Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

niedziela, 28 września 2025

Niemcy w Gdańsku i Wrocławiu




Pisałem 10 lat temu: Czy Wolne Miasto Gdańsk istnieje?

Rada Miasta Gdańska:


W treści uchwały z 1945 roku użyto sformułowania 

"terytorium byłego Wolnego Miasta Gdańska"
"Na obszarach byłego Wolnego Miasta Gdańska"

,a  w    o ś w i a d c z e n i u     Rady Miasta Gdańska -

 "określa sytuację prawną na terenie Wolnego Miasta Gdańska"


Czy to znaczy, że Wolne Miasto Gdańsk istnieje??






Hansie Försterze pisałem w lipcu 2015 r. w tekście: Antypolak patronem szkoły?





Natalia Nitek-Płażyńska: Co lato w Gdańsku wylewa się nazistowskie szambo


13.08.2025 09:00

– Brakuje nam długofalowej strategii. Niemcy prowadzą swoją konsekwentnie, niezależnie od rządu. My? Przez chwilę była propolska, gdy rządziło PiS. A teraz znowu: „Nie wracajmy do przeszłości, wszyscy coś tam mieliśmy na sumieniu”– mówi Natalia Nitek-Płażyńska, prezes Fundacji Łączy nas Polska, o polityce historycznej Niemiec realizowanej przy udziale władz Gdańska w rozmowie z Konradem Wernickim w historycznej Sali BHP w Gdańsku.



Natalia Nitek-Płażyńska / fot. Tygodnik Solidarność



Co musisz wiedzieć:W lipcu otwarto w Gdańsku wystawę czasową zatytułowaną "Nasi Chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy"
Wystawa została przygotowana przez Muzeum Gdańska we współpracy z Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Jej celem było pokazanie tragicznego losu ludzi, którzy po 1939 roku zostali wpisani na Volkslistę i powołani do Wermachtu pod groźbą represji


"Nazistowskie szambo"

– Co się w tym naszym Gdańsku dzieje? Ostatnio mieliśmy wystawę „Nasi chłopcy” – to wszystkich zbulwersowało. No, może nie wszystkich, ale część prawicową w Gdańsku na pewno. Takich sytuacji w ostatnich latach było sporo. Mi od razu przypomina się ta impreza ku czci Stauffenberga.

– Z Gdańskiem jest problem. Ja tak ostatnio to skonstatowałam – może ładnie, może nieładnie, ale myślę, że celnie – co lato, co wakacje w Gdańsku wylewa się takie nazistowskie szambo. Niestety. Nawet pomijając ten rok – do którego zaraz dojdziemy – popatrzmy na poprzedni. Claus von Stauffenberg – polakożerca, nazista, Niemiec, który w Niemczech jest traktowany jako bohater. W Polsce próbuje się nam to przedstawiać również poprzez wydarzenia takie jak ubiegłoroczna impreza w Ratuszu w Gdańsku organizowana przez niemiecki konsulat. Było tam wiele osób z lokalnych elit, zwłaszcza ze środowisk liberalnych związanych z Platformą Obywatelską.

Fetowano Stauffenberga jako bohatera, który chciał zabić Hitlera. Ale nie mówi się, że chciał go zabić, bo uważał, że Hitler zbyt nieudolnie prowadził machinę zagłady – że należało robić to szybciej, skuteczniej, bardziej przemysłowo.

– Bo Stauffenberg chciał ratować III Rzeszę przed upadkiem.

– Dokładnie. Widział, że Hitler coraz gorzej sobie radzi, więc trzeba go zlikwidować, wejść w jego buty i kontynuować jego zamierzenia – tylko skuteczniej. Nie udało mu się, ale Niemcy – jako naród moralnie skompromitowany, bez wyrazistych bohaterów – próbują z takich ludzi robić autorytety. A problem w tym, że Polacy im w tym pomagają.

– To pokazuje, że w Niemczech nie było realnego ruchu oporu, skoro trzeba robić bohatera z regularnego nazisty...

– Tak. Jakiś czas temu przeglądałam niemieckie podręczniki do szkół ponadgimnazjalnych. Teoretycznie powinny dogłębnie przedstawiać historię. A tymczasem pomijają krzywdy wyrządzone Polakom. Jeśli już mówią o ruchu oporu, to tylko o Białej Róży – jako wielkim zrywie Niemców przeciwko „mitycznym nazistom”. To całkowicie wyolbrzymione.

Niemcy próbują dziś uchodzić za moralne mocarstwo. Przekręcają fakty, żeby pokazać, że oni też cierpieli i pomagali. Stauffenberg to przykład – a na imprezie w Gdańsku był tłum Polaków, urzędników, samorządowców. Nikomu to nie przeszkadzało.

Złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury – razem z radnymi Andrzejem Skibą i Przemysławem Majewskim – ale prokuratura stwierdziła, że nie dopatrzyła się propagowania nazizmu. Kolejny skandal.

– Tłumaczyli, że Stauffenberg „był człowiekiem swoich czasów”. Tak próbowano go usprawiedliwić.

– To im zawsze dobrze wychodzi. Tylko dlaczego Polacy mają w to wchodzić? Dwa lata temu na Jarmarku Dominikańskim zespół z Niemiec wykonywał piosenkę „Ein Heller und ein Batzen”, którą Niemcy śpiewali, idąc mordować Polaków. I nikt nie zareagował. Gdyby nie czujny dziennikarz z „Gdańsk Strefa Prestiżu”, nikt by się o tym nie dowiedział.

A teraz mamy wystawę „Nasi chłopcy” – niektórzy mówią: „Nazi chłopcy”. Słyszałam, że pierwotnie miała się tak nazywać. I znowu – Gdańsk realizuje niemiecką politykę historyczną w sposób wręcz prostacki.


"Przemieleni przez wermacht"

– Wygląda to tak, jakby Gdańsk był wykorzystywany przez Niemcy do prowadzenia polityki historycznej albo sam gra w tę grę.

– Jedno i drugie. Są tacy, którzy wiedzą, w co grają, i robią to za pieniądze. Ale są też pożyteczni idioci. Niemcy prowadzą tę politykę od dekad – poprzez przemówienia, organizacje pozarządowe, działania na wielu poziomach. I widzimy tego efekty – wystawy, imprezy, akcje społeczne.

Byłam na tej wystawie. Przyszedł też rzecznik prasowy Muzeum Gdańska Andrzej Gierszewski. Powiedział, że lepszy byłby tytuł „Przemieleni przez wermacht”. Myślę, że gdyby ta wystawa nazywała się w ten sposób, to kontrowersji byłoby mniej. Ale gdy zaczęłam mówić o przekłamaniach, to reagował skrzywionym uśmieszkiem. Przechwalał się, że bywa na niemieckich salonach, że go zapraszają. A ja mogę to tylko oglądać przez internet i chodzić do prokuratury.

To pokazuje problem. Mówię o godności Polaka, a on o tym, że został „dopuszczony do stołu”. Okruszek mu spadł z niemieckiego stołu i już się czuje wyróżniony.

– Czyli część elit widzi w tym sposób na awans?

– Zdecydowanie. Bez tego proniemieckiego sformatowania trudno o awans w Gdańsku. Niemieckie wpływy są tam bardzo silne – imprezy, wydarzenia, wystawy – to codzienność.

– Polska jest dla tych osób przaśna, a niemieckość – bardziej europejska?

– Tak. Związki z Wolnym Miastem Gdańskiem czy niemieckie nazwy brzmią dla nich dumnie. A wystawa sugeruje, że służba w wermachcie to była przygoda. Nie ma tam słowa o niemieckim terrorze, o polskim cierpieniu. To uważają za „paździerz”, coś śmiesznego.

– Uroczystości rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte również są zawsze okazją do relatywizacji: „Na początku było złe słowo”, „nienawiść, nietolerancja”. Zamiast powiedzieć wprost – wojna była efektem niemieckiej żądzy podboju; polityka imperialistyczna, a nie żadna nienawiść.

– I do tego „Imagine there’s no hate” – hasło Magdaleny Adamowicz. Tym się przykrywa prawdę. Weźmy taki tramwaj, któremu nadano imię Hansa Förstera. On jest też proklamowany u nas jako bohater kociewski, podróżnik, taki wspaniały Niemiec, który pisał o Polsce i ją pokazywał. Tylko w ogóle się nie mówi o tym, że to on rozpowszechnił określenie „polnische Wirtschaft”, że to on pisał o Polakach jako o świniach, o narodzie, który powinien służyć.

Günter Grass też jest nam na każdym kroku w Gdańsku przedstawiany jako jakiś bohater. A był członkiem Waffen-SS.

– Mamy w Gdańsku tylu bohaterów z czasów Solidarności, II wojny światowej. Czemu sięga się po tamtych?

– Bo Niemcy w to inwestują, i to działa, a symbole wchodzą do przestrzeni publicznej. My słyszymy: „Nie rozdrapujmy ran”, „Patrzmy w przyszłość”.


"Musimy mówić prawdę"

– Jak zatem powinniśmy prowadzić własną politykę historyczną?

– Brakuje nam długofalowej strategii. Niemcy prowadzą swoją konsekwentnie, niezależnie od rządu. My? Przez chwilę była propolska, gdy rządziło PiS. A teraz znowu: „Nie wracajmy do przeszłości, wszyscy coś tam mieliśmy na sumieniu”.

W niemieckich szkołach już od dziesięcioleci uczy się tego, że Niemcy byli zaatakowani przez nazistów, że Niemcy pomagali innym. Dzisiaj 70% Niemców sądzi, że ich przodkowie nie byli wśród sprawców, a prawie 37% Niemców jest przekonanych, że ich przodkowie byli ofiarami nazistów. Tego uczą się dzieci w niemieckich szkołach, a u nas?

Dlatego my musimy mówić prawdę. Mamy Witolda Pileckiego, ojca Maksymiliana Marię Kolbego, powstańców – bohaterów, o których pamięć trzeba przywracać, a którzy teraz niestety są wymazywani z Muzeum II Wojny Światowej. Polecam wszystkim książki profesora Andrzeja Nowaka, Feliksa Konecznego – dla dzieci i dorosłych. To są dzieła, które naprawdę mogą łączyć pokolenia. Nasza piękna, fascynująca historia jest czymś, z czego naprawdę możemy być dumni. My jesteśmy narodem bohaterskim i dlatego cały czas zakazuje się nam o tym mówić i pamiętać.

Jeśli będziemy bezrefleksyjnie „kodować” kolejne pokolenia – bez rozmowy, bez kontekstu – na to, że Polacy też byli sprawcami, a Niemcy ofiarami, to stworzymy bardzo niebezpieczny grunt na przyszłość. W efekcie agresywnej polityki historycznej Niemiec przeinaczającej naszą historię może się okazać, że nasze dzieci albo wnuki będą musiały płacić reparacje Żydom i Niemcom. I to nie dlatego, że jesteśmy winni, ale dlatego, że nie zadbaliśmy o własną narrację.




Autor: Konrad Wernicki
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 32 / 12 sierpnia
Data: 13.08.2025 09:00



------------



O Wrocławiu pisałem min. w opracowaniu "Werwolf".


Germanizacja i odpolszczanie Wrocławia

12.08.2025 18:00
Coraz więcej jest we Wrocławiu znaków rzekomej niemieckiej tożsamości. Eksponowane są nawet najbardziej banalne epizody tej części jego dziejów. 


Archikatedra św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu / pixabay.com



Korzenie Wrocławia

Rzekoma odwieczna niemieckość Wrocławia jest bzdurą. W początkach państwowości czeskiej istniał tu gródek o imieniu wziętym od księcia Vratislawa. Ekspertyzy węglowe dowiodły, że po roku 980 Mieszko I zbudował w jego miejscu warowny gród. W roku 1000 decyzją Bolesława Chrobrego stał się on siedzibą biskupstwa. Od polskiej prowincji kościelnej zostało ono oderwane dopiero w roku 1821.

Tak długo wśród tutejszych katolików silnie obecna była polszczyzna, której zanik przyspieszył dopiero wprowadzony w Prusach obowiązek chodzenia do niemieckojęzycznych szkół. Prowadzone od roku 1904 badania prof. Kazimierza Nitscha zaskoczyły ciągłą obecnością w szerokim pasie przylegającej do Dolnego Śląska Wielkopolski wszystkich językowych zjawisk charakterystycznych dla śląskiego dialektu naszego języka. Polskojęzycznych Dolnoślązaków ciągle więc musiało być mnóstwo, a ich kontakty z Wielkopolanami tak żywe, że wywierały wpływ na ich język.

Wszystko to mimo niemieckiej kolonizacji, już w XIII w. odciskającej się na składzie wrocławskiego patrycjatu czy związków małżeńskich, skutkiem których rycerskie rody Świnków zamieniały się w Schweinerów, a Krakwiczów w Krakwitzów.


Nazwiska dawnych Dolnoślązaków często zdradzają narodowość ich przodków. Uważającym się za Niemców zdarzały się powroty do tożsamości pradziadów. Najgłośniejszy był przypadek ziemianina spod Legnicy Alfreda von Olszewskiego, który po przeczytaniu „Trylogii” zadeklarował się jako Polak, tego samego żądając od swoich dzieci.

W okolicach Wrocławia nie brakowało też ziemian od polskich korzeni się nie odżegnujących, jak np. Machniccy, czy przyjmujących sarmacki styl życia Dolnoślązaków świeżej daty, jak przybyły w XVIII w. znad Renu ród Schaubertów – polonofili słynących z husarskiej fantazji i trumiennych portretów wykonywanych dla każdego członka rodziny. To w podwrocławskim Henrykowie w roku 1270 napisane zostało pierwsze zdanie w języku polskim. Od wynalezienia druku Wrocław zawsze należał też do głównych ośrodków wydawania polskich książek. To w nim w XIX w. premierę miała część dzieł Krasińskiego, Klementyny Tańskiej-Hoffmanowej, a stale wznawiano Jana Kochanowskiego, Juliusza Słowackiego, Ignacego Krasickiego, Jana Potockiego, Franciszka Karpińskiego…


Wrocław polski, czeski, niemiecki


W średniowieczu rangę przodującą w Polsce zyskiwał Wrocław za sprawą ludzi takich jak palatyn Krzywoustego Piotr Włast, świetny gospodarz fundujący opactwa m.in. na podwrocławskim Ołbinie, gdzie jedna z romańskich świątyń należała do największych w środkowej Europy. Nie mniejszą pracę wykonali piastowscy Henrykowie, których stolica po pożodze tatarskiej lokowana była z rozmachem oznaczającym budowę jednej z największych metropolii kontynentu. Wrocław stawał się wtedy rzeczywistym centrum polskiej państwowości.

Henryk Probus budował w nim na wskroś królewski zamek i ledwie krok dzielił go od koronacji. W 1290 roku dobrą passę śląskich Piastów i szanse Wrocławia na rangę stolicy polskiego państwa oddaliła nagła śmierć Probusa, a bezpotomne odejście w 1335 roku ostatniego wrocławskiego Piasta spowodowało przejście pod zwierzchność czeską.

Sprzeciwiał się temu biskup Nankier i wiele przemawia za tym, że tylko jako tymczasową utratę Śląska uważał Kazimierz Wielki. Zobowiązanym do jego odzyskania miał być Władysław Jagiełło, o konieczności tej pisał Jan Długosz. Wymianę dziedzictwa Piastów na posiadłości włoskie oferowała Bona Sforza. O Wrocławiu i Śląsku pamiętano, w latach 1471–1526 znalazły się nawet pod berłem Jagiellonów. Z nadarzających się okazji powrotu Polski nad Odrę nie skorzystano wskutek konieczności odpierania ciągłych agresji ze wschodu, południa i północy. Wrocław przechodził z rąk do rąk, w czasach Macieja Korwina zdarzył mu się nawet epizod panowania węgierskiego. Lata przynależności do kolejnych państw podliczał prof. Jerzy Łojek, z którego podsumowania wynika, że przynależność Wrocławia do Polski składa się na ok. 446 lat. Czyli nie tylko więcej od ok. dwóch wieków związku miasta z Czechami, ale i od trwającej łącznie od roku 1526 do 1945 przynależności kolejno do monarchii Habsburgów, Prus i wreszcie – Niemiec.

Jednak to, że przez dwa stulecia poprzedzające powrót do Polski Wrocław należał właśnie do Prus i Niemiec, ma oczywiste konsekwencje w postaci niedawnego i sporego dziedzictwa tych wieków.


Większość jednak tego, co definiowane bywa jako „poniemieckie”, w dużej mierze jest dziełem powojennej odbudowy.

W wydanym w 2009 roku albumie „Wrocław 1947. Fotografie lotnicze” zobaczyć można nie tylko pustynię, w jaką zamienione zostały najludniejsze dzielnice, ale też te zdefiniowane jako ocalone. A ich zdjęcia pokazują, że niemal wszystkie domy pozbawione w nich były dachów. W rzeczywistości nie miały też okien, często ścian i wielka ich część wymagała gruntownej odbudowy. Mnóstwo zachowanej tkanki miasta, posiadając przedwojenny rodowód, ma powojenne stropy. Co w większym stopniu czyni je dziełem powojennych, a nie przedwojennych gospodarzy.


Prof. Jerzy Woźniczka, konkludując to, co zostało po zmieniających się włodarzach, stwierdził, że z czasów Piastów mamy głównie zamki i gotyckie kościoły, z czesko-habsburskich barokowe klasztory, a z prusko-niemieckich koszary i więzienia.

Wnioskowi temu trudno odmówić słuszności. Wszystkie kościoły starsze od barokowych to fundacje Piastów. Na samym Starym Mieście stoi ich kilkanaście, w całym Wrocławiu taki rodowód ma kilkadziesiąt. Wrocławskie zamki potomków Bolesława Krzywoustego ocalały tylko we fragmentach. Te z Ostrowa Tumskiego dają jednak wyobrażenie o potędze Bolesława Wysokiego i jego następców. W podziemiach zobaczyć możemy m.in. część największej wieży mieszkalnej ówczesnej Europy.


Wrocław habsburski

Najwspanialszą pamiątką czasów habsburskich jest Uniwersytet, utworzony w roku 1702 jako Akademia Jezuicka. Jej inicjatorem, organizatorem i pierwszym kanclerzem był pochodzący z Inflant Fryderyk Kazimierz Wolf. Narodowość tej postaci, która karierę zaczęła na dworze Jana Kazimierza, prof. Gościwit Malinowski definiuje jako polską niemieckiego jedynie pochodzenia.


Z najpiękniejszym wnętrzem uczelni, Aulą Leopoldiną, związane jest kuriozum, którym jest portret Fryderyka II. Po zdobyciu miasta w roku 1742 zażądał on, by stanowiący część galerii dobrodziejów akademii portret cesarza Rudolfa II zastąpić jego własnym, mimo że rządy Fryca były dla niej kataklizmem.

Pojawienie się tego władcy przerwało budowę gmachu akademii, który miał być o jedną trzecią większy. Na parę dziesięcioleci zdegradował ją do roli seminarium duchownego, a prowadząc permanentne wojny, wspaniałą budowlę zamieniał w koszary, więzienie dla tysięcy jeńców, stajnie, magazyny, lazarety. W salach pełnych dzieł sztuki żołdactwo paliło ogniska, wybuchały pożary, perła architektury obracała się w ruinę.

Aula Leopoldina miała sporo szczęścia zarówno w wieku XVIII, jak i w roku 1945. Połowę gmachu bomby obróciły wtedy w gruzy, ale najpiękniejsza aula przetrwała bez wielkich zniszczeń. A w niej galeria portretów wraz z podobizną Fryderyka II. Tylko jeden z nich należy dziś do pierwotnego wystroju auli. Wszystkimi innymi – zastępowano wcześniejsze, wyrzucając np. wizerunki papieży, by w ich miejsce powkładać pruskich dygnitarzy.

Kiedy w roku 1945 w ruinach akademii i późniejszego Universitat Breslau powstawał Uniwersytet Wrocławski, profesorowie wywodzący się głównie z Uniwersytetu Jana Kazimierza zastanawiali się nad dziedzictwem wypełniającym Aulę Leopoldinę. Marmurowa postać jej patrona nie budziła niechęci – cesarz Leopold był nie tylko fundatorem uczelni, ale i sojusznikiem Polski. W czasach potopu wsparł nas 16 tysiącami żołnierzy. Dowodzący nimi Melchior von Hatzfeld spoczywa w podwrocławskich Prusicach pod sarkofagiem z wizerunkami walk m.in. o Kraków i Poznań. Oczywisty wstręt budził jednak znajdujący się w auli portret Fryderyka. I mimo że w roku 1945 wszystko, co pruskie, wywoływało fatalne skojarzenia, wizerunku inicjatora I rozbioru nie usunięto, uznając obraz za część dzieła sztuki, którym jest Leopoldina. W roku 1997 została ona jednak okradziona i sześć portretów, w tym Fryderyka II, uznano za utracone bezpowrotnie. Czyż nie należałoby w tej sytuacji przywrócić do galerii dobrodziejów uczelni, tych, którzy naprawdę nimi byli?

Należeli do nich papieże i królowie, których wizerunki odtworzyć można na podstawie ich znanych portretów. Zamiast tego mamy dziś w Leopoldinie najświeższej daty kopie wizerunków Fryderyka II i pruskich dygnitarzy. A nie mamy w tym najważniejszym dla Uniwersytetu wnętrzu godła Rzeczpospolitej Polskiej, które po ostatniej konserwacji – nie wróciło.


„Omnia per Polonia!”

To we Wrocławiu w 1816 roku powstała pierwsza polska korporacja akademicka, której hasłem było „Omnia per Polonia!”.


W murach wrocławskiego uniwersytetu studiowali Marian Langiewicz, Józef Lompa, Adam Asnyk, Jan Kasprowicz, Wojciech Korfanty, Ignacy Chrzanowski, liczni uczestnicy wszystkich naszych powstań narodowych XIX i XX wieku. Wśród profesorów byli współtwórca współczesnej medycyny Jan Mikulicz-Radecki i wyniesiony do godności rektora filolog Władysław Nehring.

Sensacją akademickich dziejów miasta były następstwa wykładu prof. Rudolfa Westphala, nacjom używającym deklinacji sześcioprzypadkowej przypisującego „przyrodzoną podrzędność”. Polemiczny głos polskich studentów doprowadził do wyzwania jednego z nich na pojedynek. Westphal w ustalonym przez sekundantów miejscu się nie zjawił, więc gazety wydrukowały protokół o jego „obraniu z czci i honoru”, a senat uniwersytetu ogłosił wydalenie ze społeczności akademickiej. Westphal zniknął wtedy jak kamfora, po latach karierę wznowił w Moskwie.

Przez całe stulecia Niemcy we Wrocławiu przeważali, ale obecność w nim Polaków zawsze była znacząca.


Kiedy w 1806 roku miasto otoczyły wojska Napoleona, narodowy skład jego garnizonu przyczynił się do szybkiej kapitulacji.

Dwie piąte stanowili w nim bowiem Polacy, ośmiuset zbiegło do Francuzów, wraz z którymi w zdobytym mieście znaleźli się też ułani Legionów Polskich, przyprowadzający tysiąc jeńców wziętych do niewoli po zwycięskich szarżach pod Szczawnem. W 1807 roku sformowano we Wrocławiu trzy polskie pułki. Wyspami polskości były przedmieścia, Ostrów Tumski (liczni polscy duchowni i niemal zawsze polski biskup pomocniczy), Ołbin z kościołem św. Michała – jednym z największych w mieście i zwanym polskim. Wprawdzie w spisie przeprowadzonym w roku 1910 narodowość polską zadeklarowało ledwie 3% wrocławian, jednak rzeczywista ich liczba mogła wynosić nawet 50 tysięcy. Gwałtownie zaczęło ich ubywać po roku 1918, gdy wrogość otoczenia wzrosła, a granica II RP była blisko. Idylliczny obraz tamtych czasów, ukazywany dziś w niezliczonych wystawach i książkach, mało ma wspólnego z prawdą. W skali poparcia dla NSDAP ówczesny Wrocław ścigał się z Gdańskiem, jako pierwszy dorobił się obozu koncentracyjnego, to w nim powstawały zręby ludobójczego Generalplan Ost. Na Polaków napadano, demolowano siedziby ich organizacji, nawet Konsulat RP. Od 1939 roku miasto wypełniało się przymusowymi robotnikami i więźniami obozów, wśród których Polacy należeli do najliczniejszych. Działał polski ruch oporu, ale – jak w przypadku siatki Olimp – kończyło się to śmiercią jego uczestników.


Wtórna germanizacja Wrocławia

W 1945 roku powszechne było wśród Polaków przekonanie, że za zabitą Warszawę Niemcy zapłacą Wrocławiem, a zwycięskie mocarstwa ziemie do Odry i Nysy uznały za rekompensatę połowy Polski anektowanej przez ZSRS. Miasto, które w 75% było kupą gruzów, jest dziś metropolią bardziej rozległą i ludną niż kiedykolwiek wcześniej. Większość wrocławian mieszka w domach od fundamentów zbudowanych w ostatnim osiemdziesięcioleciu.


Coraz częściej dochodzi jednak do wynaturzeń historycznej narracji i symbolicznej przestrzeni Wrocławia. Według szydzących z polskości pisarek „nazwy miejscowe nadane w roku 1945 są brzydkie i bez polotu”. A prawda jest taka, że trud wybitnego językoznawcy prof. Stanisława Rosponda w ok. 90% polegał na przywracaniu pierwotnego, polskiego brzmienia imion tysięcy wsi i osiedli.

W postaci ledwie zniemczonej wszystkie one przetrwały aż do czasów Hitlera, kiedy powymyślano dla nich całkiem nowe, niemieckie, i które mimo totalitarnych realiów III Rzeszy nie zdołały wejść do pozaoficjalnego użytkowania. Z fasad pałaców zniknęły tablice informujące o ich powojennej odbudowie, podobnie jak płyty upamiętniające liczne filie obozów pracy. Rzadko żądanie ich przywrócenia przynosi skutek taki, jak w przypadku upamiętnienia Emanuela Kani, autora muzyki do „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza czy Stefana Kulczyńskiego – polskiego lekarza, cudem ocalonego z łap Gestapo, a potem UB, którego dom służy dziś jako pałac ślubów.


Nawet Rok Józefa Wybickiego nie był we Wrocławiu powodem, by autora naszego hymnu upamiętnić na fasadzie domu, w którym mieszkał i napisał księgę „Życie moje”. Tacy wrocławianie jak Witelon, pierwszy polski uczony rangi światowej, w pamięci miasta niemal nie istnieją. Nie jest jej godny autor tłumaczeń, bez których nie byłoby sporej części nauki renesansu oraz dzieł pionierskich dla okulistyki i optyki? Albo Benedykt Polak, który po wyruszeniu z Wrocławia jako pierwszy Europejczyk dotarł na Daleki Wschód? Było to 25 lat przed wyprawą Marco Polo, o którym ani słowa nie ma w żadnej z azjatyckich kronik, a misję wrocławianina, autora pierwszego słownika języków Wschodu, opisano tam ze szczegółami. Nawet gdy miasto było Europejską Stolicą Kultury, niewiele zrobiono dla promocji jego unikatowych dokonań.

W czasach Marka Grotowskiego i Henryka Tomaszewskiego Wrocław był przecież światowym centrum nowego teatru. Zaraz potem – bastionem walki z komunizmem, w którym setki audycji Radia Solidarność Walcząca emitowano siecią tajnych nadajników rozmieszczonych w każdej dzielnicy. Ilość drukowanej w podziemiu prasy (prawie 500 tytułów!) była większa niż poza granicami naszego kraju w całym sowieckim imperium od Łaby po Kuryle. Tutaj działała Pomarańczowa Alternatywa.


Czy to nie większy powód do chwały od stworzonej w Pałacu Fryderyka II apoteozy Hohenzollernów, gloryfikującej nawet złodzieja polskich koron królewskich, który kazał je przetopić na polskie monety?

Na bramy mostu w roku 1945 zniszczonego tak dalece, że nie runął tylko dzięki pryzmie opartych o dno Odry barek, po 80 latach mają wrócić godła Prus, Rzeszy Niemieckiej i niemieckojęzyczny napis wyrażający cześć dla Wilhelma II. Był most tego samego imienia w Berlinie, ale i tam je zmieniono, czci tej kanalii nadal oddawać tam nikt nie zamierza. A we Wrocławiu mamy takich, co starają się być bardziej niemieccy od samych Niemców.

Już powrót nazwy Hala Stulecia był pluciem w twarz każdemu, komu bliska jest polska niepodległość. Bo w nazwie tej przecież chodzi o pruski triumf pod Lipskiem przypieczętowujący kres Księstwa Warszawskiego, zakuwający Polskę w kajdany niewoli. Teraz kolejna dominanta Wrocławia cześć ma oddawać katom dzieci wrześnieńskich, wodzowi armii, która wojnę w Polsce zaczęła od spalenia Kalisza.



Autor: Artur Adamski
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 32 / 12 sierpnia
Data: 12.08.2025 18:00






2015 r.:




tysol.pl/a145022-natalia-nitek-plazynska-co-lato-w-gdansku-wylewa-sie-nazistowskie-szambo

tysol.pl/a144975-germanizacja-i-odpolszczanie-wroclawia



13 8



poniedziałek, 11 sierpnia 2025

Czy cudotwórca?

 








facebook.com/watch/?ref=saved&v=31939524598971658

facebook.com/watch/?ref=saved&v=1455124302190515




A na co powinny być wydane pieniądze z KPO?

Na jakich wcześniej zasadach UE dawała pieniądze?


No i dyrektor NCBiR....









Czy to nie jest ustawka?

A kto bierze w tym udział?

Złe media w postaci tej pani i elegant pod muszką, co w tefałenie udawał, że jest przeciwko UE, dopóki jego rozmówca się nie posypał...


środa, 27 lipca 2022

Braki na blogu - ktoś usunął

 Wczoraj zauważyłem, że są nowe braki na blogu.

Ktoś usunął fragment tekstu, w którym opisuję rozmowę w TVN24 pomiędzy Januszem Mikke, a Markiem Saryusz-Wolskim z 2008 roku.


Widziałem tę rozmowę na żywo - opiszę ją tutaj ponownie z pamięci.

Rozmowa, jak rozmowa, dwie gadające głowy plus wtręty pani redaktor.

Jednak w pewnym momencie Saryusz-Wolski zapętlony, czy też przyparty do muru przez pana Mikke - przyznał mu rację w jakiejś sprawie - chyba chodziło o to, że generalnie nasz udział w UE jest szkodliwy dla nas.

W następnej scenie widzimy reakcję pana Mikke na te słowa.

Pan Mikke siedzi skulony, wręcz wbity w fotel z wystraszoną wręcz przerażoną miną i nic nie odpowiada panu Wolskiemu.


Trwa to raptem kilka - kilkanaście sekund.


Zamiast natychmiast podchwycić "błąd" adwersarza i go po prostu rozdeptać, pan Mikke siedzi ze strachu skulony na swoim fotelu i trzyma się za twarz.

Ingeruje pani redaktor i rozmowa toczy się dalej, krótko potem koniec rozmowy.

Pan Mikke nie wykorzystał wypowiedzi pana Wolskiego, by wygrać tę dyskusję.


Wygląda to tak, jakby przed rozmową na antenie tvn, panowie ustalili, że jeden uprawia cały czas propagandę prounijną, a drugi cały czas ją zwalcza, ale pan Wolski nie dotrzymał warunków umowy i nieopatrznie potwierdził tezy pana Mikke. 

Wygląda to tak, jakby obaj tylko udawali - jeden udawał, że UE jest dobra, a drugi udawał, że zwalcza tezy pierwszego.


Jakiś rok później szukałem tego nagrania w sieci na stronach tvn - i faktycznie jest taka rozmowa - jednak nie widzę tam rzeczonego fragmentu.

Kilka lat temu zrobiłem z tego notatkę na blogu, a wczoraj zauważyłem że ktoś ten fragment nielegalnie, bez mojej zgody i wiedzy usunął z treści posta.

Mój blog ma spore zasoby, szukajka nie znalazła jednak postu z powyżej opisanym wydarzeniem, nie ma tego fragmentu w żadnym poście wyszukanym poprzez hasła "mikke", "tvn24", "saryusz - wolski", ani poprzez tag "mikke", dlatego uzupełniam tę treść.

https://tvn24.pl/polska/traktat-lizbonski-tak-czy-nie-ra52218-3704820


A chłopcy się śmieją, lajkują i przesyłają dalej - jakże prosto wami manipulować..


Skoro TVP jest złe, to kto jest dobry? 

Ci co robią literówki we własnym artykule i urządzają ekwilibrystykę z wypowiedziami o Auschwitz?


W styczniu 2025 r. Nowy Ład pisał:

„Telewizja Republika to jest skarb, który prawa strona dostała za darmo. Bo bardzo niewiele w tej sprawie zrobiła. A nawet bardzo przeszkadzano. Jeśli ktoś nie potrafi docenić tego skarbu, to jest po prostu niewiarygodnie głupi. I powinien zająć się czymś innym niż polityką” – tymi słowami Tomasz Sakiewicz całkiem niedawno gromił polityków PiS-u.


Tak sobie myślę... u mnie w domu na telewizorze Republiki nigdy nie było.

Nigdy.

Ta stacja nadaje od 2013 roku, na początku ze stratami, a dopiero po 10 latach w 2023 roku  "zrobiła karierę", jak się TVP wysypało.

Nigdy nie było tej stacji na moim tv, bo żeby ją oglądać, to trzeba by wykupić dodatkowy pakiet u dostawcy, full, czy coś, a ja i tak nie oglądam telewizji.

Więc jakie "za darmo"?

skarb, który prawa strona dostała za darmo


"Rydzykowa" TV Trwam od lat jest u mnie dostępna i bywało, że zaglądałem na ich wiadomości. Radio Maryja i TV Trwam była "za darmo" w pakieci mini, a Republika nie. Podobnie jest chyba na wszystkich platformach oferujących telewizję - pakiety mini nie zawierają tej stacji w swojej ofercie.

Więc jakie za darmo? 


Znowu mam wrażenie, że rozmowa toczy się o czymś innym, że chodzi o jakiś inny
skarb - jaki skarb, który prawa strona otrzymała za darmo?



 


Cejrowski: Liczę na iskrę szaleństwa u Nawrockiego. Lisicki: Nie kojarzy mi się z prowokacjami




1 czerwca Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie.



Lisicki i Cejrowski komentują

W najnowszym odcinku programu "Antysystem", który miał swoją premierę w środę, Paweł Lisicki i Wojciech Cejrowski zastanawiają się, jakim prezydentem będzie Karol Nawrocki. 

– Nadzieje w Karolu Nawrockim pokładam w dwóch rzeczach. Po pierwsze, że został on wybrany inaczej niż Andrzej Duda pięć lat temu, a więc przez przytłaczającą większością wyborców Grzegorza Brauna i Sławomira Mentzena. To pokazuje, że Nawrocki zawdzięcza im w części swoją prezydenturę. Owszem, w pierwszej mierze wyborcom PiS, ale w drugiej kolejności tym wyborcom. I jeśli ma rozum, to powinien o tym pamiętać i taką postawę przyjąć, żeby zawsze uwzględniać również tych, którzy głosowali na niego w II turze. 

Pytanie, co można powiedzieć po jego dotychczasowych wypowiedziach od momentu, kiedy jest prezydentem-elektem? Niewiele można powiedzieć – mówił Paweł Lisicki, red. naczelny "Do Rzeczy".


Jednocześnie Paweł Lisicki zdradził, czym jest zaniepokojony. 

– W podtrzymywaniu szkodliwej dla PiS retoryki, kiedy w każdej wypowiedzi Karol Nawrocki mówi o Putinie jako o zbrodniarzu, imperium, które może Polskę zaatakować. Sądzę, że odpowiedzialnemu przywódcy takich rzeczy mówić nie wolno, bo naraża swój własny kraj i społeczeństwo, opowiadając rzeczy, które później uniemożliwiają mu kontakty z danym państwem. Uważam, że takich rzeczy na takim etapie się nie mówi. Takie rzeczy może mówić publicysta, polityk niższej rangi, ale nie prezydent, bo takie słowa reprezentują oficjalne stanowisko państwa i dlatego uważam to za błąd – wskazał.

– Na Jarmarku słyszałem wypowiedzi pełne nadziei wobec Karola Nawrockiego. Ludzie odetchnęli i czekają z nadzieją, co zrobi nowy prezydent. Mają, moim zdaniem niesłuszne, oczekiwania, że on zrobi dużo bardzo dobrych rzeczy. Ssanie w społeczeństwie jest takie, że będzie cudotwórcą – powiedział z kolei Wojciech Cejrowski.


Nawrocki powtarza narrację Dudy o wrogim Putinie?

To  źle.







patrzcie uważnie:


9 sierpnia, premier Armenii Nikol Paszynian

"Są terytoria, które należą do nas, ale są pod kontrolą Azerbejdżanu, i są terytoria, które należą do Azerbejdżanu, ale są pod naszą kontrolą. Proces delimitacji musi być kontynuowany. Tam, gdzie mamy terytoria należące do Azerbejdżanu, musimy je zwrócić. Tam, gdzie należą do Azerbejdżanu, ale są naszym terytorium, muszą wrócić. Terytorium niepodległej Armenii jest identyczne z terytorium Armenii Radzieckiej, terytorium niepodległego Azerbejdżanu jest identyczne z terytorium Azerbejdżanu Radzieckiego."



Ostanio jest tak na blogu, że jest tekst - a za chwilę go nie ma.

Po prostu patrzę, kto

ma sraczkę, kto 
oddycha z ulgą, znowu 
ma sraczkę, kto 
coś wie, a kto 
nic nie wie...


Uważajcie na media z literówkami, które żonglują słowami, cytatami, cudzysłowiem itd. - obserwujcie je uważnie, nie wierzcie ślepo, tylko wyciągajcie wnioski, co oni chcą, żebyście myśleli, dlaczego tak robią.

Ta żonglerak słowami wygląda mi na robotę SI, ale wiesz... wiesz tyle, ile widzisz.

Pamiętaj, że jak ktoś chodzi z tortownicą na głowie, to nie znaczy że wariat, on może bada, kto jest kim.

Jeżeli ktokolwiek mnie tknie, albo "zachoruje psychicznie" to będziecie mieli dowód na to, że istnieje próba przefarbowania się agentury jak w 1989 r.

Rozstrzygnięcie na pewno w nadchodzących tygodniach.





"O problemach zdrowotnych Donalda Tuska mówi się od dłuższego czasu. Komentowano dziwne zachowanie premiera: drżenie rąk, kołysanie tułowiem, niewidziane wcześniej pomyłki i przestoje podczas przemówień" – pisze tygodnik "Sieci". Gazeta wskazuje, że o problemach premiera ze zdrowiem wiedzą politycy, a także niektóre media.

"Naszym zdaniem jedni są bardziej wiarygodni, inni mniej. Co najmniej kilka dobrych źródeł mówi nam jednak wprost: tak, jest poważnie chory, to przewlekła choroba neurologiczna. Wymieniają nazwę jednostki chorobowej. My nie wymienimy, bo nie wiedzieliśmy dokumentacji medycznej premiera, a otoczenie szefa rządu i on sam milczą, nie potwierdzając ani nie zaprzeczając naszym informacjom" – ujawnia tygodnik.





Oglądam materiał o słowach pewnego PRZEDSIĘBIORCY. Nazwisko prowadząca zmilczała. Tak, to się dzieje🤣 W tvn24 krytykując Rafała Brzoskę, że powinien ważyć słowa, bali się wymienić jego nazwisko. Zwykle to zawsze na pełni jest promocja Rafała Brzoski. Zjeść ciastko i mieć ciastko - zadanie wykonane. Miała być krytyka, była - przedsiębiorcy bez nazwiska 🙈🙈














"Albo rewelacje człowieka, delikatnie mówiąc mającego kontrowersyjne poglądy na rzeczywistość, przedstawiającego swoje analizy będące niczym sen wariata."




















Prawym Okiem: Braki na blogu - ktoś usunął

Prawym Okiem: Geopolityka Polski - i szept...

dorzeczy.pl/plus/antysystem/764043/prezydent-karol-nawrocki-cejrowski-licze-na-iskre-szalenstwa.html


facebook.com/watch/?ref=saved&v=556920544080806

dorzeczy.pl/kraj/764571/doniesienia-o-chorobie-tuska-przewlekla-choroba-neurologiczna.html

Prawym Okiem: Żarty się skończyły

dorzeczy.pl/kraj/764502/nowy-szef-ukrainskiego-ipn-o-wolyniu.html




sobota, 9 sierpnia 2025

Żarty się skończyły


"Albo rewelacje człowieka, delikatnie mówiąc mającego kontrowersyjne poglądy na rzeczywistość, przedstawiającego swoje analizy będące niczym sen wariata."


Ciekawe o kim to.
Bo na pewno nie o mnie.








przedruk



Marcin Bąk: Za ciency w uszach są...

09.08.2025 09:42


Miała być rewolucja lub zamach stanu ale wszyscy lub prawie wszyscy przyszli grzecznie na Zaprzysiężenie i wysłuchali jednego z najlepszych przemówień politycznych ostatnich dziesięcioleci. Żeby zostać Robespierrem czy Leninem też trzeba być człowiekiem pewnego kalibru.



Święty Augustyn twierdził, że każdy grzech to jest cnota, która uległa jakiemuś wypaczeniu, co było zresztą zgodne z jego koncepcją na temat dobra i zła. Otóż zło absolutne, zło w postaci czystej, zdaniem świętego biskupa z Hippony, nie istnieje, bo nie może istnieć, było by bowiem niebytem a niebytu nie ma. Podobnie G.K Chesterton uważał, że każda wielka zbrodnia dokonana w dziejach ludzkości to jakieś potencjalne dobro, które uległo jednak korupcji. Wszyscy tyrani w dziejach, ludzie dopuszczający się niewyobrażalnych okrucieństw, byli na swój sposób wielcy, tyle że swojej wielkości i swoich talentów użyli w niewłaściwej sprawie. Dżingis Khan, Neron, Robespierre, Stalin czy Hitler choć budzili grozę, to mieli w sobie pewien czynnik wielkości, który został jednak spaczony przez zło. Nie byliby w stanie dotrzeć tam, gdzie dotarli, zbudować imperiów czy stanąć na czele Rewolucji, gdyby nie było w nich jakiś cnót - męstwa, odwagi, pracowitości. Rzecz jasna skażonych i wypaczonych. Krótko mówiąc - by stać się wielkim przestępcą, wielkim tyranem, trzeba mieć w sobie jednak odwagę.


Groteskowe plany Gangu Olsena

Po wyborze Karola Nawrockiego na urząd Prezydenta Rzeczpospolitej strona lewicowo liberalna nie mogła się pogodzić z porażką, bo to była dla nich ciężka porażka. Byliśmy wszyscy świadkami całego korowodu najprzeróżniejszych prób podważenia legalności tego wyboru. Momentami próby te ocierały się o granicę groteski a czasem ją przekraczały, gdy wpływowy adwokat i poseł z kamienną twarzą przekonywał, że Jaszczur z Ludwiczkiem opanowali kilkadziesiąt tysięcy komisji wyborczych i sfałszowali wyniki. Albo rewelacje człowieka, delikatnie mówiąc mającego kontrowersyjne poglądy na rzeczywistość, przedstawiającego swoje analizy będące niczym sen wariata. Były jednak i bardziej niepokojące sygnały, docierające nie tylko z infosfery, od anonimowych „silnych razem” ale i ze strony prawników, autorytetów (?) w dziedzinie prawa konstytucyjnego, że może jednak do objęcia urzędu Prezydenta przez Karola Nawrockiego nie dojdzie. Plan miał być prosty – Marszałek Sejmu otwiera Zgromadzenie Narodowe i natychmiast ogłasza przerwę. Kadencja Andrzeja Dudy wygasa a nowego prezydenta nie ma, bo nie został zaprzysiężony. W związku z tym obowiązki Prezydenta przejmuje Marszałek Sejmu. Próby sklecenia takiego zamachu stanu były najwyraźniej czynione, sam Marszałek otwarcie powiedział, że starano się wywierać na niego nacisk. Ni poddał mu się ostatecznie i ten plan nie wyszedł poza fazę nerwowego knucia. Zdaje się, że już na wstępnym etapie swój sprzeciw wyrazili koalicjanci z Koalicji 13 grudnia, nie chcąc uczestniczyć w takim procederze.


Żarty się skończyły!


Bo tu już żarty się kończyły. Zupełnie czym innym było bezprawne przejęcie mediów publicznych, czym innym siłowe wejście do Prokuratury Krajowej, choć i na to znajdą się w odpowiednim czasie paragrafy a zupełnie czym innym próba zablokowania wybranego w powszechnych wyborach Prezydenta Rzeczpospolitej. To było by już wejście na drogę prawdziwego a nie tylko publicystycznego zamachu stanu. Wejście na drogę o końcu bardzo trudnym do przewidzenia. Nic więc dziwnego, że nikt nie chciał stanąć na czele tej rewolty. Próbowano wypchnąć przed szereg Szymona Hołownię, by ten wziął odpowiedzialność na siebie. Podobnie profesorowie, autorytety (?) prawne wygadywali po mediach niesamowite absurdy, kreśląc de facto plany rebelii ale sami na jej czele stanąć nie zamierzali. Jak przyszło co do czego, do ostrzejszych pytań, to zaczęli się rakiem wycofywać...

Bo do przeprowadzenia zamachu stanu czy rewolucji tez trzeba mieć odwagę. Żeby złamać procedury, doprowadzić do anarchii a kto wie, może i krwawych zamieszek, może wojny domowej – trzeba mieć odwagę. Politycy tworzący tą skleconą z różnych nie pasujących do siebie fragmentów koalicje 13 grudnia w swej masie takiej cnoty, jak odwaga nie posiadają. Ja patrząc na to co się przez ostatnie kilka tygodni na polskiej scenie politycznej działo byłem raczej spokojny o ostateczny finał. Było owszem wiele straszenia, wiele podgrzewania emocji, robienia fałszywej nadziei sekcie swoich najwierniejszych fanatyków ale jak przyszło co do czego – pan premier, panowie ministrowie, posłowie i senatorowie elegancko przyszli na Wiejską i grzecznie wysłuchali słów prezydenckiej przysięgi. Żadnych prób zamachu stanu, żadnej rebelii nie było. Bo na to również trzeba mieć odwagę a oni są za ciency w uszach. I bardzo dobrze!



Autor: Marcin Bąk
Źródło: tysol.pl
Data: 09.08.2025 09:42

tysol.pl/a144886-marcin-bak-za-ciency-w-uszach-sa







































czwartek, 7 sierpnia 2025

Koniec świata



Tak sobie po prostu wypatrzyli poruszający się obiekt w bezkresnym kosmosie?




przedruk



Tajemniczy obiekt zbliża się z kosmosu. Kongresmenka prosi o misję NASA
02.08.2025, 20:35 Świat


 
AP / NASA
Obiekt 3I/ATLAS na zdjęciu NASA i sonda Juno


Naukowiec z Harvardu ostrzega przed tajemniczym obiektem, który zbliża się do naszego Układu Słonecznego. Avi Loeb sugeruje, że to statek obcej cywilizacji. Niezależnie od jego teorii, jedna z amerykańskich kongresmenek oficjalnie zawnioskowała o przedłużenie misji satelity Juno, która miałaby zbadać międzygwiezdnego gościa.

Avi Leob jest znany ze śmiałych i kontrowersyjnych tez na temat życia pozaziemskiego. Tym razem skupił się na wykrytym 1 lipca obiekcie 3I/ATLAS, który jest coraz bliżej naszego Układu Słonecznego. Leob sugeruje, że zagadkowy obiekt to "statek-matka". Według naukowca na pokładzie może znajdować się sonda, która miałaby zbliżyć się do Ziemi pod koniec bieżącego roku.

Teorii nie potwierdzają badania prowadzone przez NASA. Astonom Chris Lintott z Uniwersytetu Oksfordzkiego uważa, że oceny Leoba to "bzdury". Dodał jednak, że prace naukowe nad obiektem będą "fascynujące".

Na razie wiadomo nawet jak duży jest obiekt. Szacuje się, że ma kilkanaście kilometrów szerokości. Na minimalny dystans między Ziemią i 3I/ATLAS ma dotrzeć w grudniu 2025. Odległość wyniesie 1,8 jednostki astronomicznej, czyli prawie 270 milionów kilometrów. W momencie wykrycia prędkość 3I/ATLAS oszacowano na 61 kilometrów na sekundę.

 
Misja specjalna NASA? Propozycja wykorzystania sondy Juno

Obiekt będzie natomiast znacznie bliżej Jowisza. Dlatego grupa naukowców z Loebem na czele proponuje, by sprawdzić czy obok 3I/ATLAS może przelecieć sonda kosmiczna Juno, która od 2016 służy NASA do obserwacji właśnie Jowisza. Problem w tym, że misja sonda ma się w tym roku zakończyć, a tajemniczy obiekt będzie najbliżej Jowisza w marcu przyszłego roku, jeśli we wrześniu 2025 uda się zmienić trajektorię lotu Juno.


Dlatego kongresmenka Anna Paulina Luna wystosowała do NASA pismo, w którym wskazuje na możliwość wykorzystania Juno obserwacji tajemniczego obiektu i wnosi o przedłużenie misji sondy.




Najgorsza opcja?


Ziemska Sitwa korzystając z urządzeń Jana zdalnie ściąga jego pojazd na Ziemię, żeby sobie na nim pohulać.


Zamiast naprawić świat, żyrują Koniec świata.







polsatnews.pl/wiadomosc/2025-08-02/tajemniczy-obiekt-zbliza-sie-z-kosmosu-kongresmenka-prosi-o-misje-nasa/




środa, 6 sierpnia 2025

Sybiha Polaków nazywa Ukraińcami

 

zupełnie jak na Białorusi



przedruk


Szef MSZ Ukrainy twierdzi, że polski szlachcic walczący w Ameryce Południowej był Ukraińcem

6 August 2025

Przez Mateusz Pławski




Polski szlachcic z Wołynia, uczestnik walk o wolność Ameryki Łacińskiej, Michał Rola Skibicki, został przez ukraińskiego szefa MSZ nazwany Ukraińcem. Skibicki urodził się w 1793 roku, a Ukraina wtedy nie istniała.



Michał Rola Skibicki, urodzony w 1793 roku na Wołyniu, był polskim szlachcicem i synem Karola Skibickiego, starosty szołomeckiego. Mimo to szef ukraińskiego MSZ Andrij Sybiha, w opublikowanym 3 sierpnia wpisie na Facebooku, przedstawił go jako Ukraińca – choć w czasach Skibickiego państwo ukraińskie w ogóle nie istniało.

Na sprawę zwrócili uwagę internauci w komentarzach pod postem ukraińskiego dyplomaty.








W 2024 roku portal historykon.pl przypomniał biografię Skibickiego. Po ukończeniu Liceum Krzemienieckiego opuścił ziemie polskie, prawdopodobnie z powodu rodzinnych nieporozumień, i wyemigrował do Ameryki Południowej. Od około 1824 roku służył w armii Wielkiej Kolumbii, gdzie awansował na podpułkownika i pracował w Sztabie Generalnym. Później był adiutantem generała José Antonio Páeza.

Skibicki planował powrót do Polski, by wziąć udział w powstaniu listopadowym, lecz nie zdążył i pozostał w Paryżu. Tam nawiązał znajomość z Juliuszem Słowackim. Po nieudanej misji do Galicji został aresztowany, skazany na więzienie we Francji, a później zesłany w głąb Rosji. Co działo się z nim później, pozostaje tajemnicą.

Mimo jasnego kontekstu historycznego, Sybiha uznał go za Ukraińca.



/kresy.pl/wydarzenia/szef-msz-ukrainy-twierdzi-ze-polski-szlachcic-walczacy-w-ameryce-poludniowej-byl-ukraincem/



Historia doktora Ratajczaka



W kwietniu był Smoleńsk


Dariusz Zdzisław Ratajczak (ur. 28 listopada 1962 w Opolu, zm. przed 11 czerwca 2010 tamże) – polski historyk i publicysta.




przedruk


Historia doktora Ratajczaka


W Opolu trwa ostatnia dyskusja z doktorem Dariuszem Ratajczakiem w roli głównej. Czyją ofiarą jest zmarły historyk? Uczelni, „Gazety Wyborczej”, własnych poglądów, ostracyzmu czy nałogu?



Aktualizacja: 03.07.2010 16:24 Publikacja: 02.07.2010 04:14



Agnieszka Rybak



Nekrologów nie było. W kondukcie za trumną podążało zaledwie kilkanaście osób. Najbliższa rodzina i garstka znajomych. Następnego dnia w lokalnej gazecie ukazało się ogłoszenie. Rodzina z głębokim żalem zawiadamiała, że 22 czerwca został pochowany tragicznie zmarły Dariusz Ratajczak, lat 47. Składała podziękowania wszystkim tym, „którzy przez lata byli życzliwi Dariuszowi”.

Jedenaście dni wcześniej pod Centrum Handlowym Karolinka na obrzeżach Opola w samochodzie Renault Kangoo ochrona znalazła zwłoki mężczyzny. Dokumenty wskazywały, że zmarłym może być doktor historii Dariusz Ratajczak, o którym 11 lat wcześniej usłyszała cała Polska, kiedy oskarżono go o rozpowszechnianie tzw. kłamstwa oświęcimskiego.


W Internecie zawrzało. Ofiara intrygi, nagonki, zaszczuty – to najczęściej pojawiające się opinie. Część internautów z oburzeniem relacjonowała, że w wydaniu online „Gazety Wyborczej” w tytule pierwszej informacji na temat śmierci Ratajczaka użyto sformułowania o znalezieniu „ciała kłamcy oświęcimskiego” (potem tytuł zmieniono). „Nasz Dziennik” winą obarczył właśnie „Gazetę Wyborczą” i podał, że Ratajczak prawdopodobnie popełnił samobójstwo.

„Nasz Dziennik” przytoczył również opinię, że historyk „padł ofiarą intrygi na Uniwersytecie Opolskim”. Ktoś w sieci zamieścił nazwiska i telefony kilku pracowników uczelni. Z sugestią, by dzwonić i pytać: Jaka byłaby dziś decyzja? Czy zgadzają się z powszechnym odczuciem, że wyrzucenie z pracy było przyczyną dzisiejszej tragedii?

Jak zwykle pojawiły się też teorie spiskowe: „Jaki związek ma zatrzymanie agenta Mossadu ze śmiercią dr. Ratajczaka?”, „Kto zamordował?”, oraz patetyczny apel o powołanie Komitetu Wolności Słowa, którego podstawowym celem miałoby być niesienie pomocy osobom w podobnej sytuacji jak tragicznie zmarły. Jedno jest pewne: śmierć Dariusza Ratajczaka nikogo w Opolu nie pozostawiła obojętnym.



Był błyskotliwy, inteligentny. A jednocześnie bardzo przystępny, kumpelski. Za to kochali go studenci – opowiada kolega.

– Barwna postać, kolorowy ptak. Oceniałem, że dla takich powinno być miejsce na uczelni – mówi prof. Stanisław Nicieja, promotor jego pracy doktorskiej.

– Jest oczywiste, że nie mógł pasować do środowiska Uniwersytetu Opolskiego – nie ma z kolei wątpliwości Wiesław Ukleja, legenda opolskiej opozycji, znajomy Ratajczaka.

Wielu zazdrościło Ratajczakowi znanej rodziny i kariery. Przodek, Franciszek Ratajczak, poległ w powstaniu wielkopolskim. Ojciec, Cyryl, znany w Opolu adwokat, bronił w sprawach politycznych. Prowadził między innymi słynną sprawę braci Kowalczyków, którzy w proteście przeciw wydarzeniom Grudnia ’70 wysadzili aulę Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu w przeddzień milicyjnej akademii. WSP nazywano wtedy czerwoną Sorboną. Tu po dyplomy przyjeżdżali partyjni dygnitarze i funkcjonariusze SB. Prawdopodobnie dlatego na studia historyczne mecenas Ratajczak wysłał syna do Poznania.


Po powrocie Dariusz Ratajczak etat znalazł jednak właśnie w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Do Instytutu Historii przyjmował go prof. Stanisław Nicieja. – Zwykle uczelnia zatrudnia swoich absolwentów. O tym, że zaprosiłem go na rozmowę, zdecydowała pozycja jego ojca. Pan Dariusz sprawił na mnie dobre wrażenie, znał świetnie język angielski. Zdecydowałem się go przyjąć – opowiada profesor.

Od tej pory Nicieja stał się promotorem jego kariery. Profesor, który należał do PZPR, był wyznawcą „nurtu pozytywistycznego”, nie miał jednak oporów, by zostawiać na uczelni zdolnych studentów związanych z opozycją.


Wiesław Ukleja wspomina, że z Ratajczakiem zetknął się po raz pierwszy w 1988 r. na konspiracyjnym spotkaniu Młodzieżowej Grupy Niepodległościowej Pokolenie 1980 – 1988. Chodziło o posklejanie różnych nurtów działającej wtedy opozycji. – Ze spotkania tego zapamiętałem Darka jako pasjonata historii obdarzonego błyskotliwym i samodzielnym sposobem wnioskowania, podbudowanym solidną erudycją. Był z przekonań narodowcem. Ja zwolennikiem piłsudczykowskiej myśli politycznej. To, co niewątpliwie nas łączyło, to antykomunizm – opowiada Ukleja. Dariusz Ratajczak nie krył endeckich poglądów. Na początku lat 90. sympatyzował ze Stronnictwem Narodowym. – ZChN było dla niego stanowczo za łagodne – mówi kolega historyk.

Profesor Nicieja uczynił Ratajczaka swoim asystentem. Po latach wspomina, że jego współpracownik miał skomplikowaną osobowość. Żywił do ludzi miłość lub nienawiść. Miał kolegów, z którymi się przyjaźnił, a potem z nimi nie rozmawiał. Ale studenci bardzo go lubili. – Prowadził ćwiczenia i na zaliczenie wszystkim stawiał piątki. To utrudniało mi egzamin, bo przecież przez kilkanaście minut trudno się zorientować, z jakim studentem mam do czynienia. Zwracałem mu uwagę: Pomagaj mi. A on odpowiadał: „oni są dobrzy wszyscy”.

Ratajczak był popularny. Łatwo się spoufalał. Przechodził z młodzieżą na „ty”. Chodził na piwo. Uwielbiał dyskusje, a rozmówcą był błyskotliwym. Pracę doktorską – o sprawach sądowych: politycznych i kryminalnych w czasach stalinizmu – przygotowywał pod patronatem prof. Niciei. – Był moim uczniem – opowiada profesor. – Starałem się mu pomóc. Przyspieszaliśmy termin obrony, bo pracownik uczelni musi się doktoryzować w ciągu ośmiu lat.

W 1997 r. Ratajczak obronił pracę doktorską. Do 1999 r. miał już na swoim koncie publikacje: „Polacy na Wileńszczyźnie 1939 – 1944”, „Świadectwa ks. Wojczaka”, „Krajowa Armia Podziemna”.

Zbigniew Górniak, dziennikarz Polskiego Radia Opole i „Nowej Trybuny Opolskiej”, wspomina: – Z kolegą napisaliśmy żartobliwy tekst: dziesięć najbardziej obiecujących karier. W tej dziesiątce umieściliśmy Ratajczaka. Typowaliśmy, że przed Darkiem jest długa, ciekawa kariera. Wkrótce potem zamiast kariery wybuchła afera.




Tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, do czego potrzebna mu była publikacja „Tematów niebezpiecznych”. Małą książeczkę, która – jak się potem okazało – miała siłę rażenia bomby atomowej, wydał w 1999 roku za własne pieniądze w nakładzie 350 egzemplarzy. Zaznacza w niej: „Mnóstwo tu ocen ostrych, prowokacyjnych, mogących wywołać środowiskowe protesty. Wszystko zależy od mocnych nerwów i poczucia humoru”. A potem pisze, że cyklon B stosowany był w obozach koncentracyjnych do dezynfekcji, nie do mordowania. „Wniosek ostateczny nasuwa się sam: w obozach ludzie umierali głównie na skutek chorób wynikających z niedożywienia, złych warunków higienicznych, morderczej pracy, a ciała palono w krematoriach, aby zapobiec epidemii”. Streszcza opinie zachodnich rewizjonistów, miesza je z własnymi. – Książka była nieszczęśliwa nie tylko z tego powodu – uważa jeden z pracowników Instytutu Historii. Można w niej znaleźć publicystyczny język, passusy o czerwonej profesurze, anonimowe epitety, które pracownicy uczelni odczuli jako skierowane pod ich adresem. Książeczkę można było kupić w uczelnianym kiosku. Autor rozdawał ją kolegom z dedykacją.

Publikacja przeszłaby jednak bez echa, gdyby nie zainteresował się nią dyrektor Muzeum Auschwitz-Birkenau. Rok wcześniej weszła w życie ustawa o IPN, a niej przepis o karach za kłamstwo oświęcimskie. Sprawę opisała „Gazeta Wyborcza”.

W Opolu pojawiły się media – ogólnopolskie i światowe rozgłośnie i stacje telewizyjne. – Był taki czas, kiedy w gabinecie miałem wszystkie stacje radiowe z całego świata. Ratajczak, a przy nim Uniwersytet Opolski, stał się wiadomością numer jeden – wspomina prof. Nicieja. W sprawie wypowiadały się autorytety. – Dostawałem listy doktorów honoris causa uczelni, że oddadzą tytuły w proteście – mówi dziś prof. Nicieja. Uczelnia, utworzona z połączenia Wyższej Szkoły Pedagogicznej i filii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, działała zaledwie od pięciu lat. Nikt nie pragnął takiego rozgłosu.

Jeden z pracowników Instytutu Historii: – To wywołało panikę. Pytania, co z tego wyniknie? I reakcję stadną.

– Odnosiłem wrażenie, że Ratajczak do końca nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Czuł, że popularność go niesie, nie widział, w jakim kierunku – mówi jeden z pracowników Instytutu Historii. Profesor Nicieja: – Nikogo nie słuchał. Uważał, że zaistnieje, gdy będą o nim mówić po nazwisku. W mediach zaatakował uczelnię. Pomyślałem, że może reakcja byłaby inna, gdyby spotkał się z nami i podjął dialog? Zadzwoniłem do niego. I zapytałem: „Panie Darku, czy pan naprawdę tak myśli?”. Odpowiedział: „Tak, tyle mam do powiedzenia”. I rzucił słuchawkę. Bardzo to przeżyłem.




– Nikt z pracowników Instytutu Historii nie wystąpił przeciw niemu – opowiada pracownik uczelni. Pojawił się wprawdzie pomysł, by w imieniu instytutu napisać list odcinający się od Ratajczaka. Zaprotestował jednak prof. Krzysztof Tarka. Argumentował, że dr Ratajczak jest osobą dorosłą i sam odpowiada za swoje słowa. List nie powstał.

Uczelniana komisja dyscyplinarna zaczęła grać na przeczekanie z prokuraturą. Jedni od drugich oczekiwali stwierdzenia winy. Ostatecznie w 2000 r. uniwersytet zakazał Ratajczakowi wykonywać zawód nauczyciela przez trzy lata. Prokuratura postawiła zarzut – art. 55 ustawy o IPN, czyli kłamstwo oświęcimskie.


Ewa Kosakowska, była dziennikarka „Nowej Trybuny Opolskiej”: – Poznałam go, gdy pisałam o procesie. Zaskoczyło mnie, że był tak otwarty dla mediów. Witał się z nami i żegnał, chętnie rozmawiał i nie obrażał na żadne gazety. Wyróżniał się inteligencją, elokwencją. Miał wiedzę w wielu dziedzinach.

Kolega historyk opowiada: – Odwiedziłem go wtedy w domu. Pamiętam sterty książek, głównie anglojęzycznych. Szukał w nich argumentów.




Ratajczak bronił się sam. Tłumaczył, że cytował poglądy zachodnich rewizjonistów, nie zawsze je zaznaczając. Ojciec adwokat na procesie się nie pojawiał. Mogli wcześniej przygotowywać linię obrony. Mogło być też tak, że starszy pan się nie zgadzał z synem i nie chciał być świadkiem katastrofy.

Na sali sądowej zaczął się pojawiać wtedy Leszek Bubel, wydawca znany z antysemickich poglądów. Ratajczak witał go z zadowoleniem. W tym czasie znajduje też wsparcie w Radiu Maryja. Bronią go prof. Ryszard Bender i Peter Raina. Sąd rejonowy umorzył postępowanie z powodu znikomej szkodliwości czynu. Od wyroku odwołała się prokuratura. Ostatecznie sąd uznał winę, lecz sprawa została umorzona ze względu na znikomą szkodliwość społeczną.

Jak wynika z relacji, którą do dzisiaj można znaleźć na stronie internetowej Muzeum Auschwitz-Birkenau, sąd uzasadnił takie rozstrzygnięcie niskim nakładem książki Ratajczaka oraz tym, że w drugim jej wydaniu autor odciął się od poglądów tzw. Holocaust-deniers (osób zaprzeczających faktowi Holokaustu), stwierdzając: „Nie mogę się zgodzić z poglądem, że w obozach koncentracyjnych na ziemiach polskich nie istniały komory gazowe. W końcu są świadkowie. Natomiast uważam, że liczba 6 mln Żydów zgładzonych w wyniku niemieckiego bestialstwa [...] jest mocno, bardzo mocno przesadzona”.

Ratajczak zatrudnił się jako stróż w hurtowni alkoholi. Ponoć właściciel się skarżył: „Ratajczak zamiast pilnować albo pisze, albo czyta”. Demonstracyjne podejmowanie prac poniżej kwalifikacji niektórzy odbierali jako manifestację. Droczenie się z rzeczywistością. Rodzaj komunikatu: Wolę pracować w hurtowni alkoholi, niż mówić to, z czym się nie zgadzam. Poprawność polityczna mnie nie złamie.

Zbigniew Górniak: – Prokurator wojewódzki Franciszek Lewandowski w stanie wojennym odmówił oskarżania opozycji. Odszedł z prokuratury i zatrudnił się w zakładzie oczyszczania miasta. Tam poprosił o to, by dostać rewir pod siedzibą prokuratury. Gdy jego koledzy wchodzili lub wychodzili z budynku, natykali się na Lewandowskiego z miotłą. To był rodzaj demonstracji.




Jeden z pracowników Instytutu Historii: – Wilczy bilet ciągnął się za nim. Próbował się zatrudnić w szkołach czy instytutach, ale gdy się okazywało, że to ten Ratajczak, odmawiano mu. Każdy boi się pytania: Dlaczego zatrudnia pan antysemitę? Jak z tego wyjść obronną ręką?

W 2007 r. „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł „Kłamca nie ma już siły”. Ratajczak opowiada w nim, co się stało po wyrzuceniu z uczelni. O postępującej degradacji. Mówi o tym, do kogo zwracał się o pomoc, gdzie mu odmówiono. Jako jedyny powód podaje ostracyzm.

„Nie chcę nic innego robić. Jestem historykiem” – mówił. Drukował teksty w „Najwyższym Czasie” i „Opcji na Prawo”. Założył blog. Wpisy kończą się na styczniu 2009 roku. Wtedy zamieszcza ostatni: „Bądźmy po proletariacku szczerzy: Karol Marks, ojciec komunizmu, w młodości był satanistą”. Jednak dyskutantów brak. Jest za to kilka komentarzy. Pierwszy: „cieszę się, że po latach znów pan publikuje”. Drugi: „O kurczę… ten czop jeszcze żyje?!? Psia mać, może świńska grypa da radę”.

Dziś osoby, które go znały, obarczają się nawzajem winą i odpowiedzialnością. Jednak Dariusz Ratajczak był inteligentnym, dobrze wykształconym człowiekiem. Miał znajomych wśród londyńskiej i amerykańskiej Polonii. Dlaczego nie wyjechał? Nie zaczął nowego życia w innym mieście – na przykład we Wrocławiu? Dlaczego nie wykorzystał znakomitej znajomości języka angielskiego, by żyć choćby z tłumaczeń? Koledzy z instytutu zauważają, że miał niezłe pióro. Wykorzystywał to zresztą, pisując do niszowych prawicowych gazet. Dlaczego nie pisał pod pseudonimem?

[srodtytul]Nałóg[/srodtytul]

Problem zaczął się wcześniej. Jeszcze przed wybuchem afery. Pracownik Instytutu Historii przyznaje: – Zdarzało mu się przychodzić na zajęcia ze studentami po kieliszku. Nie był pijany, ale widać było, że jest pod wpływem.

Prawicowy polityk: – Starliśmy się ostro podczas dyskusji na uniwersytecie. Krakowski IPN wydał książkę „Dramat roku 1947”, która stała się kanwą sporu. Darek wtedy ostro dyskutował. Widać było, że jest nietrzeźwy.

Prof. Nicieja: – Podpisaliśmy umowę o współpracy z Uniwersytetem Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po formalnościach jako rektor zaprosiłem do gabinetu wszystkich gości na lampkę koniaku. Sekretarka napełniła kieliszki, pijemy i… konsternacja. Bo zamiast alkoholu była herbata. Przeprosiłem, rozlaliśmy szampana. Po wyjściu delegacji poprosiłem Ratajczaka na rozmowę. „Co pan zrobił? – krzyczę. – Przepraszam, miałem ciąg. Myślałem, że zdążę ten alkohol uzupełnić” – tłumaczył.

To, że nie wyleciał z uczelni, zawdzięczał matce. Była już ciężko chora, przyszła do Niciei i prosiła: Niech go pan nie wyrzuca, on się uspokoi. – Chroniłem go, chociaż powinienem wtedy usunąć – opowiada profesor. Uległem, a on się uspokoił. Chyba jedyną osobą, która miała na niego wpływ, była matka.

Jeden z pracowników Instytutu Historii: – Sposób, w jaki odszedł z uczelni, to, że nie mógł znaleźć pracy, że odeszła od niego żona – pogłębiało tylko problem, który wcześniej miał. Sytuacja, w jakiej się znalazł, sprzyjała sięganiu po kieliszek.

Arkadiusz Karbowiak, wiceprezydent Opola, próbował Ratajczakowi pomóc. Umówił go na rozmowę z pełnomocnikiem tworzącej się w Opolu nowej katolickiej szkoły wyższej. Ratajczak na obiad z przedstawicielem szkoły przyszedł pod wpływem alkoholu.

Dwa lata temu Karbowiak podjął jeszcze jedną próbę. Polecił go prowadzącemu nabór we wrocławskim oddziale IPN. Ratajczak w „Gazecie Wyborczej” tak to relacjonował: „Byłem na rozmowie i dali mi do zrozumienia, że poszło mi świetnie. Ale potem przysłali pismo, że mnie nie zatrudnią”. Zupełnie inne wrażenie odniósł prowadzący rozmowę. Karbowiakowi powiedział z wyrzutem, że Ratajczak przyszedł ubrany niechlujnie i po alkoholu.

Żona z dwojgiem dzieci odeszła od Ratajczaka siedem lat po jego wyrzuceniu z uczelni. Nie chce rozmawiać o przyczynach decyzji. W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” zaprzeczyła jedynie podanej przez Ratajczaka wersji, że jej odejście miało związek z poglądami męża.

Cicha ulica na Chabrowie, jednym z opolskich osiedli. Klockowe czteropiętrowe bloki dobudowano tu do stylowych poniemieckich kamienic z pięknymi ogródkami. Ratajczak w jednym z tych domów klocków mieszkał od dzieciństwa.

Zbigniew Górniak opowiada, że ostatni raz spotkał Ratajczaka na ulicy pod szkołą ogólnokształcącą, w której uczył się jego syn. Na konwencjonalne „co słychać”, Górniak odpowiedział, że wrócił akurat z Norwegii. Wtedy Ratajczak się ożywił. – Opowiadał, że urządził się właśnie pod Oslo. I że jak jeszcze raz będę w Norwegii, mam się koniecznie odezwać. Podniosło mnie to na duchu. Pomyślałem wtedy, że jak się ma olej w głowie, to wszędzie można sobie życie ułożyć – mówi Górniak. W tym sielankowym obrazku nie zgadzał się tylko jeden szczegół. Kiedy Ratajczak uśmiechnął się promiennie, rzucał się w oczy brak przedniego zęba.

Znajomy, który spotkał go na ulicy półtora miesiąca temu, zauważył, że bardzo wychudł. Z ustaleń policji wynika, że w ostatnim czasie często wyjeżdżał za granicę. Anglia, Holandia, Norwegia. Pracował tam fizycznie – na zmywaku, przy ogrodnictwie. W Polsce po eksmisji pomieszkiwał u ojca lub w samochodzie. Nie wiadomo, co się właściwie stało pod Centrum Handlowym Karolinka. Jak długo stał tam jego samochód? Policja zabrała kasety z monitoringu parkingu. Ogląda kadr po kadrze, bo jeden z pracowników ochrony utrzymywał, że samochód zaparkowano tego samego dnia, w którym znaleziono zwłoki. – Z dotychczasowych ustaleń wynika, że stał tam co najmniej kilka dni – mówi jednak prokurator rejonowy Artur Jończyk.

Na razie trwa ustalanie, co było przyczyną śmierci. Biegły na podstawie oględzin wykluczył działanie osób trzecich. Trwają badania toksykologiczne, wszystko wskazuje jednak na to, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych.

Sąsiadka z bloku opowiada: – Mam w oczach jego dwa obrazy. Pierwszy – pracownika na Uniwersytecie Opolskim, miłego, estetycznego mężczyzny. Ojca dwojga udanych dzieci. I drugi – niechlujnego alkoholika, którego się baliśmy. Czuliśmy strach, że kiedyś zapomni wyłączyć kuchenkę i wylecimy w powietrze. I zachodzę w głowę, jak to się stało? Dzień po dniu na oczach wszystkich rozgrywał się dramat człowieka.

Mieszkańcy bloków byli świadkami niemocy żony i szalejącego nałogu. Pił w piwnicy, znajdowano go nieprzytomnego z upicia. – Sam się nad sobą znęcał. Zastanawialiśmy się, co robić. Wielokrotnie interweniował ojciec – opowiada jeden z sąsiadów. Jednak perswazje Ratajczaka seniora nie dawały rezultatu. Myśleli, by zgłosić problem do ośrodka pomocy rodzinie. I wtedy przyszła eksmisja. Sąsiad się wyprowadził. A raczej – wyprowadził go komornik. Mieszkanie zostało zlicytowane za długi.

Ewa Kosowska: – To smutna historia człowieka, który miał bardzo duży potencjał.

Marek Kawa, znajomy Ratajczaka, doktor polonistyki, polityk, były pracownik uniwersytetu, mówi: – Ocieraliśmy się o niego i nie byliśmy w stanie podać mu ręki. Oczekiwałem większej refleksji w związku z jego śmiercią.




rp.pl/plus-minus/art15121221-historia-doktora-ratajczaka







Znaczenie zdarzeń...

 

Przeglądając tekst... zauważyłem literówkę, nie kojarzę tego błędu w słowie: "ostatnie", wiem to na pewno, bo to zdanie poprawiałem w treści, więc bym zauważył literówkę, 

nie było jej, kiedy publikowałem tekst



a potem w innym tekście przypadkiem i ze zdziwieniem zauważyłem coś takiego - komentarze są wyłączone przez administrację bloggera

zaraz otworzyłem inną stronę  i widzę, że można wpisać komentarz, to się pojawiło tylko chwilowo, wtedy gdy przeglądałem bloga






to jakaś zapowiedź?