Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowieczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowieczeństwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 grudnia 2025

Kultura wiecznego zderzenia

 



przedruk



Młodzi nie tworzą już związków.

Szałajko: "To efekt kultury wiecznego zderzenia, wiecznej konfrontacji, wrogości wobec siebie"


opublikowano: 25 grudnia






Gdy się zastanowimy, jak dzisiaj ludzie dobierają się w pary, czego szukają, to bardzo negatywny wpływ wywierają wszelkiego rodzaju portale randkowe. Tam ludzie, zamiast poznać siebie, kierują się takimi kryteriami jak wygląd, zasobność portfela, dobra posada - mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Katarzyna Niedźwiedź-Szałajko, dziennikarka, współautorka książki „Bezpotomni”, mama sześciorga dzieci i żona aktora Rafała Szałajko.




wPolityce.pl: Mamy w Polsce coraz większy problem z dzietnością. Dużo się mówi o promocji rodziny, o potrzebie wsparcia dla rodzin. Jednak trudno jest promować cokolwiek, jeśli ludzie przestają nawet tworzyć związki. Coraz częściej młodzi ludzie żyją jako single. Sam jestem człowiekiem zbliżającym się do 30 roku życia, ostatnio przeanalizowałem swoją klasę z liceum i okazało się, że połowa wciąż to kawalerowie i panny, wielu nawet nie tworzy żadnej poważnej relacji, a była to szkoła miejsko-wiejska, więc podejrzewam, że w miastach to może wyglądać jeszcze gorzej. Jak według pani wiedzy wygląda ta sytuacja?

Katarzyna Niedźwiedź-Szałajko: Rzeczywiście jest duży kryzys relacyjny i on jest też mocnym podłożem do statystyk, dotyczących dzietności, które są dzisiaj. To jest bardzo duża przyczyna tego, że te wyniki mamy, jakie mamy w Polsce.

Ten kryzys relacyjny ma szerokie podłoże. Jest spowodowany m.in. tym, że kobiety dzisiaj świetnie się kształcą, a co za tym idzie, wyjeżdżają do dużych miast. Według statystyk na trzy kobiety w dużych miastach, będących ośrodkami uniwersyteckimi, przypada dwóch mężczyzn. A na wsiach i w mniejszych miejscowościach jest zupełnie odwrotnie. Tam mężczyźni mają problem ze znalezieniem żony. Już samo to jest problemem. Może to zabrzmi zabawnie, ale program telewizyjny „Rolnik szuka żony” też nie wziął się znikąd. To w pewnym sensie jest odpowiedź na realny problem.

Gdy się zastanowimy, jak dzisiaj ludzie dobierają się w pary, czego szukają, to bardzo negatywny wpływ wywierają wszelkiego rodzaju portale randkowe takie jak Tinder. Tam ludzie, zamiast poznać siebie, kierują się takimi kryteriami jak wygląd, zasobność portfela, dobra posada. Kiedyś inaczej szukaliśmy małżonka. W przeszłości szukaliśmy człowieka, na którym będzie można polegać, na kim będzie można się oprzeć, z kim będzie można założyć rodzinę. To jest fundament. Teraz te kryteria zostały odwrócone. Inaczej dobieramy się w pary, a w konsekwencji związki okazują się nietrwałe, chwilowe. Ludzie ciągle szukają, a pewnym momencie po prostu przestają szukać. A gdzie w tym wszystkim miejsce na założenie rodziny, na jej powiększenie, na jej utrzymanie i trwałość?

Jak dużym problemem jest to, że młode kobiety są średnio lepiej wykształcone od młodych mężczyzn? Kobiety nie chcą się wiązać z mężczyznami gorzej wyedukowanymi od siebie?

Wojna płci, w którą nas wpędzono, jest bezsensowna. Tak naprawdę nie służy ona ani kobietom, ani mężczyznom. Oczywiście feminizm w swojej istocie u zarania jest słuszny, bo mamy prawa wyborcze, wolność, możemy pracować. Cały czas walczymy o równouprawnienie. Tylko wpędziliśmy się w tę walkę kobiet z mężczyznami i zamiast szukać tego, co komplementarne, to ciągle podkreślamy to wszystko, co nas dzieli. Trudno jest na tym zbudować porozumienie.

Kobiety chcą być bardzo niezależne dzisiaj i niosą to na „sztandarze”. Mocno podkreślają swoje prawo do robienia kariery, do równych zarobków, do parytetów i do innych feministycznych haseł. Na tych sztandarach brakuje jednak prawa do rodzenia dzieci. O to feministki nie walczą i nie stają po stronie kobiet, które chcą być matkami, żonami. Ta sfera ich nie interesuje zupełnie. Walczą o wolność rozumianą tylko w jeden sposób. Dochodzi do konfliktu interesów damsko-męskich. On nie ma sensu, ponieważ spora część kobiet, a być może nawet większość, pragnie tego, co leży w ich naturze biologicznej. To pragnienie jest jednak dzisiaj mocno zagłuszane przez narrację „świata”. Obrzydza się macierzyństwo i to, że kobieta może być żoną. Ciągle podkreśla się „okrutny patriarchat”.

Z jednej strony mamy fenimizm, ale w jego cieniu po stronie mężczyzn rozkwita „filozofia” red pillu, manosfery. Mamy wzrost popularności subkultury inceli, którzy są wrogo nastawieni do kobiet, oskarżają je o wszystkie swoje niepowodzenia. Kiedy popatrzy się na posty zamieszczane w sieci przez internautów o takich poglądach, trudno oczekiwać, że będą oni w stanie założyć normalną rodzinę. Jak pani na to patrzy?

To jest bardzo trudny temat. Ludzie żyją coraz bardziej w odosobnieniu. Wszyscy wokół siebie obserwujemy takie zjawiska jak samotność czy izolacja społeczna. A za tym idą kolejne, takie jak niskie poczucie własnej wartości, trudność w budowaniu relacji, brak umiejętności społecznych. To wszystko mieści się w tej subkulturze.

Wpływ na to ma ogromna presja kulturowa związana z sukcesem, zupełnie innym - bardzo wąskim - rozumieniem męskości. Jest to wzmacniane przez media społecznościowe, gdzie ludzie porównują się, a to doprowadza do polaryzacji i upraszczania rzeczywistości.

Sama ta subkultura mężczyzn jest nie tylko spowodowana brakiem partnerki. To jest pewien zestaw przekonań. Ten brak partnerki jest efektem kultury wiecznego zderzenia, wiecznej konfrontacji, wrogości wobec siebie nawzajem, braku wiary w siebie i braku poczucia bycia kochanym.

Wspominała pani o mediach społecznościowych. Jak one wpływają na relacje? W mojej ocenie szczególnie negatywny wpływ wywiera Instragram, gdzie często dużą popularnością cieszą się na przykład profile dzieci bardzo bogatych ludzi, które pokazują jak „wygląda” ich życie, budując nierealistyczne dla wielu wzorce finansowe, udając przy okazji, że sami to osiągnęli.

To jest duży problem. Media społecznościowe mają oczywiście swoje korzyści. Mogą inspirować, mogą wzmacniać przedsiębiorczość u pojedynczych osób, mogą spełniać funkcję „wioski” dla ludzi, którzy nie mają wokół siebie środowiska wspierającego. Mają jednak też czarną stronę. Mogą bowiem powodować zatracenie umiejętności weryfikowania rzeczywistości. Wielu ludzi to, co widzi na Instagramie, odbiera bezkrytycznie i naprawdę wierzy, że przedstawia się tam realne życie.

Problem ten jest zwłaszcza widoczny u młodych ludzi, którzy często zaczynają żyć „cudzym życiem”. W konsekwencji tracą wiarę w siebie, poczucie własnej wartości. Trudno jest spełnić wymagania, które są prezentowane w sieci. Gdyby budować swój obraz świata na treściach zamieszczonych na Instagramie, to można by odnieść wrażenie, że wszyscy ciągle piją matchę, latają dronami nad Fiordami i wciąż odpoczywają na Bali. Szare życie zwykłego człowieka wydaje się przy tym po prostu przygnębiające, a ono tak naprawdę składa się głównie z codziennych, zwykłych chwil, które rzadko wyglądają tak, jak na Instagramie. To ma bardzo duży wpływ na problemy psychiczne młodych ludzi.

Młodzi ludzie, dla których media społecznościowe istnieją od zawsze, nie mają narzędzi do weryfikowania rzeczywistości. Często nie potrafią poddać treści tam zamieszczanych krytycznemu myśleniu, zachować dystans i nie są świadomi tego, że to tylko wycinek rzeczywistości, który do tego poddany jest filtrom, jest spreparowany, tak naprawdę wyreżyserowany i co najważniejsze - cudzy. My wcale nie musimy mieć takich samych marzeń, pragnień i mieć takiego samego scenariusza na życie. Ten brak posiadania mechanizmów weryfikacji doprowadza wielu do cierpienia. Stąd tak wiele problemów psychicznych, plaga samotności, depresji i głębokiego smutku.

Widać, że młodzi ludzie często próbują sobie rekompensować brak rodziny przy pomocy zwierząt. Wielu z nich traktuje ich niemal jak dzieci. To ma być jakiś substytut bliskości?


Na pewno tak jest. Zawsze protestuję przeciwko zestawianiu rodzicielstwa z posiadaniem zwierzęcia. Bardzo je lubię, też mamy kotka i rybki, ale nigdy nie nazwałabym się „kocią mamą”.

Ludzie mają jednak instynkt, potrzebę, aby kimś lub czymś się opiekować. Chcą się dla kogoś poświęcić i to jest substytut. To bardzo smutne zjawisko mówiące o tym, że naprawdę potrzebujemy bliskości, miłości, opiekować się kimś słabszym, kimś, kto nas potrzebuje, czuć się potrzebni. I taką rolę często pełnią zwierzęta.

To jednak tylko substytut. Nie da się porównać go do posiadania dziecka. Przede wszystkim opieka nad zwierzęciem jest dużo prostsza. To jest trochę ucieczka, bo wiemy, jakie jest rodzicielstwo. To bardzo głęboka więź, głębokie uczucie na całe życie, ale też obciążająca relacja. Nie każdy chce ją dźwigać. Dużo mniej obciążająca jest opieka nad zwierzątkiem.

Polska znalazła się na 12. miejscu, jeżeli chodzi o wydatki na popularny portal Onlyfans, gdzie można kupować spersonalizowane treści erotyczne. Polacy przeznaczyli na to 87,3 miliona dolarów w ciągu roku. Dane są zatrważające, bo tak wysoka suma wskazuje, że mamy bardzo dużą grupę ludzi, którzy nawet nie tylko oglądają pornografię, ale czuje potrzebę płacenia za indywidualne treści. Raczej są to ludzie młodzi. Czy to także jest efekt plagi samotności?


Z pewnością są to głównie ludzie młodzi. To wielki problem. Warto przy tym zauważyć, że platformy społecznościowe się przenikają. Na Instagramie nie ma oficjalnie pornografii, ale są influencerzy, którzy budują na nim swoje zasięgi i przy okazji zapraszają na swoje profile na Onlyfans, gdzie jest już „szerzej” o nich. Młodzi ludzie zapatrzeni w swoich idoli wędrują za nimi i z nimi wędrują ich pieniądze.

To jest bardzo smutne zjawisko. Mówi ono o wielkiej, głębokiej samotności młodego pokolenia, które szuka iluzji relacji w tego typu miejscach i są gotowi nawet za to płacić. Na domiar złego ta głęboka patologia jest normalizowana. To już nie jest ekstremum. To już nie jest nic wstydliwego. To jest powszechne, a liczby mówią same za siebie.




wpolityce.pl/spoleczenstwo/748747-wywiad-szalajko-gleboka-samotnosc-mlodego-pokolenia




niedziela, 28 grudnia 2025

Walka ma sens








przedruk



Bliscy piszą do górników protestujących w PG Silesia: "Wasza walka ma sens. Wróćcie z poczuciem, że zrobiliście wszystko, co było trzeba"

27.12.2025 11:27
"Pamiętajcie, że nie jesteście tam sami. Jesteśmy z Wami w modlitwach, w rozmowach szeptanych po nocach, w spojrzeniach dzieci pytających, kiedy wrócicie. Wasza walka ma sens. Wasz głos ma znaczenie. A Wasza siła daje siłę nam" - napisały do protestujących szósty dzień górników z PG Silesia ich żony, partnerki, matki i siostry.

Nabożeństwo w intencji protestujących w PG Silesia / fot. PAP/Jarek Praszkiewicz

Co musisz wiedzieć:Górnicy z PG Silesia rozpoczęli w poniedziałek przed Wigilią protest pod ziemią, decydując się po zakończeniu zmiany nie wyjeżdżać na powierzchnię kopalni.
Powodem protestu jest m.in. brak objęcia kopalni PG Silesia nowelizacją ustawy górniczej i niewypłacenie świadczeń.
W Wigilię górników odwiedził Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność"


"Jesteśmy z Wami każdą myślą i każdym uderzeniem serca"

Przedstawiciele Zarządu Regionu Podbeskidzie NSZZ "Solidarność" udostępnili dziś za pomocą mediów społecznościowych list, jaki rodziny protestujących górników napisały do swoich bliskich.


Piszemy do Was z miejsc, w których na co dzień bije nasze życie - z domów, kuchni, podwórek, spod bram i okien. Choć dzielą nas metry ziemi i cisza podziemi, jesteśmy z Wami każdą myślą i każdym uderzeniem serca

- czytamy w liście.


Wiemy, że nie zeszliście pod ziemię z lekkomyślności. Zeszliście tam z godności, z odpowiedzialności, z troski o przyszłość - nie tylko swoją, ale i naszych rodzin, dzieci, całych pokoleń. Wasz protest to nie bunt, to wołanie o szacunek dla pracy, która od zawsze była ciężka, niebezpieczna i niedoceniana

- dodali autorzy.


"Każda z nas nosi w sobie lęk"


Każda z nas nosi w sobie ten sam lęk - o Wasze zdrowie, siły, oddech. Każda liczy godziny, każda nasłuchuje wiadomości. Ale obok strachu jest też duma. Ogromna, cicha duma z Waszej odwagi, wytrwałości i solidarności. Z tego, że trzymacie się razem, że nie zostawiacie nikogo w tyle

- napisały żony, partnerki, matki i siostry protestujących pod ziemią górników.


Pamiętajcie, że nie jesteście tam sami. Jesteśmy z Wami w modlitwach, w rozmowach szeptanych po nocach, w spojrzeniach dzieci pytających, kiedy wrócicie. Wasza walka ma sens. Wasz głos ma znaczenie. A Wasza siła daje siłę nam

- dodały.


Prosimy tylko o jedno - dbajcie o siebie nawzajem. Oddychajcie, odpoczywajcie, trzymajcie się razem. Czekamy na Was. Zawsze. Wróćcie do nas cali. Z podniesioną głową. Z poczuciem, że zrobiliście wszystko, co było trzeba

- zakończyły.

Przedstawiciele protestujących górników w PG Silesia udali się dziś z kolei do Domu Dziecka w Czechowicach- Dziedzicach. Przekazali dzieciom na prośbę protestujących słodycze i inne produkty, które otrzymali od swoich rodzin.
"Będą protestowali do skutku"

Już szóstą dobę trwa pod ziemią protest górników z PG Silesia. Protestujący domagają się przede wszystkim przyjazdu do Czechowic-Dziedzic ministra energii Miłosza Motyki. Wystosowali także postulaty, w których domagają się m.in. objęcia ich osłonami, jakimi są objęci pracownicy innych kopalni. Żądają także m.in. wypłacenia im zaległej barbórki.

Minister Motyka w przesłanym w czwartek piśmie zaprosił protestujących oraz związkowców na posiedzenie Trójstronnego Zespołu Branżowego ds. Bezpieczeństwa Socjalnego Górników. Ma się ono odbyć 7 stycznia w śląskim urzędzie wojewódzkim.

Do tej propozycji górnicy i związkowcy odnieśli się krytycznie. Przewodniczący KK NSZZ "Solidarność" Piotr Duda napisał na platformie X, że "wobec braku jakiejkolwiek odpowiedzi na postulaty, górnicy kontynuują protest i deklarują, że zostaną pod ziemią do skutku".

Piotr Duda opublikował także stanowisko podpisane przez liderów związków zawodowych w Silesii. Wskazali w nim, że tylko przyjazd ministra Motyki do protestujących i rozmowa z przedstawicielami załogi może doprowadzić do przerwania protestu.


"Minister Miłosz Motyka śmieje się górnikom z PG Silesia prosto w twarz. Po kompromitacji, która ma miejsce w ciągu ostatnich dni, wyjście dla niego jest tylko jedno - powinien niezwłocznie podać się do dymisji. Ten człowiek nie dorósł do pełnienia funkcji, jaka została mu powierzona"

- podkreślił przewodniczący Piotr Duda.



Autor: Barbara Michałowska
Źródło: tysol.pl/NSZZ "S" Region Podbeskidzie
Data: 27.12.2025 11:27



tysol.pl/a151697-bliscy-pisza-do-gornikow-protestujacych-w-pg-silesia-wasza-walka-ma-sens-wroccie-z-poczuciem-ze-zrobiliscie-wszystko-co-bylo-trzeba





poniedziałek, 15 grudnia 2025

Influenserzy











za fb:



OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora





RMF FM cytuje wypowiedź internetowego twórcy, który z rozbrajającą szczerością zauważa, że po wprowadzeniu zakazu jego filmy nagle przestały się „nieść”. Zamiast stu tysięcy wyświetleń – dziesięć. Dziewięćdziesięcioprocentowy spadek. Odpływ obserwujących. Niepokój o współprace reklamowe. I wreszcie kluczowe zdanie, wypowiedziane niemal mimochodem: duża część mojej publiczności poniżej 16 lat była niezwykle zaangażowana i stanowiła ważną część tego, dlaczego moje filmy osiągały takie wyniki.

I właściwie w tym jednym zdaniu zawiera się cała prawda, o której zwykle mówi się szeptem albo wcale.

Przez lata zbudowaliśmy system, w którym zasięgi, pieniądze i „sukces” twórców w ogromnej mierze opierały się na uwadze dzieci i nastolatków. Uwadze łatwej do przechwycenia, taniej, emocjonalnej, impulsywnej. Algorytm ją kocha, bo jest intensywna. Reklamodawcy ją kochają, bo jest przyszłościowa. A dorośli… dorośli udają, że to nie ma znaczenia.

Do momentu, gdy ktoś zakręca kurek.

Wtedy nagle okazuje się, że „rynek się zmienił”, że „trzeba się dostosować”, że „to nie jest idealne, ale damy radę”. Brzmi dojrzale, odpowiedzialnie, niemal stoicko. Tylko że pytanie zasadnicze brzmi inaczej: dlaczego w ogóle normalne było to, że tak ogromna część cyfrowego ekosystemu opierała się na dzieciach?

Bo przecież nikt nie mówi wprost: bez trzynastolatków moje treści nie miałyby zasięgów. A jednak dokładnie to właśnie słyszymy, tylko w bardziej eleganckiej formie.

Ta historia jest zresztą boleśnie znajoma także z innych obszarów. Gdy szkoła zaczyna wymagać – słyszymy, że „dzieci się zniechęcają”. Gdy ogranicza się bodźce – że „tracą motywację”. Gdy przestaje się karmić system najłatwiejszą uwagę – wszystko nagle zaczyna trzeszczeć. Okazuje się, że bez nieustannego dopalania emocjami, uproszczeniem i infantylizacją wyniki lecą na łeb na szyję.
I może właśnie to jest najcenniejsza lekcja z tej historii, choć raczej nie taka, jaką chcieliby wyciągać twórcy i platformy.

Jeśli twoje „wyniki” zależą od tego, że dzieci spędzają godziny wciągnięte w algorytm – to problemem nie jest zakaz. Problemem jest model, który uznaliśmy za normalny. Zakaz tylko brutalnie zdjął zasłonę.

A że ktoś dziś traci zasięgi, obserwujących i potencjalne dochody? Cóż. Być może to cena za to, że przez długi czas nikt nie chciał zapytać, na czyjej uwadze ten cyfrowy sukces naprawdę był budowany.


www.biologia.szkolnastrona.pl


-----


Influencerzy w kryzysie? Dotknęło ich nowe prawo


​Nawet 90 proc. spadek liczby wyświetleń odnotowali niektórzy influencerzy w Australii - dzień po wprowadzeniu zakazu korzystania z mediów społecznościowych dla osób poniżej 16. roku życia
.

Internetowi twórcy narzekają również na zmniejszenie liczby obserwujących. W myśl nowego prawa platformy takie jak TikTok czy Instagram mają obowiązek dezaktywować konta za młodych użytkowników.

Zarówno moje filmy na TikToku, jak i na Instagramie z wczoraj osiągnęły wyraźnie gorsze wyniki - powiedział Josh Partington, internetowy twórca komediowych treści, cytowany przez agencję Reutera.

29-latek zauważył, że jego pierwszy film opublikowany po wprowadzeniu zakazu osiągnął ok. 90 proc. niższy wynik od wcześniejszych - zamiast 100 tys. wyświetleń, uzyskał jedynie 10 tys. Partington, który ma łącznie 100 tys. obserwujących na TikToku i Instagramie, powiedział, że zakaz spowodował utratę około 1 500 obserwujących na Instagramie.

Duża część mojej publiczności poniżej 16 lat jest niezwykle zaangażowana i stanowią oni ważną część tego, dlaczego moje filmy osiągają takie wyniki - mówił twórca.

29-latek ocenił, że utrata obserwujących może wpłynąć na współpracę z markami i jego dochody, choć na razie nie panikuje.
Chociaż nie jest to idealne, jestem pewien, że mogę się dostosować i nadal rozwijać moje platformy - mówił.


Obawy o przychody z reklam

Twórcy cytowani przez agencję Reutera zgodnie przyznają, że spadła ich liczba obserwujących, głównie na Instagramie. Wskazywali też, że zmieniły się też wzorce zaangażowania - polubień, komentarzy i wyświetleń.

Jeśli trend się utrzyma, może to oznaczać problemy w branży, gdzie metryki są głównym wyznacznikiem przychodów z umów z markami i reklamodawcami.

Niektórzy influencerzy, aby utrzymać kontakt ze swoimi widzami, założyli konta na alternatywnych platformach, które nie są jeszcze objęte zakazem - wskazała agencja Reutera. Część z nich utworzyła nawet listy mailingowe.

Regulator będzie prosił wszystkie platformy objęte zakazem o raportowanie, ile kont użytkowników poniżej 16 roku życia pozostało aktywnych - zapowiedziała w czwartek minister ds. komunikacji Anika Wells.

Jednocześnie rząd poinformował, że około 200 tys. kont zostało dezaktywowanych tylko na TikToku od czasu wprowadzenia zakazu w środę.






Pieniądze nie są najważniejsze, a media nie powinny być postrzegane jako sposób na dorabianie się fortun.


Koniec ze smartfonami dla młodzierzy, soc-media od 21 roku życia.


 







rmf24.pl/fakty/swiat/news-influencerzy-w-kryzysie-dotknelo-ich-nowe-prawo,nId,8048638



wtorek, 14 października 2025

Świat potrzebuje ludzi, którzy myślą.



Bardzo dobry komentarz




przedruki z fb



OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora

12 października o 21:25 ·

Dzisiaj przeglądałem podręczniki do biologii sprzed kilkunastu lat i uderzyło mnie, jak bardzo zmieniła się szkoła i wymagania. Tamte książki może nie były kolorowe, nie miały efektownych grafik ani gotowych podsumowań po każdym akapicie, ale miały coś znacznie ważniejszego – treść. Wiedza była pogłębiona, procesy wyjaśnione krok po kroku, a zagadnienia przedstawione w kontekście całego systemu biologicznego. Dziś podręczniki są piękne wizualnie – duże ilustracje, ikony, ramki, wyróżnienia – ale coraz częściej po ich przeczytaniu zostaje wrażenie, że człowiek obejrzał prezentację, zamiast się czegoś nauczyć.

Współczesne materiały są coraz krótsze, uproszczone, pozbawione głębi. Zamiast zrozumienia – mamy hasła. Zamiast logicznych powiązań – kolorowe ramki z definicjami. I coraz częściej słyszymy, że szkoła powinna „uczyć krytycznego myślenia”, a nie „przeładowywać wiedzą”. To brzmi atrakcyjnie, nowocześnie i łatwo w to uwierzyć – w końcu żyjemy w czasach, w których informacje są dostępne w kilka sekund, a AI może podpowiedzieć odpowiedź w mgnieniu oka.
Tyle że nie da się myśleć krytycznie bez wiedzy. Krytyczne myślenie nie jest zdolnością oderwaną od faktów. To umiejętność analizy, porównywania, wyciągania wniosków – a do tego potrzebny jest materiał do przemyślenia. Nie można analizować zjawisk biologicznych, jeśli nie zna się podstaw fizjologii. Nie da się prowadzić sensownej dyskusji o ekologii, jeśli nie rozumie się, czym jest fotosynteza czy łańcuch pokarmowy. A przecież właśnie te fundamenty pozwalają na samodzielne wnioskowanie, a nie tylko powtarzanie gotowych opinii.

Uczenie się faktów i pojęć w przemyślany sposób ma swój głęboki sens. Powtarzanie, utrwalanie i łączenie informacji rozwija układ nerwowy, wzmacnia koncentrację i przygotowuje mózg do bardziej złożonego myślenia – a dopiero wtedy krytyczne myślenie zyskuje prawdziwą moc.
Zajęcia fakultatywne w liceum pokazują, że ograniczona baza wiedzy staje się przeszkodą. Nawet najbardziej wartościowe dyskusje czy analizy nie mają sensu, jeśli uczniowie dysponują tylko uproszczonymi informacjami i nie mają kontekstu, który pozwala na prawdziwe rozumienie zjawisk.
Dziś szkoła coraz częściej stawia na szybkość, atrakcyjność i estetykę. Podręczniki są coraz ładniejsze, bardziej przejrzyste, kolorowe. Tylko że piękno graficzne nie zastąpi treści, która wymaga wysiłku i skupienia. Ograniczanie nauki do uproszczonych schematów i haseł pozbawia uczniów narzędzi do samodzielnego myślenia.

Nie chodzi o powrót do przesadnego wkuwania, ani o przytłoczenie uczniów nadmiarem faktów. Chodzi o znalezienie równowagi – o to, by krytyczne myślenie rosło na solidnym fundamencie wiedzy. Bo tylko wtedy można naprawdę rozumieć świat, analizować go i wyciągać własne wnioski.
Wiedza i myślenie krytyczne nie są sobie przeciwstawne. To dwa filary prawdziwej edukacji, które się uzupełniają. Bez wiedzy krytyczne myślenie staje się powierzchowne i pozorne, a sama szkoła – miejscem efektownych skrótów zamiast prawdziwego poznawania świata.




OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora






Przepraszam, nie mogę tego zostawić bez refleksji...

Pod ostatnim postem o podręcznikach pojawiło się wiele komentarzy. Sporo osób napisało, że podręczniki muszą się zmieniać, bo zmienia się rzeczywistość. Że szkoła powinna się „dostosować do nowych czasów”, że „świat poszedł do przodu”, więc i edukacja powinna nadążać.
Brzmi logicznie. Problem w tym, że to tylko pozorna logika.

Mam głębokie przekonanie, że to nie rzeczywistość powinna kształtować szkołę, ale szkoła powinna kształtować rzeczywistość.

Bo jeśli zgodzimy się na tę odwróconą relację, to edukacja przestanie być miejscem tworzenia sensu — a stanie się jego odbiciem. Zamiast wychowywać młodych ludzi, będziemy ich jedynie „formatować” pod to, co akurat modne, szybkie, płytkie i wygodne.


W imię „dostosowania się do współczesności” przyzwyczailiśmy się do skrótów: mniej treści, więcej „kompetencji”, mniej wiedzy, więcej „projektów”. Wszystko po to, by „uczeń czuł się dobrze”. Tylko że nikt nie zapytał, czy uczeń rozwija się dobrze.

Bo rozwój nie polega na tym, że jest łatwo. Rozwój zaczyna się tam, gdzie pojawia się wysiłek, niepewność, próba i błąd.

Wiele osób powtarza, że „nie ma sensu uczyć się na pamięć”, bo przecież wszystko można znaleźć w internecie. To bardzo wygodne, ale bardzo błędne myślenie.

Uczenie się na pamięć nie jest po to, żebyśmy za 30 lat potrafili coś wyrecytować.
Nie chodzi o recytację — chodzi o strukturę umysłu.

Pamięć nie jest wrogiem myślenia. Jest jego warunkiem.
Psycholog poznawczy Daniel Willingham napisał wprost: „Pamięć to pozostałość po myśleniu.”
To, co utrwalamy w pamięci, staje się budulcem, z którego powstaje rozumienie.

Nie można analizować, jeśli nie ma się czego analizować. Nie można krytycznie myśleć, jeśli w głowie nie ma treści, które można poddać refleksji.

John Sweller, autor teorii obciążenia poznawczego, wykazał, że bez solidnej bazy faktów uczniowie nie są w stanie skutecznie rozwiązywać złożonych problemów. Bo umysł, który za każdym razem musi „googlować” podstawy, nie jest w stanie przejść do poziomu głębszego rozumienia.

Kiedyś szkoła była miejscem, w którym świat uczył się porządku. Dziś coraz częściej staje się miejscem, w którym świat wprowadza chaos.
Bo skoro „rzeczywistość się zmienia”, to znaczy, że za chwilę wszystko trzeba będzie zmieniać jeszcze raz. W tym rytmie nic nie ma prawa się utrwalić — ani wiedza, ani wartości.

Nie chodzi mi o to, by zatrzymać czas i uczyć z pożółkłych podręczników. Chodzi o coś znacznie ważniejszego: o to, żeby nie zatracić sensu uczenia się.

Podręcznik nie ma być modny. Ma być mądry.
Nie ma „dostosowywać się” do rzeczywistości — ma ją kształtować, pokazując, że można rozumieć więcej i głębiej.

Jeśli szkoła zacznie ślepo odzwierciedlać świat, przestanie mieć jakikolwiek sens. Bo świat nie potrzebuje ludzi, którzy tylko reagują.


Świat potrzebuje ludzi, którzy myślą.


www.biologia.szkolnastrona.pl




OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora ·


Wczoraj o 06:26 ·



Coraz częściej słyszę głosy – pełne przekonania, empatii i troski – że szkoła w obecnej formie nie ma sensu.
Że uczniowie niczego nie pamiętają, że wiedza nie „przykleja się” do pustych miejsc.
Że zamiast treści potrzebne są emocje, projekty, doświadczenia, a nade wszystko – dobre samopoczucie.
Brzmi pięknie. Ale właśnie w tym tkwi największe niebezpieczeństwo.
Bo oto próbujemy z edukacji zrobić coś, czym nigdy nie była – proces bez wysiłku.
W imię „dobrego samopoczucia ucznia” coraz częściej zapominamy, że nauka z natury rzeczy wymaga trudu, a nie „przyklejania się” do tego, co już znamy.
Nowa wiedza nigdy nie przykleja się do komfortu – przykleja się do wysiłku, powtórzeń, błędów i frustracji.
Tak właśnie działa mózg. To, co zapamiętujemy naprawdę, to nie tylko to, co nas „zaciekawiło”, lecz to, nad czym się solidnie napracowaliśmy.
Mówi się dziś: uczniowie wiedzą za mało, więc nic się nie utrwala.
A może odwrotnie – utrwala się tak mało, bo wymagamy od nich coraz mniej?
Bo zamiast oczekiwać systematyczności, tłumaczymy sobie, że „nie ma sensu ich zmuszać”?
Nie, szkoła nie jest fikcją – fikcją jest przekonanie, że można dojść do głębokiego rozumienia świata, nie mając solidnych podstaw.
Nie da się zrozumieć historii bez znajomości dat i faktów.
Nie da się pojąć biochemii bez pamięciowego opanowania nazw i właściwości związków chemicznych.
Tak samo jak nie da się niczego naprawdę opanować bez codziennej, cierpliwej pracy.
Wielu dorosłych wspomina szkołę z mieszanymi uczuciami – napięcie, wymagania, wysiłek.
Ale to właśnie ta szkoła nauczyła ich wytrwałości. Nie ta, która stawiała na „dobrą atmosferę”, lecz ta, która wymagała.
Tak, emocje są ważne – ale nie mogą być fundamentem nauczania.
Bo wtedy szkoła staje się placem zabaw z elementami edukacji, a nie miejscem, w którym człowiek przekracza własne granice.
I tu warto dodać: wymagania nie stoją w sprzeczności z życzliwością.
Dobry nauczyciel nie jest surowym strażnikiem, ale przewodnikiem, który wie, że bez wysiłku nie ma rozwoju.
To właśnie autentyczna troska sprawia, że nie obniża poprzeczki – bo wierzy w możliwości ucznia.
Można być serdecznym i jednocześnie konsekwentnym.
Ciepło i dyscyplina nie wykluczają się – razem budują zaufanie i poczucie sensu.
„Uczeń zapamięta, jak się w szkole czuł” – to prawda.
Ale jeśli zapamięta tylko to, że było miło, łatwo i przyjemnie – to znaczy, że szkoła nie spełniła swojej roli.
Bo szkoła nie ma być miejscem komfortu. Ma być miejscem rozwoju. A rozwój zawsze kosztuje.
Nie emocje budują człowieka, lecz zdolność panowania nad nimi.
Nie uśmiech nauczyciela, lecz jego konsekwencja.
Nie projekty, lecz systematyczna praca.
Uczniowie spędzają w szkole jedną trzecią życia.
Tym bardziej więc szkoła nie powinna być tylko przyjazna – powinna być wymagająca i sensowna.
Bo młody człowiek, który nie nauczy się radzić sobie z wysiłkiem, z czasem nie poradzi sobie z życiem.
I to nie jest brutalna prawda.
To jest troska – w najczystszej postaci.




I jeszcze...







Marcin Andryszczak ·
Obserwuj

12 października o 18:26 ·



O tym nie widzieliście...
PAPIER TOALETOWY.

Niezwykle rzadko zdarza się, że się denerwuję czy czymś złoszczę.
Każdy kto mnie zna wie, że radosny że mnie człek.
Ale są takie momenty, że...

Co jest niezbędne, kluczowe by kraj właściwie się rozwijał?
Nauka, badania, rozwój nauki i techniki.
A mówiąc precyzyjnie - inwestycje właśnie w te dziedziny gospodarki.
Wysoki poziom rozwoju naukowo-technicznego i wyedukowani ludzie sprawiają, że kraj jest podmiotem a nie przedmiotem.
Nadaje kierunek i wyznacza trendy w rozwoju.
A dzięki komu młodzi ludzie chcą być naukowcami?
Dzięki nauczycielom, którzy potrafią przekazać im pasję do nauki, wiedzę i ukształtować właściwy mindset.
Żeby się chciało.

Że trzeba pracować, ciężko pracować, ucząc się i zdobywać wiedzę wielokierunkowo.
Że prace domowe jednak trzeba odrabiać.
Kadra nauczycielska to kluczowa grupa specjalistów bez której żaden kraj nie ma szans na rozwój.
Moja córka ma 26 lat i jest absolwentem filologii angielskiej na UW.
Od wielu lat konsekwentnie dążyła do spełnienia swojego marzenia - zostać nauczycielem i taką specjalizację wybrała.
Niezwykły talent językowy, wiadomo po tacie
Genialna lingwistka mówiąca w czterech językach.
Angielski to międzynarodowy język świata nauki.
Daje dostęp do zasobów wiedzy.
Jest bazą do wszystkich dziedzin nauki.
Polski system edukacji zaproponował jej warunki gorsze niż mają pracownicy Biedronki.
Od ubiegłego tygodnia moja córka jest już w Tokio i tam zostaje.
Forever.

Japończycy kłaniający się nisko z szacunkiem, że ktoś z taką wiedzą chce dzielić się nią z japońskimi uczniami.
Będzie uczyć japońską młodzież angielskiego na uczelni.
Nie miała wyjścia.
Bo wybór był głodowanie vs godne życie cenionego specjalisty.
Posługuje się już płynnie japońskim, ale rząd Japonii wymaga zdania państwowego egzaminu z języka japońskiego na jeszcze wyższym poziomie, by dostała zgodę na nauczanie w ich systemie edukacji.
Wiadomo, że absolwent filologii polskiej ma znacznie większy zasób słownictwa niż my.
Ona teraz właśnie wchodzi na ten poziom w języku japońskim i przez najbliższy rok będzie uczyć się na tokijskiej uczelni szlifując język...
Przy bramie jednego z uniwersytetów w RPA znaleźć można tablicę:
"Zniszczenie jakiegokolwiek narodu nie wymaga użycia bomb atomowych czy rakiet dalekiego zasięgu.
Wystarczy obniżyć jakość kształcenia.
Obniżyć poprzeczkę na egzaminach czy też pozwolić uczniom oszukiwać podczas egzaminów.
Upadek oświaty to upadek narodu".
Jako człowiek Nauki, nie zajmuję teoriami spiskowymi (chyba, że ich tłumaczeniem), ale momentami mam takie wrażenie, że ktoś to robi celowo.
Choć jak sądzę prawidłowa odpowiedź jest prostsza.
Głupota i zerowe kompetencje decydentów zajmujących się edukacją, którzy nie słuchają tego co mówią najlepsi z naszych nauczycieli.
A gdy spróbujemy ich porównać z takimi gigantami historii polskiej edukacji jak Stanisław Konarski, czy Napoleon Cybulski.

Ech.
Rynce opadowywują...
Nie chce mi się wierzyć, że ekipa zajmująca się edukacją nie kuma, że ich działka jest kluczowa dla naszego państwa.
A ich rolą jest sprawienie żeby tacy młodzi Geniusze jak moja córka i inni młodzi pasjonaci, zdobywcy laurów na międzynarodowych olimpiadach naukowych, chcieli tu zostać i pracować dla polskiej gospodarki.
Oni wszyscy wyjadą, nie miejmy złudzeń.
Właśnie przyznano tegoroczne nagrody Nobla.
Te najbardziej mnie kręcące - techniczne, dotyczą przeniesienia zjawisk kwantowych z mikroświata do makroświata, oraz na stworzeniu nowych, rewolucyjnych materiałów porowatych, które mają potencjał do rozwiązania kluczowych globalnych problemów, takich jak kryzys klimatyczny, czystość wody i rozwój medycyny.

Dzięki nagrodzonym w tym roku naukowcom rozwijamy komputery kwantowe.
Możemy rozwijać kryptografię kwantową i konstruować czujniki i detektory stosowanie medycznej diagnostyce obrazowej.
A rozwój porowatych materiałów metalo-organicznych (Nobel z chemii) daje ludzkości możliwość wykonania technologicznego skoku.
Bo umożliwia nam wychwytywanie i magazynowanie gazów cieplarnianych, zwłaszcza dwutlenku węgla oraz oczyszczanie wody i powietrza z zanieczyszczeń.
Możemy zaprojektować nowej generacji nośniki do celowanego dostarczania leków chociażby w onkologii.
Magazynować wodór - energetyka.
Czy pozyskiwać wodę z suchego, pustynnego powietrza.
Co zrobiło nasze ministerstwo w tym samym czasie, gdy nagrody Nobla ogłaszano?
Well...
Nie przyznało finansowania na kolejne lata dla Obserwatorium w Piwnicach, jednego z najważniejszych radioobserwatoriów w Europie, pełniącego kluczową rolę w trwających, międzynarodowych projektach badawczych.
Ogólnie polskie placówki badawcze złożyły 186 naukowych wniosków infrastrukturalnych z prośbą o wsparcie finansowe, w różnych dziedzinach.
Pozytywnie oceniono zdecydowaną większość bo 175.
Ministerstwo przyznało finansowanie jedynie 11.
No rzesz...

To jest tak po ludzku mówiąc całkowita zapaść w finansowaniu infrastruktury badawczej w Polsce.
I jak to zestawić z informacją, że senat przeznaczył blisko 60 tysięcy złotych na promocję w Londynie pani Aleksandry Sarny i jej dwóch książek o tytułach "Debil" i "Alfons".
Łatwo się domyślić o czym, o kim są te "książki".
Ja rozumiem, że jest ktoś kto je zechce kupić i przeczytać.
Wolny kraj, a rynek zdecyduje o ewentualnym sukcesie autora.
Ale czy na to mamy wydawać takie sumy pieniędzy, gdy w województwie mazowieckim są bodajże tylko 4 punkty szczepiące dzieci przeciwko COVID-19, a psychiatria pediatryczna nie istnieje?
Serio pani minister?
Najgorsze w tym jest to, że już mnie przestały oburzać coraz częste przypadki ludzi, którzy potrafią w zasadzie już grozić tekstami w stylu:
"Co, dalej uśmiercacie ludzi? To już niedługo, bo latarni tu mamy dużo".
Bo prowadzę punkt szczepień.

Przestało mnie to ruszać.
Ale czym tu się oburzać gdy biblioteka publiczna w będącym rzut beretem ode mnie Piasecznie organizuje spotkanie wyznawców czegoś co nazywa się "Biologia Totalna".
I w takim miejscu jakim jest biblioteka publiczna, ktoś bredzi, że czerniak powstaje od zgrubienia skóry, gdy ktoś nas obraża czy oczernia, albo gdy facet podgląda kobietę pod prysznicem...
Nasza nauka upada.

A jej najlepsi adepci wyjeżdżają i wyjadą z Polski.
Nie jesteśmy krajem z dykty i kartonu.
Tylko z papieru toaletowego.
Mojej Alusi życzę by jej wszystkie naukowe marzenia spełniły się w Kraju Wschodzącego Słońca.







P.S.

Patrz!











OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora ·
Obserwuj

2 godz. ·



Dziś rano odebrałem telefon z jednej z redakcji.
Propozycja wywiadu – temat: edukacja. Pomyślałem, że wreszcie będzie okazja porozmawiać o tym, co naprawdę ważne – o szkole, nauczycielach, dzieciach, o tym, jak wygląda codzienność w tysiącach klas w całym kraju.
Po kilku minutach rozmowy okazało się jednak, że nie o to chodziło. Nie o edukację, nie o refleksję nad systemem, nie o dobro uczniów.
Chodziło o to, by skrytykować „drugą stronę”, dopasować rozmowę do bieżącej narracji.

W edukacji nie ma drugiej strony.
Nie ma frontów, nie ma wrogów, nie ma barw politycznych.
Są dzieci, które mają prawo do dobrej szkoły.
Są nauczyciele, którzy – mimo wszystko – próbują uczyć, wychowywać i wspierać.
Są rodzice, którzy chcą wierzyć, że szkoła pomoże ich dzieciom zrozumieć świat.
To powinno nas łączyć.
A jednak żyjemy w czasie, w którym wszystko próbuje się rozdzielić na „za” i „przeciw”.
Każdy temat staje się pretekstem do podziału – nawet edukacja.
I to już nie jest tylko problem polityczny. To problem kulturowy, społeczny, a może nawet moralny.
Bo kiedy przestajemy rozmawiać o edukacji wspólnym językiem,
kiedy w miejsce troski o ucznia pojawia się potrzeba udowodnienia racji, kiedy nauczyciel przestaje być autorytetem, a staje się „przedstawicielem środowiska” – to znaczy, że naprawdę się zagubiliśmy.
Edukacja powinna być przestrzenią porozumienia, a nie polem bitwy.
Miejscem, gdzie uczymy się słuchać, rozumieć i szukać wspólnego dobra.
Bo jeśli nawet szkoła stanie się częścią politycznego sporu,
to nie tylko ona przegra – przegrają nasze dzieci.




niedziela, 28 września 2025

Nadmierna kontrola

 

trauma to nie dyskomfort

brak rozeznania, co znaczą poszczególne określenia i bełkotanie za telewizorem

a zaczyna się od: "strasznie ciemno"

automatyzm - mówienie bezrefleksyjne, bez zastanowienia

bardzo groźne


fakt - istnieje przemoc psychiczna, głównie ze strony mężczyzn - nie wszyscy są pasywnie agresywni, ale większość


każda forma wtrącania się do cudzych spraw, nawet subtelna, "nieudowodniona" (ton głosu, mimika itp.) - jest agresją


można to określić jako:

- brak szacunku do innych

- "muszę mu to powiedzieć, bo inaczej pęknę jak balon!"

- agresja skryta za okrągłymi zdaniami


przyczyną może być:

- chęć osiągnięcia jakiegoś zysku

- strach przed oceną (wartościowaniem) innych 

- kompleksy

- subtelna agresja psychiczna ze strony innych (ton głosu, mimika itp.)

- "nakaz" społeczny ("mężczyźni walczą zawsze,  konkurują, bo mają to we krwi")

- "obyczaje" ("każdy tak robi")

itp.






chciwość i brak odpowiedzialności


twórcy portali społecznościowych tworzą je w taki sposób, by wykorzystać niedojrzałość układów nerwowych nastolatków, oraz to, że ci są szczególnie podatni na mechanizm uzależnienia

wykorzystując celowo mechanizm uzależnienia - twórcy treści są agresywni wobec odbiorców

jest to napaść w czystej postaci


komputery i świat wirtualny jest wyłącznie dla osób dorosłych


pierwsze, co można zrobić  nie kupować smartfonów, tylko telefon z przyciskami i minimalnym wyświetlaczem

zakaz smartofonów do 25 roku życia dla osób niepracujących



youtube.com/watch?v=_VeZflfBBkk

21






wtorek, 5 sierpnia 2025

Dobrze powiedziane

 


przedruki


MYŚLENIE WYMAGA PRZERWY. PROPAGANDA JEJ NIE DAJE.

"Im bardziej propaganda opiera się na bieżących wiadomościach, tym mniej miejsca zostawia na namysł. Człowiek zanurzony w strumieniu newsów musi pozostać na powierzchni zdarzeń — niesiony ich biegiem, bez chwili wytchnienia, by się zatrzymać i zastanowić. Nie zyskuje więc dystansu ani do siebie, ani do swojego położenia, ani do społeczeństwa, w którym żyje.

Nie analizuje pojedynczych faktów, nie łączy ich w całość. Jak już wiemy, ludzki umysł ma trudność z ogarnięciem kilku wydarzeń jednocześnie i złożeniem ich w spójny obraz. Jedna myśl wypiera drugą, nowe informacje wypychają stare. W takich warunkach nie da się myśleć — można jedynie reagować.

Współczesny człowiek nie rozumie problemów, z którymi się mierzy. Odczuwa je, odpowiada na nie emocjonalnie, ale nie bierze za nie odpowiedzialności. Co gorsza, nie zauważa sprzeczności między kolejnymi faktami. Jego pamięć działa wybiórczo, a zdolność zapominania — jest praktycznie nieograniczona. Dla propagandy to sprzyjające warunki: każda narracja, nawet jawnie niespójna, może zniknąć z pamięci społecznej po kilku tygodniach.

Dodatkowo działa mechanizm obronny — ludzie instynktownie odsuwają nadmiar informacji i niespójności, by chronić poczucie tożsamości. Najprostszą strategią jest zapomnienie tego, co było wcześniej. Tyle że taka strategia ma cenę: człowiek traci ciągłość własnego życia. Zamiast łączyć przeszłość z teraźniejszością, żyje tylko tym, co „tu i teraz” — w serii oderwanych chwil, bez spójnej narracji i bez refleksji".

Jacques Ellul - Propaganda











Rolnik z Opolszczyzny z pełną kulturą zmiażdżył reprezentantkę „elyty” rządzącej


29 lipiec 2025 09:49







- Reprezentuje Oddolny Ogólnopolski Protest Rolników. Na portalu internetowym ceneronicze.pl ukazał się artykuł, w którym jest wzmianka o spotkaniu pana premiera Donalda Tuska w Pabianicach, na którym to spotkaniu zwróciła się z apelem do pana premiera pani, [...] Anna Jurczak, która jest asystentką europosła Dariusza Jońskiego. 

Otóż stwierdziła, że rząd polski na czele z premierem powinien zająć się edukacją wsi i rolników, ponieważ wieś jest zabetonowana pisowską propagandą i telewizją Republika. Powiem tak, szanowny premierze, droga pani Anno, jestem rolnikiem, jestem mieszkańcem wsi, mam wielu sąsiadów.

Osobiście uważam się za człowieka, który nie wymaga edukacji, ponieważ jest całkiem przyzwoicie wykształcony. Skończyłem studia rolnicze, do tego studiowałem na kierunku humanistycznym. Dzisiaj wieś obfituje w ludzi wykształconych. My dzisiaj możemy edukować miasto o tym, jak skomplikowana jest praca rolnika, jak trudnym jest proces wytworzenia pryzmy pszenicy, która będzie zamieniona z czasem w pieczywo, w bułeczki, w chleb – słyszymy w materiale filmowym opublikowanym w mediach społecznościowych Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników.


- Powiedzenie z pani strony o tym, że nawet ludowcy sobie odpuścili wiejski elektorat, sugeruje, że Koalicja Obywatelska i Platforma zrobiły to już dawno, a szkoda. My na wsi staramy się pracować ponad podziałami politycznymi. Nas stać na sympatię dopóty, dopóki rządzący dbają o nasze interesy. Dbają o nasze interesy, dbają o interes Polaków, wszystkich Polaków i mieszkańców Unii Europejskiej. My nie widzimy w Unii samego zła, a widzimy też dobre rzeczy. Natomiast widzimy też problem z pewnym kierunkiem zejścia na manowce już w tej chwili. Proszę nie traktować mieszkańców wsi z góry, proszę nam nie wmawiać sympatii politycznych, bo tak naprawdę może to spowodować uskrajnienie nastrojów na wsi i możemy zacząć naprawdę głosować na dziwnych ludzi. Póki co zachowujemy naprawdę złoty środek w poglądach, oglądamy różne telewizje po to, żeby być bliżej prawdy, a nie ulegać próbie indoktrynowania z jednej czy z drugiej strony. Szanujmy rolników. Pani Anno, panie premierze, naprawdę nie stereotypujmy, bo to jest krzywdzące – apeluje Krzysztof Piech.



Zdarza się czasem, że pewne zjawiska rozrastają się tak powoli, tak niezauważalnie, że nie dostrzegamy ich, póki nie wrosną w nas jak obce ciało, aż pewnego dnia czujemy, że coś jest nie tak, ale nie potrafimy powiedzieć co.
Oddzielenie myśli od działania, o którym pisał Jacques Ellul, jest właśnie takim procesem.
Subtelnym, rozpełzłym, wrośniętym głęboko w strukturę nowoczesnego życia. I nie chodzi tu o jakiś nagły rozdział, który można by wskazać palcem na osi czasu. To raczej przesunięcie wewnętrznej równowagi człowieka, które odbywa się cicho, często pod przykrywką postępu, racjonalizacji, wydajności.
Działanie, które nie ma już fundamentu w myśli, staje się funkcją, odruchem zaprogramowanym przez schematy, instrukcje, systemy. Myślenie, które nie ma już możliwości urzeczywistnienia się w działaniu, zamienia się w estetyczne hobby: kontemplację bez sprawczości, rozważania bez konsekwencji, intelektualną samotność. A przecież dawniej, a może jedynie w wyobrażeniu o dawnym, człowiek działał tak, jak myślał. Albo odwrotnie: myślał, bo musiał działać, i każda myśl miała w sobie ryzyko przekucia jej w czyn.
Dziś ci, którzy myślą, rzadko mają dostęp do dźwigni rzeczywistości. Ich narzędzia to słowa, obrazy, analizy. Działają, ale raczej w przestrzeni symbolicznej. Ich wpływ, nawet jeśli szeroki, rzadko ma kształt bezpośredniego działania. Natomiast ci, którzy działają, czy to w korporacjach, administracji, logistyce czy nawet medycynie, robią to wedle algorytmów, schematów, wytycznych, nie mając czasu ani przestrzeni na refleksję. Myśl zostaje oddelegowana, działanie zostaje zautomatyzowane. Powstaje rozdział, który pozornie ma sprzyjać wydajności, ale w istocie pozbawia jednostkę podmiotowości. Bo człowiek przestaje być całością: staje się funkcją w systemie albo obserwatorem bez wpływu.
Najbardziej dojmujący jest jednak ten rozdział wewnętrzny. W pracy człowiek nie myśli, poza pracą nie działa. W godzinach dziewiątej do siedemnastej jest trybikiem, w najlepszym razie sprawnym. Wieczorem, jeśli ma siłę, staje się sobą. To wtedy medytuje, czyta, słucha podcastów, rozwija pasje, "pracuje nad sobą". Ale nie są to działania mające wpływ na świat, to raczej próba odbudowania siebie po dniu, w którym był tylko narzędziem cudzych planów. System nie chce, by myślał wtedy, kiedy działa, bo myśl spowalnia. A kiedy już może myśleć, nie chce, by działał, bo działanie wymaga miejsca w strukturze, której już nie kontroluje.
I tak powstaje paradoks współczesnego człowieka: ma dostęp do ogromnych zasobów wiedzy, ale nie ma władzy, by ją zastosować. Ma narzędzia ekspresji, ale nie ma siły przebicia. Jest zachęcany, by szukać siebie, ale tylko w wolnym czasie, bo w czasie pracy ma być czymś innym niż sobą. System podsuwa mu iluzje sprawczości: "rozwijaj się", "bądź sobą", "ucz się całe życie". Ale to wszystko jest wstawione po godzinach, jak hobby, które nie wchodzi w interakcję z rzeczywistością, w której żyje.
Nie chodzi więc o to, że ludzie przestali myśleć albo działać. Problem polega na tym, że nie mogą robić obu rzeczy naraz. A bez tej jedności człowiek przestaje być pełny. Pozostaje tylko pytanie: czy da się jeszcze to zszyć, czy da się jeszcze tak ułożyć życie, by to, co robimy, wynikało z tego, co myślimy, i odwrotnie? Czy może ta osobliwa schizofrenia nowoczesności jest już zbyt głęboko wpisana w strukturę świata, którego nie stworzyliśmy, tylko w nim zamieszkaliśmy?




.cenyrolnicze.pl/wiadomosci/wiesci-rolnicze/pozostale-wiesci-rolnicze/39643-rolnik-z-opolszczyzny-z-pelna-kultura-zmiazdzyl-reprezentantke-elyty-rzadzacej


sobota, 19 kwietnia 2025

Rafała Brzoskę odchodzi z zespołu ds. deregulacji

 


Wniosek ten sam co zwykle:


TO państwo jest wrogie obywatelom, ale to nasze państwo, nasz kRaj, dlatego musimy je odzyskać i usunąć złe przepisy, zmienić prawo, stworzyć dobry system, który zapewni nam bezpieczeństwo, rozwój i - szczęśliwe życie.






Rafał Brzoska odchodzi od Tuska. Mówi o patologiach systemu



Bagins
19-04-2025 11:50



Rafał Brzoska, przedsiębiorca i szef InPostu, kończy z końcem maja swoją rolę w rządowym zespole ds. deregulacji. Tym samym symbolicznie zamyka się kolejny rozdział propagandowej opowieści Donalda Tuska o dialogu z biznesem. Brzoska, który jeszcze niedawno z optymizmem przyjął propozycję współpracy, dziś daje jasno do zrozumienia: 

państwo bardziej chroni interesy zagranicznych korporacji niż własnych obywateli, a rządowe działania nie służą realnej zmianie.




Tusk wykorzystał Brzoskę wizerunkowo

Premier Donald Tusk w lutym powołał Rafała Brzoskę do zespołu ds. deregulacji, który miał przygotować propozycje uproszczeń dla polskiego prawa. Już w marcu zespół przedstawił pierwsze rozwiązania, a docelowo miało być ich aż 400. Brzmiało ambitnie – ale, jak pokazuje decyzja Brzoski, niewiele z tej narracji zostało.


- Z końcem maja kończy się moja rola w zespole ds. deregulacji

– poinformował Brzoska.

Przedsiębiorca przyznaje, że wraca do pracy w InPost, który potrzebuje lidera.

- W ciągu 100 dni mojej pracy dla dobra publicznego InPost nie ucierpiał, ale w dłuższym okresie żadna firma nie jest w stanie rozwijać się bez lidera

– wyjaśnił.

Państwo po stronie korporacji, nie obywatela

Brzoska nie owija w bawełnę:

polskie przepisy są nieprzyjazne dla krajowych firm, a zbyt łaskawe wobec zagranicznych graczy.


- Jesteśmy tylko biorcami narzuconych przez Brukselę przepisów, które ograniczają naszą konkurencyjność

– stwierdził szef InPostu.



Jako przykład podał mechanizmy cen transferowych, które pozwalają międzynarodowym koncernom wyprowadzać z Polski zyski i minimalizować opodatkowanie. Jak stwierdził, deregulacja powinna służyć również eliminowaniu takich patologii.



Podatnik na pozycji oskarżonego

Jednym z najbardziej krytycznych punktów Brzoski jest brak domniemania niewinności dla przedsiębiorców w starciu z fiskusem.

- Proszę zauważyć, że w prawie karnym każdemu przestępcy, nawet jeśli zabije albo zgwałci, prokurator musi udowodnić, że taki czyn zabroniony popełnił, a w niektórych przypadkach, że zrobił to umyślnie. A podatnik? To on musi udowadniać, że jest niewinny, że błąd, który popełnił nie był celowy

- powiedział.

To – jak podkreślił – nie tylko godzi w zaufanie obywatela do państwa, ale też paraliżuje inicjatywę gospodarczą.




Brzoska nie szczędzi też słów krytyki pod adresem Unii Europejskiej i coraz bardziej zbiurokratyzowanej wspólnoty.

- Jeżeli chcemy być Europą, która wygrywa, musimy postawić na ciężką pracę, innowacje, zdobywanie kolejnych szczytów

- skonstatował.

Jednocześnie zaznaczył, że urzędy w Polsce zawodzą nawet w podstawowych obowiązkach – jak terminowe wydawanie decyzji, co utrudnia życie zarówno firmom, jak i zwykłym obywatelom.

Podsumowanie: PR zamiast reform

Historia z Brzoską pokazuje jedno: Donald Tusk potraktował powołanie zespołu ds. deregulacji jako narzędzie PR, które miało pokazać otwartość na głos przedsiębiorców. Niestety, nie służyło to głębokiej zmianie systemowej. Nawet Brzoska zrozumiał, że to była polityczna dekoracja, a nie realna platforma do działania.

Zespół miał być odpowiedzią na narastającą frustrację środowisk biznesowych, ale wszystko wskazuje na to, że był to tylko fasadowy projekt, który teraz kończy się równie szybko, jak się zaczął.


Źródło: Republika










Szef InPostu kończy współpracę z Tuskiem. Mówi o patologiach systemu













piątek, 11 kwietnia 2025

Pomoc nadeszła w samą porę!

 


przedruk

04 kwietnia 2025

Pomoc nadeszła w samą porę! Policjanci uratowali wiewiórkę [ZDJĘCIA]






Lubartowscy policjanci uratowali wiewiórkę. Dziś (04.04) przed południem funkcjonariusze otrzymali niecodzienne zgłoszenie, z którego wynikało, że w trawie została znaleziona maleńka wiewiórka.

Zwierzę najprawdopodobniej wypadło z dziupli i nie było w stanie samodzielnie się poruszać. Funkcjonariusze natychmiast zaopiekowali się wiewiórką i przetransportowali do specjalistycznej placówki weterynaryjnej, gdzie otrzymała niezbędną pomoc – informują lubartowscy policjanci.






Niestety, wiele dzieci nie miało szans na ratunek...
















radio.lublin.pl/2025/04/pomoc-nadeszla-w-sama-pore-policjanci-uratowali-wiewiorke-zdjecia/

poniedziałek, 6 stycznia 2025

10 zasad Milei ( i kultura)





No, zasady bardzo słuszne.




przedruk




"Nie obchodzi nas zdanie polityków na żaden temat". 
Milei przedstawił 10 zasad


Dodano: dzisiaj 15:01


Prezydent Argentyny Javier Milei przedstawił 10 zasad politycznych, którymi kieruje się jego rząd i powinna jego zdaniem kierować się prawica.





Na kongresie kierowanej przez Giorgię Meloni partii Bracia Włosi prezydent Argentyny Javier Milei przypomniał i omówił 10 zasad politycznych, którymi kieruje się swojej działalności w ramach sprawowania władzy.


Przypomnijmy, że w Argentynie od roku trwa transformacja zrujnowanej przez socjalizm gospodarki w kapitalizm. Rządzący koncentrują swoje działania m.in. na radykalnym obniżeniu rządowych wydatków i uwolnieniu gospodarki. W 2025 polityka budżetowa jest prowadzona zgodnie z zasadą zero deficytu.


Milei podkreślił, że nie jest zawodowym politykiem, lecz ekonomistą i gardzi politykami z powodu szkód, które wyrządzili Argentynie. 

W swoim przemówieniu wiele miejsca poświęcił zagadnieniu walki prawicy z lewicą, którą jego zdaniem należy pokonać.



10 zasad politycznych rządu Javiera Milei

Lepiej powiedzieć niewygodną prawdę, niż wygodne kłamstwo

Nie obchodzi nas zdanie polityków na żaden temat

Nigdy nie należy negocjować swoich idei, żeby zdobyć głosy – zaprzeczanie własnym przekonaniom pozostawi cię bez przekonać i bez głosów

Musimy być praktyczni, zdecydowani i nie wahać się pokonać lewicę w bitwie kulturowej

Jedynym sposobem na walkę ze zorganizowanym złem jest zorganizowane dobro

Kiedy przeciwnik jest silny jednym sposobem na pokonanie go jest większa siła

Najlepsza obrona to dobry atak – prawica nie może być ciągle w defensywie i tylko reagować na to, co robi lewica

Walka kulturowa to obowiązek, bo dobrze wskazana idea to dopiero początek, a trzeba ją jeszcze zaimplementować

Jedyny sposób na walkę z socjalizmem jest z prawej strony, bo centrum w praktyce pomaga lewicy

Bronimy sprawy sprawiedliwej i szlachetnej – znacznie większej, niż każdy z nas. Ta sprawa to wielki cywilizacyjny wyczyn, jakim jest Zachód.






Życie, wolność, własność prywatna


W trakcie wystąpienia argentyński prezydent podkreślił, że jego rząd kieruje się przekonaniem, że wolny rynek przynosi dobrobyt dla wszystkich. W konsekwencji rząd musi być ograniczony, ponieważ ludzie wiedzą lepiej niż politycy i biurokraci, jak produkować, z kim handlować i kogo zatrudniać. Dodał, że obecna władza Argentyny broni życia, wolności i własności prywatnej.

Milei wyraził ocenę, że prawicowa liberalna strona zbyt często wpada w pułapkę defensywy, marnując czas na "tłumaczenie się przed tymi, którzy na to nie zasługują".

 – Nikomu kto zrujnował nasz kraj, nie musimy niczego tłumaczyć. To my musimy dyktować tempo wydarzeń, upewniają się, że gra toczy się według naszych zasad. Jeśli zdarzy się, że stracimy punkt, musimy zdobyć kolejne trzy 

– apelował.


Walka kulturowa z lewicą

Prezydent Argentyny wskazał, że najważniejszym polem, na którym toczy się bój z lewicą, jest kultura.

 – Lewica to dowód na to, że najgorsze idee kulturowe mogą odnieść sukces, jeśli są dobrze wypromowane – zwrócił uwagę, dodając, że należy lepiej wypromować idee wolnościowe, które sprawdzają się w praktyce.

Milei podkreślił, że rząd Argentyny nie jest zainteresowany trwaniem w żadnym pakcie, który zakłada dalsze dojenie podatników.

 – To, co oni nazywają konsensusem to w rzeczywistości konsensus między nimi a ich jedynym celem – przywileje kasty politycznej nawet wtedy, kiedy zmieniają się rządy, a politycy skaczą sobie do gardeł 

– powiedział.





---------




I jeszcze tytułem komentarza:

"wolny rynek" - pod tym pojęciem czają się różne interpretacje

"dobro trzeba organizować" - dokładnie!

"walka kulturowa" - to jest coś, co już podkreślałem we wcześniejszych postach 



- na kulturę zwracałem uwagę min. przy okazji notatki o pismach J. G. Herdegera i Muzeum w Morągu

- a także przy okazji postu "Zwycięstwo bez walki" o konkurencji pomiędzy Chiami, a USA - poniżej fragment tego tekstu:



złe działania wynikają z błędnych pomysłów

błędnego poglądu



nasza zdolność do bezpośredniego zwycięstwa dzięki sile militarnej nie powinna być naszą jedyną miarą sukcesu
tak jak chińscy przywódcy studiowali nasz sposób prowadzenia wojny, tak my musimy studiować ich
konkurencja strategiczna jest trwałym stanem, którym należy zarządzać, a nie problemem, który należy rozwiązać


kluczowe znaczenie będzie miała nasza zdolność budowania jedności

na jedność wpływa jakość kultury narodu

idea kulturowa




rywalizacja idei


liczy się nie tylko rywalizacja militarna czy gospodarcza

wymaga to od nas poznania i zrozumienia:

- własnej kultury
- filozofii oraz kultury naszego przeciwnika


znajomość kultury była decydująca, a z pewnością krytycznie ważna





"fałszywa kultura" i massmedia mogą niweczyć wysiłek rodziców włożony w wychowanie dzieci, tak więc

podtrzymywanie i uprawianie kultury zgodnej z naszym kodem kulturowy, tradycją, naszym narodowym interesem - jest ekstremalnie ważne.