Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

wtorek, 5 sierpnia 2025

Dobrze powiedziane

 


przedruki


MYŚLENIE WYMAGA PRZERWY. PROPAGANDA JEJ NIE DAJE.

"Im bardziej propaganda opiera się na bieżących wiadomościach, tym mniej miejsca zostawia na namysł. Człowiek zanurzony w strumieniu newsów musi pozostać na powierzchni zdarzeń — niesiony ich biegiem, bez chwili wytchnienia, by się zatrzymać i zastanowić. Nie zyskuje więc dystansu ani do siebie, ani do swojego położenia, ani do społeczeństwa, w którym żyje.

Nie analizuje pojedynczych faktów, nie łączy ich w całość. Jak już wiemy, ludzki umysł ma trudność z ogarnięciem kilku wydarzeń jednocześnie i złożeniem ich w spójny obraz. Jedna myśl wypiera drugą, nowe informacje wypychają stare. W takich warunkach nie da się myśleć — można jedynie reagować.

Współczesny człowiek nie rozumie problemów, z którymi się mierzy. Odczuwa je, odpowiada na nie emocjonalnie, ale nie bierze za nie odpowiedzialności. Co gorsza, nie zauważa sprzeczności między kolejnymi faktami. Jego pamięć działa wybiórczo, a zdolność zapominania — jest praktycznie nieograniczona. Dla propagandy to sprzyjające warunki: każda narracja, nawet jawnie niespójna, może zniknąć z pamięci społecznej po kilku tygodniach.

Dodatkowo działa mechanizm obronny — ludzie instynktownie odsuwają nadmiar informacji i niespójności, by chronić poczucie tożsamości. Najprostszą strategią jest zapomnienie tego, co było wcześniej. Tyle że taka strategia ma cenę: człowiek traci ciągłość własnego życia. Zamiast łączyć przeszłość z teraźniejszością, żyje tylko tym, co „tu i teraz” — w serii oderwanych chwil, bez spójnej narracji i bez refleksji".

Jacques Ellul - Propaganda











Rolnik z Opolszczyzny z pełną kulturą zmiażdżył reprezentantkę „elyty” rządzącej


29 lipiec 2025 09:49







- Reprezentuje Oddolny Ogólnopolski Protest Rolników. Na portalu internetowym ceneronicze.pl ukazał się artykuł, w którym jest wzmianka o spotkaniu pana premiera Donalda Tuska w Pabianicach, na którym to spotkaniu zwróciła się z apelem do pana premiera pani, [...] Anna Jurczak, która jest asystentką europosła Dariusza Jońskiego. 

Otóż stwierdziła, że rząd polski na czele z premierem powinien zająć się edukacją wsi i rolników, ponieważ wieś jest zabetonowana pisowską propagandą i telewizją Republika. Powiem tak, szanowny premierze, droga pani Anno, jestem rolnikiem, jestem mieszkańcem wsi, mam wielu sąsiadów.

Osobiście uważam się za człowieka, który nie wymaga edukacji, ponieważ jest całkiem przyzwoicie wykształcony. Skończyłem studia rolnicze, do tego studiowałem na kierunku humanistycznym. Dzisiaj wieś obfituje w ludzi wykształconych. My dzisiaj możemy edukować miasto o tym, jak skomplikowana jest praca rolnika, jak trudnym jest proces wytworzenia pryzmy pszenicy, która będzie zamieniona z czasem w pieczywo, w bułeczki, w chleb – słyszymy w materiale filmowym opublikowanym w mediach społecznościowych Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników.


- Powiedzenie z pani strony o tym, że nawet ludowcy sobie odpuścili wiejski elektorat, sugeruje, że Koalicja Obywatelska i Platforma zrobiły to już dawno, a szkoda. My na wsi staramy się pracować ponad podziałami politycznymi. Nas stać na sympatię dopóty, dopóki rządzący dbają o nasze interesy. Dbają o nasze interesy, dbają o interes Polaków, wszystkich Polaków i mieszkańców Unii Europejskiej. My nie widzimy w Unii samego zła, a widzimy też dobre rzeczy. Natomiast widzimy też problem z pewnym kierunkiem zejścia na manowce już w tej chwili. Proszę nie traktować mieszkańców wsi z góry, proszę nam nie wmawiać sympatii politycznych, bo tak naprawdę może to spowodować uskrajnienie nastrojów na wsi i możemy zacząć naprawdę głosować na dziwnych ludzi. Póki co zachowujemy naprawdę złoty środek w poglądach, oglądamy różne telewizje po to, żeby być bliżej prawdy, a nie ulegać próbie indoktrynowania z jednej czy z drugiej strony. Szanujmy rolników. Pani Anno, panie premierze, naprawdę nie stereotypujmy, bo to jest krzywdzące – apeluje Krzysztof Piech.



Zdarza się czasem, że pewne zjawiska rozrastają się tak powoli, tak niezauważalnie, że nie dostrzegamy ich, póki nie wrosną w nas jak obce ciało, aż pewnego dnia czujemy, że coś jest nie tak, ale nie potrafimy powiedzieć co.
Oddzielenie myśli od działania, o którym pisał Jacques Ellul, jest właśnie takim procesem.
Subtelnym, rozpełzłym, wrośniętym głęboko w strukturę nowoczesnego życia. I nie chodzi tu o jakiś nagły rozdział, który można by wskazać palcem na osi czasu. To raczej przesunięcie wewnętrznej równowagi człowieka, które odbywa się cicho, często pod przykrywką postępu, racjonalizacji, wydajności.
Działanie, które nie ma już fundamentu w myśli, staje się funkcją, odruchem zaprogramowanym przez schematy, instrukcje, systemy. Myślenie, które nie ma już możliwości urzeczywistnienia się w działaniu, zamienia się w estetyczne hobby: kontemplację bez sprawczości, rozważania bez konsekwencji, intelektualną samotność. A przecież dawniej, a może jedynie w wyobrażeniu o dawnym, człowiek działał tak, jak myślał. Albo odwrotnie: myślał, bo musiał działać, i każda myśl miała w sobie ryzyko przekucia jej w czyn.
Dziś ci, którzy myślą, rzadko mają dostęp do dźwigni rzeczywistości. Ich narzędzia to słowa, obrazy, analizy. Działają, ale raczej w przestrzeni symbolicznej. Ich wpływ, nawet jeśli szeroki, rzadko ma kształt bezpośredniego działania. Natomiast ci, którzy działają, czy to w korporacjach, administracji, logistyce czy nawet medycynie, robią to wedle algorytmów, schematów, wytycznych, nie mając czasu ani przestrzeni na refleksję. Myśl zostaje oddelegowana, działanie zostaje zautomatyzowane. Powstaje rozdział, który pozornie ma sprzyjać wydajności, ale w istocie pozbawia jednostkę podmiotowości. Bo człowiek przestaje być całością: staje się funkcją w systemie albo obserwatorem bez wpływu.
Najbardziej dojmujący jest jednak ten rozdział wewnętrzny. W pracy człowiek nie myśli, poza pracą nie działa. W godzinach dziewiątej do siedemnastej jest trybikiem, w najlepszym razie sprawnym. Wieczorem, jeśli ma siłę, staje się sobą. To wtedy medytuje, czyta, słucha podcastów, rozwija pasje, "pracuje nad sobą". Ale nie są to działania mające wpływ na świat, to raczej próba odbudowania siebie po dniu, w którym był tylko narzędziem cudzych planów. System nie chce, by myślał wtedy, kiedy działa, bo myśl spowalnia. A kiedy już może myśleć, nie chce, by działał, bo działanie wymaga miejsca w strukturze, której już nie kontroluje.
I tak powstaje paradoks współczesnego człowieka: ma dostęp do ogromnych zasobów wiedzy, ale nie ma władzy, by ją zastosować. Ma narzędzia ekspresji, ale nie ma siły przebicia. Jest zachęcany, by szukać siebie, ale tylko w wolnym czasie, bo w czasie pracy ma być czymś innym niż sobą. System podsuwa mu iluzje sprawczości: "rozwijaj się", "bądź sobą", "ucz się całe życie". Ale to wszystko jest wstawione po godzinach, jak hobby, które nie wchodzi w interakcję z rzeczywistością, w której żyje.
Nie chodzi więc o to, że ludzie przestali myśleć albo działać. Problem polega na tym, że nie mogą robić obu rzeczy naraz. A bez tej jedności człowiek przestaje być pełny. Pozostaje tylko pytanie: czy da się jeszcze to zszyć, czy da się jeszcze tak ułożyć życie, by to, co robimy, wynikało z tego, co myślimy, i odwrotnie? Czy może ta osobliwa schizofrenia nowoczesności jest już zbyt głęboko wpisana w strukturę świata, którego nie stworzyliśmy, tylko w nim zamieszkaliśmy?




.cenyrolnicze.pl/wiadomosci/wiesci-rolnicze/pozostale-wiesci-rolnicze/39643-rolnik-z-opolszczyzny-z-pelna-kultura-zmiazdzyl-reprezentantke-elyty-rzadzacej


Dziemiany

 



Bursztynowa komnata czyli mamy środek lata 🙂
Nasz urząd wydał zgodę na odwierty oraz sondaż archeologiczny na terenie miejscowości Dziemiany, w powiecie kościerskim. Pozwolenie obejmuje prace poszukiwawcze domniemanego schronu szczelinowego z okresu drugiej wojny światowej.
Zdaniem ubiegającego się o pozwolenie, na terenie poszukiwań może znajdować się niemiecki depozyt z czasów II wojny światowej, który według informacji pojawiających się m.in. na hobbystycznym kanale na YT, może być nawet bursztynową komnatą, która zaginęła pod koniec wojny, a do dziś rozpala wyobraźnię poszukiwaczy.
Poszukiwania na terenie Dziemian cieszą się dużą popularnością w mediach 🎤.
Na terenie Dziemian w okresie II wojny światowej pod koniec 1943 roku Niemcy utworzyli wielki poligon wojskowy dla SS (SS-Truppen Übungsplatz „Westpreussen” Konitz). W miejscowości znajdowały się także koszary dla SS. Do Dziemian trafili m.in. służący w tej formacji Łotysze.
👉 Dotychczasowe poszukiwania ujawniły znajdujący się po ziemią ceglany, otynkowany od środka zbiornik zasypany śmieciami z okresu PRL. Wcześniej nie był ujęty na żadnych mapach. Poszukiwania depozytu trwają.
Na zdjęciach wykonana z masy plastyczno-żywicznej replika bursztynowej komnaty z muzeum w Mamerkach, oraz fragment muzealnej ekspozycji.




- Dotychczasowe poszukiwania ujawniły znajdujący się po ziemią ceglany, otynkowany od środka zbiornik zasypany śmieciami z okresu PRL. Wcześniej nie był ujęty na żadnych mapach. Poszukiwania depozytu trwają - dodał rzecznik PWKZ.


Zbiornik jest zasypany śmieciami z PRLu - chodzi o to, że na nim leżą śmieci?


Przypuszczam, że to znowu odprysk mojej sprawy - ja znajduję, a ktoś szuka, bo mnie się przemilcza. To już kolejna taka sprawa w ostatnim roku.

Tematy w Dziemianach łączą się też ze Stutthofem.



O przeszukiwaniu obiektu jaki zgłaszałem 3 lata temu 
(13 kwi 2022 - na adres

piotr.klimaszewski@zabytki.mail.pl) nic nie słychać, żeby ktoś - WUOZ - jakieś badania podjął.



Tajemnica?





wuoz_gd.bip.gov.pl/kontakt/kontakt.html



 





Kultura, czyli MY


Ten tekst bardzo syntetycznie ujmuje to, co pisałem przez te 15 lat na blogu.

Bardzo dobry tekst.





przedruk



Ostatnia linia: suwerenność poznawcza jako fundament przyszłości Co nam mówi wystawa „Nasi chłopcy”?

opublikowano: 24 lipca


autor: Fratria




Przetrwa nie to państwo, które ma najsilniejszą gospodarkę. Nie to, które ma największą armię. Nie to, które ma najnowocześniejszą infrastrukturę. XXI wiek to czas, w którym przetrwa tylko to państwo, które ma własne uzasadnienie trwania. Uzasadnienie - czyli świadomość, kim jest, po co istnieje, co jest jego zadaniem. To nie poetyka. To infrastruktura strategiczna. Bo w epoce, w której informacje stały się bronią, a pojęcia polem bitwy, przetrwają tylko ci, którzy potrafią bronić znaczeń. Kto nie ma tej samoświadomości, stanie się tylko przekaźnikiem cudzych przekonań. Kto nie ma własnego języka - będzie mówił cudzym. Dlatego pytanie o przyszłość Polski to nie pytanie o to, co produkujemy i co sprzedajemy, ale o to czy wiemy kim jesteśmy.

Państwo, które nie ma własnego systemu poznawczego, staje się protektoratem poznawczym. I w tym kontekście należy rozumieć wystawę „Nasi chłopcy”: staje się kolonią semantyczną: przejmuje obce pojęcia, obce rozumienie słów, obce aksjomaty. A kto przejmuje pojęcia, przegrywa bitwę, zanim padnie pierwszy strzał. Dlatego Polska musi zbudować własną suwerenność poznawczą. To znaczy: musi stworzyć własne pojęcia, własne definicje, własne rozumienie świata. Nie przeciw komuś, ale w imieniu tego, co nasze. Nie po to, by się zamknąć, ale po to, by móc uczestniczyć w życiu świata na własnych warunkach. Własny słownik pojęć i własna semantyka to fundament własnej podmiotowości. Kraj, który myśli cudzymi kategoriami podejmuje decyzje, które nie są zgodne z jego interesem - ale z interesem tych, którzy narzucili mu język.

Taka suwerenność ma cztery warstwy: język, edukację, kulturę i technologię. To cztery linie frontu, na których toczy się wojna poznawcza. I cztery pola, na których można zwyciężyć bez użycia przemocy. Język to nie tylko zasób słów - to matryca sensu. Edukacja to nie tylko przekaz wiedzy - to formatowanie duszy. Kultura to nie tylko sztuka - to system kodowania wrażliwości. Technologia to nie tylko narzędzie - to pole ekspresji aksjologii. Jeśli przegramy na tych czterech frontach, żadne czołgi, żadna armia, żadne sojusze nie ocalą nas przed rozpuszczeniem się w nicości. Ale jeśli zwyciężymy - przetrwamy każdą presję, każdy kryzys, każdą okupację.

Polska może być pionierem obrony semantycznej. Może stworzyć własne AI, karmione polskim językiem, polskimi metaforami, polską wrażliwością. Może stworzyć otwarty model edukacyjny oparty na klasycznym nauczaniu, retoryce i logice. Może odbudować pamięć narodową poprzez sieci lokalnych archiwów i redakcji. Może stworzyć polską platformę komunikacyjną, polskie repozytorium wiedzy, polski standard debaty. To wszystko nie wymaga miliardów. Wymaga decyzji, odwagi, rytmu. I rozumu przede wszystkim. AI, które nie zna Norwida, Sienkiewicza i Jana Pawła II, nie zrozumie Polski. Dlatego trzeba je nauczyć. A jeśli nauczymy maszynę naszego rytmu, przekażemy go światu. Tak jak kiedyś Biblia Tysiąclecia stała się słownikiem epoki dla polskich katolików w momencie posoborowej zmiany liturgii i języka a dzięki temu dla dzisiejszych 60-70 latków podstawą zrozumienia depozytu wiary - tak dziś polski model semantyczny może stać się kodem wspólnoty, która ma trwać w dziejach dla których nieodłącznym atrybutem, stale obecnym będzie uczenie maszynowe i to co nazywamy Wielkimi Modelami Językowymi (LLM) Kultura to nie dodatki. To nie nagroda pocieszenia. To nie ozdoba wieńcząca infrastrukturę. Kultura to kod podstawowy. Kultura to to, co zostaje, gdy zgaśnie ekran, wyłączy się prąd, zniknie zasięg. Kultura to zasób, dobro, które przetrwa potop. Dlatego potrzebujemy odrodzenia kultury jako formy. Nie eventów, tylko rytuału. Nie performansu, tylko rytmu. Nie komentarza, tylko ikony – i to w pierwotnym sensie, a nie UX. Suwerenność poznawcza nie polega na tym, by mieć własną opinię. Polega na tym, by mieć własny alfabet. Alfabet, w którym można zapisać własny testament. I własną przyszłość.

Wielkim zadaniem naszych czasów jest pamięć przyszłości. Co zostawimy następnym pokoleniom? Jakie słowa? Jakie rytuały? Jakie struktury? Czy zostawimy im tylko ruiny systemu, czy fundamenty ładu? Czy zostawimy im katalog krzywd, czy narzędzia budowy? Czy zostawimy im wspomnienie, czy tożsamość? Rzeczpospolita alternatywna to nie projekt na wybory. To testament. Testament dla tych, którzy będą żyli, gdy nas już nie będzie. I tu pojawia się następna linia - megaprojekty. Bo wielkość nie polega na wspominaniu chwały. Polega na jej projektowaniu. Tylko państwo, które buduje struktury przyszłości, ma prawo trwać.

Megaprojekty to więcej niż infrastruktura. To opowieść o zdolności narodu do organizacji, do współpracy, do wiary w siebie. CPK jest właśnie takim megaprojektem - nie tylko logistycznym, ale symbolicznym. Ruch obrony CPK pokazał, że Polacy tęsknią za wielkością, za sensem, za strukturą, która unosi ponad banał i doraźność. Takich projektów potrzebujemy więcej: niezależność energetyczna dająca Polsce najtańszą w Europie energię; skuteczna reforma edukacji i służby zdrowia; zmiana paradygmatu transportu; suwerenność obronna - nie jako klient USA, ale jako główny gwarant bezpieczeństwa w Europie Środkowej, zdolny odeprzeć agresję nie tylko na własnym terytorium, ale i na terytorium sojuszników.

To wszystko jest możliwe. Mamy zasoby, intelekt, organizację. Brakuje jedynie pewności, że możemy. Suwerenność poznawcza zaczyna się więc od tego słowa: możemy. Nie dlatego, że nam pozwolą. Ale dlatego, że jesteśmy. Bo jesteśmy - możemy. A jeśli możemy - to musimy. Bo przyszłość nie wybacza zwłoki.

I dlatego musimy zacząć już teraz. Bo ostatnia linia obrony nie biegnie przez sejm i senat. Biegnie przez język. Przez obraz. Przez gest. Przez to, co pamiętamy. Przez to, co powtórzymy. Przez to, co zostanie. I przez to, co zostanie wypowiedziane po nas. Jeśli pozostawimy po sobie głos, który przetrwa, zostaniemy - nawet w ciszy. Jeśli stworzymy formę, która będzie niosła sens - nie zginiemy.

A jeśli damy przyszłości język - przyszłość będzie nasza. Polska.






Maciej Świrski

Założyciel Reduty Dobrego Imienia - Polskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom (http://reduta-dobrego-imienia.pl), bloger Szczurbiurowy, w l. 2006-2009 wiceprezes Polskiej Agencji Prasowej.



wpolityce.pl/polityka/735927-co-nam-mowi-wystawa-nasi-chlopcy




Palestyna będzie w Londynie i Waszyngtonie




przedruk


Przewodniczący Knesetu: Palestynę załóżcie sobie w Paryżu lub Londynie



Przewodniczący izraelskiego parlamentu w ostrych słowach zwrócił się do części europejskich sojuszników. Poszło o Palestynę.





– Przywódcy państw rozważających uznanie państwa palestyńskiego powinni utworzyć je w swoich stolicach – powiedział przewodniczący Knesetu Amir Ohana w przemówieniu wygłoszonym na szóstej światowej konferencji przewodniczących parlamentów Unii Międzyparlamentarnej w Genewie.
Państwo palestyńskie? "Załóżcie w Paryżu i Londynie"

– Nagradzanie Hamasu poprzez uznanie państwa palestyńskiego w świetle wydarzeń z 7 października nie przyniesie stabilności, współistnienia i współpracy. Spowoduje to jedynie więcej morderstw Izraelczyków i Żydów. Jeśli tego właśnie pragniecie, jeśli pragniecie czegoś, co nazywacie państwem palestyńskim, załóżcie je w Londynie, Paryżu, w swoich krajach – oświadczył izraelski polityk.

– Tak zwany pokój, za którym opowiadają się niektóre kraje europejskie, doprowadzi tylko do dalszej wojny. Ale wojna, którą toczymy, doprowadzi do pokoju – wyraził swoje stanowisko, wzywając międzynarodowych partnerów do "opowiedzenia się po stronie prawdy, a nie propagandy" i "stanowienia po właściwej stronie historii" – "Po naszej stronie" – doprecyzował.

Przypomnijmy, że opcję uznania Palestyny ogłosił premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer Miałoby to nastąpić we wrześniu tego roku. Wcześniej stanowisko takie wyraził prezydent Francji Emmanuel Macron.


Czy likwidacja Hamasu jest w ogóle możliwa?

Przypomnijmy, że konflikt izraelsko-palestyński eskalował 7 października po ataku terrorystycznym brygad al-Qassam (zbrojnego ramienia Hamasu) na terytorium Izraela. To właśnie w tym dniu mudżahedini uprowadzili większość zakładników. Hamas to partia polityczna, a zarazem radykalna organizacja islamska, która określa swój główny cel jako wyzwolenie Palestyny spod izraelskiej okupacji. Władze Izraela przekazały, że celem trwającej w Strefie Gazy operacji militarnej jest likwidacja tamtejszego Hamasu i trwała neutralizacja zagrożenia z tamtego kierunku.

W niedawnym wywiadzie dla "Do Rzeczy" ekspert ds. Bliskiego Wschodu Paweł Rakowski tłumaczył, że całkowite zlikwidowanie Hamasu będzie niezwykle trudne, ponieważ jest to nie tylko organizacja militarna, lecz także społeczna, która zdominowała Strefę Gazy. "Nie wieszczę tu Izraelowi wielkiego sukcesu, ale jednak po 20 miesiącach wojny widać, że udało się zniechęcić przynajmniej część Palestyńczyków do Hamasu" – powiedział.

W wyniku wojny Izraela z Hamasem cywile w Strefie Gazy doświadczają katastrofy humanitarnej. Na początku lipca dziennik "Haaretz" opisał koncepcję opracowaną przez władze Izraela i zaprezentowaną przez ministra obrony Israela Katza stworzenia na ruinach Rafah zamkniętego obozu dla uchodźców, do którego mieliby zostać przesiedleni wszyscy pozostali przy życiu mieszkańcy Gazy. Ma to być pierwszy etap "planu emigracyjnego".




dorzeczy.pl/opinie/760158/izrael-palestyne-zalozcie-sobie-w-paryzu-lub-londynie.html





Pomnik dla Lemkina

 


przedruk


Autor:Maria Kądzielska

Ormianie stawiają pomnik dla Lemkina, a polskie władze niszczą Centrum Lemkina


Rafał Lemkin


Ruszył otwarty konkurs na pomnik Rafała Lempina w Erywaniu! Ormianie w ten sposób chcą upamiętnić wyjątkowego Polaka i to w momencie, kiedy polskie władze ograniczają prace Centrum Lemkina do minimum.



W sercu Erywania, stolicy Armenii, powstaje wyjątkowy pomnik, nie ku czci króla, poety czy wodza, lecz prawnika. Rafał Lemkin, polski Żyd, który ocalił świat od milczenia wobec ludobójstwa, zostanie uhonorowany przez naród, który sam padł ofiarą jednej z największych zbrodni XX wieku. To symboliczny gest, który niesie głębokie przesłanie o pamięci, wdzięczności i odpowiedzialności za przyszłość.

Lemkin był prawnikiem o niezwykłej przenikliwości i odwadze moralnej. To on stworzył termin "ludobójstwo" (genocide) i bez wytchnienia zabiegał o to, by wspólnota międzynarodowa uznała je za zbrodnię prawa międzynarodowego. Inspiracją do jego działań były m.in. wydarzenia z początku XX wieku – rzeź Ormian w Imperium Osmańskim. Lemkin już jako młody człowiek nie mógł zrozumieć, dlaczego państwa mogą bezkarnie niszczyć całe narody. Ta myśl nie opuściła go nigdy.

Podczas II wojny światowej, widząc na własne oczy horror Zagłady, Lemkin rozpoczął kampanię, która zakończyła się uchwaleniem Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa przez ONZ w 1948 roku. Lemkin nie tylko dał nazwę niewyobrażalnemu okrucieństwu, nadał mu także status prawny, dzięki któremu możliwe stało się jego ściganie.

Dziś Armenia, która sama doświadczyła niewyobrażalnego cierpienia w 1915 roku, decyduje się postawić pomnik człowiekowi, który jako jeden z pierwszych nazwał tę zbrodnię po imieniu i domagał się jej uznania. Inicjatywa realizowana jest przez FUNDACJĘ ROZWOJU NATIONAL CENTER we współpracy z Instytutem Muzeum Ludobójstwa Ormian oraz polskim Uniwersytetem WSG. To nie tylko hołd dla Lemkina, lecz także znaczący krok w dialogu polsko-armeńskim.

Warto podkreślić, że konkurs na najlepszy projekt pomnika ma charakter międzynarodowy i jest otwarty dla artystów z całego świata. Od 24 czerwca 2025 roku twórcy mogą nadsyłać swoje propozycje. Zgodnie z wytycznymi, monument ma mieć maksymalne wymiary 2 x 2 metry i powstać z brązu oraz kamienia. Uroczyste odsłonięcie zaplanowano na 24 kwietnia 2026 roku, symbolicznie w Dzień Pamięci Ludobójstwa Ormian.

Pomnik w Erywaniu to coś więcej niż element przestrzeni miejskiej. To wyraz głębokiej wdzięczności Ormian wobec człowieka, który walczył o ich prawdę. To również przypomnienie o obowiązku czuwania nad prawami człowieka i reagowania na zło, zanim rozprzestrzeni się jak trucizna. Lemkin nie był tylko prawnikiem, był moralnym kompasem swoich czasów. Dziś, w czasach, gdy świat znów zbyt często odwraca wzrok od cierpienia, jego głos jest potrzebny bardziej niż kiedykolwiek.

Tym bardziej warto docenić ten gest Armenii w chwili, gdy w Polsce dziedzictwo Lemkina jest zagrożone. Choć władze Instytutu Pileckiego zapewniają, że Centrum Lemkina "będzie dalej działać", w rzeczywistości pozbawiono je kluczowego zespołu: osób dokumentujących rosyjskie zbrodnie wojenne w Ukrainie, zbierających świadectwa i tworzących raporty. Jak wyjaśnia koordynatorka tego projektu Monika Andruszewska na swojej stronie Facebook: "Tłumaczenia o 'trosce o bezpieczeństwo' brzmią groteskowo, zwłaszcza gdy padają wobec pracowników mieszkających na stałe w Ukrainie i słyszących wybuchy za oknem". Dodaje ona również, że próby marginalizacji pracy Centrum i sugerowanie, że jest ona zbędna, stoją w sprzeczności z oficjalnymi stanowiskami władz ukraińskich oraz licznych ambasadorów, którzy publicznie podkreślali wartość tej działalności. Tymczasem przez ponad półtora roku ani Instytut, ani ministerstwo nie zdołały nawet zabezpieczyć danych zespołu w podstawowy sposób.

W tym kontekście pomnik dla Lemkina w Armenii staje się nie tylko wyrazem pamięci, ale też cichym wyrzutem sumienia. Gdy inni potrafią z szacunkiem kontynuować jego misję, my w Polsce zbyt łatwo pozwalamy ją zaniedbać. A przecież, jak sam Lemkin wierzył, odpowiedzialność za prawdę o zbrodniach należy nie tylko do ofiar, ale przede wszystkim do świadków.





dorzeczy.pl/opinie/755037/kadzielska-ormianie-stawiaja-pomnik-lemkina-a-wladze-niszcza-centrum.html



"Ratunek" 1939 r., a rusyfikacja Białorusi po 1933 r





Zaś co do języka białoruskiego – w latach dwudziestych była to gwara i dopiero potem ktoś zdecydował o „podniesieniu gwary białoruskiej do statusu języka”.

Przypuszczalnie w Średniowieczu Polacy mówili nieco różnie w różnych okolicach, ale te różnice nie tworzyły dialektów obejmujących większe zwarte obszary. 

Sytuacja była podobna do tej, jaka panowała na przykład w Słowacji jeszcze w XIX w., a na Białorusi jeszcze około 1920 r., zanim tam i tu zdecydowano się podnieść jeden dialekt do rangi języka ogólnonarodowego. 

Jerzy Krasuski - "Językowe podłoże podziału Europy."

PRZEGLĄD ZACHODNI 1995, nr 1  

https://maciejsynak.blogspot.com/2021/06/o-waznosci-jezyka.html







Wg stanowiska białoruskich oficjeli, 17 września był dniem wyzwolenia Białorusi spod jarzma Polski, która podobno tępiła przejawy języka białoruskiego.


A jaki jest status języka białoruskiego na Białorusi obecnie?

W jakim języku przemawia do narodu prezydent Białorusi?

W jakim języku prowadzone są programy telewizyjne?

W jakim języku są publikowane pańskie teksty?

Gdzie na sb.by jest zakładka wyboru języka rus/ bel?

belta.by taką zakładkę ma, ale sb.by już nie.


Naprawdę, wszystko jest po białorusku?


Może słoń na ucho mi nadepnął, ale moim zdaniem mówi się głównie po rosyjsku.


Białorusini nie zostali wyzwoleni w 1939 roku, tylko tak to określono w propagandzie.

Białorusini przez cały okres ZSRR byli poddawani zruszczeniu i jak widać proces ten nadal się nie zakończył i nadal jest kontynuowany.


I pisma pana Dzermanta są tego jaskrawym przykładem.




Warto się sobie przyjrzeć.






przedruk




Edukacja na Białorusi Radzieckiej w latach 1918–1941: polski wśród innych języków państwowych


[...]


W 1926 r. w Mińsku Inbelkult zorganizował Konferencję naukową na temat reformy pisowni ialfabetu białoruskiego. I choć wstępna ocena konfe-rencji w kręgach partyjnych była dość pozytywna, wszystko wkrótce się zmieniło. W 1928 r. na bazie Inbelkultu utworzono Białoruską Akade-mię Nauk, w której skład wchodził Instytut Lingwistyki, ale już w 1930 r. jego działalność została sparaliżowana aresztowaniami. 

Rezultatem długotrwałych represji, ukierunkowanych zarówno na eliminację dysydentów, jak i wypracowanie poprawnego, z punktu widzenia bolszewików, podejścia do reformowania języka, było przyjęcie 26 sierpnia 1933 r. dekretu Rady Komisarzy Ludowych BSRR O zmianach i uproszczeniu pisowni białoruskiej.

Od tego momentu w pisowni białoruskiej konfrontują się ze sobą dwa systemy: przyjęta na podstawie tego dekretu narkamauka (wersja oficjalna, która z pewnymi zmianami nadal obowiązuje) i taraszkiewi-ca (pisownia zaproponowana przez Bronisława Taraszkiewicza, której przestrzega przynajmniej część opozycji, najczęściej zamieszkałej poza granicami kraju). 

Przyjęcie nowej ortografii miało charakter ideologiczny i w znacznym stopniu rusyfikatorski.

Wymieńmy np. eliminację oznaczenia asymilacyjnej miękkości spółgłosek (свет, насеннеzamiast сьвет, насеньне), co doprowadziło do stwardnienia białoruskiej wymowy. Taką wymowę słychać dzisiaj, kiedy większość Białorusinów uczy się języka z podręczników szkolnych.

Polityka korienizacji wpływała na białorutenizację oświaty. Już w styczniu 1921 r. na zjeździe pedagogów w Mińsku podjęto uchwałę o utworzeniu (w miarę możliwości) szkół białoruskich z białoruskim językiem wykładowym (Głogowska, 1996, 123), a w 1925 r. Rada Komi-sarzy Ludowych BSRR podjęła decyzję o wprowadzeniu języka białoruskiego jako wykładowego do wszystkich szkół podstawowych, w których uczyły się dzieci narodowości białoruskiej, oraz jako przedmiotu we wszystkich pozostałych szkołach. Dla uczelni wyższych przejście na język białoruski uznano za rekomendację (Głogowska, 1996, 134).

Choć w latach 20. na nowo powstających uniwersytetach zaczęto wprowadzać język białoruski, nie zawsze przebiegało to konsekwentnie, ponieważ brakowało specjalistów, było: 42 profesorów, 54 docentów, 48 pracowników naukowych, ponad 100 asystentów (Шчарбакоў, 1931, 35–36). 

W związku z tym do Republiki na zaproszenie przybywali naukowcy z całego Związku Radzieckiego, którzy w większości nie znali języka białoruskiego.

W latach 30. „Republika obrała kurs na ograniczenie białorutenizacji w oświacie. Ludność łatwo zrezygnowała z języka białoruskie-go” (Сергейко, 2010, 161). Dlaczego tak się działo? 

Przyczynę można znaleźć, rozpatrując sytuację Polesia Wschodniego (współczesny rejon mozyrski obwodu homelskiego) (Старовойтов, 2003, 21–25), którą w dużej mierze można ekstrapolować na sytuację w całej republice. Do najważniejszych powodów trzeba zaliczyć wysoki odsetek chłopstwa (84,9%, które miało praktyczne podejście do życia i nie widziało w białorutenizacji żadnych korzyści ekonomicznych; skład narodowy klasy robotniczej w miastach, gdzie było 60% osób narodowości żydowskiej, na kolei zaś pracował duży odsetek Rosjan i Ukraińców, co nie sprzyjało używaniu języka białoruskiego. 

Społeczeństwo nie było nastawione do białorutenizacji wrogo, ale obojętne. 

Młodzi ludzie natomiast często postrzegali naukę języka białoruskiego jako utrudnienie w nauce języka rosyjskiego, czyli jako przeszkodę we wstępowaniu na uniwersytety w innych częściach ZSRR.

A zatem, rząd radziecki, prowadząc po rewolucji dość ostrą białorutenizację, później rozpoczął z nią walkę, która zakończyła się tak wielkim zwycięstwem, że język białoruski do dziś nie może się odrodzić.


3. Rosyjski językiem „starszego brata”

Pomimo państwowej polityki językowej Cesarstwa Rosyjskiego, która zakładała rusyfikację zamieszkujących je ludów, spis ludności z 1897 r. , podczas którego ustalano tożsamość etniczną na podstawie przynależności językowej, wykazał, że na ziemiach białoruskich „ludność biało-ruskojęzyczna liczyła 73,3%. Na drugim miejscu znalazł się język żydowski – 14%. Ludność rosyjskojęzyczna stanowiła 4,3%, polska – 2,4%”

Edukacja na Białorusi Radzieckiej w latach 1918–1941...87(Латышева, 2009, 134). Mimo to w okresie międzywojennym w każdej szkole obowiązkowa była nauka języka rosyjskiego, zgodnie z reformą pisowni, przeprowadzoną w latach 1917–1918, której najbardziej zauważalnym elementem było usunięcie kilku liter z alfabetu.

Początkowo szkół rosyjskich nie było zbyt wiele. Według spisu z 1926 r. czteroletnie szkoły rosyjskojęzyczne stanowiły zaledwie 2,3% ogółu szkół, a siedmioletnie 3,1% – natomiast szkoły z białoruskim językiem wykładowym stanowiły odpowiednio 84,5% i 57,1%.

Inaczej sytuacja wyglądała w szkolnictwie wyższym, ponieważ w latach 1926–1927 Białoruski Uniwersytet Państwowy uległ białorutenizacji tylko w 31% (Нарысы, 1995, 123).

Jak wspomniano wyżej, na początku lat 30. białorutenizacja zaczęła wygasać, co doprowadziło do odrodzenia polityki rusyfikacji. Jednak w oświacie rusyfikacja nie przebiegała w zbyt szybkim tempie. Dopiero od 1934 r. zaczęto zastępować, zwłaszcza w miastach oraz we wschodniej części BSRR, białoruski język wykładowy niektórych szkół językiem rosyjskim (Пушкiн, 2010, 72).



Największym zagrożeniem była nie polityka państwowa, lecz genetyczne podobieństwo języków białoruskiego i rosyjskiego. 
Rusyfikacja rozpoczęła się od systemowych zmian w języku białoruskim, nie od stosunków społecznych. Proces ten zainicjowała reforma pisowni białoruszczyzny w 1933 r. , o której była już mowa. Reformatorzy niemal całkowicie koncentrowali się, świadomie lub półświadomie, na przekształcaniu białoruskiego według wzorów rosyjskich. Rusyfikację konsekwentnie kontynuowano po drugiej wojnie światowej, w rezultacie absolutna większość ludności Białorusi ledwo włada białoruskim językiem literackim i praktycznie nie potrafi nim pisać – większość szkół i uczelni wyższych prowadzi naukę w języku rosyjskim


----

uwagi co do języka polskiego


W szkole szczególną rolę odgrywała edukacja ateistyczna. Na przykład, polska szkoła siedmioletnia im. Kasprzaka w Homlu w październi-ku 1928 r. zakupiła kilka ateistycznych druków: czasopismo „Bezbożnik przy obrabiarce”(Безбожникустанка), gazetę „Bezbożnik”(Безбожник), czasopismo o tej samej nazwie i czasopismo „Osoba antyreligijna”(Ан-тирелигиозник) (Лебедев, 2013, 77). Wszystko to w języku rosyjskim – mimo prowadzenia zajęć po polsku.


Flirt władz z polską mniejszością narodową na Białorusi Radzieckiej zakończył się w 1934 r. , w momencie podpisania paktu o nieagresji między Polską a Niemcami. 
W nowych realiach politycznych ludność polska, która pierwotnie miała zostać wykorzystana do szerzenia ideologii komunistycznej na Zachodzie, stała się zagrożeniem dla państwa komunistycznego.
Budowanie komunistycznej wersji narodu polskiego zastąpiły represje (Пушкін, 2018, 254). W 1937 r. polski rejon został zlikwidowany. Międzywojenne losy Polaków w ZSRR są w historii ludzkości bezprecedensowym przykładem zagłady narodu w imię ideologii.


5.2. Edukacja szkolna

Przed tymi tragicznymi wydarzeniami proces polonizacji postępował i nie ograniczał się do jednego małego rejonu. Ponieważ o „polskości” ludności ziem białoruskich w wielu przypadkach decydowała religia, a nie umiejętność mówienia i pisania po polsku, do 1926 r. prawie 50% ludności polskiej było analfabetami, przynajmniej w zakresie języka polskiego (Kawecka, 1981, 54). 


Rządzący zaczęli wówczas tworzyć szkoły polskie wszędzie tam, gdzie było co najmniej 25 polskich dzieci w wieku szkolnym. To dawało władzy radzieckiej w oczach Polaków pewne bonusy: Było to zjawisko unikatowe na skalę światową. Nigdy (ani przed tymi wydarzeniami, ani po nich) poza granicami państwa polskiego polska szkoła nie rozwijała się tak prężnie i na taką skalę, jak w ramach tworzenia polskiej autonomii socjalistycznej... 
Komuniści sowieccy i ich polscy towarzysze postanowili odradzać polską szkołę na wyjątkowo szeroką skalę nie po to, aby krzewić tradycyjną polskość, ale po to, aby tworzyć nową polskość o obliczu totalitarno-sowieckim (Iwanow, 2017,74–75). [patrz: pruska szkoła banderyzmu na Ukrainie - MS] Jednocześnie liczba szkół polskojęzycznych stale się zwiększała, do roku 1934 było ich 218, czyli 3,6% ze wszystkich szkół w BSRR, co dawało drugie miejsce po szkołach białoruskich. Kiedy w 1939 r. Białoruś Zachodnia została przyłączona do Białorusi Sowieckiej, liczba szkół zwiększyła się jeszcze bardziej – we wrześniu 1940 r. w zachodnich


Ai w przeglądarce wg mnie - robi za cenzurę:








poniżej opinie o szkolnictwie opartym na systemie pruskim:

/galeriasluza.pl/online/jak-robic-szkole/pruski-system-edukacji:

Pruski system edukacji

Pruski model edukacji powstał w XVIII wieku. Był odpowiedzią na ówczesne potrzeby cywilizacyjne. 
Miał stworzyć oddanego państwu prostego obywatela, który zrozumie pisemne instrukcje i komunikaty. Mógł on potem zostać dobrze wypełniającym swe obowiązki żołnierzem, robotnikiem czy urzędnikiem.

W pruskiej szkole wszystko miało przyzwyczajać dzieci do samodzielnej i powtarzalnej pracy. Bardzo ważna była nauka posłuszeństwa i poszanowania hierarchii. Pod tym kątem zaprojektowano zarówno układ szkolnych klas, jak i sposób prowadzenia zajęć.

W zaborze pruskim system edukacji był powszechny i dobrze ugruntowany. Z tego powodu stał się punktem odniesienia dla powstających później systemów szkolnych. Jego duchy dają o sobie znać również we współczesnej szkole.


Fryderyk Wilhelm III, by konkurować z innymi mocarstwami musiał przedsięwziąć odpowiednie kroki. Zrozumiał, że należy podnieść jakość wszystkiego – ale jednocześnie nie można przesadzić. Potrzebował lepszych żołnierzy i urzędników, ale mieli być oddani, posłuszni i łatwi do zastąpienia. Czyli potrzebny był efekt skali.

Nadrzędnym celem było dla niego wykształcenie obywatela pożytecznego dla administracji lub powtarzalnej pracy (np. w fabryce z bronią). Aby utrzymać posłuszeństwo w wielkim, zorganizowanym procesie używano np. dzwonków, które dzisiaj ciągle pozostają w szkołach. Lud miał posiadać podstawową wiedzę w zakresie czytania prostych instrukcji, tworzenia krótkich pism lub notatek i wykonywania nieskomplikowanych czynności rzemieślniczych.

Jako naukę rozumiano jako przekazywanie konkretnej wiedzy i prostych schematów. Czyli chodziło o ulepszanie machiny państwa, a nie wsparcie jednostki. Dzisiejszą edukację dalej opieramy o ten model, a uczniowi wmawia się, że wszystko jest dla jego dobra! W skrócie: kształcimy osoby bierne, pozbawione kreatywności, oddane systemowi i posłuszne “przywódcy”.

Przez 12 lat narzucane są pewne wzorce, które należy naśladować. Na uczniów spada masa obowiązków, presja najlepszych ocen, świadectwa z paskiem i presja bycia najlepszym. Do tego jeszcze presja nieodstawania od reszty społeczeństwa…

Ludzie, którzy przebrnęli przez edukację z Modelu Pruskim po prostu:

są pozbawieni kreatywności,
boją się sami podejmować decyzje i muszą być prowadzeni za rękę,
nie potrafią sami wyznaczać celów,
nie przepadają za ludźmi, którzy wyznaczają inne ścieżki,
boją się nowości
boją się tego, co nie jest dla “wszystkich”, tego co nie jest uniwersalne
dają się łatwo manipulować,
są ślepo posłuszni,


mateuszstasica.pl/model-pruski-w-szkolnictwie/



obwodach republiki działało 946 szkół polskich (Раткевич, 2006, 64–65). Wydawać by się mogło, że liczba ta świadczy o rozwoju polskiej oświaty, jednak należy wziąć pod uwagę, że bezpośrednio przed przyłączeniem liczba szkół na terenach będących wcześniej w składzie Polski wynosiła 5932 (Пушкін, 2018, 242), to znaczy, że wraz z przymusową kolektywizacją i likwidacją struktur organizacyjnych Kościoła katolickiego nastąpiła także redukcja polskiego szkolnictwa (Kruczkowski, 2021, 176). 


Po II wojnie światowej rozpoczęła się likwidacja pozostałych szkół polskich. W 1947 r. na terenie BSRR istniały jeszcze 22 szkoły polskie, lecz kierownictwo republiki meldowało Moskwie, że polscy nauczyciele, „zdobywszy wykształcenie i wychowanie w instytucjach Rzeczypospolitej Polskiej, z reguły związani z duchowieństwem katolickim, w niektórych przypadkach z podziemiem nacjonalistycznym, nie chcą i nie potrafią kształcić uczniów w duchu sowieckim” (Вялікі, 2001, 294).

Wszystkie polskie szkoły przestały istnieć pod koniec lat 40. XX w. (Раткевич, 2006, 64–65).



5.4. Próba reformy ortografii

Badania naukowe prowadzone były w sektorze polskim, utworzonym w 1922 r. w Instytucie Kultury Białoruskiej (Inbelkult) (Захаркевiч, 2009, 248). Szczególnie ważna ze względów oświatowych była kodyfikacja języka, a przede wszystkim polskiej ortografii.

[...]

Na łamach polskiej gazety „Młot”, wydawanej w Związku Radzieckim w połowie lat 20. XX w. , rozpoczęła się dyskusja na temat zmiany pisowni. Oficjalnie uproszczenie pisma miało się przyczynić do eliminacji analfabetyzmu wśród Polaków, ale ukrytym celem tej zmiany był zamiar rozluźnienia więzi między społeczeństwem a Kościołem i w ogóle Rzecząpospolitą, gdyż zmiany w piśmie utrudniłyby nie tylko czytanie ksiąg religijnych (Iwanow, 2016, 133), lecz także tekstów polskiej kultury, odradzającej się po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. 

Główne punkty tej dyskusji zostały nawet zaprezentowane na łamach czasopisma „Język polski” (z pod-pisem niejakiego H. Tura). Skomentował je Kazimierz Nitsch (Nitsch, 1925, 85–87). Propozycje reformatorów ortografii były proste: zastąpienie rz znakiem ż, ó znakiem u, dwuznaków sz i cz znakami jednoliterowymi, np. š i č, usunięcie nosówek ą i ę i wprowadzenie zamiast nich om i em lub on i en (w zależności od pozycji w słowie), proponowano też zamianę ch na h.

Reformatorzy, niebędący językoznawcami, nie myśleli ani o zachowaniu jedności słowa, ani o dziedzictwie historycznym. Dążyli jedynie, jak twierdzili, do zrewolucjonizowania i uludowienia ortografii. To ostatnie oznaczało przyjęcie fonetycznej zasady pisowni, która notabene również nie była konsekwentnie realizowana. Przy tej okazji Nitsch, polemizując z jednym z reformatorów, Czesławem Dombroskim, sarkastycznie stwierdzał (mając na uwadze zasady odzwierciedlania w piśmie spółgłosek bezdźwięcznych):


skoro „nie należy poprzestać na tchórzliwej reformie, lecz posunąć ją do ostatecznych granic” – to trzeba by też pisać bup i wius obok bobu i wiozła, czego jakoś p. Dąbrowski nie żąda. Nie żąda zaś z bardzo prostej przyczyny: skoro rosyjska reforma zostawiła боб i без, nie zamieniając je na боп i бес, to panu D. nie przyszło to na myśl (Nitsch, 1925, 86).

[...]

Konstytucja z 1937 r. wspomina jeszcze o możliwości posługiwania się przez władzę ustawodawczą wszystkimi czterema językami – art. 25 o posługiwaniu się nimi w szkole – art. 96 o ich używaniu na godle państwowym. Jednak już pod koniec lipca 1938 r. język polski i jidysz zostały usunięte z godła Republiki, a co za tym idzie, z komunikacji we wszystkich instytucjach publicznych.Wszelkie demokratyczne zamierzenia zostały stłumione. Nastąpiła ponowna rusyfikacja wszystkich dziedzin życia, w tym sfery oświatowej, przy wsparciu niestety nie tylko władz, ale także ludności miejscowej, która widziała w rosyjskim możliwość awansu społecznego. 

Dla wszystkich innych języków w BSRR nadeszły czasy walki o przetrwanie. Zniknęła możliwość nie tylko edukacji w języku polskim, ale także nauki samego języka – w połowie lat 80. XX w. istniały jedynie kursy językowe w organizacjach turystycznych „Intourist” i „Sputnik”, które kształciły przewodników-tłumaczy, a trafiali tam oni po przejściu ścisłej kontroli KGB. Na białoruskich uczelniach nie było kierunku filologia polska – jedynie semestralny kurs języka polskiego na Wydziale Filologicznym Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego.Wydawało się, że rozpoczęta w latach 90. XX w. pieriestrojka przywróciła językowi polskiemu utracone możliwości, choć nie w pełnym zakresie – powstało kilka polskich szkół, kierunek filologia polska na Białoruskim Uniwersytecie Państwowym oraz Państwowym Uniwersytecie im. Janki Kupały w Grodnie, a także duża liczba kursów językowych. 

Lecz w ostatnim czasie można zaobserwować powtarzające się próby walki władz z językiem polskim. Polskie szkoły są zamykane, nauczyciele i wykładowcy zwalniani. W ostatnich dniach 2023 r. i na początku 2024 r. organy ścigania aresztowały kierownictwo kilku kursów języka polskiego. Wyższe uczelnie natomiast otrzymały oficjalne pisma z wymogiem sporządzania wykazu studentów, którzy studiowali język polski.Nadeszły ciemne czasy dla polskiej oświaty w Republice Białorusi. Możemy tylko mieć nadzieję, że przyjdą lepsze i nauczanie języka polskiego rozkwitnie na nowo. Trzeba wierzyć, że zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli uczyć się polskiego – i to nie tylko jako języka swojej narodowości, ale także wielkiej europejskiej kultury.






całość tutaj:



Spojrzenie na szkolnictwo na Białorusi w okresie międzywojennym: język polski jako jeden z języków urzędowych | Poznańskie Studia Sławistyczne


pressto.amu.edu.pl/index.php/pss/issue/view/3027


Prawym Okiem: Zjednoczenie zachodniej Białorusi z BSRR