Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykopaliska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykopaliska. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 grudnia 2025

Pamiętnik i Grot na Wzgórzach Dalkowskich



Głogów i

Głogowski Ruch Odkrywców Tajemnic GROT












przedruk


Powalony dekady temu pomnik na Wzgórzach Dalkowskich znów ma stać. To, co po nim zostało składają działacze GROT-u. Znacie historię pomnika?

Grażyna Szyszka
2 grudnia 2025, 8:19



Działacze stowarzyszenia GROT pracują na Wzgórzach Dalkowskich fot. GROT








W Dalkowie, koło spalonej gospody, znowu stanie pomnik ku czci ojca Luise von Liebermann, córki właściciela pałacu. Przewrócony od kilku dekad i uszkodzony obiekt zabezpieczają członkowie GROT-u. Znacie historię tego pomnika?




Powalony pomnik w lesie koło Dalkowa ma stanąć na nowo


W samym środku wzgórz, nieopodal spalonej w XX w. gospody znajduje się zniszczony, ponad 200-letni pomnik. Był postawiony na polecenie Caroline von Liebermann ku czci zmarłego męża Augusta von Liebermann.

Pomnik został zniszczony w połowie lat 90-tych. Jeden z mieszkańców Dalkowa wspomina, jak widział kogoś wjeżdżającego ciężkim sprzętem do lasu. Motywem tego działania było prawdopodobnie szukanie wartościowych rzeczy, które – według domniemań niektórych osób – mogły zostać ukryte w pomniku.

- Poszukiwacze skarbów wykuli w płytach dziury szukając cennych rzeczy. Na koniec pomnik został wywrócony, a jego elementy stoczyły się w dół po stoku. Jest zniszczony w znacznym stopniu, brakuje jednego elementu a w niektórych miejscach schody po prostu przestały istnieć – informują GROT-owcy.
GROT-owcy potrzebowali zezwoleń na pracę w dalkowskim lesie

Prezesi GROT- u, spacerując po wzgórzach stwierdzili, że pomnik trzeba odbudować. I chodź przyznają, że nie było to łatwe, uzyskali wszelkie wymagane do pracy zezwolenia.
A potrzebowali je od Nadleśnictwa Głogów oraz Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska we Wrocławiu. Konieczna była też opinia Dolnośląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

GROT-owcy dziękują nieżyjącemu już Krzysztofowi Czapli za pomoc na etapie badań archeologicznych wokół pomnika oraz dobre rady i wskazówki od Łukasza Uroczyńskiego z Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki RESTONA z Legnicy.

Ze względu na to, że pomnik znajduje się na terenie rezerwatu przyrody, można tam pracować w określonym czasie, czyli od września do marca.

- A w tym czasie jak wiadomo, dzień robi się krótki, a na dodatek pogoda „rozpieszcza" nas temperaturą oraz częstymi opadami. Na dodatek, ciężki jest dojazd dla naszego "Ostrówka", a jest to niezbędne - bez niego nie uda się cała operacja. A jak już pada to można zapomnieć o jakichkolwiek pracach. Zakopie się w grząskim gruncie i/albo będzie się ślizgał po liściach. Zresztą kto był w tym pięknym miejscu to wie ile energii kosztuje samo wejście na piechotę na szczyt wzniesienia na którym jest pomnik, a zaręczamy, że przez te kilka już lat wchodziliśmy nosząc narzędzia i materiały już wielokrotnie – opisują trudności.

Ale postawiony cel jest coraz bliżej. Od 2021 roku udało się posprzątać teren, zrobić badania archeologiczne wokół pomnika, wybrać i zrobić drogę dojazdową dla "Ostrówka", wciągnąć na szczyt porozrzucane piaskowcowe elementy, skatalogować je oraz przebadać podłoże pod pomnik oraz pozostałości schodów.

- A w zeszłym tygodniu wykonaliśmy chyba najtrudniejszą robotę - wylaliśmy postument pod pomnik – informują działacze głogowskiego stowarzyszenia podkreślając, że było to nie lada wyczynem, bo przetransportowali na szczyt trzy kubiki betonu, który potem przerzucili łopatami w wykop.


Caroline Wilhelmine Tugendreich von Stosch ponad 200 lat temu była córką ówczesnych właścicieli pałacu w Dalkowie. Została wydana za mąż za Augusta Gotllieba von Liebermann, syna komendanta Twierdzy Głogów.

Ślub odbył się 12 sierpnia 1788 r. Piętnaście lat później - 15 kwietnia1803 r. – August zmarł, mając zaledwie 50 lat i osieracając ośmioro dzieci w tym niespełna roczną Luise – autorkę Pamiętnika Luise von Liebermann z Dalkowa.
Caroline zmarła w styczniu 1838 r. w Głogowie. Nie są znane dokładne okoliczności tego zdarzenia.
Dlaczego w ogóle pomnik powstał w tym miejscu?

Miejscowa legenda głosi, że zrozpaczona po śmierci męża Caroline postawiła w pobliskim lesie (dziś jest to teren Rezerwatu Przyrody Dalkowskie Jary) dla ukochanego pomnik na pamiątkę przerwanej miłości. Dziś w miejscu pomnika znajdują się jedynie jego fragmenty, bowiem został on znacznie zniszczony ok. 1995 r.

Na fragmencie pomnika, który mógł mieć kilka metrów wysokości, znajduje się wąż zjadający swój ogon – jest to tak zwany Uroboros – staroegipski i grecki symbol nieskończoności i łączenia przeciwieństw.

Jak tłumaczy Anna Gomułka, prezeska Fundacji na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji PolskiejWsi z Dalkowa, miejsce pomnika zapewne nie jest przypadkowe. Wskazują choćby na to zapiski przetłumaczonego przez nią pamiętnika Luise von Liebermann - najmłodszej córki Caroline i Augusta von Liebermann, właścicieli pałacu w Dalkowie. Przypomnijmy, że Anna Gomułka wydała go w formie pięknego albumu.

- Prawdopodobnie powodem postawienia pomnika była sytuacja, którą Luise opisuje w swoim pamiętniku. Wspomina ostatni spacer jej ojca z matką na wzgórza i słowa, które miał tam wypowiedzieć - mówi nam Anna Gomułka. - Zapewne zrobił to w tym miejscu, gdzie później stanął pomnik.





A z zapisków pamiętnika brzmiały one tak:

Dalków, 6 lipca 1816:

My – Pani Matka, Charlotte i ja –właśnie wróciłyśmy ze spaceru po naszych górach. Jak pięknie, jak pięknie znów stać pod wysokimi, szerokimi dębami i lipami i spojrzeć na odległą srebrzystą wstęgę Odry. Pani Matka opowiedziała nam, jak bardzo Ojciec (który nie żyje od 13 lat i zmarł gdy miałam zaledwie rok, więc go nie pamiętam) kochał nasze góry, nasze Katzengebirge i w ostatnich dniach swojego życia poszedł w góry pod rękę z Panią Matką i tam na górze, trzy dni przed jego śmiercią powiedział jej, jak był szczęśliwy u jej boku przez lata ich małżeństwa. Łzy zabłysły w oczach naszej kochanej matki, kiedy nam to powiedziała, a my – Charlotte i ja – obie byłyśmy bardzo cicho kiedy Pani Matka skończyła swoją przemowę, bo żadna z nas nie wie, co przyniesie nam życie. Teraz, po powrocie ze spaceru w górach, znów siedzę przy otwartym oknie swojego pokoju, skąd mam widok na kolorowe rondo z kwiatów przed pałacowymi schodami. Nad moim sekretarzykiem wisi olejny portret mojego drogiego ojca, który mama skopiowała z oryginału, który wisi w holu na moją prośbę i który dała mi na ostatnie Boże Narodzenie. Czasami, gdy patrzę w górę na zdjęcie, wydaje mi się, że szare oczy mojego ojca, królewskiego mistrza rycerstwa pruskiego i właściciela Dalkau – Augusta Liebermann von Sonnenberg, patrzą na mnie jakby chciały mnie upomnieć, abym pozostała wierna naszemu ukochanemu Dalkau dziś i na zawsze. Mam zaledwie 14 lat i jestem najmłodszą córką ośmiorga dzieci moich rodziców. Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić, abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczonym w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal, dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. Ich wygląd wydaje się nam – tu czujemy się jak w domu – jeszcze cenniejszy i bardziej ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości.












---------------




Pałac w Dalkowie
– zabytkowy pałac we wsi Dalków (województwo dolnośląskie)


Piętrowy pałac pierwotnie wybudowany pod koniec XVI w. dla rodziny von Glaubitzów; przebudowany w XVIII w. 

Postawiony na planie prostokąta z dobudowanym skrzydłem w kształcie litery "L" po lewej stronie, wysuniętym w kierunku parku; kryty dachem czterospadowym z lukarnami, po prawej stronie dach naczółkowy. 

Od frontu, nad głównym wejściem szczyt. Po 1742 własność rodziny von Stosch. W latach 1907-1912 obiekt był w posiadaniu Richarda Botho von Hindersina (1860–1931), żonatego z Davide Eveline von Hansemann (ur. 1867)





Pamiętniki sprzed 200 lat odnalezione w Dalkowie

Agnieszka Kapłon, 
ALEKAS 2023-07-30


Pamiętniki sprzed 200 lat


Mieszkańcy Dalkowa odnaleźli pamiętniki sprzed 200 lat opisujące ich wieś. Autorką jest Luise von Liebermann – córka właściciela majątku. Dzięki zaangażowaniu lokalnej społeczności i dotacjom, miejsce pięknieje, a historia okolicy przybliżana jest na wiele sposobów.

„Kiedy siedzę tak jak teraz przy otwartym oknie na pierwszym piętrze naszego pałacu w Dalkowie i spoglądam w dół na majowy park, to odczuwam wielką radość, że wiosna wraz ze swoim pięknem i całą swoją magią wróciła znów do naszej śląskiej ojczyzny” – to fragment pamiętników Luise von Liebermann, które pisała od 1816 do 1823 roku.

– Opisywała tutaj historię dotycząca folwarku, życia na folwarku, także opisywała opisy krajobrazów, tutaj Wzgórz Dalkowskich, przyrody. Zaczynała w wieku 14 lat, jako młoda osoba, skończyła w wieku 21 lat – mówi Marcin Kopij, autor fotografii i projektu tablic historycznych.
[jakich fotografii? czego? - MS]

Pamiętniki obecnemu właścicielowi przekazał potomek niemieckich zarządców. Okazało się, że zapiski Luise były publikowane w niemieckim czasopiśmie. W ten sposób przetrwały.


Teraz przetłumaczono je na język polski, a w parku przy pałacu powstaje szlak z tablicami. Na nich znajdują się fragmenty pamiętników i fotografie. To zasługa fundacji.
[ale jakie fotografie? - MS]

– Regularnie spotykamy się tutaj pod bukiem, w przypałacowym parku i czytamy fragmenty pamiętnika Luisy. (...) Piszemy wnioski, pozyskujemy środki na rewitalizacje parku i remonty pałacu, wytyczamy nowe szlaki na wzgórzach tutaj dalkowskich – mówi wolontariusz Marcin Gomułka.

Pałac w Dalkowie w czasach PGR popadł w ruinę. Dziś, dzięki prywatnemu właścicielowi, fundacji i dotacjach ministerialnych i samorządowych wraca do świetności.

– Pałac był wybudowany w 1596 roku przez ród von Glaubitz, to była taka zamożna rodzina, która miała w posiadaniu całą wieś i jeszcze dwie okoliczne i w posiadaniu kolejnych rodów niemieckich był on do końca II wojny światowej i do tego czasu był w bardzo dobrej kondycji – opowiada Anna Gomułka, Prezes Fundacji na rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi w Dalkowie.

W planach jest wydanie pamiętników w wersji papierowej, ale warto już teraz wybrać się na spotkania czytelnicze w przypałacowym parku. Dwa ostatnie zaplanowano na 19 sierpnia i 16 września.


Pałac w Dalkowie




-----------------

przedruk

Zakorzeniam się w tym miejscu... - w rozmowie z Anną Gomułką nie tylko o pamiętnikach

Kilka dni temu o Dalkowie mogła usłyszeć cała Polska. Najpierw na łamach Teleexpressu, a później w TVP3 Wrocław emitowany był materiał o "Pamiętnikach Luise von Liebermann" i realizowanych przez Fundację Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi działaniach wokół zapisków młodej dziewczyny, dawnej mieszkanki dalkowskiego pałacu.

Rozgłos wokół "Pamiętnika Luise" stanowił świetną okazję do rozmowy z Anną Gomułką - inicjatorką projektu a jednocześnie Prezes Fundacji Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi działającej w Dalkowie od 2017 roku. Autorka pamiętnika - Luise von Liebermann - to córka dawnych właścicieli Pałacu w Dalkowie. Teksty pamiętnika pisanego w latach 1816-1823 w języku niemieckim przekazał w 2019 r. dalkowskiej fundacji Pan Hans-Joachim Breske. Tłumaczenie wspomnień było projektem własnym organizacji realizowanym w ramach działań statutowych, słowa przetłumaczyła Anna Gomułka, córka obecnego właściciela zabytkowego pałacu, z którą miałam przyjemność rozmawiać.


podkreślenia od wydawcy

JB: Aniu, na wstępie chciałabym, abyś krótko przypomniała nam swoją historię. Wszyscy Cię znamy, albo przynajmniej o Tobie słyszeliśmy, choćby poprzez liczne, realizowane w Dalkowie projekty. Pamiętam, że wróciłaś tutaj z Krakowa, po studiach. Jakie to były studia, i jak to się stało, że zamiast Krakowa, czy innego dużego miasta, postawiłaś na Dalków?

Anna: W 2016 r. skończyłam studia w Krakowie na kierunku psychologii stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przyjechałam wtedy do Dalkowa i tutaj zamieszkałam (jeszcze przed studiami mieszkałam w Głogowie). Pół roku później, czyli w 2017 r. założyliśmy Fundację na rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi. To nie było tak, że od samego początku wiedziałam co chcę tutaj robić, nie miałam jeszcze konkretnego pomysłu na siebie w Dalkowie. Coś mnie jednak tutaj przyciągało i wolałam zostać tutaj niż w dużym mieście. Wszyscy mówili, że w Krakowie czy we Wrocławiu będę miała większe możliwości rozwoju. Podświadomie czułam, że się mylą. Wiedziałam, że chcę pracować z ludźmi, ale nie w zamkniętym gabinecie, najlepiej "w działaniu". Od zawsze uwielbiałam organizować różne spotkania, imprezy, wydarzenia.

Jak dziś pamiętam rozmowę z moim Tatą, który od samego początku uwierzył we mnie i dał mi szansę rozwoju w tym miejscuStaliśmy w oknie i patrzyliśmy na grupę dzieci z wycieczki szkolnej, która przyjechała do Dalkowa. Wycieczki te były organizowane przez Tatę już od wielu lat. W zakres wycieczki wchodziło ognisko i spacer po Wzgórzach Dalkowskich. Patrzyłam na dzieci biegające po parku i zastanawiałam się co mogę zrobić, żeby te wycieczki były jeszcze bardziej atrakcyjne. Tato powiedział: "wymyśl coś", a ja dosłownie skrzywiłam się na te słowa, bo nie miałam żadnego konkretnego pomysłu w głowie, mimo, że przecież w teorii byłam świetnie przygotowana, bo ukończyłam też w Krakowie studium pedagogiczne. Sama nie wiem w którym momencie pojawił się pomysł warsztatów z edukacji ekologicznej. Miałam długą drogę przed sobą do przebycia, bo choć ciężko w to teraz uwierzyć, ale nie odróżniałam od siebie podstawowych roślin! Wiedziałam jednak, że jeśli chcę stworzyć ofertę zajęć edukacyjnych sama muszę się porządnie doszkolić. Zrobiłam studia podyplomowe z Hortiterapii na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu. W wolnych chwilach chodziłam po parku i Wzgórzach Dalkowskich i poznawałam drzewa, uczyłam się o nich, czytałam, robiłam zdjęcia... Z każdym takim spacerem i odkrywaniem Wzgórz czułam, że zakorzeniam się w tym miejscu. Chłonęłam przyrodę i jej piękno, i całkowicie "przepadłam" dla tego miejsca :) Pojawił się pomysł założenia Facebooka Fundacji. Wiedziałam, że muszę podzielić się pięknem tych terenów z innymi. Nie pamiętam kiedy to dokładnie było, ale robiłam zdjęcia, wrzucałam je w Internet, zachęcałam do odwiedzania Dalkowa. Na początku kibicowało kilka osób, sami znajomi. Potem coraz więcej osób zaczęło się interesować... Dziś wiem, że stronę Fundacji obserwuje wiele osób, których nie znam - i o to chodziło. Pokazać innym jak jest tu pięknie, podzielić się tym cudownym skrawkiem ziemi  :)

JB: Okazuje się, że Wasz projekt dotyczący "Pamiętników Luise von Liebermann" zyskał wielu sympatyków i coraz większy rozgłos, nie tylko w najbliższej okolicy. W minioną niedzielę o projekcie usłyszeć mogła cała Polska - w Teleexpresie. Jak myślisz - skąd wyjątkowość tego projektu? Czy kiedy wpadły Ci w ręce zapiski Luise - przeczuwałaś, że będzie to coś niezwykłego?

Anna: Zapiski Luise otrzymałam od Pana Hansa-Joachima Breske w 2019 r. Pamiętam, że wcześniej gdzieś już je widziałam. To było chyba wtedy, gdy Pan Ryszard Szczygieł - regionalista z Bytomia Odrzańskiego - pożyczył mi egzemplarze czasopisma Neuer Glogauer Anzeiger. Wtedy jednak skupiłam się na poszukiwaniu innych informacji a pamiętnik Luise (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to pamiętnik, bo nie był tak podpisany) mówiąc kolokwialnie "olałam", bo uznałam, że to za dużo treści po niemiecku i nie mam czasu tego przetłumaczyć, ani budżetu by zlecić to komuś innemu. Dopiero jakoś w 2020 r. gdy Pan Breske zadał mi pytanie, czy już czytałam treści pamiętnika postanowiłam do tego przysiąść. Jako, że nigdy nie byłam orłem z języka niemieckiego, to tłumaczenie tekstów szło mi powoli. Czasem przetłumaczenie niektórych zdań zajmowało mi kilkadziesiąt minut. Google tłumacz i słowniki niestety też zawodziły, trzeba było drążyć temat - zgłębić wątki historyczne i kulturalne ówczesnych czasów. Pamiętam na przykład, że długo zeszło mi na przetłumaczeniu słowa "klucznica", bo nawet po polsku nie znałam tego wyrazu! W analizie wątków historycznych pomógł mi bardzo Darek Czaja - głogowski historyk i regionalista, który od początku kibicował treściom pamiętnika i z uporem maniaka powtarzał, że trzeba go wydać.

Z każdym przetłumaczonym zdaniem ja też utwierdzałam się w tym, że pamiętnik musi zostać opublikowany. Nie wiedziałam jeszcze tylko skąd wziąć na to środki. Tłumaczenie tak mnie pochłaniało, że nieraz zarywałam nocki. Ale było warto - pierwszym odbiorcą przetłumaczonych tekstów był mój mąż, który czekał z niecierpliwością na kolejne przetłumaczone zdania i fascynował się tym niemniej jak ja sama. Postanowiłam więc, póki co, przetłumaczyć pamiętnik w całości i publikować go w Internecie, na Facebooku Fundacji. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze się stało, że nie zainteresowałam się pamiętnikiem od razu. Wtedy jeszcze ani ja, ani Fundacja nie byłaby gotowa na to, by przedstawić to światu i zainteresować tym innych. Ale po tych kilku latach działania tutaj wiem, że wszystko dzieje się dokładnie wtedy, kiedy powinno się wydarzyć. Nie za szybko, nie za wolno. Po prostu tak jak być powinno. Jestem przekonana, że tym wszystkim kieruje Bóg i to on wie kiedy "wprowadzić" w historię Dalkowa kolejny wątek.

JB: Historia młodej dziewczyny, Luise, sprzed 200 lat ma w sobie coś niesamowitego. Jak myślisz, w czym tkwi wyjątkowość jej pamiętnika?

Anna:  Myślę, że historia Luise ma dwa wymiary. Jeden "sacrum" - coś dla nas nieodgadnionego, nieznanego, owianego tajemnicą. Przyznajmy - każdego z nas zastanawia jak wyglądało życie na dworze pałacowym. Jak się ubierali, wypowiadali, jakie mieli problemy, rozrywki, jak wyglądało wnętrze pałacu... W przypadku Dalkowa jest to tym bardziej zagadka, bowiem nie zachowały się żadne zdjęcia poprzednich właścicieli ani fotografie wnętrza pałacu. Drugi wymiar to "profanum" - Luise opisuje swoje życie codzienne, które nie różniło się bardzo od naszego. Też miała problemy i zmartwienia, choroby dotykały jej bliskich. Prawie straciła brata, jej matka w młodym wieku utraciła wzrok. Opisuje tęsknoty za siostrami, które opuściły rodzinny dom wyprowadzając się po zamążpójściu. Wplatała wątki miłosne, sama opisując rozwijające się w niej uczucie do przyszłego męża. Z jej zapisków okazuje się, że jej najlepszą przyjaciółką wcale nie była żadna rówieśniczka z sąsiedniego dworu, ale córka pasterza. Dowiadujemy się, że na ślub jej siostry mógł przyjść każdy mieszkaniec Dalkowa. Zaskoczeniem może być, że Luise uczyła się od kucharek gotować i piec w kuchni pałacowej by być dobrą żoną i gospodynią gdy wyprowadzi się z mężem do Głogowa.

Oba te wymiary sprawiają, że historia Luise jest nam bardzo bliska a zarazem owiana tajemnicą. To chyba sprawia, że tak chętnie czytamy jej pamiętnik.


JB: Odbyły się już dwa spotkania, podczas których w plenerze pięknego, dalkowskiego parku, słowa Luise ponownie budzą się do życia, czytane przez rozmaite osoby. Chyba można powiedzieć, że Luise miała niezwykły dar pisania, ponieważ jej słowa można sobie wyobrazić, obrazują nam "tamto" życie - wraz ze wszystkimi trudnościami i radościami? Czy masz jakiś ulubiony fragment w pamiętniku?

Anna:  Luise rozpoczynała pisanie pamiętnika gdy miała 14 lat. Skończyła mając 21 - wtedy już jej styl pisania i język był zdecydowanie bardziej skomplikowany, a treści pamiętnika były bardziej zawiłe. Ale faktycznie przez cały ten czas Luise używa bardzo poetyckiego stylu - jak to na oczytaną pannę na dworze przystało :) Czy mam swój ulubiony fragment? Zdecydowanie tak. Uświadomiłam to sobie gdy pewnego razu odczytując go grupie turystów rozpłakałam się. Myślę, że to dlatego, że bardzo się z nim utożsamiam.

Ten fragment to :

"Dalków, 6 lipca 1816 r. [...] Nie mogę sobie nawet wyobrazić abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczony w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. Ich wygląd wydaje się nam - którzy tu mieszkamy - jeszcze cenniejszy i ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości ".

JB: Powiedz nam, czy dzisiaj Ty, przebywając tu, i troszcząc się o park, ogrody, pałac... - czy czujesz ten sam zachwyt co Luise?

Anna: Myślę, że w głębi serca jestem taką samą romantyczką jaką była Luise. Może właśnie dlatego trafiło na mnie, że to ja miałam zainteresować się pamiętnikiem... Rozumiem ją bardzo dobrze i myślę, że tak samo jak ona kocham te tereny. Luise była bardzo wrażliwą osobą, dla której najważniejsze były relacje rodzinne. Jako psycholog nie mogę też nie zauważyć, że była niezwykłe empatyczna i często analizowała zachowania innych osób. Starała się je zrozumieć, wytłumaczyć, poczuć to, co mogą czuć te osoby. To kolejna rzecz która nas łączy. Miała też tendencje do zamartwiania się - zupełnie tak jak ja.

JB:  Czy możesz zdradzić nam, czy Anna Gomułka, pisze dziś swój własny pamiętnik?

Anna:  Niestety pamiętnika nie piszę. Prowadzimy za to kronikę Fundacji w tradycyjnej wersji - pisanej ręcznie z wieloma zdjęciami, wycinkami z gazet itd.


JB:  Niedawno zostałaś mamą małego Antosia, a trochę wcześniej mamą Hani. To chyba dobry moment, aby zapytać o to, czym jest dla Ciebie rodzina? Jakie wartości są dla Ciebie najważniejsze? I czy jest coś takiego w macierzyństwie, co najbardziej Cię zaskakuje?

Anna: Jeśli chodzi o wartości, to są trzy najważniejsze. Bóg, rodzina i zdrowie. Bogu zawdzięczam wszystko co mam. Rodzinie zawdzięczam, to, że jestem szczęśliwa. A dzięki zdrowiu mogę cieszyć się z tego szczęścia.

Rodzina to dla mnie podstawa. Wszystko to, co dzieje się wokół Dalkowa i pracy cieszy, ale taka jest prawda, że gdyby nie moi najbliżsi, to nie miałoby to sensu. Bóg postawił na mojej drodze wspaniałego mężczyznę - Marcina, który jest dla mnie największym wsparciem i najlepszym przyjacielem. Mamy wspólny cel i rozumiemy swoje potrzeby a to w związku niezwykle ważne.

Co mnie najbardziej zaskakuje w macierzyństwie... Słyszałam nieraz, że miłości się nie dzieli, ale, że ona się mnoży. Slogan - tak myślałam. Ale tak jest. Przy Hani musiałam nauczyć się być mamą. Uczyłam się nie tylko opieki, ale też okazywania uczuć. Teraz gdy pojawił się Antoś od razu poczułam tę niesamowitą więź. Nic nie jest w stanie zastąpić tych chwil kiedy dzieci zasypiają w moich ramionach. To niesamowite jak bardzo mimo dolegliwości ciążowych, bólu porodu i trudu połogu można czuć się kobieco dzięki dzieciom.


JB: Powołując do życia "Fundację" (Fundację Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi) na pewno miałaś jakieś wizje i marzenia. Czy możesz powiedzieć, ile z tych założeń już udało się spełnić? Jakie są Wasze plany na najbliższy czas?

Anna:  Pierwszą osobą, która dostrzegła potencjał Dalkowa był mój Tato - Józef Płocha. To on od 1999 r., gdy zakupił ten teren, rozpoczął jego systematyczną rewitalizację. Na tyle, na ile budżet i sił starczało, to odnawiał park, zagospodarowywał teren dookoła. Od zawsze marzył by powstały tu ogrody tematyczne. Przez te wszystkie lata zorganizował tutaj mnóstwo wycieczek szkolnych, w których wzięło udział do 2017 r. łącznie około 12 tysięcy dzieci i młodzieży z głogowskich szkół i przedszkoli. To on dostrzegł potencjał turystyczny Wzgórz Dalkowskich. Gdy ja tu przyjechałam mogłam rozwijać to, co on rozpoczął. Od momentu założenia Fundacji udało się zrealizować bardzo dużo projektów, mnóstwo osób odwiedziło Dalków, zachwyciło się nim, włączyło się w nasze działania, opowiedziało o tym miejscu innym... Wydarzyło się wiele rzeczy, o których nawet nie śnilismy. Kolejny rok z rzędu udaje się pozyskiwać środki na remont pałacu w Dalkowie. Założyliśmy Centrum Hortiterapii - Ogrody Zmysłów na Wzgórzach Dalkowskich, utworzyliśmy szlaki turystyczne na Wzgórzach Dalkowskich, zorganizowaliśmy warsztaty i zajęcia edukacyjne dla kilku tysięcy osób, wydaliśmy kilka publikacji. Odkryliśmy postać Luise! To nadało duszy temu miejscu. Dalków nie jest już bezimienny. Chcemy, żeby ludzie kojarzyli go z młodą i wrażliwą Luise, tak jak na większą skalę kojarzy się pałac w Kamieńcu Ząbkowickim z Marianną Orańską czy Zamek w Książu z księżną Daisy.


Jakie plany przed nami? Planów, a właściwie marzeń jest mnóstwo. Docelowo chcielibyśmy stworzyć w Dalkowie bazę hortiterapeutyczną - miejsca noclegowe, gastronomię, rozbudowywać ogrody terapeutyczne. Miejsce to byłoby skierowane głównie dla osób chorych, osób z niepełnosprawnościami lub osób starszych, ale też dla osób zdrowych, chcących zachować dobrostan psychofizyczny dzięki przebywaniu na łonie natury. Drugą rzeczą, do której dążymy, to utworzenie tzw. "muzeum domowego", w którym moglibyśmy wyeksponować i opisać pamiątki z tych terenów, które otrzymujemy od społeczności lokalnej. Pierwsza wydana przez nas książka "Korzenie Piórem Pisane Potomnym Opowiedziane" a następnie książki napisane na zlecenie Gminy Gaworzyce "Gminne opowiastki o wyjątkowych ludziach i miejscach" pokazały nam jak wiele historii i wspomnień mieszkańców zachowało się do tej pory i jak wiele pracy trzeba jeszcze włożyć by zabezpieczyć te materiały dla kolejnych pokoleń. Marzy nam się muzeum, w którym moglibyśmy posłuchać nagrań audio mieszkańców, oglądać zdjęcia rodzinne, zobaczyć przedmioty, które użytkowali nasi przodkowie gdy przyjechali tu zaraz po 1945 r. Muzeum, w którym będą kanapy i regały ze starymi książkami do wypożyczenia, kawiarenka z widokiem na park i albumy z czarno-białymi zdjęciami. Choć to tylko marzenia, to często powtarzam sobie słowa Walta Disneya "If you can dream it, you can do it", co oznacza "Jeśli potrafisz sobie coś wymarzyć, potrafisz też to zrobić".


JB: Udało Ci się rozkochać w Dalkowie bardzo dużo ludzi - mówię o tych, którzy nie znali wcześniej parku, jego historii, i historii ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali. Twój Tato też podkreśla, że wracając do Dalkowa otworzyłaś jakiś nowy etap dla jego dotychczasowej działalności. Czy czujesz, że każdy człowiek może wnieść coś dobrego do ukochanego miejsca? Jak myślisz co Ty wniosłaś do Dalkowa?

Anna: Zdecydowanie tak jest, że każdy może wnieść coś do danego miejsca! Każdy z nas ma jakiś talent, ważne żeby uświadomić sobie w czym jest się dobrym i co lubi się robić. Nigdy nie lubiłam robić czegoś, czego "nie czułam" całą sobą. Od zawsze interesował mnie człowiek i jego emocje, psychika. Ale na chwilę obecną nie wyobrażam sobie pracy w gabinecie. Dlatego właśnie w warsztatach znalazłam sposób na siebie i realizowanie pasji, jaką zawsze była i jest psychologia. Roślinne witraże to jeden z trudniejszych warsztatów, jakie tu prowadzimy. To są takie przeplatanki sznurkiem na konstrukcjach z gałęzi, które potem ozdabiamy roślinami. W każdej grupie jest kilka osób, które poddają się już na początku i uważają, że nie są w stanie tego wykonać. Z niewielką pomocą prowadzących zawsze kończy się to sukcesem. To największa satysfakcja kiedy te osoby, które z taką rezygnacją i brakiem wiary w siebie na koniec warsztatów pozują dumnie do zdjęć z wykonanym przez siebie witrażem. To mała rzecz, ale jeśli w małych rzeczach w siebie nie uwierzymy, to tym bardziej w dużych. I odwrotnie - jeśli uda nam się pokonać jakiś lęk w drobnej sprawie, to przekłada się to na ogólną samoocenę i poczucie własnej wartości. Nie jest to może zmiana na poziomie rewolucji życiowych - ale cieszę się z każdej zadowolonej osoby, która stąd wyjeżdża. Dobrze jest mnożyć dobro i widzieć jak ludzie rozwożą radość dalej wyjeżdżając z Dalkowa. W świecie pełnym negatywnego przekazu w mediach, hejtu w Internecie i samotności w tłumie dobrze jest dać choć odrobinę radości. Niech idzie dalej i mnoży się!


JB: Zatrzymajmy się na chwilę. Przymknijmy oczy... Myśląc o podwórku, mamy zazwyczaj jakieś ulubione miejsce na myśli, może też wspomnienia z dzieciństwa? Czy Ty masz takie z Dalkowa?

Anna:  Do momentu wyjazdu na studia mieszkałam w Głogowie i to tam spędziłam dzieciństwo. Ale z Dalkowem faktycznie mam jedno wspomnienie. Miałam wtedy 7 lat, to była nasza pierwsza wizyta z rodzicami w Dalkowie. Obchodziliśmy pałac dookoła. Bardzo spodobała mi się jedna przybudówka. Zatrzymałam się i jako mały łakomczuch powiedziałam, że to mógłby być mój pokój cukierkowy, w którym będą tylko słodycze. Co to było za rozczarowanie gdy weszliśmy do środka pałacu i okazało się, że ten "mój cukierkowy pokój" to była dawniej... toaleta 😉

 

JB: Przyznam, że to bardzo wesołe zakończenie naszej rozmowy. A "cukierkowy pokój" w Pałacu też brzmi całkiem dobrze, kto wie? Może kiedyś taki słodki kącik faktycznie tu powstanie. Bardzo dziękuję za rozmowę i wiele wartościowych odpowiedzi, które pozwoliły nam poznać Cię bliżej. Życzymy kolejnych sukcesów i spełnienia tych wszystkich marzeń i planów, o których zdecydowałaś się tu powiedzieć. Do zobaczenia niebawem, na kolejnej odsłonie czytania pamiętnika Luise!





Z Anną Gomułką rozmawiała Joanna Brodowska
Zdjęcia: Marcin Kopij, Joanna Brodowska








Przejrzałem kilka artykułów na temat pamiętnika i wygląda na to, że pamiętnik istnieje tylko w formie współczesnego maszynopisu - tak jak to zapisano: 

"Pamiętniki obecnemu właścicielowi przekazał potomek niemieckich zarządców. Okazało się, że zapiski Luise były publikowane w niemieckim czasopiśmie. W ten sposób przetrwały."

W tekście napotykamy takie sformułowania:

"autor fotografii i projektu tablic historycznych"
"powstaje szlak z tablicami. Na nich znajdują się fragmenty pamiętników i fotografie"

Mowa o jakiś fotografiach, ale nigdzie nie jest wyjaśnione o co chodzi - jednak odnosi się wrażenie, że chodzi o fotokopie stron z pamiętnika - nic bardziej mylnego - chodzi o fotografie na tablicach, które poustawiano w parku przy pałacu - na fotografiach ujęte są sceny z parku z modelką przebraną w strój z epoki, udającą młodą Luizę...


za fb Pamiętnik Luise von Liebermann z Dalkowa:

Cykl wspomnień sprzed 200 lat ukazuje się w ramach tłumaczenia tekstów odnalezionego pamiętnika kilkunastoletniej Luise von Liebermann - najmłodszej córki właścicieli pałacu w Dalkowie (Gmina Gaworzyce , Powiat Polkowicki, woj. dolnośląskie). Teksty w języku niemieckim przekazał w 2019 r. dalkowskiej Fundacji Hans-Joachim Breske. Tłumaczenie wspomnień było projektem własnym Fundacji na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi realizowanym w ramach działań statutowych. Tłumaczeniem tekstów zajęła się Prezes Fundacji - Anna Gomułka.


Nigdzie w internecie nie ma fotografii choćby jednej strony oryginalnego XIX wiecznego sztambucha - ani nawet okładki. Sformułowania w pamiętniku nie pasują mi do 14 letniej panienki, są pisane jakby z perspektywy osoby dorosłej 
("Mam zaledwie 14 lat", "przestronny pałac", "intarsjowana", "barokowa" )  i są jak dla mnie - zbyt opisowe, zbyt szczegółowe. Jakby były pisane z myślą o kimś - powiedziałbym nawet: z mysla o publikacji dla szerokiego grona odbiorców - do gazety.


znów siedzę przy otwartym oknie swojego pokoju, skąd mam widok na kolorowe rondo z kwiatów przed pałacowymi schodami. Nad moim sekretarzykiem wisi olejny portret mojego drogiego ojca, który mama skopiowała z oryginału, który wisi w holu na moją prośbę i który dała mi na ostatnie Boże Narodzenie.

Czasami, gdy patrzę w górę na zdjęcie, wydaje mi się, że szare oczy mojego ojca, królewskiego mistrza rycerstwa pruskiego i właściciela Dalkau – Augusta Liebermann von Sonnenberg, patrzą na mnie jakby chciały mnie upomnieć, abym pozostała wierna naszemu ukochanemu Dalkau dziś i na zawsze. 
["A duch niemieckiego bahnschulza z przyganą spogląda na polskiego sokistę, który dopuścił zagraficenia urzędowych napisów” - ??? MS]


Mam zaledwie 14 lat i jestem najmłodszą córką ośmiorga dzieci moich rodziców. Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić, abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczonym w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal, dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. 

Ich wygląd wydaje się nam – tu czujemy się jak w domu – jeszcze cenniejszy i bardziej ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości.





Przecież to jest pranie mózgu.
I to jest tak głupie, jakby pisała sztuczna inteligencja.

To jest napisane z perspektywy Niemca, który ma świadomość, że Śląsk należy teraz do Polski - stąd te nawracające wersy o braku akceptacji dla utraty domu, który był przecież sprzedany przez synów właściciela - ponad 30 lat po napisaniu tych notatek w pamiętniku!


Za fb Konserwator Zabytków:

Hans Gottlieb von Stosch w momencie swojej śmierci w 1786 r. był właścicielem większego majątku określanego jako Dominium Dalkau, na który składały się rejony Dalkau (Dalków), Reihe (Regów) i Samitz (Zameczno). Przekazał on w testamencie wszystkie dobra dalkowskie swojej jedynej córce – Caroline Wilhelmine Tugendreich von Stosch, która to dwa lata później (w 1788 r.) wyszła za mąż za Augusta Gottloba von Liebermann (syna Georga Mattiasa von Liebermann – komendanta miasta i Twierdzy Głogów). Po nieoczekiwanej śmierci Augusta w 1803 r. majątek przeszedł w posiadanie najstarszego syna – Augusta Friedricha.

Po jego śmierci w 1847 r. jego bracia przejmują dalkowski majątek, aby z czasem sprzedać go niespokrewnionemu kupcowi – Ernestowi Heimannowi z Wrocławia.*



Pamiętnik pisany był w latach 1816-1823, a więc kiedy pałac znajdował się nadal w rękach rodziny - po co więc te rzewne "abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem" czy "abym pozostała wierna naszemu ukochanemu Dalkau dziś i na zawsze"

We własnym domu 
"tu czujemy się jak w domu" ?

Przecież to głupie.




"znów siedzę przy otwartym oknie swojego pokoju"

Jakby ktoś pisał o swoich marzeniach - że znowu zamieszka w SWOIM pałacu...







Odkrywca maj 2011 i zagadkowy tekst.



strona 23 i bardzo dziwne zwroty...

Wrocław […] stoję w jego centrum […] Ten bezruch, jakby oczekiwanie na coś powoduje, że boję się poruszyć żeby nie zburzyć, nie zbezcześcić tej martwoty, jakiejś nieistniejącej, ale odczuwalnej równowagi tego miejsca.
[…] Czuje się też bliskąprzyczajoną jak ten gołąb obecność grafomaniiktóra lada numer Odkrywcy wybuchnie jak supernowa.
A gdy przymknąć oczy, gdy się uważnie wsłuchać w ciszę nieczynnych peronów, usłyszeć można wśród porywów wiatru gardłowe „Bahnhof Breslau, aussteigen” wykrzyczane przez konduktora Deutsche Reichsbahn. A duch niemieckiego bahnschulza z przyganą spogląda na polskiego sokistę, który dopuścił zagraficenia urzędowych napisów.”

A przecież wyłączyłem już wyobraźnię, jestem, jak dziś się mówi, w realu a ciągle widzę niemiecki napisWięc on jest! Istnieje!


Werwolf: 8. Mały sabotaż – podstawowa metoda Werwolf-u






/glogow.naszemiasto.pl/powalony-dekady-temu-pomnik-na-wzgorzach-dalkowskich-znow-ma-stac-to-co-po-nim-zostalo-skladaja-dzialacze-grot-u-znacie-historie-pomnika/ar/c1p2-28226661

polska-org.pl/7196733,Dalkow,Pomnik_Karoliny_von_Liebermann.html

wroclaw.tvp.pl/71658968/pamietniki-sprzed-200-lat-odnalezione-w-dalkowie

gaworzyce.com.pl/Odkryj-Gmine-Gaworzyce/Blog/Zakorzeniam-sie-w-tym-miejscu-w-rozmowie-z-Anna-Gomulka-nie-tylko-o-pamietnikach~b1394

facebook.com/pamietnikdalkow/

pl.wikipedia.org/wiki/Pałac_w_Dalkowie#cite_note-3

rp.pl/spoleczenstwo/art9367491-walesa-moj-pan-bog-jest-z-komputera-najnowszej-generacji

facebook.com/pamietnikdalkow/posts/pfbid02FuY17kxkB6pnrgr42z8Z6osAZKNLDjPP71nuqQLxbfvtE7RkEBxkaW5DDnXHbGPgl


*(materiały otrzymane od Anny Gomułki- prezes Fundacji )
za: facebook.com/100063231910477/photos/739537958163928/?_rdr




środa, 5 kwietnia 2017

W co wierzyli pradawni Słowianie


“Choć słowiańskie świątynie wciąż stanowią zagadkę, to jednak naukowcy wyróżnili kilka ich typów. Nie jest prawdą, że Słowianie modlili się tylko w świętych gajach, chociaż wygląda na to, że odprawianie modłów na łonie przyrody było jedną z najczęstszych form czczenia bogów... Z uwagi na to, że w gajach nie stawiano prawdopodobnie żadnych posągów czy budowli, archeolodzy nie są w stanie zlokalizować dziś takich miejsc. Mają jednak pomysły, jak szukać tropów. – Święte gaje były ogradzane lub wydzielone rowem - jego funkcja była nie tyle praktyczna, co przede wszystkim symboliczna" – opowiada naukowiec współpracujący z Instytutem Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika (UMK) w Toruniu - dr Paweł Szczepanik.

Tihomil
https://www.wprost.pl/…/W-co-wierzyli-pradawni-Slowianie-Wi…






Mateusz Bober Świątynie są wszędzie. Wystarczy chcieć je zauważyć.
Eliza Eliza Stypula
Eliza Eliza Stypula Skad wiadomo ze slowianie byli niepismienni ? przeciez my tego nie wiemy ... ogolnie caly ten artykul to tylko przypszczenia :)
Regnum Barbaricum Bo nie zostawili po sobie zapisków, choćby drobnych przed chrystianizacją? - 3M
Kornelia Ogrodowska
Kornelia Ogrodowska rozumiem podejście ale w sumie ile biletów tramwajowych z 80 roku zachowało się do dzisiaj :) bioąc pod uwagę nakład
Eliza Eliza Stypula
Eliza Eliza Stypula Regnum Barbaricum haha.. a jesli Slowianie pisali np na drewnie ? Przeciez wiadomo jak przebiegaly krucjaty na naszych terenach ..
Marek Witkowski
Marek Witkowski Skandynawowie i Rusini ryli swoje pismo w drewnie. Pierwsi runami, drudzy cyrylica i w obu wypadkach zachowaly sie ich zabytki z wczesnego sredniowiecza. U nas nikt takich zabytow nie znalazl, nie liczac kilku ewidentnych falszerstw z XIX w. Nie mowia ...Zobacz więcej
Eliza Eliza Stypula
Eliza Eliza Stypula Nic nie jest wiadome na 100% nawet sama nazwa Slowianie nie ma jednoznacznego zrodla pochodzenia... to tak jak z posagami w starozytnym Rzymie, uwazano, ze byly pozbawione kolorow a tu rzeczywistosc zgola odmienna, okazalo sie bowiem , ze to tylko farba "zlazla" a posagi wygladaly toche inaczej , rzeklabym ..kiczowato ;P
Bartłomiej Zenon Andrzej Andrzejewski
Bartłomiej Zenon Andrzej Andrzejewski Elizo przy twoim podejściu musisz zaakceptować też tezę że do momentu rozbicia Tobie czaszki albo dokonania sekcji nie jesteśmy w stanie na 100 procent stwierdzić że posiadasz mózg. Mimo że istnieją silne przesłanki za tym że jednak go masz ale namacal...Zobacz więcej
Eliza Eliza Stypula
Eliza Eliza Stypula Bartłomiej Zenon Andrzej Andrzejewski och tak panie Bartlomieju, pana elokwencja i znajomosc anatomii czlowieka jest tak przekonujaca, ze chyba zmienie zdanie :)
Ziemowit Kraska
Ziemowit Kraska Regnum Barbaricum Ale są rylce do drapania w glinianych tabliczkach, więc istniała silnie rozwinięta literatura starosłowiańska na terenie Polski ;-)
Maciej Synak
Maciej Synak Kornelia Ogrodowska Ciekawe, kiedy odpowiedzą... :)
Maciej Synak
Maciej Synak Regnum Barbaricum Zapiski zostawili, tylko zły Bolesław (imć boleść sławiący...) wszystkie kazał odszukać i spalić - tako rzecze nauka, czy jakoś tak....
Maciej Synak
Maciej Synak ... i tera nauka mówi, że Słowianie pisać nie umnieli...
Bartłomiej Zenon Andrzej Andrzejewski
Bartłomiej Zenon Andrzej Andrzejewski Swoją drogą to słowo w słowo kopiuj wklej ze strony PAP. Nie wiem czy można tak użyć praw autorskich.
Maciej Synak
Maciej Synak Słowianie pisali swoje listy i poematy wyłącznie na tablicach ze złota, dlatego się nie zachowały, bo jak wiadomo, zapadnicy tak są chciwi na złoto, że nawet trupom w obozach koncentracyjnych, wyrywali złote zęby...
Maciej Synak
Maciej Synak Stoi naukowiec nad starożytnym śmietniskiem i deliberuje: " Tutaj oto widzimy pozostałości misy chrzcielnej, w której MÓGŁ być chrzczony Mieszko I" I dalej - "no więc, Mieszko STAŁ tutaj w tej misie, a kapłan polewał go wodą...." - i to są tzw. FAKTY MEDIALNE, bo występują w telewizji...
Maciej Synak
Maciej Synak To na bezdechu, czy w maskach? Kto nie mioł maski, ten zaciągał ducha do nosa, aż do czerwoności....Na foto: replika starożytnej maski kultowej stosowana przez nindżasłowian, a odnaleziona pod misą chrzcielną Mieszka I w roku 1964.
Maciej Synak
Maciej Synak Replika innej maski kultowej uosabiającej Stwórcę Słowian - odnaleziona w Wiślicy pod misą chrzcielną w latach siedemdziesiątych...
Maciej Synak
Maciej Synak " Naukowiec podkreśla, że informacje na temat wierzeń Słowian przed nastaniem chrześcijaństwa na terenie Polski dosłownie nikną w mroku dziejów." - na szczęście mamy halogeny, żeby te mroki rozjaśnić.
Maciej Synak
Maciej Synak "Skrybowie jednak niezwykle rzadko pisali o ich wierzeniach" - a to dlatego, że Słowianie byli agnostykami i re-al....real.... realianami. Dlatego nie było o czym pisać.
Maciej Synak
Maciej Synak Najbardziej znany słowiański Bóg - GENEZA (Genesis) - czyli Bóg Prapoczątek - widoczna rura od maski i głupia czapka.
Maciej Synak
Maciej Synak Zbliżenie na twarz. A nie. To nie czapka, to kaptur.
Maciej Synak
Maciej Synak No, śmiejcie się... Czemu się nie śmiejecie??
 
 
 
 
 
 

W co wierzyli pradawni Słowianie? „Wiara nie polegała na wyjściu do świątyni raz w tygodniu”

 
Nie jest prawdą, że Słowianie przed nastaniem chrześcijaństwa modlili się tylko w świętych gajach. Wiemy np., że wznosili ziemskie domy dla bogów, i że ich wiara przenikała się z wieloma sferami życia. O tym, w co i jak mogli wierzyć dawni Słowianie opowiada PAP etnolog i archeolog dr Paweł Szczepanik. 
 
 
Ponieważ wcześni Słowianie byli ludem niepiśmiennym, nie posiadamy zwartego opisu ich dziejów czy wierzeń. Nie byli też grupą jednolitą: w momencie największej ekspansji Słowianie zasiedlali obszar sięgający na wschodzie niemal do podnóża gór Ural, po Łabę na zachodzie, i po Morze Śródziemne na południu.


Trudnili się głównie rolnictwem. – Dlatego w ich panteonie dominującą rolę - niezależnie od miejsca zamieszkania - zajmowały bóstwa związane z płodnością i cyklicznością. Co ciekawe, były to bardzo często jednocześnie bóstwa patronujące działaniom wojennym – opowiada naukowiec współpracujący z Instytutem Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika (UMK) w Toruniu - dr Paweł Szczepanik. Takim bogiem był na przykład Świętowit, przedstawiany w postaci rosłego posągu z czterema głowami.


Choć słowiańskie świątynie wciąż stanowią zagadkę, to jednak naukowcy wyróżnili kilka ich typów. – Nie jest prawdą, że Słowianie modlili się tylko w świętych gajach, chociaż wygląda na to, że odprawianie modłów na łonie przyrody było jedną z najczęstszych form czczenia bogów – mówi Szczepanik.


Z uwagi na to, że w gajach nie stawiano prawdopodobnie żadnych posągów czy budowli, archeolodzy nie są w stanie zlokalizować dziś takich miejsc. Mają jednak pomysły, jak szukać tropów. – Święte gaje były ogradzane lub wydzielone rowem - jego funkcja była nie tyle praktyczna, co przede wszystkim symboliczna – zauważa badacz. I dodaje, że wewnątrz tak wydzielonego obszaru nie było żadnych zabudowań.

Czy i gdzie na terenie Polski mogły się takie miejsca znajdować?

Być może na przykład na górze Ślęża, gdzie badacze natrafili na enigmatyczne mury okalające wierzchołek. Etnolog dodaje, że przedstawiciele słowiańskich elit spotykali się w dużych budowlach wykonanych z drewna - wyraźnie większych, niż typowe budynki mieszkalne. Nie były to jednak miejsca, których jedynym przeznaczeniem były modły - tam odbywały się kluczowe narady i spotkania dotyczące losów grupy.


– Należy podkreślić, że sfera sacrum nie była oddzielona od życia codziennego, jak współcześnie. Wiara nie polegała na wyjściu do świątyni raz w tygodniu i odklepaniu formułek, tylko przenikała się z wieloma sferami życia - różnymi aspektami władztwa czy sądownictwem – zauważa.


Słowianie wznosili jeszcze jeden rodzaj świątyń - ziemskie domy dla bogów. Były to budynki kryjące "ich" posągi, ale też łoża, siodła, skarbce i inne atrybuty, a wstęp do wnętrza był surowo zakazany. Nawet kapłani, którzy od czasu do czasu czyścili wnętrze takich świątyń, zobowiązani byli do zachowania zgodnie z określonymi regułami. Na przykład we wnętrzu takiego "domu boga" nie mogli oddychać, dlatego wszelkie prace wykonywali na wdechu.

Miejsce kultu w Gnieźnie?

W tym kontekście zagadkę dla naukowców stanowi przypuszczalne miejsce przedchrześcijańskiego kultu znajdujące się w Gnieźnie, częściowo pod kościołem św. Jerzego. Archeolodzy odkryli tam kamienny kopiec, w którego sąsiedztwie leżały przepalone kości, węgle, zniszczone naczynia ceramiczne. –Z dużym prawdopodobieństwem jest to miejsce ofiarne. Podobne kopce znamy również z opisów wczesnośredniowiecznego Szczecina i czeskiej Pragi –zauważa naukowiec.


Tego, że w Gnieźnie znajdowało się ważne miejsce kultu sprzed nastania chrześcijaństwa, domyślamy się przede wszystkim na podstawie doniesień, zapisanych przez XV-wiecznego kronikarza Jana Długosza. Miano czcić tam Nyję - to bóstwo identyfikowane z Plutonem, suwerenem świata zmarłych i jednocześnie bóstwem bogactwa.


O sile oddziaływania dawnych wierzeń świadczy też między innymi relacja znajdująca się w dekrecie papieża Innocentego III z dnia 8 stycznia 1207, opisująca chrześcijańskie już modły w katedrze gnieźnieńskiej – mówi Szczepanik. Kapłani mieli założone maski i odprawiali obrzędy ku czci zmarłych. W tekście tym znajdziemy również informację, że ówczesne duchowieństwo nie przestrzegało celibatu. Jak zauważa naukowiec, w tej swoistej formie ludi theatrales brali udział zarówno duchowni, jak i miejscowa ludność, która również miała ubrane maski.

Ówcześni ludzie żyli zatopieni w swoich wierzeniach, a wszystkie sfery codzienności przenikały się z religią. Także mity były powszechne w życiu. Nie były traktowane jako mitologia w dzisiejszym rozumieniu, czyli fantastycznych opowieści. Mity były dostępne, namacalne, a pojawiające się w nich postaci - osiągalne niemal na wyciągnięcie ręki, żyjąc w bezpośrednim sąsiedztwie świata ludzi - zauważa dr Szczepanik.


Skąd to wszystko wiemy? Naukowiec podkreśla, że informacje na temat wierzeń Słowian przed nastaniem chrześcijaństwa na terenie Polski dosłownie nikną w mroku dziejów. Próby ich rekonstrukcji umożliwia między innymi lektura tekstów na temat obszarów ościennych, choć najczęściej dotyczą późniejszych czasów. Zdaniem naukowca pomocna może być również analiza zabytków odkrywanych w czasie wykopalisk.

Przed nastaniem chrześcijaństwa Słowianie nie posługiwali się żadnymi formami pisma

Przed nastaniem chrześcijaństwa Słowianie nie posługiwali się żadnymi formami pisma, co dodatkowo utrudnia wgląd w ich wierzenia. Co gorsza, wiele późniejszych doniesień na ten temat spisali chrześcijanie, którzy dotarli na obszary pogańskie. –Siłą rzeczy te relacje często są bardzo subiektywne - albo wręcz negatywne – tłumaczy Szczepanik.


I dodaje, że naukowcy nie są w stanie opisać formy wierzeń i z pełnym przekonaniem wymienić panteonu bóstw w Wielkopolsce, czyli na terenie, gdzie ukształtowała się polska państwowość. Jest tak dlatego, że osoby piszące o ówczesnych Słowianach nie odnoszą się bezpośrednio do plemion żyjących dokładnie na tym terenie, tylko głównie do terenów Pomorza czy Połabia, czyli obszarów przylegających do powstającego państwa Piastów. Skrybowie jednak niezwykle rzadko pisali o ich wierzeniach.



/ Źródło: Nauka w Polsce PAP
 
 
https://www.wprost.pl/kraj/10049174/W-co-wierzyli-pradawni-Slowianie-Wiara-nie-polegala-na-wyjsciu-do-swiatyni-raz-w-tygodniu.html