Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą instagram. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą instagram. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 grudnia 2025

Kultura wiecznego zderzenia

 



przedruk



Młodzi nie tworzą już związków.

Szałajko: "To efekt kultury wiecznego zderzenia, wiecznej konfrontacji, wrogości wobec siebie"


opublikowano: 25 grudnia






Gdy się zastanowimy, jak dzisiaj ludzie dobierają się w pary, czego szukają, to bardzo negatywny wpływ wywierają wszelkiego rodzaju portale randkowe. Tam ludzie, zamiast poznać siebie, kierują się takimi kryteriami jak wygląd, zasobność portfela, dobra posada - mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Katarzyna Niedźwiedź-Szałajko, dziennikarka, współautorka książki „Bezpotomni”, mama sześciorga dzieci i żona aktora Rafała Szałajko.




wPolityce.pl: Mamy w Polsce coraz większy problem z dzietnością. Dużo się mówi o promocji rodziny, o potrzebie wsparcia dla rodzin. Jednak trudno jest promować cokolwiek, jeśli ludzie przestają nawet tworzyć związki. Coraz częściej młodzi ludzie żyją jako single. Sam jestem człowiekiem zbliżającym się do 30 roku życia, ostatnio przeanalizowałem swoją klasę z liceum i okazało się, że połowa wciąż to kawalerowie i panny, wielu nawet nie tworzy żadnej poważnej relacji, a była to szkoła miejsko-wiejska, więc podejrzewam, że w miastach to może wyglądać jeszcze gorzej. Jak według pani wiedzy wygląda ta sytuacja?

Katarzyna Niedźwiedź-Szałajko: Rzeczywiście jest duży kryzys relacyjny i on jest też mocnym podłożem do statystyk, dotyczących dzietności, które są dzisiaj. To jest bardzo duża przyczyna tego, że te wyniki mamy, jakie mamy w Polsce.

Ten kryzys relacyjny ma szerokie podłoże. Jest spowodowany m.in. tym, że kobiety dzisiaj świetnie się kształcą, a co za tym idzie, wyjeżdżają do dużych miast. Według statystyk na trzy kobiety w dużych miastach, będących ośrodkami uniwersyteckimi, przypada dwóch mężczyzn. A na wsiach i w mniejszych miejscowościach jest zupełnie odwrotnie. Tam mężczyźni mają problem ze znalezieniem żony. Już samo to jest problemem. Może to zabrzmi zabawnie, ale program telewizyjny „Rolnik szuka żony” też nie wziął się znikąd. To w pewnym sensie jest odpowiedź na realny problem.

Gdy się zastanowimy, jak dzisiaj ludzie dobierają się w pary, czego szukają, to bardzo negatywny wpływ wywierają wszelkiego rodzaju portale randkowe takie jak Tinder. Tam ludzie, zamiast poznać siebie, kierują się takimi kryteriami jak wygląd, zasobność portfela, dobra posada. Kiedyś inaczej szukaliśmy małżonka. W przeszłości szukaliśmy człowieka, na którym będzie można polegać, na kim będzie można się oprzeć, z kim będzie można założyć rodzinę. To jest fundament. Teraz te kryteria zostały odwrócone. Inaczej dobieramy się w pary, a w konsekwencji związki okazują się nietrwałe, chwilowe. Ludzie ciągle szukają, a pewnym momencie po prostu przestają szukać. A gdzie w tym wszystkim miejsce na założenie rodziny, na jej powiększenie, na jej utrzymanie i trwałość?

Jak dużym problemem jest to, że młode kobiety są średnio lepiej wykształcone od młodych mężczyzn? Kobiety nie chcą się wiązać z mężczyznami gorzej wyedukowanymi od siebie?

Wojna płci, w którą nas wpędzono, jest bezsensowna. Tak naprawdę nie służy ona ani kobietom, ani mężczyznom. Oczywiście feminizm w swojej istocie u zarania jest słuszny, bo mamy prawa wyborcze, wolność, możemy pracować. Cały czas walczymy o równouprawnienie. Tylko wpędziliśmy się w tę walkę kobiet z mężczyznami i zamiast szukać tego, co komplementarne, to ciągle podkreślamy to wszystko, co nas dzieli. Trudno jest na tym zbudować porozumienie.

Kobiety chcą być bardzo niezależne dzisiaj i niosą to na „sztandarze”. Mocno podkreślają swoje prawo do robienia kariery, do równych zarobków, do parytetów i do innych feministycznych haseł. Na tych sztandarach brakuje jednak prawa do rodzenia dzieci. O to feministki nie walczą i nie stają po stronie kobiet, które chcą być matkami, żonami. Ta sfera ich nie interesuje zupełnie. Walczą o wolność rozumianą tylko w jeden sposób. Dochodzi do konfliktu interesów damsko-męskich. On nie ma sensu, ponieważ spora część kobiet, a być może nawet większość, pragnie tego, co leży w ich naturze biologicznej. To pragnienie jest jednak dzisiaj mocno zagłuszane przez narrację „świata”. Obrzydza się macierzyństwo i to, że kobieta może być żoną. Ciągle podkreśla się „okrutny patriarchat”.

Z jednej strony mamy fenimizm, ale w jego cieniu po stronie mężczyzn rozkwita „filozofia” red pillu, manosfery. Mamy wzrost popularności subkultury inceli, którzy są wrogo nastawieni do kobiet, oskarżają je o wszystkie swoje niepowodzenia. Kiedy popatrzy się na posty zamieszczane w sieci przez internautów o takich poglądach, trudno oczekiwać, że będą oni w stanie założyć normalną rodzinę. Jak pani na to patrzy?

To jest bardzo trudny temat. Ludzie żyją coraz bardziej w odosobnieniu. Wszyscy wokół siebie obserwujemy takie zjawiska jak samotność czy izolacja społeczna. A za tym idą kolejne, takie jak niskie poczucie własnej wartości, trudność w budowaniu relacji, brak umiejętności społecznych. To wszystko mieści się w tej subkulturze.

Wpływ na to ma ogromna presja kulturowa związana z sukcesem, zupełnie innym - bardzo wąskim - rozumieniem męskości. Jest to wzmacniane przez media społecznościowe, gdzie ludzie porównują się, a to doprowadza do polaryzacji i upraszczania rzeczywistości.

Sama ta subkultura mężczyzn jest nie tylko spowodowana brakiem partnerki. To jest pewien zestaw przekonań. Ten brak partnerki jest efektem kultury wiecznego zderzenia, wiecznej konfrontacji, wrogości wobec siebie nawzajem, braku wiary w siebie i braku poczucia bycia kochanym.

Wspominała pani o mediach społecznościowych. Jak one wpływają na relacje? W mojej ocenie szczególnie negatywny wpływ wywiera Instragram, gdzie często dużą popularnością cieszą się na przykład profile dzieci bardzo bogatych ludzi, które pokazują jak „wygląda” ich życie, budując nierealistyczne dla wielu wzorce finansowe, udając przy okazji, że sami to osiągnęli.

To jest duży problem. Media społecznościowe mają oczywiście swoje korzyści. Mogą inspirować, mogą wzmacniać przedsiębiorczość u pojedynczych osób, mogą spełniać funkcję „wioski” dla ludzi, którzy nie mają wokół siebie środowiska wspierającego. Mają jednak też czarną stronę. Mogą bowiem powodować zatracenie umiejętności weryfikowania rzeczywistości. Wielu ludzi to, co widzi na Instagramie, odbiera bezkrytycznie i naprawdę wierzy, że przedstawia się tam realne życie.

Problem ten jest zwłaszcza widoczny u młodych ludzi, którzy często zaczynają żyć „cudzym życiem”. W konsekwencji tracą wiarę w siebie, poczucie własnej wartości. Trudno jest spełnić wymagania, które są prezentowane w sieci. Gdyby budować swój obraz świata na treściach zamieszczonych na Instagramie, to można by odnieść wrażenie, że wszyscy ciągle piją matchę, latają dronami nad Fiordami i wciąż odpoczywają na Bali. Szare życie zwykłego człowieka wydaje się przy tym po prostu przygnębiające, a ono tak naprawdę składa się głównie z codziennych, zwykłych chwil, które rzadko wyglądają tak, jak na Instagramie. To ma bardzo duży wpływ na problemy psychiczne młodych ludzi.

Młodzi ludzie, dla których media społecznościowe istnieją od zawsze, nie mają narzędzi do weryfikowania rzeczywistości. Często nie potrafią poddać treści tam zamieszczanych krytycznemu myśleniu, zachować dystans i nie są świadomi tego, że to tylko wycinek rzeczywistości, który do tego poddany jest filtrom, jest spreparowany, tak naprawdę wyreżyserowany i co najważniejsze - cudzy. My wcale nie musimy mieć takich samych marzeń, pragnień i mieć takiego samego scenariusza na życie. Ten brak posiadania mechanizmów weryfikacji doprowadza wielu do cierpienia. Stąd tak wiele problemów psychicznych, plaga samotności, depresji i głębokiego smutku.

Widać, że młodzi ludzie często próbują sobie rekompensować brak rodziny przy pomocy zwierząt. Wielu z nich traktuje ich niemal jak dzieci. To ma być jakiś substytut bliskości?


Na pewno tak jest. Zawsze protestuję przeciwko zestawianiu rodzicielstwa z posiadaniem zwierzęcia. Bardzo je lubię, też mamy kotka i rybki, ale nigdy nie nazwałabym się „kocią mamą”.

Ludzie mają jednak instynkt, potrzebę, aby kimś lub czymś się opiekować. Chcą się dla kogoś poświęcić i to jest substytut. To bardzo smutne zjawisko mówiące o tym, że naprawdę potrzebujemy bliskości, miłości, opiekować się kimś słabszym, kimś, kto nas potrzebuje, czuć się potrzebni. I taką rolę często pełnią zwierzęta.

To jednak tylko substytut. Nie da się porównać go do posiadania dziecka. Przede wszystkim opieka nad zwierzęciem jest dużo prostsza. To jest trochę ucieczka, bo wiemy, jakie jest rodzicielstwo. To bardzo głęboka więź, głębokie uczucie na całe życie, ale też obciążająca relacja. Nie każdy chce ją dźwigać. Dużo mniej obciążająca jest opieka nad zwierzątkiem.

Polska znalazła się na 12. miejscu, jeżeli chodzi o wydatki na popularny portal Onlyfans, gdzie można kupować spersonalizowane treści erotyczne. Polacy przeznaczyli na to 87,3 miliona dolarów w ciągu roku. Dane są zatrważające, bo tak wysoka suma wskazuje, że mamy bardzo dużą grupę ludzi, którzy nawet nie tylko oglądają pornografię, ale czuje potrzebę płacenia za indywidualne treści. Raczej są to ludzie młodzi. Czy to także jest efekt plagi samotności?


Z pewnością są to głównie ludzie młodzi. To wielki problem. Warto przy tym zauważyć, że platformy społecznościowe się przenikają. Na Instagramie nie ma oficjalnie pornografii, ale są influencerzy, którzy budują na nim swoje zasięgi i przy okazji zapraszają na swoje profile na Onlyfans, gdzie jest już „szerzej” o nich. Młodzi ludzie zapatrzeni w swoich idoli wędrują za nimi i z nimi wędrują ich pieniądze.

To jest bardzo smutne zjawisko. Mówi ono o wielkiej, głębokiej samotności młodego pokolenia, które szuka iluzji relacji w tego typu miejscach i są gotowi nawet za to płacić. Na domiar złego ta głęboka patologia jest normalizowana. To już nie jest ekstremum. To już nie jest nic wstydliwego. To jest powszechne, a liczby mówią same za siebie.




wpolityce.pl/spoleczenstwo/748747-wywiad-szalajko-gleboka-samotnosc-mlodego-pokolenia




sobota, 30 września 2023

Pułapka instagrama

 


przedruk

tłumaczenie automatyczne





Francesco Marino

Instagram vs rzeczywistość:

jak overtourism zamienia Włochy w tło selfie





"W Rasiglii Instagram i jedno lub dwa zdjęcia ad hoc sprowadziły lawiny turystów do bardzo małej wioski, która tak naprawdę ma trzy lub cztery trasy i która nie była znana nawet umbryjskim mieszkańcom pobliskich obszarów".



W zeszły weekend próbowałem na Instagramie zadać pytanie ludziom, którzy mnie obserwują: jak media społecznościowe zmieniły miejsce, które kochasz? Odpowiedzi otwierają dość szeroką przestrzeń do refleksji, która zaczyna się od overtourism i tego, jak media społecznościowe zmieniły relacje, jakie mamy z przestrzeniami, w których mieszkamy, aż po sposób, w jaki cyfryzacja zasadniczo zmieniła samo postrzeganie wolnego czasu.



To włoskie lato to nie tylko niebotyczne wpływy, coraz wyraźniejsze dowody zmian klimatycznych i nieuchwytny pojedynek między Elonem Muskiem a Markiem Zuckerbergiem. Było to również, a może przede wszystkim, lato, w którym zdaliśmy sobie sprawę, że mamy do czynienia z overtourismem. Albo, mówiąc prościej, ten moment, w którym turystyka negatywnie wpływa na miejsce, w szczególności na postrzeganą jakość życia obywateli i jakość doświadczeń odwiedzających.

Kanapki podzielone na dwie, zatłoczone i coraz droższe plaże, ośrodki turystyczne odpowiednie dla zagranicznych turystów: geografia naszego kraju zmieniła się tak bardzo, że coraz więcej Włochów szuka wakacji gdzie indziej. To tak, jakby wielu w pewnym momencie przestało w pełni uznawać Apulię, Wybrzeże Amalfitańskie, Cinque Terre, jezioro Como, miasta sztuki, takie jak Rzym czy Wenecja. Coś się zmieniło.

Według analizy Banku Światowego przedstawionej przez Financial Times, od 1990 do 2019 roku liczba podróżujących w celach wypoczynkowych na całym świecie podwoiła się, osiągając 2,4 miliarda rocznie. To dość prosty proces. Średnie dochody na Zachodzie wzrosły niemal wszędzie, technologia skróciła odległości, a tanie loty obniżyły bariery wejścia. Podróżowanie stało się w ciągu ostatnich 15-20 lat definiującą czynnością, poprzez którą projektujemy naszą tożsamość, w odniesieniu do siebie i innych.


W drodze szukamy tego, co widzieliśmy w mediach społecznościowych

Chodzi o to, że w ciągu ostatnich dwóch dekad wzrosła nie tylko liczba podróżnych w wartościach bezwzględnych. Zmieniły się również sposoby, w jakie podejmujemy decyzje dotyczące podróży, trajektorie, przez które orientują się nasze pragnienia. Internet zawsze był potężnym narzędziem dostępnym dla każdego, kto chce zorganizować jakikolwiek ruch. Absurdem jest nawet wyobrażanie sobie, że jeszcze jakiś czas temu, aby zrobić bilet lotniczy, trzeba było fizycznie przenieść się z domu lub zadzwonić do centrali telefonicznej.

Jednak Internet nie tylko ułatwił rezerwacje. Stworzył również system informacyjny, w którym bardzo łatwo jest znaleźć informacje o podróży, sugestie tras, miejsca do odwiedzenia. Sieci społecznościowe sprawiły również, że turystyka stała się walutą społeczną, sposobem na zaprojektowanie naszej obecności w Internecie. Według jednego z najczęściej cytowanych badań naukowych na ten temat, platformy społecznościowe mogą stworzyć coś w rodzaju FOMO (Fear of Missing Out), strachu przed przegapieniem czegoś. Zasadniczo każdy może publikować zdjęcia z dowolnego miejsca na świecie, widzimy je i jesteśmy zmuszeni do szukania odrobiny tego piękna. I nie tylko to: szukamy również tych rzeczy, które widzieliśmy w sieciach społecznościowych.

Jednym z pierwszych artykułów, które przeczytałem na temat zjawiska overtourismu, jest artykuł dziennikarki Vox Rebeki Jennings. Jest to bardzo osobisty artykuł, niemal strona pamiętnika, w którym Jennings opowiada o niezbyt satysfakcjonującej podróży do Positano, które nazywa "instagramową stolicą świata".

"Problem polega na tym, że zbyt wiele osób chce mieć dokładnie takie same doświadczenia, ponieważ wszyscy weszli na te same strony internetowe i przeczytali wszystkie te same recenzje. Istnieje pomysł, że jeśli w ogóle nie pójdziesz do tej konkretnej restauracji lub nie odwiedzisz tej okolicy, wszystkie pieniądze i czas, które spędziłeś, zostały zmarnowane. Jakbyś zadowolił się czymś, co nie jest tak doskonałe, jak mogłoby być". Jennings nazywa to naszą "kulturową obsesją na punkcie wszystkiego, co najlepsze".


Szukamy oceny społecznej nawet na wakacjach. Czy to koniec wolnego czasu?

Jest to dyskurs, który ma związek z turystyką, ale bardziej ogólnie z relacją, jaką mamy z czasem wolnym. Być może dlatego, że wydaje się, że mamy mniej, ale potrzebujemy coraz więcej i lepiej organizować te przestrzenie rekreacyjne, które mamy dostępne. Aby je zaplanować, zaplanować je, szukać recenzji.

Jest to proces, który rozpoczął się kilka lat temu. W pięknej książce, która wydaje się mieć z tym niewiele wspólnego i która nosi tytuł Historia chodzenia, Rebecca Solnit dobrze opisuje czasy, kiedy technologie zbudowane z myślą o wydajności i, teoretycznie, aby uwolnić nasz czas, doprowadziły nas do myślenia, że wszystko musi być skwantyfikowane. "To, czego nie można zmierzyć, nie istnieje" – pisze Solnit.

W artykule opublikowanym na początku sierpnia Business Insider mówi o "śmierci hobby". Oznacza to, że kontekst, w którym technologia cyfrowa oferuje nam możliwość zarabiania na wszystkim, co robimy. Wszystko, co robimy, ma potencjalną wartość, społeczną, a nawet ekonomiczną budującą tożsamość. "Czas staje się zasobem ekonomicznym", pisze Jenny Odell w książce zatytułowanej How to Do Nothing.

Jeśli każda aktywność, nawet rekreacyjna, ma wartość, wszystko musi być zaplanowane. Chodzi o to, że konieczność planowania wszystkiego ma dwie zasadnicze konsekwencje. 

Po pierwsze, kiedy wszyscy informują się mniej więcej na tych samych kanałach, wszyscy będą chcieli zrobić to samo, trochę tak, jak napisała Rebecca Jennings. 

Drugi to poczucie frustracji, jeśli wszystko nie idzie zgodnie z planem. A więc jeśli pada deszcz, jeśli jest zbyt duża kolejka, jeśli schody do pokonania są niewygodne lub jeśli zachód słońca nie jest dokładnie tym, co chcieliśmy zobaczyć. 

Ponieważ czas, który poświęcamy sobie, poddawany ciągłej ocenie osobistej i społecznej, przestaje być czasem wolnym. Innymi słowy, przestaje być szansą na rozwój, na relację z otaczającą nas przestrzenią i z czasem, w którym żyjemy.


"Transformacja Wenecji? Straciłem teraz swoje serce, ponieważ zostało przekształcone z pięknej i ludzkiej wiejskiej tawerny w stołówkę, na której zawsze ustawia się kolejka turystów na zewnątrz.


"Pochodzę z Salento i latem moja ziemia staje się nie do poznania. Zachowuję dla siebie te farmy / trattorie, które jeszcze nie są społeczne"


Instagram vs rzeczywistość. Niektóre referencje z Włoch

"Transformacja estetyczna w Wenecji rozpoczęła się od Canaletta – mówi mi inny z użytkowników, którzy odpowiedzieli na moją ankietę – ale teraz tempo tej transformacji jest bardzo gwałtowne. Mówię miastu w mediach społecznościowych i, aby dać wam przykład, dzięki temu, że teraz powiem moje miejsce serca, straciłem je, ponieważ zostało przekształcone z wiejskiej karczmy, pięknej i ludzkiej, w stołówkę, na której zawsze ustawia się kolejka turystów".

Chodzi o to, że ten sposób relacji z przestrzenią i czasem zmienia miejsca, pozbawia je znaczenia. Tego lata brytyjski dziennikarz Tobias Jones powiedział Guardianowi o tym, jak overtourism zamienia wszystko w tło dla selfie. 

"Problem z masową turystyką polega na tym, że sprawia, że miejsca docelowe są przeciwieństwem tego, czym były kiedyś. Atrakcją Cinque Terre jest ich niezwykła prostota: nie mają wielkich zabytków jako takich, wielkich katedr ani zamków, tylko poczucie spokoju, ludzkiej pomysłowości i wielkości krajobrazu. Ale spokój i prostota miejsc nie wytrzymają milionów odwiedzających

"Jestem z Salento - wyjaśnia inny - i chociaż kocham moją ziemię, uważam ją za nierozpoznawalną latem, kiedy jest dosłownie atakowana przez turystów. Od dawna rozumiem, że wcześniej nieznane miejsca są łatwo usuwane, prosty geotag jest znacznie szybszy niż poczta pantoflowa. Te kilka plaż wciąż mało uczęszczanych i farmy / trattorie jeszcze nie towarzyskie trzymam dla siebie, mając nadzieję, że turyści (a więc chaos, brud, parkowanie i nielegalne parkowanie, nagłe bary i mało prawdopodobne budynki, kolejki, głośna muzyka) trzymają się z daleka tak długo, jak to możliwe ".

Na TikTok hashtag #InstagramVsReality, używany do pokazania różnic między mediami społecznościowymi a rzeczywistymi krajobrazami, ma ponad 2,6 miliarda wyświetleń. Jest wszystko: zatłoczona Fontanna di Trevi, Positano bez centymetra do przejścia, kolejki do vaporetti w Wenecji. To wyraz frustracji, o której mówiliśmy wcześniej, tej idei, że to, co zaplanowałem, nie poszło dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem.

To także moment odsłaniania koncepcji, którą powinniśmy już znać: media społecznościowe nie są neutralnymi narzędziami informacyjnymi, tak jak gazety, wobec których jednak mamy znacznie większy sceptycyzm. Aby to zadziałało, treść musi być zgodna z pewnymi zasadami, aby zadowolić algorytmy wybierające posty i zachęcić ludzi do dalszego oglądania. Rezultatem są doskonałe obrazy, zapierające dech w piersiach widoki: z ekranu znika całe tarcie.

Rzeczywistość nagina się do reguł algorytmicznych i właśnie tej rzeczywistości szukamy.


Rozwiązania wymyślone do tej pory przez administrację włoską i międzynarodową koncentrują się – słusznie – na potrzebie ochrony miejsc przed przeludnieniem. Wenecja idzie w tym kierunku, który zainauguruje w 2024 roku bilet wstępu w wysokości 5 euro, aby odwiedzić miasto. Inną możliwością jest ograniczona liczba, która już jest rzeczywistością w autonomicznej prowincji Bolzano.

Odpowiedź na to zjawisko jest jednak bardziej kulturowa. I ma to związek z turystyką, ale prawdopodobnie z dość szerokim zakresem aspektów związanych z zarządzaniem naszym czasem i przestrzeniami, w których żyjemy.

I zaczyna się od centralnej refleksji: nie wszystko może i musi być treścią; Nie każda chwila naszego czasu potrzebuje społecznego potwierdzenia, jakiegoś pomiaru. Zaakceptowanie tego oznacza przyzwyczajenie się do niego, jak pisze Sheila Liming w książce zatytułowanej Hanging Out, do "zatrzymania czasu, poświęcenia się tylko interakcji z innymi ludźmi lub z przestrzeniami wokół nas".










www.today.it/opinioni/social-turismo-overtourism.html






sobota, 17 października 2020

Dlaczego nieustannie się niepokoimy?

 przedruk

tłumaczenie przeglądarkowe


Moim zdaniem chodzi raczej o to, że podświadomie wyczuwamy kłamstwa jakimi zostaliśmy otoczeni, lecz nie umiemy ich nazwać ani rozpoznać.

Stąd niepokój.



Dlaczego nieustannie się niepokoimy?

Mathangi Krishnamurthy

10 PAŹDZIERNIKA 2020 16:54

ZAKTUALIZOWANO: 11 PAŹDZIERNIKA 2020 12:36 



Być może wszyscy jesteśmy niespokojni, ponieważ bez względu na to, jak mocno przewijamy, jak nieustannie publikujemy i jak intensywnie obserwujemy, nie jesteśmy w stanie zaprzeczyć stanowi świata

Czy ktokolwiek inny, kto ma luksus domu i ogniska domowego w tych czasach, doświadczył wzmożonego niepokoju? Poczucie, że każdy nowy dzień przyniesie nową katastrofę i nowe nieprzewidziane wydarzenie, którego konturów nie można było przewidzieć ani kontrolować? Otwieraj gazetę w dowolnym dniu tygodnia lub słuchaj ulubionej prezenterki wiadomości, krzyczącej do kolejnego nieszczęśliwego gościa, w zależności od twojej trucizny, a prawdopodobnie będziesz miał więcej pożywienia, aby podsycić takie uczucie.

WebMD mówi mi, że niepokój to normalna emocja. I że jest to sposób ostrzegania mózgu o potencjalnym niebezpieczeństwie i standardowej reakcji na stres. Ale skoro wszystko, co konsumuję każdego dnia, ma na celu wywołanie poczucia potencjalnego niebezpieczeństwa, czy to dziwne, że jestem nieustannie niespokojny?

Zagrożenie online

Dylemat społeczny w serwisie Netflix stanowi przekonujący argument, że platformy internetowe, takie jak Facebook, Twitter i Instagram, mają pielęgnować to uzależnienie od lęku i wpływać na moje zdrowie psychiczne. Niedawna debata zorganizowana przez NDTV i Roli Books popierała wniosek: „W demokracji media społecznościowe wyrządzają więcej szkody niż pożytku”. Zwolennicy ruchu przytaczali wzrost nienawiści, bigoterii, fałszywych wiadomości i przemocy zarówno online, jak i offline. Przeciwnicy argumentowali za rolą mediów społecznościowych w wzmacnianiu sprzeciwu, oporu i głosów marginalizowanych w społeczeństwie.

W książce The Twittering Machine , socjologa i pisarza marksistowskiego Richarda Seymoura, sugeruje się, że zamiast tego łatwiej byłoby zapytać, co jest z nami nie tak, niż co jest nie tak z tymi systemami.

I wysuwa być może kontrowersyjny argument, że kompulsywne uczestnictwo w mediach społecznościowych, czy to jako uczestnik, widz lub uzależniony od dopaminowych pętli `` polubień '' i `` retweetów '', nie wynika z potrzeby przyjemności, ale jest objawem popędu śmierci, poddając się chronofagowi lub „potworowi, który zjada czas”.

Innymi słowy, pozostajemy online dla zabicia czasu, ponieważ czas rzeczywisty w prawdziwym świecie jest najeżony i nie można go tak łatwo minąć.

Kiedy byłem dzieckiem, byłem w niewoli tego środka, który uśmierza wszelkie lęki, instytucji bajki na dobranoc. Poprzez znane przypowieści o dobru i złu, oferowane kolejno przez mojego dziadka ze strony matki, ojca i matkę, dano mi możliwość stworzenia świata, w którym można się rozwijać, ale oczywiście tylko pod warunkiem przestrzegania zasad.

Fikcja na dobranoc

Dziś mój telefon i media społecznościowe dotrzymują mi towarzystwa przed snem. Whatsapp przekazuje dalej, a Twitter i Facebook wprawiają mnie w fikcję, że zarówno dobre, jak i złe są stale gdzie indziej; ktoś inny jest zawsze szczęśliwszy, ładniejszy i podróżuje do ładniejszych miejsc, a ktoś inny jest nieustannie okrutny, nieludzki, nieliberalny i brutalny.

Jednocześnie informują mnie również w przekorny sposób, że całe szczęście jest w moim zasięgu, czy to poprzez ponowne wymyślenie siebie, nowe hobby, wpływanie na Instagram czy gromadzenie obserwujących. A zatem, w tej chwili i tej przestrzeni, pytam ponownie, czy to dziwne, że wszyscy jesteśmy nieustannie niespokojni?

Ale może jest sposób, aby uniknąć tego manichejskiego ruchu w mediach społecznościowych, skupiając się na lęku jako objawie, który pozwala powrócić do pytania, co może być z nami nie tak.

Filozof Renata Salecl w swojej pięknej eksploracji „On Anxiety” nieufnie odnosi się do popularnego twierdzenia, że ​​lęk jest przeszkodą dla dobrego samopoczucia i uniemożliwia nam funkcjonowanie w świecie lub kontakt z innymi. Zamiast tego mówi, że świat bez niepokoju byłby przerażającym miejscem, ponieważ dałby prawdę kłamstwu, że szczęście jest swobodnie dostępne i że nie jesteśmy w wieku okrucieństwa, nędzy i niebezpieczeństwa.

Być może wszyscy jesteśmy niespokojni, ponieważ bez względu na to, jak mocno przewijamy, jak nieustannie publikujemy i jak intensywnie obserwujemy, nie jesteśmy w stanie zaprzeczyć stanowi świata. Inaczej mówiąc antropolog Clifford Geertz, nie możemy uwierzyć w historie, które opowiadamy o sobie. W tym przypadku niepokój może być potężną przestrzenią, w której można pozostać i zapytać o historie, których już nie opowiadamy, a być może nawet znaleźć nowsze, lepsze i milsze historie świata.



Mathangi Krishnamurthy uczy antropologii, by utrzymać się na życie, a poza tym inwestuje w imiona, miejsca, zwierzęta i rzeczy.



https://www.thehindu.com/society/anxiety-in-280-characters/article32810724.ece?homepage=true