Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

niedziela, 28 grudnia 2025

Abrakadabra





wikipedia niemiecka
angielska
i dla Polaków

tłumaczenie automatyczne



Abrakadabra (znana także jako Abrakadabra) to magiczna formuła. Był używany już w łacinie w późnej starożytności. Jednak ich dokładne pochodzenie jest sporne. 

Wykrzyknik jest używany w wielu językach indoeuropejskich w podobnej formie (np. niemiecki, angielski i rosyjski). Po raz pierwszy wspomniano o nim między II a IV wiekiem przez lekarza Quintusa Serenusa w książce Liber medicinalis. W niej radził nosić w amuletcie kurczący się schemat magicznej ochrony przed malarią.

Pochodzenie

Znaczenie lub pochodzenie tego słowa jest sporne, ale najprawdopodobniej pochodzi to z aramejskiego pochodzenia.

A-Bra-Ca-Dabra bawi się pierwszymi czterema literami alfabetu łacińskiego i można go wyjaśnić magią liter oraz alfabetu, które były powszechne w późnej starożytności: alfabet ma moc magiczną, ponieważ może być używany do reprezentowania wszystkiego na świecie.

Mogą to być zniekształcone formy hebrajskich słów ברכה (b'racha) "błogosławieństwo" oraz דבר (dabar) "słowo", "mówić", ale także "dżuma". Być może pochodzi od hebrajskiego הברכה דברה "ha-bracha dabra" (niem. "Wypowiedz błogosławieństwo"). 
Liturgiczna formuła konsekracji konsekracji z łacińskojęzycznego świata "Hoc est (enim) corpus meum", w swojej zniekształconej wersji jako magiczna formuła "hokus-pokus", wpisuje się w tę zasadę.

Prawdopodobnie istnieje też związek z Abraxasem, słowem, które w Gnosis oznaczało Boga i od czasów hellenizmu uważano za imię potężnego demona, często przywoływanego w magicznych papirusach.

Słowo Abrakadabra można również wywodzić od arabskiego zapisu "abreq ad habra", które rzekomo przywołuje "grzmot, który zabija".

Innym możliwym wyjaśnieniem są aramejskie słowa אברא כדברא avrah k'davra, które oznaczają "Będę tworzył, mówiąc". Abra od aramejskiego 'biustonosz' oznacza 'tworzyć', Ka tłumaczy się jako 'podczas', a Dabra jest pierwszą osobą czasownika 'daber', czyli 'mówić'.


Fonetycznie doskonała zbieżność greckiego αὔρα κ' ἀνταύρα 'wiatr i wiatr w czoło' (w nowoczesnej greckiej wymowie) z proponowanymi pochodzeniami prawdopodobnie wynika z przypadkowości.

W symbolicznej doktrynie gnostycyzmu słowo to było używane do zapobiegania nadchodzącej katastrofie, zwłaszcza by odpędzić choroby. Jako inskrypcja lub grawerunek na amuletach w coraz bardziej wygaszającym planie oznaczał stopniowy odwrót zła. Przepis wymagał, aby słowo było zapisane w całości w pierwszej linijce, następnie skracane o jedną literę lub, w niektórych instrukcjach, dwie litery, aż ostatecznie pozostała tylko jedna litera. Inskrypcja powinna mieć trójkątny kształt. Uważano, że tak jak słowo traci literę z każdą linijką, tak samo traci choroba.

Znaczenie przenośne

W przenośni, tajemnicze brzmiące bezsensowne gadanie nazywa się abrakadabra. Może to mieć związek z perskim kultem, który nakazywał kult 365 bogów. Trzeba było wymawiać wszystkie ich imiona perfekcyjnie, żeby uzyskać ich pomoc. Jeśli popełniłeś błąd, musiałeś zaczynać od nowa. Aby ułatwić zadanie, kapłani zaprojektowali amulet w kształcie trójkąta, w którym imiona zastąpiono greckimi literami. Aby jeszcze bardziej uprościć rytuał, późniejsze pokolenia używały pierwszej linii tego magicznego trójkąta jako substytutu całości, i w ten sposób zaczęło się używać słowa abrakadabra, które samo w sobie nie ma znaczenia.


---------

Etymology:

Pochodzenie abrakadabry jest nieznane i po raz pierwszy zostało potwierdzone w dziele Serenusa Sammonicusa z II wieku dotyczącym lekarstwa na gorączkę. 

Niektóre przypuszczalne etymologie to: od zwrotu w aramejskim oznaczającego "tworzę jak słowo" (אברא כדברא), do etymologii wskazujących na podobne słowa w łacinie i grece, takie jak abraxas lub do podobieństwa do pierwszych czterech liter alfabetu greckiego (alfa-beta-gamma-delta lub ΑΒΓΔ). Jednak według Oxford English Dictionary "nie znaleziono żadnej dokumentacji potwierdzającej te różne przypuszczenia". 

Historyk Don Skemer sugeruje, że może ono pochodzić od hebrajskiego zwrotu ha brachah dabarah (imię błogosławionego), które uważa się za zwrot magiczny.

Językoznawca aramejskiego Steve Caruso twierdzi, że Abrakadabra nie może być ani aramejska, ani hebrajska, i sugeruje, że popularyzacja błędnej etymologii jest wynikiem długiej dyskusji na wczesnym forum internetowym, która przypisuje rabinowi Lawrence'owi Kushnerowi publikację nowoczesnej etymologii. 


-----


Abrakadabra (Abracadabra, Abraxas, Abrasax) – pochodzący prawdopodobnie z języka aramejskiego (Abəra kaDavəra) wyraz niemający znaczenia. 

Od schyłku starożytności, w średniowieczu i we wczesnej nowożytności posługiwano się nim jako formułą magiczną, tj. wyrazem, który (odpowiednio) wypowiedziany ma rzekomą moc wpływania na rzeczywistość. Obecnie słowo "abrakadabra" stosuje się jako (żartobliwe) określenie wypowiedzi pozbawionej sensu, niezrozumiałej, zagmatwanej.


Siedem liter imienia АΒΡΑΣΑΞ ma wartość liczbową 365 (Α = 1, Β = 2, Ρ = 100, Α = 1, Σ = 200, Α = 1, Ξ = 60). Słowo to znajduje się jako magiczny znak i symbol pełni (m.in. zapewne także w odniesieniu do liczby siedem) w hellenistycznych papirusach magicznych, również na starożytnych i średniowiecznych amuletach z kamienia, najczęściej w połączeniu z postacią o ludzkim tułowiu z głową koguta, ludzkimi rękami i wężami zamiast nóg.


Pierwszy raz słowo ABRACADABRA pojawiło się w De Medicina Praecepta Quintusa Sammonicusa Serenusa - gnostycznego lekarza cesarza Karakalli. Sammonicus przepisał cesarzowi amulet do walki z malarią, na którym wyryte było słowo ABRACADABRA w formie trójkąta.


Słowo z reguły było zapisywane w jeden z następujących sposobów:

A - B - R - A - C - A - D - A - B - R - A
A - B - R - A - C - A - D - A - B - R
A - B - R - A - C - A - D - A - B
A - B - R - A - C - A - D - A
A - B - R - A - C - A - D
A - B - R - A - C - A
A - B - R - A - C
A - B - R - A
A - B - R
A - B
A


lub

A - B - R - A - C - A - D - A - B - R - A
B - R - A - C - A - D - A - B - R
R - A - C - A - D - A - B
A - C - A - D - A
C - A - D
 A









Pamiętaj: 
Abrakadabra to wyraz nie mający znaczenia. 


Pewnie dlatego istnieje.









de.wikipedia.org/wiki/Abrakadabra










Jarosław hrabia Potocki herbu Pilawa - wywiad

 

















polecam też komentarze pod filmem




youtube.com/watch?v=1E28delpsGw

youtube.com/watch?v=KdtT_lRUivc

środa, 17 grudnia 2025

Pamiętnik i Grot na Wzgórzach Dalkowskich



Głogów i

Głogowski Ruch Odkrywców Tajemnic GROT



mój komentarz kolorem..












przedruk


Powalony dekady temu pomnik na Wzgórzach Dalkowskich znów ma stać. To, co po nim zostało składają działacze GROT-u. Znacie historię pomnika?

Grażyna Szyszka
2 grudnia 2025, 8:19



Działacze stowarzyszenia GROT pracują na Wzgórzach Dalkowskich fot. GROT








W Dalkowie, koło spalonej gospody, znowu stanie pomnik ku czci ojca Luise von Liebermann, córki właściciela pałacu. Przewrócony od kilku dekad i uszkodzony obiekt zabezpieczają członkowie GROT-u. Znacie historię tego pomnika?




Powalony pomnik w lesie koło Dalkowa ma stanąć na nowo


W samym środku wzgórz, nieopodal spalonej w XX w. gospody znajduje się zniszczony, ponad 200-letni pomnik. Był postawiony na polecenie Caroline von Liebermann ku czci zmarłego męża Augusta von Liebermann.

Pomnik został zniszczony w połowie lat 90-tych. Jeden z mieszkańców Dalkowa wspomina, jak widział kogoś wjeżdżającego ciężkim sprzętem do lasu. Motywem tego działania było prawdopodobnie szukanie wartościowych rzeczy, które – według domniemań niektórych osób – mogły zostać ukryte w pomniku.

- Poszukiwacze skarbów wykuli w płytach dziury szukając cennych rzeczy. Na koniec pomnik został wywrócony, a jego elementy stoczyły się w dół po stoku. Jest zniszczony w znacznym stopniu, brakuje jednego elementu a w niektórych miejscach schody po prostu przestały istnieć – informują GROT-owcy.
GROT-owcy potrzebowali zezwoleń na pracę w dalkowskim lesie

Prezesi GROT- u, spacerując po wzgórzach stwierdzili, że pomnik trzeba odbudować. I chodź przyznają, że nie było to łatwe, uzyskali wszelkie wymagane do pracy zezwolenia.
A potrzebowali je od Nadleśnictwa Głogów oraz Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska we Wrocławiu. Konieczna była też opinia Dolnośląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

GROT-owcy dziękują nieżyjącemu już Krzysztofowi Czapli za pomoc na etapie badań archeologicznych wokół pomnika oraz dobre rady i wskazówki od Łukasza Uroczyńskiego z Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki RESTONA z Legnicy.

Ze względu na to, że pomnik znajduje się na terenie rezerwatu przyrody, można tam pracować w określonym czasie, czyli od września do marca.

- A w tym czasie jak wiadomo, dzień robi się krótki, a na dodatek pogoda „rozpieszcza" nas temperaturą oraz częstymi opadami. Na dodatek, ciężki jest dojazd dla naszego "Ostrówka", a jest to niezbędne - bez niego nie uda się cała operacja. A jak już pada to można zapomnieć o jakichkolwiek pracach. Zakopie się w grząskim gruncie i/albo będzie się ślizgał po liściach. Zresztą kto był w tym pięknym miejscu to wie ile energii kosztuje samo wejście na piechotę na szczyt wzniesienia na którym jest pomnik, a zaręczamy, że przez te kilka już lat wchodziliśmy nosząc narzędzia i materiały już wielokrotnie – opisują trudności.

Ale postawiony cel jest coraz bliżej. Od 2021 roku udało się posprzątać teren, zrobić badania archeologiczne wokół pomnika, wybrać i zrobić drogę dojazdową dla "Ostrówka", wciągnąć na szczyt porozrzucane piaskowcowe elementy, skatalogować je oraz przebadać podłoże pod pomnik oraz pozostałości schodów.

- A w zeszłym tygodniu wykonaliśmy chyba najtrudniejszą robotę - wylaliśmy postument pod pomnik – informują działacze głogowskiego stowarzyszenia podkreślając, że było to nie lada wyczynem, bo przetransportowali na szczyt trzy kubiki betonu, który potem przerzucili łopatami w wykop.


Caroline Wilhelmine Tugendreich von Stosch ponad 200 lat temu była córką ówczesnych właścicieli pałacu w Dalkowie. Została wydana za mąż za Augusta Gotllieba von Liebermann, syna komendanta Twierdzy Głogów.

Ślub odbył się 12 sierpnia 1788 r. Piętnaście lat później - 15 kwietnia1803 r. – August zmarł, mając zaledwie 50 lat i osieracając ośmioro dzieci w tym niespełna roczną Luise – autorkę Pamiętnika Luise von Liebermann z Dalkowa.
Caroline zmarła w styczniu 1838 r. w Głogowie. Nie są znane dokładne okoliczności tego zdarzenia.
Dlaczego w ogóle pomnik powstał w tym miejscu?

Miejscowa legenda głosi, że zrozpaczona po śmierci męża Caroline postawiła w pobliskim lesie (dziś jest to teren Rezerwatu Przyrody Dalkowskie Jary) dla ukochanego pomnik na pamiątkę przerwanej miłości. Dziś w miejscu pomnika znajdują się jedynie jego fragmenty, bowiem został on znacznie zniszczony ok. 1995 r.

Na fragmencie pomnika, który mógł mieć kilka metrów wysokości, znajduje się wąż zjadający swój ogon – jest to tak zwany Uroboros – staroegipski i grecki symbol nieskończoności i łączenia przeciwieństw.

Jak tłumaczy Anna Gomułka, prezeska Fundacji na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji PolskiejWsi z Dalkowa, miejsce pomnika zapewne nie jest przypadkowe. Wskazują choćby na to zapiski przetłumaczonego przez nią pamiętnika Luise von Liebermann - najmłodszej córki Caroline i Augusta von Liebermann, właścicieli pałacu w Dalkowie. Przypomnijmy, że Anna Gomułka wydała go w formie pięknego albumu.

- Prawdopodobnie powodem postawienia pomnika była sytuacja, którą Luise opisuje w swoim pamiętniku. Wspomina ostatni spacer jej ojca z matką na wzgórza i słowa, które miał tam wypowiedzieć - mówi nam Anna Gomułka. - Zapewne zrobił to w tym miejscu, gdzie później stanął pomnik.





A z zapisków pamiętnika brzmiały one tak:

Dalków, 6 lipca 1816:

My – Pani Matka, Charlotte i ja –właśnie wróciłyśmy ze spaceru po naszych górach. Jak pięknie, jak pięknie znów stać pod wysokimi, szerokimi dębami i lipami i spojrzeć na odległą srebrzystą wstęgę Odry. Pani Matka opowiedziała nam, jak bardzo Ojciec (który nie żyje od 13 lat i zmarł gdy miałam zaledwie rok, więc go nie pamiętam) kochał nasze góry, nasze Katzengebirge i w ostatnich dniach swojego życia poszedł w góry pod rękę z Panią Matką i tam na górze, trzy dni przed jego śmiercią powiedział jej, jak był szczęśliwy u jej boku przez lata ich małżeństwa. Łzy zabłysły w oczach naszej kochanej matki, kiedy nam to powiedziała, a my – Charlotte i ja – obie byłyśmy bardzo cicho kiedy Pani Matka skończyła swoją przemowę, bo żadna z nas nie wie, co przyniesie nam życie. Teraz, po powrocie ze spaceru w górach, znów siedzę przy otwartym oknie swojego pokoju, skąd mam widok na kolorowe rondo z kwiatów przed pałacowymi schodami. Nad moim sekretarzykiem wisi olejny portret mojego drogiego ojca, który mama skopiowała z oryginału, który wisi w holu na moją prośbę i który dała mi na ostatnie Boże Narodzenie. Czasami, gdy patrzę w górę na zdjęcie, wydaje mi się, że szare oczy mojego ojca, królewskiego mistrza rycerstwa pruskiego i właściciela Dalkau – Augusta Liebermann von Sonnenberg, patrzą na mnie jakby chciały mnie upomnieć, abym pozostała wierna naszemu ukochanemu Dalkau dziś i na zawsze. Mam zaledwie 14 lat i jestem najmłodszą córką ośmiorga dzieci moich rodziców. Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić, abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczonym w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal, dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. Ich wygląd wydaje się nam – tu czujemy się jak w domu – jeszcze cenniejszy i bardziej ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości.












---------------




Pałac w Dalkowie
– zabytkowy pałac we wsi Dalków (województwo dolnośląskie)


Piętrowy pałac pierwotnie wybudowany pod koniec XVI w. dla rodziny von Glaubitzów; przebudowany w XVIII w. 

Postawiony na planie prostokąta z dobudowanym skrzydłem w kształcie litery "L" po lewej stronie, wysuniętym w kierunku parku; kryty dachem czterospadowym z lukarnami, po prawej stronie dach naczółkowy. 

Od frontu, nad głównym wejściem szczyt. Po 1742 własność rodziny von Stosch. W latach 1907-1912 obiekt był w posiadaniu Richarda Botho von Hindersina (1860–1931), żonatego z Davide Eveline von Hansemann (ur. 1867)





Pamiętniki sprzed 200 lat odnalezione w Dalkowie

Agnieszka Kapłon, 
ALEKAS 2023-07-30


Pamiętniki sprzed 200 lat


Mieszkańcy Dalkowa odnaleźli pamiętniki sprzed 200 lat opisujące ich wieś. Autorką jest Luise von Liebermann – córka właściciela majątku. Dzięki zaangażowaniu lokalnej społeczności i dotacjom, miejsce pięknieje, a historia okolicy przybliżana jest na wiele sposobów.

„Kiedy siedzę tak jak teraz przy otwartym oknie na pierwszym piętrze naszego pałacu w Dalkowie i spoglądam w dół na majowy park, to odczuwam wielką radość, że wiosna wraz ze swoim pięknem i całą swoją magią wróciła znów do naszej śląskiej ojczyzny” – to fragment pamiętników Luise von Liebermann, które pisała od 1816 do 1823 roku.

– Opisywała tutaj historię dotycząca folwarku, życia na folwarku, także opisywała opisy krajobrazów, tutaj Wzgórz Dalkowskich, przyrody. Zaczynała w wieku 14 lat, jako młoda osoba, skończyła w wieku 21 lat – mówi Marcin Kopij, autor fotografii i projektu tablic historycznych.
[jakich fotografii? czego? - MS]

Pamiętniki obecnemu właścicielowi przekazał potomek niemieckich zarządców. Okazało się, że zapiski Luise były publikowane w niemieckim czasopiśmie. W ten sposób przetrwały.


Teraz przetłumaczono je na język polski, a w parku przy pałacu powstaje szlak z tablicami. Na nich znajdują się fragmenty pamiętników i fotografie. To zasługa fundacji.
[ale jakie fotografie? - MS]

– Regularnie spotykamy się tutaj pod bukiem, w przypałacowym parku i czytamy fragmenty pamiętnika Luisy. (...) Piszemy wnioski, pozyskujemy środki na rewitalizacje parku i remonty pałacu, wytyczamy nowe szlaki na wzgórzach tutaj dalkowskich – mówi wolontariusz Marcin Gomułka.

Pałac w Dalkowie w czasach PGR popadł w ruinę. Dziś, dzięki prywatnemu właścicielowi, fundacji i dotacjach ministerialnych i samorządowych wraca do świetności.

– Pałac był wybudowany w 1596 roku przez ród von Glaubitz, to była taka zamożna rodzina, która miała w posiadaniu całą wieś i jeszcze dwie okoliczne i w posiadaniu kolejnych rodów niemieckich był on do końca II wojny światowej i do tego czasu był w bardzo dobrej kondycji – opowiada Anna Gomułka, Prezes Fundacji na rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi w Dalkowie.

W planach jest wydanie pamiętników w wersji papierowej, ale warto już teraz wybrać się na spotkania czytelnicze w przypałacowym parku. Dwa ostatnie zaplanowano na 19 sierpnia i 16 września.


Pałac w Dalkowie




-----------------

przedruk

Zakorzeniam się w tym miejscu... - w rozmowie z Anną Gomułką nie tylko o pamiętnikach

Kilka dni temu o Dalkowie mogła usłyszeć cała Polska. Najpierw na łamach Teleexpressu, a później w TVP3 Wrocław emitowany był materiał o "Pamiętnikach Luise von Liebermann" i realizowanych przez Fundację Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi działaniach wokół zapisków młodej dziewczyny, dawnej mieszkanki dalkowskiego pałacu.

Rozgłos wokół "Pamiętnika Luise" stanowił świetną okazję do rozmowy z Anną Gomułką - inicjatorką projektu a jednocześnie Prezes Fundacji Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi działającej w Dalkowie od 2017 roku. Autorka pamiętnika - Luise von Liebermann - to córka dawnych właścicieli Pałacu w Dalkowie. Teksty pamiętnika pisanego w latach 1816-1823 w języku niemieckim przekazał w 2019 r. dalkowskiej fundacji Pan Hans-Joachim Breske. Tłumaczenie wspomnień było projektem własnym organizacji realizowanym w ramach działań statutowych, słowa przetłumaczyła Anna Gomułka, córka obecnego właściciela zabytkowego pałacu, z którą miałam przyjemność rozmawiać.


podkreślenia i kolor - od wydawcy

JB: Aniu, na wstępie chciałabym, abyś krótko przypomniała nam swoją historię. Wszyscy Cię znamy, albo przynajmniej o Tobie słyszeliśmy, choćby poprzez liczne, realizowane w Dalkowie projekty. Pamiętam, że wróciłaś tutaj z Krakowa, po studiach. Jakie to były studia, i jak to się stało, że zamiast Krakowa, czy innego dużego miasta, postawiłaś na Dalków?

Anna: W 2016 r. skończyłam studia w Krakowie na kierunku psychologii stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przyjechałam wtedy do Dalkowa i tutaj zamieszkałam (jeszcze przed studiami mieszkałam w Głogowie). Pół roku później, czyli w 2017 r. założyliśmy Fundację na rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi. To nie było tak, że od samego początku wiedziałam co chcę tutaj robić, nie miałam jeszcze konkretnego pomysłu na siebie w Dalkowie. Coś mnie jednak tutaj przyciągało i wolałam zostać tutaj niż w dużym mieście. Wszyscy mówili, że w Krakowie czy we Wrocławiu będę miała większe możliwości rozwoju. Podświadomie czułam, że się mylą. Wiedziałam, że chcę pracować z ludźmi, ale nie w zamkniętym gabinecie, najlepiej "w działaniu". Od zawsze uwielbiałam organizować różne spotkania, imprezy, wydarzenia.

Jak dziś pamiętam rozmowę z moim Tatą, który od samego początku uwierzył we mnie i dał mi szansę rozwoju w tym miejscuStaliśmy w oknie i patrzyliśmy na grupę dzieci z wycieczki szkolnej, która przyjechała do Dalkowa. Wycieczki te były organizowane przez Tatę już od wielu lat. W zakres wycieczki wchodziło ognisko i spacer po Wzgórzach Dalkowskich. Patrzyłam na dzieci biegające po parku i zastanawiałam się co mogę zrobić, żeby te wycieczki były jeszcze bardziej atrakcyjne. Tato powiedział: "wymyśl coś", a ja dosłownie skrzywiłam się na te słowa, bo nie miałam żadnego konkretnego pomysłu w głowie, mimo, że przecież w teorii byłam świetnie przygotowana, bo ukończyłam też w Krakowie studium pedagogiczne. Sama nie wiem w którym momencie pojawił się pomysł warsztatów z edukacji ekologicznej. Miałam długą drogę przed sobą do przebycia, bo choć ciężko w to teraz uwierzyć, ale nie odróżniałam od siebie podstawowych roślin! Wiedziałam jednak, że jeśli chcę stworzyć ofertę zajęć edukacyjnych sama muszę się porządnie doszkolić. Zrobiłam studia podyplomowe z Hortiterapii na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu. W wolnych chwilach chodziłam po parku i Wzgórzach Dalkowskich i poznawałam drzewa, uczyłam się o nich, czytałam, robiłam zdjęcia... Z każdym takim spacerem i odkrywaniem Wzgórz czułam, że zakorzeniam się w tym miejscu. Chłonęłam przyrodę i jej piękno, i całkowicie "przepadłam" dla tego miejsca :) Pojawił się pomysł założenia Facebooka Fundacji. Wiedziałam, że muszę podzielić się pięknem tych terenów z innymi. Nie pamiętam kiedy to dokładnie było, ale robiłam zdjęcia, wrzucałam je w Internet, zachęcałam do odwiedzania Dalkowa. Na początku kibicowało kilka osób, sami znajomi. Potem coraz więcej osób zaczęło się interesować... Dziś wiem, że stronę Fundacji obserwuje wiele osób, których nie znam - i o to chodziło. Pokazać innym jak jest tu pięknie, podzielić się tym cudownym skrawkiem ziemi  :)

JB: Okazuje się, że Wasz projekt dotyczący "Pamiętników Luise von Liebermann" zyskał wielu sympatyków i coraz większy rozgłos, nie tylko w najbliższej okolicy. W minioną niedzielę o projekcie usłyszeć mogła cała Polska - w Teleexpresie. Jak myślisz - skąd wyjątkowość tego projektu? Czy kiedy wpadły Ci w ręce zapiski Luise - przeczuwałaś, że będzie to coś niezwykłego?

Anna: Zapiski Luise otrzymałam od Pana Hansa-Joachima Breske w 2019 r. Pamiętam, że wcześniej gdzieś już je widziałam. To było chyba wtedy, gdy Pan Ryszard Szczygieł - regionalista z Bytomia Odrzańskiego - pożyczył mi egzemplarze czasopisma Neuer Glogauer Anzeiger. Wtedy jednak skupiłam się na poszukiwaniu innych informacji a pamiętnik Luise (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to pamiętnik, bo nie był tak podpisany) mówiąc kolokwialnie "olałam", bo uznałam, że to za dużo treści po niemiecku i nie mam czasu tego przetłumaczyć, ani budżetu by zlecić to komuś innemu. Dopiero jakoś w 2020 r. gdy Pan Breske zadał mi pytanie, czy już czytałam treści pamiętnika postanowiłam do tego przysiąść. Jako, że nigdy nie byłam orłem z języka niemieckiego, to tłumaczenie tekstów szło mi powoli. Czasem przetłumaczenie niektórych zdań zajmowało mi kilkadziesiąt minut. Google tłumacz i słowniki niestety też zawodziły, trzeba było drążyć temat - zgłębić wątki historyczne i kulturalne ówczesnych czasów. Pamiętam na przykład, że długo zeszło mi na przetłumaczeniu słowa "klucznica", bo nawet po polsku nie znałam tego wyrazu! W analizie wątków historycznych pomógł mi bardzo Darek Czaja - głogowski historyk i regionalista, który od początku kibicował treściom pamiętnika i z uporem maniaka powtarzał, że trzeba go wydać.

Z każdym przetłumaczonym zdaniem ja też utwierdzałam się w tym, że pamiętnik musi zostać opublikowany. Nie wiedziałam jeszcze tylko skąd wziąć na to środki. Tłumaczenie tak mnie pochłaniało, że nieraz zarywałam nocki. Ale było warto - pierwszym odbiorcą przetłumaczonych tekstów był mój mąż, który czekał z niecierpliwością na kolejne przetłumaczone zdania i fascynował się tym niemniej jak ja sama. Postanowiłam więc, póki co, przetłumaczyć pamiętnik w całości i publikować go w Internecie, na Facebooku Fundacji. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze się stało, że nie zainteresowałam się pamiętnikiem od razu. Wtedy jeszcze ani ja, ani Fundacja nie byłaby gotowa na to, by przedstawić to światu i zainteresować tym innych. Ale po tych kilku latach działania tutaj wiem, że wszystko dzieje się dokładnie wtedy, kiedy powinno się wydarzyć. Nie za szybko, nie za wolno. Po prostu tak jak być powinno. Jestem przekonana, że tym wszystkim kieruje Bóg i to on wie kiedy "wprowadzić" w historię Dalkowa kolejny wątek.

JB: Historia młodej dziewczyny, Luise, sprzed 200 lat ma w sobie coś niesamowitego. Jak myślisz, w czym tkwi wyjątkowość jej pamiętnika?

Anna:  Myślę, że historia Luise ma dwa wymiary. Jeden "sacrum" - coś dla nas nieodgadnionego, nieznanego, owianego tajemnicą. Przyznajmy - każdego z nas zastanawia jak wyglądało życie na dworze pałacowym. Jak się ubierali, wypowiadali, jakie mieli problemy, rozrywki, jak wyglądało wnętrze pałacu... W przypadku Dalkowa jest to tym bardziej zagadka, bowiem nie zachowały się żadne zdjęcia poprzednich właścicieli ani fotografie wnętrza pałacu. Drugi wymiar to "profanum" - Luise opisuje swoje życie codzienne, które nie różniło się bardzo od naszego. Też miała problemy i zmartwienia, choroby dotykały jej bliskich. Prawie straciła brata, jej matka w młodym wieku utraciła wzrok. Opisuje tęsknoty za siostrami, które opuściły rodzinny dom wyprowadzając się po zamążpójściu. Wplatała wątki miłosne, sama opisując rozwijające się w niej uczucie do przyszłego męża. Z jej zapisków okazuje się, że jej najlepszą przyjaciółką wcale nie była żadna rówieśniczka z sąsiedniego dworu, ale córka pasterza. Dowiadujemy się, że na ślub jej siostry mógł przyjść każdy mieszkaniec Dalkowa. Zaskoczeniem może być, że Luise uczyła się od kucharek gotować i piec w kuchni pałacowej by być dobrą żoną i gospodynią gdy wyprowadzi się z mężem do Głogowa.

Oba te wymiary sprawiają, że historia Luise jest nam bardzo bliska a zarazem owiana tajemnicą. To chyba sprawia, że tak chętnie czytamy jej pamiętnik.


JB: Odbyły się już dwa spotkania, podczas których w plenerze pięknego, dalkowskiego parku, słowa Luise ponownie budzą się do życia, czytane przez rozmaite osoby. Chyba można powiedzieć, że Luise miała niezwykły dar pisania, ponieważ jej słowa można sobie wyobrazić, obrazują nam "tamto" życie - wraz ze wszystkimi trudnościami i radościami? Czy masz jakiś ulubiony fragment w pamiętniku?

Anna:  Luise rozpoczynała pisanie pamiętnika gdy miała 14 lat. Skończyła mając 21 - wtedy już jej styl pisania i język był zdecydowanie bardziej skomplikowany, a treści pamiętnika były bardziej zawiłe. Ale faktycznie przez cały ten czas Luise używa bardzo poetyckiego stylu - jak to na oczytaną pannę na dworze przystało :) Czy mam swój ulubiony fragment? Zdecydowanie tak. Uświadomiłam to sobie gdy pewnego razu odczytując go grupie turystów rozpłakałam się. Myślę, że to dlatego, że bardzo się z nim utożsamiam.

Ten fragment to :

"Dalków, 6 lipca 1816 r. [...] Nie mogę sobie nawet wyobrazić abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczony w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. Ich wygląd wydaje się nam - którzy tu mieszkamy - jeszcze cenniejszy i ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości ".

JB: Powiedz nam, czy dzisiaj Ty, przebywając tu, i troszcząc się o park, ogrody, pałac... - czy czujesz ten sam zachwyt co Luise?

Anna: Myślę, że w głębi serca jestem taką samą romantyczką jaką była Luise. Może właśnie dlatego trafiło na mnie, że to ja miałam zainteresować się pamiętnikiem... Rozumiem ją bardzo dobrze i myślę, że tak samo jak ona kocham te tereny. Luise była bardzo wrażliwą osobą, dla której najważniejsze były relacje rodzinne. Jako psycholog nie mogę też nie zauważyć, że była niezwykłe empatyczna i często analizowała zachowania innych osób. Starała się je zrozumieć, wytłumaczyć, poczuć to, co mogą czuć te osoby. To kolejna rzecz która nas łączy. Miała też tendencje do zamartwiania się - zupełnie tak jak ja.

JB:  Czy możesz zdradzić nam, czy Anna Gomułka, pisze dziś swój własny pamiętnik?

Anna:  Niestety pamiętnika nie piszę. Prowadzimy za to kronikę Fundacji w tradycyjnej wersji - pisanej ręcznie z wieloma zdjęciami, wycinkami z gazet itd.


JB:  Niedawno zostałaś mamą małego Antosia, a trochę wcześniej mamą Hani. To chyba dobry moment, aby zapytać o to, czym jest dla Ciebie rodzina? Jakie wartości są dla Ciebie najważniejsze? I czy jest coś takiego w macierzyństwie, co najbardziej Cię zaskakuje?

Anna: Jeśli chodzi o wartości, to są trzy najważniejsze. Bóg, rodzina i zdrowie. Bogu zawdzięczam wszystko co mam. Rodzinie zawdzięczam, to, że jestem szczęśliwa. A dzięki zdrowiu mogę cieszyć się z tego szczęścia.

Rodzina to dla mnie podstawa. Wszystko to, co dzieje się wokół Dalkowa i pracy cieszy, ale taka jest prawda, że gdyby nie moi najbliżsi, to nie miałoby to sensu. Bóg postawił na mojej drodze wspaniałego mężczyznę - Marcina, który jest dla mnie największym wsparciem i najlepszym przyjacielem. Mamy wspólny cel i rozumiemy swoje potrzeby a to w związku niezwykle ważne.

Co mnie najbardziej zaskakuje w macierzyństwie... Słyszałam nieraz, że miłości się nie dzieli, ale, że ona się mnoży. Slogan - tak myślałam. Ale tak jest. Przy Hani musiałam nauczyć się być mamą. Uczyłam się nie tylko opieki, ale też okazywania uczuć. Teraz gdy pojawił się Antoś od razu poczułam tę niesamowitą więź. Nic nie jest w stanie zastąpić tych chwil kiedy dzieci zasypiają w moich ramionach. To niesamowite jak bardzo mimo dolegliwości ciążowych, bólu porodu i trudu połogu można czuć się kobieco dzięki dzieciom.


JB: Powołując do życia "Fundację" (Fundację Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi) na pewno miałaś jakieś wizje i marzenia. Czy możesz powiedzieć, ile z tych założeń już udało się spełnić? Jakie są Wasze plany na najbliższy czas?

Anna:  Pierwszą osobą, która dostrzegła potencjał Dalkowa był mój Tato - Józef Płocha. To on od 1999 r., gdy zakupił ten teren, rozpoczął jego systematyczną rewitalizację. Na tyle, na ile budżet i sił starczało, to odnawiał park, zagospodarowywał teren dookoła. Od zawsze marzył by powstały tu ogrody tematyczne. Przez te wszystkie lata zorganizował tutaj mnóstwo wycieczek szkolnych, w których wzięło udział do 2017 r. łącznie około 12 tysięcy dzieci i młodzieży z głogowskich szkół i przedszkoli. To on dostrzegł potencjał turystyczny Wzgórz Dalkowskich. Gdy ja tu przyjechałam mogłam rozwijać to, co on rozpoczął. Od momentu założenia Fundacji udało się zrealizować bardzo dużo projektów, mnóstwo osób odwiedziło Dalków, zachwyciło się nim, włączyło się w nasze działania, opowiedziało o tym miejscu innym... Wydarzyło się wiele rzeczy, o których nawet nie śnilismy. Kolejny rok z rzędu udaje się pozyskiwać środki na remont pałacu w Dalkowie. Założyliśmy Centrum Hortiterapii - Ogrody Zmysłów na Wzgórzach Dalkowskich, utworzyliśmy szlaki turystyczne na Wzgórzach Dalkowskich, zorganizowaliśmy warsztaty i zajęcia edukacyjne dla kilku tysięcy osób, wydaliśmy kilka publikacji. Odkryliśmy postać Luise! To nadało duszy temu miejscu. Dalków nie jest już bezimienny. Chcemy, żeby ludzie kojarzyli go z młodą i wrażliwą Luise, tak jak na większą skalę kojarzy się pałac w Kamieńcu Ząbkowickim z Marianną Orańską czy Zamek w Książu z księżną Daisy.


Jakie plany przed nami? Planów, a właściwie marzeń jest mnóstwo. Docelowo chcielibyśmy stworzyć w Dalkowie bazę hortiterapeutyczną - miejsca noclegowe, gastronomię, rozbudowywać ogrody terapeutyczne. Miejsce to byłoby skierowane głównie dla osób chorych, osób z niepełnosprawnościami lub osób starszych, ale też dla osób zdrowych, chcących zachować dobrostan psychofizyczny dzięki przebywaniu na łonie natury. Drugą rzeczą, do której dążymy, to utworzenie tzw. "muzeum domowego", w którym moglibyśmy wyeksponować i opisać pamiątki z tych terenów, które otrzymujemy od społeczności lokalnej. Pierwsza wydana przez nas książka "Korzenie Piórem Pisane Potomnym Opowiedziane" a następnie książki napisane na zlecenie Gminy Gaworzyce "Gminne opowiastki o wyjątkowych ludziach i miejscach" pokazały nam jak wiele historii i wspomnień mieszkańców zachowało się do tej pory i jak wiele pracy trzeba jeszcze włożyć by zabezpieczyć te materiały dla kolejnych pokoleń. Marzy nam się muzeum, w którym moglibyśmy posłuchać nagrań audio mieszkańców, oglądać zdjęcia rodzinne, zobaczyć przedmioty, które użytkowali nasi przodkowie gdy przyjechali tu zaraz po 1945 r. Muzeum, w którym będą kanapy i regały ze starymi książkami do wypożyczenia, kawiarenka z widokiem na park i albumy z czarno-białymi zdjęciami. Choć to tylko marzenia, to często powtarzam sobie słowa Walta Disneya "If you can dream it, you can do it", co oznacza "Jeśli potrafisz sobie coś wymarzyć, potrafisz też to zrobić".


JB: Udało Ci się rozkochać w Dalkowie bardzo dużo ludzi - mówię o tych, którzy nie znali wcześniej parku, jego historii, i historii ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali. Twój Tato też podkreśla, że wracając do Dalkowa otworzyłaś jakiś nowy etap dla jego dotychczasowej działalności. Czy czujesz, że każdy człowiek może wnieść coś dobrego do ukochanego miejsca? Jak myślisz co Ty wniosłaś do Dalkowa?

Anna: Zdecydowanie tak jest, że każdy może wnieść coś do danego miejsca! Każdy z nas ma jakiś talent, ważne żeby uświadomić sobie w czym jest się dobrym i co lubi się robić. Nigdy nie lubiłam robić czegoś, czego "nie czułam" całą sobą. Od zawsze interesował mnie człowiek i jego emocje, psychika. Ale na chwilę obecną nie wyobrażam sobie pracy w gabinecie. Dlatego właśnie w warsztatach znalazłam sposób na siebie i realizowanie pasji, jaką zawsze była i jest psychologia. Roślinne witraże to jeden z trudniejszych warsztatów, jakie tu prowadzimy. To są takie przeplatanki sznurkiem na konstrukcjach z gałęzi, które potem ozdabiamy roślinami. W każdej grupie jest kilka osób, które poddają się już na początku i uważają, że nie są w stanie tego wykonać. Z niewielką pomocą prowadzących zawsze kończy się to sukcesem. To największa satysfakcja kiedy te osoby, które z taką rezygnacją i brakiem wiary w siebie na koniec warsztatów pozują dumnie do zdjęć z wykonanym przez siebie witrażem. To mała rzecz, ale jeśli w małych rzeczach w siebie nie uwierzymy, to tym bardziej w dużych. I odwrotnie - jeśli uda nam się pokonać jakiś lęk w drobnej sprawie, to przekłada się to na ogólną samoocenę i poczucie własnej wartości. Nie jest to może zmiana na poziomie rewolucji życiowych - ale cieszę się z każdej zadowolonej osoby, która stąd wyjeżdża. Dobrze jest mnożyć dobro i widzieć jak ludzie rozwożą radość dalej wyjeżdżając z Dalkowa. W świecie pełnym negatywnego przekazu w mediach, hejtu w Internecie i samotności w tłumie dobrze jest dać choć odrobinę radości. Niech idzie dalej i mnoży się!


JB: Zatrzymajmy się na chwilę. Przymknijmy oczy... Myśląc o podwórku, mamy zazwyczaj jakieś ulubione miejsce na myśli, może też wspomnienia z dzieciństwa? Czy Ty masz takie z Dalkowa?

Anna:  Do momentu wyjazdu na studia mieszkałam w Głogowie i to tam spędziłam dzieciństwo. Ale z Dalkowem faktycznie mam jedno wspomnienie. Miałam wtedy 7 lat, to była nasza pierwsza wizyta z rodzicami w Dalkowie. Obchodziliśmy pałac dookoła. Bardzo spodobała mi się jedna przybudówka. Zatrzymałam się i jako mały łakomczuch powiedziałam, że to mógłby być mój pokój cukierkowy, w którym będą tylko słodycze. Co to było za rozczarowanie gdy weszliśmy do środka pałacu i okazało się, że ten "mój cukierkowy pokój" to była dawniej... toaleta 😉

 

JB: Przyznam, że to bardzo wesołe zakończenie naszej rozmowy. A "cukierkowy pokój" w Pałacu też brzmi całkiem dobrze, kto wie? Może kiedyś taki słodki kącik faktycznie tu powstanie. Bardzo dziękuję za rozmowę i wiele wartościowych odpowiedzi, które pozwoliły nam poznać Cię bliżej. Życzymy kolejnych sukcesów i spełnienia tych wszystkich marzeń i planów, o których zdecydowałaś się tu powiedzieć. Do zobaczenia niebawem, na kolejnej odsłonie czytania pamiętnika Luise!





Z Anną Gomułką rozmawiała Joanna Brodowska
Zdjęcia: Marcin Kopij, Joanna Brodowska








Mój komentarz:

Przejrzałem kilka artykułów na temat pamiętnika i wygląda na to, że pamiętnik istnieje tylko w formie współczesnego maszynopisu - tak jak to zapisano: 

"Pamiętniki obecnemu właścicielowi przekazał potomek niemieckich zarządców. Okazało się, że zapiski Luise były publikowane w niemieckim czasopiśmie. W ten sposób przetrwały."

W tekście napotykamy takie sformułowania:

"autor fotografii i projektu tablic historycznych"
"powstaje szlak z tablicami. Na nich znajdują się fragmenty pamiętników i fotografie"

Mowa o jakiś fotografiach, ale nigdzie nie jest wyjaśnione o co chodzi - jednak odnosi się wrażenie, że chodzi o fotokopie stron z pamiętnika - nic bardziej mylnego - chodzi o fotografie na tablicach, które poustawiano w parku przy pałacu - na fotografiach ujęte są sceny z parku z modelką przebraną w strój z epoki, udającą młodą Luizę...


za fb Pamiętnik Luise von Liebermann z Dalkowa:

Cykl wspomnień sprzed 200 lat ukazuje się w ramach tłumaczenia tekstów odnalezionego pamiętnika kilkunastoletniej Luise von Liebermann - najmłodszej córki właścicieli pałacu w Dalkowie (Gmina Gaworzyce , Powiat Polkowicki, woj. dolnośląskie). Teksty w języku niemieckim przekazał w 2019 r. dalkowskiej Fundacji Hans-Joachim Breske. Tłumaczenie wspomnień było projektem własnym Fundacji na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi realizowanym w ramach działań statutowych. Tłumaczeniem tekstów zajęła się Prezes Fundacji - Anna Gomułka.


Nigdzie w internecie nie ma fotografii choćby jednej strony oryginalnego XIX wiecznego sztambucha - ani nawet okładki. Sformułowania w pamiętniku nie pasują mi do 14 letniej panienki, są pisane jakby z perspektywy osoby dorosłej 
("Mam zaledwie 14 lat", "przestronny pałac", "intarsjowana", "barokowa" )  i są jak dla mnie - zbyt opisowe, zbyt szczegółowe. Jakby były pisane z myślą o kimś - powiedziałbym nawet: z myślą o publikacji dla szerokiego grona odbiorców - do gazety.


znów siedzę przy otwartym oknie swojego pokoju, skąd mam widok na kolorowe rondo z kwiatów przed pałacowymi schodami. Nad moim sekretarzykiem wisi olejny portret mojego drogiego ojca, który mama skopiowała z oryginału, który wisi w holu na moją prośbę i który dała mi na ostatnie Boże Narodzenie.

Czasami, gdy patrzę w górę na zdjęcie, wydaje mi się, że szare oczy mojego ojca, królewskiego mistrza rycerstwa pruskiego i właściciela Dalkau – Augusta Liebermann von Sonnenberg, patrzą na mnie jakby chciały mnie upomnieć, abym pozostała wierna naszemu ukochanemu Dalkau dziś i na zawsze. 
["A duch niemieckiego bahnschulza z przyganą spogląda na polskiego sokistę, który dopuścił zagraficenia urzędowych napisów” - ??? MS]


Mam zaledwie 14 lat i jestem najmłodszą córką ośmiorga dzieci moich rodziców. Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić, abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczonym w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal, dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. 

Ich wygląd wydaje się nam – tu czujemy się jak w domu – jeszcze cenniejszy i bardziej ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości.


Przecież to jest pranie mózgu.
I to jest tak głupie, jakby pisała sztuczna inteligencja.

To jest napisane z perspektywy Niemca, który ma świadomość, że Śląsk należy teraz do Polski - a przecież powstawał w czasie zaborów, kiedy nikt nie podejrzewał, że Polska się odrodzi - stąd te nawracające wersy o braku akceptacji dla utraty domu, który był przecież sprzedany przez synów właściciela - ponad 30 lat po napisaniu tych notatek w pamiętniku!


Za fb Konserwator Zabytków:

Hans Gottlieb von Stosch w momencie swojej śmierci w 1786 r. był właścicielem większego majątku określanego jako Dominium Dalkau, na który składały się rejony Dalkau (Dalków), Reihe (Regów) i Samitz (Zameczno). Przekazał on w testamencie wszystkie dobra dalkowskie swojej jedynej córce – Caroline Wilhelmine Tugendreich von Stosch, która to dwa lata później (w 1788 r.) wyszła za mąż za Augusta Gottloba von Liebermann (syna Georga Mattiasa von Liebermann – komendanta miasta i Twierdzy Głogów). Po nieoczekiwanej śmierci Augusta w 1803 r. majątek przeszedł w posiadanie najstarszego syna – Augusta Friedricha.

Po jego śmierci w 1847 r. jego bracia przejmują dalkowski majątek, aby z czasem sprzedać go niespokrewnionemu kupcowi – Ernestowi Heimannowi z Wrocławia.*



Pamiętnik pisany był w latach 1816-1823, a więc kiedy pałac znajdował się nadal w rękach rodziny - po co więc te rzewne "abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem" czy "abym pozostała wierna naszemu ukochanemu Dalkau dziś i na zawsze"

We własnym domu 
"tu czujemy się jak w domu" ?

Przecież to głupie.




"znów siedzę przy otwartym oknie swojego pokoju"

Jakby ktoś pisał o swoich marzeniach - że znowu zamieszka w SWOIM pałacu...



Tekst jest tak samo wycyzelowany jak inne "podejrzane" teksty, które przytaczam na blogu - prawie na pewno tekst napisała sztuczna inteligencja - zauważ: opisy odpowiadają zadaniu:

napisz mi tekst udający wspomnienia 14 letniej Luizy z pałacu w Dalkowie na Dolnym Śląsku - i że bardzo ona nie chce stracić tego pałacu...

AI przeszukuje internet i aby nawiązać do pałacu w Dalkowie podaje jego opis.... tak właśnie robi sztuczna inteligencja - człowiek by tak nie zrobił.











Odkrywca maj 2011 i zagadkowy tekst.



strona 23 i bardzo dziwne zwroty...

Wrocław […] stoję w jego centrum […] Ten bezruch, jakby oczekiwanie na coś powoduje, że boję się poruszyć żeby nie zburzyć, nie zbezcześcić tej martwoty, jakiejś nieistniejącej, ale odczuwalnej równowagi tego miejsca.
[…] Czuje się też bliskąprzyczajoną jak ten gołąb obecność grafomaniiktóra lada numer Odkrywcy wybuchnie jak supernowa.
A gdy przymknąć oczy, gdy się uważnie wsłuchać w ciszę nieczynnych peronów, usłyszeć można wśród porywów wiatru gardłowe „Bahnhof Breslau, aussteigen” wykrzyczane przez konduktora Deutsche Reichsbahn. A duch niemieckiego bahnschulza z przyganą spogląda na polskiego sokistę, który dopuścił zagraficenia urzędowych napisów.”

A przecież wyłączyłem już wyobraźnię, jestem, jak dziś się mówi, w realu a ciągle widzę niemiecki napisWięc on jest! Istnieje!


Werwolf: 8. Mały sabotaż – podstawowa metoda Werwolf-u











/glogow.naszemiasto.pl/powalony-dekady-temu-pomnik-na-wzgorzach-dalkowskich-znow-ma-stac-to-co-po-nim-zostalo-skladaja-dzialacze-grot-u-znacie-historie-pomnika/ar/c1p2-28226661

polska-org.pl/7196733,Dalkow,Pomnik_Karoliny_von_Liebermann.html

wroclaw.tvp.pl/71658968/pamietniki-sprzed-200-lat-odnalezione-w-dalkowie

gaworzyce.com.pl/Odkryj-Gmine-Gaworzyce/Blog/Zakorzeniam-sie-w-tym-miejscu-w-rozmowie-z-Anna-Gomulka-nie-tylko-o-pamietnikach~b1394

facebook.com/pamietnikdalkow/

pl.wikipedia.org/wiki/Pałac_w_Dalkowie#cite_note-3

rp.pl/spoleczenstwo/art9367491-walesa-moj-pan-bog-jest-z-komputera-najnowszej-generacji

facebook.com/pamietnikdalkow/posts/pfbid02FuY17kxkB6pnrgr42z8Z6osAZKNLDjPP71nuqQLxbfvtE7RkEBxkaW5DDnXHbGPgl


*(materiały otrzymane od Anny Gomułki- prezes Fundacji )
za: facebook.com/100063231910477/photos/739537958163928/?_rdr





ehemalige-ostgebiete.de/pl/place/41110-dalkow





































poniedziałek, 15 grudnia 2025

Influenserzy











za fb:



OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora





RMF FM cytuje wypowiedź internetowego twórcy, który z rozbrajającą szczerością zauważa, że po wprowadzeniu zakazu jego filmy nagle przestały się „nieść”. Zamiast stu tysięcy wyświetleń – dziesięć. Dziewięćdziesięcioprocentowy spadek. Odpływ obserwujących. Niepokój o współprace reklamowe. I wreszcie kluczowe zdanie, wypowiedziane niemal mimochodem: duża część mojej publiczności poniżej 16 lat była niezwykle zaangażowana i stanowiła ważną część tego, dlaczego moje filmy osiągały takie wyniki.

I właściwie w tym jednym zdaniu zawiera się cała prawda, o której zwykle mówi się szeptem albo wcale.

Przez lata zbudowaliśmy system, w którym zasięgi, pieniądze i „sukces” twórców w ogromnej mierze opierały się na uwadze dzieci i nastolatków. Uwadze łatwej do przechwycenia, taniej, emocjonalnej, impulsywnej. Algorytm ją kocha, bo jest intensywna. Reklamodawcy ją kochają, bo jest przyszłościowa. A dorośli… dorośli udają, że to nie ma znaczenia.

Do momentu, gdy ktoś zakręca kurek.

Wtedy nagle okazuje się, że „rynek się zmienił”, że „trzeba się dostosować”, że „to nie jest idealne, ale damy radę”. Brzmi dojrzale, odpowiedzialnie, niemal stoicko. Tylko że pytanie zasadnicze brzmi inaczej: dlaczego w ogóle normalne było to, że tak ogromna część cyfrowego ekosystemu opierała się na dzieciach?

Bo przecież nikt nie mówi wprost: bez trzynastolatków moje treści nie miałyby zasięgów. A jednak dokładnie to właśnie słyszymy, tylko w bardziej eleganckiej formie.

Ta historia jest zresztą boleśnie znajoma także z innych obszarów. Gdy szkoła zaczyna wymagać – słyszymy, że „dzieci się zniechęcają”. Gdy ogranicza się bodźce – że „tracą motywację”. Gdy przestaje się karmić system najłatwiejszą uwagę – wszystko nagle zaczyna trzeszczeć. Okazuje się, że bez nieustannego dopalania emocjami, uproszczeniem i infantylizacją wyniki lecą na łeb na szyję.
I może właśnie to jest najcenniejsza lekcja z tej historii, choć raczej nie taka, jaką chcieliby wyciągać twórcy i platformy.

Jeśli twoje „wyniki” zależą od tego, że dzieci spędzają godziny wciągnięte w algorytm – to problemem nie jest zakaz. Problemem jest model, który uznaliśmy za normalny. Zakaz tylko brutalnie zdjął zasłonę.

A że ktoś dziś traci zasięgi, obserwujących i potencjalne dochody? Cóż. Być może to cena za to, że przez długi czas nikt nie chciał zapytać, na czyjej uwadze ten cyfrowy sukces naprawdę był budowany.


www.biologia.szkolnastrona.pl


-----


Influencerzy w kryzysie? Dotknęło ich nowe prawo


​Nawet 90 proc. spadek liczby wyświetleń odnotowali niektórzy influencerzy w Australii - dzień po wprowadzeniu zakazu korzystania z mediów społecznościowych dla osób poniżej 16. roku życia
.

Internetowi twórcy narzekają również na zmniejszenie liczby obserwujących. W myśl nowego prawa platformy takie jak TikTok czy Instagram mają obowiązek dezaktywować konta za młodych użytkowników.

Zarówno moje filmy na TikToku, jak i na Instagramie z wczoraj osiągnęły wyraźnie gorsze wyniki - powiedział Josh Partington, internetowy twórca komediowych treści, cytowany przez agencję Reutera.

29-latek zauważył, że jego pierwszy film opublikowany po wprowadzeniu zakazu osiągnął ok. 90 proc. niższy wynik od wcześniejszych - zamiast 100 tys. wyświetleń, uzyskał jedynie 10 tys. Partington, który ma łącznie 100 tys. obserwujących na TikToku i Instagramie, powiedział, że zakaz spowodował utratę około 1 500 obserwujących na Instagramie.

Duża część mojej publiczności poniżej 16 lat jest niezwykle zaangażowana i stanowią oni ważną część tego, dlaczego moje filmy osiągają takie wyniki - mówił twórca.

29-latek ocenił, że utrata obserwujących może wpłynąć na współpracę z markami i jego dochody, choć na razie nie panikuje.
Chociaż nie jest to idealne, jestem pewien, że mogę się dostosować i nadal rozwijać moje platformy - mówił.


Obawy o przychody z reklam

Twórcy cytowani przez agencję Reutera zgodnie przyznają, że spadła ich liczba obserwujących, głównie na Instagramie. Wskazywali też, że zmieniły się też wzorce zaangażowania - polubień, komentarzy i wyświetleń.

Jeśli trend się utrzyma, może to oznaczać problemy w branży, gdzie metryki są głównym wyznacznikiem przychodów z umów z markami i reklamodawcami.

Niektórzy influencerzy, aby utrzymać kontakt ze swoimi widzami, założyli konta na alternatywnych platformach, które nie są jeszcze objęte zakazem - wskazała agencja Reutera. Część z nich utworzyła nawet listy mailingowe.

Regulator będzie prosił wszystkie platformy objęte zakazem o raportowanie, ile kont użytkowników poniżej 16 roku życia pozostało aktywnych - zapowiedziała w czwartek minister ds. komunikacji Anika Wells.

Jednocześnie rząd poinformował, że około 200 tys. kont zostało dezaktywowanych tylko na TikToku od czasu wprowadzenia zakazu w środę.






Pieniądze nie są najważniejsze, a media nie powinny być postrzegane jako sposób na dorabianie się fortun.


Koniec ze smartfonami dla młodzierzy, soc-media od 21 roku życia.


 







rmf24.pl/fakty/swiat/news-influencerzy-w-kryzysie-dotknelo-ich-nowe-prawo,nId,8048638



Lenin i Polska

Rzeczniczka MSZ Rosji Maria Zacharowa, komentując wpis Radosława Sikorskiego wymierzony w Viktora Orbana stwierdziła, że niepodległa Polska istnieje dzięki Włodzimierzowi Leninowi.

Zacharowa zareagowała na oświadczenie szefa polskiej dyplomacji dotyczące premiera Węgier i zamrożonych przez UE rosyjskich aktywów. Zdaniem Orbana, ich całkowita konfiskata przez Brukselę będzie oznaczać wypowiedzenie Rosji otwartej wojny i nieuchronnie spotka się z jej reakcją.

W piątek (13 grudnia) państwa członkowskie Unii Europejskiej podjęły decyzję o zamrożeniu na stałe rosyjskich aktywów zdeponowanych na terytorium UE. Przeciwko były dwa kraje – Węgry i Słowacja. Do tej pory rosyjskie aktywa były zamrożone w ramach sankcji, które wymagają przedłużenia co pół roku przez wszystkie państwa Unii.

UE zamraża rosyjskie aktywa. Sikorski uderza w Orbana, reaguje Zacharowa

Sikorski udostępnił wpis węgierskiego premiera krytykujący wykorzystanie zamrożonych rosyjskich aktywów na rzecz Ukrainy, przekonując, że "Wiktor zasłużył na Order Lenina".

"Wspominając nazwisko Lenina, minister prawdopodobnie chciał obrazić Orbana. Sikorski zapomniał, że gdyby nie Lenin, Polska w ogóle by nie istniała" – napisała Zacharowa na Telegramie. Według niej Lenin jest "w wielu aspektach architektem niepodległego państwa polskiego".

"Ale historia nie jest pisana dla Sikorskiego. Lenin walczył o polską państwowość, podczas gdy dzisiejsi przywódcy w Warszawie poświęcili swoją suwerenność dla «narracji» NATO" – dodała rzeczniczka MSZ w Moskwie.


Order Lenina był najwyższym odznaczeniem państwowym w ZSRR. Upamiętniał postać przywódcy rewolucji październikowej i twórcy Rosji radzieckiej, Włodzimierza Lenina (Władimira Iljicza Uljanowa). Orderem zostali odznaczeni m.in. pierwsi sekretarze KC PZPR Władysław Gomułka i Edward Gierek, a także Wojciech Jaruzelski (dwukrotnie).



------------






Польский министр иностранных дел Радослав Сикорский «пошутил» в «Икс» про премьер-министра Венгрии Виктора Орбана: «Виктор заработал свой Орден Ленина». Так он отреагировал на замечание главы венгерского правительства о том, что незаконная экспроприация российских активов – это вообще-то изнасилование международного права.

Эскападами Радослава Сикорского в «Иксе» уже никого не удивить. Упоминанием имени Ленина мининдел, надо полагать, хотел обидеть Виктора Орбана. Забыл Сикорский, что если бы не Ленин, никакой Польши не было бы и в помине.

До самой Октябрьской революции Ленин активно занимался теорией национального вопроса, выступая за независимость Польши и поддерживая польских социалистов на пути к строительству суверенной государственной республики. Когда в 1915 году Польша оказалась оккупирована австро-германцами, именно Владимир Ильич выступал за интересы польского народа. Радославу Сикорскому следовало бы помнить, что именно Ленин в 1916 году провозгласил лозунг: «Никакой войны из-за Польши! Русский народ не хочет стать её угнетателем!».

Уже после революции во время переговоров в Брест-Литовске советская делегация требовала немедленного заключения мира и ставила вопрос о свободном самоопределении и объединении всех польских земель. В августе 1918 года Совет Народных Комиссаров официально подтвердил отмену всех договоров и актов старого режима о разделах Польши. Это стало ключевым шагом к возрождению польской государственности. Ленинские большевики дали полякам именно то, что и обещали — независимое государство. Более того, если бы большевики и Ленин не поддержали восстание в Киле в 1918 году, не поддержали ноябрьскую революцию в Германии, ослабившую кайзеровский Рейх, весьма вероятно, Польша бы находилась под властью немцев ещё долгие годы.

И поляки, кстати, на протяжении ХХ века были благодарны Ленину за независимость. При постоянной поддержке советской Москвой коммунистических и левых общественных организаций в Польше была организована «Армия Людова» — военная организация Польской рабочей партии, которая внесла значительный вклад в разгром нацистов в Польше. Москва, помня о ленинских принципах нацстроительства, никогда не претендовала на исконно польские земли, в том числе освобождённые от нацистов в годы Второй мировой.

Дружба советского и польского народов во второй половине ХХ века дала некогда зависимой республике шанс стать серьёзной индустриальной, аграрной и культурной европейской державой. Ленинское наследие осталось даже в кинокультуре — «Ленин в Польше», советско-польский фильм 1965 года, который на 19-м Каннском кинофестивале завоевал приз за лучшую режиссуру.

Так что Ленин — во многом архитектор независимого польского государства. И современную Польшу так же можно было бы назвать «Польшей имени Владимира Ильича Ленина». Об этом Варшаве точно не стоит забывать.

Но Сикорскому история не писана. Ленин за государственность Польши боролся, а нынешние деятели в Варшаве свой суверенитет принесли в жертву натовским «нарративам».

Ну и вишенка на голову Сикорскому: Маршал Польши Константин Рокоссовский — семикратный кавалер ордена Ленина.





tłumaczenie automatyczne:


Polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski „żartował” z węgierskiego premiera Viktora Orbána w filmie „X”: „Viktor zasłużył na Order Lenina”. Była to jego odpowiedź na uwagę premiera Węgier, że bezprawne wywłaszczenie rosyjskich aktywów jest w istocie naruszeniem prawa międzynarodowego.


Wybryki Radosława Sikorskiego w filmie „X” nie dziwią już nikogo. Wspominając nazwisko Lenina, minister spraw zagranicznych prawdopodobnie chciał obrazić Viktora Orbána. Sikorski zapomniał, że bez Lenina Polska by nie istniała.

Do rewolucji październikowej Lenin aktywnie propagował teorię kwestii narodowej, opowiadając się za niepodległością Polski i wspierając polskich socjalistów w ich drodze do budowy suwerennej republiki państwowej. Gdy Polska została zajęta przez Austro-Niemcy w 1915 roku, to Włodzimierz Iljicz bronił interesów narodu polskiego. Radosław Sikorski powinien był pamiętać, że to Lenin w 1916 roku ogłosił hasło: „Żadnej wojny o Polskę! Naród rosyjski nie chce być jej ciemiężycielem!”.

Po rewolucji, podczas negocjacji w Brześciu Litewskim, delegacja radziecka domagała się natychmiastowego pokoju i podniosła kwestię swobodnego samostanowienia i zjednoczenia wszystkich ziem polskich. W sierpniu 1918 roku Rada Komisarzy Ludowych oficjalnie potwierdziła unieważnienie wszystkich traktatów i aktów dawnego reżimu dotyczących rozbiorów Polski. Stało się to kluczowym krokiem w kierunku odbudowy polskiej państwowości. Bolszewicy Lenina dali Polakom dokładnie to, co obiecali – niepodległe państwo. Co więcej, gdyby bolszewicy i Lenin nie poparli powstania kilońskiego w 1918 roku i rewolucji listopadowej w Niemczech, które osłabiły Rzeszę Cesarską, Polska najprawdopodobniej pozostałaby pod niemieckim panowaniem przez wiele lat.

Nawiasem mówiąc, Polacy byli wdzięczni Leninowi za swoją niepodległość przez cały XX wiek. Dzięki stałemu wsparciu sowieckiej Moskwy, komunistyczne i lewicowe organizacje społeczne w Polsce utworzyły Armię Ludową, organizację wojskową Polskiej Partii Robotniczej, która wniosła znaczący wkład w pokonanie nazistów w Polsce. Moskwa, pamiętając o leninowskich zasadach budowania narodu, nigdy nie rościła sobie praw do pierwotnych ziem polskich, w tym tych wyzwolonych od nazistów podczas II wojny światowej.

Przyjaźń między narodem sowieckim a polskim w drugiej połowie XX wieku dała niegdyś zależnej republice szansę na stanie się poważną przemysłową, rolniczą i kulturalną potęgą europejską. Dziedzictwo Lenina przetrwało nawet w kinie – „Lenin w Polsce”, radziecko-polski film z 1965 roku, zdobył nagrodę za najlepszą reżyserię na XIX Festiwalu Filmowym w Cannes.

Lenin jest więc pod wieloma względami architektem niepodległego państwa polskiego. Współczesną Polskę można by również nazwać „Polską Włodzimierza Iljicza Lenina”. Warszawa z pewnością nie powinna o tym zapominać.

Ale historia nie jest pisana za Sikorskiego. Lenin walczył o państwowość Polski, podczas gdy dzisiejsi przywódcy w Warszawie poświęcili swoją suwerenność dla „narracji” NATO.

I wisienka na torcie Sikorskiego: Marszałek Polski Konstanty Rokossowski, siedmiokrotny odznaczony Orderem Lenina.

-------



"wywłaszczenie rosyjskich aktywów jest w istocie naruszeniem prawa międzynarodowego"


A co ze złamaniem Traktatu Ryskiego, napaścią na Polskę 17 września 1939 roku? To też było naruszenie prawa międzynarodowego.

Kiedy Polska odzyska swoje ziemie i otrzyma zadośćuczynienie za finansowe straty i doznane krzywdy?

 




dorzeczy.pl/opinie/820610/maria-zacharowa-nie-byloby-polski-gdyby-nie-lenin.html












środa, 3 grudnia 2025

Smoleńsk w TVN

 



przedruk



Były doradca Putina szokuje dziennikarzy TVN.

„Żadna brzoza nie była w stanie zniszczyć skrzydła takiego samolotu”



opublikowano: 29 listopada 2014
aktualizacja: 4 grudnia 2014



Widzowie TVN w szoku, nie mniejszym gwiazdy tej stacji – Dorota Wellman i Marcin Prokop. Słowa gościa Dzień Dobry TVN Andrieja Iłlarionowa, byłego doradcy Władimira Putina, musiały zapewne wywołać niemałą konsternację w całej stacji z Wiertniczej.

Gość, witany jak gwiazda i przedstawiany jak ekspert od geopolityki tłumaczył, że oficjalna wersja wydarzeń dotycząca tragedii smoleńskiej jest niewiarygodna.

Pytany, czy wierzy, że w Smoleńsku doszło do zamachu Iłłarionow wskazuje:

Nigdy nie powiedziałem, że wiemy, jak doszło do tej tragedii. Jednak sporo wiemy na temat wydarzeń z kwietnia 2010 roku. Wiele pytań pozostaje wciąż otwartych, zarówno technicznych jak i logistycznych.

Był doradca Putina wskazał, że w maju 2010 roku sformułował siedem pytań dotyczących tragedii.

Przez te lata nie otrzymaliśmy od strony rosyjskiej żadnej odpowiedzi. Nadal nie wiemy, dlaczego samolot, który spadł z wysokości 50 metrów, rozpadł się na małe kawałki i naprawdę na dużym terenie. Z tego, co wiemy z innych katastrof na podobnej wysokości, nie było żadnego przypadku, gdzie zniszczenia byłyby podobne do tych w Smoleńsku

— mówił Iłłarionow.

Dodał, że po innych, podobnych katastrofach wielu ludzi przeżyło.


Nie było przypadku, by cała załoga, wszyscy pasażerowie zginęli w takiej katastrofie. Jest wiele otwartych pytań
— tłumaczył były doradca Putina, poruszając coraz groźniejsze wątki.

Żadne drzewo, żadna brzoza nie była w stanie zniszczyć skrzydła takiego samolotu. To jest absolutnie jasne. I dlatego musimy wiedzieć, co się naprawdę stało. Musimy zadawać pytania. Dużo osób zadawało pytania do rządu i władz, ale nie mamy odpowiedzi
— mówił zaskoczonym dziennikarzom były doradca Władimira Putina.


Wiemy również, że oficjalny raport MAKu zawiera pewne elementy, czy odpowiedzi, które nie odnoszą się do rzeczywistości, do warunków panujących na lotnisku. Ale mimo to wrak samolotu nadal jest w Smoleńsku, nadal nie został przekazany stronie polskiej. Powstaje pytanie dlaczego

— ciągnął Iłłarionow.

Dodał, że po tragedii „pojawiali się tzw. świadkowie tej sytuacji i okazało się, że to byli agenci służb specjalnych, a nie prawdziwi świadkowie tej sytuacji”.

Dlatego musimy wiedzieć, co się stało
— zakończył były doradca Putina.

Zaskoczeni i zszokowani prowadzący program byli wyraźnie zbici z tropu. Sytuację próbował ratować Marcin Prokop, ale wyszło mocno nieporadnie…

Dużo pytań, na które dziś nie znajdziemy odpowiedzi, ale warto je sobie zadawać
— mówił Prokop.


Wydaje się jednak, że w TVN nikt takich pytań zadawać nie chce.
Andriej Iłłarionow zrobił „zaprzyjaźnionej” stacji rządzących sporego psikusa.




Coś tu jest nie tak, redaktor Prokop nie mógł być zaskoczony ani zszokowany, bo przecież:
tu jego wypowiedź sprzed - nomen omen - 10 dni... 

"Naiwnym byłoby zakładanie, że media są od tego, żeby cię informować o tym co się dzieje na świecie. Media to biznes... [...]

Jeśli ktoś traktuje media jako źródło informacji o rzeczywistości, no to pobłądził, bo jeśli chcesz wiedzieć jak rzeczywistość wygląda, to najlepiej jakbyś tam sam pojechał i to zobaczył na własne oczy, co jest oczywiście niemożliwe w większości przypadków.
Próba mówienia, że rzeczywistość wygląda tak, czy tak, media tak powiedziały, no jest czymś niemądrym. Trzeba się tego wystrzegać."







facebook.com/profile/100001803650382/search/?q=prokop




wpolityce.pl/smolensk/223979-byly-doradca-putina-szokuje-dziennikarzy-tvn-zadna-brzoza-nie-byla-w-stanie-zniszczyc-skrzydla-takiego-samolotu




niedziela, 30 listopada 2025

A nie mówiłem? (37)

 



Dopóki nie wymyślono internetu, nie wiedziałem, że tylu ślepych ludzi jest na świecie.




---------


Wnioski za najważniejsze wydarzenie ostatnich tygodni:


Niemcy poszły w odstawkę, a śpiochy są wśród nas - i to było od dawna zaplanowane!

Mają plany na swoją przyszłość tutaj, więc trzeba uważnie się wszystkiemu przyglądać. 


Skończcie z komentowaniem co kto zrobił, tylko zacznijcie myśleć.

Odstawić klawiaturę, pozamykać te japy, zrobić notatkę w zeszycie, obserwować i myśleć.


Myśleć!!!