Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roszczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roszczenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2026

Ambasador Rose czy SI ?



ost zapis posta 28 11 2025


Kto znowu napisał ten tekst? I co teraz zrobić z tym pch24?



Cały tekst zbudowany jest w następujący sposób:

- urabianie, czyli: oszczercze oskarżenia w naszym kierunku, że jakoby dopuściliśmy się jakiś zbrodni
wyłuszczenie o co im naprawdę chodzi: w związku z tymi fałszywymi oskarżeniami Żydzi mają roszczenia finansowe
zapowiedź: to będzie dla was nieprzyjemna rozmowa, będziecie zgrzytać zębami
podsumowanie - ale nam zapłacicie, bo będziemy sobie u was mieszkać


To jest pranie mózgu w czystej postaci.


I oczywiście napaść.

A napaść to jest napaść...






Analiza tekstu poniżej przedruku



przedruk

21 listopada 2025


– Przez dekady Polska doświadczała głębokiej niesprawiedliwości historycznej. Przekonanie że Polska współdzieli winę za barbarzyńskie czyny dokonane przeciwko niej jest groteskowym fałszowaniem historii i w gruncie rzeczy formą „oszczerstwa krwi” wymierzonym w Polskę i Polaków – stwierdził ambasador USA w Polsce Tom Rose. – Zbyt długo ten naród obciążany był moralną skazą, która nigdy nie była jego – zaznaczył dyplomata.

Amerykański ambasador w Polsce w ostrych słowach skrytykował zarzucanie Polsce współudziału w Holokauście. Oskarżenia wobec Polaków pojawiają się bowiem nadal, mimo iż Polska była ofiarą (!), a nie współuczestnikiem bestialskiej działalności Niemiec. Co więcej, dziesiątki prac historyków i relacje świadków wskazują, że Polacy w czasie II wojny światowej narażali własne życie, by pomagać Żydom.

– Zbyt długo ten naród obciążany był moralną skazą, która nigdy nie była jego – oszczerstwem, że Polska w jakikolwiek sposób ponosi odpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez innych. Przez dekady Polska doświadczała głębokiej niesprawiedliwości historycznej. Przekonanie że Polska współdzieli winę za barbarzyńskie czyny dokonane przeciwko niej jest groteskowym fałszowaniem historii i w gruncie rzeczy formą „oszczerstwa krwi” wymierzonym w Polskę i Polaków – powiedział Tom Rose.

Zdaniem amerykańskiego dyplomaty, żaden naród nie cierpiał więcej niż Polska. – Dlatego traktowanie relacji Polski ze światem jak układu dłużnika i wierzyciela za ludobójstwo dokonane przez innych na jej terytorium jest nie tylko historycznie fałszywe ale i moralnie skandaliczne. To stawianie ofiary w roli odpowiedzialnej za czyny sprawcy – zaznaczył ambasador USA.

W opinii Rose’a, przez dekady oskarżenia niesprawiedliwie wysuwane wobec Polaków zatruwały relacje polsko-izraelskie i polsko-amerykańskie. Zarzuty te dyplomata nazwał „rażącym afrontem”, który „zmuszał do rozmów dla Polaków głęboko obraźliwych”. – A ponieważ sama teza jest nieprawdziwa, nie istnieje żadne rozwiązanie, bo nie ma problemu, który należałoby rozwiązać – przekonywał Amerykanin.

– Nawiasem mówiąc, który kraj w Europie jest najbezpieczniejszy, w którym Żydzi mogą poruszać się bez obaw? Właśnie w nim jesteście. To Polska – zakończył Rose.




Zauważ: 

tekst napisany jest przez sztuczną inteligencję na czyjeś zamówienie pod określony cel - urobienie czytelników, podświadome (?) oswojenie ich z czyimś planem



Do rzeczy jednak:


tekst zawiera frazy będące elementem prania mózgu - powtarzają się negatywne zwroty o Polakach - i to prawie cały tekst składa sie z tych fraz.

1. urabianie

- współdzieli winę za barbarzyńskie czyny dokonane 
- w gruncie rzeczy formą „oszczerstwa krwi” wymierzonym w Polskę i Polaków - co to niby jest? to zdanie nic nie znaczy
- Zbyt długo ten naród obciążany był moralną skazą

obciążany zamieniam jedną literę: obciążony ==> Zbyt długo ten naród obciążony był moralną skazą - jednoznaczne oskarżenie - i to zdanie jest dwa razy powtórzone (utrwalanie w pamięci poprzez powtarzanie)

- Oskarżenia wobec Polaków pojawiają się bowiem nadal - zamiast:  Fałszywe oskarżenia wobec Polaków... 

Kiedy pojawiają się nadal oskarżenia - co to oznacza? To znaczy, że są to oskarżenia zasadne.


Oskarżenia wobec Polaków pojawiają się bowiem nadal, mimo iż Polska była ofiarą (!), a nie współuczestnikiem bestialskiej działalności Niemiec.

znak (!) optycznie rodziela wypowiedź na dwa zdania:

1- Oskarżenia wobec Polaków pojawiają się bowiem nadal, mimo iż Polska była ofiarą - te słowa można czytać, że:  "oskarżenia są zasadne - choć co prawda Polska była też ofiarą"
2 - a nie współuczestnikiem bestialskiej działalności Niemiec - to zdanie można czytać jako opis odnoszący się do konkretnej OSOBY - Niemca:

Niemiec - nie (był) współuczestnikiem bestialskiej działalności


powinno być, jeśli już:

Fałszywe oskarżenia wobec Polaków pojawiają się nadal, mimo iż Polska była ofiarą (!), a nie uczestnikiem bestialskiej działalności Niemiec.

Przebija się "współuczestnikiem bestialskiej" - określenie negatywne powiązane z pojęciem Polska, a słowo "działalność" w stosunku do Niemiec jest obojętne, nienacechowane negatywnie.

"bestialskiej działalności" - fałszywe połączenie, którego nieprawdziwość każdy wyczuje poprzez swoje doświadczenie - nikt tak nie mówi, "działalność" zawsze kojarzona jest obojętnie lub pozytywnie


Zwracam uwagę, że zdania są długie co słabym czytelnikom może utrudniać zrozumienie tekstu, ale przede wszystkim ma "ukryć" dwuznaczny podtekst.

I dalej powtarzające się negatywne zwroty o Polakach:

2. wyłuszczenie

- Polska w jakikolwiek sposób ponosi odpowiedzialność za zbrodnie - w rozbudowanym zdaniu składającym się z 26 słów
Polska współdzieli winę za barbarzyńskie czyny 
Dlatego traktowanie relacji Polski ze światem jak układu dłużnika i wierzyciela za ludobójstwo dokonane ... na jej terytorium - w zdaniu składającym się z 27 słów

"na jej terytorium" podkreśla komu zarzuca się winę

-  historycznie fałszywe ale i moralnie skandaliczne - 

słowo "fałszywe" jest zneutralizowane przez przymiotnik "historycznie" - czyli nie ma obrony Polaków w tym zdaniu
"moralnie skandaliczne" - to nic nie znaczy, koloryzuje i przedłuża tylko rozbudowane zdanie

- To stawianie ofiary w roli odpowiedzialnej za czyny sprawcy - niegramatycznie niestylistycznie, a dokładnie chodzi o: stawianie Polski w roli odpowiedzialnej za czyny

W sumie to Rose w tym zdaniu opisuje to, co robi w całej swej wypowiedzi: przypisuje nam rolę osoby odpowiedzialnej za czyny: "w roli" - jak w jakim filmie, czy dokładnie: scenariuszu dla Polski...

I tu przechodzi do rzeczy, czyli: "jak naprawić zatrute relacje polsko - izraelskie..."

3. zapowiedź

Zarzuty te dyplomata nazwał „rażącym afrontem”, który „zmuszał do rozmów dla Polaków głęboko obraźliwych” - to trzeba ściśle rozpatrywać jako część dalsza określenia: "w roli odpowiedzialnej za czyny"

należy to czytać:
Polacy są odpowiedzialni za czyny jakie im się zarzuca i to wywołuje w nich zawstydzenie 

tylko, że "zawstydzenie" jest zamaskowane przez słowo "afront" (zamiast "zniewaga" - afront to zniewaga)

afront - książk. okazanie jakiejś osobie lekceważenia, które powoduje, że ta osoba czuje się urażona;
obraźliwe zachowanie się wobec kogoś, wyrządzenie przykrości; zniewaga, obelga, dyshonor, despekt


czyli powiedział, że "zarzuty" - jednoznaczne określenie, czyli w domyśle - "uprawnione zarzuty" - potwierdzone przez zwrot:  "zmuszał do rozmów" -

czyli skoro są prawdziwe zarzuty, to musimy o nich rozmawiać - no bo są "prawdziwe"
i na koniec: "są dla Polaków głęboko obraźliwe" czyli wstydzimy się, że nas rozliczają, "bo się tego dopuściliśmy..."

„rażącym afrontem” - nie ma potrzeby słowa "afront" (zniewaga) opisywać jeszcze słowem "rażącym" - chodzi o to, żeby wywołać dodatkowy dysonans utrudniający rozpoznanie - o czym jest tu mowa, bo w tym zdaniu nie chodzi o "zniewagi" tylko o pieniądze...

jest COŚ („rażący afront” - a tak naprawdę - żądania pieniędzyco zmusza Polaków do rozmów (o spłacie zmyślonych wierzytelności) dla niech głęboko nieprzyjemych - bo płacenie z powodu niesłusznych żądań to głęboko nieprzyjemna sprawa... to jest fakt


Zamieńmy afront na zniewagę:

Zarzuty te dyplomata nazwał „rażącą zniewagą”, który „zmuszał do rozmów dla Polaków głęboko obraźliwych”. 

Jak zniewaga może zmuszać do rozmów? Nie może, ale wcześniej mowa jest o roszczeniach (nieuzasadnionych) - to one "zmuszają" Polaków...

Jak ktoś nas znieważa, nie rozmawiamy z nim, tylko negujemy go, nie przyjmujemy jego zniewag.
Nie rozmawia się z kimś, kto nas napada, tylko leje się go po mordzie.



4. podsumowanie

A ponieważ sama teza jest nieprawdziwa, nie istnieje żadne rozwiązanie, bo nie ma problemu, który należałoby rozwiązać 

Widzisz? Nie ma żadnego problemu do rozwiązania - bo Polacy nie są nic nikomu winni. 
Bo oskarżenia są fałszywe - prawda, że odetchnąłeś z ulgą? Wpłynęło to na twoje UCZUCIA, prawda? Teraz jest ci lżej?

To jest zdanie prawdziwe, ale dotyczy czegoś innego. To tylko "etap" w praniu mózgu, którego celem jest prowadzenie was na postronku zgodnie ze scenariuszem, który sobie wymyślili, żeby was ograbić, a dokładnie - który "wymyśliła" dla nich sztuczna inteligencja.

To jest zdanie prawdziwe, ale dotyczy czegoś innego - dotyczy sytuacji po tym, jak im już zapłacicie - rozumiesz?

który kraj w Europie jest najbezpieczniejszy, w którym Żydzi mogą poruszać się bez obaw? Właśnie w nim jesteście. To Polska


Widzisz? W scenariuszu Sztucznej Inteligencji za wymyślone fałszywe roszczenia macie zapłacić Żydom nie pieniędzmi, ale ziemią, na której oni sobie będą mieszkać...  Dosłownie napisała:

Właśnie w nim jesteście


Rozumiesz?


To jest pranie mózgu.





Te zdania napisała sztuczna inteligencja - ale nie ta głupia dla wszystkich, tylko ta prawdziwa, która od setek lat pisze dla niemieckiej i nie tylko sitwy - ona jest trochę mądrzejsza...


To jest pranie mózgu, które ma nastawić Polaków do sprawy zapłacenia niesłusznych żądań, które mają być w przyszłości wysunięte przez organizacje żydowskie - albo konkretne instytucje USA.
W każdym razie widać, że dotychczasowe okrzyki niektórych Żydów na jakiś prywatnych zebraniach czy w gazetach pewnego dnia zamienią się w realne kroki prawne - ale raczej udające prawo, bo przecież żądania finansowe ze strony USA za mienie pożydowskie w Polsce myśmy już dawno uregulowali i to zgodnie z prawem.


Cały tekst zbudowany jest w następujący sposób:

- urabianie, czyli: oszczercze oskarżenia w naszym kierunku, że jakoby dopuściliśmy się jakiś zbrodni
wyłuszczenie o co im naprawdę chodzi: w związku z tymi fałszywymi oskarżeniami Żydzi mają roszczenia finansowe
- zapowiedź: to będzie dla was nieprzyjemna rozmowa, będziecie zgrzytać zębami
- podsumowanie - ale nam zapłacicie, bo będziemy u was mieszkać


To jest pranie mózgu w czystej postaci.

I oczywiście napaść.
Napaść to jest napaść.



Sednem tej wypowiedzi są słowa:

relacji Polski ze światem jak układu dłużnika i wierzyciela

oni chcą naszej ziemi - środowiska żydowskie żądają spłacenia wierzytelności, które zostało w całości spłacone w latach 60tych, wymieniają przy tym coraz większe i absurdalne kwoty - bo nie o pieniądze im chodzi, tylko o ziemię - "skoro nie macie takich pieniędzy, dajcie nam ziemię..."

To nie są żarty, ani oszołomstwo - co im szkodzi powygłupiać się, kłamać w biały dzień, skoro stawka są dziesiątki miliardy dolarów, a tak naprawdę to ziemia?



To niebezpieczny scenariusz - jeśli na czele państwa będzie stać ich człowiek, który będzie udawać głupiego cepa i wszystko podpisze.



Przecież słyszałeś jak Tusk powiedział, że nie niemcy, tylko 
Polacy zapłacą Polakom za niemieckie zbrodnie i grabież podczas II Wojny Światowej, słyszałeś, co nie?




Nie wolno tego lekceważyć, Polski trzeba cały czas pilnować.



Pamiętaj - ktoś, kto używa SI, żeby napisać wypracowanie z polskiego, artykuły do gazety, fałszywy pamiętnik albo książkę - nie jest mądry.

On tylko udaje mądrego.









pch24.pl/oszczerstwo-wymierzone-w-polske-i-polakow-ambasador-usa-krytykuje-obwinianie-polski-za-holokaust/

wsjp.pl/haslo/podglad/48450/afront
sjp.pl/afront




niedziela, 28 września 2025

Kto pracował na dobrobyt Niemiec




przedruki


KL Stutthof - księgowość zbrodni, anatomia reparacji. Zamiast pouczać rząd polski, niech rozliczają własnych zbrodniarzy




Mordowali, rabowali, upokarzali, zniewalali, kradli. I skrupulatnie zyski księgowali. Zbrodnia zorganizowana przez państwo niemieckie, jego rozmaitych funkcjonariuszy, na sposób przemysłowy. Dziś mówią nad Renem i Szprewą, że czują się cokolwiek podle, ale wara od ich pieniędzy. Nie mają żadnych długów, mają swój majątek. Zdobyty z pracy własnej, pracy tatusia i mamusi, babci i dziadka. Ich pieniędzy?

Z ciężkiej pracy przy obsłudze komór gazowych, utrzymywaniu ognia w krematorium, wydawaniu wyroków śmierci na podstawie decyzji policyjnego sądu doraźnego: imię, nazwisko, data urodzenia, „polnische Inteligenz”, „polnische Minderheit” - rozstrzelać.!!!

Babcia pisała kogo rozstrzelać, dziadek strzelał albo tłukł styliskiem łopaty, a mała mamusia i mały tatuś słuchali Schumanna w salonie przyległej do obozu willi komendanta KL Stutthof Paula Wernera Hoppe.

Jego klientem był m.in. Erich Wiens, „Bauer” z Chorążówki (Junkertroyl) wsi odległej kilka kilometrów od Stegny i Sztutowa. Dobry rolnik, dobry Niemiec. W dniach 22, 23, 24, 25, 27, 28 września 1943 roku P. W. Hoppe dostarczał mu codziennie komando 10 więźniów - więźniów bez wyroku czy raczej niewolników III Rzeszy. Dzienną pracę jednego mężczyzny wyceniano na 3 marki niemieckiej Rzeszy. Godzina pracy polskiego niewolnika kosztowała Herr Wiensa 25 fenigów, mniej niż cena bochenka chleba. Łącznie za 720 godzin pracy Herr Wiens został zawezwany do zapłaty na rzecz Konzentrationslager Stutthof 720 marek.

Z przymusowej pracy zniewolonych Polaków regularnie korzystała też Deutsche Ausruestungswerke GmbH, zakład Stutthof. Od 1 do 31 stycznia 1943 roku pomnażało niemiecki majątek zbrojeniowy 5756 robotników wykwalifikowanych i 1941 ich pomocników. Za pracę pierwszych P. W. Hoppe liczył sobie po 1,5 marki, za robotników bez kwalifikacji policzył po 50 fenigów. Łącznie 9604,50 marek za miesiąc, płatnych na konto KL Stutthof w „Reichsbankhauptstelle Danzig Nr. 1478” lub na konto pocztowe „Danzig Nr. 7960”. I żeby był porządek, koniecznie należało podać numer wezwania do zapłaty. Termin płatności - 1 marca 1943 roku.

Pod względem rzeczowym i obrachunkowym wezwanie zapłaty sprawdził SS-Obersturmfuehrer z zarządu gospodarczego obozu.

Właśnie dlatego chcemy od Niemców reparacji. Z milionów takich haniebnych zdarzeń Niemcy ufundowali sobie swój dostatek. Okradali Polaków z ich majątków, siedlisk, okradali z godności, na końcu mordowali.



Spadek po swoich babciach i dziadkach Niemcy przejęli z dobrodziejstwem inwentarza, także ze zobowiązaniami. Dochody z KL Stutthof, księgowane przez Główny Urząd Gospodarczo-Administracyjny SS -Inspektorat Obozów Koncentracyjnych pokazują tylko jeden epizod ohydnego procederu, w którym państwo niemieckie wzbogaciło się na zbrodniczym wyzysku - jak mordowało systemowo by systemowa się bogacić.

Udawać teraz, że 500 mln marek pomocy humanitarnej od rządu niemieckiego rozdzielone pomiędzy niektóre ofiary reżimu III Rzeszy przez „Fundację Polsko-Niemieckie Pojednanie”, kończy rozrachunek to słabe alibi.

Jak wycenić jawny mord na polskich pocztowcach z Gdańska - w tym Janie Michoniu i Józefie Wąsiku, jak wycenić nędzę, w którą ich śmierć wpędziła ich rodziny. Sam rytualny wieniec nie wystarczy…

Reparacje to naprawa zła wyrządzonego niegodnie. Zamiast pouczać rząd polski o niedostatku praworządności i niezależności sądów pomniejsi dyplomaci niemieccy, jak Cornelia Pieper, konsul w Gdańsku, niech rozliczają własnych zbrodniarzy, których praca w KL Sutthof fundowała dobrobyt ich państwa. Ktoś w końcu krematoria produkował, ktoś kupował, płacił i wykorzystywał. Firma H. Kori GmbH z Berlina, producent pieców do KL Stutthof zakończyła działalność całkiem niedawno. Piękny spadek po III Rzeszy…

Nie martwcie się Niemcy, dobrą pracą uwolnicie się od długów przeszłości.

Tekst opublikowany na portalu Wybrzeze24.pl



Marek Formela

Publicysta, redaktor naczelny "Gazety Gdańskiej" i portalu Wybrzeze24.pl




------------






Niemiecki rewizjonizm w natarciu po wizycie Karola Nawrockiego w Berlinie

20.09.2025 17:29

Cytowany przez portal dw.com niemiecki magazyn polityczny „Cicero” traktuje odstąpienie przez Niemcy ziem wschodnich jako rekompensatę za straty wojenne, które Polska poniosła w czasie II wojny światowej. Materiał na ten temat został opublikowany po niedawnej wizycie Karola Nawrockiego w Berlinie, który poruszył ten temat w rozmowie z prezydentem Niemiec Frankiem Walterem Steinmeierem oraz kanclerzem Friedrichem Merzem. Autor tekstu, Thomas Urban określa polskiego prezydenta mianem „przedstawiciela nacjonalistycznego obozu”, który w kampanii wyborczej nie stronił od antyniemieckich akcentów.


Co musisz wiedzieć:

Polska jako suwerenny kraj nigdy nie otrzymała, ani nie zrzekła się reparacji od Niemiec
Niemcy od lat czynią wysiłki, aby uniknąć wypłacenia Polsce reparacji wojennych
Większość Polaków domaga się od Niemiec zadośćuczynienia za dokonane zbrodnie i kradzieże


„Odstąpienie przez Niemcy ziem wschodnich Polsce było traktowane jako rekompensata za straty wojenne. Ten i poprzedni rząd w Berlinie unika powoływania się na ten argument”

– ubolewa niemiecki magazyn „Cicero”.

Autor materiału wyraził zdziwienie, że „nikt z komentatorów w wiodących polskich mediach nie zwrócił uwagi na to, że właściwym powodem odrzucenia przez Berlin polskich roszczeń reparacyjnych nie jest oświadczenie z 1953 r., lecz raczej odstąpienie Polsce przez Niemcy niemieckich ziem wschodnich po II wojnie światowej”. Cały problem polega na tym, że to Niemcy wywołały II wojnę światową i to one ją przegrały, natomiast ziemie, o których mowa w tekście zostały przyznane niesuwerennej wówczas Polsce przez układ jałtański. Nie było tam żadnej dobrowolności ze strony Niemiec, więc nie sposób argumentować, iż mogłyby to być jakiekolwiek reparacje. Co więcej to Niemcy wpadli na pomysł, aby próbować wyłudzić od Polski odszkodowanie za „zagarnięcie” przez nią tych ziem, co stało się impulsem do rozpoczęcia żądań strony polskiej uzyskania należnych jej reparacji od zachodniego sąsiada.


Publicysta krytykuje brak jasnego stanowiska niemieckiego rządu kanclerza Olafa Scholza w reakcji na raport o stratach wojennych, przedstawiony przez stronę polską w 2022 r., nazywając postawę rządu „zaniedbaniem”. Zdaniem niemieckiego dziennikarza polityk uważany za twórcę polityki odprężenia, kanclerz Willy Brandt (1969-1974), uważał odstąpienie Śląska, Pomorza oraz południowej części Prus Wschodnich na rzecz Polski za odszkodowanie za niemieckie zbrodnie. „Ówczesne kierownictwo w Warszawie widziało to tak samo” - przekonywał autor. Problem w tym, że żaden rząd w Warszawie nigdy nie wyraził podobnego stanowiska, ani nawet go nie zajmował.

Niemiecki rewizjonizm


„Obecnie niemieccy politycy unikają publicznego nazwania po imieniu tego kontekstu tak, jakby obawiali się, że przypomnienie o wypędzeniu milionów Niemców z ziem nad Odrą i Nysą oraz o przejęciu ich mienia przez polskie państwo może uruchomić własną negatywną dynamikę”

– czytamy w „Cicero”.

Urban zwraca uwagę na kontrargumenty strony polskiej, która twierdzi, że niemieckie ziemie wschodnie zostały Polsce przyznane jako rekompensata za polskie tereny wschodnie przejęte przez ZSRR. Autor przyznał, że jest to zgodne z faktami. Przekonuje jednak, iż to stanowisko oznacza, że Niemcy mieliby zapłacić za aneksję dokonane przez Stalina. Jego zdaniem w Bundestagu nigdy nie powstanie większość akceptująca takie stanowisko, a przeważająca większość Niemców, także ci, którzy angażują się na rzecz polsko-niemieckiego dialogu, będzie przeciwna. Lekceważy tym samym fakt, iż Niemcy jako strona przegrana nie mieli możliwości jakichkolwiek głosowań czy negocjacji, a próba narzucania teraz Polsce niemieckiego rewizjonizmu jest co najmniej nie na miejscu.

Kończąc swoje wywody, Urban zaapelował o zorganizowanie konferencji polskich i niemieckich historyków poświęconej reparacjom. W jego ocenie odpowiednim miejscem byłby Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie, nie zaś jakiekolwiek neutralne miejsce.


Niemiecka narracja się nie zmienia

Niemiecka narracja od lat się nie zmienia. Niemcy nie tylko usiłują wybielić swoje winy, ale nie chcą płacić za zbrodnie, mimo że, jak wykazał polski Instytut Pamięci Narodowej, u źródeł współczesnej potęgi gospodarczej Niemiec jest rabunek z czasów II wojny światowej. Źródła dzisiejszej niemieckiej potęgi gospodarczej to infrastruktura i technologie z czasów Wehrwirtschaft, czyli gospodarki wojennej, opartej na grabieży mienia i wyzysku ludności z państw podbitych przez Niemcy w czasie II wojny światowej.

Jak szacują historycy IPN, około 90 proc. niemieckich firm odnosiło korzyści z niewolniczej pracy jeńców wojennych, więźniów obozów i różnego rodzaju przymusowych robotników. Część z tych firm wyrosła na wielkie światowe koncerny, które są w stanie – podobnie zresztą, jak i państwo niemieckie – wypłacić należne Polsce reparacje, ale nie ma ku temu woli politycznej.

Z niewolniczej i przymusowej pracy więźniów obozów koncentracyjnych i zagłady – jeńców wojennych – korzystało w okresie istnienia III Rzeszy 90 proc. ówczesnych niemieckich firm. Największe z nich to: Continental, BMW, Mercedes-Benz, Volkswagen, Siemens, Bayer, Agfa, Dr. Oetker, Hugo Boss, Allianz, Deutsche Reichsbahn, Lufthansa, Deutsche Bank, koncern IG Farben. Na niemiecką gospodarkę pracowało przymusowo łącznie14 mln ludzi, w tym 3,2 mln Polaków. Do tego dochodziły masowe grabieże – zgodnie z szacunkami niemieckiego historyka Götza Aly’ego, zagrabione przez Niemców zasoby miałyby dzisiaj wartość co najmniej 2 bln euro.


Niemcy wzbogacili się na krzywdzie Polaków

„Pojęcie Lebensraum w celu zdobycia przestrzeni życiowej implikuje to, co się stało później, czyli Holokaust narodu żydowskiego i wyniszczenie narodu polskiego, natomiast zdobycie dominującej pozycji gospodarczej implikuje grabież, którą Niemcy prowadzili w całej Europie”

– mówił dr hab. Tomasz Panfil podczas otwarcia wystawy „Gospodarka III Rzeszy”, ukazującej źródła dzisiejszej niemieckiej potęgi gospodarczej: infrastrukturę i technologie z czasów Wehrwirtschaft. „Bardzo często w historiografii mówi się, że naziści to armia i partia, że gospodarka jest po prostu niemiecka. Tymczasem to nie jest prawda. Gospodarka niemiecka jest takim samym narzędziem realizacji ludobójczych planów Hitlera i NSDAP, jak inne instytucje państwa niemieckiego, jak Wermacht, jak SS” – dodał. Przypomniał jednocześnie, iż „Niemcy grabili wszystko: od łyżeczek do kawy po dzieci”.


„Porozumienie zawarte pomiędzy Armią Krajową a gen. von dem Bachem zawierało punkt mówiący, że armia niemiecka i państwo niemieckie przejmuje pełną odpowiedzialność za mienie pozostawione przez warszawiaków”

– przypomniał dr hab. Panfil. Jak wyglądała ta odpowiedzialność?


„Ta liczba też tu pada i niewykluczone, że jest nawet zaniżona: 46 tysięcy wagonów kolejowych wszystkiego, co dało się ukraść z Warszawy, wyjechało z Warszawy do Niemiec. Grabili wszyscy i wszystko”

– zauważył.


„Dawniej wysoko postawieni funkcjonariusze reżimu stają się prominentnymi biznesmenami, czy politykami nowych, demokratycznych Niemiec. Nie ma zerwania, jest ciągłość – jest ciągłość prawna, jest ciągłość ludzka, jest ciągłość materiałowa”

– wskazywał historyk.


„Coś, co zaczyna się jako biznes z dziedziny przemysłu ciężkiego, spożywczego, kończy się jako biznes paserski, czyli budujący dalsze powodzenie na tym, co zostało ukradzione Żydom, Polakom, Belgom, Norwegom, Czechom, Grekom, Holendrom, Francuzom”

– konkludował.

Wprawdzie po wojnie gospodarka niemiecka przeżywała intensywny rozwój także dzięki pieniądzom z amerykańskich funduszy inwestycyjnych zwanym Planem Marshalla, jednak historycy IPN nie mają wątpliwości, że fundamentem niemieckiego cudu gospodarczego były infrastruktura i technologie z czasów Wehrwirtschaft.


„W pierwszych latach wojny dochody z grabieży i bezwzględnej eksploatacji terytoriów podbitych przez Niemców w wyniku błyskawicznych kampanii przewyższały koszty działań wojennych. Jednak na przełomie 1942 i 1943 r, po potężnych stratach poniesionych w walkach ze Związkiem Sowieckim i w Afryce Północnej, Niemcy zostały zmuszone do zwiększenia wysiłku”

– wskazuje IPN, dodając iż ogółem w Wermachcie i SS służyło około 17 mln ludzi.



„Kto zatem pracował, gdy Niemcy walczyli?”

– pytają retorycznie eksperci.






Autor: Anna Wiejak



-----------





Popiersie Bismarcka w Szczytnie?! 

Czarnek ujawnia i przypomina: Był odpowiedzialny za brutalną germanizację Polaków




Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek na antenie Telewizji wPolsce24 ujawnił, że burmistrz Szczytna rozesłał do radnych mapkę, z której wynika, iż w rewitalizowanym parku w Szczytnie miałaby powstać aleja Otto von Bismarcka i jego popiersie!


Wczoraj byłem w Szczytnie na spotkaniu z mieszkańcami (…), była również pani radna, która pokazała mi mapkę, którą otrzymali radni miasta Szczytno od burmistrza, to jest wstęp do dyskusji o projekcie uchwały o rewitalizacji tamtejszego parku przedwojennego i w tym parku ma się znaleźć aleja Bismarcka i na końcu tej alei ma być popiersie Bismarcka. Człowieka, który jest odpowiedzialny za Kulturkampf, za brutalną germanizację milionów Polaków

— powiedział na antenie Telewizji wPolsce24 Przemysław Czarnek.


Oni, mieszkańcy Szczytna, mają teraz sławić poprzez aleję Bismarcka. To są ci sami ludzie z kręgu tych, których trzeba repolonizować, a którzy mówią, że Niemcom musimy zawsze za wszystko dziękować i niczego broń Boże się od nie domagać

— dodał.

-----------------














.tysol.pl/a146731-niemiecki-rewizjonizm-w-natarciu-po-wizycie-karola-nawrockiego-w-berlinie

wpolityce.pl/polityka/740913-popiersie-bismarcka-w-szczytnie-czarnek-ujawnia

wpolityce.pl/historia/740653-kl-stutthof-ksiegowosc-zbrodni-anatomia-reparacji

21

Dlaczego naziści pozostali bezkarni



Wynika z tego, że od początku mówiono im ( niemcom-mordercom), że nie poniosą żadnych konsekwencji, a cała wina zostanie przypisana Hitlerowi i ewentualnie najwyższym oficjelom, już na początku ustalono wersję, jaką wszyscy mordercy mieli przyjąć na obronie. Niemcy mordowali Polaków z taką zaciętością, bo wiedzieli, że się wywiną od kary, bo popioły nie będą świadczyć w sądzie...

Czyli kary się spodziewali, liczyli się z przegraną?


I ja o tym słyszę pierwszy raz w życiu - jest rok 2025 - oto jak działają nasze instytucje nauki i kultury - nie działają jak należy.

Pułkownik Sienkiewicz w 2016 roku:

"Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność. Tylko jakoś nikt nie chce korzystać z tej…"

- Bartłomiej Sienkiewicz, Minister Spraw Wewnętrznych




Teraz jeszcze - dlaczego w 1939 roku staliśmy odwróceni plecami do Niemiec... ?






przedruk

w oryginalnym tekście - czynne hiperzłączki do haseł


tysol.pl

Niemieckie państwo, chroniąc zbrodniarzy, przerzuciło winę na następne pokolenia Niemców


01.09.2025 21:27


Dzieje sądowego potraktowania nazistowskich zbrodni przez Republikę Federalną Niemiec dowodzą, że przez długie dekady istniał precyzyjny system „ochrony” przestępców.


Bezkarni ludobójcy

Przykładem jego funkcjonowania była sprawa generała Waffen-SS Ericha von dem Bacha-Zelewskiego. Był on odpowiedzialny za rozstrzelanie 35 tys. Żydów w Rydze, za masakry w Mińsku i Mohylewie, za mordy na ludności cywilnej w Warszawie podczas Powstania Warszawskiego. Został jednak postawiony przed sądem i skazany dopiero w latach 60. I to wcale nie za te zbrodnie, lecz za udział w „Nocy Długich Noży” i zamordowanie sześciu niemieckich komunistów. Zbrodnie ludobójcze popełnione przez niego jako prominentnego dowódcę SS nigdy nie zostały osądzone.

Jego podwładnym był Heinz Reinefarth. Podlegli mu żołnierze w ciągu zaledwie kilku dni zamordowali około 50 tys. mieszkańców Warszawy (Rzeź Woli). Reinefarth nie tylko nigdy nie został ukarany ani nie stanął przed sądem, ale został wybrany burmistrzem Westerlandu na wyspie Sylt, następnie członkiem parlamentu kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn.

SS-Oberscharführer Alfred Ittner w obozie śmierci w Sobiborze zaczął jako księgowy, później odbierał od prowadzonych na śmierć Żydów kosztowności. Następnie nadzorował więźniów wyrywających zmarłym złote zęby i transportujących zwłoki do masowych grobów. Według świadków brał udział w rozstrzeliwaniu Żydów, którzy byli zbyt wycieńczeni, by dojść do komór gazowych.

Niemiecki sąd początkowo umorzył postępowanie przeciwko niemu, a po apelacji prokuratury skazał go jedynie na 4 lata więzienia. Co szokujące, Ittner został skazany za "udział w zamordowaniu około 68 tys. Żydów". Wyrok oznaczał, że kara za "udział " w zamordowaniu jednego człowieka to około 30 minut.


Mordercy, których prawo nie chciało uznać za morderców

Inny morderca, SS-Scharführer Erich Fuchs, został uznany winnym za „uczestnictwo w zamordowaniu co najmniej 79 tys. Żydów” i skazany na „4 lata więzienia”. Podczas procesu zeznawał:


Ustawiliśmy silnik na betonowym cokole i przymocowaliśmy rurę do wylotu spalin. Następnie wypróbowaliśmy silnik. Na początku nie działał. Naprawiłem zapłon oraz zawór i nagle silnik odpalił. Chemik, którego znałem już z Bełżca, wszedł do komory gazowej z miernikiem, aby zmierzyć stężenie gazu. Po tym przeprowadzono próbne gazowanie. Pamiętam, że w komorze gazowej zagazowano od trzydziestu do czterdziestu kobiet. Żydówki musiały się rozebrać na polanie w lesie w pobliżu. Zostały zapędzone do komory gazowej przez wspomnianych esesmanów i ukraińskich ochotników. Kiedy kobiety zostały zamknięte w komorze gazowej, zająłem się silnikiem razem z Bauerem. Silnik natychmiast zaczął pracować. Obaj stanęliśmy obok silnika i ustawiliśmy przełącznik na pozycję „wypuścić spaliny”, tak aby gazy zostały skierowane do komory. Za namową chemika zwiększyłem obroty silnika, co oznaczało, że nie trzeba było dodawać gazu później. Po około dziesięciu minutach trzydzieści do czterdziestu kobiet nie żyło.

Czy uruchomienie silnika i świadome skierowanie gazu – zabijającego ludzi – do komory gazowej ze świadomością, że kobiety umrą, jest jedynie „uczestnictwem w morderstwie”, a nie po prostu morderstwem? Jak widać, dla niemieckiego sądu nie było to morderstwem. Niemiecki wymiar sprawiedliwości – w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych – stosował zasadę, według której każdy funkcjonariusz wykonujący polecenia przełożonych był zaledwie uczestnikiem morderstwa, ale nigdy nie był sprawcą. Nawet jeśli czynność, którą wykonywał, przesądzała bezpośrednio o śmierci ofiary. Dlatego wszyscy oskarżeni o wykonywanie czynności prowadzących do śmierci milionów niewinnych ludzi byli uniewinniani lub otrzymywali rażąco niskie wyroki. Skazywani byli tylko ci, którzy przekraczali wymagania swoich przełożonych i mordowali z własnej inicjatywy.


99% nierozliczonych zbrodniarzy

Państwo niemieckie uzyskało prawo do rozliczania wojennej swoich obywateli dopiero w roku 1949, wraz z powstaniem Federalnej Republiki Niemiec. Stworzyło to możliwości przebiegłych manipulacji prawem, by ochronić przestępców nazistowskich przed odpowiedzialnością.


Mary Fulbrook, profesor historii Niemiec, podaje, że spośród prawie miliona zamieszanych w masowe ludobójstwo, 99% nigdy nie zostało pociągniętych do odpowiedzialności.

W latach 1946–2005 skazano zaledwie 6656 osób. Jednak wiele z nich nigdy nie trafiło do celi więziennej, ponieważ czas oczekiwania na wyrok został wliczony do czasu odsiadki. Tysiące skazanych zostały zwolnione przed terminem z powodu rzekomego złego stanu zdrowia.

Procesy norymberskie, w których skazywano na śmierć i długoletnie więzienie, toczyły się przed trybunałem międzynarodowym. Osądzono jedynie najważniejszych funkcjonariuszy III Rzeszy. Procesy te nie miały jednak nic wspólnego z niemieckimi sądami. Dopiero po ich zakończeniu sprawę rozliczenia przejęło państwo niemieckie.


Kodeks z XIX wieku zapewniał bezkarność

Ministerstwo Sprawiedliwości nowo powstałej Republiki Federalnej Niemiec odrzuciło wtedy kryteria użyte w procesach norymberskich, decydując się na stosowanie wyłącznie kodeksu karnego z 1871 roku. Zgodnie z tym kodeksem oskarżyciele musieli udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że osoba postawiona przed sądem działała z własnej inicjatywy (a nie na polecenie zwierzchników) i była świadoma bezprawności swojego czynu. Bez tego nikt nie mógł zostać skazany za morderstwo.


Gdy więc tysiące niewinnych ludzi zostały zamordowane z woli Hitlera i rozkazu Himmlera, funkcjonariusze państwowi – od urzędnika stemplującego papiery do esesmana wrzucającego cyklon B do komory gazowej – mogli skutecznie bronić się argumentem, że po prostu wykonywali swoją pracę i polecenia przełożonych.

Paradoksalnie, im bardziej oskarżony przyznawał się do wiary w idee nazizmu, tym mniejsze było prawdopodobieństwo, że zostanie uznany za winnego zbrodni, ponieważ mógł argumentować, że ślepo wierzył w słuszności stawianych mu celów.

Oznaczało to, że ani oficer SS, który zapędzał ludzi do komór gazowych, ani funkcjonariusz, który kierował tam gaz, nie mogli zostać skazani za morderstwo. Dopiero gdy któryś z nich wybrał pojedynczą ofiarę spośród czekających przed komorą gazową i strzelił jej w głowę – z własnej woli – mógł zostać skazany. Jednak wydanie wyroku wymagało stawienia się w sądzie świadków zbrodni. Ci świadkowie w większości zostali uduszeni w komorach gazowych. Z kolei jego koledzy z SS starannie ukrywali, że w ogóle tam byli. Skazanie mordercy stawało się więc najczęściej niemożliwe.


Logika prawna polegała na tym, aby nie karać tych, którzy wykonują jedynie polecenia przełożonych, mimo że to przecież ich ręce mordują. Takie podejście gwarantowało bezkarność lub bardzo łagodne wyroki.

Według niemieckiego prawa za mordowanie niewinnych ludzi odpowiedzialni byli Hitler, Himmler, Goering i Heydrich. Przyjęcie takiej perspektywy pozwalało niemieckim sądom na ochronę nazistów przed rzeczywistym rozliczeniem popełnionych przestępstw. Niemieccy prawnicy postępowali zgodnie z niemieckim prawem. Nie mieli sobie nic do zarzucenia. Potwierdził to wyrok Federalnego Trybunału Sprawiedliwości z 1969 roku. Orzekał on, że aby skazać, trzeba każdemu oskarżonemu udowodnić popełnienie konkretnego przestępstwa. Potwierdzonego zeznaniami świadków. Popioły milionów ofiar to nie był żaden dowód dla niemieckich sądów.


Fałszywy argument "zagrożenia"

Drugą zasadą, której przestrzegały sądy niemieckie, było założenie, że funkcjonariusze działali w sytuacji zagrożenia życia. Innymi słowy uznanie, że gdyby wymigiwali się od wypełniania swoich obowiązków, które polegały na uczestniczeniu w zbrodni, mogliby zostać za to ukarani. W dodatku to zagrożenie nie musiało być prawdziwe, wystarczyło, żeby oskarżeni twierdzili, że uważali je za realne. Jak fałszywe było to podejście świadczą dwa fakty. Pierwszym jest brak dowodów na karanie funkcjonariuszy, którzy prosili o przeniesienie z obozów śmierci do innej służby. Wręcz przeciwnie: gdy funkcjonariusz obozu w Sobiborze, SS-Unterscharführer Johann Klier wystąpił o zwolnienie, to został przeniesiony bez żadnych szykan. Po drugie, esesmani nie byli w Sobiborze dlatego, że ich zastraszono. W większości przypadków wypróbowani ich wcześniej jako gorliwych morderców chorych psychicznie Niemców w akcji pod kryptonimem Aktion T4. Wielu zgłosiło się do niej ochotniczo.
Proces morderców z obozów śmierci

20 lat po wojnie ruszył proces funkcjonariuszy obozu w Sobiborze. Przed sądem stanęło 12 ludzi, których działania doprowadziły do potwornej śmierci w komorach gazowych 250 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci. Śmierci, która odbywała się w długotrwałej agonii, szczególnie wtedy, gdy psuł się silnik wytwarzający zabójcze spaliny. Wówczas skazańcy czekali w cierpieniu na śmierć czasem nawet do 3 godzin.

Popatrzmy na ostateczny werdykt niemieckiego sądu: pięciu uniewinniono, pięciu otrzymało bardzo krótkie wyroki więzienia, jeden popełnił samobójstwo w trakcie procesu. Tylko oskarżony Karl Frenzel, któremu udowodniono "własnoręczne" zamordowanie konkretnych więźniów, został skazany na dożywocie. Trzeba koniecznie zaznaczyć, że odsiedział zaledwie 16 lat. Ostatnie 14 lat życia przeżył jako człowiek wolny i zmarł w domu spokojnej starości.

Kapitan SS Karl Streibel, komendant obozu szkoleniowego w Trawnikach, który zorganizował egzekucję 6 tys. Żydów w ciągu jednego dnia w ramach „Akcji Erntefest”, został uniewinniony w 1970 roku przez sąd w Hamburgu. Inny przestępca, Kurt Franz, słynny „Lalka”, sadystyczny i osławiony morderca z Treblinki, został „formalnie” skazany, ponieważ udowodniono mu "osobiste" zamordowanie wielu więźniów, ale ostatecznie został zwolniony „z powodu złego stanu zdrowia”. To właśnie była charakterystyczna praktyka niemieckich sądów. Gdy istniały rzeczywiste dowody i uniewinnienie było niemożliwe, wtedy sądy zwalniały skazanych pod pretekstem choroby lub podeszłego wieku.


Proces Demianiuka. Inne traktowanie, bo to nie Niemiec

Historycznie przełomowym momentem był dopiero proces, który odbył się w latach 2009–2011. Oskarżonym był strażnik z obozu w Sobiborze, „słynny” Iwan Demianiuk. Został skazany – za „współudział” w 28 tysiącach morderstw – na pięć lat więzienia. Zmarł podczas apelacji od wyroku.

Chociaż zastosowano ten sam kodeks, co we wszystkich podobnych sprawach, tym razem podejście sądu było zupełnie inne. Postanowiono uznać oskarżonego za winnego, mimo że nie udowodniono mu zabójstwa żadnych konkretnych osób. Po raz pierwszy do skazania wystarczyło pełnienie funkcji w obozie. Sąd stwierdził, że jedynym celem obozu było mordowanie Żydów. Wszyscy zatrudnieni o tym wiedzieli, czyli Demianiuk świadomie przyczynił się do śmierci zamordowanych. Dowodem winy była tylko legitymacja, potwierdzająca szkolenie Demianiuka w obozie SS, przydział do pracy w Sobiborze i dwa zdjęcia. Takie potraktowanie Demianiuka było zaskoczeniem właśnie dlatego, że nikt – nawet wyższy rangą oficer – nigdy wcześniej nie był tak osądzony.

Jakie były powody? Czyżby wreszcie zrozumiano, czym był mechanizm ludobójstwa? Nie. Prawdziwe powody były całkowicie cyniczne.

Po pierwsze, Demianiuk nie był Niemcem, lecz Ukraińcem. Był pierwszym „obcym”, który został osądzony za niemieckie zbrodnie. Po drugie, ten „precedens” nie zagrażał już obywatelom niemieckim, ponieważ niemieccy funkcjonariusze obozowi dawno zostali uniewinnieni lub zmarli. Po trzecie, sprawa Demianiuka była znana na całym świecie, więc niemieckie sądownictwo chciało wykorzystać ten rozgłos i zakończyć erę rozliczeń głośnym wyrokiem całkowicie odmiennym od poprzednich.


Innymi słowy, chcieli zakończyć sprawę w fałszywym tonie. W ten sposób skazanie Demianiuka mogłoby stać się niemiecką definicją „sprawiedliwości”, całkowicie fikcyjnym wykazaniem, że – wbrew całej historii powojennych rozstrzygnięć – w Niemczech współudział w zbrodniach nazistowskich jest ścigany, udowadniany i karany.


Propagandowe procesy stulatków

To właśnie fałszywy i propagandowy ton tak wyraźnie odbił się echem w kilku wyrokach ogłoszonych w ostatnich latach w Niemczech. Skazano w nich kilkoro prawie stuletnich starców, którzy nikogo nie zamordowali, ale byli drobnymi elementami machiny śmierci.

Masowi zbrodniarze ludobójcy, tacy jak Wilhelm Koppe – współzałożyciel obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, gdzie zamordowano ponad 200 000 osób, odpowiedzialny za zamordowanie setek tysięcy Polaków i Żydów – nigdy nie zostali osądzeni. Natomiast Irmgard Furchner, która w latach 1943-1945 pracowała jako sekretarka w obozie koncentracyjnym Stutthof, została osądzona i skazana w wieku 97 lat. Ten kontrast ilustruje zmiany, jakie zaszły w „rozliczaniu”.

Problem nie polega na tym, że sąd skazał Furchner, ale na tym, że wyrok ten najwyraźniej miał wypaczyć prawdę o całej powojennej postawie niemieckiego wymiaru sprawiedliwości wobec zbrodni III Rzeszy. Skazując po roku 2020 kilkoro starców, niemieckie sądy chciały przekonać opinię publiczną, że odwołują się do najwyższych standardów etycznych. Miało to na celu umniejszenie – wręcz całkowite unieważnienie – faktu, że przez ponad 60 lat niemieckie sądownictwo robiło dokładnie odwrotnie.


Zamiast wymierzyć należną sprawiedliwość złoczyńcom, chronili niemieckich sprawców ludobójstwa, zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości.


Wina przeszła na następne pokolenia

Po wojnie podejmowano niezliczone próby uzasadnienia niemieckiej akceptacji nazizmu. Wszystkiemu miał winien być Hitler, który zahipnotyzował Niemców, realia ekonomiczne, które „przemawiały głośniej” niż moralność, wizja "wielkich Niemiec", która uwiodła naród. Systemowa ochrona nazistowskich zbrodniarzy po roku 1945 przeczyła tym wszystkim usprawiedliwieniom. Państwo niemieckie nadal wykazywało lojalność wobec nazizmu, a zjawisko ochrony przestępców wojennych i sprawców ludobójstwa poprzez system sądowniczy nie spotkało się w Niemczech z żadnym znaczącym protestem. Społeczeństwo to powszechnie akceptowało.

Celowe zaniechanie wzięcia odpowiedzialności za niemieckie zbrodnie – prawdopodobnie największe zbrodnie w dziejach – przerzuciło tę winę na kolejne pokolenia Niemców, które swoją biernością wyraziły na nią zgodę.



Paweł Jędrzejewski


-----------


O braku denazyfikacji Niemiec pisałem min. w opracowaniu Werwolf w 2011 roku.




Niemcy dokonali amnestii zbrodniarzy przy pomocy przepisów kodeksu drogowego

28.09.2025 15:45

Niechcący przejechałeś człowieka na czerwonym świetle? Chcący „likwidowałeś” krakowskie getto? Bez obaw! Dzięki przepisom kodeksu drogowego obaj możecie spać spokojnie.


Wbrew dosyć powszechnemu przekonaniu, Niemcy po wojnie nie dokonały głębokiej denazyfikacji
Przeciwnie, przy pomocy jawnych i tajnych mechanizmów przywracały nazistowskich zbrodniarzy do przestrzeni publicznej
Jednym z mechanizmów, ujawnianym na naszych łamach przez chcącego zachować anonimowość dyplomatę od lat mieszkającego w Niemczech, były mechanizmy ukryte w... kodeksie drogowym


Renazyfikacja Niemiec

Niemożliwe? Możliwe, bo tak właśnie stało się pod koniec lat sześćdziesiątych w Republice Federalnej Niemiec.

Po wprowadzeniu kilku ustaw amnestyjnych na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, z których skorzystali również nazistowscy sprawcy, nastąpiła lawinowa de facto renazyfikacja aparatu państwa, a wielu wcześniejszych aktywnych nazistów objęło wysokie stanowiska w ministerstwach czy instytucjach (patrz tekst: Tak Niemcy chroniły zbrodniarzy wojennych).


Adenauer mówił to otwarcie

Konrad Adenauer nie robił z tych planów tajemnicy. Już w exposé swojego rządu 20 września 1949 r. mówił

- Zasadniczo i zdecydowanie opieramy się na grupie zawodowych urzędników. Denazyfikacja wyrządziła wiele nieszczęścia i wiele szkody.


Nadmienił wprawdzie o potrzebie surowego ukarania „osób rzeczywiście winnych zbrodni”, ale dodał, że „poza tym nie powinniśmy już rozróżniać dwóch klas ludzi: tych politycznie bez zarzutu i tych politycznie obciążonych. To rozróżnienie musi zniknąć jak najszybciej”. I w znacznej mierze zniknęło.

Jednym z drastyczniejszych przykładów normalizacji wojennej przeszłości mogą być „świadczenia społeczne” dla SS-mannów.

 „Postfaszystowskie lobby wymusiło w RFN to, że oficerowie SS otrzymywali i otrzymują wyraźnie wyższe uposażenie emerytalne niż ich równi rangą oficerowie Wehrmachtu”. Popełnione przez nich zbrodnie nie miały i nadal nie mają tu znaczenia, a im wyższy stopień oficerski SS-manna - tym wyższa emerytura.


"Rozliczenia"

Wróćmy jednak do kwestii rozliczenia „osób rzeczywiście winnych zbrodni”, czy raczej niemal całkowitego braku ich rozliczenia. Ich bezkarność budziła coraz większy sprzeciw w niemieckiej i międzynarodowej debacie publicznej, w Niemczech powołano instytucje, których zadaniem było ściganie zbrodni hitlerowskich.


Niektórzy uważali, że coś trzeba z tym fantem zrobić.
Przedawnienie

Po fali licznych debat i skandali, jakie przetoczyły się przez Niemcy po Procesach Oświęcimskich, w połowie lat sześćdziesiątych wróciła też kwestia przedawnienia zbrodni. Wiele osób, w tym Gustav Heinemann, późniejszy prezydent Niemiec, zdecydowanie popierało konsekwentne karanie zbrodniarzy, byli też politycy, którzy opowiadali się za całkowitym zniesieniem okresu przedawnienia (SPD). Nie należał do nich Thomas Dehler, wcześniej minister sprawiedliwości. Za sprawą jego „polityki personalnej” w 1953 roku 73% kadry kierowniczej resortu należało wcześniej do NSDAP, a 33% do Sturmabteilung (SA – paramilitarnych bojówek Hitlera). Teraz, jako wiceszef Bundestagu, argumentował:

„Jedyne, co nam pozostało, to zademonstrować naszą zdecydowaną wolę poszanowania prawa. (…) Ten fundament państwa prawa przekreśla definitywnie jakiekolwiek próby wydłużania czasu przedawnienia zbrodni w okresie narodowego socjalizmu”.


Wydłużeniu tego czasu zdecydowanie sprzeciwiło się też ministerstwo sprawiedliwości z ministrem federalnym na czele. Był nim wówczas Ewald Bucher, od 1937 r. członek NSDAP, odznaczony w latach trzydziestych złotą odznaką Hitlerjugend.

Koniec końców zgodzono się na wydłużenie okresu przedawnienia do 1969 r., ale niektórym i tego było mało. Toczyły się już bowiem liczne postępowania i procesy, a wielu wcześniejszych nazistów obawiało się, że ich bezkarność się skończy.


Amnestia

Było to bardzo niepokojące dla tego środowiska:


„W Bonn utworzył się mały krąg wybitnych ekspertów, którzy postawili sobie zadanie znalezienia prawnej możliwości objęcia amnestią zbrodniarzy wojennych w sposób niewidoczny dla opinii publicznej”.
Eduard Dreher

Dziś nie ulega już praktycznie wątpliwości, że mózgiem całej operacji był Eduard Dreher, naczelny karnista i reformator prawa RFN, szef departamentu prawa karnego Federalnego Ministerstwa Sprawiedliwości, w czasie wojny cechujący się wyjątkowym okrucieństwem naczelny prokurator sądu specjalnego w Innsbrucku. Nie tylko skazywał mężczyzn za kontakty homoseksualne na wieloletnie wyroki więzienia, ale miał też na sumieniu liczne wyroki śmierci, w tym w sprawach tak błahych jak kradzież roweru i fakt, że ktoś miał przy sobie trochę boczku. Dosłownie kilka miesięcy wcześniej zaczęło się przeciwko niemu toczyć postępowanie w sprawie dwóch wyroków śmierci.

Jak wszystko na to wskazuje, towarzystwo pod wodzą Drehera „wypracowało” niebywały kruczek prawny, w niemieckiej debacie publicznej nazwany „wpadką z przedawnieniem”.


Kodeks ruchu drogowego

Najprościej mówiąc: w maju 1968 r. Bundestag uchwalił ustawę wprowadzającą do ustawy o wykroczeniach (EGOWIG). W jej przepisach dokonano pewnych korekt dot. kodeksu drogowego – chodziło o „łagodniejsze potraktowanie sprawców śmiertelnych wypadków drogowych”. Jednocześnie wprowadzono istotną zmianę w kodeksie karnym [Ten i poniższy fragment wraz z cytatami opiera się na raporcie niemieckiej komisji naukowej – Manfred Görtemaker, Christoph Safferling, Die Akte Rosenburg. Das Bundesjustizministerium der Justiz und die NS-Zeit, str. 399-420]

W rezultacie tych zmian najwyższy wymiar kary złagodzono z jednej strony do lat 15, a z drugiej skrócono okres przedawnienia. Wprowadzono też regulacje, zgodnie z którymi dużą grupę zbrodniarzy wojennych kwalifikować odtąd należało jedynie jako „uczestników” (pomocników) popełnianych przestępstw. Zmiana zaś w kodeksie karnym de facto zdejmowała z „uczestników odpowiedzialność”, stanowiąc, że „jeśli brakuje u nich szczególnych cech osobowych, relacji i okoliczności (szczególne znamiona podmiotowe), które uzasadniają karalność sprawcy, karę należy złagodzić zgodnie z przepisami o usiłowaniu”.

Efektem tych skomplikowanych zmian była de facto amnestia do 1960 roku wstecz nie tylko „morderców zza biurka”, ale i innych zbrodniarzy, którzy mogli powołać się na to, że „tylko wypełniali rozkazy” – sami nie mieli bowiem… takich cech charakteru, by działać z niskich pobudek, i nic nie łączyło ich z ofiarami. W kwalifikacji zbrodni kluczowa stała się bowiem kwestia bezpośredniego związku ofiary ze sprawcą.
"Nikt nic nie zauważył"

Zmiany te, przed wprowadzeniem, były poddane skomplikowanej procedurze legislacyjnej, przeszły między innymi przez wiele komórek licznych ministerstw, przez urząd kanclerski, Trybunał Sprawiedliwości, Bundestag, Bundesrat, nie mówiąc już o licznych konsultacjach z ekspertami. Nikt nic nie zauważył…

Gdy zorientowano się, jakie będą skutki nowych przepisów, ostatnią nadzieją ludzi dobrej woli na korektę takiej interpretacji przepisów, która byłaby faktycznie korzystna dla zbrodniarzy wojennych, pozostawało rozstrzygnięcie Federalnego Trybunału Sprawiedliwości (BGH). Wszyscy więc czekali z zapartym tchem na jego orzeczenie w głośnej sprawie Hermanna Heinricha, który jako pierwszy zbrodniarz domagał się uniewinnienia na podstawie nowych przepisów.


Precedens

Hermann Heinrich, były gestapowiec i scharführer SS, w 1942 r. w Referacie ds. Żydów w Krakowie odpowiadał za ich selekcję. Zarzucano mu „współudział w mordzie” blisko czterdziestu tysięcy ludzi. Prokuratura uważała go za sprawcę, ale sąd zdecydował inaczej i 19 marca 1968 r. Heinrich został skazany na sześć lat więzienia jedynie za pomocnictwo w masowych zbrodniach. Najwyraźniej już wtedy uznano, że Heinricha z tymi Żydami nic nie łączyło, nie miał z nimi „osobistej relacji” i „tylko wykonywał rozkazy”. Był pomocnikiem…

Miał jednak nie odsiedzieć nawet tej rażąco niskiej kary.

Heinrich odwołał się od wyroku do Federalnego Trybunału sprawiedliwości. W składzie orzekającym trzech z pięciu sędziów miało nazistowską przeszłość [Ten i poniższy fragment wraz z cytatami opiera się na raporcie niemieckiej komisji naukowej – Manfred Görtemaker, Christoph Safferling, Die Akte Rosenburg. Das Bundesjustizministerium der Justiz und die NS-Zeit, str. 399-420]: Karl Siemer był scharführerem SA i od 1939 r., przez lata, sędzią sądu w Kilonii, Rudolf Schmitt już w 1933 r. wstąpił do NSDAP i SA przy marynarce Rzeszy, w czasach nazistowskich zaś był sędzią w Berlinie, a Rudolf Börker, sędzia sprawozdawca, z ogromnym wpływem na przebieg sprawy, w latach 1933-1934 był blockleiterem SA, a od 1936 r. sędzią w Magdeburgu. W latach 1942-1945 działał jako sędzia sądu wojskowego w Rydze, Atenach i na Krecie, prowadził też egzekucje. To on nie dopuścił do tego, by proces toczył się przed pełnym składem Trybunału. Czwarty sędzia, Werner Sarsted, ten „nieobciążony”, „rozpoczął swoją karierę prawniczą 1 maja 1939 roku jako sędzia sądu w Lüneburgu i bardzo szybko awansował. Po wojnie stał się jednym z najbardziej wpływowych sędziów niemieckich. O przeszłości piątego nic nie wiadomo.
Trybunał niesprawiedliwości

Trybunał Sprawiedliwości czy też w tym przypadku raczej… niesprawiedliwości przychylił się do oceny sędziego sprawozdawcy Börkera, że: „postępowanie należy zawiesić”. Ponieważ na podstawie nowych przepisów zbrodnia pomocnictwa jest dawno przedawniona…

Hermann Heinrich wyszedł na wolność, a za nim cała rzesza morderców zza biurka i sprawców, którzy „tylko wykonywali rozkazy”. W Niemczech „wpadkę z przedawnieniem” określa się mianem zimnej amnestii. Dopiero dziesięć lat później, w 1979 roku, w Republice Federalnej Niemiec zniesiono termin przedawnienia dla szeroko pojętych zbrodni wojennych. Nie miało to jednak znaczenia dla sprawców uniewinnionych wcześniej, ponieważ nikogo nie wolno sądzić dwa razy w tej samej sprawie.


Najczęściej zadawane pytania - FAQ

Czym była denazyfikacja? Denazyfikacja to proces prowadzony po II wojnie światowej, mający na celu usunięcie z życia publicznego osób związanych z reżimem hitlerowskim i rozliczenie zbrodni nazistowskich.
Jakie ustawy amnestyjne uchwalono w RFN? W latach 1949–1954 w Niemczech Zachodnich przyjęto przepisy, które umożliwiały częściowe przedawnienie kar i powrót do życia publicznego wielu byłych członków NSDAP oraz innych organizacji nazistowskich.
Dlaczego ustawy amnestyjne budzą kontrowersje? Krytycy twierdzą, że przepisy te pozwoliły wielu osobom związanym z reżimem nazistowskim uniknąć odpowiedzialności i objąć stanowiska w administracji, wymiarze sprawiedliwości czy gospodarce.
Jakie było stanowisko Konrada Adenauera? Kanclerz RFN Konrad Adenauer opowiadał się za integracją byłych nazistów ze społeczeństwem, argumentując to potrzebą odbudowy państwa i stabilizacji politycznej.
Jak historycy oceniają skutki amnestii? Część badaczy uważa, że ułatwiły one odbudowę instytucji państwowych, inni wskazują jednak, że utrwaliły obecność byłych nazistów w życiu publicznym Niemiec Zachodnich.

Autor: Anonimowy Dyplomata
Źródło: tysol.pl
Data: 28.09.2025 15:45









Wygrajmy w końcu tę wojnę, wygrajmy wojnę z Niemcami.







Prawym Okiem: Symulakra 2

Prawym Okiem: Jesteśmy w stanie wojny (z Niemcami)

tysol.pl/a145871-niemieckie-panstwo-chroniac-zbrodniarzy-przerzucilo-wine-na-nastepne-pokolenia-niemcow
18

tysol.pl/a147078-niemcy-dokonali-amnestii-zbrodniarzy-przy-pomocy-przepisow-kodeksu-drogowego


Niemcy w Gdańsku i Wrocławiu




Pisałem 10 lat temu: Czy Wolne Miasto Gdańsk istnieje?

Rada Miasta Gdańska:


W treści uchwały z 1945 roku użyto sformułowania 

"terytorium byłego Wolnego Miasta Gdańska"
"Na obszarach byłego Wolnego Miasta Gdańska"

,a  w    o ś w i a d c z e n i u     Rady Miasta Gdańska -

 "określa sytuację prawną na terenie Wolnego Miasta Gdańska"


Czy to znaczy, że Wolne Miasto Gdańsk istnieje??






Hansie Försterze pisałem w lipcu 2015 r. w tekście: Antypolak patronem szkoły?





Natalia Nitek-Płażyńska: Co lato w Gdańsku wylewa się nazistowskie szambo


13.08.2025 09:00

– Brakuje nam długofalowej strategii. Niemcy prowadzą swoją konsekwentnie, niezależnie od rządu. My? Przez chwilę była propolska, gdy rządziło PiS. A teraz znowu: „Nie wracajmy do przeszłości, wszyscy coś tam mieliśmy na sumieniu”– mówi Natalia Nitek-Płażyńska, prezes Fundacji Łączy nas Polska, o polityce historycznej Niemiec realizowanej przy udziale władz Gdańska w rozmowie z Konradem Wernickim w historycznej Sali BHP w Gdańsku.



Natalia Nitek-Płażyńska / fot. Tygodnik Solidarność



Co musisz wiedzieć:W lipcu otwarto w Gdańsku wystawę czasową zatytułowaną "Nasi Chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy"
Wystawa została przygotowana przez Muzeum Gdańska we współpracy z Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Jej celem było pokazanie tragicznego losu ludzi, którzy po 1939 roku zostali wpisani na Volkslistę i powołani do Wermachtu pod groźbą represji


"Nazistowskie szambo"

– Co się w tym naszym Gdańsku dzieje? Ostatnio mieliśmy wystawę „Nasi chłopcy” – to wszystkich zbulwersowało. No, może nie wszystkich, ale część prawicową w Gdańsku na pewno. Takich sytuacji w ostatnich latach było sporo. Mi od razu przypomina się ta impreza ku czci Stauffenberga.

– Z Gdańskiem jest problem. Ja tak ostatnio to skonstatowałam – może ładnie, może nieładnie, ale myślę, że celnie – co lato, co wakacje w Gdańsku wylewa się takie nazistowskie szambo. Niestety. Nawet pomijając ten rok – do którego zaraz dojdziemy – popatrzmy na poprzedni. Claus von Stauffenberg – polakożerca, nazista, Niemiec, który w Niemczech jest traktowany jako bohater. W Polsce próbuje się nam to przedstawiać również poprzez wydarzenia takie jak ubiegłoroczna impreza w Ratuszu w Gdańsku organizowana przez niemiecki konsulat. Było tam wiele osób z lokalnych elit, zwłaszcza ze środowisk liberalnych związanych z Platformą Obywatelską.

Fetowano Stauffenberga jako bohatera, który chciał zabić Hitlera. Ale nie mówi się, że chciał go zabić, bo uważał, że Hitler zbyt nieudolnie prowadził machinę zagłady – że należało robić to szybciej, skuteczniej, bardziej przemysłowo.

– Bo Stauffenberg chciał ratować III Rzeszę przed upadkiem.

– Dokładnie. Widział, że Hitler coraz gorzej sobie radzi, więc trzeba go zlikwidować, wejść w jego buty i kontynuować jego zamierzenia – tylko skuteczniej. Nie udało mu się, ale Niemcy – jako naród moralnie skompromitowany, bez wyrazistych bohaterów – próbują z takich ludzi robić autorytety. A problem w tym, że Polacy im w tym pomagają.

– To pokazuje, że w Niemczech nie było realnego ruchu oporu, skoro trzeba robić bohatera z regularnego nazisty...

– Tak. Jakiś czas temu przeglądałam niemieckie podręczniki do szkół ponadgimnazjalnych. Teoretycznie powinny dogłębnie przedstawiać historię. A tymczasem pomijają krzywdy wyrządzone Polakom. Jeśli już mówią o ruchu oporu, to tylko o Białej Róży – jako wielkim zrywie Niemców przeciwko „mitycznym nazistom”. To całkowicie wyolbrzymione.

Niemcy próbują dziś uchodzić za moralne mocarstwo. Przekręcają fakty, żeby pokazać, że oni też cierpieli i pomagali. Stauffenberg to przykład – a na imprezie w Gdańsku był tłum Polaków, urzędników, samorządowców. Nikomu to nie przeszkadzało.

Złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury – razem z radnymi Andrzejem Skibą i Przemysławem Majewskim – ale prokuratura stwierdziła, że nie dopatrzyła się propagowania nazizmu. Kolejny skandal.

– Tłumaczyli, że Stauffenberg „był człowiekiem swoich czasów”. Tak próbowano go usprawiedliwić.

– To im zawsze dobrze wychodzi. Tylko dlaczego Polacy mają w to wchodzić? Dwa lata temu na Jarmarku Dominikańskim zespół z Niemiec wykonywał piosenkę „Ein Heller und ein Batzen”, którą Niemcy śpiewali, idąc mordować Polaków. I nikt nie zareagował. Gdyby nie czujny dziennikarz z „Gdańsk Strefa Prestiżu”, nikt by się o tym nie dowiedział.

A teraz mamy wystawę „Nasi chłopcy” – niektórzy mówią: „Nazi chłopcy”. Słyszałam, że pierwotnie miała się tak nazywać. I znowu – Gdańsk realizuje niemiecką politykę historyczną w sposób wręcz prostacki.


"Przemieleni przez wermacht"

– Wygląda to tak, jakby Gdańsk był wykorzystywany przez Niemcy do prowadzenia polityki historycznej albo sam gra w tę grę.

– Jedno i drugie. Są tacy, którzy wiedzą, w co grają, i robią to za pieniądze. Ale są też pożyteczni idioci. Niemcy prowadzą tę politykę od dekad – poprzez przemówienia, organizacje pozarządowe, działania na wielu poziomach. I widzimy tego efekty – wystawy, imprezy, akcje społeczne.

Byłam na tej wystawie. Przyszedł też rzecznik prasowy Muzeum Gdańska Andrzej Gierszewski. Powiedział, że lepszy byłby tytuł „Przemieleni przez wermacht”. Myślę, że gdyby ta wystawa nazywała się w ten sposób, to kontrowersji byłoby mniej. Ale gdy zaczęłam mówić o przekłamaniach, to reagował skrzywionym uśmieszkiem. Przechwalał się, że bywa na niemieckich salonach, że go zapraszają. A ja mogę to tylko oglądać przez internet i chodzić do prokuratury.

To pokazuje problem. Mówię o godności Polaka, a on o tym, że został „dopuszczony do stołu”. Okruszek mu spadł z niemieckiego stołu i już się czuje wyróżniony.

– Czyli część elit widzi w tym sposób na awans?

– Zdecydowanie. Bez tego proniemieckiego sformatowania trudno o awans w Gdańsku. Niemieckie wpływy są tam bardzo silne – imprezy, wydarzenia, wystawy – to codzienność.

– Polska jest dla tych osób przaśna, a niemieckość – bardziej europejska?

– Tak. Związki z Wolnym Miastem Gdańskiem czy niemieckie nazwy brzmią dla nich dumnie. A wystawa sugeruje, że służba w wermachcie to była przygoda. Nie ma tam słowa o niemieckim terrorze, o polskim cierpieniu. To uważają za „paździerz”, coś śmiesznego.

– Uroczystości rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte również są zawsze okazją do relatywizacji: „Na początku było złe słowo”, „nienawiść, nietolerancja”. Zamiast powiedzieć wprost – wojna była efektem niemieckiej żądzy podboju; polityka imperialistyczna, a nie żadna nienawiść.

– I do tego „Imagine there’s no hate” – hasło Magdaleny Adamowicz. Tym się przykrywa prawdę. Weźmy taki tramwaj, któremu nadano imię Hansa Förstera. On jest też proklamowany u nas jako bohater kociewski, podróżnik, taki wspaniały Niemiec, który pisał o Polsce i ją pokazywał. Tylko w ogóle się nie mówi o tym, że to on rozpowszechnił określenie „polnische Wirtschaft”, że to on pisał o Polakach jako o świniach, o narodzie, który powinien służyć.

Günter Grass też jest nam na każdym kroku w Gdańsku przedstawiany jako jakiś bohater. A był członkiem Waffen-SS.

– Mamy w Gdańsku tylu bohaterów z czasów Solidarności, II wojny światowej. Czemu sięga się po tamtych?

– Bo Niemcy w to inwestują, i to działa, a symbole wchodzą do przestrzeni publicznej. My słyszymy: „Nie rozdrapujmy ran”, „Patrzmy w przyszłość”.


"Musimy mówić prawdę"

– Jak zatem powinniśmy prowadzić własną politykę historyczną?

– Brakuje nam długofalowej strategii. Niemcy prowadzą swoją konsekwentnie, niezależnie od rządu. My? Przez chwilę była propolska, gdy rządziło PiS. A teraz znowu: „Nie wracajmy do przeszłości, wszyscy coś tam mieliśmy na sumieniu”.

W niemieckich szkołach już od dziesięcioleci uczy się tego, że Niemcy byli zaatakowani przez nazistów, że Niemcy pomagali innym. Dzisiaj 70% Niemców sądzi, że ich przodkowie nie byli wśród sprawców, a prawie 37% Niemców jest przekonanych, że ich przodkowie byli ofiarami nazistów. Tego uczą się dzieci w niemieckich szkołach, a u nas?

Dlatego my musimy mówić prawdę. Mamy Witolda Pileckiego, ojca Maksymiliana Marię Kolbego, powstańców – bohaterów, o których pamięć trzeba przywracać, a którzy teraz niestety są wymazywani z Muzeum II Wojny Światowej. Polecam wszystkim książki profesora Andrzeja Nowaka, Feliksa Konecznego – dla dzieci i dorosłych. To są dzieła, które naprawdę mogą łączyć pokolenia. Nasza piękna, fascynująca historia jest czymś, z czego naprawdę możemy być dumni. My jesteśmy narodem bohaterskim i dlatego cały czas zakazuje się nam o tym mówić i pamiętać.

Jeśli będziemy bezrefleksyjnie „kodować” kolejne pokolenia – bez rozmowy, bez kontekstu – na to, że Polacy też byli sprawcami, a Niemcy ofiarami, to stworzymy bardzo niebezpieczny grunt na przyszłość. W efekcie agresywnej polityki historycznej Niemiec przeinaczającej naszą historię może się okazać, że nasze dzieci albo wnuki będą musiały płacić reparacje Żydom i Niemcom. I to nie dlatego, że jesteśmy winni, ale dlatego, że nie zadbaliśmy o własną narrację.




Autor: Konrad Wernicki
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 32 / 12 sierpnia
Data: 13.08.2025 09:00



------------



O Wrocławiu pisałem min. w opracowaniu "Werwolf".


Germanizacja i odpolszczanie Wrocławia

12.08.2025 18:00
Coraz więcej jest we Wrocławiu znaków rzekomej niemieckiej tożsamości. Eksponowane są nawet najbardziej banalne epizody tej części jego dziejów. 


Archikatedra św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu / pixabay.com



Korzenie Wrocławia

Rzekoma odwieczna niemieckość Wrocławia jest bzdurą. W początkach państwowości czeskiej istniał tu gródek o imieniu wziętym od księcia Vratislawa. Ekspertyzy węglowe dowiodły, że po roku 980 Mieszko I zbudował w jego miejscu warowny gród. W roku 1000 decyzją Bolesława Chrobrego stał się on siedzibą biskupstwa. Od polskiej prowincji kościelnej zostało ono oderwane dopiero w roku 1821.

Tak długo wśród tutejszych katolików silnie obecna była polszczyzna, której zanik przyspieszył dopiero wprowadzony w Prusach obowiązek chodzenia do niemieckojęzycznych szkół. Prowadzone od roku 1904 badania prof. Kazimierza Nitscha zaskoczyły ciągłą obecnością w szerokim pasie przylegającej do Dolnego Śląska Wielkopolski wszystkich językowych zjawisk charakterystycznych dla śląskiego dialektu naszego języka. Polskojęzycznych Dolnoślązaków ciągle więc musiało być mnóstwo, a ich kontakty z Wielkopolanami tak żywe, że wywierały wpływ na ich język.

Wszystko to mimo niemieckiej kolonizacji, już w XIII w. odciskającej się na składzie wrocławskiego patrycjatu czy związków małżeńskich, skutkiem których rycerskie rody Świnków zamieniały się w Schweinerów, a Krakwiczów w Krakwitzów.


Nazwiska dawnych Dolnoślązaków często zdradzają narodowość ich przodków. Uważającym się za Niemców zdarzały się powroty do tożsamości pradziadów. Najgłośniejszy był przypadek ziemianina spod Legnicy Alfreda von Olszewskiego, który po przeczytaniu „Trylogii” zadeklarował się jako Polak, tego samego żądając od swoich dzieci.

W okolicach Wrocławia nie brakowało też ziemian od polskich korzeni się nie odżegnujących, jak np. Machniccy, czy przyjmujących sarmacki styl życia Dolnoślązaków świeżej daty, jak przybyły w XVIII w. znad Renu ród Schaubertów – polonofili słynących z husarskiej fantazji i trumiennych portretów wykonywanych dla każdego członka rodziny. To w podwrocławskim Henrykowie w roku 1270 napisane zostało pierwsze zdanie w języku polskim. Od wynalezienia druku Wrocław zawsze należał też do głównych ośrodków wydawania polskich książek. To w nim w XIX w. premierę miała część dzieł Krasińskiego, Klementyny Tańskiej-Hoffmanowej, a stale wznawiano Jana Kochanowskiego, Juliusza Słowackiego, Ignacego Krasickiego, Jana Potockiego, Franciszka Karpińskiego…


Wrocław polski, czeski, niemiecki


W średniowieczu rangę przodującą w Polsce zyskiwał Wrocław za sprawą ludzi takich jak palatyn Krzywoustego Piotr Włast, świetny gospodarz fundujący opactwa m.in. na podwrocławskim Ołbinie, gdzie jedna z romańskich świątyń należała do największych w środkowej Europy. Nie mniejszą pracę wykonali piastowscy Henrykowie, których stolica po pożodze tatarskiej lokowana była z rozmachem oznaczającym budowę jednej z największych metropolii kontynentu. Wrocław stawał się wtedy rzeczywistym centrum polskiej państwowości.

Henryk Probus budował w nim na wskroś królewski zamek i ledwie krok dzielił go od koronacji. W 1290 roku dobrą passę śląskich Piastów i szanse Wrocławia na rangę stolicy polskiego państwa oddaliła nagła śmierć Probusa, a bezpotomne odejście w 1335 roku ostatniego wrocławskiego Piasta spowodowało przejście pod zwierzchność czeską.

Sprzeciwiał się temu biskup Nankier i wiele przemawia za tym, że tylko jako tymczasową utratę Śląska uważał Kazimierz Wielki. Zobowiązanym do jego odzyskania miał być Władysław Jagiełło, o konieczności tej pisał Jan Długosz. Wymianę dziedzictwa Piastów na posiadłości włoskie oferowała Bona Sforza. O Wrocławiu i Śląsku pamiętano, w latach 1471–1526 znalazły się nawet pod berłem Jagiellonów. Z nadarzających się okazji powrotu Polski nad Odrę nie skorzystano wskutek konieczności odpierania ciągłych agresji ze wschodu, południa i północy. Wrocław przechodził z rąk do rąk, w czasach Macieja Korwina zdarzył mu się nawet epizod panowania węgierskiego. Lata przynależności do kolejnych państw podliczał prof. Jerzy Łojek, z którego podsumowania wynika, że przynależność Wrocławia do Polski składa się na ok. 446 lat. Czyli nie tylko więcej od ok. dwóch wieków związku miasta z Czechami, ale i od trwającej łącznie od roku 1526 do 1945 przynależności kolejno do monarchii Habsburgów, Prus i wreszcie – Niemiec.

Jednak to, że przez dwa stulecia poprzedzające powrót do Polski Wrocław należał właśnie do Prus i Niemiec, ma oczywiste konsekwencje w postaci niedawnego i sporego dziedzictwa tych wieków.


Większość jednak tego, co definiowane bywa jako „poniemieckie”, w dużej mierze jest dziełem powojennej odbudowy.

W wydanym w 2009 roku albumie „Wrocław 1947. Fotografie lotnicze” zobaczyć można nie tylko pustynię, w jaką zamienione zostały najludniejsze dzielnice, ale też te zdefiniowane jako ocalone. A ich zdjęcia pokazują, że niemal wszystkie domy pozbawione w nich były dachów. W rzeczywistości nie miały też okien, często ścian i wielka ich część wymagała gruntownej odbudowy. Mnóstwo zachowanej tkanki miasta, posiadając przedwojenny rodowód, ma powojenne stropy. Co w większym stopniu czyni je dziełem powojennych, a nie przedwojennych gospodarzy.


Prof. Jerzy Woźniczka, konkludując to, co zostało po zmieniających się włodarzach, stwierdził, że z czasów Piastów mamy głównie zamki i gotyckie kościoły, z czesko-habsburskich barokowe klasztory, a z prusko-niemieckich koszary i więzienia.

Wnioskowi temu trudno odmówić słuszności. Wszystkie kościoły starsze od barokowych to fundacje Piastów. Na samym Starym Mieście stoi ich kilkanaście, w całym Wrocławiu taki rodowód ma kilkadziesiąt. Wrocławskie zamki potomków Bolesława Krzywoustego ocalały tylko we fragmentach. Te z Ostrowa Tumskiego dają jednak wyobrażenie o potędze Bolesława Wysokiego i jego następców. W podziemiach zobaczyć możemy m.in. część największej wieży mieszkalnej ówczesnej Europy.


Wrocław habsburski

Najwspanialszą pamiątką czasów habsburskich jest Uniwersytet, utworzony w roku 1702 jako Akademia Jezuicka. Jej inicjatorem, organizatorem i pierwszym kanclerzem był pochodzący z Inflant Fryderyk Kazimierz Wolf. Narodowość tej postaci, która karierę zaczęła na dworze Jana Kazimierza, prof. Gościwit Malinowski definiuje jako polską niemieckiego jedynie pochodzenia.


Z najpiękniejszym wnętrzem uczelni, Aulą Leopoldiną, związane jest kuriozum, którym jest portret Fryderyka II. Po zdobyciu miasta w roku 1742 zażądał on, by stanowiący część galerii dobrodziejów akademii portret cesarza Rudolfa II zastąpić jego własnym, mimo że rządy Fryca były dla niej kataklizmem.

Pojawienie się tego władcy przerwało budowę gmachu akademii, który miał być o jedną trzecią większy. Na parę dziesięcioleci zdegradował ją do roli seminarium duchownego, a prowadząc permanentne wojny, wspaniałą budowlę zamieniał w koszary, więzienie dla tysięcy jeńców, stajnie, magazyny, lazarety. W salach pełnych dzieł sztuki żołdactwo paliło ogniska, wybuchały pożary, perła architektury obracała się w ruinę.

Aula Leopoldina miała sporo szczęścia zarówno w wieku XVIII, jak i w roku 1945. Połowę gmachu bomby obróciły wtedy w gruzy, ale najpiękniejsza aula przetrwała bez wielkich zniszczeń. A w niej galeria portretów wraz z podobizną Fryderyka II. Tylko jeden z nich należy dziś do pierwotnego wystroju auli. Wszystkimi innymi – zastępowano wcześniejsze, wyrzucając np. wizerunki papieży, by w ich miejsce powkładać pruskich dygnitarzy.

Kiedy w roku 1945 w ruinach akademii i późniejszego Universitat Breslau powstawał Uniwersytet Wrocławski, profesorowie wywodzący się głównie z Uniwersytetu Jana Kazimierza zastanawiali się nad dziedzictwem wypełniającym Aulę Leopoldinę. Marmurowa postać jej patrona nie budziła niechęci – cesarz Leopold był nie tylko fundatorem uczelni, ale i sojusznikiem Polski. W czasach potopu wsparł nas 16 tysiącami żołnierzy. Dowodzący nimi Melchior von Hatzfeld spoczywa w podwrocławskich Prusicach pod sarkofagiem z wizerunkami walk m.in. o Kraków i Poznań. Oczywisty wstręt budził jednak znajdujący się w auli portret Fryderyka. I mimo że w roku 1945 wszystko, co pruskie, wywoływało fatalne skojarzenia, wizerunku inicjatora I rozbioru nie usunięto, uznając obraz za część dzieła sztuki, którym jest Leopoldina. W roku 1997 została ona jednak okradziona i sześć portretów, w tym Fryderyka II, uznano za utracone bezpowrotnie. Czyż nie należałoby w tej sytuacji przywrócić do galerii dobrodziejów uczelni, tych, którzy naprawdę nimi byli?

Należeli do nich papieże i królowie, których wizerunki odtworzyć można na podstawie ich znanych portretów. Zamiast tego mamy dziś w Leopoldinie najświeższej daty kopie wizerunków Fryderyka II i pruskich dygnitarzy. A nie mamy w tym najważniejszym dla Uniwersytetu wnętrzu godła Rzeczpospolitej Polskiej, które po ostatniej konserwacji – nie wróciło.


„Omnia per Polonia!”

To we Wrocławiu w 1816 roku powstała pierwsza polska korporacja akademicka, której hasłem było „Omnia per Polonia!”.


W murach wrocławskiego uniwersytetu studiowali Marian Langiewicz, Józef Lompa, Adam Asnyk, Jan Kasprowicz, Wojciech Korfanty, Ignacy Chrzanowski, liczni uczestnicy wszystkich naszych powstań narodowych XIX i XX wieku. Wśród profesorów byli współtwórca współczesnej medycyny Jan Mikulicz-Radecki i wyniesiony do godności rektora filolog Władysław Nehring.

Sensacją akademickich dziejów miasta były następstwa wykładu prof. Rudolfa Westphala, nacjom używającym deklinacji sześcioprzypadkowej przypisującego „przyrodzoną podrzędność”. Polemiczny głos polskich studentów doprowadził do wyzwania jednego z nich na pojedynek. Westphal w ustalonym przez sekundantów miejscu się nie zjawił, więc gazety wydrukowały protokół o jego „obraniu z czci i honoru”, a senat uniwersytetu ogłosił wydalenie ze społeczności akademickiej. Westphal zniknął wtedy jak kamfora, po latach karierę wznowił w Moskwie.

Przez całe stulecia Niemcy we Wrocławiu przeważali, ale obecność w nim Polaków zawsze była znacząca.


Kiedy w 1806 roku miasto otoczyły wojska Napoleona, narodowy skład jego garnizonu przyczynił się do szybkiej kapitulacji.

Dwie piąte stanowili w nim bowiem Polacy, ośmiuset zbiegło do Francuzów, wraz z którymi w zdobytym mieście znaleźli się też ułani Legionów Polskich, przyprowadzający tysiąc jeńców wziętych do niewoli po zwycięskich szarżach pod Szczawnem. W 1807 roku sformowano we Wrocławiu trzy polskie pułki. Wyspami polskości były przedmieścia, Ostrów Tumski (liczni polscy duchowni i niemal zawsze polski biskup pomocniczy), Ołbin z kościołem św. Michała – jednym z największych w mieście i zwanym polskim. Wprawdzie w spisie przeprowadzonym w roku 1910 narodowość polską zadeklarowało ledwie 3% wrocławian, jednak rzeczywista ich liczba mogła wynosić nawet 50 tysięcy. Gwałtownie zaczęło ich ubywać po roku 1918, gdy wrogość otoczenia wzrosła, a granica II RP była blisko. Idylliczny obraz tamtych czasów, ukazywany dziś w niezliczonych wystawach i książkach, mało ma wspólnego z prawdą. W skali poparcia dla NSDAP ówczesny Wrocław ścigał się z Gdańskiem, jako pierwszy dorobił się obozu koncentracyjnego, to w nim powstawały zręby ludobójczego Generalplan Ost. Na Polaków napadano, demolowano siedziby ich organizacji, nawet Konsulat RP. Od 1939 roku miasto wypełniało się przymusowymi robotnikami i więźniami obozów, wśród których Polacy należeli do najliczniejszych. Działał polski ruch oporu, ale – jak w przypadku siatki Olimp – kończyło się to śmiercią jego uczestników.


Wtórna germanizacja Wrocławia

W 1945 roku powszechne było wśród Polaków przekonanie, że za zabitą Warszawę Niemcy zapłacą Wrocławiem, a zwycięskie mocarstwa ziemie do Odry i Nysy uznały za rekompensatę połowy Polski anektowanej przez ZSRS. Miasto, które w 75% było kupą gruzów, jest dziś metropolią bardziej rozległą i ludną niż kiedykolwiek wcześniej. Większość wrocławian mieszka w domach od fundamentów zbudowanych w ostatnim osiemdziesięcioleciu.


Coraz częściej dochodzi jednak do wynaturzeń historycznej narracji i symbolicznej przestrzeni Wrocławia. Według szydzących z polskości pisarek „nazwy miejscowe nadane w roku 1945 są brzydkie i bez polotu”. A prawda jest taka, że trud wybitnego językoznawcy prof. Stanisława Rosponda w ok. 90% polegał na przywracaniu pierwotnego, polskiego brzmienia imion tysięcy wsi i osiedli.

W postaci ledwie zniemczonej wszystkie one przetrwały aż do czasów Hitlera, kiedy powymyślano dla nich całkiem nowe, niemieckie, i które mimo totalitarnych realiów III Rzeszy nie zdołały wejść do pozaoficjalnego użytkowania. Z fasad pałaców zniknęły tablice informujące o ich powojennej odbudowie, podobnie jak płyty upamiętniające liczne filie obozów pracy. Rzadko żądanie ich przywrócenia przynosi skutek taki, jak w przypadku upamiętnienia Emanuela Kani, autora muzyki do „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza czy Stefana Kulczyńskiego – polskiego lekarza, cudem ocalonego z łap Gestapo, a potem UB, którego dom służy dziś jako pałac ślubów.


Nawet Rok Józefa Wybickiego nie był we Wrocławiu powodem, by autora naszego hymnu upamiętnić na fasadzie domu, w którym mieszkał i napisał księgę „Życie moje”. Tacy wrocławianie jak Witelon, pierwszy polski uczony rangi światowej, w pamięci miasta niemal nie istnieją. Nie jest jej godny autor tłumaczeń, bez których nie byłoby sporej części nauki renesansu oraz dzieł pionierskich dla okulistyki i optyki? Albo Benedykt Polak, który po wyruszeniu z Wrocławia jako pierwszy Europejczyk dotarł na Daleki Wschód? Było to 25 lat przed wyprawą Marco Polo, o którym ani słowa nie ma w żadnej z azjatyckich kronik, a misję wrocławianina, autora pierwszego słownika języków Wschodu, opisano tam ze szczegółami. Nawet gdy miasto było Europejską Stolicą Kultury, niewiele zrobiono dla promocji jego unikatowych dokonań.

W czasach Marka Grotowskiego i Henryka Tomaszewskiego Wrocław był przecież światowym centrum nowego teatru. Zaraz potem – bastionem walki z komunizmem, w którym setki audycji Radia Solidarność Walcząca emitowano siecią tajnych nadajników rozmieszczonych w każdej dzielnicy. Ilość drukowanej w podziemiu prasy (prawie 500 tytułów!) była większa niż poza granicami naszego kraju w całym sowieckim imperium od Łaby po Kuryle. Tutaj działała Pomarańczowa Alternatywa.


Czy to nie większy powód do chwały od stworzonej w Pałacu Fryderyka II apoteozy Hohenzollernów, gloryfikującej nawet złodzieja polskich koron królewskich, który kazał je przetopić na polskie monety?

Na bramy mostu w roku 1945 zniszczonego tak dalece, że nie runął tylko dzięki pryzmie opartych o dno Odry barek, po 80 latach mają wrócić godła Prus, Rzeszy Niemieckiej i niemieckojęzyczny napis wyrażający cześć dla Wilhelma II. Był most tego samego imienia w Berlinie, ale i tam je zmieniono, czci tej kanalii nadal oddawać tam nikt nie zamierza. A we Wrocławiu mamy takich, co starają się być bardziej niemieccy od samych Niemców.

Już powrót nazwy Hala Stulecia był pluciem w twarz każdemu, komu bliska jest polska niepodległość. Bo w nazwie tej przecież chodzi o pruski triumf pod Lipskiem przypieczętowujący kres Księstwa Warszawskiego, zakuwający Polskę w kajdany niewoli. Teraz kolejna dominanta Wrocławia cześć ma oddawać katom dzieci wrześnieńskich, wodzowi armii, która wojnę w Polsce zaczęła od spalenia Kalisza.



Autor: Artur Adamski
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 32 / 12 sierpnia
Data: 12.08.2025 18:00






2015 r.:




tysol.pl/a145022-natalia-nitek-plazynska-co-lato-w-gdansku-wylewa-sie-nazistowskie-szambo

tysol.pl/a144975-germanizacja-i-odpolszczanie-wroclawia



13 8