozorom nie jest udział w agresji na Polskę we wrześniu 1939 roku, za co został zresztą von Tresckow odznaczony Krzyżem Żelaznym I klasy.

- Niemiecki historyk Johannes Hürter przedstawił w 2005 roku dokumenty, z których wynika, że von Tresckow już w 1941 roku był informowany o masowych mordach dokonywanych przez Niemców na ludności żydowskiej i miał okazywać dla tych działań „zrozumienie”. 2 stycznia 1943 roku otrzymał Złoty Krzyż Niemiecki jako oficer Sztabu Generalnego Grupy Armii „Środek”, gdzie pełnił ważne funkcje operacyjne. 28 czerwca 1944 roku, już jako świeżo awansowany generał major i szef sztabu 2. Armii, podpisał rozkaz związany z realizacją akcji Heuaktion. W jej ramach z terenów okupowanej Polski wywieziono do Niemiec od 40 000 do 50 000 dzieci. Młodych Ukraińców, Białorusinów, ale przede wszystkim Polaków poddawano badaniom pod kątem posiadania pożądanych cech rasowych. Następnie zmieniano im nazwiska, niszczono oryginalne metryki urodzenia i kierowano je do niemieckich rodzin lub instytucji. Dzieci uznane za „niepełnowartościowe” rasowo trafiały natomiast do obozów koncentracyjnych, między innymi Auschwitz-Birkenau i Kulmhof – przytacza gryfiński radny powiatowy.

[...]

Właśnie ostrożności zabrakło podczas organizacji sobotniego festynu.

- Nie zamierzam potępiać organizatorów pikniku militarno-historycznego. Uważam, że mieli prawo nie posiadać pełnej wiedzy na temat działalności generała majora Henninga von Tresckowa. Zastanawia mnie jednak, dlaczego nikomu, na przykład w Starostwie Powiatowym, czy Urzędzie Marszałkowskim, który promował to wydarzenie, nie zaświeciła się „czerwona lampka” i nie dokonano choćby pobieżnej weryfikacji tej postaci – zastanawia się Kamil Frelichowski.

- Pani sołtys zwróciła się do nas z prośbą o patronat. Zawsze chętnie udzielamy go takim wydarzeniom, dla podniesienia rangi lokalnej imprezy. Dlatego również w tym przypadku wyraziliśmy zgodę. Nie finansowaliśmy jednak festynu w Chełmie Górnym. Urząd Marszałkowski nie przekazał ani złotówki, jedynie patronat – powiedział nam M. Łapeciński.

Odniósł się też do kwestii feralnego kubka.

- Byłem na tej imprezie przez godzinę, może półtorej. Wówczas nie rozdawano tych kubków, a przynajmniej nie miałem go w dłoni. Dowiedziałem się o nim dzisiaj i nie ukrywam, że mnie zmroziło. Gdybym wiedział wcześniej, na pewno nie wyraziłbym na to zgody – akcentuje prezes PSL na Pomorze Zachodnie.

Kubek z von Tresckowem to jedno, inną kwestią jest, że to właśnie on był "głównym bohaterem dnia".

- Sprawdziłem dziś wniosek o patronat. Nie było w nim informacji o postaci generała. Jedynie o festynie historycznym, bez podania informacji o "bohaterze dnia" - zaznacza członek zarządu województwa.

Już po rozmowie z Łapecińskim dowiedzieliśmy się, iż znalazł się w gronie dwunastu osób, które otrzymały od organizatorów upominki, w tym kubek.


Niewiedza organizatorów

Wymieniamy patronów i sponsora wydarzenia, gdyż w naszej opinii, podczas organizacji wydarzenia, zabrakło nadzoru. Zwłaszcza, iż mowa o młodym stowarzyszeniu, które nie ma doświadczenia w organizacji imprez o specyfice „historyczno-tożsamościowej”.

- Stowarzyszenie powstało zaledwie w lutym tego roku z potrzeby działania na rzecz lokalnej społeczności, a już dziś z powodzeniem realizuje inicjatywy, które integrują mieszkańców i przypominają o bogatej historii naszego regionu. Gratulujemy tej pięknej energii, odwagi i skuteczności w działaniu! Dziękujemy organizatorom, wolontariuszom i wszystkim uczestnikom za stworzenie wydarzenia, które pokazało, że historia może inspirować, łączyć ludzi i budować silną lokalną wspólnotę – czytamy w relacji, która została zamieszczona na oficjalnym fanpejdżu Powiatu Gryfińskiego.

Zbierając informacje do tego artykułu skontaktowaliśmy się z organizatorami. Sołtys Beata Strzelecka nie kryła emocji.

- Naprawdę nie wiedzieliśmy o tym fragmencie biografii generała. Gdybyśmy wiedzieli, że jest współodpowiedzialny za ludobójstwo, to przecież nie robilibyśmy akcji upamiętniającej – powiedziała nam zszokowana prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Serc – Chełm Górny”.

Jak dodaje, wybór von Tresckowa podyktowany był chęcią uzyskania środków grantowych i opowiedzenia o historii regionu przez pryzmat członka znaczącej w regionie niemieckiej rodziny.

- Rozmowa o życiorysie generała, jako o osobie związanej z regionem, mogłaby okazać się twórcza, ale bez pomijania wątków związanych z „kulturowym i biologicznymmo ludobójstwem”. A już naprawdę niezręczne prezentują się upominki, które były rozdawane podczas festynu – powiedział nam jeden z mieszkańców południa powiatu, od którego otrzymaliśmy fotografie kubka.

Podobnie do sprawy podchodzi radny powiatowy, który nagłośnił sprawę.

- Jeszcze raz podkreślam, że organizatorzy chcieli dobrze. Proszę więc mieszkańców Chełma Górnego, aby nie odbierali moich słów jako wyrazu niechęci czy krytyki wobec kogokolwiek. Jako radny Powiatu Gryfińskiego oraz Przewodniczący Stowarzyszenia Gryfiński Ruch Patriotyczny czuję się jednak zobowiązany do zabierania głosu w sprawach dotyczących naszej lokalnej społeczności. Moją intencją jest wyłącznie zwrócenie uwagi na zaistniałą sytuację i zachęcenie do wspólnej refleksji, z której wszyscy możemy wyciągnąć cenne wnioski na przyszłość. O postaci Henninga von Tresckowa warto rozmawiać, jednak należy mieć świadomość, że nawet skuteczny zamach na Adolfa Hitlera nie spowodowałby zasadniczej zmiany losu okupowanej Polski. Po prostu z naszego punktu widzenia jedni przedstawiciele niemieckiego aparatu władzy zostaliby zastąpieni innymi – podsumowuje radny Powiatu Gryfińskiego.

----------------------------------------


wytłuszczenia ode mnie


OŚWIADCZENIE I OFICJALNE STANOWISKO STOWARZYSZENIA w sprawie publikacji prasowych dotyczących festynu historycznego „Historia, która żyje”

W związku z artykułami prasowymi, które ukazały się w ostatnich dniach, Zarząd Stowarzyszenia „Wspólnota Serc – Chełm Górny”, jako główny organizator wydarzenia, przedstawia swoje stanowisko.

Nadrzędnym celem festynu „Historia, która żyje” było przywracanie pamięci o lokalnej tożsamości, architekturze oraz skomplikowanych dziejach ziemi pomorskiej. Uważamy, że prezentowanie historii - również tej trudnej i niejednoznacznej - jest obowiązkiem organizacji zajmujących się edukacją historyczną. Dziś dostrzegamy jednak, że w przypadku przedstawienia postaci Henninga von Tresckowa zabrakło odpowiednio szerokiego kontekstu historycznego, który pozwoliłby uniknąć nieporozumień i błędnych interpretacji.



Przywołanie tej postaci wynikało wyłącznie z jej związków z naszym regionem. Henning von Tresckow mieszkał na pobliskich dobrach i został pochowany w Chełmie Dolnym. W żadnym momencie nie było naszym zamiarem gloryfikowanie jego osoby jako niemieckiego oficera ani tym bardziej promowanie ideologii nazistowskiej, którą jednoznacznie i bezwarunkowo potępiamy.

W materiałach edukacyjnych, w tym w folderach oraz limitowanej serii dwunastu kubków pamiątkowych, przekazanych gościom honorowym, przedstawiono informacje dotyczące jego udziału w niemieckim ruchu oporu przeciwko Adolfowi Hitlerowi oraz współorganizacji zamachu z 20 lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu.


Jednocześnie mamy pełną świadomość, że Henning von Tresckow pozostaje postacią złożoną i budzącą uzasadnione kontrowersje. Wychował się w środowisku pruskiego militaryzmu i nacjonalizmu, a jak wielu przedstawicieli ówczesnego korpusu oficerskiego podzielał poglądy, które dziś oceniamy jednoznacznie negatywnie. To właśnie dlatego opisując jego losy należało wyraźniej zaakcentować pełny kontekst jego biografii.

Naszym celem nie było wybielanie ani usprawiedliwianie żadnej postaci związanej z III Rzeszą. Edukacja historyczna nie polega na przemilczaniu osób niewygodnych czy niejednoznacznych, lecz na przedstawianiu ich w sposób rzetelny, pełny i zgodny z ustaleniami historyków. Przyjmujemy krytyczne głosy dotyczące tej kwestii i traktujemy je jako ważną lekcję na przyszłość.


to samo ble ble co na proniemieckich forach, tylko tutaj ton o wiele bardziej ugładzony - krótko mówiąc: borowanie jak zwykle, ale więcej znieczulenia...








https://gryfinska.pl/polityka-redakcyjna


Rzetelność i dokładność:

Jako medium z wieloletnią historią na lokalnym rynku, dbamy szczególnie o jakość, rzetelność i dokładność publikowanych treści. Nasi redaktorzy to dziennikarze z wieloletnim doświadczeniem, którzy wszystkie materiały tworzą w oparciu o wnikliwy research. Publikujemy wyłącznie zweryfikowane u źródła informacje. Jako portal otwarty na głosy i opinie mieszkańców dbamy o procedury weryfikacji faktów oraz korekty błędów.

i tak dalej...












https://gryfinska.pl/artykul/kawka-z-nazista-podczas-n2424205
https://gryfinska.pl/artykul/stowarzyszenie-wspolnota-n2426114



niedziela, 5 lipca 2026

Geopolityka, a medialność



Politycy debatują w porannym programie, kłócą się, dowodzą sobie nawzajem, kto jest niemądry, a nie kto nie... a nad nimi wszystkim czuwa - niczym nauczyciel w szkole - jawiący się w tym towarzystwie jako jedyny normalny... pan redaktor.

I w końcowych minutach programu jedyny normalny zmienia temat i dopytuje się swojej szkolnej dziatwy, czy oglądali ostatni mecz - i wtedy na wszystkich buziach pojawia się błogostan...

My zaś przekonujemy się, że oni wcale nie są swoimi wzajemnymi przeciwnikami, tylko tak jakby udają.... 

i konstatacja... znowu straciłem godzinę czasu...



 


przedruk

Egzamin z geopolityki

[...]



Stosunki międzynarodowe jako dyscyplina naukowa powinny mieć pewną odporność na nastroje, slogany, plotki, próżność i spekulacje dla rozgłosu.

Istnieje też głębszy powód, dla którego to ważne. 

Stosunki międzynarodowe zajmują się w istocie kwestiami takimi jak wojna i pokój, a więc ludzkie życie, losy narodów i wybory, które mogą kształtować realia całych regionów na dziesięciolecia. Społeczeństwo, które rozmawia o świecie beztrosko, może skończyć źle, beztrosko podchodząc do kwestii własnej pozycji w świecie postrzeganym z perspektywy stosunków międzynarodowych.


Yan Xuetong od lat zwraca uwagę na tę kwestię. W 2021 roku, na dużej konferencji akademickiej, w której uczestniczyli politolodzy i badacze stosunków międzynarodowych z całych Chin, ostrzegł, że widoczność publiczna (popularność medialna, klikalność) nie powinna zwyciężać nad zasługami akademickimi. Kliknięcia, wyświetlenia i status wanghong (gwiazdy Internetu) – a nawet rozgłos zdobyty poprzez prowokację – nie są miarą zdolności naukowych. Post na WeChat z 100 000 wyświetleń może być wpływowy. Jednak to nie czyni go z automatu elementem nauki.

Niepokój nie dotyczy zainteresowania opinii publicznej sprawami zagranicznymi. Kraj tak duży i tak obecny na arenie międzynarodowej jak Chiny z pewnością będzie miejscem debaty o otaczającym go świecie. Problemem jest jednak pogorszenie jakości tej debaty. Niektórzy ludzie z tytułami i afiliacjami instytucjonalnymi, kuszeni popularnością, stają się coraz bardziej swobodni w traktowaniu faktów i ekstrawaganccy w swoich twierdzeniach. Obok nich znajduje się duża klasa osobowości internetowych z niewielkim podstawowym przeszkoleniem (warsztatem), ale za to z ogromną pewnością siebie. Obie te grupy sprawiły, że dyskusje o geopolityce stały się głośniejsze, bardziej prymitywne, częściej bliższe rozrywce aniżeli naukowemu poznaniu.

Żaden kraj nie ma monopolu na złą analizę geopolityczną. Ameryka ze swoimi think tankami, panelami w telewizji kablowej, podcastami i wojownikami na platformie X (dawniej Twitter), produkuje mnóstwo własnych, pewnych siebie bzdur. Ale Chiny nie powinny pozwalać sobie na traktowanie błędów innych jako przyzwolenia na własne. Kraj próbujący zrozumieć swoje zmieniające się miejsce w świecie potrzebuje wyraźniejszego spojrzenia na fakty, władzę, ryzyko i konsekwencje. Kiedy podstawowe fakty są traktowane swobodnie, kiedy pewność staje się teatralna, a logika ustępuje miejsca nastrojom, rezultatem jest nie tylko zła analiza. A skutki są znamienne: chińskim czytelnikom – zwłaszcza tym młodym – trudniej jest zrozumieć rzeczywiste mocne i słabe strony oraz wybory Chin.

Jeśli Chiny mają poważne znaczenie, należy je poważnie badać. Jeśli świat się zmienia, zmianę należy zrozumieć z ostrożnością. Młodzi ludzie, którzy mogą odziedziczyć państwo odgrywające większą rolę międzynarodową, zasługują na coś lepszego niż slogany przedstawiane jako analiza.






całość tutaj:

https://chiny24.com/news/egzamin-przeciwko-zlej-geopolityce






piątek, 3 lipca 2026

Jak bogacze ograniczają smartfony







przedruk


Palo Alto. Jak miliarderzy z Doliny Krzemowej wychowują swoje dzieci?

29 czerwca 2026



Gdy my, zwykli ludzie, zmagamy się ze smartwicą, najbogatsi architekci cyfrowej rzeczywistości stawiają rygorystyczne zakazy i wydają setki tysięcy dolarów na specjalne szkoły, żeby tylko ustrzec przed nią swoje pociechy. Robią to, bo wiedzą jakie szkody mogłaby im wyrządzić.


Monopoly w Palo Alto

Crescent Park, Palo Alto, Kalifornia. Dzielnica prawników, lekarzy, menedżerów i profesorów jednego z topowych uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych. Pod bujnymi koronami dębów i magnolii kryją się urocze domy, a między mieszkającymi w nich rodzinami kwitną przyjaźnie.

Dzieci bawią się w ogrodach sąsiadów, a rodzice na sąsiedzkich imprezach. Jest bezpiecznie, spokojnie i kameralnie. Z dala od wieżowców, tłoku i hałasu. Sielanka w drogo-dzielnicowym amerykańskim wydaniu.

Pewnego dnia w Palo Alto pojawia się nowy rezydent. Lekką ręką wydaje 110 milionów dolarów, żałośnie niewielki procent swojego całkowitego majątku, na zakup co najmniej 11 domów. Przebija dwu-, a nawet trzykrotnie ich rzeczywistą wartość, skutecznie wyprowadzając z dzielnicy kolejne rodziny. „New York Times” napisze, że traktuje on ulice Edgewood Drive i Hamilton Avenue jak grę w Monopoly.

Po kupieniu zielonych domków, nowy rezydent zaczyna ulepszać je do czerwonych. Rozpoczyna prace budowlane. Łączy ze sobą kolejne domki, pięć z nich przekształca w kompleks mieszkalny dla siebie, żony i trzech córek. Inne zamienia na domki gościnne albo imprezowe. Część z nich stoi pustych.

Następnie wszystko szczelnie ogradza wysokim żywopłotem, montuje monitoring, stawia ochronę. Sąsiedzi zaczynają skarżyć się władzom miasta na toczące się już prawie dziesiąty rok hałaśliwe prace budowlane oraz uciążliwą obecność prywatnej ochrony nowego rezydenta.

Odczuwają także utrudnienia w ruchu. Winni są partnerzy biznesowi rezydenta, którzy przyjeżdżając ciągle do niego z wizytami, zajmują wszystkie wolne miejsca parkingowe na ulicach. Jeszcze kilkanaście lat temu dzieci mogły na nich beztrosko ścigać się na rowerkach.

Mieszkańcy się skarżą, tylko co z tego? Co mogą zrobić? Przecież gdyby nowy rezydent tylko chciał, to ich też mógłby wykupić. A gdyby ascetycznie odrzucali jego milionowe oferty, to i tak znalazłby sposób. W końcu stoi na szczycie jednego z Bóg techów, który ma aspirację objęcia kontroli nie tylko nad ich umysłami, ale także umysłami ich dzieci. Uzależnienia od siebie od najmłodszych lat.



Jak bogacze dozują smartfony

W jednym z jedenastu domów, Mark Zuckerberg (owy rezydent), wbrew przepisom o zagospodarowaniu przestrzennym dla terenów mieszkalnych, urządził małą szkołę. Według katalogu Kalifornijskiego Departamentu Edukacji otwarto ją dopiero w październiku 2022 roku, choć sąsiedzi zaobserwowali uczęszczających do niej uczniów już rok wcześniej.

Dokumentacja złożona przez placówkę wskazuje, że liczba uczniów w latach 2022-2025 wzrosła z dziewięciu do czternastu, (choć zdaniem sąsiadów uczniów było dwa razy więcej).


Jak dokładnie funkcjonuje mała, elitarna szkoła, do której uczęszczają dzieci multimiliardera? Trudno powiedzieć. Może w tym, czego uczy, tkwi sekret całego bogactwa i władzy, który chce przekazać wyłącznie potomnym? Z pewnością wpaja dziecku jedno: „nie wchodź w destrukcyjny cyfrowy świat, który stworzył twój ojciec”.

Szkoła „Bicken Ben School” założona przez Marka Zuckerberga funkcjonowała w modelu Montessori, który kładzie nacisk na naturalny rozwój dziecka i podkreśla wartość kontaktu z przyrodą. Właściciel Meta przyznał, że ogranicza swoim dzieciom nadmierne korzystanie z ekranów w celach rozrywkowych.

Spośród jego „kolegów po fachu” z Doliny Krzemowej nie jest odosobniony. Zresztą w Palo Alto mieszka lub mieszkało wielu takich jak on – Sergey Brin i Larry Page, współzałożyciele Google; Tim Cook, od 15 lat CEO Apple; David Filo, współtwórca Yahoo! oraz Marissa Mayer, była CEO firmy; Reid Hoffman, współzałożyciel LinkedIn; Jawed Karim, współzałożyciel YouTube, a także pochowany w Palo Alto założyciel Apple, Steve Jobs. Oprócz nich, także wielu innych projektantów wirtualnego świata niższego szczebla i inżynierów sztucznej inteligencji.

Część z nich posłała swoje dzieci do Waldorf School of the Peninsula, ośrodka proponującego niestandardową ścieżką edukacyjną. Jest to elitarna placówka, w której roczny koszt nauki wynosi obecnie od 19,600 (przedszkole w niepełnym wymiarze godzinowym) do 56,160 dolarów (wyższe klasy szkoły średniej dla obcokrajowców).

Czym różni się od innych szkół w Dolinie Krzemowej? Na stronie internetowej szkoła prezentuje się w następujący sposób:

„WSP oferuje edukację zorientowaną na człowieka, dostosowaną do ery sztucznej inteligencji. […] Szkoła Waldorfowska kładzie nacisk na oryginalność, krytyczne myślenie, inteligencję emocjonalną i kreatywność – czyli cechy, których maszyny nie są w stanie naśladować.

Znajdujemy się w samym sercu Doliny Krzemowej i obsługujemy rodziny związane z branżą technologiczną, innowacyjną oraz środowiskiem akademickim, które pragną, aby ich dzieci rozwijały zarówno rygor intelektualny, jak i mądrość ludzką”.


W szkole waldorfskiej telefony przez cały dzień pozostają schowane w bezpiecznym miejscu, dzięki czemu – jak czytamy na stronie – uczniowie rozmawiają ze sobą w trakcie lunchu, nawiązują kontakt wzrokowy, nie porównują się z wyreżyserowanymi treściami w mediach społecznościowych, nawiązują lepsze przyjaźnie. Brak telefonów to brak rozproszenia, niepokoju i porównywania się. W skrócie, zostało to ujęte jako „just real childhood” – czyli „po prostu prawdziwe dzieciństwo”.

Nie panuje pełna cyfrowa prohibicja. Szkoła uczy programowania, a także rozważnego korzystania z technologii, w tym m. in. etycznych aspektów wykorzystywania sztucznej inteligencji. Odbywa się to jednak na odpowiednim stadium rozwoju dziecka, który dzielony jest na 3 etapy.

W przedszkolu i na etapie wczesnoszkolnym (5-10 lat) dziecko potrzebuje wzmacniać swoje ciało, wyostrzać zmysły i wzbogacać wyobraźnię. Dni wypełnione są śpiewaniem, opowiadaniem historii, malowaniem, pracami ręcznymi, pieczeniem chlebów, pielęgnowaniem ogrodu, wspinaczką i zabawą. W okresie, w którym mózg dziecka rozwija się najszybciej te aktywności budują koordynację ruchową i podstawy społeczno-emocjonalne, których nie są w stanie zapewnić ekrany.

Na kolejnym poziomie kształcenia (11-13 lat) priorytetem jest rozwój krytycznego myślenia i samodzielności przed pełnym zanurzeniem w świat cyfrowy. Szkoła dopuszcza minimalne, celowe wykorzystywanie technologii. Dzieci uczą się wyszukiwać informacje na tematy badawcze w Internecie, lecz dopiero po opanowaniu umiejętności oceny wiarygodnych źródeł.

Na końcu, młodzież w wieku licealnym (14-18 lat) może korzystać z narzędzi technologicznych do realizacji projektów, kręcenia filmów, analizy danych, programowania sztucznej inteligencji, pracy na algorytmach.

Kompetencje cyfrowe dla młodych ludzi są stosunkowo łatwe do nabycia – dlatego pojawiają się w procesie edukacyjnym na etapie końcowym. Szkoła zakłada nauczenie wykorzystywania technologii do wzmacniania własnych pomysłów, a nie do pełnego zastępowania myślenia.

Czy w postawie menedżerów z branży technologicznej – wysyłaniu własnych dzieci do szkoły wolnej od ekranów i jednocześnie rozwijaniu algorytmów uzależniających nasze dzieci – nie ma nuty hipokryzji? Nie sądzę. Właściwsze byłoby mówienie o cynizmie wynikającym z prawdziwej świadomości tego, jak wyniszczające i zarazem dochodowe potrafią być stale udoskonalane przez nich narzędzia.

Damien Leloup w 2024 r. na łamach „Le Monde” w artykule pod tytułem „Nie, szefowie firm technologicznych nie zabraniają swoim dzieciom korzystania z ekranów”, próbował dowieść, że szkoła waldorfska na południowym wybrzeżu San Francisco jest jedynie kroplą w morzu placówek edukacyjnych, do których posyłają swoje dzieci pracownicy branży technologicznej. Większość z nich ma wybierać dobrze finansowane szkoły publiczne, w których nie obowiązuje zakaz ekranów.

Nawet jeśli Leloup ma rację, to Waldorf School of the Peninsula czy malutka szkoła założona przez Zuckerberga pokazują istniejący trend w Doliny Krzemowej. Kolejne przykłady menedżerów i dyrektorów ograniczających swoim dzieciom dostęp do technologii dają do myślenia. Tyczy się to szczególnie najważniejszych z nich, najgłośniejszych nazwisk, twarzy najpotężniejszych korporacji.


Sam to rozgryź

Chamath Palihapitiya, były dyrektor wykonawczy Facebooka, jeden z pierwszych członków jego kadry kierowniczej, w wywiadzie dla CBNC w 2017 r. przyznał, że trzyma swoje dzieci jak najdalej od technologii. Wówczas jego pociechy w wieku od 5 do 9 lat wciąż miały go o to prosić, „bo ich koledzy mają to cały czas”. Pozwalał im jedynie sporadycznie oglądnąć film.

Palihapitiya uważa, że dzieci uczą się i rozwijają dzięki doświadczeniom z prawdziwego, a nie wirtualnego życia. W wywiadzie powiedział, jaki schemat rozwoju jest mu bliski: „Sam to rozgryź. Wyjdź na zewnątrz, zadrap sobie kolano. Upadnij na ziemię. Uprawiaj jakiś sport. Przegraj w czymś. A potem wróć do mnie, a wtedy porozmawiamy o tym. Porozmawiamy o tym jak rozsądni ludzie. A ja postaram się ci wyjaśnić, dlaczego to, co ci się przydarzyło, jest dla ciebie czymś dobrym”.

Dzieci Billa Gatesa, współzałożyciela Microsoftu, również narzekały na to, że ich tata ograniczał im dostęp do technologii, w przeciwieństwie do innych rodziców. Gates dał im telefony dopiero po ukończeniu 14. roku życia, a później zakazywał używania ich przy stole w trakcie posiłków.

Steve Jobs, współtwórca Apple, w 2010 r. przedstawił światu iPada jako wspaniałe narzędzie, które ma m. in. walory komunikacyjne i edukacyjne. Spytany później o to, czy jego dzieci kochają iPada, odpowiedział, że nie pozwala im z niego korzystać, ponieważ skutki jego używania mogą być dla nich niebezpieczne. Jony Ive, główny projektant firmy Apple, pozwalał dzieciom na korzystanie z iPada jedynie pod kontrolą rodzicielską.

Susan Wojcicki, była CEO Youtube’a, przyznała w 2017 r. wywiadzie dla „The Guardian”, że dla jej pięciorga dzieci ważne jest skupienie się na teraźniejszości, ponieważ ludzie muszą nauczyć się rozróżniać, kiedy należy skupić się na rozmowie, a kiedy można skupić się na czynnościach w Internecie. Również zabierała im telefony, a jako rozsądny wiek, w jakim dzieci powinny je otrzymać po raz pierwszy, uznała ukończenie 11 lat.

Evan Spiegel, założyciel Snapchata powiedział już w 2018 r., że ograniczał swojemu siedmioletniemu dziecku czas spędzany przed ekranem do 1,5 godziny tygodniowo. Sundar Pichai, przez kilka lat CEO Google’a, a obecnie CEO Alphabetu, również zarządza czasem przed ekranem swoich dzieci. Choć stosuje raczej niewielkie bariery, stara się promować dobre nawyki i samemu być wzorem dla rodziny.

Gdy Mark Zuckerberg wprowadził się do Palo Alto, mieszkańcy prestiżowej dzielnicy na południowym wybrzeżu San Francisco zaczęli zmagać się z niedogodnościami jego przybycia. Ucierpiały święty spokój i relacje sąsiedzkie. Nowemu rezydentowi jednak to nie przeszkadzało – zaszył się za wysokimi murami swojej posiadłości, w której całe zamieszanie spowodowane jego przyjazdem, jakby wcale go nie dotyczyło.


Czy z podległymi mu Facebookiem i Instagramem nie jest podobnie? Zuckerberg przyniósł je publicznej szkole niczym wieloletnie prace budowlane, korki i zapchane parkingi do Palo Alto. Następnie w ścisłym centrum tego zamętu wybudował własnym dzieciom kameralną szkółkę, która uczy je dystansu od telefonów i wartości, jaką ma dotykanie trawy.

Gdy my, zwykli ludzie, zmagamy się ze smartwicą, najbogatsi architekci cyfrowej rzeczywistości stawiają rygorystyczne zakazy i wydają setki tysięcy dolarów na specjalne szkoły, żeby tylko ustrzec przed nią swoje pociechy. Robią to, bo wiedzą jakie szkody mogłaby im wyrządzić. Może właśnie dlatego, w tej jednej jedynej kwestii warto byśmy wzięli przykład z Gatesa i Zuckerberga.










https://klubjagiellonski.pl/2026/06/29/palo-alto-jak-miliarderzy-z-doliny-krzemowej-wychowuja-swoje-dzieci/





środa, 13 maja 2026

Kultura jest polem walki - Gramsci

 

W końcu przeczytałem artykuł o Gramscim, który lajkowałem jakiś czas temu. I patrz co tu jest:


Największy pomysł Gramsciego nie polegał na tym, że ludzie są rządzeni pałką. 

Gramsci zauważył coś bardziej niepokojącego: władza działa najskuteczniej wtedy, gdy przestaje wyglądać jak władza, a zaczyna wyglądać jak „zdrowy rozsądek”. Hegemonia to sytuacja, w której pewien zestaw przekonań staje się tak oczywisty, że człowiek nawet nie pyta, kto mu go włożył do głowy. Britannica opisuje hegemonię właśnie jako dominację wspieraną przez normy i idee, które zaczynają uchodzić za naturalne, intuicyjne i niemal niewidzialne


To jest właśnie myślenie potoczne, o którym wspominałem w poprzednich postach - tu poniżej doprecyzowane:

Rewolucja zaczyna się w szkole, gazecie i przy kuchennym stole
on rozumiał, że prawdziwa zmiana zaczyna się wcześniej — w języku, edukacji, prasie, kulturze, religii, obyczaju i w tych codziennych zdaniach, które powtarzamy, zanim zdążymy je przemyśleć. 

Dlatego tak ważna była dla niego rola intelektualistów: nie jako ozdobnych profesorów od przemówień z brodą i przypisem, lecz jako ludzi, którzy organizują wyobraźnię społeczną. W więziennych zapiskach rozwijał m.in. pojęcia hegemonii, społeczeństwa obywatelskiego i „rewolucji biernej”, a jego trzydzieści trzy zeszyty więzienne stały się później jednym z najważniejszych korpusów myśli politycznej XX wieku.


"ludzi, którzy organizują wyobraźnię społeczną", czyli to samo, co w poprzednim poście: 

Trzy kluczowe obszary władzy:


- akademickie ośrodki wytwarzania wiedzy w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych,
- sfery polityczne, w których zapadają decyzje co do polityki państwa w sprawie imigracji i innych zagadnień etnicznych
- mass media, które podsuwają odbiorcom „sposoby patrzenia na świat”



w tych codziennych zdaniach, które powtarzamy, zanim zdążymy je przemyśleć


język, edukacja, prasa, kultura, religia, obyczaje:

to są rzeczy którym trzeba się pilnie przyglądać i analizować - co oni tam wyczyniają... to są rzeczy, o które trzeba szczególnie dbać, pielęgnować i zastanawiać się - skąd biorą się zmiany, które się w nich pojawiają, z czego one wynikają i do czego mają nas zaprowadzić...

i oczywiście przeciwdziałać tym zmianom






dbać o kulturę języka, o  jego poprawność, o rzetelność redaktorów, o właściwą tj. tradycyjną edukację i obyczaje - nie słuchać "ekspertek", nie słuchać głupot, nie oglądać bigbroderów i patostrimerów - no i wiele, wiele innych rzeczy... trzymaj się tradycji i kultury, szukaj dobrej, a potem wysokiej sztuki, wyrabiaj się, pisz notatki, kochaj Polskę.







Całość tutaj:

https://radioawangarda.pl/czlowiek-ktorego-bali-sie-bardziej-niz-armii/


https://maciejsynak.blogspot.com/2024/12/muzeum-prus-gornych-w-moragu-nie-mowiem.html
https://maciejsynak.blogspot.com/2025/08/lgtb.html
https://maciejsynak.blogspot.com/2024/12/kropla-drazy-skae.html
https://maciejsynak.blogspot.com/2024/08/redaktorom-wadzi-polska.html
https://maciejsynak.blogspot.com/2023/01/a-nie-mowiem-9-bedy-jezykowe.html


niedziela, 10 maja 2026

Trzy kluczowe obszary władzy

 



Trzy kluczowe obszary władzy:


- akademickie ośrodki wytwarzania wiedzy w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych,
- sfery polityczne, w których zapadają decyzje co do polityki państwa w sprawie imigracji i innych zagadnień etnicznych
- mass media, które podsuwają odbiorcom „sposoby patrzenia na świat”



przedruk

za fb:

Referat Analiz i Informacji


Kevin MacDonald w uzupełnieniu w kolejnym wydaniu swojej książki — „Kultura krytyki. Ewolucjonistyczna analiza zaangażowania Żydów w XX-wieczne ruchy intelektualne i polityczne” — pisał:


Żydzi i media: kształtowanie „sposobów patrzenia”


„Jak już mówiłem, opozycja żydowska wobec dominacji żywiołu europejskiego w Stanach Zjednoczonych skupiła uwagę na trzech kluczowych obszarach władzy, czyli akademickich ośrodkach wytwarzania wiedzy w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych, na sferach politycznych, w których zapadają decyzje co do polityki państwa w sprawie imigracji i innych zagadnień etnicznych i na mass mediach, które podsuwają odbiorcom „sposoby patrzenia na świat”. Analizy przedstawione w Kulturze Krytyki dotyczą głównie dwóch pierwszych obszarów władzy, natomiast zbyt mało uwagi poświęciłem mass mediom, nie licząc sytuacji, w których używano ich do propagowania żydowskich prądów intelektualnych i politycznych, jak w przypadku psychoanalizy. To niedocenienie wpływu kulturowego mass mediów jest wielkim przeoczeniem. W tym miejscu zaproponuję jedynie cząstkowe i wstępne ujęcie tej sprawy.
Powszechnie wiadomo, że etniczni Żydzi mają wielkie wpływy w mediach amerykańskich – wpływy o wiele większe niż którakolwiek inna grupa społeczna. Udział właścicielski i wpływy Żydów w skierowanych do szerokiej publiczności mediach amerykańskich są niezwykłe, zważywszy na stosunkowo niewielki odsetek Żydów w całym społeczeństwie²⁴. 

 

Według badania przeprowadzonego w latach osiemdziesiątych XX wieku, 60% reprezentatywnej próby elity filmowej miało pochodzenie żydowskie l. Według Michaela Medveda „nie ma sensu przeczyć władzy i wyjątkowej pozycji Żydów w kulturze popularnej. Na każdej liście dyrektorów produkcji w największych wytwórniach filmowych znajdziemy w ogromnej większości nazwiska jawnie żydowskie.


Ta wielka rola Żydów jest oczywista dla każdego, kto śledzi wiadomości z Hollywood lub choćby zadaje sobie trud czytania napisów końcowych popularnych filmów lub telewizyjnych show”.







 

 

 

czwartek, 16 kwietnia 2026

II RP w 1938 r. z gazety

 

Dziennik Bydgoski nr. 157 z 13 lipca 1938 roku.

Niektóre artykuły przepisane przez AI (nie sprawdzałem zgodności - poprawiłem 1 artykuł, który zauważyłem, że ma "błędy"... nie weryfikowałem też informacji dodatkowych podanych przez AI).





Nowe zaostrzenie między Pragą a Berlinem.

Polityka dyktatury czeskiej wywołuje zdenerwowanie w Niemczech.

Berlin, 12. 7. (PAT). 

Po okresie wyczekiwania tutejszych kół politycznych w sprawie czechosłowackiej nastąpił nagły zwrot, spowodowany wiadomościami, nadeszłymi z Pragi. Według posiadanych tu informacyj, zaszła w Pradze w ostatnich 48 godzinach zmiana w taktyce polityków czeskich, wskazująca – jak oświadczają tu – na „wyraźny sabotaż” statutu narodowościowego. Gabinet czeski zmierza podobno obecnie do ustalenia poszczególnych punktów tego statutu wyłącznie w porozumieniu z partiami czeskimi. Pragnie on bez porozumienia z przedstawicielami poszczególnych narodowości prowadzić nadal w Czechosłowacji politykę dyktatury czeskiej.
Prasa poniedziałkowa występuje bardzo kategorycznie przeciwko tej taktyce gabinetu Hodży, przestrzegając zagranicę, by nie dała się brać na lep propagandy czeskiej, mówiącej o szerokim zakresie statutu narodowościowego.

Czesi nie chcą dać autonomii mniejszościom.

Mor. Ostrawa, 12. 7. (PAT). W związku ze stałym odwlekaniem ostatecznego rozstrzygnięcia kwestyj mniejszościowych i sprawy statutu narodowościowego w czeskiej prasie koalicyjnej dają się zauważyć nastroje wyraźnego zdenerwowania. Prasa liczy się na ogół z odrzuceniem statutu przez partię sudecko-niemiecką. Z drugiej strony jednak zwykle dobrze poinformowane „Lidove Noviny” z Brna podkreślają z całą stanowczością, że jakakolwiek dyskusja na temat autonomii w sprawach narodowościowych jest niedopuszczalna. Można mówić o samorządzie w rozumieniu samodzielnego wykonywania ogólnie obowiązujących ustaw na pewnych ściśle określonych obszarach i w pewnych granicach prawnych, ale nie wolno dyskutować o autonomii terytorialnej czy narodowościowej, która by oznaczała dwoistość w państwie. Równocześnie komunistyczny „Ostravesky Deinicky Denik” stwierdza, że nie tylko sudecko-niemieckie postulaty Henleina nie mogą być podstawą dyskusji, ale nawet niektóre punkty przygotowywanego statutu, dotyczącego rozszerzonego samorządu narodowościowego, budzą u wymienionego dziennika komunistycznego bardzo poważne zastrzeżenia.

Czesko-niemiecka wojna radiowa.
Berlin, 12. 7. (PAT). Prasa wiedeńska i berlińska donosi, że rząd czechosłowacki uruchomił na Morawach radiostację, która przeszkadza transmisjom rozgłośni wiedeńskiej. „Angriff” stwierdza w związku z tym, że nawet w wypadku, gdyby udało się zagłuszyć stację wiedeńską, bezpodstawnym jest przypuszczenie, ażeby tego rodzaju przeszkody mogły rozdzielić więzy krwi, łączące Niemców po jednej i drugiej stronie granicy.


Prof. Kot oświadcza, że z masonerią nie ma nic wspólnego.

Kraków, 12. 7. (Tel. wł.). Profesor Stanisław Kot nadesłał Polskiej Agencji Agrarnej następujące oświadczenie: „Rewelacje pana L. K. w „Polityce”, powtórzone przez większość prasy, podały moje nazwisko pośród rzekomych masonów na podstawie rzekomych jakichś katalogów, ogłoszonych przez masonoznawców. Nie mieszając się do prowadzonej na łamach dzienników dyskusji o masonerii, pragnę stwierdzić z naciskiem, że nigdy i nigdzie w żadnej organizacji wolnomularskiej ani bezpośrednio, ani pośrednio nie uczestniczyłem. Na zaproszenie do wstąpienia do masonów, skierowane do mnie swojego czasu ze środowiska ideowo-politycznego, do którego p. L. K. przynależy, odpowiedziałem odmownie”.


Ok 2300 masonów Polsce?

Dzieją się w Polsce rzeczy na pozór niezrozumiałe. Oto poseł Budzyński z grupy Sławka w dniu 19 lutego br. żądał postawienia w stan oskarżenia (na mocy artykułu 135 k. k.) kilku wysokich urzędników państwowych za przynależność do masonerii, a więc do zakazanych tajnych związków. Między innymi wymienił Zygmunta Dworzańczyka. Oskarżenia nie wytoczono, a p. Zygmunt Dworzańczyk awansował na dyrektora departamentu w Ministerstwie Opieki Społecznej. Innego rzekomego masona, Kościałkowskiego, jak wiadomo, ożeniono z żydówką. Nowa interpelacja w Sejmie. O skutek nie pytajmy. Rząd sobie z tego Sejmu akurat tyle robi, co z ubiegłorocznego śniegu.
Równocześnie otrzymaliśmy wiadomość, że minister opieki społecznej zwolnił ze stanowiska naczelnika wydziału Polaka, a w jego miejsce mianował żyda, głośnego już Birnbauma.
Z faktami tymi zbiegł się poniekąd głośny już artykuł w młodo-konserwatywnej „Polityce” (dawniej „Bunt Młodych”) pod tytułem „Kilka uwag o masonerii w Polsce”. Autor podpisał się literami L. K. Wielu uważa i otwarcie mówi, że to p. Leon Kozłowski, były premier, nie tylko „wybitny polityk”, jak go nazywa „Polityka”, lecz człowiek, który na nieszczęście Polski zajmował zbyt długo wybitne stanowisko polityczne. Z masonerią nie walczył nigdy, gdy miał władzę w ręku. Rozpoczął ją obecnie, gdy się poróżnił nawet z Ozonem. Nie oszczędza też kół rządzących, ale ostrze ataku skierował jednak pod adresem opozycji. Twierdzi on, że wśród opozycji działają przedstawiciele lóż Wielkiego Wschodu (obrządek francuski), a ma ich być około 350. Wymienia nazwiska prof. St. Strońskiego, Paderewskiego, generała Sikorskiego, profesora Kota i marszałka Rataja (wszyscy oni ze Stronnictwa Ludowego). Koła kierownicze w Polsce należą według p. L. K. do loży szkockiej (obrządku angielskiego). Członków w Polsce jest około 1000, ale nazwisk żadnych autor nie wymienia, z wyjątkiem mundurowych. Zresztą na tym tle były już konfiskaty. Zależnymi od masonerii angielskiej są Rotary Cluby i YMCA, a od francuskiej Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela (na czele stoi francuski żyd Basch). Wreszcie istnieje loża czysto żydowska Juda Juda. Wszystkie razem słuchają wskazówek Wielkiej Rady Masońskiej, choć „w terenie” się zwalczają. O tajemniczości w lożach rewelacje p. L. K. nic nowego nie przynoszą, bo dawno wiemy, jaką tajemnicą masoneria otacza swoją organizację.
P. L. K. twierdzi, że materiały czerpał z katalogów masońskich, łatwo dostępnych w bibliotekach i archiwach, a „powie więcej, gdy przyjdzie czas na opublikowanie katalogów masońskich” w Polsce. Oby to nastąpiło jak najprędzej i oby p. L(eon) K(ozłowski) dotrzymał słowa!
Niezrozumiałym jest dla nas twierdzenie, że:
„Od roku 1930 marszałek Piłsudski rozpoczął likwidację wpływów szkockich, a wprowadzenie konstytucji miało być ostatecznym usunięciem wpływów szkockich na życie Polski. Śmierć przerwała tę pracę”. 

W nowej konstytucji nie widzimy nawet cienia zamiaru walki z masonerią i

(Ciąg dalszy na str. 2)
 
(Ciąg dalszy)

...dlatego p. L. K. nie wskazuje wyraźnie tych postanowień, któreby podobny zamiar uzasadniały.
Konserwatywny „Czas” nawiązując do artykułu p. L. K., takie wypowiada uwagi:
„Skoro p. (L. K.) twierdzi, że osobistości zajmujące w Polsce kierownicze stanowiska są masonami i skoro daje nam do zrozumienia, że nazwiska ich figurują w owych wydawanych w Genewie oficjalnych katalogach masońskich, to musimy się zwrócić pod adresem czynników rządzących z jak najbardziej kategorycznem żądaniem wyświetlenia całej tej sprawy. Przecież to, co napisał w swym artykule p. (L. K.), jest straszliwym oskarżeniem grupy rządzącej, oskarżeniem tym bardziej ciężkim, że nie wyszło ono spod pióra jakiegoś trzeciorzędnego nikomu nieznanego i goniącego za tanią sensacją dziennikarza, ale że sformułował je wybitny polityk, człowiek, który niedawno zajmował najwyższe stanowiska w hierarchii państwowej, a więc człowiek, który z pewnością znały tajne sprawy i wiedział co twierdził. To jest coś więcej niż głośna w swoim czasie interpelacja posła Budzyńskiego w sprawie przynależności do masonerii jakichś pozbawionych wszelkich wpływów urzędników, to jest oskarżenie rzucone pod adresem czołowych osobistości reżimu. I to musi być wyjaśnione.
Sprawa owych katalogów, na które powołuje się p. (L. K.) winna być wyświetlona jak najrychlej, ich autentyczność dokładnie zbadana, nazwiska, które figurują w tych katalogach opublikowane. I to bez względu na to, czyje to są nazwiska, ministra czy referenta, politycznego przywódcy czy zwykłego pionka.
Gdy chodzi o polityków opozycyjnych, których p. (L. K.) oskarża o przynależność do masonerii, można troskę o wyjaśnienie tego zarzutu pozostawić ich inicjatywie. Gdy jednak chodzi o zarzut dotyczący osób pozostających na kierowniczych stanowiskach w służbie państwowej musi wkroczyć władza. Sprawę tą powinien się zająć Minister Sprawiedliwości, wdrażając niezwłocznie energiczne śledztwo. Na jego wszczęcie i wynik opinia publiczna czekać będzie z niecierpliwością”.
Dla nas, z wielką niecierpliwością. Naród polski ma prawo wiedzieć, jakie wpływy wywołują w Polsce pociągnięcia, które są dla niego niezrozumiałe.



Zachwiane rewelacje b. premiera o masonach opozycji.

Pan L. K. grozi kompromitacją.


Warszawa, 12. 7. Rewelacje masońskie pana (L. K.) wywołały dość ożywioną reakcję w prasie i opinii publicznej.
Zawisnął, jak pisze „Kurier Polski” wyczuwalny na niemal zgodne dwa postulaty:aby autor rewelacyj pan (L. K.) po rycersku uchylił przyłbicy i podał nam do wiadomości społeczeństwa swe imię i nazwisko.
aby pan (L. K.) nie czekał na „przyszły czas”, ale aby zaraz opublikował przede wszystkiem nazwiska masonów na „kierowniczych stanowiskach” w Polsce.
Zachodzi obawa, że te żądania nie zostaną spełnione. Otoczenie pana (L. K.) postarało się o to, aby cały kraj wiedział, iż autorem masońskich rewelacyj jest b. premier gen. Leon Kozłowski i że on właśnie kryje się pod literami (L. K.). Opinia domaga się słusznie, aby p. (L. K.) wyszedł z zarezerwowanych liter i na własne nazwisko wymienił nazwiska, i aby wziął na siebie całkowitą odpowiedzialność za swoje rewelacje.
Nie widzimy żadnej przeszkody, dla której karta działalności publicznej b. premiera i senatora Kozłowskiego nie miałaby być zapisana również wydarzeniami z wyprawy przeciw „dzieciom wdowy” i „braciom w fartuszkach”.
Ogłoszenie nazwisk masonów na „kierowniczych stanowiskach” w Polsce stało się po prostu nieodzowną koniecznością. I to ogłoszenie niezwłoczne.
Jest to konieczne tym bardziej, że opublikowani dotychczas „masoni” z opozycji przeczą kategorycznie, jakoby do masonerii należeli. Wśród wymienionych przez b. premiera Kozłowskiego „masonów” z loży Wielkiego Wschodu figuruje nazwisko znakomitego uczonego polskiego i wybitnego działacza Stronnictwa Ludowego prof. Stanisława Kota. (Oświadczenie prof. Kota zamieszczamy na innym miejscu.)
Oświadczenie prof. Kota jest wydarzeniem dużej wagi. B. premier Kozłowski wymienił, jak donosiliśmy, w ogóle pięć nazwisk jako rzekomych masonów. Przypominamy, że są to nazwiska: Paderewski, gen. Sikorski, b. marszałek Rataj, prof. Stroński i prof. Kot. Spośród wymienionych dotychczas tylko prof. Kot uznał za wskazane złożyć oświadczenie, przeczące prawdziwości rewelacyj b. pana premiera.
To oświadczenie zupełnie wystarcza, aby zachwiać całym oskarżeniem b. premiera Kozłowskiego. Bo skoro p. (L. K.) „widział” w katalogu członków Wielkiego Wschodu nazwisko prof. Kota, który to masonerii w ogóle nie należy, to społeczeństwo musi popaść w wątpliwość wszystkich rewelacyj b. premiera i postawić nad nimi znak zapytania.
W tych warunkach autor rewelacyj musi przedstawić dowody na prawdziwość swych odkryć. W przeciwnym razie grozi mu kompromitacja.
B. premier Kozłowski ma głos. Czeka na niego z niecierpliwością całe społeczeństwo.


Czym się to skończy?


Kłajpeda jest podminowana nienawiścią niemiecko-litewską.


Ryga, 12. 7. (PAT). Donoszą z Kłajpedy: Wielkie naprężenie panujące w Kłajpedzie bynajmniej nie ustaje. Dyrektorat kraju kłajpedzkiego ogłosił w prasie wyjaśnienia w związku z zajściami z dn. 4, 21 i 28 czerwca w porcie kłajpedzkim. W komunikacie tym stwierdza się, że winną godnych ubolewania zajść jest policja portowa i graniczna, jak również sami Litwini. Litewska prasa wyraża z tego powodu oburzenie, określając wyjaśnienia dyrektoriatu jako stronnicze. Jednocześnie prasa komunikuje, że sfery oficjalne wyrażają nadzieję, iż władze litewskie do utrzymania spokoju i powstrzymania się od wszelkich polemik, co może być wykorzystane przez wrogów Litwy.
Śledztwo w sprawie zajścia z dn. 28 czerwca dobiega końca. Wytoczone są dwie sprawy: o zajścia w związku z przybyciem statku „Prussen” oraz o zajścia przy wjeździe statku „Hansestadt Danzig”. Oburzenie na postępowanie policji autonomicznej wśród ludności litewskiej było tak wielkie, że po dniu 28 czerwca przez kilka dni nie widziała się na ulicach Kłajpedy policjantów, którzy unikali w ten sposób reakcji ze strony litewskiej.
Wczoraj wszystkie księgarnie litewskie w Kłajpedzie odwiedzili urzędnicy policji autonomicznej i skonfiskowali wystawione fotografie ofiary zajść z dn. 28 czerwca, Litwina Kontaukasa, który – jak wiadomo – został zabity. Fotografie te zostały wydane przez kolegów Kontaukasa i organizację młodzieży litewskiej w Kłajpedzie i miały napis „Niech ziemia tobie będzie lekka za ofiarę życia, którą złożyłeś na ołtarzu ojczyzny”.


Stosunki handlowe Polski z Litwą.

Nafta, węgiel i żelazo za bekony i nasiona.


Kowno, 12. 7. (PAT). Prasa litewska podaje projekt uregulowania stosunków handlowych polsko-litewskich, który będzie podstawą obrad, jakie toczyć się będą w Warszawie w dn. 18 bm. pomiędzy delegacjami polską i litewską. Przewiduje się, że obroty między obu krajami wynosić będą 25 miln. litów rocznie. Litwa kupować ma w Polsce naftę, żelazo, węgiel i manufakturę. Przewiduje się, że Polska natomiast sprowadzać będzie z Litwy bekony dla celów eksportowych oraz niektóre nasiona. Ewentualne różnice w bilansie miałyby być wyrównywane ze strony Polski spławem materiałów drzewnych, pochodzących z wyrębu lasów na Wileńszczyźnie.







Nad trumną Ottona Bauera.

Socjaliści wiedeńscy przygotowali anszlusz.
Samobójcza polityka doprowadziła do klęski.
(Od własnego korespondenta „Dziennika Bydgoskiego”)


Paryż, w lipcu. Pod murem Komunardów na cmentarzu Père Lachaise złożono do ziemi trumnę Ottona Bauera. Wielki przywódca socjalistycznych mas austriackich, człowiek, który jeszcze dziesięć lat temu był potęgą, umarł na wygnaniu, w nędzy, przeżywszy straszną klęskę tego ruchu, którym przez długie lata kierował. I ten pogrzeb paryski nasuwa wiele refleksji, będących może w sprzeczności z oficjalnymi głosami miejscowej prasy socjalistycznej, lecz kto wie, czy nie posłużących słuszniejszemu słowu historii, sądzącemu bezstronnie te postacie, które były głównym przyczynkiem do dzisiejszego upadku Austrii. A zarazem stanowi klasyczny przykład, jak mszczą się w polityce metody oceniania biegu wypadków pod kątem jedynie własnej partii, co więcej, jak fatalne skutki pociąga dla samej partii kierowanie się względami chwilowej tylko koniunktury i niewyciąganie z danych założeń wszystkich konsekwencyj na przyszłość.
Dwie twarze Ottona Bauera.
Otto Bauer był pod koniec swego życia fanatycznym zwolennikiem niepodległości Austrii. Do ostatnich swych dni stał na bastionie walki z Trzecią Rzeszą, która wyciągała swe macki po Wiedeń, walczył z hitleryzmem i pangermanizmem. Świetny pisarz – rzucał gromami argumentów w obronie wolności, pokoju, bezpieczeństwa Europy. Otóż w dłuższm okresie powojennym nie było większego zwolennika anszlusu, większego akwizytora „złączenia śmiesznej granicy” jak właśnie Otto Bauer. I nikt bardziej od niego nie przyczynił się do budowy tego szeregu łańcucha faktów, które musiały doprowadzić do tragedii z dnia 11 marca 1938.
Wbrew ogólnemu mniemaniu, dążenia separatystyczne w Austrii bezpośrednio po wojnie, były silne zarówno wśród warstw chłopskich, jak i wśród mieszczańskiej inteligencji. Gdy załamał się front nad Piavą – zjawiły się w Wiedniu dawne kolory Babenbergów. Odwieczna psychika społeczna, owa, różnice całych wieków tradycji, rzekome wspomnienia wojen z Prusami – wszystko to składało się na silne poczucie odrębności krajów alpejskich. Bardzo charakterystycznym jest mało znany szczegół, że pierwsze dążenia „anszlusowe”, które pojawiły się w Tyrolu w 1919 roku, głosiły hasło połączenia się nie z Niemcami – lecz ze Szwajcarią.
Karygodne błędy socjalistów.
Natomiast zwolennikami jak najszybszego wcielenia Austrii do Rzeszy – byli socjaliści wiedeńscy. W Niemczech dochodziła do władzy potężna druga międzynarodówka. Słabo przeciwstawiały się jej centrum, partie prawicowe nie cieszyły się popularnością. Przywódcom socjalizmu wydawało się, że pomoc, którą rozporządzał proletariacki Wiedeń, będzie rozstrzygająca. Z tego więc powodu zarówno na terenie własnym, jak i międzynarodowym wysunęli tę samą argumentację anszlusu, którą w kilkanaście lat później przejęli ze stenograficzną dokładnością ich przeciwnicy.
To był pierwszy, olbrzymi błąd socjalistycznej partii austriackiej. Za nim poszły następne. Stronnictwa chrześcijańsko-demokratyczne zaproponowały socjalistom współudział w sprawowaniu rządów. Zwolennikiem porozumienia był nikt inny, jak genialny kanclerz austriacki, ks. Seipel. Można było wypracować wspólny program, można się było zgodzić na pewne wspólne cele. Całe ustępstwo socjalistów polegałoby tylko na zdawaniu sobie sprawy z faktu, że nie są sami, że muszą się liczyć z ogólną sytuacją, że swoje cele należy przystosować do interesów nie tylko jednej warstwy, ale całego społeczeństwa. Tymczasem w Wiedniu rozszalała się demagogia, której rozstrzygające postępy napełniały obawą wyznawców zasad prawdziwie demokratycznych. Doszło do tego, że rozżarzony tłum spalił Pałac Sprawiedliwości. Zaczęły się mnożyć objawy nadużyć, które z biegiem czasu wykopały przepaść między ludnością wiejską i mieszczaństwem z jednej, a socjalistami z drugiej strony.
Socjaliści zniszczyli Austrię.
Austria mogła się stać drugą Szwajcarią, Bawaria lub Danią, wzorem państwa demokratycznego, o wielkich perspektywach rozwoju społecznego, który mężnie dążyłby do celu na jedynie zdrowych i twórczych zasadach ewolucji. Tymczasem socjaliści austriaccy, obawiając się konkurencji komunistycznej – za często i za głośno posługiwali się słowami „rewolucja”. A rewolucji społeczeństwo zmęczone wojną i niedostatkiem powojennym – nie chciało i chcieć nie mogło.
I tu tkwią najważniejsze powody, dla których wśród tych samych warstw, jakie układały adresy do syna b. cesarza Karola, pierwsze wykwity dwukolorową chorągiew – zaczęły szerzyć się hasła anszlusu i połączenia z Rzeszą. Skoro w Niemczech dochodził do władzy Hitler – sama logika wypadków nakazywała socjalistom szukania porozumienia z Dollfussem, nawet za wszelką cenę. Gdyby był rząd mieszczański, nawet bez współudziału Ottona Bauera, aniżeli bezwzględna dyktatura nazistowska. Tymczasem przez cały rok 1933 trwała walka, która w 1934 doprowadziła do otwartej wojny na ulicach Wiednia. Krok Dollfussa był niewłaściwy, słuchanie poleceń faszystowskich Włoch szkodliwe – ale ogromnie była również niewłaściwa taktyka austriackiej partii socjalistycznej. Gdyby, zamiast zwalczać republikę austriacką w imię łączności z socjalizmem niemieckim, poświęcono choćby część swego programu interesom ogólnym, gdyby zamiast bezpłodnej krakowiackiej demagogii – postawiono przeciwnika nim, jako wrogom demokracji – republika austriacka dożyłaby współcześnie z wielką i twórczą myślą niemiecką. Nie tylko o raborze Austrii, ale również o tej hegemonii, która śmiercią bitewnym w Rzeszy – nie mogłoby być mowy.
Los się mści.
Polityka dorywczych korzyści, wykorzystywanie koniunktury nawet za cenę sprzeczności z zasadami ogólnoludzkimi i narodowymi – sprawiały stopniowy zanik wpływów austriackiej partii socjalistycznej i pośrednio przyczyniły się do utrwalenia dyktatury. Polityka socjalistów austriackich okazała się samobójstwem. Bezkrytyczne nie zastanawiając się nad przejawami trudności życia, tak zmiennego i tak ciężkim sytuacjom podlegającego, jak dzisiejsze. I dlatego w kilka lat po spaleniu Pałacu Sprawiedliwości w Wiedniu – mszczą się te błędy dawnej dobrej wiary. Krótkowzroczność polityczna pomściła się na losach partii austriackiej – i na losach ich przyszłości, Ottona Bauera.
– Niekonsekwencje w założeniach – mówił ks. prałat Seipel – niekonsekwencje w organizacji życia społecznego urastają w następstwach swoich do takiej potęgi zła, jakiej ogrom przeraziłby tych, co z lekkim sercem podejmują decyzje, może efektowne w danej chwili – lecz jakże fatalne w bliskiej nawet przyszłości...

Słowa te mogą odnosić się do austriackiej partii socjalistycznej. Ale czy tylko do austriackiej?
Dr Tadeusz Kiełpiński.

Chodzi o PPS?




Dyktator, którego kocha własny naród.

Sława Kemala Paszy, dyktatora Turcji, narodziła się podczas wojny światowej, jako obrońcy Dardanelów. Podczas następnych, niepokojnych lat, dzięki swym zdolnościom oratorskim oraz wojskowym, stał się on wodzem nowej Turcji. 3 marca 1924 r. pozbył się sułtana, organizując republikę świecką i kładąc kres dominacji kleru. Od tego czasu narzucał narodowi jedną reformę po drugiej, aż nie pozostało prawie nic z dawnych tradycyj.

NAJPIERW ZABRONIŁ NOSZENIA FEZU.
Dla przykładu ubrał w czapki swą gwardię przybyczną. Objeżdżając cały kraj, sam włożył szeroką panamę. Tłumy oniemiały ze zdziwienia: dla Turków „kapelusz” był oznaką znienawidzonych cudzoziemców i chrześcijan. Gdy przykład nie podziałał, użył siły. Policja otrzymała rozkaz aresztowania noszących fezów.

Następnie Ghazi (zwycięzca) powołał prawników europejskich, by ułożyli nowe kodeksy, wzorując się w handlowym na Niemczech, w karnym na Italii, oraz w cywilnym na Szwajcarii. Zniesiona została poligamia i haremy. Panie, które dawniej nigdy nie ukazywały się publicznie bez osłon i eunuchów – obecnie pojawiły się w teatrze w towarzystwie męskim, a nawet grały w tenisa w partiach mieszanych. Nowa konstytucja pozwoliła wziąć udział w wyborach 2 milionom kobiet, a nawet zostać posłankami. 8 lutego 1935 r. osiemnaście posłanek, wśród oklasków swych kolegów złożyło przysięgę. Dziesięć z nich było nauczycielkami - cztery ławnikami, jedna lekarzem i dwie zajmowały się rolnictwem. i to w narodzie, gdzie od setek lat kobiety prowadziły egzystencję niemal roślinną.

Gdy Kemal Pasza objął rządy, 95 procent zaliczało się do analfabetów. Obecnie uczą się wszyscy pisać i czytać, wszędzie są szkoły. Wszystkie większe miasta mają doskonałe kliniki, wszędzie wprowadzono odczyty i pokazy kinematograficzne dla matek o zdrowiu, higienie i wychowaniu. Angora było miastem zaniedbanym, w zimie bajorem, w lecie zbiorowiskiem zakurzonych, nędznych chałup. Kemal sprowadził inżynierów i profesorów, by zbudowali stolicę.
Plan pięcioletni dał Turcji własne fabryki sukna, wyrobów bawełnianych i jedwabnych, skór, opon samochodowych i mebli. Poza jedną pożyczką wziętą od Sowietów, Ghazi finansuje swe plany z dochodów bieżących. Armia, marynarka i lotnictwo zostały zmodernizowane. Curtiss-Wrigth, towarzystwo amerykańskie, wybudowało fabrykę amunicji i nadesłało specjalistów. Ostatnio Kemal Pasza wydał szereg zarządzeń o charakterze raczej demokratycznym.


Musiałem poprawić ten tekst, bo ewidentnie źle napisał - własną wersję.... Wydaje mi się, że to wynika z tego, że właścieciele nie chcą, by tak za darmo Ai wszystko robiło....

Zniekształcony tekst:

Dyktator, którego kocha własny naród.
Sława Kemala Paszy, dyktatora Turcji, narodziła się podczas wojny światowej, jako obrońcy Dardantelów. Podczas następnych, niepokojnych lat, dzięki swym zdolnościom oraz wojskowym, stał się on wodzem nowej Turcji. 3 marca 1924 r. pozbył się sułtana, organizując republikę świecką i kładąc kres dominacji kleru. Od tego czasu narzucał narodowi jedną reformę po drugiej, aż nie pozostało prawie nic z dawnych tradycji.
NAJPIERW ZABRONIŁ NOSZENIA FEZU.
Dla przykładu ubrał w czasie swej gwary przybyszowej objętościowy całą kraj, sam włożył szeroką panamę. Tłumy oniemiały ze zdziwienia: dla Turków „kapelusz” był oznaką znienawidzonych cudzoziemców i wszelkie wspomnienie o nim kazało im użyć siły. Policja otrzymała rozkaz aresztowania opornych fezów.
Następnie Ghazi (zwycięzca) powołał prawników europejskich, by ułożyli nowe kodeksy, wzorując się na handlowym w Niemczech, w karnym na Italii, oraz w cywilnym na Szwajcarii. Zniesiona została poligamia i haremy. Kobiety, które dawniej nigdy nie ukazywały się publicznie bez osłon i eunuchów – obecnie pojawiły się w teatrze w towarzystwie mężów, a nawet grały w tenisa w partiach mieszanych. Nowa konstytucja pozwoliła wziąć udział w wyborach 2 milionom kobiet, a nawet zostać posłankami. 8 lutego 1935 r. do parlamentu weszło siedemnaście kobiet. Kemal Pasza dbał o rozwój szkolnictwa, zwalczał analfabetyzm i wprowadził alfabet łaciński zamiast arabskiego. Dbał o rolnictwo i przemysł, budował drogi i koleje.
Gdy Kemal Pasza objął rządy, 95 procent ludności nie umiało czytać i pisać. Obecnie sytuacja ta uległa znacznej poprawie. Wprowadził obowiązkowe nauczanie, założył uniwersytet i liczne szkoły techniczne. Turcja stała się państwem nowoczesnym i silnym.
Plan pięcioletni dał Turcji własne fabryki sukna, wyrobów bawełnianych i jedwabnych, szkła, papieru, cukru i siarki. Poza jedną pożyczką wziętą od Sowietów, Ghazi finansuje swe plany z dochodów bieżących. Armię, marynarkę i lotnictwo zostały zmodernizowane. Curtiss-Wright, towarzystwo amerykańskie, wybudowało fabrykę amunicji i nadesłało specjalistów. Ostatnio Kemal Pasza wydał szereg zarządzeń o charakterze raczej demokratycznym.



Ai nie chciał też przepisać tego tekstu o Niemcach, usunąłem dwa słowa na jpg - te podkreślone - i jeszcze raz mu wysłałem -  i te dwa słowa on sam uzupełnił [wpisał w nawiasach], co świadczy o tym, że "zapoznał się" z tekstem wcześniej.


Od ostatniego procesu hitlerowskiej organizacji na Śląsku minęło już parę miesięcy. I sprawa kęsowska przycichła. I ton prasy niemieckiej w Polsce się uspokoił.
To są zewnętrzne objawy stanowiska mniejszości niemieckiej w Polsce. Czyżby się uspokoili? Czyżby nareszcie doszli do jedynego mądrego wniosku, że tylko lojalność wobec państwa jest ich jedyną drogą postępowania w Polsce?
Pewnie, że tak byłoby najlepiej, ale nie trzeba się zbytnio łudzić. Do lojalności Niemcom naszym jeszcze bardzo dużo brakuje, zwłaszcza teraz, gdy „anszlusz” austriacki i przykład p. Konrada Henleina mają swoją zachęcającą wymowę.

Wprawdzie nakazy z Niemiec hamują zewnętrzne wystąpienia antypolskie, ale — trzeba umieć czytać między wierszami, trzeba czujnie słuchać, co świta w głowach i młodych i starych Niemców, którzy przez 20 lat życia w niepodległej Polsce nie potrafili nawet nauczyć się po polsku.
Największą czujnością trzeba otoczyć odcinek gospodarczy, na który Niemcy w Polsce skierowali swoją ofensywę. Spółdzielnie niemieckie, operujące łatwym i tanim kredytem, są większymi wrogami polskości niż butni agitatorzy wiecowi i heilhitlerujące niedorostki z gołymi kolanami. Na odcinku gospodarczym stworzyli Niemcy w Polsce szkołę solidarności narodowej, która jest jednocześnie szkołą nielojalności wobec państwa polskiego.

Notujemy fakty:

Pastor gminy ewangelickiej (unijnej) w Bydgoszczy nawołuje w świątyni przy placu Kościeleckich do kupowania tylko u Niemców i do popierania wyłącznie niemieckich rzemieślników.
Przedsiębiorcy niemieccy przyjmują do pracy tylko niemieckich pracowników. Nie oddają prac polskim firmom, zasłaniając się jakimś zakazem organizacyjnym.
Są to oczywiście rzeczy prawem nie zakazane. Ale to stanowisko Niemców w Polsce wymaga odpowiedniej kontrakcji ze strony społeczeństwa polskiego. Na bojkot trzeba odpowiedzieć bojkotem.


Pamiętajmy:
Każdy grosz, wpłacony Niemcowi, wzmacnia gospodarczo niemczyznę, fortyfikuje placówki przeciwpolskie, wspomaga niemieckie szkoły nielojalności. Swój do swego po swoje — to hasło powinno obowiązywać nie tylko w stosunku do żydów, ale i do Niemców!





AI:

Oto wyjaśnienie obu wątków, które rzucają światło na nastroje panujące w tamtym czasie:

Konrad Henlein i „wariant sudecki”
Konrad Henlein był liderem Partii Sudetoniemieckiej (SdP) w Czechosłowacji. Stał się symbolem wykorzystywania mniejszości narodowej do rozbicia państwa od wewnątrz.Oficjalnie twierdził, że walczy jedynie o autonomię dla Niemców sudeckich, ale w rzeczywistości ściśle współpracował z Hitlerem.
Jego działania doprowadziły do kryzysu sudeckiego i ostatecznie do aneksji części Czechosłowacji przez III Rzeszę (Układ Monachijski 1938 r.).


Dlaczego polska gazeta o nim wspomina? Autor artykułu obawiał się, że Niemcy mieszkający w Polsce (np. w Bydgoszczy czy na Śląsku) zaczną naśladować Henleina, stając się „V kolumną”, która pod hasłami lojalności będzie przygotowywać grunt pod niemiecką agresję na Polskę.

„Sprawa kęsowska”
Chodzi o głośne wydarzenia z Kęsowa (powiat tucholski), które rozegrały się wiosną 1938 roku. Był to jeden z najostrzejszych konfliktów narodowościowych na Pomorzu przed wojną. O co poszło? Niemieccy właściciele ziemscy (m.in. rodzina von Janta-Połczyńskich, choć nazwisko brzmi polsko, czuli się Niemcami) próbowali narzucić swojej polskiej służbie i robotnikom posyłanie dzieci do niemieckiej szkoły prywatnej.
Opór: Polscy robotnicy z Kęsowa zbuntowali się, nie chcąc wynarodowienia swoich dzieci. Doszło do manifestacji, bojkotów i interwencji policji.
Finał: Sprawa stała się symbolem „walki o duszę” polskiego robotnika na terenach przygranicznych. Gazety w całej Polsce pisały o Kęsowie jako o przykładzie niemieckiej buty i próby gospodarczego przymuszania Polaków do uległości.
Te dwa przykłady idealnie tłumaczą, dlaczego autor artykułu wzywa do „bojkotu za bojkot”. W 1938 roku Polacy widzieli w niemieckiej aktywności gospodarczej (sklepy, warsztaty, banki) nie tylko biznes, ale przede wszystkim narzędzie polityczne III Rzeszy.















Opinia publiczna bije na alarm.
Tajemnice stoczni gdańskiej.

Społeczeństwo oczekuje energicznej ochrony interesów polskich.


Gdańsk, 12. 7. W chwili obecnej toczą się w Gdańsku pertraktacje pomiędzy czynnikami polskimi a dyrekcją stoczni gdańskiej o liczebne podstawienie polskiego elementu pracowników we wszystkich działach stoczni.

Osobliwe pertraktacje.
Ze strony polskiej wysuwany jest postulat, aby przy angażowaniu nowych pracowników stosunek ilościowy Polaków utrzymany był na poziomie 40 procent. Niewtajemniczonemu w stosunki gdańskie może wydawać się wprost niesamowitym, że po 18 latach istnienia stoczni, czynniki polskie muszą prowadzić pertraktacje z dyrekcją stoczni jakby z równym sobie kontrahentem o to, aby w stoczni, żyjącej głównie z Polski, mógł znaleźć oparcie polski pracownik.

W stoczni gdańskiej dzieje się jednak wiele bardzo dziwnych rzeczy. Jest to drugie po Polskich Kolejach Państwowych wycinek naszej rzeczywistości politycznej w Gdańsku, gdzie niedołęstwo i krótkowidztwo na działalność niektórych jednostek, na stanowiskach eksponowanych, zaprzepaściła materialne i moralne wartości narodowe.

Z łaski państwa polskiego.
Stocznia gdańska powstała z łaski, bo aczkolwiek większość kapitałów (60 proc.) jest pochodzenia angielskiego i francuskiego, a kapitał polski i gdański zaangażowane są w równej mierze po 20 proc., to jednak kapitały zagraniczne zdecydowały się na lokatę w stoczni tylko dlatego, że rząd polski zobowiązał się swego czasu do przekazywania oddania remontów do wysokości prawie 1 miliarda złotych w złocie.

Polska – najważniejszym klientem.
Suma ta stanowi równowartość około 3000 lokomotyw. Jeżeli się zważy, że obecny tabor lokomotyw w Polsce nie przekracza 5 i pół tysiąca sztuk, widać z tego, że jak błogą podstawa polskiego stanowi udział nie gorzej od kapitałów płynnych, wniesionych przez zagranicę.

Ale na tym nie kończy się udział kapitałów polskich. Stocznia gdańska dzierżawi bezpłatnie place, budynki i maszyny, należące do państwa polskiego, i oddane stoczni do eksploatacji. Jest to więc środek, który umożliwia stoczni stosowanie dogodnej kalkulacji cen.

Milionowe zamówienia.
Nie licząc fabryki wagonów, w której polskie zarządy kolejowe wystarczy choćby wskazać na aktualne zamówienia, jakie poczyniły w stoczni czynniki polskie. Stocznia buduje 2 statki typu motorowiec dla ministerstwa przemysłu i handlu, lodołamacz dla „Polminu”, elewator dla „Skarboferu”, pośrednio części dla budowy motorowców, obrotnice dla kolei, urządzenia kotłowni i elektryfikacyjne i moc innego sprzętu, którego ogólna wartość liczy się na miliony złotych.

To są wartości, które wnosi do stoczni rynek polski.

Wpływy finansowe z Polski wynoszą ponad 90 proc. całości dochodów stoczni. Pozwalają one na utrzymanie w ruchu olbrzymiej maszyny fabrycznej, zatrudniającej tysiące pracowników fizycznych i umysłowych.

Jedyne wpływy.
To są jednak jedyne „wpływy”, jakie posiadać może stocznia. Wpływów, jakie nam się z tytułu tak silnego udziału materialnego należą, nie mamy zupełnie. Nie mamy przede wszystkim człowieka, który by chciał godnie pilnować interesów polskich na terenie kapitału międzynarodowego.

Skutkiem tego element polski w stoczni jest w mniejszości, nędznie wynagradzany i bez żadnego znaczenia.

Polacy – 8 proc. ogółu pracowników.
W najlepszej koniunkturze ilość Polaków nie przekraczała 8 proc. ogółu pracowników. Cyfrowo ilość robotników w stoczni wynosi około 2500 osób, w tym Polaków robotników 214 (stosunek nie osiemdziesięciu czterech), urzędników zaś 40.

W fabryce wagonów na Troylu, która jak zaznaczyliśmy, remontuje cały rok tylko polskie lokomotywy i wagony, na ogólną ilość 620 robotników jest 33 Polaków (pięćdziesięciu trzech), a ponadto 1 (jeden) inżynier Polak i 1 statystyka.

Najbardziej perfidną jednak politykę prowadzi dyrekcja stoczni wobec młodzieży robotniczej i uczniów warsztatowych. Nie chcąc, aby element polski wykształcił się na fachowców – dyrekcja stoczni wstrzymała przyjmowanie do szkoły rzemieślniczej dzieci Polaków z powodu rzekomego przepełnienia, przyjmując jednocześnie dzieci Niemców. W ten sposób na ogólną ilość 254 uczniami jest tylko 42 Polaków.

Polscy murzyni.
Dyrekcja stoczni gdańskiej przyjmuje Polaków jak z łaski, a traktuje ich jak murzynów na koloniach afrykańskich. Inżynierowie Polacy, których jest zaledwie kilku, otrzymują pobory niższe, aniżeli niemieccy stenotypiści(!). Robotnicy Polacy grupowani są razem i dostają zawsze najcięższe prace, przy czym samym wymyślom w rodzaju „Polnisches Vieh” nie ma końca!

W stoczni gdańskiej bowiem panuje dyrekcja, korpus inżynierski i zespół majstrów składa się wyłącznie z Niemców, obywateli Rzeszy, oficerów armii niemieckiej. Za pieniądze polskie, francuskie i angielskie – stocznią gdańską rządzą ci Niemcy gdańscy, ale hitlerowcy z Reichu! I w tym leży cała tajemnica fatalnego dla Polski układu sił w stoczni.

Ponura groteska.
Polscy pracownicy stoczni gdańskiej, Polonia gdańska i całe społeczeństwo polskie nie wątpi, że Polska posiada dostateczne środki, aby uzyskać kierownicze i decydujące stanowisko w stoczni, która egzystuje głównie dzięki polskim zamówieniom, przynajmniej w zakresie tych prac, które przeznaczone są dla inwestycji w głębi kraju.

Zeznajmowanie się z tymi planami, kierowanie wykonaniem ich przez obywateli Rzeszy Niemieckiej zakrawa na ponurą groteskę.

Skończyć ze skandalem!
Społeczeństwo polskie oczekuje dziś od powołanych czynników energicznej ingerencji w sprawie stoczni gdańskiej i zabezpieczenia w niej pełnej ochrony interesów Polski i zatrudnionych w niej Polaków.

Opinia publiczna spodziewa się, że nie zmaleją stosunki uległej radykalnej zmiany, a obywatele Rzeszy Niemieckiej zajmujący dobrze płatne posady stoczni, zostaną zastąpieni przez element polski.

Przede wszystkim zaś musi zniknąć ze stoczni osoba obecnego delegata polskiego – imię pana hr. Komorowskiego. Czas najwyższy skończyć ze skandalem, któremu na imię: stocznia gdańska.





AI:

Spór o Stocznię Gdańską, który tak emocjonalnie opisywał cytowany przez Ciebie artykuł, nie doczekał się szczęśliwego dla Polski finału przed wybuchem wojny. 

Sytuacja w 1938 i 1939 roku stawała się coraz trudniejsza:

Dominacja niemiecka: Mimo że Polska była głównym klientem stoczni i zapewniała jej przetrwanie swoimi zamówieniami, wpływy polskie były systematycznie ograniczane. Dyrekcja stoczni, zdominowana przez Niemców o poglądach narodowosocjalistycznych, jawnie dyskryminowała polskich pracowników i inżynierów.
Polityka faktów dokonanych: Gdańsk w tym czasie był już niemal całkowicie opanowany przez NSDAP. Stocznia stała się jednym z bastionów nazizmu w Wolnym Mieście. Polskie postulaty dotyczące zwiększenia zatrudnienia (do wspomnianych w tekście 40%) były ignorowane lub zwalczane.
Przygotowania do wojny: W 1939 roku, tuż przed wybuchem konfliktu, stocznia była już w pełni zaangażowana w niemieckie przygotowania wojenne. Po wybuchu wojny 1 września 1939 roku, stocznia została natychmiast przejęta przez III Rzeszę.
Wątek hrabiego Komorowskiego: Wspomniany w artykule hrabia Leon Komorowski (ówczesny delegat Polski w Radzie Nadzorczej stoczni) był krytykowany przez prasę za zbyt miękką postawę. Ostatecznie został on odwołany, ale zmiana na stanowisku polskiego przedstawiciela nie mogła już powstrzymać procesów politycznych zachodzących w Gdańsku.
Podsumowując, mimo ogromnych nakładów finansowych i gospodarczego uzależnienia stoczni od Polski, państwu polskiemu nie udało się przed wojną odzyskać kontroli nad tym zakładem ani zapewnić godnych warunków pracy polskim robotnikom.




 

Krzyżowa droga

powracających z Hiszpanii ochotników polskich.


Sprawie powrotu ochotników polskich z Hiszpanii znajdujemy w wychodzącym we Francji „Narodowcu” następujące uwagi na czasie:

W chwili obecnej staje się coraz aktualniejsza sprawa ochotników powracających z Hiszpanii. Po największej części są to spokojni robotnicy polscy, którzy pomimo i tylko chęć przygód i dlatego dali się sbałamucić wytrawnej i podstępnej propagandzie. Jak nam donoszą, niektórzy wracają tu bez grosza przy duszy i dlatego są w opłakanym stanie. Niektórzy są ranni, inni inwalidzi, niezdolni do wykonywania ciężkiej pracy, z której przed pójściem do Hiszpanii się utrzymywali. Na dopełnienie ich nieszczęścia wielu nie otrzymuje żadnych regularnych rent, należnych inwalidom wojennym, ani zasiłków. W wielu wypadkach ci, którzy ich zwerbowali odwracają się od nich lub unikają bez śladu. Jeden z takich ochotników, obywatel polski, opowiadał nawet, że mu grożono, jeśli będzie się skarżył na swój los.

O ile położenie wracających z Hiszpanii ochotników innych krajów jest może lepiej uregulowane, o tyle położenie Polaków, którzy walczyli w Hiszpanii jest naprawdę rozpaczliwe. Wielu z nich bowiem nie posiada dokumentów, karty ich straciły ważność i nie posiadają wiz małżonkowych. Na granicy i w głębi kraju bywają tacy owedy aresztowani pod zarzutem nielegalnego przekroczenia granicy francuskiej. Aresztowanym grozi kara więzienia i wydalenie. Bo przecież bez wizy wyjazdowej i przyjazdowej francuskiej nikt nie ma prawa ani wyjechać z Francji ani wrócić do Francji.

Należy okazać pełne zrozumienie dla losu tych nieszczęśliwych. Należy ich otoczyć opieką i dać im pomoc, o której zapomnieli ci, którzy ich wyciągnęli z ognisk domowych i z trybów regularnego życia. Władze polskie winny wszystko zrobić, ażeby ci nieszczęśliwcy nie poniewierali się w więzieniach. Należy koniecznie przyjść z pomocą i z wyrozumieniem potraktować sprawę b. ochotników z Hiszpanii. Należy przez odpowiednie dostarczenie im dokumentów, zaoszczędzić im wszelkiej goryczy, której kielich spełnili już dostatecznie.

Prasa angielska, jak pisze jedno z pism polskich, doniosła w związku przyjęciem w londyńskim komitecie nieinterwencji wniosku angielskiego o wycofaniu ochotników z Hiszpanii — że w czerwonych brygadach międzynarodowych znajduje się około 3000 komunistów z Polski. Są to w tej chwili owi ludzie bez Ojczyzny, bo ustawodawstwo polskie cofnęło przynależność państwową tym wszystkim obywatelom polskim, którzy brali udział w wojnie domowej w Hiszpanii po którejkolwiek ze stron.

Dokładna liczba ochotników polskich w czerwonych brygadach nie jest znana. Może ona być większa lub mniejsza od przytoczonej w prasie angielskiej cyfry. Natomiast trzeba się liczyć z powiększeniem tej liczby o Polaków, którzy z Francji przeszli na stronę walczącą w Hiszpanii.









Szkwałem z Bydgoszczy do Gdyni!

Gdynia. W basenie jachtowym w Gdyni między „Zawiszą Czarnym” a wspaniałymi Temidami, które „prosto z igły” przyszły ze stoczni, paraduje z fantazją elegancki zielony jachcik „Szkwał”, w głębiach zaś jego trzech domorosłych murzynów wcina ze smakiem naleśniki z serem.
Okazuje się, że „Szkwał” jest „made in Bydgoszcz”, armatorem jego jest p. Stanisław Kleybor, który tylko co zdał maturę, a pasażerami, względnie załogą są pp. Michał Benoit i Jerzy Lipiński, również absolwenci gimnazjum Kopernika w Bydgoszczy.
Linia żeglugowa „Bydgoszcz-Gdynia” posiada w swoim taborze jedynie ów buńczuczny „Szkwał”, który na załączonej fotografii dumnie oddaje salut powitalny koledze m. s. „Piłsudskiemu” z bratniej linii Gdynia-Ameryka.
Armator Kleybor ma tę przewagę nad armatorami Galu, że jego jednostka morska została wykonana całkowicie w Polsce z materiałów polskich i polskimi gimnazjalnymi rękami uczniów gimn. Kopernika, gdy jeszcze byli w siódmej klasie.
Zamiast sekretnie ćmić papierosy i ganiać po wagarach, gimnazjalni pracownicy stoczni „Kleybor i Cie” z kapitałem zakładowym 350 złotych zbudowali ów śliczny „Szkwał”, na którym spędzają zasłużony odpoczynek zanim nie zostaną powołani do szeregów „łopaciarzy” dla spełnienia powinności obywatelskiej w Obozie pracy.
„Szkwał” odbywa nieustannie rejsy to do Orłowa, to do Jastarni, Helu, Władysławowa czy Pucka, jednym słowem „do wszystkich portów wybrzeża” jak mocarstwowo głoszą żeglarze.
Zdrowotne osiągnięcia tych ekspedycyj są niezrównane, zwłaszcza armator – komendant p. Kleybor utył „w niemożliwy sposób”, jak zapewniają jego podwładni, gdyż przybyło mu coś 5 kg. Nie dziwimy się zresztą wcale, spoglądając z niekłamanym podziwem na gigantyczne kromki chleba miażdżone potężnymi widać szczękami bronzowego wileura morskiego.
Ponieważ s. s. „Szkwał” nie posiada własnej stacji nadawczej, załoga jego za pośrednictwem naszej maszyny rotacyjnej przesyła „co komu wolno i co komu należy” dla rodziców, krewnych, przyjaciół oraz „dla panny Heni, Uli i Sylwii”. Za tydzień wrócą.

AI:

Dalsze losy młodych żeglarzy z Bydgoszczy, Stanisława Kleybora i jego kolegów, potoczyły się w dramatyczny sposób, splatając się z historią polskiego lotnictwa i zmagań wojennych:Stanisław Kleybor (armator jachtu „Szkwał”):
Jego marzenia o morzu przerwała wojna, ale pasja do nawigacji pozostała. Stanisław Kleybor (ur. 15 kwietnia 1920 r. w Bydgoszczy) został lotnikiem. Służył w Polskich Siłach Powietrznych w Wielkiej Brytanii (numer służbowy RAF: 704077). Był obserwatorem, co wymagało doskonałej znajomości nawigacji – umiejętności, którą szlifował pewnie już na pokładzie swojego „Szkwału”. 

Figuruje na Liście Krzystka, dokumentującej losy polskiego personelu lotniczego w Wielkiej Brytanii.
Michał Benoit i Jerzy Lipiński:
Informacje o nich są trudniejsze do jednoznacznego potwierdzenia, ponieważ nazwiska te nosiło kilka osób o podobnym profilu.W kontekście Jerzego Lipińskiego, najbardziej prawdopodobnym śladem jest postać znanego marynisty i historyka, autora fundamentalnej pracy Druga wojna światowa na morzu. Jeśli to ten sam Jerzy, jego młodzieńcza pasja do żeglarstwa przerodziła się w dożywotnią misję dokumentowania bitew morskich. Istnieją też biogramy powstańcze Jerzego Lipińskiego, co sugeruje walkę w konspiracji.

Nazwisko Benoit w Bydgoszczy i regionie kojarzy się z tradycjami aktorskimi (słynny Ludwik Benoit urodził się co prawda na wschodzie, ale rodzina miała powiązania z teatrami w głębi kraju). Michał mógł, podobnie jak Stanisław, trafić do wojska lub uczestniczyć w obronie cywilnej miasta, które – jak wspomina jeden z artykułów – tragicznie doświadczyło zbrodni niemieckich już w pierwszych dniach wojny.

To niezwykłe, że beztroska notatka o „trzech domorosłych murzynach” jedzących naleśniki na jachcie, którą czytaliśmy w gazecie z lipca 1938 roku, była w rzeczywistości ostatnim obrazem ich spokojnej młodości przed wielką próbą, jaką była wojna.



Przeszłość Gdańska przed sądem.
Proces o przywilej królewski.

Gdynia, 12. 7. „Kurier Bałtycki” donosi:
„Przed 200 laty król polski August Mocny nadał za zasługi właścicielowi majątku i gdańskiej wioski Mariensee przywilej pobierania 4 razy do roku na własny rachunek postojowe na targach. Właściciel przywilej ten oddał w spadku parafii katolickiej, co w roku 1850 zakwestionował nowy właściciel majątku von Simon.
Obecnie gmina Mariensee skarży przed sądem gdańskim o przyznanie jej tego przywileju, ponieważ zarząd parafii katolickiej przez długie lata nie korzystał z niego”.
Taki proces obala tezę, jak słusznie podnosi prasa, wysuwaną współcześnie w wolnym mieście, że było ono i jest zawsze miastem niemieckim w znaczeniu etnograficznym i politycznym.


AI:


Mariensee to dzisiejsze Przywidz (położony w województwie pomorskim, w powiecie gdańskim).

Historia nazwy: Nazwa Mariensee (dosłownie „Jezioro Marii”) funkcjonowała przez wieki pod panowaniem niemieckim i w okresie Wolnego Miasta Gdańska. Po 1945 roku powrócono do starej polskiej nazwy Przywidz.
Przywilej Augusta Mocnego: Artykuł wspomina o przywileju królewskim, co potwierdza, że mimo silnych wpływów niemieckich w samym Gdańsku, okoliczne dobra ziemskie (takie jak Przywidz) podlegały bezpośrednio polskim królom i to oni decydowali o prawach gospodarczych w tym regionie.
Znaczenie historyczne: Spór sądowy, o którym pisze gazeta, był dla ówczesnych Polaków dowodem na to, że historyczne i prawne fundamenty Gdańska oraz okolic są nierozerwalnie związane z Koroną Polską, co miało ogromne znaczenie propagandowe w 1938 roku, gdy napięcie między Polakami a gdańskimi hitlerowcami sięgało szczytu.
Dzisiaj Przywidz jest znaną miejscowością wypoczynkową nad Jeziorem Przywidzkim, popularną wśród mieszkańców Trójmiasta.




Czy Anglicy zechcą opanować polski rynek śledziowy?

Gdynia. Gospodarka śledziowa naszych zamorskich sąsiadów ogromnie żywo interesuje naszych czytelników gdyńskich, związanych z przemysłem rybnym i zagadnieniami połowów. Warto więc zaznaczyć, że sprawozdanie angielskiej gospodarki śledziowej za ubiegły, ukończony niedawno sezon roczny wykazuje jej ciężkie położenie, szczególnie z powodu utraty dwóch dużych rynków zbytu, tj. Niemiec i Rosji Sowieckiej. Pomimo redukcji flotylli rybackiej, jest ona, jak również i jej załoga, za liczna na obecne potrzeby przemysłu śledziowego, który obecnie według obliczeń Izby Przemysłu Śledziowego może dać zatrudnienie zaledwie 380 lugrom parowym, tj. mniej niż połowie obecnego stanu flotylli.
Przedłożone ostatnio w parlamencie rządowe projekty „ustaw śledziowych” przewidują reorganizację „Izby Przemysłu Śledziowego” i podwyżkę subwencji na budowę nowoczesnych lugrów motorowych. Projekty te zostały przyjęte 16 czerwca w trzecim czytaniu, należy się zatem liczyć z tym, że rząd brytyjski udzieli 250.000 funtów szterlingów subwencji na budowę nowych lugrów. Na cele propagandy konsumpcji śledzi w Wielkiej Brytanii ma być przeznaczona suma 25.000 funtów. Poza tym przewidziane jest podwyższenie gwarancji rządowej dla kredytu eksportowego. W roku zeszłym np. w obrotach z Polską gwarancja ta sięgała 60.000 funtów szterlingów.







kpbc.umk.pl/Content/189798/publikacja38157.pdf

Prawym Okiem: Podług słońca i gwiazd


Inny Szkwał:

Zbudowany w 1938 roku w Rambeck Werft dla Kriegsmarine. W 1945 roku przekazany Akademickiemu Klubowi Morskiemu w Gdańsku. W latach 50 i 60 był jednym z najszybszych jachtów pełnomorskich. W 1979 roku został kupiony przez obecnego właściciela, Zbigniewa Wernera.

facebook.com/fundacjaszkwal.org#

fundacjaszkwal.pl/o-fundacji/





poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Media w Polsce - jakie one są?





Prof. G. Berendt: Jeśli nie będziemy opowiadać o naszej historii, inni zrobią to za nas

8 lutego 2026 11:06
Radio Maryja


Ważne jest to, żeby przedstawiać historię w sposób zgodny z ustaleniami, już bez cenzuralnych ograniczeń, które występowały wcześniej i bez forsowania jakichś eksperymentalnych paradygmatów, zgodnie z którymi o pewnych rzeczach mamy mówić, a o innych nie. Moje stanowisko jest takie, że trzeba mówić o wszystkim, ale rzetelnie – mówił w środowych „Rozmowach niedokończonych” na antenie TV Trwam prof. Grzegorz Berendt, historyk, specjalny przedstawiciel prezydenta RP do spraw dyplomacji historycznej. Naukowiec zaznaczył, że jeśli nie będziemy opowiadać o naszej historii, inni będą robić to za nas.

Funkcja przedstawiciela prezydenta RP do spraw dyplomacji historycznej jest stanowiskiem nowym, utworzonym przez Karola Nawrockiego w celu prowadzenia dialogu z partnerami zagranicznymi w kwestiach związanych z historią XX wieku. To jeden z wielu elementów kształtowania polskiej polityki historycznej.

– Państwo troszczy się o to, żeby w aktywność zawodową, naukową i edukacyjną wchodziły kolejne setki historyków. Każdego roku przecież taki rząd wielkości znawców przeszłości wchodzi do aktywności zawodowej z wydziałów historycznych na naszych uniwersytetach i uczelniach wyższych o innym charakterze. Część z tych osób zajmuje się właśnie nauką i edukacją, przybliżając obywatelom, ale także cudzoziemcom czy diasporze polskiej nowe ustalenia. Ważne jest to, żeby przedstawiać to w sposób zgodny z tymi ustaleniami, już bez cenzuralnych ograniczeń, które występowały wcześniej i bez forsowania jakichś eksperymentalnych paradygmatów, zgodnie z którymi o pewnych rzeczach mamy mówić, mamy te wersje upowszechniać, a o innych nie, bo tego typu tendencje występują, gdzie niektórzy przedstawiciele środowiska historyków mówią, że o czymś nie powinniśmy w tej chwili mówić, że może w przyszłości zaczniemy mówić. Moje stanowisko jest takie, że trzeba mówić o wszystkim, ale rzetelnie – podkreślał prof. Grzegorz Berendt.

Przeciwnicy tego stanowiska podnoszą m.in., że poruszanie pewnej problematyki może pogorszyć relacje z sąsiadami. Takie głosy pojawiają się m.in. w kontekście ukraińskiego ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Gość „Rozmów niedokończonych” zwrócił uwagę, że jest to fałszywe wnioskowanie.

– Wskazałem moim rozmówcom z Ukrainy, że to, iż miliony obywateli polskich dowiedziało się, jak straszne, przerażające wydarzenia o charakterze ludobójstwa miały miejsce w kilku województwach okupowanej Rzeczpospolitej (…), nie zahamowało gigantycznej ofiarności z roku 2022. Widziałem, że dopiero się zastanowili, że Wołyń był pokazywany wcześniej wielokrotnie, a mimo to dziesiątki tysięcy Polaków pospieszyło z pomocą trzem milionom obywateli Ukrainy, którzy przeszli przez nasz kraj, szukając bezpieczeństwa. Więc widać w tym, że bardzo poważny segment naszego społeczeństwa chce znać przeszłość, mówić rzetelnie o przeszłości, ale to (…) nie powoduje negatywnego stosunku wobec naszych wschodnich sąsiadów – mówił historyk.

Rozmówca TV Trwam wskazał, że badanie i popularyzacja najnowszych dziejów Polski ma nie tylko wymiar polityczny. Zostając przy tematyce rzezi wołyńskiej prof. Grzegorz Berendt wskazał, że jest to żywa historia milionów Polaków, przekazywana w ich rodzinach przez świadków tamtych straszliwych wydarzeń.

Ci obywatele nie są zaniedbywani przez obecnego prezydenta. Karol Nawrocki obiecywał w kampanii, że będzie zabiegał w relacjach z Ukrainą o ekshumacje i godny pochówek ofiar ludobójstwa dokonanego przez UPA. Od momentu objęcia przez niego urzędu widać, że nie była to pusta obietnica. Głowa państwa otwarcie podnosi tę kwestię w rozmowach z Wołodymyrem Zełenskim, a na mapie Ukrainy pojawiają się kolejne miejsca, gdzie prowadzone są prace w tym zakresie.

– Mam nadzieję, że też nasi partnerzy ukraińscy poprzez ten dialog dojrzeją do tego, iż te sprawy trzeba przedyskutować, ale przede wszystkim pochować niewinne ofiary. Ludzie będą wiedzieć, co się stało, będą dzięki temu mądrzejsi, ale to nie zaszkodzi polsko-ukraińskiemu sąsiedztwu, bo w tej chwili Moskale mogą tym zagadnieniem grać bardziej niż wtedy, gdy my po prostu te sprawy doprowadzimy do finału rozumianego jako godny pochówek bezbronnych ofiar zbrodni – zwrócił uwagę historyk.

Dyplomacja historyczna nie powinna być skierowana wyłącznie na Wschód. Niedawno opinię publiczną zbulwersowało niedopuszczenie prezydenta do głosu na obchodach wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz.

– Wystąpienia głowy państwa nie są stałym elementem obchodów, które mają miejsce 27 stycznia. Natomiast wydarzeniem bez precedensu było pominięcie głowy państwa w powitaniu. To podkreśla między innymi minister Kolarski, który przecież od wielu lat uczestniczy w wielu wydarzeniach upamiętniających ofiary, (…) też jako bliski współpracownik prezydenta Andrzeja Dudy. W tym miejscu kierownictwo państwowego muzeum Auschwitz zdecydowało się na działanie bez precedensu, którego nie da się wytłumaczyć. (…) Mogę się tylko domyślać, dlaczego się na to zdecydowano. Łączę z tym faktem to, że gdy prezydent odwiedził na terenie dawnego obozu Auschwitz ścianę, gdzie dokonywano egzekucji więźniów, celę, w której zagłodzono ojca Maksymiliana Kolbe i dziewięciu innych więźniów, nie towarzyszył mu nie tylko dyrektor, ale również żaden z wicedyrektorów. Towarzyszyli szeregowi pracownicy muzeum. Uznaję to za despekt. Oczywiście dyrektor główny w tak ważnym dniu ma różne zadania – musi przyjmować różnych gości, ale jako osoba kierująca jednostkami tego typu wcześniej, właśnie między innymi po to są wicedyrektorzy, aby w tym momencie odciążyć dyrektora. Żaden z wicedyrektorów państwowego muzeum Auschwitz nie towarzyszył prezydentowi w czasie wizyt w miejscach, które wcześniej wymieniłem. Jest to moja opinia. Być może odezwą się głosy znowu próbujące to podważyć, ale w mojej opinii nie był to przypadek. Ktoś zareagował tak, a nie inaczej, postąpił tak, a nie inaczej być może ze względu na swój osobisty stosunek do wyniku wyborów z 1 czerwca 2025 roku. Chciano okazać brak szacunku prezydentowi i to zrobiono. To jest moja nieoficjalna opinia, nie Kancelarii czy też pana prezydenta (…), niezależnie od tego, jakiego typu komunikaty na stronie internetowej muzeum (…) po mojej wypowiedzi się pojawią – mówił gość „Rozmów niedokończonych”.

Specjalny przedstawiciel prezydenta RP do spraw dyplomacji historycznej zaznaczył, że jeśli jako Polacy nie będziemy opowiadać o przeszłości ze swojego punktu widzenia, to pojawią się tacy, którzy będą to robili za nas. Dlatego też obowiązkiem polskich instytucji państwowych i środowisk opiniotwórczych jest realizacja misji edukacji historycznej.



I na tym tle - jakie mamy media w Polsce, jakie one były za ostatnie 35 lat?




radiomaryja.pl/informacje/prof-g-berendt-jesli-nie-bedziemy-opowiadac-o-naszej-historii-inni-zrobia-to-za-nas/