Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roszczenia terytorialne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roszczenia terytorialne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

Eska

 

Co zauważyłem... chamstwo...antypolonizmy... 


rzeczy, które podawane są jako TEZY,


tezy, to coś oczywistego istniejącego...




JESTEŚ CHAMEM Z URODZENIA, CZY Z PRZYPADKU??



10 stycznia 2024




ponadto chcą koniecznie dzielić Polskę - ale my nie pozwalamy im na to...

zakaz dzielenia!!



11 stycznia 2024



12 stycznia 2024



13 stycznia 2024



13 stycznia 2024






8 kwietnia 2024





A tu wg tego, co podawałem na fb

zrzuty zrobione przed chwilą, kolejność od 2 kwietnia (?) do 11 stycznia


w sumie wychodzi mi, że tę informację powtórzono jakieś 8 razy - lub więcej - w ciągu 3 miesięcy, wynika mi to z powiadomień, jakie otrzymałem na telefon, więc mówienie, że informacja była udzielana na różne lokalne oddziały radia jakby nie ma znaczenia, 

liczy się powtarzalność i ilość wyświetleń w wiadomościach na telefonie..


To co na Portalu Samorządowym podawano jako "propozycję" tu traktuje się jako coś istniejącego.


Czy to pranie mózgu??

















Przypomnę tylko, że artykuł na ten temat ukazał się 23 października 2023 roku - tydzień po przegranych przez PiS wyborach ... na portalu .... samorządowym..



Wspominałem o tym we wpisie z 9 stycznia

Prawym Okiem: Separatyzm ? (maciejsynak.blogspot.com)














P.S.

tu jeszcze 5 kwietnia..





11 kwietnia 12:49

własnie zauważyłem na telefonie... Tarnów opisane jako 2 dni temu 





i po sprawdzeniu na stronie - popatrzcie na datę i godzinę publikacji

To już będzie 10 razy? Pewnie więcej...




9 kwietnia też Tarnów




















---------


I jeszcze taka ciekawostka, kolorystyka na Portalu Samorządowym - prywatnej stronie internetowej PTWP-ONLINE Sp. z o.o. 2024, przypomina tę ze strony wybory.gov.pl.

Jest też i stylizowana głowa orła.













PTWP S.A. jest m.in.:

wydawcą magazynu gospodarczego "Nowy Przemysł"
wydawcą czasopisma "Rynek Spożywczy"
wydawcą czasopisma "Rynek Zdrowia"
organizatorem spotkań biznesowych, konferencji i szkoleń
realizatorem programu promocyjnego "Zmieniamy polski przemysł"
wydawcą dorocznego tematycznego wielobranżowego katalogu firm "Raport Specjalny"



Poprzez spółkę PTWP-ONLINE Sp. z o.o. wydaje portale biznesowe:

www.wnp.pl 
www.portalspozywczy.pl
www.rynekzdrowia.pl
www.dlahandlu.pl
www.rynekaptek.pl
www.portalsamorzadowy.pl
www.farmer.pl
www.propertynews.pl
www.gieldarolna.pl



Tak więc medium bardzo szerokie i trzeba przyznać zrobione profesjonalnie, strona .wnp.pl wydała mi się szczególnie ciekawa, niestety po wyborach 2023 okazało sie, że politycznie bardzo przypomina to mainstream, więc już nie zaglądam






portalsamorzadowy.pl/o-ptwp.html

Nowe pomysły na podział Polski. Jednym redukcja liczby województw (portalsamorzadowy.pl)




W Polsce może powstać nowe województwo. To małopolskie miasto zostanie jego stolicą - Tarnów, ESKA.pl

Nowy podział administracyjny Polski, tylko 12 województw. Powstanie kujawsko-mazowieckie? - Kraśnik, ESKA.pl





czwartek, 9 września 2021

Warto się sobie przyjrzeć 2

 



Poniżej rozbiór logiczny kolejnego tekstu ze strony sb.by na temat Polski.

Autorem jest niejaki Maxim Osipow.


Przedruk tekstu, a potem analiza - odnoszę się do automatycznego tłumaczenia przeglądarki, trzeba mieć to na uwadze, nie przeszkadza to jednak wykazać, że tekst ten jest po prostu manipulacją. Nie odnoszę się do wszystkich pseudozarzutów, bo nie do wszystkich posiadam źródła.



18-letni pobyt Zachodniej Białorusi pod polską jurysdykcją spowodował kolosalne szkody, ale nie złamał ducha Białorusinów


Po podpisaniu traktatu ryskiego najważniejszym zadaniem dla Polski była „integracja” terytorium Zachodniej Białorusi. W związku z tym jeden z przywódców polskiego prawicowego obozu politycznego, S. Grabski, zwrócił uwagę, że problem ten można rozwiązać przez asymilację narodową - utworzenie polskiej większości narodowej na wszystkich ziemiach państwa. Co więcej, nie powinny pojawić się problemy z asymilacją, uważał, ponieważ „naród ukraiński nie istnieje… Naród białoruski jest jeszcze mniej”. Postanowieniami tymi w istocie kierowały się polskie władze w swojej polityce na „kresach”. Jednak szkody wyrządzone przez nich na ziemiach zachodniobiałoruskich nie ograniczają się do wskaźników narodowych.

Niszczenie narodu

Docent Katedry Historii Białorusi, Archeologii i Specjalnych Dyscyplin Historycznych Grodzieńskiego Uniwersytetu Państwowego, kandydat nauk historycznych Władimir Jegoryczew przypomina, że ​​terytorium Zachodniej Białorusi stanowiło prawie jedną czwartą przedwojennej Polski - 24 proc.:

- I 13 mieszkał tam procent ludności. Ale udział produkcji przemysłowej sięgał zaledwie 3 proc. Na Polesiu 3 tys. ziemian, w większości Polaków, posiadało dwie trzecie całej powierzchni ziemi. Około jedna trzecia rodzin chłopskich w ogóle nie miała ziemi i była zmuszana do pracy robotniczej.

Historyk zauważa też, że białoruska część ludności „kresaku uschodnych” przez 18 lat przynależności do Polski prawie całkowicie straciła inteligencję narodową:

- W latach 30. ubiegłego wieku w województwie poleskim (jest to mniej więcej obecny obwód brzeski) wśród inteligencji było nie więcej niż 3 proc. Białorusinów, a ich udział nieubłaganie zbliżał się do zera. 

W latach 1937, 1925 w gimnazjach na Polesiu uczyło się 16 osób, w tym Białorusinów 16. W 1935 r. w całej Polsce było ok. 200 uczniów białoruskich - znikomy procent. Szczególnie nie ukrywano, że prowadzona jest polityka celowego niszczenia narodu białoruskiego.

Jednocześnie Władimir Jegoryczew podkreśla, że ​​w ZSRR i na sowieckiej Białorusi – BSRR – nikt nie naruszył praw Białorusinów ani politycznie, gospodarczo, ani społeczno-kulturowo.

„A” i „B”: cyniczny alfabet Warszawy

Na tę ostatnią okoliczność zwraca uwagę Siergiej Tretiak, kandydat nauk historycznych, kierownik Katedry Historii Współczesnej Białorusi w Instytucie Historii Narodowej Akademii Nauk:


- Jeśli na Białorusi sowieckiej lata 20.-1930 minęły pod znakiem modernizacji socjalistycznej, to na Białorusi Zachodniej faktycznie realizowano politykę kolonialną. Sami ekonomiści polscy przyznali, że jest Polska „A” i Polska „B” (Polska „A” i „B”. – przyp. autora)


Duże inwestycje poczyniono w Polsce „A”, powstały tam nowoczesne zakłady produkcyjne. Są to Polska Środkowa i Zachodnia. A surowce zostały wyprowadzone z zachodniobiałoruskich ziem Polski „B”. Jeśli powstawały tam nowe zakłady produkcyjne, to tylko na potrzeby Polski „A”.


Naukowiec zwraca uwagę, że jeśli spojrzy się na to, jak przeprowadzono reformy rolne na Zachodniej Białorusi, ich kolonizacyjny charakter staje się oczywisty:

- Ziemie etnicznych Polaków nie podlegały przycinaniu, latyfundia miejscowych magnatów ziemskich zostały uznane za kulturowe. gospodarstw rolnych i nie podlegały podziałowi. Utworzono specjalny fundusz ziemi do przydziału ziemi do oblężenia. Co więcej, wielu zachodniobiałoruskich chłopów, którzy wrócili z uchodźców w latach 1921-1923, okazało się bezrolnymi: do czasu ich powrotu ziemie te zostały uznane za fundusz ziemski i podlegały sprzedaży.

Jak pan bedzie katolikiem...

Jak zauważa historyk brzeski Aleksander Wabiszewicz w swojej monografii „Ziemie zachodnioukraińskie i zachodniobiałoruskie w przededniu II wojny światowej” , przez cały okres międzywojenny władzom polskim nie udało się zapewnić ziemom zachodniobiałoruskim obiecanego przełomu cywilizacyjnego:

- Ten region w państwie polskim pozostał zacofany i drugorzędny. Zachodnia Białoruś nie otrzymała możliwości pełnego rozwoju narodowego i kulturalnego. Wskaźnik likwidacji analfabetyzmu w latach 1921-1931 wynosił 10 proc. 

W 1931 roku 43 procent ludności Zachodniej Białorusi w wieku powyżej 10 lat było analfabetami. 



To była ważna nierozwiązana kwestia społeczna. Po ostatecznej likwidacji szkół białoruskich władze polskie do września 1939 r. nie były w stanie zapewnić powszechnego polskojęzycznego szkolnictwa podstawowego. Na Zachodniej Białorusi nadal istniały „obszary bez szkoły”. W 1936 r. w województwie poleskim na 236 tys. dzieci w wieku szkolnym 53 tys. nie uczęszczało do szkoły podstawowej. W okręgu szkolnym wileńskim 21,6 proc. dzieci nie było zapisanych. 

Na ziemiach zachodniobiałoruskich w roku szkolnym 1938/39 ponad 100 tys. dzieci nie uczęszczało do szkoły. Obecny system edukacji utrudniał dostęp do instytucji szkolnictwa zawodowego i wyższego. W całym okresie międzywojennym udział Białorusinów wśród studentów Uniwersytetu Wileńskiego im. S. Batorego nie przekraczał trzech procent. 

W tym samym czasie Aleksander Vabishchevich zauważył:


- Pomimo tego, że władze polskie nie uznały kwestii białoruskiej za zagrożenie dla bezpieczeństwa militarno-strategicznego kraju, to jednak w  latach 1936-1938 przeprowadziły cały szereg środków przemocy: przeprowadziły ostateczną likwidację kilka białoruskich szkół, organizacji, gazet, rozpoczęło derusyfikację i polonizację cerkwi, zwiększyło kontrolę nad życiem publicznym. Zgodnie z planem likwidacji wszystkich legalnych organizacji białoruskich, opracowanym przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych RP, 2 grudnia 1936 r. burmistrz Wilna zakazał Stowarzyszeniu Szkoły Białoruskiej (TBS) za „prowadzenie działalności wywrotowej” i na dwa tygodnie później inna organizacja kulturalno-oświatowa - Białoruski Instytut Gospodarki i Kultury.


W latach 1937-1938 działalność praktycznie wszystkich białoruskich partii i organizacji społecznych została zakazana na terenie Zachodniej Białorusi.


Profesor nadzwyczajny Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego, kandydatka nauk historycznych Walentyna Teplowa określa:

- Polska, która odbudowała swoją państwowość po rewolucji październikowej 1917 r., postrzegała Zachodnią Białoruś raczej jako zasób materialny, gdzie jest ziemia i tania siła robocza. Stanowisko to jawnie manifestowało się w okresie międzywojennym od 1921 do 1939 roku poprzez polonizację. Zwłaszcza w edukacji, religii i praktyce prawa do pracy. Prawie wszystkie szkoły były prowadzone w języku polskim. Z zachowanych wspomnień znamy przypadki karania uczniów za mowę białoruską lub rosyjską. Warunki były jednak takie, że niewiele osób studiowało po czwartej klasie: aby przeżyć, dzieci z reguły szły do ​​​​pracy. Białoruscy prawosławni słyszeli: „Jak pan bedzie katolikiem, to pan bedzie miec prace”.

Polakom jednak nie udało się złamać naszego kodu narodowego. Polski polityk Julian-Balthazar Markhlevsky wspominał: „Mieliśmy świadomość, że burżuazyjna Polska nigdy nie będzie w stanie utrzymać dominacji nad białoruskim chłopem”.

TYLKO FAKTY

♦ Na zjeździe pracowników Wydziału Rolniczego Województwa Poleskiego 16 kwietnia 1937 r. wysunięto żądanie zakazu sprzedaży ziemi prawosławnym: „Lojalny Poleshuk lub Tutejszik to Polak. Każdy, kto w oświadczeniu wskaże narodowość białoruską, ukraińską lub żydowską, nie może kupować ziemi”.

♦ Latem 1937 r. wojewoda nowogródzki Adam Korwin-Sokołowski zaproponował na zjeździe starców powetowych podjęcie szeregu środków przemocy w dziedzinie kultury i oświaty: całkowite zlikwidowanie szkół posługujących się językiem białoruskim, zwolnienie wszystkich nie-Polaków nauczyciele, rozwiązują krajowe grupy amatorskie.

♦ 13 października 1937 r. wojewoda poleski Václav Kostek-Bernatsky powiedział: „Polesie powinno stać się polskie, pomimo tamtejszego dialektu i religii ogromnej większości mieszkańców”. Starszym povetom nakazano uznać miejscową ludność za wyłącznie polską.

♦ W 1937 r. Biuro Badawcze Okręgu Wilno-Nowogródek Obozu Jedności Narodowej zaproponowało opracowanie „racjonalnych metod” asymilacji narodowej. Białorusini nie byli uznawani za odrębny naród, uważano ich za odgałęzienie Polski, przepisywano im alfabet łaciński.

♦ Pod koniec lat 30. w niektórych miejscowościach uznawano za niebezpieczne występy ludowe i przedstawienia teatralne, których organizatorów zaliczano do działaczy komunistycznych. Piosenki na uroczystości lub uroczystości rodzinne uważano za wywrotowe.

♦ Wojewoda białostocki Henryk Ostashewski pisał w czerwcu 1939 r.: „Nasz stosunek do Białorusinów można określić następująco: jednego pragniemy i uporczywie domagamy się, aby ta mniejszość narodowa myślała po polsku, nic w zamian nie dawała i nie robiła w innym kierunku”.

CAŁKOWITA LUDOBÓJSTWO

Już w 1923 r. rozstrzelano w Polsce 109 białoruskich patriotów. Do 1927 roku w lochach Zachodniej Białorusi marnowało się 3000 osób. Więzienia i obóz koncentracyjny w Berezie-Kartuzskiej były przepełnione, według najbardziej niepełnych danych przeszło przez ten ostatni 10 tysięcy Białorusinów, Żydów, Litwinów, Polaków, Rosjan i Ukraińców.

Wyrafinowane tortury i rażące łamanie podstawowych zasad sprawiedliwości, praw człowieka i obywatela – w tym wszystkim II Rzeczpospolita mogłaby z powodzeniem konkurować z najbardziej totalitarnymi reżimami XX wieku. 

[...]

Ale jaki porządek panował w grodzieńskim więzieniu, gdzie kwitło także polityczne ludobójstwo. Więźniowie mówili: „Bili mnie za najmniejsze przewinienie i nieposłuszeństwo, a własnymi rękami szef więzienia. Chłopaki są zmuszeni do podpisywania deklaracji, że nie należą do gminy (KPZB. - przyp. autora), nie uznają przedstawicieli, nie należą i nie będą należeć do KPZB, że są Polakami, a nie Białorusinami. Za nieposłuszeństwo wlewają wodę przez nos, umieszczają je w celi karnej, do połowy wypełnionej wodą ”.


NIECH TO BĘDZIE TY, PANOVA...

W 2017 roku przewodniczący rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość Jarosław Kaczyński po raz kolejny ogłosił zamiar zażądania od Niemiec naprawienia szkód wyrządzonych Polsce podczas II wojny światowej. Podobno Berlin jest Warszawie winien 48,8 mld dolarów. Niemiecki rząd odrzucił roszczenie. Posłowie polskiego Sejmu poszli jednak dalej i postanowili zażądać od Rosji reparacji – za 30 mln rubli w złocie niezapłaconych na mocy układu radziecko-polskiego w 1922 r. oraz za „włączenie zachodniej Ukrainy i Białorusi do ZSRR” w 1939 r. „Z moralnego punktu widzenia jasne jest, że nie otrzymaliśmy rekompensaty za straty w wyniku zarówno ataku niemieckiego na Polskę, jak i sowieckiego, rosyjskiego” – wyjaśnił ówczesny szef polskiego MSZ Witold Waszczykowski. Urojone idee Warszawy.

Jednak jest też całkiem jasne, że że Polska nie otrzyma żadnej rekompensaty. Znowu z moralnego punktu widzenia. A także historyczny. Przecież do 1939 roku było to „dla pana – pleban, a dla chłopa – pop”.

Całkowite przedrukowywanie tekstu i fotografii jest zabronione. Cytowanie częściowe jest dozwolone pod warunkiem istnienia hiperłącza.



Analiza


„Po podpisaniu traktatu ryskiego najważniejszym zadaniem dla Polski była „integracja” terytorium Zachodniej Białorusi.”

To akurat przesada – było wiele takich spraw, Polska była podzielona na trzy zabory – posiadała trzy różne systemy i ważne było scalenie ich w jeden – przywrócenie stanu sprzed rozbiorów.



„naród ukraiński nie istnieje… Naród białoruski jest jeszcze mniej”. 



Tereny Polski na południowym wschodzie nazywano ukrainą, co oznacza tyle, co „u kraja” - czyli „skrajne”. Podobne znaczenie ma nazwa Krajna – region na styku Wielkopolski i Pomorza.

Nie ma i nigdy nie było żadnego narodu, który by się nazywał „skraja”. Mieszkała tam ludność Polska, a nie żadna Skraja.

Na ten temat już tutaj pisałem: 

https://maciejsynak.blogspot.com/2013/12/jak-niemcy-stworzyli-ukraine-i-w-jakim.html



Zaś co do języka białoruskiego – w latach dwudziestych była to gwara i dopiero potem ktoś zdecydował o „podniesieniu gwary białoruskiej do statusu języka”.

Przypuszczalnie w Średniowieczu Polacy mówili nieco różnie w różnych okolicach, ale te różnice nie tworzyły dialektów obejmujących większe zwarte obszary. 

Sytuacja była podobna do tej, jaka panowała na przykład w Słowacji jeszcze w XIX w., a na Białorusi jeszcze około 1920 r., zanim tam i tu zdecydowano się podnieść jeden dialekt do rangi języka ogólnonarodowego. 

Jerzy Krasuski - "Językowe podłoże podziału Europy."

PRZEGLĄD ZACHODNI 1995, nr 1  

https://maciejsynak.blogspot.com/2021/06/o-waznosci-jezyka.html



Ale udział produkcji przemysłowej sięgał zaledwie 3 proc. Na Polesiu 3 tys. ziemian, w większości Polaków, posiadało dwie trzecie całej powierzchni ziemi. Około jedna trzecia rodzin chłopskich w ogóle nie miała ziemi i była zmuszana do pracy robotniczej.


I to jest prawda. Nie licząc olbrzymich bagien Polesia, były to tereny rolnicze, a nie przemysłowe. W dużej mierze była to prywatna własność magnatów polskich i to oni decydowali o tym jak rozwijają się te tereny. Potem nastał czas zaboru rosyjskiego i ziemie te pod carem rosyjskim nadal pozostawały zacofane gospodarczo i komunikacyjnie.





Jak, że to tereny rolnicze – więc pracowali tam chłopi, którzy byli poddanymi magnatów, a potem caratu. Nie posiadali oni ziemi, bo nie mieli na to pieniędzy – dzisiaj również tak jest – jak ktoś nie ma pieniędzy, to nie ma własnego mieszkania czy domu – stąd taka popularność kredytów. Współcześnie, bez kredytu większość młodych Polaków nie posiadała by mieszkania. Ok. 60% transakcji na rynku mieszkaniowym to zakupy na kredyt.



Historyk zauważa też, że białoruska część ludności „kresaku uschodnych” przez 18 lat przynależności do Polski prawie całkowicie straciła inteligencję narodową:



Ta ludność w głównej mierze składała się z chłopstwa. Miast, a więc mieszczan, kupców było mniej niż w pozostałej części Polski.

Najwyraźniej autor tekstu udaje, że nie wie – statystycznie rzecz biorąc, dzieci z rodzin chłopskich czy robotniczych rzadziej sięgają po wykształcenie niż dzieci biurokratów, inteligencji czy kiedyś szlachty i magnaterii.

Chłopów i robotników nie stać było na wysłanie dzieci do szkół – inna sprawa – czy dziecko takie chciało iść do szkoły, czy rodzice chcieliby posłać je do szkół – prawdopodobnie woleliby mieć w nich pomoc w gospodarstwie. Dzisiaj również tak często jest.


Pan o tym nie wie?



- W latach 30. ubiegłego wieku w województwie poleskim (jest to mniej więcej obecny obwód brzeski) wśród inteligencji było nie więcej niż 3 proc. Białorusinów, a ich udział nieubłaganie zbliżał się do zera. 



No dokładnie. Szlachty, a potem inteligencji było mniej na tych terenach niż chłopstwa – zresztą tak jest wszędzie i od zawsze.

Właściwie, to Polska była wyjątkowa na tle Europy, bo u nas szlachta stanowiła ok. 10% ludności – a na zachodzie – 2%.

Podczas zaborów szczególnie państwo niemieckie kładło nacisk na wykształcenie obywateli – ale Niemców, nie Polaków. Polaków wyzyskiwano ekonomicznie i tylko germanizowano.



W latach 1937, 1925 w gimnazjach na Polesiu uczyło się 16 osób, w tym Białorusinów 16. W 1935 r. w całej Polsce było ok. 200 uczniów białoruskich - znikomy procent. Szczególnie nie ukrywano, że prowadzona jest polityka celowego niszczenia narodu białoruskiego.
Uwagi jak wyżej – chłopów nie było stać na posłanie dziecka do szkoły, przyuczano je do pracy na roli – to schemat znany na całym świecie – dzieci często obierają zawód rodziców, stąd całe rody kaletników, lutników, szewców, cukierników, rolników szczycących się długoletnią tradycją z dziada pradziada właśnie.

 

Szczególnie nie ukrywano, że prowadzona jest polityka celowego niszczenia narodu białoruskiego.


Obecne władze na Białorusi tępią nadmierne przejawy działania mniejszości narodowych – obowiązkiem każdej władzy jest nie dopuścić do rozłamu w państwie. Co to za zarzut? Jakby dziecko miało pretensje.


Jednocześnie Władimir Jegoryczew podkreśla, że ​​w ZSRR i na sowieckiej Białorusi – BSRR – nikt nie naruszył praw Białorusinów ani politycznie, gospodarczo, ani społeczno-kulturowo.


Wg polskiej nauki – to nieprawda. Białorusini byli tępieni przez władzę radziecką, podobnie jak Ukraińcy – czy autor zaprzecza, że był Wielki Głód na Ukrainie?


  • Jeśli na Białorusi sowieckiej lata 20.-1930 minęły pod znakiem modernizacji socjalistycznej, to na Białorusi Zachodniej faktycznie realizowano politykę kolonialną. 


Uwagi jak wyżej.



Duże inwestycje poczyniono w Polsce „A”, powstały tam nowoczesne zakłady produkcyjne. Są to Polska Środkowa i Zachodnia. A surowce zostały wyprowadzone z zachodniobiałoruskich ziem Polski „B”. Jeśli powstawały tam nowe zakłady produkcyjne, to tylko na potrzeby Polski „A”.


Zakłady produkcyjne powstawały tam, gdzie była rozwinięta infrastruktura transportowa i potencjał ludnościowy. Wschodnie tereny Polski, obecnie administrowane przez Białoruś, były najmniej zaludnionymi terenami w całym kraju, a sieć drogowa - kolejowa była tam najskromniejsza – nic dziwnego, więc, że były one mało doinwestowane. Kraj zbierał siły po 123 letniej niewoli i inwestował tam, gdzie było to w pierwszej kolejności właściwe i niezbędne.







Tak więc uwagi pana są co najmniej nie na miejscu.



Jakie surowce?


Torf?

Sosna?

Świerk?

Miód?

Potaż?


Zakłady produkcyjne służyły całej gospodarce Polski, a nie tylko wydzielonym województwom.


Autor prawie cały czas posługuje się faktami, ale sytuuje je w niewłaściwym kontekście. To nieprawdopodobne i kłamliwe przedstawienie sytuacji w Polsce tamtych czasów.



przez cały okres międzywojenny władzom polskim nie udało się zapewnić ziemom zachodniobiałoruskim obiecanego przełomu cywilizacyjnego:


to prawda! 

20 lat międzywojnia to było za mało, żeby nadgonić cywilizacyjnie np. Niemcy. To polityka zaborców – Niemiec, Rosji i Austrii przyczyniła się do zapóźnień w tym temacie, szczególnie polityka Niemiec i Rosji na tym zaważyły.



- Ten region w państwie polskim pozostał zacofany i drugorzędny. Zachodnia Białoruś nie otrzymała możliwości pełnego rozwoju narodowego i kulturalnego. Wskaźnik likwidacji analfabetyzmu w latach 1921-1931 wynosił 10 proc. 

W 1931 roku 43 procent ludności Zachodniej Białorusi w wieku powyżej 10 lat było analfabetami. 

 

To prawda, te tereny były najbardziej zacofane gospodarczo, komunikacyjnie co za tym idzie - kulturalnie. Pamiętajmy, że Polesie to w zasadzie olbrzymie bagno – ludzi tam było mało również dlatego, że to teren trudno dostępny.
Analfabetyzm największy był właśnie tam – na bagnie poleskim.

 


 

Trzeba też zauważyć, że ziemie te - wschodnie województwa - dały Polakom największych poetów, pisarzy, naukowców i twórców polskiej kultury jako takich.


władze polskie do września 1939 r. nie były w stanie zapewnić powszechnego polskojęzycznego szkolnictwa podstawowego. Na Zachodniej Białorusi nadal istniały „obszary bez szkoły”. W 1936 r. w województwie poleskim na 236 tys. dzieci w wieku szkolnym 53 tys. nie uczęszczało do szkoły podstawowej. W okręgu szkolnym wileńskim 21,6 proc. dzieci nie było zapisanych. 

Na ziemiach zachodniobiałoruskich w roku szkolnym 1938/39 ponad 100 tys. dzieci nie uczęszczało do szkoły. Obecny system edukacji utrudniał dostęp do instytucji szkolnictwa zawodowego i wyższego. W całym okresie międzywojennym udział Białorusinów wśród studentów Uniwersytetu Wileńskiego im. S. Batorego nie przekraczał trzech procent. 

Ale co było tego przyczyną? Uwagi jak wyżej.


W latach 1937-1938 działalność praktycznie wszystkich białoruskich partii i organizacji społecznych została zakazana na terenie Zachodniej Białorusi.


Najwyraźniej dostrzeżono w nich niebezpieczeństwo – pewnie agitację radziecką dążącą do oderwania tej połaci kraju od macierzy poprzez stworzeniu ruchu narodowego podobnego do tego na Ukrainie. To nie przypadek, że państwa narodowe zaczęły się tworzyć w tamtym okresie – to efekt działań zachodniej agentury w całej Europie.


    Polska, która odbudowała swoją państwowość po rewolucji październikowej 1917 r., postrzegała Zachodnią Białoruś raczej jako zasób materialny, gdzie jest ziemia i tania siła robocza. 


Tak należy postrzegać państwo, by efektywnie wykorzystać wszystkie jego zasoby, kierując się dobrem jego mieszkańców.


Prawie wszystkie szkoły były prowadzone w języku polskim. Z zachowanych wspomnień znamy przypadki karania uczniów za mowę białoruską lub rosyjską. 


Słusznie pan prawi - „za mowę”. A mówiąc dokładnie - za mówienie gwarą. W państwie obowiązywał język urzędowy i każdy obywatel miał obowiązek znać ten język, by mógł w tym państwie funkcjonować. Przypadki karania uczniów za mówienie gwarą mogły się oczywiście zdarzyć, jeśli nauczyciel wymagający – było to jego obowiązkiem nauczyć dzieci mówić literacką polszczyzną. Tak jak i dzisiaj.


Pan na siłę szuka dziury w całym.



Warunki były jednak takie, że niewiele osób studiowało po czwartej klasie: aby przeżyć, dzieci z reguły szły do ​​​​pracy.


No właśnie. Tak jak pisałem powyżej - i dlaczego autor tym nie wie? 

Udaje, że nie wie, bo przecież cytuje tę wypowiedź.



♦ Na zjeździe pracowników Wydziału Rolniczego Województwa Poleskiego 16 kwietnia 1937 r. wysunięto żądanie zakazu sprzedaży ziemi prawosławnym: „Lojalny Poleshuk lub Tutejszik to Polak. Każdy, kto w oświadczeniu wskaże narodowość białoruską, ukraińską lub żydowską, nie może kupować ziemi”.


I co z tym żądaniem było? Wdrożone je? Na pewno nie, bo gdyby tak było, to by pan to napisał. A wie pan ile i jakie żądania mają ludzie w całej Polsce? Za głowę by się złapał! Co człowiek to idea.


♦ Latem 1937 r. wojewoda nowogródzki Adam Korwin-Sokołowski zaproponował na zjeździe starców powetowych podjęcie szeregu środków przemocy w dziedzinie kultury i oświaty: całkowite zlikwidowanie szkół posługujących się językiem białoruskim,....


i też nic z tego nie wdrożono.

Tylko wtedy po co pan to pisze? Uwagi jak wyżej.



wojewoda poleski Václav Kostek-Bernatsky powiedział: „Polesie powinno stać się polskie,


jak wyżej


co do reszty tego, co autor nazwał: „tylko fakty” - uwagi jak wyżej



Już w 1923 r. rozstrzelano w Polsce 109 białoruskich patriotów



Co to znaczy białoruskich patriotów? Nie było państwa białoruskiego dlaczego więc białoruskich?? Jakieś fakty poproszę, nazwiska okoliczności.



 Do 1927 roku w lochach Zachodniej Białorusi marnowało się 3000 osób. Więzienia i obóz koncentracyjny w Berezie-Kartuzskiej były przepełnione, według najbardziej niepełnych danych przeszło przez ten ostatni 10 tysięcy Białorusinów, Żydów, Litwinów, Polaków, Rosjan i Ukraińców.

Wyrafinowane tortury i rażące łamanie podstawowych zasad sprawiedliwości, praw człowieka i obywatela – w tym wszystkim II Rzeczpospolita mogłaby z powodzeniem konkurować z najbardziej totalitarnymi reżimami XX wieku.



Brak konkretów – czy pan pisze o złodziejach, rabusiach, mordercach, czy o kim?

Bereza Kartuska powstała bezpośrednio z rozkazu Piłsudskiego i podobieństwo metod tam stosowanych do metod niemieckich wydaje mi się nie przypadkowe.

To więzienie było pomyślane jako miejsce odosobnienia dla osób szczególnie niebezpiecznych dla państwa – tzw. współpracowników obcych służ dążących do obalenia państwa Polskiego. Twierdzi pan, że ludzie posługujący się mową białoruską nastawali na istnienie Polski?? Bardzo to możliwe, że tacy tam byli.



Berlin jest Warszawie winien 48,8 mld dolarów.


Pan masz nieaktualne dane - żądamy około biliona złotych, tj. ok. 260 mld dolarów



30 mln rubli w złocie niezapłaconych na mocy układu radziecko-polskiego w 1922 r. oraz za „włączenie zachodniej Ukrainy i Białorusi do ZSRR” w 1939 r


No pewnie – a pan jak kupujesz mieszkanie, to tylko za pierwszą ratę, a reszty już nie płacisz?? 

Umowa to umowa.



Jednak jest też całkiem jasne, że że Polska nie otrzyma żadnej rekompensaty. Znowu z moralnego punktu widzenia. A także historyczny. Przecież do 1939 roku było to „dla pana – pleban, a dla chłopa – pop”.


Tu jakiś bełkot bez związku ze sprawą roszczeń. Taki chwyt erystyczne.


Generalnie jest to "publicystyka" na poziomie ucznia klasy piątej szkoły podstawowej.


Zupełnie jak werwolf. I to mi daje do myślenia...




Jednak jest też całkiem jasne, że że Polska nie otrzyma żadnej rekompensaty.


Czyli jednak – mieszkanie pan bierzesz za pierwszą ratę, a reszty nie płacisz?







https://pl.wikipedia.org/wiki/Szlachta_w_Polsce

https://pl.wikipedia.org/wiki/Analfabetyzm

https://www.sb.by/articles/dlya-pana-plebana-a-dlya-khlopa.html







wtorek, 7 września 2021

Warto się sobie przyjrzeć.

 A innym jeszcze bardziej.


Poniższą opinię oparłem na tekście - w języku rosyjskim - pana Dzermanta, który był poddany automatycznemu tłumaczeniu przeglądarki.

Odnoszę się więc do tłumaczenia, podanego poniżej.




Warto czytać różne punkty widzenia, również dlatego, by dostrzegając sprzeczności u innych - przyjrzeć się lepiej sobie i zastanowić, czy i ja nie postępuję podobnie.


Przyglądanie się sobie stosowałem na studiach, ale kiedy zacząłem interesować się polityką, a potem o tym pisać, to często stosowałem ogólniki.


Pierw nie zastanawiasz się nad tym, bo dla ciebie jest jasne, że odnosisz się do agresorów, a nie do przeciętnego człowieka, potem przychodzi refleksja, że przecież tego jednak nie podkreśliłeś i porządnych ludzi w Niemczech to może zrazić. Mogą się przecież ze mną całkowicie zgadzać i też będą potępiać działania Werwolfa, odcinać się od polityki niemieckiej agentury.


Nie jest dobrze wrzucać wszystkich do jednego worka, jak prawi stare porzekadło.


Stąd min. stosuję Małą i Wielką literę, gdy piszę o nacji niemieckiej, dla odróżnienia – złoczyńców od sprawiedliwych.



Pan Dzermant tu na przykład tego nie robi. A powinien. Powinien docenić to, że nie każdy przedstawiciel polskiego rządu bezkrytycznie popiera działania UE.

W spostrzeżeniu pana Dzermanta widać to jak na dłoni – zamiast tego jednak, woli on pluć na ogół Polaków wspominając rozbiory - zdaje się, uważa je za coś właściwego, a nawet jak się wydaje – ma z tego tytułu satysfakcję.


To jest kalka tego, co można wyczytać w propagandzie dla Rosjan w rosyjskim internecie. Satysfakcja z rozbiorów i pogarda dla narodu.


Brakuje tu chłodnej kalkulacji i rozeznania, wiedzy historycznej, a przede wszystkim brakuje obiektywnej oceny, jakiej spodziewamy się po człowieku nauki.



Tragedia Polaków jaką była kradzież wschodnich województw Polski jest wg pana Dzermanta dziejową sprawiedliwością, pisze to całkowicie bez refleksji nad tym, że te tereny wydały wielkich wspaniałych Polaków wielce zasłużonych dla polskiej kultury, podkreśla on wyłącznie domniemane krzywdy doznane od „polskich panów”, uważając polskie tereny - tereny, którego kulturę stwarzali z dziejowego zbiegu okoliczności -  Polacy - za własne.

Białorusini nawet polskich pisarzy i poetów uważają za białoruskich. 


Znowu – jest to kalka z rosyjskiej propagandy.


Wg stanowiska białoruskich oficjeli, 17 września był dniem wyzwolenia Białorusi spod jarzma Polski, która podobno tępiła przejawy języka białoruskiego.


A jaki jest status języka białoruskiego na Białorusi obecnie?

W jakim języku przemawia do narodu prezydent Białorusi?

W jakim języku prowadzone są programy telewizyjne?

W jakim języku są publikowane pańskie teksty?

Gdzie na sb.by jest zakładka wyboru języka rus/ bel?

belta.by taką zakładkę ma, ale sb.by już nie.


Naprawdę, wszystko jest po białorusku?


Może słoń na ucho mi nadepnął, ale moim zdaniem mówi się głównie po rosyjsku.


Białorusini nie zostali wyzwoleni w 1939 roku, tylko tak to określono w propagandzie.

Białorusini przez cały okres ZSRR byli poddawani zruszczeniu i jak widać proces ten nadal się nie zakończył i nadal jest kontynuowany.


I pisma pana Dzermanta są tego jaskrawym przykładem.


Pisze on min.:

Jest mało prawdopodobne, aby sprawa doszła do nowych podziałów, ale politycy starej Europy, zmęczeni odwiecznym polskim geopolitycznym awanturnictwem, mogą bezpośrednio uzgodnić z Moskwą i Pekinem bliższą i wzajemnie korzystną współpracę.

[Вряд ли дойдет дело до новых разделов, но политики Старой Европы, устав от вечного польского геополитического авантюризма, могут напрямую договориться с Москвой и Пекином о более тесном и взаимовыгодном сотрудничестве.]


Pan Dzermant zarzuca Polsce, czy też panu Ziobro, że postępuje "dwulicowo", że "oszukuje na dwóch frontach", że ma stanowisko, które "ma posmak hipokryzji i dwulicowości" - a jednocześnie sam ma takie stanowisko, no bo jak inaczej określić jego postępowanie, gdzie z jednej strony potępia UE za niepraworządność i ataki na Białoruś - a z drugiej z satysfakcją przypomina, że ta UE może do spółki z Rosją dokonać kolejnego NIEPRAWORZĄDNEGO podporządkowania sobie Polski jakimś rodzajem bata - rozbiorem, czy czymś innym - pan Dzermat w zawoalowany sposób daje czytelnikom do zrozumienia, że on doskonale wie, że tzw. "dziejowa sprawiedliwość" i odebranie Polsce jej wschodnich województw było BEZPRAWNE.

Można odnieść wrażenie, że nie wadzi mu, że UE stosuje bezprawie - dopóki to nie narusza jego interesów.

Zbójecka napaść na Polskę panu Dzermantowi najwyraźniej nie przeszkadza, za to przeszkadza mu oczywiście, gdy to jego się teraz napada.

Zapytam wprost:

panie Dzermant, kto panu napisał ten tekst??


FSB czy BND?

A może jednak KGB??


To wyrażenie "politycy starej Europy, zmęczeni odwiecznym polskim geopolitycznym awanturnictwem" jest żywcem wzięte z rosyjskiej i niemieckiej antypolskiej propagandy, a jest bezpośrednio spisane z "Traktatu o rabowaniu głupków", który niemiecka agentura czytuje swoim rosyjskim dzieciom przed snem.


Zupełnie jak to wyszlifowane niemieckie zdanie propagandowe, o którym już kilka razy pisałem, a które w różnych wersjach krąży po polskim internecie: "A dlaczego nie spróbujesz pióra Lamy? Jest takie śmakie owakie i ma zielony kolor".




Panie Dzermant - ogólniki nie mają znaczenia. 


ZSRR złamało Traktat Ryski i takie są fakty. 


Nie było w tamtych czasach żadnej państwowości białoruskiej i Polska ma wszelkie prawo do terenów, które jej odebrano.  

To, że dotychczas żaden rząd nie podjął działań zmierzających do odzyskania tych terenów - nic nie znaczy. To nie pańska sprawa, kiedy i jak oni zostaną za to osądzeni.


Prawo jest prawo.

Inna sprawa, jak to teraz naprawić.


Panie Dzermant, pan znajduje się pod zgubnym wpływem "kolorowej rewolucji" - tej z 1918 roku.

Pan się otrząśnie z tego!


Niech pan zaprzestanie sączenia antypolskiego jadu do głów naszym Białorusinom - z Grodna, Brześcia, Szczuczyna, Słońska, Papierni, Dereczyna, Siniawki, Pińska,  Lidy i innych miast i wsi z tych terenów. 


To są nasi Białorusini i nic panu do tego.









Warszawa zachowuje się wyzywająco i nieprzyjaźnie nie tylko wobec swoich tradycyjnych przeciwników ze Wschodu, ale także wobec nowych zachodnich sojuszników. Co się za tym kryje?

Polska oszukuje na „dwóch frontach”



Polskie władze nigdy nie przestają zadziwiać swoimi wypowiedziami. Niedawno minister sprawiedliwości tego kraju Zbigniew Zebro powiedział, że Unia Europejska prowadzi wojnę hybrydową z polskim prawem, odnosząc się do wymogów europejskiej biurokracji wobec Polski, aby wypełniła swoje prawne zobowiązania po wejściu do UE.

Pan Zebro uważa, że ​​Bruksela celowo blokuje reformę sądownictwa, której twórcą jest właśnie Minister Sprawiedliwości. A urzędnicy UE widzą w proponowanej reformie wzmocnienie tendencji autorytarnych w państwie polskim oraz niezgodność z normami i wartościami europejskimi.

W tej historii warto zauważyć, że wcześniej kręgi rządzące w Polsce, związane z ultrakonserwatywną partią „Prawo i Sprawiedliwość”, posługiwały się metaforą „wojny hybrydowej” tylko w odniesieniu do Rosji i Białorusi. 

Mówią, że zagrożenia ciągle nadciągają ze Wschodu, Polska jest bastionem świata zachodniego i potrzebuje stałego wsparcia finansowego i militarnego, by powstrzymać swoich wschodnich sąsiadów.

A potem okazuje się, że „wrogowie” i „wojna” grożą także z Zachodu. Ale dla światopoglądu polskiej elity takie poglądy są raczej normą niż wyjątkiem. W ideologii polskich elit walka „na dwóch frontach” i zgubne konsekwencje takiej walki wyrażone są na poziomie fundamentalnym.

Wydarzenia historyczne potwierdzają tę obserwację. Podziały Rzeczypospolitej Obojga Narodów między Prusami, Austrią i Cesarstwem Rosyjskim, wydarzenia 1939 roku nieustannie ciążą nad Polską i jej krótkowzrocznymi władcami jak rodzaj losu.

Polubownie należało uniknąć takiego rozwidlenia „frontów”, bo taka konfrontacja wymaga zbyt wielu wysiłków i środków, a w Polsce nie są one nieograniczone. Ale polskie elity zachowują się wyzywająco i nieprzyjaźnie nie tylko wobec swoich tradycyjnych przeciwników ze Wschodu, ale także wobec nowych zachodnich sojuszników.

Ale to stanowisko ma posmak hipokryzji i dwulicowości. Gdy konieczne jest otrzymanie zastrzyków finansowych i portfeli akcji w UE, Polska postrzega siebie jako awangardę Europy. Gdy konieczne jest wypełnienie podpisanych dyrektyw, polskie władze przybierają pozę i zaczynają grozić opuszczeniem UE.

Mniej więcej w tym duchu należy patrzeć na wypowiedzi Zbigniewa Zebro. Z jednej strony wygląda to na banalny szantaż europejskiego centrum, z drugiej – granie dla publiczności, numer dla konserwatywnych Polaków, którzy nie lubią wszystkiego, co pochodzi z Brukseli, w tym samych norm i wartości, które wywołać zamieszanie wśród wielu Polaków.

[...]

Ale polskie władze nie dbają o te wymagania, to jest ich własne prawo, choć dobrowolnie zobowiązały się do przestrzegania europejskich i międzynarodowych aktów prawnych regulujących postępowanie z uchodźcami. 

Taki nihilizm prawny i podwójne standardy oczywiście nie mogą pozostać długo niezauważone w Brukseli, która jednak, przynajmniej ze względu na przyzwoitość, musi jakoś monitorować wdrażanie prawa europejskiego przez państwa członkowskie UE. A jeszcze przez długi czas do szturmu na granicy polskie siły bezpieczeństwa nie będą w stanie, będą zmuszone do bardziej humanitarnego traktowania uchodźców.

Ale rządząca elita musi pokazać się jako bohaterscy obrońcy Polski zarówno przed migrantami, jak i irytującą Brukselą, która coraz bardziej domaga się przestrzegania zasad przyjętych w europejskim klubie dżentelmenów. Od tego są politycy tacy jak Zbigniew Zebro.

Szkoda tylko, że nie doprowadzą Polski do niczego dobrego. Polskie elity, jak pokazuje ta sama historia, nieustannie starają się nadepnąć na te same prowizje. A dziś w Europie, zwłaszcza w jej zachodniej części, nie wszyscy są zachwyceni zachowaniem Polski i jej rolą w destabilizacji Europy Wschodniej.

Jest mało prawdopodobne, aby sprawa doszła do nowych podziałów, ale politycy starej Europy, zmęczeni odwiecznym polskim geopolitycznym awanturnictwem, mogą bezpośrednio uzgodnić z Moskwą i Pekinem bliższą i wzajemnie korzystną współpracę. W takim przypadku Polska i jej władcy będą musieli tylko ugryźć się w łokcie i zastosować się do dyrektyw.




Alexey Dzermant, pracownik naukowy Instytutu Filozofii Narodowej Akademii Nauk, politolog

Całkowite przedrukowywanie tekstu i fotografii jest zabronione. Cytowanie częściowe jest dozwolone pod warunkiem istnienia hiperłącza.




https://www.sb.by/articles/polsha-khitrit-na-dva-fronta-.html




niedziela, 20 czerwca 2021

Dlaczego II RP zrezygnowała z Mińska.

 


Prof. Waingertner o Traktacie Ryskim

2021.03.18


Hasłem polskiej delegacji w Rydze w marcu 1921 r. stała się budowa państwa jednolitego narodowo. W gronie tej delegacji – oczywiście z wyjątkiem piłsudczyków – uważano, że idea federacyjna zawiodła: Litwa nie chciała z Polską sojuszu, Białoruś była ciągle tworem niesprecyzowanym, jeśli chodzi o dążenia niepodległościowe, a Ukraińcy okazali się za słabi, aby stworzyć własne państwo – mówi Polskiej Agencji Prasowej prof. Przemysław Waingertner, historyk z Uniwersytetu Łódzkiego.

ROMAN DMOWSKI W 1921 R., A ZA NIM OBÓZ NARODOWY, POSTRZEGAŁ BOLSZEWIKÓW JAKO STAN WYŁĄCZNIE PRZEJŚCIOWY. NA JAKICH PRZESŁANKACH ZOSTAŁA OPARTA TA OCENA?

Roman Dmowski uważał, że Rosja powróci albo do stanu sprzed puczu bolszewickiego, czyli kształtującej się Rosji republikańskiej, albo nastąpi restytucja władzy carskiej. Polegając na swoich wcześniejszych doświadczeniach z okresu zaborów, endecy sądzili ponadto, że z państwem rosyjskim Polska będzie mogła ułożyć sobie stosunki, a także w tej Rosji odnaleźć sojusznika przeciwko państwu niemieckiemu.

Nie powinniśmy zatem postrzegać Rosji jako czynnika pierwszoplanowego w polityce Narodowej Demokracji – takim czynnikiem była bowiem wrogość do Niemiec rozumianych jako największe zagrożenie dla Polaków, polskości, dla funkcjonowania państwa polskiego. To nastawienie było bardzo głęboko zakotwiczone już od przełomu XIX i XX w. w myśli politycznej narodowej demokracji. Nie była to zatem postawa prorosyjska, ale antyniemiecka.

ROSJA BYŁA PRZECIEŻ JEDNYM Z PAŃSTW ZABORCZYCH. CZY DMOWSKIEMU TO NIE PRZESZKADZAŁO?

Na argument, że Rosja była przecież głównym zaborcą, Dmowski odpowiadał, iż faktycznie tak było, ale wyłącznie w kontekście terytorialnym. Do Rosji zostały włączone bowiem obszary, na których ludności etnicznie polskiej mieszkało stosunkowo mało. Inaczej było w przypadku Wielkopolski, Pomorza czy ziem zachodniej i centralnej Polski, które padły głównie łupem Prus. Dmowski był narodowcem – ten punkt widzenia musimy przez cały czas brać pod uwagę. Dla niego Polska nie oznaczała tylko terytorium, ale, mówiąc obrazowo, nade wszystko wspólnotę narodową, ideą nadrzędną był dla niego naród polski.

JAK ZATEM DMOWSKI OCENIAŁ WOJNĘ POLSKO-BOLSZEWICKĄ? NADAL WIERZYŁ W SOJUSZ PRZECIWKO NIEMCOM?

Punktem wyjścia do odpowiedzi na to pytanie jest nakreślenie obrazu Polski, który Dmowski starał się wpoić swoim zwolennikom i przedstawić Polakom jako racjonalny. Polska miała być bowiem państwem narodowym, nie było zatem mowy o wielonarodowej i wieloetnicznej RP. Oczywiście ambicje Dmowskiego sięgały również na wschód, ale te obszary miały zostać włączone do państwa polskiego nie na zasadzie federacji, ale jako integralna część RP. Uważał, że atrakcyjność i dominująca pozycja Polaków, tradycje historyczne oraz przewaga żywiołu polskiego będą na tyle istotne, że mniejszości narodowe zostaną spolonizowane czy wręcz powrócą na łono polskości.

W tym kontekście Dmowski patrzył na wojnę z Rosją. Kwestię granic wyznaczała tzw. Linia Dmowskiego, która włączała zachodnią Białoruś i zachodnią Ukrainę do państwa polskiego, ale w sposób integralny. Było to w jego mniemaniu racjonalne i do przyjęcia dla Rosji bolszewików.

TO ZUPEŁNIE INNA KONCEPCJA NIŻ IDEA FEDERACJI PROMOWANA PRZEZ PIŁSUDSKIEGO…

Dmowski mówił, że Polska przetrwa jedynie jako silne państwo narodowe, zbudowane na żywiole polskim. Z kolei Józef Piłsudski uważał, że polskie państwo narodowe nie jest w stanie przetrwać ze względu na szczupłość granic implikowaną pojęciem państwa narodowego – a nie można przecież w nieskończoność włączać terytoriów na wschodzie i dążyć do tego, aby było to państwo jednolite pod względem narodowościowym. Był zdania, że przyszłość Polski leży w związku wielonarodowym. Ten najbardziej znany schemat to oczywiście Polska-Litwa-Białoruś-Ukraina, który Ignacy Paderewski z patosem określał mianem Stanów Zjednoczonych Europy Wschodniej.

WSPOMNIAŁ JUŻ PAN PROFESOR O LINII DMOWSKIEGO. PIERWOTNIE UWZGLĘDNIAŁA ONA MIŃSZCZYZNĘ WRAZ Z MIŃSKIEM. W WYNIKU POSTANOWIEŃ TRAKTATU RYSKIEGO MIŃSK ZNALAZŁ SIĘ JEDNAK POZA GRANICĄ POLSKI…

Dmowski nie brał udziału w delegacji, ponieważ w tym czasie miał spore problemy zdrowotne. Eksponentem obozu narodowego i głównym jego reprezentantem na posiedzeniu w Rydze był Stanisław Grabski. Można wręcz powiedzieć, że w trakcie rozmów nastąpiła swoista konfuzja ze strony bolszewików, którzy naprawdę byli przygotowani na to, aby Mińszczyznę z Mińskiem oddać Polsce. Akurat pod względem negocjacji dotyczących terytorium bolszewicy byli bardzo elastyczni.

Warto przypomnieć wcześniejszą postawę Lenina wobec zawarcia pokoju z Niemcami – uważał, że nieważne, jakie terytoria Sowieci oddadzą, ponieważ jest ważne, aby przetrwała rewolucja, bo i tak te tereny zostaną potem odzyskane. W przypadku Polski widać pokłosie takiej postawy.




Pierwotna koncepcja granic II RP przedstawiona podczas konferencji pokojowej w Paryżu – tzw. Linia Dmowskiego – na tle granic Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Kolorem czerwonym zaznaczono regiony, w których Polacy stanowili większość



DLACZEGO ZATEM ZREZYGNOWANO Z MIŃSZCZYZNY?

Przesłanka była jedna – właśnie to, że w odróżnieniu od Piłsudskiego hasłem polskiej delegacji stała się budowa państwa jednolitego narodowo. W gronie tej delegacji – oczywiście z wyjątkiem piłsudczyków – uważano bowiem, że idea federacyjna zawiodła: Litwa nie chciała z Polską sojuszu, Białoruś była ciągle tworem niesprecyzowanym, jeśli chodzi o dążenia niepodległościowe, a Ukraińcy okazali się za słabi, aby stworzyć własne państwo.

Wobec tego uważano, że musimy oprzeć się na własnym żywiole, który nie może być nadmiernie rozwodniony na Kresach Wschodnich. W związku z tym Mińszczyznę należy oddać bolszewikom i pilnować własnych i wykrojonych bardziej racjonalnie granic.

STOJĄCY NA CZELE SOWIECKIEJ DYPLOMACJI ADOLF JOFFE UWAŻAŁ, ŻE ENDECY ZOSTALI PRZEZ NIEGO MAKSYMALNIE WYKORZYSTANI. CZY FAKTYCZNIE NARODOWI DEMOKRACI ZOSTALI PRZEZ SOWIETÓW WYKORZYSTANI?

Celem obozu narodowego była budowa silnej Polski, która skutecznie miała w przyszłości oprzeć się jakimkolwiek zakusom rosyjskim i niemieckim. Z kolei celem delegacji sowieckiej była budowa państwa sowieckiego, które w przyszłości jeszcze się upomni o zrealizowanie hasła eksportu rewolucji, co wciąż było oficjalną polityką bolszewików. Dopiero Stalin stwierdził, że teoria permanentnej rewolucji i jej eksportu jest bzdurą, ponieważ należy budować socjalizm w jednym państwie.

Zatem Grabski wychodzący z punktu widzenia silnej Polski oraz Joffe wychodzący z kolei z punktu widzenia przetrwania bolszewizmu, który w przyszłości będzie mógł dokonywać ekspansji, zgodzili się na to, że granica polsko-sowiecka ma właśnie wyglądać tak, a nie inaczej.

CZY W MIĘDZYWOJNIU DMOWSKI ZMIENIŁ SWOJĄ OPINIĘ DOTYCZĄCĄ TRWAŁOŚCI USTROJU BOLSZEWIKÓW?

W dwudziestoleciu międzywojennym bolszewicy już okrzepli, a na zachodzie Europy panowało przekonanie, że trzeba zatem z tym państwem jakoś ułożyć stosunki, spróbować je spacyfikować na forum Ligi Narodów, włączyć w krwiobieg europejski.

Ukoronowaniem tego typu prób było chociażby próba włączenia Związku Sowieckiego jako gwaranta bezpieczeństwa w Europie Wschodniej w okresie promowania francuskiej koncepcji tzw. paktu wschodniego. Miało być to takie wschodnie Locarno – Francja miała stabilizować Zachód, a Związek Sowiecki w połączeniu z państwami środkowoeuropejskimi Wschód. Trzeba zatem widzieć cały kontekst, aby móc prawidłowo osądzić Dmowskiego, który wyraźnie chciał być politykiem nowoczesnym, odwołującym się do tradycji dyplomacji europejskiej.

Zdanie Dmowskiego i obozu narodowego było właściwie takie, że to państwo bolszewickie będzie się zmieniać, wręcz już się zmienia – ta ideologia, którą widzieliśmy w okresie Lenina czy Trockiego, w okresie Stalina zaczęła zanikać. Oczywiście Rosja nadal nie miała nic wspólnego z demokracją, ale było to mimo wszystko państwo przewidywalne, z którym można się układać gospodarczo, czerpać korzyści ze współpracy.

MAJĄC NA UWADZE TO, CO PRZYNIOSŁA PRZYSZŁOŚĆ, KTÓRA Z WIZJI GEOPOLITYCZNEGO PROGRAMU POLSKI OKAZAŁA SIĘ SŁUSZNA – DMOWSKIEGO CZY PIŁSUDSKIEGO?

Mamy szereg argumentów wzajemnie się znoszących, które wspierają oba programy. Idea federacyjna była o tyle słuszna, że zakładała wyjście naprzeciw idei prawa narodów do samostanowienia, które przecież święciło wtedy na świecie triumfy. Mówiliśmy, że nie budujemy wielkiej Polski dla Polaków, ale Rzeczpospolitą tolerancyjną, republikańską, w której współżyją żywioły, a Polacy, Białorusini, Ukraińcy i Litwini pracują z sobą jako wolni z wolnymi i równi z równymi. Ponadto jeśli faktycznie przyłoży się linijkę do mapy, to przemawia do wyobraźni argument Piłsudskiego, że im mocniej Polska się rozepchnie na mapie między Moskwą a Berlinem, tym bardziej będzie państwem stabilnym, bo ta przestrzeń uniemożliwi bezpośrednią współpracę Rosji i Niemiec.

Z drugiej strony można jednak powiedzieć, że 1921 r. i Traktat ryski, ale także wcześniejszy przebieg wojny polsko-bolszewickiej pokazały, że nie było nadmiernej chęci współpracy ze strony wschodnich partnerów. Czy w świetle tych faktów program federacyjny był w ogóle realny i czy słusznie zdiagnozowaliśmy stan świadomości naszych ewentualnych partnerów na wschodzie? Można jednak powiedzieć, że daty 1 i 17 września 1939 r. pokazały dobitnie, że Piłsudski miał jednak rację. Polska mała, narodowa, wbita między Rosję a Niemcy po prostu nie była w stanie oprzeć się żadnemu z tych dwóch państw, nie mówiąc już o sojuszu dwóch tradycyjnych przeciwników Warszawy.

JAKA MOGŁA BYĆ ZATEM SŁUSZNOŚĆ ARGUMENTACJI DMOWSKIEGO?

Dmowski postrzegał program federacyjny jako anachronizm, bo odwoływał się do I RP, a przecież narody chciały już żyć odrębnie. Proszę zwrócić uwagę – w oczach jednych była to nowoczesność, z kolei w drugich anachronizm. Dmowski sądził, że wielonarodowa RP będzie targana sprzecznościami narodowościowymi i nie wypracuje konsensu, dlatego należy postawić na państwo narodowe. Można jednak powiedzieć, że koncept Rzeczypospolitej narodowej, którą Dmowski uważał za ideał, w okresie dwudziestolecia międzywojennego okazał się nieracjonalny.

Pomysł, aby ludność polska spolonizowała wschodnie mniejszości narodowe, spalił na panewce, bowiem w dwudziestoleciu mieliśmy do czynienia z bardzo przyspieszonym dojrzewaniem narodowościowym tych grup. Okazuje się, że atrakcyjność polskości i hasło polonizacji nie było chwytliwe.

Zarówno polityka kooperacji, którą proponował na Wołyniu wojewoda Henryk Józewski, jak i polityka ostrych represji u schyłku lat trzydziestych zakończyły się fiaskiem. Nie powinniśmy rozpatrywać tego w kategoriach zaniechań i win ze strony mniejszości, które nie chciały być lojalne czy państwa polskiego, które nie wychodziło im naprzeciw. Mówimy po prostu o sprzeczności interesów – państwo polskie, nawet gdyby było bardzo liberalne, nie byłoby w stanie zrealizować nadrzędnego postulatu suwerenności niepodległości mniejszości narodowych, ponieważ wówczas II RP mogła oznaczać właściwie buforową Polskę narodową wbitą między Poznań a rzekę San.


Rozmawiała Anna Kruszyńska, dzieje.pl










https://belsat.eu/pl/news/18-03-2021-dlaczego-ii-rp-zrezygnowala-z-minska-prof-waingertner-o-traktacie-ryskim/





Polskie gminy w Niemczech

 

Przypominam, że ważne jest to, kto rządzi - schowany za fasadą demokracji - i jaką politykę kreuje.

Najbardziej polska gmina w byłym NRD.

"Za kilkanaście lat nie będzie tu żadnego Niemca"

Ludzie związani z gminą Mescherin dzielą się na cztery grupy: pracujący tu Polacy, mieszkający tu Polacy, turyści oraz niemieccy emeryci. Tych ostatnich jest coraz mniej. W kolejce po nieruchomości stoją niemal wyłącznie nasi rodacy. Mescherin jest już tak spolonizowany, że specjalnością lokalnej kuchni stał się... bigos. Ponoć jest tu lepszy niż po wschodniej stronie Odry.


- Widział pan tu gdzieś pizzerię? - odpowiada pytaniem zaczepiony przeze mnie mieszkaniec Mescherin. Chwilę się zastanawiam i odpowiadam, że nie widziałem.

- A widział pan tu gdzieś stację benzynową? - pyta dalej. Znów się chwilę zastanawiam. Próbuję odtworzyć swoją trasę do miejscowości i odpowiadam, że faktycznie nie widziałem w okolicy żadnej stacji.

  • No dobrze, a widział pan tu gdzieś sklep? - nie daje za wygraną. Znowu odpowiadam, że żadnego tu nie widziałem.

  • - No to ma pan odpowiedź na to, jak ta gmina jest spolonizowana. Nie ma pizzerii, bo pizzę Niemcy zamawiają w sąsiednim Gryfinie. Nie ma stacji, bo wszyscy tankują w Polsce. I nie ma sklepu, bo wszyscy jeżdżą na zakupy za Odrę - mówi. - Nie ma mieszkańca gminy, który choć raz w tygodniu nie jechałby do Polski. Nie mówiąc już o tym, ilu mieszka tu pana rodaków - śmieje się.

Jak wygląda Mescherin? Na pierwszy rzut oka to typowe niemieckie prowincjonalne miasteczko. Urocze, zadbane domki, idealnie przystrzyżone trawniki. To, że miejscowość jest niewielka, sprawiło, że nie wybudowano tu żadnych bloków z wielkiej płyty za czasów NRD. Gmina leży na terenie parku narodowego, więc jest skąpana w zieleni. Na ulicach widać mało ludzi, jak się pojawiają to są to głównie turyści czy rowerzyści. Życie Mescherina koncentruje się na deptaku przy Odrze. Po drugiej stronie już zresztą widać Polskę, choć z miesiąca na miesiąc i sam Mescherin jest coraz bardziej polski.



Jednak miasteczko nie jest wyjątkiem. Tak samo dzieje się w sąsiednich miejscowościach. Na przykład w Gartz czy Tantow. To też niewielkie gminy - w pierwszej mieszka 2,5 tys. osób, a w drugiej - niecały tysiąc. Obie od lat zmagają się z wielką ucieczką mieszkańców na zachód. Wschodnie Niemcy się wyludniają - według ostatnich badań liczba mieszkańców wschodu kraju spadła już do poziomu z 1905 roku.

- Młodzi Niemcy wyjeżdżają na zachód, bo zarobią tam przynajmniej 500-700 euro więcej - słyszę od mieszkańca Mescherin.

Jak wynika ze statystyk, różnice mogą być jednak jeszcze większe. Średnia pensja w Brandenburgii (a to w niej leży Mescherin) to niecałe 2,5 tys. euro brutto. W najbogatszej Badenii-Wirtembergii - 3,5 tys. euro. Dla mieszkańca polskiego Pomorza Zachodniego 2,5 tys. euro to jednak doskonała pensja. Według danych Sedlak & Sedlak, przeciętna pensja w tym województwie to 3,9 tys. brutto. W złotówkach. Wiele osób dojeżdża więc do pracy w Niemczech z Polski. Ale nie wszystkim opłaca się dojazd. Niektórym opłaca się przeprowadzka. Patrząc na dane, łatwo zrozumieć, dlaczego mamy nie jeden, a dwa exodusy.

Pierwszy to exodus Niemców ze wschodu własnego kraju na bogatszy zachód. Drugi - to exodus Polaków do Niemiec. Bo nawet na biednym, jak na standardy niemieckie, wschodzie Polak zarobi więcej niż w Polsce.




Obszary Niemiec, gdzie Polacy stanowią największą mniejszość.



NIEMCY KULEJĄ NA WSCHODNIĄ NOGĘ

U naszych zachodnich sąsiadów od dawna słychać opinie, że zjednoczenie Niemiec nie wyszło tak, jak sobie to wyobrażano na początku lat 90. Choć w region wpompowano miliardy marek, a potem euro, to firmy wciąż nie chcą inwestować na wschodzie. Mija niemal trzydzieści lat od połączenia RFN z NRD, a tereny dawnego komunistycznego niemieckiego państwa wciąż kiepsko sobie radzą. Może za wyjątkiem Berlina i największych miast regionu, jak Drezno czy Lipsk.



Bezrobocie w Brandenburgii jest najniższe od lat i wynosi już poniżej 6 proc, ale nie jest to zasługą młodych Niemców, którzy podejmują tam pracę. Mieszkańcy landu nie mają wątpliwości, że to w dużej mierze Polacy wypełniają lukę, spowodowaną przez uciekających na zachód Niemców z byłego NRD. Niemcy coraz częściej przyznają: albo tereny byłego NRD zaczną "przejmować" Polacy, albo te okolice będą po prostu wymierać. Oczywiście politycy nie mówią tego wprost. Ale niemal każda lokalna instutucja ratuje się Polakami. Brandenburska policja od kilku lat rekrutuje Polaków po drugiej stronie Odry, podobnie jak lokalne jednostki straży pożarnej. A duże zakłady prowadzą nawet kampanie reklamowe w Polsce - liczą, że w ten sposób pozyskają pracowników, których tak bardzo im brakuje.

W Mescherin zdecydowanie wygrywa pierwsza opcja. Gmina ma już nawet polską radną, a to duży ewenement jak na Niemcy. Tabliczki informacyjne są w dwóch językach, a samochody na polskich tablicach można spotkać już niemal tak często, jak te na niemieckich. No i Mescherin słynie z restauracji, która serwuje polskie specjały: schabowego czy bigos. Są tacy, którzy by skosztować tych dań, jeżdżą 140 kilometrów z Berlina.



"Tu nie pracuje żaden Niemiec"

Mescherin wielką gminą nie jest - mieszka tu nie więcej niż tysiąc osób. Według niemieckich mediów, Polacy stanowią ok. 15 proc. z nich. To zatem prawdopodobnie rekord pod tym względem w całym kraju. Gmina jest jednak dużo bardziej spolonizowana, niż może to wynikać ze statystyk.



Przekonuję się o tym, gdy trafiam do byłego budynku straży granicznej. Mescherin leży nad Odrą - a rzeka rozdziela przecież Polskę oraz Niemcy. Niegdyś więc teren był pilnie strzeżony. Poza siedzibą straży był też wysoki płot, oddzielający mieszkańców od rzeki.

Dzisiaj płotu nie ma, ale budynek pozostał. Mieści się w nim pensjonat. W recepcji spotykam Polkę.



  • Tereny, jak pan widzi, są piękne. Znajdujemy się na terenie Parku Narodowego Dolnej Odry. To wspaniałe miejsce na wypoczynek na łódce czy na kajaku. No i przez Mescherin przebiega 630-kilometrowy szlak rowerowy Odra-Nysa, który prowadzi z Czech aż na północ Niemiec. Taka rowerowa autostrada - opowiada recepcjonistka. - Nic dziwnego, że mamy mnóstwo gości z całego świata, nawet z USA czy Australii - dodaje.



Kto jest właścicielem pensjonatu "Altes Zollhaus"? - pytam. Dostaję odpowiedź, że Niemcy. Ale pracownikami są wyłącznie Polacy. Recepcjonistka na przykład dojeżdża codziennie 27 kilometrów ze Szczecina. Inni z Gryfina. Jest jeszcze bliżej - wystarczy pokonać dwa mosty i kilkukilometrową brukowaną drogę.

  • Jak nie chce pan u nas spać, to może pan zjeść śniadanie na tarasie. Widok piękny, dania przesmaczne. Mamy też oczywiście polskie piwo, Tyskie - zachęca mnie recepcjonistka.



Zamieszkać za 10 tys. euro

Kilka lat temu kupno domu we wschodnich Niemczech to był wydatek, na który stać było całkiem sporo Polaków. Gdy do Mescherin przyjechał Robert, niewielki rekreacyjny dom można było tu kupić nawet za 10 tys. euro. Teraz ceny podskoczyły, ale nadal nie są to kwoty z kosmosu.

- Chętnych na domy jest mnóstwo, a liczba nieruchomości jest ograniczona. Trzeba więc czekać. Listy chętnych są pełne - słyszymy od Roberta.

Kto czeka - Polacy czy Niemcy? - pytam. Robert odpowiada, że "w 99 proc. Polacy". - 99 proc. to może przesada. Ale faktycznie, zdecydowana większość oczekujących na nieruchomości pochodzi właśnie z Polski - słyszymy w pobliskim biurze nieruchomości.

Trudno się więc dziwić, że niektórzy mieszkańcy gminy są przekonani, że za kilkanaście lat w gminie Niemców po prostu już nie będzie. - Przecież emeryci wymierają, a młodzi uciekają do Berlina czy Hamburga - mówi mi mieszkaniec wsi Staffelde, która należy do gminy Mescherin.

Pan Robert nie jest jedyną osobą, która kojarzy się mieszkańcom Mescherin z sukcesem. Marta Szuster ma podobną historię. Urodziła się w Szczecinie, potem mieszkała w Hamburgu, teraz osiadła w Mescherin. Oboje poznali się dopiero w tej ostatniej miejscowości.

Marta Szuster jest obecnie radną w Mescherin. Po raz pierwszy została wybrana w 2014 r., ale w ostatnich wyborach samorządowych w czerwcu rozbiła bank. Dostała 37 proc. głosów - zdecydowanie najwięcej w całej gminie. Niemieckie media pisały nawet, że "rozbudziła region", między innymi pomagając Polakom osiedlać się w okolicach.

Niewielka gmina Mescherin podlega administracyjnie pod Gartz. Jeden radny tej mniejszej gminy może trafić także do rady tej większej. To Polka dostała tę możliwość. - Padło na mnie, więc pracuję również w radzie Gartz - opowiada Szuster.

- Parę lat temu historie pani Marty czy pana Roberta naprawdę robiły na nas, Polakach w Niemczech, wrażenie - opowiada nam Karol, mieszkaniec pobliskiej gminy. - Ale teraz to po prostu dla nas normalne, że nasi robią tu karierę, osiągają jakieś sukcesy. Nasze kompleksy chyba się po prostu skończyły. Zresztą, trudno o poczucie niższości, jak wokół sami Polacy - mówi.

Zdaniem Roberta Niemcy są z roku na rok coraz lepiej nastawieni do Polaków. - W pobliskich gminach były plany zamykania szkół czy przedszkoli. Ale udało się je ochronić, właśnie ze względu na polskie dzieci, które chciały się w nich uczyć. Niemcy to doceniają - opowiada.

- Już chyba parę lat nie słyszałem, żeby Niemiec narzekał na Polaków. Ale jak ktoś zaczyna to robić, to mam zawsze prostą odpowiedź. Po prostu pytam się: "no dobra, widzę, że przeszkadzają ci Polacy. No to powiedz, gdzie zatankowałeś samochód". I rozmowa się kończy, a Niemcowi robi się głupio. Bo przecież każdy tu tankuje w Polsce - uśmiecha się pan Robert.

"Import imigrantów to niemiecka strategia"

Zjawisko przenikania się obu społeczeństw nie zaskakuje profesora Ryszarda Cichockiego, socjologa z Uniwersytetu Adama Mickiewicza. - Poznałem kilku burmistrzów miast ze wschodnich Niemiec. Jeden powiedział mi kiedyś coś takiego: "Mam w mieście 8 sklepów. 4 z nich prowadzą Polacy". Niemcy ze wschodu doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak Polacy są tam potrzebni - mówi.

- Zresztą, to że Niemcy ze wschodu przyciągają Polaków, wcale nie jest przypadkiem. Już w latach 50. XX wieku było jasne, że ten kraj będzie potrzebował milionów imigrantów. Niemcy realizują więc rozpisaną na dziesiątki lat strategię. I trzeba przyznać, że osiągają w tym sukces. Polacy szybko się adaptują, ale inna sprawa, że mogą też liczyć na wiele ułatwień - przekonuje profesor.


Największe (dominujące) mniejszości w gminach niemieckich - 2011 r.


Prof. Cichocki zaznacza jednak, że z historycznej perspektywy zacieranie się granicy polsko-niemieckiej wcale takie szokujące nie jest. - Już od wielu wieków te społeczeństwa się przenikały. Na przykład Polacy z Pomorza często pracowali u zachodnich sąsiadów i to wcale nie jest taka nowość. Zresztą państwa narodowe stają się powoli przeżytkiem. Niemcy zaakceptowali to już kilkadziesiąt lat temu. Dlatego witają Polaków z otwartymi rękami - zaznacza socjolog. i konkluduje:

- Oczywiście wyjazdy Polaków mogą być problemem dla naszej gospodarki. Tym bardziej że teraz Niemcy otwierają się na Ukraińców. Gospodarka Polski może mieć przez to wszystko poważne problemy.


MATEUSZ MADEJSKI




https://finanse.wp.pl/najbardziej-polska-gmina-w-bylym-nrd-za-kilkanascie-lat-nie-bedzie-tu-zadnego-niemca-6397829609146497a