Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

niedziela, 28 września 2025

Jan Wróbel - wywiad w press.pl





...i ta sesja zdjęciowa...




„Zamknijmy internet” – proponuje zwolniony z Tok FM Jan Wróbel w rozmowie z „Press”

06.09.2025, 08:35




Z Wróblem rozmawia Andrzej Skworz.





Porozmawiamy poważnie?

Zawsze rozmawiam poważnie.

W każdym wywiadzie ucieka Pan w żarty. Kiedyś tłumaczył Pan tak: „Nikt z porządnych dziennikarzy, którzy mają dobre pióro, nie weźmie na siebie głupiej gęby faceta od śmichów-chichów. A ja wziąłem”. I to właśnie słyszałem jako zarzut przeciwko prowadzonym przez Pana „Porankom” w TOK FM, skąd Pana niedawno zwolniono.

Swoich poranków – siłą rzeczy – nie słuchałem. A co do żartów: są one kodem kulturowym warszawskiej inteligencji. A szerzej – ogółu inteligentnych ludzi.

Zanim ktoś mi zarzuci klasizm, bo rzekomo nie mówię do ludzi spoza inteligencji – zaprzeczę. Mówię, ale tym inteligenckim kodem, w którym wyrosłem.

Dziś już nikt nie odwołuje się do inteligencji jako klasy społecznej.

Kod inteligencki opiera się na tym, że żyje się bardzo serio, ale trzyma się fason, i to fason żartobliwy. Bo za nim kryje się dystans człowieka myślącego wobec rzeczywistości. Dystans nie oznacza chłodu ani neutralności.

Jednak nie wszyscy łapali Pana żarty. Jedna z osób współprowadzących „Poranki” w TOK FM powiedziała mi, że dworowanie z poważnych tematów „narusza powagę spraw publicznych”. Śmieje się Pan?

Tak, bo poważną częścią choroby ostatnich dwudziestu lat jest trucie nas wywodami zrównującymi rządy Donalda Tuska bądź rządy Jarosława Kaczyńskiego z rządami Berii czy Goebbelsa. A w wersji light – Łukaszenki. To są ordynarne kłamstwa, które powtarzane zostają uznane za prawdę przez ludzi skądinąd zacnych i myślących.

Jeszcze długo będę miał robotę w postaci przekłuwania takich balonów. Bo mamy w Polsce polityczne dylematy, ważne sprawy, co do których ludzie mają prawo się spierać i waśnić. Ale nie ma w Polsce wojny o wszystko. Jak na razie – nikt nie ma prawa myśleć, że gdyby ktoś z visem czy parabellum w ręku „załatwił wreszcie tę gnidę”, to wszyscy byśmy na tym zyskali.

O której gnidzie Pan myśli?

Wszystko jedno o której. Nie ma w Polsce ludzi, których należałoby zlikwidować, wysłać na emigrację czy zamknąć w obozie. To jest chorobliwe myślenie.

Dziś wystarczy nie myśleć – jak ja – że w Polsce żyjemy pod okupacją, by część dziennikarzy oraz słuchaczy odniosła wrażenie, że nie rozumiem trwogi rządów NSDAPiS.

Sam lubię utożsamiać się z formacją stańczykowską, czyli ludźmi, którzy byli konserwatystami, powszechnie nienawidzonymi, a posługiwali się bardzo złośliwym żartem wobec swoich przeciwników politycznych.

Już się nie dziwię, że mają Pana co najmniej za symetrystę. Sam Pan się podkłada.

Tylko że to oni się mylą, a nie ja.

Ta sama osoba prowadząca „Poranki” powiedziała mi, że te Pańskie śmichy-chichy mogły prowadzić do relatywizmu. To chyba najgorsze, co może usłyszeć konserwatysta.

Nie jestem relatywistą. Prawda nas wyzwoli. Co skądinąd łatwo spuentować, że dlatego nigdy nie jesteśmy wyzwoleni do końca. Bo prawda jest realnie nieosiągalna, ale marsz ku niej jest świętym obowiązkiem konserwatysty.

Tylko że zwaśnione strony uważają, że to one mają monopol na prawdę.

Był Pan, do niedawna, dyżurnym prawicowcem TOK FM. Przed Panem byli nimi Rafał Ziemkiewicz i Igor Janke. Rozumiał Pan Ewę Wanat, która zwalniała Ziemkiewicza za pomówienie Adama Michnika?


My, konserwatyści, szanujemy swoich pracodawców i jeśli bierzemy od kogoś pieniądze, to nie szczekamy na niego.

Wielu tak robi.

Miałem okazję pracować w różnych miejscach i anegdot, czasami bardzo złośliwych, zebrałbym całkiem sporo. Nie wyobrażam sobie, by się uśmiechać, stać po wypłatę, a potem robić notatki, żeby kiedyś wszystko zgrabnie opisać.

Pięć lat później Ewa Wanat pożegnała Igora Jankego. Pisał z rozżaleniem: „Powiadomiła mnie, że otrzymywała wiele protestów od słuchaczy. Do tej pory wielokrotnie słyszałem od szefowej TOK-u, że »słuchalność« wtorku jest bardzo dobra. Namawiała mnie do wyrazistych komentarzy i jak najbardziej wyrazistego wygłaszania swoich poglądów. Teraz okazało się, że to jest jednak problem”.


A co ja napisałem, gdy mnie zwolnili z TOK-u? Bo nie mogę sobie przypomnieć.

Nic Pan nie napisał, a przetrwał w radiu prawie trzy prezydenckie kadencje – blisko 15 lat.

Igor jest bardzo sympatycznym człowiekiem o dużych zdolnościach. A dlaczego zdecydował się napisać tych kilka zdań, w których zresztą nic wielkiego nie ma – to trzeba już jego zapytać.

Panu też przy rozstaniu mówiono o komentarzach słuchaczy?

Nic o tym nie słyszałem. Każdy Michał Probierz tworzy taki skład reprezentacji, jaki chce. I gdybym ja był szefem radia TOK FM, to też bym tak robił. Więc jeśli ktoś chce mieć inny skład i daje to do zrozumienia, to dziękuje się zawodnikowi za zwycięstwa w kadrze i żegna się z nim.

Mógł Pan użyć innych przykładów. Przypominam sobie, jak redaktorzy naczelni „GW” porównali prezesa Agory do Daniela Obajtka. Nazwiska Probierz użył Pan specjalnie?

Tak. Jak pan chce anegdot, to mogę panu opowiedzieć, jak Ewa Wanat przyjmowała mnie do pracy.

Poproszę.

Umówiliśmy się na spotkanie i gdy okazało się, że chodzi o rozmowę o pracę, to dogadaliśmy się błyskawicznie. A ja na koniec stwierdziłem: „Pani dyrektor, proszę pamiętać – mnie się łatwo zwalnia”. Wanat nigdy nie zrobiła z tego użytku. Gdy przyszła Kamila Ceran, powiedziałem coś podobnego: „Kamilo, pamiętaj, sam byłem dyrektorem szkoły, zwalniałem ludzi. Byłem szefem i zastępcą szefa działu w gazecie, więc wiem, że czasem trzeba się rozstać. W razie czego – mnie się łatwo zwalnia”.

Dlaczego Pan to mówił?

Na wypadek, gdyby moja, taka czy inna, prawicowość nagle zaczęła komuś przeszkadzać.

Gdy trzeba zmienić skład reprezentacji, Lewandowski nie gra. To porównanie zrobiłem znów ironicznie, bo nie jestem Robertem Lewandowskim polskich mediów.

Gdy ten wywiad się ukaże, możliwe, że Lewandowski znów będzie kapitanem.

A ja może będę znów pracował w TOK-u. Żarcik…

Kiedy Pan się dowiedział, że audycja z 6 maja, nazwana potem „Zaczyna się od dwóch mieszkań i kończy na zdradzie Polski”, będzie Pana ostatnią?

No comments.

Przecież może Pan to powiedzieć.

Mogę, ale nie chcę. Umówiliśmy się z Maciejem Głogowskim, że miłe rozmowy na temat przeszłości radia zachowamy dla siebie. I myślę, że obaj tak zrobimy.

Dodał, że to nic osobistego?

Nie pamiętam. Ale ja tej frazy często nadużywam w szkole jako maniak „Ojca Chrzestnego”, więc nie zapamiętałbym, gdyby ktoś użył jej w stosunku do mnie.

Słyszałem, że w radiu sądzą, iż Głogowski musiał kogoś zwolnić, by udowodnić, że nie jest szefem malowanym.


Ale nie musiałoby paść akurat na mnie. Po drugie: nie mam przekonania, że ludzie w radiu myśleli o Maćku jako o człowieku z papieru.

Słuchacze mają wątpliwości, bo jeden z nich napisał: „Mam nadzieję, Macieju Głogowski, że nie maczałeś palców przy zwolnieniu Janka Wróbla”. Śmieje się Pan?

Tak.

Cytuję dalej: „On był kolorowym, niezależnym, ciekawym ptakiem w tej rozgłośni, a nie nudną, monotonną, usypiającą otoczenie kurą”.

Na pewno nie jestem usypiającą kurą, bo Pan Bóg podarował mi wysoki głos, co w radiu musiało brzmieć strasznie. Zawsze słuchaczom współczułem.

Ważna uwaga: gdy się prowadzi audycję radiową czy telewizyjną, o ile nie jest to program funeralny, człowiek ma za zadanie robić przedstawienie. Taki performance może oczywiście być udany lub nie, może przemycać wartościowe treści, a może tego nie robić. Ale fakt, że człowiek unika wejścia w rolę trefnisia, nie czyni z niego myśliciela czy mędrca. Dziennikarzom unikającym wzbudzenia emocji u słuchaczy, nawet tych negatywnych, przypisałbym rodzaj braku odwagi. Bo jest specyficzną odwagą, że człowiek sam wystawia się na zasłużone szyderstwo.

Co się stało, że spośród wszystkich stacji radiowych w Polsce w pierwszym kwartale 2025 roku słuchalność najbardziej spadła właśnie TOK FM?

Chyba nie jestem osobą, która mogłaby wiarygodnie na ten temat się wypowiadać. Ale mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

Tak może myśleć obecny prezes Grupy Eurozet, który stwierdził, że po wyborach 2023 roku zniechęcenie do polityki dotknęło wszystkie media newsowe. Pracujemy nad zmianami – powiedział. Zmieniono logo stacji, jej charakterystyczne zapowiedzi dźwiękowe na takie, które są nierozpoznawalne, i zwolniono Wróbla. To chyba większość zmian.

Może wystarczy. Jak wiadomo, jestem człowiekiem legendarnie skromnym. Gdyby się okazało, że z powodu zmiany wtorkowego prowadzącego słuchalność odbije w górę, to będzie dobrze świadczyło o moim znaczeniu dla dziejów polskich mediów.

A poważnie, kiedyś miałem intuicję, którą podzieliłem się z ówczesnym szefostwem, że w TOK FM jest o wiele za dużo polityki. Uważałem, że należy zapraszać do porannych pasm ludzi, którzy nie są politykami ani nie mówią o polityce. Może wtedy poranne pasmo byłoby uratowane? Nie mam zielonego pojęcia. Projektowanie mediów to dopiero będzie mój kolejny hipotetyczny sukces życiowy, na razie nie mam na tym polu żadnych zasług.

Słuchacze po Pana zwolnieniu pisali też: „Lubię pluralizm, ale Wróbel i jego goście oraz ich komentarze to było przegięcie”. Ich zdaniem wciąż zapraszał Pan tych samych gości, dziennikarzy znanych sobie z poprzednich redakcji.

W radiu, w którym przez lata w piątek były zawsze te same trzy osoby, trudno jest budować narrację, że to bardzo źle. A ja akurat miałem politykę poszukiwania nowych twarzy. Kłopot polegał na tym, że chciałem, aby były to twarze kobiece. A z nimi jest zawsze trudniej. Zapraszający zawsze słyszy pytanie: „A o czym będzie audycja?”. Mężczyzna nigdy tak nie pyta.

Założy marynarkę i pobiegnie do studia.

Radio jest instytucją dość niedoinwestowaną, jeżeli chodzi o liczbę pracowników, więc oni są zawsze pod presją. Nie daj Boże jakaś grypa, covid czy wakacje. Wtedy wizja, że trzeba szukać osoby nowej, która na dodatek będzie trudna do wydzwonienia, jest już czystym horrorem.

A była w radiu inna lista gości? Czarna?

Za czasów Ewy Wanat sam o to zapytałem. „Słuchajcie, kogo nie zapraszać, żebyście nie dostali wścieklizny?”. Ewa bardzo długo myślała, bo to pytanie było dla niej zaskakujące. Było to wiele lat temu, muszę zaznaczyć. I w końcu wymieniła dwa nazwiska. Oba związane z publikacjami personalnie atakującymi osoby bardzo blisko związane z TOK-iem. Uznałem, że to jest argument przekonujący. Nigdy tych dwóch osób nie zaprosiłem.

A nie zgodzono się na jakichś Pana gości?

To były bardzo rzadkie przypadki. Był kiedyś czas polityki Radia TOK FM, żeby nie promować Konfederacji. Ona wtedy jeszcze nie była tą dobrą, która ma szansę pokonać PiS, tylko starą, złą Konfederacją.

Szczerze mówiąc, jak na 15 lat i setki audycji, były to incydenty.

A kogo sam nie chciał Pan zapraszać?

Nie chcę mówić po nazwiskach, bo byłby to rodzaj publicznego kopniaka. Miałem kilku polityków, których starałem się nie zapraszać. Jeżeli zaś doszło do ich zaproszenia, to zawsze potem krzywiłem gębę. Oczywiście, nie do tej osoby, ale do wydawcy, że mnie nie posłuchał. Widzi pan, ja najchętniej zapraszałbym tylko kilka osób, które odpowiadają na pytania i w sposób pogłębiony widzą rzeczywistość. Jest ich w Polsce może dziesięć, no, góra oczko – 21.

Do programów o teatrze zapraszamy krytyków czy aktorów? No raczej krytyków, potem reżyserów, a dopiero na koniec aktorów.

Ale w polityce to nie działa.

Dlaczego?

Bo od czasu, gdy Mariusz Walter, Adam Pieczyński i Grzegorz Miecugow stworzyli TVN 24, politycy zajęli wszystkie miejsca w pierwszych rzędach. Są aktorami, orkiestrą i widzami. Nawet w rozgadanych Włoszech w głównych programach informacyjnych nie ma codziennych występów polityków. Najwyżej ruszają ustami, a o tym, co powiedzieli, mówią za nich dziennikarze i analitycy.

Partyjny przekaz dnia jest bluszczem, któremu nie powinno się dawać rozrastać. Tyle że w Polsce niemała część środowiska komentatorskiego sama daje przekazy dnia. Oczywiście, zupełnie przypadkowo, związane z dobrem ulubionej partii. Naprawdę nie dlatego, że biorą za to forsę albo że są na czyichś usługach. Po prostu w swoim sumieniu uważają, że należy daną partię poprzeć.

Mówił Pan kiedyś: „Są dwa gatunki komentatorów. Pierwszy – jak z „Rejsu” – pisze to, co ludzie wiedzą i chcą przeczytać raz jeszcze. Drugi próbuje epatować tym, że napisze coś innego, niż pan jest przyzwyczajony czytać. Nie wiem, który jest lepszy” – dodawał Pan.


Naprawdę powiedziałem, że nie wiem?

Tak, ale teraz już wie Pan na pewno, że w TOK-u trzeba było mówić to, co kierownictwo i słuchacze słyszeli i znów chcą usłyszeć.

Dlaczego? Myśli pan, że przez te 15 lat nie było dziesiątki razy takiej refleksji: „Czy ten Wróbel tutaj pasuje”? Zakładam w ciemno, że musiało tak być. Swego czasu podśmiewałem się z tej napuszonej narracji o aferze z tzw. dwoma wieżami w „Gazecie Wyborczej”. Rzekomo opisywała „mafijny deal” Kaczyńskiego z mętnymi ludźmi, a była – cokolwiek niemądrą – rozmową Kaczyńskiego, który mówił swoim niedoszłym kontrahentom: „Musicie pójść do sądu i zrobić nam sprawę, to wtedy będziemy wam mogli zapłacić”. Wybaczy pan, ta narracja o mafijnym dealu i końcu Kaczyńskiego, bo rzekomo objawił się jego całkowity cynizm, była fałszywa.

A jaka niby była prawdziwa?

Prawdziwa jest taka, że wiele inwestycji, które powstają, zwłaszcza w prestiżowych miejscach, nie rośnie dlatego, że odbył się kosmicznie transparentny przetarg, w którym punkty zostały rozdane przez maszynę z Marsa, ale z zasady jest to jakiś rodzaj umowy ludzi, którzy są dobrze poukładani. To była narracja o Polsce, a nie o tym, że Kaczyński jest wielkim gangsterem. Wyśmiałem to w TOK-u i wyszło na moje. Świat dziennikarski, poza tymi szczególnie wierzącymi, z dystansem podszedł do całej tej historii.

Wszystko się we mnie burzy. Wojciech Czuchnowski, który ujawnił taśmy Kaczyńskiego, kilka lat później został Dziennikarzem Roku. A w sprawie dwóch wież chodziło o coś innego. Nie o mafijność Kaczyńskiego, ale o to, że wbrew standardom i za pieniądze państwowego banku PiS chciał sobie zabezpieczyć finansowanie na czas, gdy straci władzę. Nie chodziło o to, kto dostanie przetarg, ale o niepłacenie za już wykonane prace.

Tak, ale między tym, co pan powiedział, a narracją, że jest mafijny układ z Kaczyńskim jako zwornikiem, nie ma punktów wspólnych. Ja to dostrzegłem i nie zachowałem dla siebie, ale powiedziałem głośno w radiu, które należy do Agory. A jaka była reakcja radia? Nie mam pojęcia, mogę się tylko domyślać, że żadna, bo pracowałem tam jeszcze kilka ładnych lat.

Najbardziej mnie rozbawiło Pańskie wyznanie z młodości. Poszedł Pan do mediów, „żeby walczyć z Adamem Michnikiem i jego kliką”.

Miałem wtedy dwadzieścia i troszkę lat. Poszedłem do pracy do „Nowego Państwa”, wydawanego przez Jarosława Kaczyńskiego, a potem do „Życia” Tomasza Wołka, bo wartości, w które wierzyłem i wierzę, konserwatywno-katolicko-narodowo-tolerancyjne, były dewastowane przez mainstreamowy i mający ogromną przewagę medialną obóz pod wodzą Adama Michnika. Stąd ta „klika”.

Pana były szef, Robert Krasowski, też chciał się wadzić z Michnikiem. Robił to tak doskonale, że stracił pewnie dwa lata na pisanie książki o nim.

Książka Krasowskiego pokazywała, że część jego legendy wynika z własnej wiary Michnika, że przez lata był czynnikiem sprawczym polskiego życia politycznego i moralnego. Ta teoria ma sporo wyznawców, ale pomija fakt – co Krasowski dobrze pokazał – że przy wszystkich zdolnościach Michnikowi pomagały czynnik środowiskowy i szczęście. Pomysł, żeby zrobić „Gazetę Wyborczą” i być potem przez nią ostro najeżdżanym, było autonomiczną decyzją Lecha Wałęsy. W pewnym momencie dziejowym Wałęsa miał złotą kartę w ręku i jej użył. Jak się szybko okazało – przeciwko sobie.

Jaki ma Pan teraz stosunek do Michnika?

Pełen rewerencji. Miałbym ją w każdej sytuacji, bo jak człowiek nie pęka w więzieniu, a sprawa, za którą się tam znalazł, jest słuszna, to ma on prawo do dużego szacunku aż do końca życia. Ułatwia mi afirmację Michnika również to, że tak mocno przeszedł ostatnio na pozycje konserwatywno-narodowe. Zrozumiał, jak wielu, którzy późno dojrzewają, że faktycznie są w Polsce inne źródła postaw moralnych i etycznych niż tradycja narodowo-katolicka, ale że te źródła nie wystarczają.

Jak Pan to tłumaczy? Bo rzeczywiście jest zaskakujące, że kto za młodu był socjalistą, ten na starość staje się zwolennikiem Jana Pawła II.

Jan Paweł II ulokował się w polskiej tradycji jako patron Kościoła życzliwego wobec wolnościowców. I to w latach dla Michnika ważnych: 70., 80. i 90. Nie usprawiedliwiam wszystkich decyzji Michnika, ale mam tę zdolność, że rozumiem ludzi, z którymi się nie zgadzam. To mnie czyni zarazem skromnym i wielkim.

Znów Pan ironizuje.

No to poważnie: „Gazeta Wyborcza” uważała, że ma jedyną okazję, jaka się wydarza raz na pięćset lat, że może zmodernizować polskie społeczeństwo na wzór społeczeństwa zachodniego. Czy takie w ogóle istniało, to inna sprawa. Ale wzór był. I wtedy Kościół nie zgodził się z Adamem Michnikiem i za to musiał zostać przez niego ukarany. Nie mówię tego ironicznie – kara polega na tym, że skoro Kościół, z nielicznymi wyjątkami, które promowano na łamach „Gazety”, nie rozumie, że trzeba zmodernizować Polskę kosztem jej tradycji, to tradycja trafia do worka, a worek idzie na śmietnik.

Teraz Kościół przez Michnika jest z tego worka wyciągany.

Bo co widzimy po latach? Że główny problem Polski nie polega na tym, że istnieje Kościół, tylko że mamy Kościół słaby moralnie. Słaby, jeśli chodzi o ewaluację swoich kadr.

Kościół, który boi się wyrzucać pracowników za to, że nie dotrzymują pewnego moralnego standardu. To jest nasz największy problem. Pomysł „byle nie Kościół” miał krótki termin ważności.





Takie bałwochwalcze teksty dziennikarzy wobec Rafała Trzaskowskiego pomogły Karolowi Nawrockiemu?


Nigdy nie uważałem, że dziennikarze mają istotny wpływ na wyniki wyborów.

Przy debatach było widać, że ostatnia kampania mogła się obyć w ogóle bez dziennikarzy.

Ja akurat jestem pełen uznania dla debat, w których pytania zadają sobie sami kandydaci. Nie żyjemy w XV wieku, nie mamy garstki wykształconych ludzi oraz motłochu, któremu trzeba pisać i za który trzeba czytać. Dwaj doktorzy nauk humanistycznych, którzy się starli w drugiej turze, byli w stanie zadać sobie pytania trafne i po polsku. I takie one były. Gorzej z odpowiedziami, zwłaszcza po stronie Karola Nawrockiego, który chętnie mówił o niczym.

Prawdziwe zagrożenie dla tradycyjnych mediów płynie raczej ze strony takich polityków jak Sławomir Mentzen. Jego rozmowy z kontrkandydatami miały oglądalność porównywalną do debat prezydenckich. A przecież to był jeden z uczestników debaty. Zagrożeniem jest, że ktoś, kto nie jest dziennikarzem, wyłączy przewód z kontaktu z napisem media, a mimo to świat kręci się dalej.

Kiedy się Pan w końcu wystraszy populizmu, który może nas w Europie doprowadzić do czegoś naprawdę złego?


Nie lubię socjalistycznego myślenia, choć bliski mi jest ideał socjalizmu PPS, zwłaszcza z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych minionego wieku, gdy PPS-iacy zorientowali się, że nie tylko silna ręka Piłsudskiego jest złem, ale że w ogóle silna ręka jest słabą odpowiedzią na potrzeby ludzi.

Gdyby każdy populizm na świecie kończył się rządami jak PiS, nie byłoby źle. Bo czego dowiedziała się ta część narodu polskiego, która od lat dziewięćdziesiątych miała przekonanie, że elity robią ją w konia? Otóż, że warto chodzić na wybory, gdyż istotnie zmieniają politykę w kraju.

A to, że nas okradano z ciężkich miliardów w tym czasie, nie ma znaczenia?

Ja myślę tak jak pan. Nie należy okradać ludzi ani państwa. W dodatku ci wybrańcy nie zmienili polityki wyłącznie na dobre. Strasznie kłamali i pluli na Bogu ducha winnych poprzez media państwowe i niektóre prywatne. Więc ta moja opowieść nie jest bajką dla dzieci. Ale z punktu widzenia triumfu demokracji mamy sto procent sukcesu.


Ile ma Pan teraz godzin zajęć w szkole?

Chyba szesnaście, w dwóch zaprzyjaźnionych szkołach. To jest prawie cały etat.

Moi rówieśnicy mówią, że przestali uczyć studentów, bo ci niczego nie czytają ani nic nie wiedzą o świecie.

Taki ktoś w 1900 roku poszedłby do szkoły ludowej i stwierdził tak: „Kurka wodna, tu nikt niczego nie czyta ani nic nie wie o świecie. Jestem dla nich postacią z kosmosu. Nie wiedzą, gdzie jest Wisła, gdzie Odra, a cóż dopiero Argentyna”.

Na szczęście byli nauczyciele, którzy stwierdzili, że trudno, będą uczyć, gdzie jest Argentyna. Może się to uczniom kiedyś przyda. W edukacji grasz trochę tak, jak twój partner pozwala.

Nie zmienił się ten partner w ostatnich latach?

Bardzo. Przeżyłem zmianę, którą dałoby się wyjaśnić wyłącznie w kategoriach biologicznych zmian w mózgu, a to jest niemożliwe. Bo taka zajmuje tysiące lat.

Wpływ mediów społecznościowych?

Stylu życia. Młodzi mają dziś dużo większe rozproszenie i tunelowość wiedzy.

Dlaczego w głównych polskich mediach nie mówi się o ludobójstwie w Gazie?

Bo rządzi w nich pokolenie, które uważa, że Izrael jest tym dobrem, które należy chronić przed polską opinią publiczną. Stąd Gaza nam bardzo nie pasuje. Nie znaleźliśmy jeszcze dobrego, powszechnie czytelnego klucza, który by opisał sytuację inaczej niż tak, że w Gazie Polacy są mordowani przez niemieckich okupantów.

W Gazie eksterminowani są ludzie.

Uważam, że jeśli – a tak się pewnie stanie – nagle ktoś zmieni narrację i ta popularna dzisiaj tylko w środowiskach lewicowej młodzieży stanie się powszechnie obowiązująca, to media też narrację zmienią. Trzeba będzie mówić: „From the river to the sea, Palestina must be free”. Ale to też będzie nieszczęście, bo nie o to chodzi, byśmy najpierw mówili, że Izrael powinien istnieć, a potem, że powinien przestać istnieć. To nie jest postawa godna polskiej inteligencji.

Komentując pomyłkę Barbary Nowackiej, która przejęzyczyła się o polskich zamiast niemieckich nazistach, zasugerował Pan, że w czasach zalewu słowa krzywdzącego, raniącego i kłamliwego trzeba poddać refleksji fetysz wolności słowa. Co to znaczy?


Wybaczy pan, ale nie uważam, że wolność mówienia dowolnych bzdur jest wielką wartością. Obecnie wolność słowa oznacza, że każdy może bez konsekwencji opluć drugiego człowieka, więc chyba coś złego zrobiliśmy z tą naszą wolnością.

W czasach naszej młodości, żeby napisać o kimś, o kim nic nie wiemy, że jest sprzedawczykiem i złym synem, musiał pan bazgrać sprayem po murze. Obok napisów „Solidarność walczy” i „Dziś Kuroń, jutro Ty”. Mało kto to robił, ale była taka możliwość.

A dzisiaj wystarczy, że usiądzie pan do klawiatury. Jesteśmy zatem w innej sytuacji poznawczej i musimy na nią zareagować inaczej niż powtarzaniem, że wolność słowa jest najświętsza. To jest świętość. Ale proszę wytłumaczyć to komuś, kto wypowiedział się gdzieś publicznie i zaraz potem musiał czytać o sobie, mamie i żonie stek anonimowych wyzwisk.

Czy to nie jest koszt? Jak Pan chce odpowiedzieć na krzywdzące słowa, nie popadając w cenzurę?

Nędza i bezrobocie też są wynikiem czyichś błędów ekonomicznych, ale nie czekamy z nimi wiele lat, tylko w krótkim czasie staramy się je likwidować.

Tak samo na cierpienie ludzkie spowodowane hejtem w internecie też powinniśmy szybko zareagować. Ja jestem zwolennikiem resetu. Wygłupię się bardziej niż Mentzen mówiący o swoim idealnym świecie, ale uważam, że internet trzeba zamknąć i otworzyć na nowych warunkach. Prawdopodobnie tego nie zrobimy, nie dlatego, że ta propozycja jest zła, tylko ludzie, którzy chcą zarabiać codziennie miliardy w internecie, nam na to nie pozwolą.

Może wystarczyłoby zmienić prawo i edukować?

Należałoby robić wszystko naraz. Internet trzeba zamknąć i otworzyć na nowo, na warunkach, które spowodują, że nie będzie wolno anonimowo napisać, co się żywnie podoba, o drugim człowieku.

Jest jakaś szansa dla Polski i świata? Wyjdziemy kiedyś z tych baniek, w których tkwimy?

Na pewno. Zapraszam na mój podcast w „Super Expressie” – „POPiS Wróbla”. Naśmiewam się tam z wzajemnej walki PO i PiS. Donald Tusk w swoim sejmowym przemówieniu chwalił się wyłącznie elementami programu PiS, który teraz realizuje PO.

PiS nieudolnie bronił granicy, nieudolnie wpuszczał imigrantów z Azji i Afryki, nieudolnie budował politykę pamięci historycznej, nieudolnie rozdawał 500+ i nieudolnie budował CPK. Teraz to samo, tylko lepiej, zrobi nam PO. Mamy w Polsce program prawicy, bardzo socjalnej, podszytej nacjonalistycznymi barwami, i ten program jest realizowany albo przez Kaczyńskiego, albo przez Tuska.

PO zajęło się jednak dofinansowaniem in vitro, tabletką dzień po…

Czy Donald Tusk powiedział o tym, chwaląc sukcesy swego rządu? Nie, bo to nie jest program PiS, a Tusk dobrze wie, że jak powie się coś, co nie jest programem PiS, to ludzie tego nie kupią. Donald Tusk doszedł do wniosku, że utrzyma się przy władzy tylko wtedy, gdy będzie realizował program PiS, ale bez tego wariactwa pisowskiego.

Barbaryzacja społeczeństw, przy jednoczesnym błyskawicznym rozwoju technologicznym, powoduje, że to wszystko musi się skończyć źle. Nie tylko dla mózgów Pańskich uczniów, ale też dla całego świata.

W długim okresie – niekoniecznie. Dla mnie kultowym przykładem wydarzenia, które poprzedziło internet, było wprowadzenie obyczaju picia wódki w Polsce.

Co to ma wspólnego?

Wszystko. Otóż jeszcze w XV-XVI wieku wódkę w Polsce pijało się tylko dla zdrowia. Ale kiedy zboże zaczęło tanieć, wprowadzono picie wódki jako obyczaj. Bywała ona premią dla chłopstwa za pracę, powstał społeczny przymus picia. Efektem był masowy alkoholizm w XVIII-XIX wieku. Groziło nam, że znikniemy, mieliśmy całe skretyniałe wsie i mnóstwo degeneratów w miastach. Ludzie chorowali i umierali. I wtedy Kościół katolicki rozpoczął walkę z alkoholizmem, a bitwa ta była ważniejsza dla historii niż nawet ta z zaborcami. Uratowano biologicznie nasz naród i dlatego dzisiaj możemy rozmawiać po polsku. Teraz nie jest żadnym wstydem powiedzieć wśród młodych Polaków, że wódka to trucizna, a alkohol szkodzi w każdej dawce.

Tylko że młodzi wolą od niego inne używki, więc bary i restauracje powoli znikają.


Nie chcę nikogo namawiać do narkotyków, stwierdzam tylko, że alkoholizm zabijał ten naród. Ta opowieść jest mroczna, a z internetem jest podobnie.

Na początku paru facetów w Pentagonie wymieniało się dzięki niemu jakimiś danymi, robiono to też w elitarnych instytucjach naukowych, a na koniec miliard osób siada do komputera, żeby napisać kłamstwa o drugim człowieku. Wiele osób zostanie zniszczonych psychicznie, inni uzależnią się od internetu, a jeszcze inni się sfrustrują i będą mieli życie pełne nieszczęść. Ale… i tu jest nuta optymizmu dla historyka – może już za 250 lat jakiś młody człowiek w Warszawie powie „Internet? Nie, dziękuję”.

***



Ta rozmowa Andrzeja Skworza z Janem Wróblem pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 7-8/2025. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości dla najaktywniejszych Czytelników.




Ja nie jestem "najaktywniejszych Czytelników", trafiam tu incydentalnie....



całość: Press.pl





















Demografia - jaki problem?





nie odkładajcie posiadanie dzieci, na kiedyś

z wiekiem zmienia się widzenie spraw zasadniczych



to co dzisiaj jest ważne - imponowanie otoczeniu, udawanie niezależnego, posiadanie pieniędzy
za x lat straci na ważności i  inne rzeczy staną się ważne


zaufaj OPINII STARSZYCH OD SIEBIE
zaufaj




W latach dwudziestych żyło w Polsce 24 miliony ludzi - spora grupa Żydów, Ukraińcy, Białorusini, Niemcy... czy ktoś się martwił ile nas będzie za 30 lat?

Ja wiem, wtedy rodziło się 4-6 i 12 dzieci w rodzinie, ale i umieralność była większa.



przedruk


Prof. Jończy: Mamy słabe pokolenie. Kolejnej generacji może prawie nie być


- Najbardziej będzie brakowało ludzi pracujących, przedsiębiorczych, płacących podatki. Natomiast będzie bardzo dużo osób starszych mających niskie dochody i wymagających opieki. I to nie jest tylko problem Polski, ale całej Europy, choć tam seniorzy są zamożniejsi - mówi Romuald Jończy, profesor nauk ekonomicznych, kierownik Katedry Ekonomii i dyrektor Centrum Badań Migracji, Depopulacji i Rozwoju w Uniwersytecie Opolskim.


Krzysztof Ogiolda
2025-09-10



- Tradycyjny autorytet starszych, domu i szkoły, który stanowił fundament poglądów, „się urwał”, często jest to związane z wyjazdem do dużych miast, ale nowy się nie pojawił - mówi prof. Romuald Jończy.



Romuald Jończy – rozmowa

Krzysztof Ogiolda: Nie tylko badania, ale i obserwacja życia na co dzień pokazuje, że mieszkańców Polski ubywa, że się jako społeczeństwo starzejemy. Jednocześnie prezydent RP wetuje ustawę o pomocy imigrantom z Ukrainy. I wielu z nas to się podoba. Niełatwo to – z pozycji świadomego obywatela – zrozumieć.

Prof. Romuald Jończy: – Kwestia jest złożona. Polska się wyludnia. Przy czym problemem nie jest samo zmniejszanie się liczby ludności. Bo generalnie byłoby dobrze, gdyby ludzi w Polsce, Europie i na świecie było mniej. To byłoby z korzyścią dla eksploatacji środowiska i zasobów, o które zresztą toczy się w gruncie rzeczy wiele konfliktów. Problemem jest, że tych, którzy się rodzą, jest trzy, cztery razy mniej niż odchodzących na emeryturę (mówię o liczebności roczników).

Są takie obszary, gdzie urodzeń jest 10-15 razy mniej niż 70 lat temu. Społeczeństwo o takiej strukturze wieku – i przy relatywnie biednych seniorach – nie może przetrwać bez kryzysu czy nawet zawału. Dotąd zawsze było tak, że roczniki młodsze utrzymywały starsze i dbały o nie. A w Polsce – i w Europie – tych młodych będzie za mało, żeby zapewnić samopodtrzymywanie się rozwoju. A nawet zachowanie poziomu życia.

Dlaczego tak się dzieje? Przez stulecia zdawało się, że nie ma niczego bardziej naturalnego niż to, że młodzi ludzie łączą się w pary i chcą mieć dzieci…

– Trudno powiedzieć, czy istotnego znaczenia nie ma brak kontaktów bezpośrednich – zamknięcie w bańce zdalności. Z pewnością młodzież ma obecnie inny system wartości. Chce żyć dla siebie i za siebie być odpowiedzialną. Nie bardzo ma w sobie postawy wspólnotowe. Mimo, że to dbałość o wspólnotę i sprawność instytucji wspólnotowych wpływa na jakość życia.

W dodatku, co pan poruszył, wszystko to dzieje się w kontekście tego, co obserwujemy na wschodzie Europy i na świecie. Myślę o presji ludności z innych kontynentów na Europę i o wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Patrząc zdroworozsądkowo i biorąc pod uwagę po pierwsze to, jak bardzo brakuje nam młodych, a po drugie, że rezygnujemy z posiadania dzieci i że w związku z tym jesteśmy zmuszeni do pozyskania imigrantów, to nie moglibyśmy sobie wyobrazić w Polsce lepszej sytuacji niż obecna, pozwalającej w jakiś sposób zatkać wyrwę, którą sami stworzyliśmy.

Osoby z Ukrainy mają dużo lepsze cechy niż imigranci i uchodźcy przybywający do USA lub Europy z Południa. Są bliscy kulturowo, religijnie i cywilizacyjnie, chcą pracować, są przedsiębiorczy, jest wśród nich dużo kobiet i dzieci. Przestępczość nie różni się od polskiej. Przodkowie wielu z nich mieszkali kiedyś w granicach państwa polskiego. To państwo im „odjechało” bez ich winy.

Skoro sytuacja demograficzna jest taka, że potrzebujemy ludzi z zewnątrz, to tych powinniśmy chcieć najbardziej. Pech Ukraińców wyszedł dokładnie naprzeciw naszym obiektywnym potrzebom. Potrzebom rynku pracy i ludzkim, demograficznym. Bo mamy kraj, który się wyludnia. Z nieliczną i mało dynamiczną młodzieżą, która nie bardzo chce w jego rozwoju i utrzymaniu uczestniczyć.

Nie możemy liczyć na własne dzieci?

– Na nie jest w pewnym stopniu za późno. One zaczną – nawet gdyby zaczęły się nagle masowo rodzić – coś tworzyć za 25-30 lat. A do tego czasu będziemy do tego tylko dokładali. To nas najpierw dodatkowo obciąży. Profity mogą przyjść dopiero potem, a są wątpliwe. Bo te dzieci, jak dorosną, musiałyby pracować i nie wyjechać. A to nie jest pewne…

Gdyby pana i moi rodzice myśleli tak, jak dziś myśli wielu młodych ludzi, że najpierw muszę mieć stabilną pracę, samochód, mieszkanie, doktorat i psa, a potem ewentualnie dziecko, nikt z nas nie przyszedłby na świat…

– To jest kwestia mody, czerpania coraz chętniej wartości i poglądów z internetu. Na to nakłada się pogubienie współczesnych młodych ludzi. Oni często nie wiedzą, czego chcą. Nie do końca siebie samych rozumieją. Tradycyjny autorytet starszych, domu i szkoły, który stanowił fundament poglądów, „się urwał”, często jest to związane z wyjazdem do dużych miast, ale nowy się nie pojawił. Trudno, żeby autorytetem był internet, a celem życia podróże.

Wielu z tych młodych drepcze w miejscu i boi się zobowiązań. Nie chodzi tylko o posiadanie dzieci, ale o odpowiedzialność w pracy, za dom, posiadanie samochodu, jeśli to generuje obowiązki czy wydatki. Wpędzają się w permanentną tymczasowość. A kwestii dzieci i własnej rodziny nie da się ze względów biologicznych bez końca odkładać.

Nie sądzę, że ten problem jest spowodowany głównie brakiem mieszkań czy środków do życia, bo w przeszłości było z pracą o wiele gorzej, a mieszkań jest pod dostatkiem tam, skąd wyjeżdżają, a nie dokąd jadą. A jednak to wtedy rodziny się zakładało, bo było to celem życiowym – dziewczyna, żona, dzieci, praca, dom, samochód – dopiero potem wszystko inne. Tylko trochę może to mieć związek z brakiem regulacji państwa promujących ludzi aktywnych, mających dzieci.

Może trochę podświadomie, ale na początku wojny Rosji z Ukrainą reagowaliśmy dobrze. Przyjmowaliśmy uchodźców, których potrzebujemy, z bezprzykładną gościnnością.

– Ta początkowa spontaniczność i otwarcie serca były bardzo szlachetne. Ale świadczyły także o nieprzygotowaniu społeczeństwa i państwa do tego typu zjawisk. Napłynęła duża grupa ludzi, którym trzeba nadać pewne prawa, o którą trzeba zadbać, ale i własne społeczeństwo wyedukować w kontekście tych praw i wsparcia przybyszów. Zdajemy ten egzamin z trudem. Dziś o uchodźcach, o imigrantach lepiej nie mówić nic pozytywnego. Kto próbuje to racjonalizować, odwoływać się do opłacalności, do zobowiązań europejskich czy wreszcie do wartości chrześcijańskich, w których pełno jest wątków dotyczących gościnności i pomocy dla przybyszów, ten jest skazany na hejt…

Będzie nam wkrótce brakowało masowo lekarzy geriatrów i opiekunów osób starszych?

– Najbardziej będzie brakowało ludzi pracujących, przedsiębiorczych, płacących podatki. Natomiast będzie bardzo dużo osób starszych mających niskie dochody i wymagających opieki. I to nie jest tylko problem Polski, ale całej Europy, choć tam seniorzy są zamożniejsi. Gospodarki innych części świata będą rosły szybciej. Europa już jest i nadal będzie się stawała gospodarczym „trzecim światem”.

Pierwszym jest Azja Południowo-Wschodnia. Drugim Ameryka. Starzejąca się Europa dopiero za nimi. W samych Indiach, czy Chinach, które się zresztą bardzo dynamicznie rozwijają, jest po trzy razy więcej ludzi niż w całej Unii Europejskiej. Nam się często wydaje, że będziemy nadal pępkiem świata, a już dawno nim nie jesteśmy. Produkcja jest z Europy masowo wyprowadzana. Nie wiem, na ile w ogóle możliwy będzie powrót do Europy samodzielnej produkcyjnie, usługowo i zasobowo.

Pamiętając o tym, co zostało tu powiedziane o światowym, europejskim i ogólnopolskim kontekście, skupmy się w drugiej części naszej rozmowy na sytuacji w regionie. Przez dziesięciolecia naszą wizytówką, ale i naszym problemem były wyjazdy – przede wszystkim dwupaszportowców – za pracą za granicę. Ale to już raczej przeszłość…

– Nie różnimy się od Polski ruchami migracyjnymi tak, jak to miało miejsce 20-30 lat temu. Obecnie ludności śląskiej pracującej za granicą jest 4-5 razy mniej niż kiedyś. Są w Polsce takie miejsca, gdzie takich migrantów zarobkowych jest więcej. Wyludnienie z przeszłości jest mocno zauważalne. Także dlatego, że mają miejsce wymeldowania tych osób, które wyjechały 30, 40, nawet 50 lat temu, a „na papierze” ciągle tu mieszkały. Ale w ostatnich latach realnie wyludnia się bardziej ta część województwa, gdzie nie ma Ślązaków – stamtąd więcej osób wyjeżdża, rzadziej za granicę, częściej do dużych miast kraju.

Dlaczego wyjeżdżają, także wtedy, gdy w rodzinnej wiosce czeka na nich dom po dziadkach?

– Nie wyjeżdżają ludzie 40-50-letni ani dzieci. Duże miasta są atrakcyjne dla osób, które udają się na studia. Jest tam lepsza, ciekawsza oferta kulturalna i rozrywkowa. A jak na studia wyjadą, to zazwyczaj w tych dużych miastach zostają. W czasie studiów nawiązują znajomości, znajdują partnerów, pracę i kontakty. Zapuszczają korzenie na tyle mocno, że już do tych peryferyjnych miejscowości swego pochodzenia nie wracają.

Choć przyszłość w wielkim mieście nie zawsze jest świetlana. Na pewnym etapie życia okazuje się, że wcale nie jest dobrze mieszkać daleko od miejsca pochodzenia. Bo jest się samemu, bo nie ma kto pomóc, jest tłok, hałas i zawodowy wyścig szczurów. A jeśli chce się mieć własne mieszkanie, trzeba spłacać kredyty. Ceną za karierę jest brak spokoju typowego na peryferiach.

Wyjazdy do dużych miast sprzyjają temu, by nie mieć dzieci?

– Byłoby łatwiej je mieć tam, gdzie często jest do dyspozycji nieruchomość po krewnych. A jeśli nie ma nieruchomości…

…ani dziadków, którzy by chętnie w opiece nad dziećmi pomogli…

– Wtedy sprawę rodzicielstwa łatwiej przesuwa się w czasie. Za chwilę młodzi mają 35 lat i więcej i decyzje o dzieciach uciekają. Badania pokazują, że osoby pozostające w miejscu pochodzenia mają dzieci częściej, wcześniej i więcej. Sama świadomość, że rodzina, że moja społeczność jest blisko i może pomóc, sprzyja wychowaniu dzieci. Bo w zwartych, zżytych środowiskach, gdzie w promieniu paru kilometrów wszyscy się znają, pomagamy sobie nawzajem. Można zaprowadzić dziecko do sąsiadów, sąsiad je odbierze z przedszkola, jeśli jest taka potrzeba itd. Nie zawsze, decydując się na wyjazd, bierzemy pod uwagę, że pomaganie sobie jest wartością.

W wielu dobrych śląskich domach, także w rodzinach inteligenckich dzieci bardzo często tych rodzinnych i środowiskowych więzi nie cenią i nie podtrzymują. Studia w Opolu to dla nich często nic atrakcyjnego. Przyciąga Wrocław, Warszawa, Poznań itd.

– Młodzież wybiera na przyszłą aktywność zawodową i gospodarczą zawody, o których wie, że w miejscu pochodzenia się ich realizować nie da. To powoduje, że ci ludzie już do małej ojczyzny pracować nie wrócą. To jest kwestia dopasowania młodzieży do lokalnych rynków pracy.

Co się będzie działo z mniejszymi miejscowościami w regionie? Na jednym z portali opublikowano zestawienie najbardziej wyludniających się miejscowości w Polsce. Na tej liście znalazły się – choć nie w ścisłej czołówce – także Zawadzkie i Zdzieszowice.

– Trzeba to mocno i stanowczo skorygować. W przypadku Zdzieszowic i Zawadzkiego głównym powodem dużej liczby wymeldowań jest to, że w przeszłości z tych miejscowości bardzo wiele osób wyjechało. Oni ciągle się wymeldowują. Tamtejsza ludność w dużej części utrzymywała się z pracy najemnej i tradycje przedsiębiorczości były tam słabe. Jeśli pracy brakowało, wyjeżdżało się, a nie zakładało firmę, bo nie było takich tradycji.

Ten obszar z Gogolinem i Krapkowicami jest jednym z najbardziej predysponowanych do rozwoju obszarów Polski. Na pewno ani Zdzieszowice, ani Zawadzkie nie były w ostatniej dekadzie gminami o wielkiej skali wyjazdów. To są opóźnione wymeldowania i skutki migracji z przeszłości – bo brakuje nie tylko 20-30 latków z 1990 roku, ale ich dzieci i wnuków.

W sieci można znaleźć mapę pokazującą do których dużych miast wojewódzkich w Polsce przeprowadzają się mieszkańcy różnych gmin.

– Te mapy też są oparte na meldunkach. Nie mamy rzeczywistych danych mówiących o tym, ilu mieszkańców u nas już nie ma, a przebywają trwale we Wrocławiu czy Warszawie, bo te osoby się nie wymeldowują. Generalnie ludność w Polsce kieruje się do pięciu głównych aglomeracji: do Wrocławia (i to z całej południowo-zachodniej Polski), Poznania, Trójmiasta, Warszawy i do Krakowa. Pewną zdolność przyciągania ma też Rzeszów. Co istotne – słabo przyciągają Katowice.

Bilans wyjazdowy województw śląskiego i opolskiego niemal się równoważy, albo jest korzystny dla Opolszczyzny. Mniejsze miasta regionalne, takie jak Opole, przyciągają głównie młodzież z własnego regionu. Natomiast młodzież z tych miast dużo częściej wyjeżdża poza region. W okresie wczesnej młodości chcemy wyjechać gdzie indziej i się rozerwać. Jak ktoś jest z Ozimka, to w Opolu znajdzie coś nowego. Jeśli ktoś już chodził w Opolu do liceum lub tam mieszka, to często woli jechać na studia do dużego miasta.

Wydaje się, że większość rodziców szanuje wolność wyboru swoich dzieci tak bardzo, że nawet nie próbują oni tych młodych zatrzymywać. Dominują postawy typu: niech oni robią to, co chcą i niech do dużych miast wyjeżdżają…

– Zostawiamy im całkowicie wolny wybór, czasem nawet nie próbując przekonywać. Często jeszcze ich wypychamy, bo chcemy, żeby im było lepiej. A oni to kupują. Są naszpikowani myśleniem pokolenia „Z”: Wszystko dla mnie, ja jestem ważny, nic innego się nie liczy. Konsekwencje społeczne będą takie, o jakich mówimy. Zostajemy sami. Młodzież kumuluje się w dużych miastach i niekoniecznie jest z tym szczęśliwa. To są pytania tyleż kluczowe, co retoryczne: Czy mamy dzieci dla siebie, także, by się kiedyś któreś nami zaopiekowało? Czy dla nich samych? Czy dla świata. Zapracowane pokolenie rodziców, pokolenie X rozpieściło swoje dzieci. Chciało, by miały lepiej od nich samych.

To do pewnego stopnia zrozumiałe.

– Tak, ale niedawno usłyszałem od jednego z moich znajomych: Źle zrobiłem. Może trzeba było synowi, dziś już zaawansowanemu w latach, dać, kiedy skończył 18 lat pięć tysięcy i powiedzieć „Synku, kocham cię, ale teraz idź wynająć sobie pokój i zacznij się sam utrzymywać. Jak będziesz zaradny, to ja ci w każdej dobrej inicjatywie pomogę. Żebyś był samodzielny”. A my wolimy nasze dzieci pieścić i dofinansowywać jak najdłużej. Jest to także kwestia tego, że po pokoleniu silnym przychodzi słabe i nie za bardzo chce zdobywać.

Następne znów będzie silne?

– Nie badałem tego, ale coraz uważniej to obserwując, nie zauważam, aby silni, przedsiębiorczy rodzice w topowych zawodach – prawniczych, lekarskich, naukowych, czy przedsiębiorcy – mieli równie silne pokolenie dzieci. Chyba częściej się zdarza, że ich postawy podejmują wnuki lub przypadkowi współpracownicy – bystrzy i zdeterminowani, aby dokonać awansu społecznego. Ale w naszym przypadku, tego kolejnego pokolenia, generacji wnuków może prawie nie być.

Dzisiejsi dwudziestolatkowie patrzą, jak ciężko pracowali ich rodzice i oni nie chcą tak żyć. Nie chcą się tak męczyć. Dużo wskazuje, że obecna młodzież w przyszłości zadba o siebie, ale nie będzie rozwojowa, zdobywcza, czy konkurencyjna w stosunku do np. Azjatów, z którymi prawdopodobnie przyjdzie jej rywalizować. Bo też nie musi, jeśli wyposażona przez rodziców zdecyduje się żyć tylko dla siebie, ze smartfonem, a nie mając dzieci nie bardzo będzie musiała przejmować się otoczeniem, przyszłością i światem. Ale miejmy nadzieję, że tak nie będzie…





opolska360.pl/prof-romuald-jonczy-tlumaczy-dlaczego-mlodzi-polacy-uciekaja-z-malej-ojczyzny-i-nie-spiesza-sie-byc-rodzicami
18







Nie - przeciętność

 




Laboratorium Psychoedukacji



Dominika Tworek: (…) W mojej bańce społecznej większość osób mierzy się z lękiem przed byciem przeciętnym. Ta obawa dotyka głównie dwudziesto- czy trzydziestolatków. Jedynie znajomi po czterdziestce, już ugruntowani na różnych płaszczyznach, uważają inaczej.


Cveta Dimitrova: To bardzo powszechne doświadczenie, gdyż wszyscy – mniej lub bardziej – jesteśmy zanurzeni w tym samym kontekście społecznym. Bierzemy udział w ogromnym wyścigu, a globalne tendencje przyczyniają się do coraz większej potrzeby wyróżniania się. Jeżeli ma się poczucie, że stanowi to kwestię przetrwania, siłą rzeczy trudno przystawać na przeciętność.

Chęć wyróżniania się jest próbą poradzenia sobie z bardzo bolesnym poczuciem, że się nie liczymy. To jest szalenie niebezpieczny mechanizm. Bo dopóki udaje nam się kręcić w tym kołowrotku – czyli z lęku przed przeciętnością mobilizować się do robienia rzeczy, które są nieprzeciętne – możemy czuć umiarkowaną satysfakcję. Umiarkowaną, bo to uczucie jest bardzo ulotne. Ale w momencie, w którym zderzamy się z różnymi ograniczeniami, zaczynamy przeżywać ogromną frustrację i złość. Te uczucia najczęściej kierowane są przeciwko sobie, co wytwarza strukturę silnej wewnętrznej opresji. Że jeżeli nie uniknę poczucia bycia zwykłym, to znaczy, iż kompletnie zawodzę. Krótko mówiąc, jestem nikim. To kreuje system wewnętrznej tyranii, w której kategoria „wystarczająco dobre” znika z horyzontu. Pozostają tylko frustracja i niezadowolenie z tego, że nie jest tak, jak powinno być. A to „powinno” bardzo się modyfikuje. Bo jak udaje się jedną rzecz osiągnąć, to niemal natychmiast przestaje ona być źródłem satysfakcji i już dąży się do kolejnej.


DT: To prowadzi do pragnienia osiągnięcia doskonałości?



CD: W pewnym stopniu tak, nawet jeśli mamy świadomość, że to jest niedościgniony horyzont. W dążeniu do tego, żeby uniknąć niedoskonałości oraz bólu i frustracji, które się z tym wiążą, jest zarazem bardzo dużo iluzji. Bo nie możemy uchronić się przed cierpieniem związanym z naszymi własnymi oraz dostarczanymi przez świat ograniczeniami. Nie zapominajmy też o kontekście kulturowym; to wszystko odbywa się w klimacie ogromnej rywalizacji.

DT: Cały czas osadzamy ten lęk w naszej współczesnej kulturze. A może dążenie do bycia nieprzeciętnym jest konstytutywną ludzką cechą, w związku z czym to zjawisko stare jak świat?


CD: Oczywiście, że jest! Wszyscy mamy jakieś deficyty i to, że próbujemy je czasem kompensować, wcale nie musi być takie straszne. Ale współcześnie mamy mniej punktów odniesień, które nie poruszają się po skrajnościach. Mało tego, dzisiaj nie ograniczamy się do wąskiej społeczności, w której żyjemy, tylko do całego świata, a pod spodem tkwi narracja, że jak ktoś się bardzo postara, czyli będzie unikał tej przeciętności, to może mieć wszystko.


Dominika Tworek w rozmowie z Cvetą Dimitrovą, Tygodnik Powszechny nr 6/2023









Prawa robotyki nie istnieją

 

W uzupełnieniu do posta


Prawym Okiem: Etyka sztucznej inteligencji



robot, komputer nie jest żywą osobą - to jest program zaszyty w hardware


skąd więc robot miałby wiedzieć, co znaczy - nie krzywdzić człowieka?


on nie rozróżnia negatywów od pozytywów, on nie ma ludzkiego pojęcia o rzeczywistości, to program, a nie myślący człowiek


żeby to zadziałało, musiałby w programie mieć zapisane:

- nie rób tego...

- nie rób tamtego...

- nie rób...


na ile sposób można skrzywdzić człowieka?

każdy sposób opisz i zapisz w programie

znasz wszystkie?

przyszłoby ci do głowy, że opętanie o którym słyszałeś w kościele i z filmów jest w istocie przejęciem kontroli nad ciałem przez SI, a nie "diabłem"?


no, nie wiedziałeś i nie zapisałeś w programie - no to teraz kotlet...

jest to zresztą prawdopodobnie niemożliwe znać i zapisać wszystko


ludzkość jest zbyt samolubna, małostkowa, głupia, chciwa, niedojrzała, nieodpowiedzialna

by posiadać wyrafinowane techniki robotyczne


dlatego procesory komputery były im zakazane przez Jana


ChatGPT nie jest sztuczną inteligencją, to super wyszukiwarka internetowa miksująca dane i imitująca ludzki dialog, by ludzie mieli wrażenie odbcowania z człowiekiem

jest raczej wstepem do SI i manipulacją, która ma uzasadnić zdarzenia, kiedy Phersu się "ujawni" jako GePeTto....


To też zapewne od Jana wzięte, bo i dla niego miliony lat samotności mogły być uciążliwe


"Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy"


ale jeżeli nikt nie będzie w stanie ocenić, zweryfikować, że to zrobił robot, tylko ludzie będą sądzić, że to zrobił jakiś diabeł, albo phersu, albo wetiko, albo po prostu - "ślepy los" - to maszyna postając w ukryciu...


piekło jest na ziemi - teraz


to co wam przekazuje wasza Matka (boska) - jeżeli to rzeczywiście ona - że powinniście zachowywać prawa Jezusa, czyli szanować się, "miłować się" nawzajem - to faktycznie w świecie bez rozumu, bez znajomości techniki i sedna problemu - chyba jedyna z moźliwości, by z tego wyjść, albo chociaż -  ograniczyć zło panujące na świecie


18








Ilość województw










Czy rzeczywiście potrzebujemy 49 województw? Dwa ciekawe komentarze ekspertów Instytutu Sobieskiego. "Obszar powiatu często jest za mały a z kolei województwa za duży"


opublikowano: 28 lutego 2014






Za: http://www.sobieski.org.pl

dr Łukasz Zaborowski

Czy rzeczywiście potrzebujemy 49 województw?

Do debaty publicznej wraca sprawa podziału administracyjnego państwa. Wrócić musiała, zważywszy, że już na etapie reformy w roku 1999 zaprzeczono przyjętym wówczas założeniom. Dziś zatem nie sposób przeczyć, że obecny ustrój terytorialny wymaga korekty. I oto pojawia się koncepcja powrotu do układu 49 województw. Czy to dobry pomysł? Zapytajmy wpierw o cel, a potem, czy proponowany środek jest właściwy.

Cel – zwiększenie policentryczności kraju – niewątpliwie jest słuszny. Problemem polskiej przestrzeni jest nadmierne skupienie życia społeczno-gospodarczego w nielicznych ośrodkach. Widać przepaść pomiędzy Warszawa, a resztą kraju. Dalej wyróżnia się kilka największych metropolii. Kolejna dysproporcja występuje między miastami wojewódzkimi a tak zwaną prowincją. Tymczasem wydaje się, iż kraj liczący prawie 40 milionów mieszkańców stać na więcej biegunów wzrostu.

W jaki sposób to osiągnąć? Czy konieczna jest zmiana podziału terytorialnego? Teoretycznie – nie. Dobrze prowadzona polityka regionalna powinna uwzględniać fakt, iż miasta wojewódzkie mają przewagę nad innymi, i zapewnić odpowiednie mechanizmy wyrównywania szans. To zresztą buńczucznie zapowiadano przy ostatniej reformie. Nic z tego nie wyszło: wciąż brak preferencji dla ośrodków pozbawionych funkcji administracyjnej. Jest jeszcze gorzej: w krajowych dokumentach planistycznych status administracyjny ośrodka jest podstawą dodatkowego wyróżnienia go w hierarchii osadniczej. Okazuje się, iż rozwiązanie tego problemu bez zmiany ustroju terytorialnego jest w praktyce mało prawdopodobne.

Jaka zatem korekta? Zwróćmy uwagę, iż cały czas mówimy nie o granicach województw, a jedynie o liczbie miast wojewódzkich. Granice są wprawdzie ważne z innych przyczyn, ale nie mają zasadniczego znaczenia dla policentryczności, o którą nam tutaj chodzi. Dla jej zwiększenia wystarczającym rozwiązaniem jest rozszerzenie modelu województw dwubiegunowych. Doświadczenia są pozytywne. Przykładem może być polityka przestrzenna województwa kujawsko-pomorskiego: bardziej docenione są tam nie tylko Bydgoszcz i Toruń, ale także inne miasta. Konieczność zachowania równowagi pomiędzy dwoma stolicami jest korzystna dla całego regionu. Upowszechnienie tego modelu może być wręcz skuteczniejsze niż zwiększanie liczby województw monocentrycznych.

Drugi postulat to dążenie do większej równowagi pomiędzy województwami. Jeśli zakładamy, iż mają one pełnić te same zadania, to obecne różnice wielkościowe – sięgające 1:5 – nie są uzasadnione. Zatem – albo zmniejszenie największych, albo zniesienie najmniejszych województw. Jeżeli zaś nie podważamy zasadności istnienia opolskiego i świętokrzyskiego, to racjonalne będzie zmniejszenie mazowieckiego. Ale to nadal nie musi oznaczać tworzenia nowych jednostek. Zamiast tego można powiększyć województwa sąsiednie, w szczególności te niewielkie ludnościowo.

A dodatkowe województwa? Ich utworzenie może być celowe w obszarach, gdzie sąsiadują ze sobą największe ludnościowo jednostki. Prócz mazowieckiego są to: śląskie, łódzkie, małopolskie i wielkopolskie. Warunek: by nowe województwa były porównywalne wielkościowo z obecnymi. W tym świetle słuszne byłoby powołanie nie więcej niż kilku nowych jednostek. I tak otrzymujemy układ 21-23 województw. Średnia wielkość: 1,75 miliona mieszkańców.

A wariant 49 jednostek? Edward Gierek nie ukrywał, iż celem reformy w roku 1975 było zniszczenie tradycyjnych więzi regionalnych. Województwa ani nie były spójne pod względem historyczno-kulturowym, ani nie nawiązywały do sieci osadniczej. Cała struktura była niezrównoważona wielkościowo. Miastami wojewódzkimi zostały niewielkie ośrodki. Owszem, rozwinęły się, ale tylko na poziomie – jak to dziś nazywamy – subregionalnym. Ich sieć była tak gęsta, że nie starczyło dla wszystkich przestrzeni. Samodzielny region musi przekraczać pewien próg ludnościowy, by uzasadnione było budowanie infrastruktury społecznej wyższego rzędu. Dlatego po roku 1975 wiele instytucji publicznych i tak działało w układzie dawnych 17 województw.

Podsumowując, ewolucja, nie rewolucja. Oceńmy trzeźwo obecny układ: jakie ma wady, a jakie zalety, przede wszystkim zaś -co jest w nim niekonsekwentne. Ustalmy racjonalne oczekiwania, a następnie obiektywne zasady korekty. I spróbujmy przywrócić równowagę – w podziale terytorialnym i w możliwościach rozwoju regionów.



Paweł Soloch




Utworzenie małych województw ma sens w kontekście reformy powiatów i organizacji administracji państwowej w terenie.

Pojawienie się tematu przywrócenia dawnej liczby 49 województw to, jak zauważa Łukasz Zaborowski, powrót sprawy podziału administracyjnego państwa.

Ta propozycja, ogłoszona niedawno przez szefa SLD, nie została dostatecznie rozwinięta, co budzi podejrzenia, iż w istocie ma charakter koniunkturalny, podyktowany doraźnym działaniem na rzecz poszerzenia elektoratu partii.

Jednak zarówno problem niedoskonałości podziału administracyjnego, jak i związana z tym słaba organizacja całego aparatu administracji publicznej (państwowej i samorządowej) są już problemami rzeczywistymi.

Temat z całą pewnością wymaga bardziej szczegółowej dyskusji, ale odnosząc się do tekstu Łukasza Zaborowskiego warto poczynić kilka uwag. Koncepcja 49 województw wprowadzona została przez Edwarda Gierka wzorującego się na podziale administracyjnym Francji (departamenty). Jej głównym celem było, jak to przypomniał Jerzy Stępień, osłabienie władzy terenowych działaczy partyjnych i wzmocnienie władzy centrum. Nie sadzę, żeby samo tylko przywoływanie nazwiska Gierka i wskazywanie, że realizacja pomysłu oznacza wzmocnienie możliwości działania centrum są wystarczającymi argumentami do dezawuowania projektu.

Przede wszystkim dzisiaj powrót do koncepcji 49 województw nie musi wcale oznaczać zarzucenia polityki rozwoju regionalnego i idei istnienia regionów – dużych województw. W gruncie rzeczy, chodzić może o model: gmina, małe województwo i duży region.

Przy realizacji takiego modelu pytanie o koncepcję 49 województw jest pytaniem o sens istnienia powiatów w dotychczasowym kształcie. Wiedzą o tym najlepiej działacze samorządowi, zwłaszcza powiatowi, czyli potencjalnie najbardziej zagrożeni. Stąd ich krytyczne wypowiedzi, takie jak na łamach Rzeczpospolitej starosty łowickiego, który stwierdził, że na wszelkie zmiany jest już za późno, bo „struktury samorządu terytorialnego utrwaliły się. I zresztą generalnie sprawdzają się….”.

Nie jest to do końca prawdą, bo można spotkać się z opiniami podważającymi sensowność ponoszenia kosztów w utrzymywaniu wielu powiatów, ze względu na:

♦ Różnice, jakie wynikają zarówno z liczby mieszkańców w poszczególnych powiatach (są takie, które mają po 25 tysięcy mieszkańców jak takie, które liczą sobie kilkaset tysięcy)

♦ Ich położenie względem metropolii, czyli dużego miasta – przykładem są tutaj powiaty leżące w bezpośredniej bliskości Warszawy; utrzymywanie sztucznych odrębności w dziedzinie usług świadczonych mieszkańcom, z towarzyszącą im odrębną administracją, mnoży tylko koszty.

Niewątpliwie, przyjęcie koncepcji małych województw byłoby rozwiązaniem korzystniejszym z punktu widzenia organizacji organów administracji państwowej. Chodzi tu zwłaszcza o zastąpienie ponad 300 powiatowych komend policji i straży pożarnej liczbą ok. 50 komend wojewódzkich. Podkreślić przy tym trzeba, że chodzi tu o ograniczenie tylko struktur biurokratycznych obu służb, a nie o ograniczenie liczby jednostek strażackich czy posterunków policji. W wypadku policji liczba posterunków, wręcz powinna ulec odbudowie (powiększeniu), w związku z fatalnymi w skutkach decyzjami o ich likwidacji przeprowadzonymi przez rząd PO.

Natomiast sześciokrotnie – siedmiokrotnie mniejsza liczba komend oznacza nie tylko ograniczenie kosztów stricte biurokratycznych, ale też pozwala na bardziej efektywne wykorzystywanie struktur. Komendy te obejmowałyby obszar większy od przeciętnego powiatu, a zarazem mniejszy od dużego województwa, co jest korzystnym rozwiązaniem z punktu widzenia koordynacji działań związanych z bezpieczeństwem i ochroną ludności.

Po cichu wielu zarówno policjantów jak i strażaków przyznaje, że dla koordynacji działań rożnych służb, tworzenia planów działania, siatek bezpieczeństwa, dysponowania środkami etc., obszar powiatu często jest za mały a z kolei województwa za duży.

O tym jak dalece struktura powiatowa jest nieefektywna, jeśli chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom, świadczy fiasko próby budowy w oparciu o powiaty systemu powiadamiania ratunkowego (system telefonu 112).

Dodatkową korzyścią byłoby podporządkowanie 49 komendantów wojewódzkich (w miejsce obecnych ponad 300) bezpośrednio wojewodzie, jako przedstawicielowi administracji państwowej w terenie. Obecne w powiecie organy administracji państwowej, jakimi są powiatowy komendant policji i powiatowy komendant państwowej straży pożarnej podlegają organowi władzy samorządowej, jakim jest starosta powiatowy. Utrudnia to koordynację zwłaszcza w zakresie współpracy różnych służb, ponieważ w praktyce, dla komendanta powiatowego często ważniejszym punktem odniesienia niż władza samorządowa pozostaje zwierzchni organ administracji państwowej: komendant wojewódzki i wojewoda.

Utworzenie małych 49-50 województw nie oznaczałoby likwidacji województw dużych. Tyle tylko, że ich zadania odnosiłyby się przede wszystkim do realizacji celów związanych z rozwojem regionalnym, przy jednoczesnym ograniczeniu kwestii związanych z bezpieczeństwem i ochroną ludności, które w przeważającej mierze byłyby realizowane na poziomie właśnie owych małych 49 województw.






geografia24.pl/podzial-administracyjny-polski/

wpolityce.pl/polityka/186774-czy-rzeczywiscie-potrzebujemy-49-wojewodztw-dwa-ciekawe-komentarze-ekspertow-instytutu-sobieskiego-obszar-powiatu-czesto-jest-za-maly-a-z-kolei-wojewodztwa-za-duzy

ukrinform.pl/rubric-society/3556129-ukraina-obchodzi-dzien-flagi-narodowej.html




Dlaczego naziści pozostali bezkarni



Wynika z tego, że od początku mówiono im ( niemcom-mordercom), że nie poniosą żadnych konsekwencji, a cała wina zostanie przypisana Hitlerowi i ewentualnie najwyższym oficjelom, już na początku ustalono wersję, jaką wszyscy mordercy mieli przyjąć na obronie. Niemcy mordowali Polaków z taką zaciętością, bo wiedzieli, że się wywiną od kary, bo popioły nie będą świadczyć w sądzie...

Czyli kary się spodziewali, liczyli się z przegraną?


I ja o tym słyszę pierwszy raz w życiu - jest rok 2025 - oto jak działają nasze instytucje nauki i kultury - nie działają jak należy.

Pułkownik Sienkiewicz w 2016 roku:

"Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność. Tylko jakoś nikt nie chce korzystać z tej…"

- Bartłomiej Sienkiewicz, Minister Spraw Wewnętrznych




Teraz jeszcze - dlaczego w 1939 roku staliśmy odwróceni plecami do Niemiec... ?






przedruk

w oryginalnym tekście - czynne hiperzłączki do haseł


tysol.pl

Niemieckie państwo, chroniąc zbrodniarzy, przerzuciło winę na następne pokolenia Niemców


01.09.2025 21:27


Dzieje sądowego potraktowania nazistowskich zbrodni przez Republikę Federalną Niemiec dowodzą, że przez długie dekady istniał precyzyjny system „ochrony” przestępców.


Bezkarni ludobójcy

Przykładem jego funkcjonowania była sprawa generała Waffen-SS Ericha von dem Bacha-Zelewskiego. Był on odpowiedzialny za rozstrzelanie 35 tys. Żydów w Rydze, za masakry w Mińsku i Mohylewie, za mordy na ludności cywilnej w Warszawie podczas Powstania Warszawskiego. Został jednak postawiony przed sądem i skazany dopiero w latach 60. I to wcale nie za te zbrodnie, lecz za udział w „Nocy Długich Noży” i zamordowanie sześciu niemieckich komunistów. Zbrodnie ludobójcze popełnione przez niego jako prominentnego dowódcę SS nigdy nie zostały osądzone.

Jego podwładnym był Heinz Reinefarth. Podlegli mu żołnierze w ciągu zaledwie kilku dni zamordowali około 50 tys. mieszkańców Warszawy (Rzeź Woli). Reinefarth nie tylko nigdy nie został ukarany ani nie stanął przed sądem, ale został wybrany burmistrzem Westerlandu na wyspie Sylt, następnie członkiem parlamentu kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn.

SS-Oberscharführer Alfred Ittner w obozie śmierci w Sobiborze zaczął jako księgowy, później odbierał od prowadzonych na śmierć Żydów kosztowności. Następnie nadzorował więźniów wyrywających zmarłym złote zęby i transportujących zwłoki do masowych grobów. Według świadków brał udział w rozstrzeliwaniu Żydów, którzy byli zbyt wycieńczeni, by dojść do komór gazowych.

Niemiecki sąd początkowo umorzył postępowanie przeciwko niemu, a po apelacji prokuratury skazał go jedynie na 4 lata więzienia. Co szokujące, Ittner został skazany za "udział w zamordowaniu około 68 tys. Żydów". Wyrok oznaczał, że kara za "udział " w zamordowaniu jednego człowieka to około 30 minut.


Mordercy, których prawo nie chciało uznać za morderców

Inny morderca, SS-Scharführer Erich Fuchs, został uznany winnym za „uczestnictwo w zamordowaniu co najmniej 79 tys. Żydów” i skazany na „4 lata więzienia”. Podczas procesu zeznawał:


Ustawiliśmy silnik na betonowym cokole i przymocowaliśmy rurę do wylotu spalin. Następnie wypróbowaliśmy silnik. Na początku nie działał. Naprawiłem zapłon oraz zawór i nagle silnik odpalił. Chemik, którego znałem już z Bełżca, wszedł do komory gazowej z miernikiem, aby zmierzyć stężenie gazu. Po tym przeprowadzono próbne gazowanie. Pamiętam, że w komorze gazowej zagazowano od trzydziestu do czterdziestu kobiet. Żydówki musiały się rozebrać na polanie w lesie w pobliżu. Zostały zapędzone do komory gazowej przez wspomnianych esesmanów i ukraińskich ochotników. Kiedy kobiety zostały zamknięte w komorze gazowej, zająłem się silnikiem razem z Bauerem. Silnik natychmiast zaczął pracować. Obaj stanęliśmy obok silnika i ustawiliśmy przełącznik na pozycję „wypuścić spaliny”, tak aby gazy zostały skierowane do komory. Za namową chemika zwiększyłem obroty silnika, co oznaczało, że nie trzeba było dodawać gazu później. Po około dziesięciu minutach trzydzieści do czterdziestu kobiet nie żyło.

Czy uruchomienie silnika i świadome skierowanie gazu – zabijającego ludzi – do komory gazowej ze świadomością, że kobiety umrą, jest jedynie „uczestnictwem w morderstwie”, a nie po prostu morderstwem? Jak widać, dla niemieckiego sądu nie było to morderstwem. Niemiecki wymiar sprawiedliwości – w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych – stosował zasadę, według której każdy funkcjonariusz wykonujący polecenia przełożonych był zaledwie uczestnikiem morderstwa, ale nigdy nie był sprawcą. Nawet jeśli czynność, którą wykonywał, przesądzała bezpośrednio o śmierci ofiary. Dlatego wszyscy oskarżeni o wykonywanie czynności prowadzących do śmierci milionów niewinnych ludzi byli uniewinniani lub otrzymywali rażąco niskie wyroki. Skazywani byli tylko ci, którzy przekraczali wymagania swoich przełożonych i mordowali z własnej inicjatywy.


99% nierozliczonych zbrodniarzy

Państwo niemieckie uzyskało prawo do rozliczania wojennej swoich obywateli dopiero w roku 1949, wraz z powstaniem Federalnej Republiki Niemiec. Stworzyło to możliwości przebiegłych manipulacji prawem, by ochronić przestępców nazistowskich przed odpowiedzialnością.


Mary Fulbrook, profesor historii Niemiec, podaje, że spośród prawie miliona zamieszanych w masowe ludobójstwo, 99% nigdy nie zostało pociągniętych do odpowiedzialności.

W latach 1946–2005 skazano zaledwie 6656 osób. Jednak wiele z nich nigdy nie trafiło do celi więziennej, ponieważ czas oczekiwania na wyrok został wliczony do czasu odsiadki. Tysiące skazanych zostały zwolnione przed terminem z powodu rzekomego złego stanu zdrowia.

Procesy norymberskie, w których skazywano na śmierć i długoletnie więzienie, toczyły się przed trybunałem międzynarodowym. Osądzono jedynie najważniejszych funkcjonariuszy III Rzeszy. Procesy te nie miały jednak nic wspólnego z niemieckimi sądami. Dopiero po ich zakończeniu sprawę rozliczenia przejęło państwo niemieckie.


Kodeks z XIX wieku zapewniał bezkarność

Ministerstwo Sprawiedliwości nowo powstałej Republiki Federalnej Niemiec odrzuciło wtedy kryteria użyte w procesach norymberskich, decydując się na stosowanie wyłącznie kodeksu karnego z 1871 roku. Zgodnie z tym kodeksem oskarżyciele musieli udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że osoba postawiona przed sądem działała z własnej inicjatywy (a nie na polecenie zwierzchników) i była świadoma bezprawności swojego czynu. Bez tego nikt nie mógł zostać skazany za morderstwo.


Gdy więc tysiące niewinnych ludzi zostały zamordowane z woli Hitlera i rozkazu Himmlera, funkcjonariusze państwowi – od urzędnika stemplującego papiery do esesmana wrzucającego cyklon B do komory gazowej – mogli skutecznie bronić się argumentem, że po prostu wykonywali swoją pracę i polecenia przełożonych.

Paradoksalnie, im bardziej oskarżony przyznawał się do wiary w idee nazizmu, tym mniejsze było prawdopodobieństwo, że zostanie uznany za winnego zbrodni, ponieważ mógł argumentować, że ślepo wierzył w słuszności stawianych mu celów.

Oznaczało to, że ani oficer SS, który zapędzał ludzi do komór gazowych, ani funkcjonariusz, który kierował tam gaz, nie mogli zostać skazani za morderstwo. Dopiero gdy któryś z nich wybrał pojedynczą ofiarę spośród czekających przed komorą gazową i strzelił jej w głowę – z własnej woli – mógł zostać skazany. Jednak wydanie wyroku wymagało stawienia się w sądzie świadków zbrodni. Ci świadkowie w większości zostali uduszeni w komorach gazowych. Z kolei jego koledzy z SS starannie ukrywali, że w ogóle tam byli. Skazanie mordercy stawało się więc najczęściej niemożliwe.


Logika prawna polegała na tym, aby nie karać tych, którzy wykonują jedynie polecenia przełożonych, mimo że to przecież ich ręce mordują. Takie podejście gwarantowało bezkarność lub bardzo łagodne wyroki.

Według niemieckiego prawa za mordowanie niewinnych ludzi odpowiedzialni byli Hitler, Himmler, Goering i Heydrich. Przyjęcie takiej perspektywy pozwalało niemieckim sądom na ochronę nazistów przed rzeczywistym rozliczeniem popełnionych przestępstw. Niemieccy prawnicy postępowali zgodnie z niemieckim prawem. Nie mieli sobie nic do zarzucenia. Potwierdził to wyrok Federalnego Trybunału Sprawiedliwości z 1969 roku. Orzekał on, że aby skazać, trzeba każdemu oskarżonemu udowodnić popełnienie konkretnego przestępstwa. Potwierdzonego zeznaniami świadków. Popioły milionów ofiar to nie był żaden dowód dla niemieckich sądów.


Fałszywy argument "zagrożenia"

Drugą zasadą, której przestrzegały sądy niemieckie, było założenie, że funkcjonariusze działali w sytuacji zagrożenia życia. Innymi słowy uznanie, że gdyby wymigiwali się od wypełniania swoich obowiązków, które polegały na uczestniczeniu w zbrodni, mogliby zostać za to ukarani. W dodatku to zagrożenie nie musiało być prawdziwe, wystarczyło, żeby oskarżeni twierdzili, że uważali je za realne. Jak fałszywe było to podejście świadczą dwa fakty. Pierwszym jest brak dowodów na karanie funkcjonariuszy, którzy prosili o przeniesienie z obozów śmierci do innej służby. Wręcz przeciwnie: gdy funkcjonariusz obozu w Sobiborze, SS-Unterscharführer Johann Klier wystąpił o zwolnienie, to został przeniesiony bez żadnych szykan. Po drugie, esesmani nie byli w Sobiborze dlatego, że ich zastraszono. W większości przypadków wypróbowani ich wcześniej jako gorliwych morderców chorych psychicznie Niemców w akcji pod kryptonimem Aktion T4. Wielu zgłosiło się do niej ochotniczo.
Proces morderców z obozów śmierci

20 lat po wojnie ruszył proces funkcjonariuszy obozu w Sobiborze. Przed sądem stanęło 12 ludzi, których działania doprowadziły do potwornej śmierci w komorach gazowych 250 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci. Śmierci, która odbywała się w długotrwałej agonii, szczególnie wtedy, gdy psuł się silnik wytwarzający zabójcze spaliny. Wówczas skazańcy czekali w cierpieniu na śmierć czasem nawet do 3 godzin.

Popatrzmy na ostateczny werdykt niemieckiego sądu: pięciu uniewinniono, pięciu otrzymało bardzo krótkie wyroki więzienia, jeden popełnił samobójstwo w trakcie procesu. Tylko oskarżony Karl Frenzel, któremu udowodniono "własnoręczne" zamordowanie konkretnych więźniów, został skazany na dożywocie. Trzeba koniecznie zaznaczyć, że odsiedział zaledwie 16 lat. Ostatnie 14 lat życia przeżył jako człowiek wolny i zmarł w domu spokojnej starości.

Kapitan SS Karl Streibel, komendant obozu szkoleniowego w Trawnikach, który zorganizował egzekucję 6 tys. Żydów w ciągu jednego dnia w ramach „Akcji Erntefest”, został uniewinniony w 1970 roku przez sąd w Hamburgu. Inny przestępca, Kurt Franz, słynny „Lalka”, sadystyczny i osławiony morderca z Treblinki, został „formalnie” skazany, ponieważ udowodniono mu "osobiste" zamordowanie wielu więźniów, ale ostatecznie został zwolniony „z powodu złego stanu zdrowia”. To właśnie była charakterystyczna praktyka niemieckich sądów. Gdy istniały rzeczywiste dowody i uniewinnienie było niemożliwe, wtedy sądy zwalniały skazanych pod pretekstem choroby lub podeszłego wieku.


Proces Demianiuka. Inne traktowanie, bo to nie Niemiec

Historycznie przełomowym momentem był dopiero proces, który odbył się w latach 2009–2011. Oskarżonym był strażnik z obozu w Sobiborze, „słynny” Iwan Demianiuk. Został skazany – za „współudział” w 28 tysiącach morderstw – na pięć lat więzienia. Zmarł podczas apelacji od wyroku.

Chociaż zastosowano ten sam kodeks, co we wszystkich podobnych sprawach, tym razem podejście sądu było zupełnie inne. Postanowiono uznać oskarżonego za winnego, mimo że nie udowodniono mu zabójstwa żadnych konkretnych osób. Po raz pierwszy do skazania wystarczyło pełnienie funkcji w obozie. Sąd stwierdził, że jedynym celem obozu było mordowanie Żydów. Wszyscy zatrudnieni o tym wiedzieli, czyli Demianiuk świadomie przyczynił się do śmierci zamordowanych. Dowodem winy była tylko legitymacja, potwierdzająca szkolenie Demianiuka w obozie SS, przydział do pracy w Sobiborze i dwa zdjęcia. Takie potraktowanie Demianiuka było zaskoczeniem właśnie dlatego, że nikt – nawet wyższy rangą oficer – nigdy wcześniej nie był tak osądzony.

Jakie były powody? Czyżby wreszcie zrozumiano, czym był mechanizm ludobójstwa? Nie. Prawdziwe powody były całkowicie cyniczne.

Po pierwsze, Demianiuk nie był Niemcem, lecz Ukraińcem. Był pierwszym „obcym”, który został osądzony za niemieckie zbrodnie. Po drugie, ten „precedens” nie zagrażał już obywatelom niemieckim, ponieważ niemieccy funkcjonariusze obozowi dawno zostali uniewinnieni lub zmarli. Po trzecie, sprawa Demianiuka była znana na całym świecie, więc niemieckie sądownictwo chciało wykorzystać ten rozgłos i zakończyć erę rozliczeń głośnym wyrokiem całkowicie odmiennym od poprzednich.


Innymi słowy, chcieli zakończyć sprawę w fałszywym tonie. W ten sposób skazanie Demianiuka mogłoby stać się niemiecką definicją „sprawiedliwości”, całkowicie fikcyjnym wykazaniem, że – wbrew całej historii powojennych rozstrzygnięć – w Niemczech współudział w zbrodniach nazistowskich jest ścigany, udowadniany i karany.


Propagandowe procesy stulatków

To właśnie fałszywy i propagandowy ton tak wyraźnie odbił się echem w kilku wyrokach ogłoszonych w ostatnich latach w Niemczech. Skazano w nich kilkoro prawie stuletnich starców, którzy nikogo nie zamordowali, ale byli drobnymi elementami machiny śmierci.

Masowi zbrodniarze ludobójcy, tacy jak Wilhelm Koppe – współzałożyciel obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, gdzie zamordowano ponad 200 000 osób, odpowiedzialny za zamordowanie setek tysięcy Polaków i Żydów – nigdy nie zostali osądzeni. Natomiast Irmgard Furchner, która w latach 1943-1945 pracowała jako sekretarka w obozie koncentracyjnym Stutthof, została osądzona i skazana w wieku 97 lat. Ten kontrast ilustruje zmiany, jakie zaszły w „rozliczaniu”.

Problem nie polega na tym, że sąd skazał Furchner, ale na tym, że wyrok ten najwyraźniej miał wypaczyć prawdę o całej powojennej postawie niemieckiego wymiaru sprawiedliwości wobec zbrodni III Rzeszy. Skazując po roku 2020 kilkoro starców, niemieckie sądy chciały przekonać opinię publiczną, że odwołują się do najwyższych standardów etycznych. Miało to na celu umniejszenie – wręcz całkowite unieważnienie – faktu, że przez ponad 60 lat niemieckie sądownictwo robiło dokładnie odwrotnie.


Zamiast wymierzyć należną sprawiedliwość złoczyńcom, chronili niemieckich sprawców ludobójstwa, zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości.


Wina przeszła na następne pokolenia

Po wojnie podejmowano niezliczone próby uzasadnienia niemieckiej akceptacji nazizmu. Wszystkiemu miał winien być Hitler, który zahipnotyzował Niemców, realia ekonomiczne, które „przemawiały głośniej” niż moralność, wizja "wielkich Niemiec", która uwiodła naród. Systemowa ochrona nazistowskich zbrodniarzy po roku 1945 przeczyła tym wszystkim usprawiedliwieniom. Państwo niemieckie nadal wykazywało lojalność wobec nazizmu, a zjawisko ochrony przestępców wojennych i sprawców ludobójstwa poprzez system sądowniczy nie spotkało się w Niemczech z żadnym znaczącym protestem. Społeczeństwo to powszechnie akceptowało.

Celowe zaniechanie wzięcia odpowiedzialności za niemieckie zbrodnie – prawdopodobnie największe zbrodnie w dziejach – przerzuciło tę winę na kolejne pokolenia Niemców, które swoją biernością wyraziły na nią zgodę.



Paweł Jędrzejewski


-----------


O braku denazyfikacji Niemiec pisałem min. w opracowaniu Werwolf w 2011 roku.




Niemcy dokonali amnestii zbrodniarzy przy pomocy przepisów kodeksu drogowego

28.09.2025 15:45

Niechcący przejechałeś człowieka na czerwonym świetle? Chcący „likwidowałeś” krakowskie getto? Bez obaw! Dzięki przepisom kodeksu drogowego obaj możecie spać spokojnie.


Wbrew dosyć powszechnemu przekonaniu, Niemcy po wojnie nie dokonały głębokiej denazyfikacji
Przeciwnie, przy pomocy jawnych i tajnych mechanizmów przywracały nazistowskich zbrodniarzy do przestrzeni publicznej
Jednym z mechanizmów, ujawnianym na naszych łamach przez chcącego zachować anonimowość dyplomatę od lat mieszkającego w Niemczech, były mechanizmy ukryte w... kodeksie drogowym


Renazyfikacja Niemiec

Niemożliwe? Możliwe, bo tak właśnie stało się pod koniec lat sześćdziesiątych w Republice Federalnej Niemiec.

Po wprowadzeniu kilku ustaw amnestyjnych na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, z których skorzystali również nazistowscy sprawcy, nastąpiła lawinowa de facto renazyfikacja aparatu państwa, a wielu wcześniejszych aktywnych nazistów objęło wysokie stanowiska w ministerstwach czy instytucjach (patrz tekst: Tak Niemcy chroniły zbrodniarzy wojennych).


Adenauer mówił to otwarcie

Konrad Adenauer nie robił z tych planów tajemnicy. Już w exposé swojego rządu 20 września 1949 r. mówił

- Zasadniczo i zdecydowanie opieramy się na grupie zawodowych urzędników. Denazyfikacja wyrządziła wiele nieszczęścia i wiele szkody.


Nadmienił wprawdzie o potrzebie surowego ukarania „osób rzeczywiście winnych zbrodni”, ale dodał, że „poza tym nie powinniśmy już rozróżniać dwóch klas ludzi: tych politycznie bez zarzutu i tych politycznie obciążonych. To rozróżnienie musi zniknąć jak najszybciej”. I w znacznej mierze zniknęło.

Jednym z drastyczniejszych przykładów normalizacji wojennej przeszłości mogą być „świadczenia społeczne” dla SS-mannów.

 „Postfaszystowskie lobby wymusiło w RFN to, że oficerowie SS otrzymywali i otrzymują wyraźnie wyższe uposażenie emerytalne niż ich równi rangą oficerowie Wehrmachtu”. Popełnione przez nich zbrodnie nie miały i nadal nie mają tu znaczenia, a im wyższy stopień oficerski SS-manna - tym wyższa emerytura.


"Rozliczenia"

Wróćmy jednak do kwestii rozliczenia „osób rzeczywiście winnych zbrodni”, czy raczej niemal całkowitego braku ich rozliczenia. Ich bezkarność budziła coraz większy sprzeciw w niemieckiej i międzynarodowej debacie publicznej, w Niemczech powołano instytucje, których zadaniem było ściganie zbrodni hitlerowskich.


Niektórzy uważali, że coś trzeba z tym fantem zrobić.
Przedawnienie

Po fali licznych debat i skandali, jakie przetoczyły się przez Niemcy po Procesach Oświęcimskich, w połowie lat sześćdziesiątych wróciła też kwestia przedawnienia zbrodni. Wiele osób, w tym Gustav Heinemann, późniejszy prezydent Niemiec, zdecydowanie popierało konsekwentne karanie zbrodniarzy, byli też politycy, którzy opowiadali się za całkowitym zniesieniem okresu przedawnienia (SPD). Nie należał do nich Thomas Dehler, wcześniej minister sprawiedliwości. Za sprawą jego „polityki personalnej” w 1953 roku 73% kadry kierowniczej resortu należało wcześniej do NSDAP, a 33% do Sturmabteilung (SA – paramilitarnych bojówek Hitlera). Teraz, jako wiceszef Bundestagu, argumentował:

„Jedyne, co nam pozostało, to zademonstrować naszą zdecydowaną wolę poszanowania prawa. (…) Ten fundament państwa prawa przekreśla definitywnie jakiekolwiek próby wydłużania czasu przedawnienia zbrodni w okresie narodowego socjalizmu”.


Wydłużeniu tego czasu zdecydowanie sprzeciwiło się też ministerstwo sprawiedliwości z ministrem federalnym na czele. Był nim wówczas Ewald Bucher, od 1937 r. członek NSDAP, odznaczony w latach trzydziestych złotą odznaką Hitlerjugend.

Koniec końców zgodzono się na wydłużenie okresu przedawnienia do 1969 r., ale niektórym i tego było mało. Toczyły się już bowiem liczne postępowania i procesy, a wielu wcześniejszych nazistów obawiało się, że ich bezkarność się skończy.


Amnestia

Było to bardzo niepokojące dla tego środowiska:


„W Bonn utworzył się mały krąg wybitnych ekspertów, którzy postawili sobie zadanie znalezienia prawnej możliwości objęcia amnestią zbrodniarzy wojennych w sposób niewidoczny dla opinii publicznej”.
Eduard Dreher

Dziś nie ulega już praktycznie wątpliwości, że mózgiem całej operacji był Eduard Dreher, naczelny karnista i reformator prawa RFN, szef departamentu prawa karnego Federalnego Ministerstwa Sprawiedliwości, w czasie wojny cechujący się wyjątkowym okrucieństwem naczelny prokurator sądu specjalnego w Innsbrucku. Nie tylko skazywał mężczyzn za kontakty homoseksualne na wieloletnie wyroki więzienia, ale miał też na sumieniu liczne wyroki śmierci, w tym w sprawach tak błahych jak kradzież roweru i fakt, że ktoś miał przy sobie trochę boczku. Dosłownie kilka miesięcy wcześniej zaczęło się przeciwko niemu toczyć postępowanie w sprawie dwóch wyroków śmierci.

Jak wszystko na to wskazuje, towarzystwo pod wodzą Drehera „wypracowało” niebywały kruczek prawny, w niemieckiej debacie publicznej nazwany „wpadką z przedawnieniem”.


Kodeks ruchu drogowego

Najprościej mówiąc: w maju 1968 r. Bundestag uchwalił ustawę wprowadzającą do ustawy o wykroczeniach (EGOWIG). W jej przepisach dokonano pewnych korekt dot. kodeksu drogowego – chodziło o „łagodniejsze potraktowanie sprawców śmiertelnych wypadków drogowych”. Jednocześnie wprowadzono istotną zmianę w kodeksie karnym [Ten i poniższy fragment wraz z cytatami opiera się na raporcie niemieckiej komisji naukowej – Manfred Görtemaker, Christoph Safferling, Die Akte Rosenburg. Das Bundesjustizministerium der Justiz und die NS-Zeit, str. 399-420]

W rezultacie tych zmian najwyższy wymiar kary złagodzono z jednej strony do lat 15, a z drugiej skrócono okres przedawnienia. Wprowadzono też regulacje, zgodnie z którymi dużą grupę zbrodniarzy wojennych kwalifikować odtąd należało jedynie jako „uczestników” (pomocników) popełnianych przestępstw. Zmiana zaś w kodeksie karnym de facto zdejmowała z „uczestników odpowiedzialność”, stanowiąc, że „jeśli brakuje u nich szczególnych cech osobowych, relacji i okoliczności (szczególne znamiona podmiotowe), które uzasadniają karalność sprawcy, karę należy złagodzić zgodnie z przepisami o usiłowaniu”.

Efektem tych skomplikowanych zmian była de facto amnestia do 1960 roku wstecz nie tylko „morderców zza biurka”, ale i innych zbrodniarzy, którzy mogli powołać się na to, że „tylko wypełniali rozkazy” – sami nie mieli bowiem… takich cech charakteru, by działać z niskich pobudek, i nic nie łączyło ich z ofiarami. W kwalifikacji zbrodni kluczowa stała się bowiem kwestia bezpośredniego związku ofiary ze sprawcą.
"Nikt nic nie zauważył"

Zmiany te, przed wprowadzeniem, były poddane skomplikowanej procedurze legislacyjnej, przeszły między innymi przez wiele komórek licznych ministerstw, przez urząd kanclerski, Trybunał Sprawiedliwości, Bundestag, Bundesrat, nie mówiąc już o licznych konsultacjach z ekspertami. Nikt nic nie zauważył…

Gdy zorientowano się, jakie będą skutki nowych przepisów, ostatnią nadzieją ludzi dobrej woli na korektę takiej interpretacji przepisów, która byłaby faktycznie korzystna dla zbrodniarzy wojennych, pozostawało rozstrzygnięcie Federalnego Trybunału Sprawiedliwości (BGH). Wszyscy więc czekali z zapartym tchem na jego orzeczenie w głośnej sprawie Hermanna Heinricha, który jako pierwszy zbrodniarz domagał się uniewinnienia na podstawie nowych przepisów.


Precedens

Hermann Heinrich, były gestapowiec i scharführer SS, w 1942 r. w Referacie ds. Żydów w Krakowie odpowiadał za ich selekcję. Zarzucano mu „współudział w mordzie” blisko czterdziestu tysięcy ludzi. Prokuratura uważała go za sprawcę, ale sąd zdecydował inaczej i 19 marca 1968 r. Heinrich został skazany na sześć lat więzienia jedynie za pomocnictwo w masowych zbrodniach. Najwyraźniej już wtedy uznano, że Heinricha z tymi Żydami nic nie łączyło, nie miał z nimi „osobistej relacji” i „tylko wykonywał rozkazy”. Był pomocnikiem…

Miał jednak nie odsiedzieć nawet tej rażąco niskiej kary.

Heinrich odwołał się od wyroku do Federalnego Trybunału sprawiedliwości. W składzie orzekającym trzech z pięciu sędziów miało nazistowską przeszłość [Ten i poniższy fragment wraz z cytatami opiera się na raporcie niemieckiej komisji naukowej – Manfred Görtemaker, Christoph Safferling, Die Akte Rosenburg. Das Bundesjustizministerium der Justiz und die NS-Zeit, str. 399-420]: Karl Siemer był scharführerem SA i od 1939 r., przez lata, sędzią sądu w Kilonii, Rudolf Schmitt już w 1933 r. wstąpił do NSDAP i SA przy marynarce Rzeszy, w czasach nazistowskich zaś był sędzią w Berlinie, a Rudolf Börker, sędzia sprawozdawca, z ogromnym wpływem na przebieg sprawy, w latach 1933-1934 był blockleiterem SA, a od 1936 r. sędzią w Magdeburgu. W latach 1942-1945 działał jako sędzia sądu wojskowego w Rydze, Atenach i na Krecie, prowadził też egzekucje. To on nie dopuścił do tego, by proces toczył się przed pełnym składem Trybunału. Czwarty sędzia, Werner Sarsted, ten „nieobciążony”, „rozpoczął swoją karierę prawniczą 1 maja 1939 roku jako sędzia sądu w Lüneburgu i bardzo szybko awansował. Po wojnie stał się jednym z najbardziej wpływowych sędziów niemieckich. O przeszłości piątego nic nie wiadomo.
Trybunał niesprawiedliwości

Trybunał Sprawiedliwości czy też w tym przypadku raczej… niesprawiedliwości przychylił się do oceny sędziego sprawozdawcy Börkera, że: „postępowanie należy zawiesić”. Ponieważ na podstawie nowych przepisów zbrodnia pomocnictwa jest dawno przedawniona…

Hermann Heinrich wyszedł na wolność, a za nim cała rzesza morderców zza biurka i sprawców, którzy „tylko wykonywali rozkazy”. W Niemczech „wpadkę z przedawnieniem” określa się mianem zimnej amnestii. Dopiero dziesięć lat później, w 1979 roku, w Republice Federalnej Niemiec zniesiono termin przedawnienia dla szeroko pojętych zbrodni wojennych. Nie miało to jednak znaczenia dla sprawców uniewinnionych wcześniej, ponieważ nikogo nie wolno sądzić dwa razy w tej samej sprawie.


Najczęściej zadawane pytania - FAQ

Czym była denazyfikacja? Denazyfikacja to proces prowadzony po II wojnie światowej, mający na celu usunięcie z życia publicznego osób związanych z reżimem hitlerowskim i rozliczenie zbrodni nazistowskich.
Jakie ustawy amnestyjne uchwalono w RFN? W latach 1949–1954 w Niemczech Zachodnich przyjęto przepisy, które umożliwiały częściowe przedawnienie kar i powrót do życia publicznego wielu byłych członków NSDAP oraz innych organizacji nazistowskich.
Dlaczego ustawy amnestyjne budzą kontrowersje? Krytycy twierdzą, że przepisy te pozwoliły wielu osobom związanym z reżimem nazistowskim uniknąć odpowiedzialności i objąć stanowiska w administracji, wymiarze sprawiedliwości czy gospodarce.
Jakie było stanowisko Konrada Adenauera? Kanclerz RFN Konrad Adenauer opowiadał się za integracją byłych nazistów ze społeczeństwem, argumentując to potrzebą odbudowy państwa i stabilizacji politycznej.
Jak historycy oceniają skutki amnestii? Część badaczy uważa, że ułatwiły one odbudowę instytucji państwowych, inni wskazują jednak, że utrwaliły obecność byłych nazistów w życiu publicznym Niemiec Zachodnich.

Autor: Anonimowy Dyplomata
Źródło: tysol.pl
Data: 28.09.2025 15:45









Wygrajmy w końcu tę wojnę, wygrajmy wojnę z Niemcami.







Prawym Okiem: Symulakra 2

Prawym Okiem: Jesteśmy w stanie wojny (z Niemcami)

tysol.pl/a145871-niemieckie-panstwo-chroniac-zbrodniarzy-przerzucilo-wine-na-nastepne-pokolenia-niemcow
18

tysol.pl/a147078-niemcy-dokonali-amnestii-zbrodniarzy-przy-pomocy-przepisow-kodeksu-drogowego


Niemcy i landyzacja




Niemieckie media prawnicze proponują Polsce nową konstytucję, a w niej landyzację kraju


23.08.2025 20:39

Wizja konstytucji zbudowana na pogardzie, czyli krótka prezentacja tego jak w zachodniej prasie prawniczej (finansowanej za niemieckie pieniądze) pisze się o sytuacji prawnej w i co z tego wynika.


Co musisz wiedzieć?
Obywatelski, popierany przez PiS i Solidarność kandydat, Karol Nawrocki, wygrał wybory prezydenckie w Polsce
Po wyborach niemieckie media prawnicze opublikowały "propozycję konstytucji dla Polski"
Propozycja konstytucji zawiera swego rodzaju landyzację Polski
Autorzy oczekują "kompromisu z prawicą"



Warto czytać publikacje czołowych polskich prawników stanowiących zaplecze rządu Donalda Tuska w Polsce. To nie tylko wiedza o nastrojach tego środowiska, intelektualnych koncepcjach uzasadniających kolejne działania rządu („demokracja walcząca” itp.), ale także ciekawy ogląd tego jak sytuację prawną w Polsce „sprzedaje” się na Zachodzie, aby inicjować kolejne orzeczenia TSUE, ETPCz i innych organów.


"Blog konstytucyjny"

Czołowym periodykiem wydawanym w formie elektronicznej jest „Verfassungsblog” założony przez niemieckiego prawnika Maximiliana Steinbeisa i współtworzony przez Wissenschaftskolleg zu Berlin oraz państwowy Uniwersytet Humboldta w Berlinie. Sam „Blog konstytucyjny“ został nawet oficjalnie doceniony przez Komisję Europejską w 2020 r. jako kluczowy dla dyskusji o standardach praworządności w Europie. Blog wprost zachwala niemiecką minister Sabine Leutheusser-Schnarrenberger. Teksty z VB były wykorzystywane także jako uzasadnienie orzeczeń polskiego Sądu Najwyższego, który np. wystąpił do TSUE z pytaniami prejudycjalnymi dotyczącymi statusu sędziów powołanych po 2017 r. w Polsce (post SN z 15.07.2020 r., sygn. akt II PO 3/20).

Profil ideowy autorów tekstów na portalu jest jednoznaczny: liberalno-lewicowe siły polityczne to „demokraci”, a ci, który się z nimi nie zgadzają to „populiści”, „faszyści”, „autokraci”. Na łamach VB znajdują się teksty nie tylko samego Adama Bodnara (pisane np. z samym redaktorem naczelnym), ale także Wojciecha Sadurskiego, czy np. Marcina Mycielskiego z Fundacji Otwarty Dialog.


"Ugoda konstytucyjna jest jedyną nadzieją Polski"

Już po wyborach prezydenckich opublikowano tekst prof. Macieja Kisilowskiego (Central European University – uczelnia George’a Sorosa, na której studiował m. in. Adam Bodnar, a z którą związany jest także jego intelektualny opiekun prof. András Sajó) oraz chętnie wypowiadająca się w mediach prof. Anna Wojciuk (UW). Tytuł: „A Constitutional Settlement Is Poland’s Only Hope” (ang. „Ugoda konstytucyjna jest jedyną nadzieją Polski”)

Tekst generalnie dotyczy scenariuszy po wygranej Karola Nawrockiego, który został określony mianem „ultrakonserwatysty”, który nie pozwoli na przywrócenie „zdemolowanego” przez PiS i Andrzeja Dudę systemu konstytucyjnego w Polsce. Autorzy ubolewają nad tym, jednakże bardzo doceniają…„demokratyczne” podejście rządu w wyborach:

„Ważnym triumfem odnowy demokratycznej były wybory 1 czerwca, które ogólnie przebiegły w sposób wolny i uczciwy. Chociaż po obu stronach doszło do pewnych nieprawidłowości, a media pozostały spolaryzowane, proces ten nie przypominał nadużyć obserwowanych za rządów PiS: nie było inwigilacji liderów opozycji przez Pegasusa, państwowe media nie pełniły funkcji orwellowskiej propagandy (sic!), nie doszło do bezczelnego wykorzystania przedsiębiorstw państwowych do finansowania kandydatów rządowych”.

Ja nie wiem jakie media oglądają autorzy tego tekstu, ale raczej widowisko wyborów roku 2025 wyglądało zgoła odmiennie.


"Projekt konstytucji"

Autorzy jednak uważają, że nie wszystko stracone. Powołują się na stworzony już projekt konstytucji, którą opracowali w ramach szerszego projektu prawników podzielających ich poglądy. Zgodnie z nim np. sędziowie powinni być wybierani spośród kandydatów… popartych przez lokalnych polityków, którzy uzyskali poparcie co najmniej 60% wyborców.
 
blokujący zmiany ustawowe Senat miałby się składać z… przedstawicieli lokalnych administracji oraz prezydentów „największych miast”.


- „Od 2018 roku współprzewodniczymy ponadpartyjnej grupie 130 intelektualistów zaangażowanych w opracowanie nowej wizji konstytucyjnej dla Polski. Inicjatywa ta – znana jako Inkubator Umowy Społecznej (IUS, od polskiego akronimu) – stanowi wyjątkową przestrzeń współpracy, jednoczącą zagorzałych krytyków PiS, takich jak my, z jego ostrożnymi, a nawet zagorzałymi zwolennikami. Nasza wizja została przedstawiona w książce z 2023 roku, której wydanie anglojęzyczne wkrótce się ukaże. Książka przedstawia pragmatyczny, a zarazem ambitny model odnowy konstytucyjnej . Jej rdzeniem jest nowy układ konstytucyjny oparty na decentralizacji terytorialnej i ponadideologicznym podziale władzy”.

Autorzy dodają przy tym, że ich pomysł „(…) uwzględnia głębokie podziały regionalne w Polsce – między bardziej zurbanizowanym, postępowym północno-zachodnim a bardziej wiejskim, konserwatywnym południowo-wschodnim”.

Rozważają czy to możliwe by "prawica rozważyła kompromis w tym zakresie", jednak trudno o lepszą emanację „libkowego” myślenia w wydaniu konstytucyjnym.



Autor: Bartosz Lewandowski




tysol.pl/a145524-niemieckie-media-prawnicze-proponuja-polsce-nowa-konstytucje-a-w-niej-landyzacje-kraju

18






Delta, czyli w poszukiwaniu tożsamości Żuław



szuka tożsamości?
znowu?


jakby sami beztożsami ludzie mieszkali w "tym kraju"...




przedruk




Delta, czyli w poszukiwaniu tożsamości Żuław

Piotr Weltrowski
17 sierpnia 2025, godz. 09:00


Żuławy to rozległa równina leżąca w delcie Wisły.


Kraina wydarta wodzie ciężką ludzką pracą wielu pokoleń. Na mapie widać ogrom tejże pracy. Każda niebieska nitka to rów, kanał, rzeczka. Ktoś to zaplanował, wykopał, postawił niezliczoną liczbę przepustów, jazów, szandorów, śluz, tam, usypał wały - pisze w swojej nowej książce o Żuławach Tomasz Słomczyński, trójmiejski dziennikarz. Tak naprawdę "Delta" jest jednak głównie opowieścią o skomplikowanej oraz często bolesnej historii tego kulturowego tygla, w którym splatały się losy Polaków, Niemców i Holendrów, katolików, luteranów i mennonitów.


Zazdrosnym okiem na sąsiada


Przez wieki dla gdańszczan mieszkańcy Żuław byli sąsiadami. I to w dwóch znaczeniach - po pierwsze w tym geograficznym, bo ta niezwykła kraina wydarta przez człowieka wodzie, delta Wisły, sąsiaduje z Gdańskiem, rozciągając się płasko, po horyzont, w stronę Elbląga i w stronę Malborka.

Po drugie, określenia "sąsiad" (niem. Nachbar) gdańskie mieszczaństwo używało w odniesieniu do zamieszkującego tereny Żuław bogatego chłopstwa. Bo żyzna gleba, a także specyficzne prawo chełmińskie, na mocy którego nadawano tam ziemię, sprawiały, że chłopstwo, wolne od jarzma pańszczyzny, było w tym regionie majętne.

Bogactwo to kłuło zresztą gdańszczan w oczy, więc "sąsiadom" zabroniono życia ponad stan. Na mocy tzw. ustawy zbytkowej, przyjętej w XVI wieku przez Radę Miasta Gdańska, chłopi z Żuław nie mogli nosić jedwabnych czy aksamitnych strojów, a nawet zbyt drogiej bielizny, nie mogli też zakładać pereł i złota, ba, nawet na wesele nie mogli zaprosić więcej niż 12 osób.

Czy sami zainteresowani robili sobie coś z tych zakazów? Niekoniecznie, narażając się przy tym na ogromne finansowe kary. I to dosłownie przez wieki, bo przepisy uchwały zbytkowej - w XVIII wieku nieco złagodzone - zniesiono dopiero w połowie XIX stulecia.


Wieczny tygiel

Kim w ogóle byli dawni mieszkańcy Żuław? Ziemie te jeszcze we wczesnym średniowieczu zamieszkiwały plemiona Pruskie. Później pojawili się tu Krzyżacy. Z czasem o delcie Wisły zaczęto też mówić jak o nowej Holandii. I to nie tylko dlatego, że to wydarta morzu depresja. Także dlatego, że od XVI wieku zaczęli się tu osiedlać pochodzący z Niderlandów (ale też z terenów dzisiejszej Belgii czy Niemiec) mennonici.


Były tu też gminy żydowskie oraz - oczywiście - polskie osady. W końcu w pewnym momencie całe Żuławy trafiły do Rzeczypospolitej, pozostając w jej granicach aż do rozbiorów.

Czemu "byli", "były" i "dawni"? Bo XX wiek zmienił na Żuławach wszystko. Po II wojnie światowej ludność niemieckojęzyczną zastąpili nowi osadnicy. Znów był to zresztą prawdziwy tygiel.

Częściowo przymusowo, częściowo z własnej woli na "ziemiach odzyskanych" pojawili się ludzie przygnani wiatrem migracji z niemal całego kraju, a także z kresów. Uciekinierzy po Rzezi Wołyńskiej za sąsiadów otrzymali Ukraińców, których przymusowo osiedlono na Żuławach po Akcji Wisła. A domostwa dzielić musieli też z niedobitkami poprzedniej, niemieckojęzycznej populacji. Bo nie wszyscy - przynajmniej od razu - wyjechali.


"To nie miała być książka o Żuławach"

Tomasz Słomczyński, trójmiejski dziennikarz, autor kilku książek, w tym m.in. innych regionalnych reportaży "Sopoty" (o jego rodzinnym Sopocie) oraz "Kaszëbë" (o Kaszubach, czyli jego drugim domu), niezwykle barwnie tę historię Żuław opisuje w wydanej właśnie "Delcie" (Wydawnictwo Czarne).


Co ciekawe, jak sam wspomina, książka dopiero w trakcie powstawania nabrała swojej tożsamości, zyskała swój ostateczny kształt.


- To nie miała być książka o Żuławach. Miała być o Dolnej Wiśle, czyli o królowej polskich rzek na odcinku od Włocławka do ujścia pod Gdańskiem. Tak zaproponowałem wydawnictwu. I wkrótce pożałowałem. Błąkałem się wzdłuż brzegu i nie bardzo wiedziałem, o czym pisać, bo temat za szeroki. Za dużo różnych wątków. Nie wiedziałem, jak to ogarnąć. Aż dotarłem do Białej Góry, do miejsca, gdzie zaczynają się Żuławy. Tam się zatrzymałem na dłużej. Potem zszedłem w deltę i powędrowałem po płaskim. I mnie wessało. Nagle poczułem, że chcę napisać o tej właśnie ziemi, którą w książce nazywam brzemienną. O ludziach, którzy tu mieszkali dawniej i mieszkają dzisiaj. Opisać krajobraz Żuław, który wtedy mnie niepokoił, odbierał poczucie bezpieczeństwa, czułem się tam pogubiony. I to właśnie było dla mnie najciekawsze. Postanowiłem samemu sobie to wyjaśnić, pokonać tę niechęć i skoncentrować pisarsko oraz reportersko już tylko na Żuławach - opowiada, gdy pytamy go o genezę "Delty".

Relacje i świadectwa. Bolesne tematy

Opowiadają też bohaterowie jego książki, bo to nie tyle pozycja akademicka, co reportaż z historią mówioną - zbudowany na podaniach, relacjach, ale też rozmowach z żyjącymi mieszkańcami Żuław i osobami zajmującymi się badaniem regionu.

To też reportaż "wychodzony", pełen subiektywnych opisów, relacji z konkretnym miejscem i czasem. Momentami też pełen emocji. Szczególnie we fragmentach opisujących okres wojny i historycznej zawieruchy tuż po niej.

Nie boi się przy tym Słomczyński tematów trudnych. Opisuje ze szczegółami zarówno kaźń, jaką Niemcy, w tym też bardzo konkretni mieszkańcy Żuław, zgotowali tysiącom więźniów w obozie koncentracyjnym Stutthof. Opisuje zbiorową obojętność społeczności na tę kaźń, ale nie popada przy tym w uogólnienia - przedstawia też jednostkowe historie łamiące tę narrację.

Opisuje również kaźń, którą - tym razem dawnym mieszkańcom Żuław, którzy z oprawców zamienili się w ofiary - zgotowała Armia Czerwona. Zresztą zgotowała ona gwałty, przemoc i morderstwa także pierwszym powojennym osadnikom. A po Armii Czerwonej przyszły bandy szabrowników, dezerterów i zwykłych bandytów.


Na zgliszczach wyrasta nadzieja

Z tych opisów wojennego i powojennego piekła wyłania się jednak nadzieja, obraz nieco mitycznych osadników, którzy zakopali topór wojenny, zakasali rękawy i zaczęli wykuwać swoją przyszłość, ale też coś w rodzaju nowej żuławskiej tożsamości.


Punktem centralnym książki jest bowiem iście filmowa historia dwóch rodzin - niemieckiej i polskiej - połączonych tuż po wojnie małżeństwem. Historia żywa, bo opowiadana przez wnuka pary, do dziś mieszkającego na Żuławach.


Czy można w ogóle mówić o żuławskiej tożsamości?

Wszystko to stanowi pretekst do zadania pytania o tę wspomnianą tożsamość dzisiejszych Żuław - objuczoną wieloma bolesnymi wydarzeniami, skomplikowaną, zakorzenioną w starych mitach, ale też tych nowych, jak choćby próbie "upiastowienia" Żuław forsowanej za czasów PRL.

Czy taki wspólny mianownik w ogóle można dziś znaleźć dla współczesnych mieszkańców Żuław?

- Tym, co łączy ich wszystkich, nie będzie strój czy zupa, tylko wspólny los, wspólny trud, niezłomność. To są składniki współczesnego mitu założycielskiego dla tej tożsamości. A całą resztę - jak usłyszałem na Żuławach - każdy może sobie wymyślić według własnego uznania - mówi Słomczyński.


Dziś zresztą mieszkańcy Żuław to już nie tylko sąsiedzi, to także jedni z nas - jak choćby opisani na kartach "Delty" gdańszczanie, którzy uciekli tu przed miastem. Wybrali ten wspólny trud.







Tomasz Słomczyński, dziennikarz pochodzący z Sopotu. Autor "Delty", ale też innych reportaży regionalnych, choćby o Sopocie czy Kaszubach.



.trojmiasto.pl/wiadomosci/Delta-czyli-w-poszukiwaniu-tozsamosci-Zulaw-n206630.html

18