Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

wtorek, 7 października 2025

Mapa patyczkowa

 


Zostały stworzone przez legendarnych mistrzów nawigacji, zwanych ri-meto, aby żeglować pomiędzy odległymi wyspami.

Symbolika mapy, choć na pozór abstrakcyjna, precyzyjnie opisuje ocean. Każdy element ma swoje znaczenie:
- Muszle kauri: reprezentują wyspy lub atole.
- Proste listewki: oznaczają dominujące prądy morskie lub główny kierunek fali martwej.
- Zakrzywione listewki: to najważniejszy element mapy. Przedstawiają wzory fal oceanicznych, które uginają się i odbijają napotykając na swojej drodze wyspy. W ten sposób mapują „echa” lądu zapisane na powierzchni wody.

Ri-meto wyróżniali cztery główne rodzaje fal martwych – długich fal powstałych w wyniku odległych zjawisk pogodowych, które są bardziej stabilne niż lokalne fale wiatrowe.
- Rilib: najsilniejsza, całoroczna fala generowana przez północno-wschodnie pasaty. Służyła jako podstawowe narzędzie orientacyjne.
- Kaelib: słabsza, ale również stała fala, wykrywalna tylko przez najbardziej doświadczonych żeglarzy.
- Bungdockerik: silna fala z południowego zachodu, także obecna przez cały rok.
- Bundockeing: najsłabsza z fal, odczuwalna głównie na północnych wyspach.
Wiedza o tworzeniu map i nawigacji na falach była pilnie strzeżonym sekretem, przekazywanym wyłącznie z ojca na syna w obrębie nielicznych, uprzywilejowanych rodów. Ri-meto cieszyli się ogromnym szacunkiem; ich umiejętności były niezbędne dla handlu, komunikacji i spójności społecznej w całym archipelagu. Trening adepta trwał latami i obejmował nie tylko zapamiętywanie map, ale także naukę pieśni i śpiewów kodujących informacje nawigacyjne oraz wyczerpujące próby, takie jak zabranie ucznia z zawiązanymi oczami na otwarty ocean z zadaniem określenia swojej pozycji i dopłynięcia do lądu.
Tajemnica otaczająca wiedzę nawigacyjną nie służyła jedynie ochronie tradycji; była mechanizmem utrzymywania władzy. W społeczeństwie wyspiarskim zdolność do bezpiecznego podróżowania między atolami oznaczała kontrolę nad handlem, zasobami, sojuszami wojskowymi i przepływem informacji. Nawigator posiadał zatem klucze do królestwa. Jego wiedza była kapitałem politycznym i ekonomicznym. Ograniczając przekazywanie tej wiedzy, rządzące rody mogły utrzymać kontrolę nad stosunkami między wyspami i konsolidować swoją władzę.
Czytałem o tych mapach wielokrotnie, ale wreszcie mogłem zobaczyć jedną z nich na wystawie w Humbolt Forum w Berlinie.




-------

Edukacja żeglarza na Wyspach Marshalla, archipelagu Mikronezji na południowym Pacyfiku, tradycyjnie rozpoczynała się od zawiązania oczu w kajaku. Młodzi żeglarze nauczyli się wyczuwać i wyczuwać ruch morza, zanim jeszcze wyruszyli w podróż oceaniczną. Głęboki związek Marshalla z falami i ich ruchami sięga ponad 2000 lat wstecz do technik poszukiwania lądu stosowanych przez pierwszych osadników na wyspach.

Uczeni zidentyfikowali dwa różne typy wykresów kijowych z Wysp Marshalla, drewnianych diagramów, które Marshallejczycy tworzyli co najmniej od połowy XIX wieku. 

Pierwszy i prawdopodobnie starszy typ, pokazany tutaj, zawiera abstrakcyjne reprezentacje tego, jak fale oddziałują z ciałami lądowymi w ogóle. Drugi typ ilustruje rzeczywiste wyspy, często reprezentowane przez muszle cowrie, wraz z wzorcami falowania zidentyfikowanymi i zarejestrowanymi przez pilotów. 

"Nie ma zbyt wielu przykładów z całego Pacyfiku, aby tego rodzaju wiedza nawigacyjna była zakodowana lub fizycznie reprezentowana" - mówi antropolog Joseph Genz z Uniwersytetu Hawajskiego. Mówi, że mapy były używane głównie jako urządzenia dydaktyczne, a nie do wyszukiwania dróg w czasie rzeczywistym. Pomagają one przekazać być może najważniejszą koncepcję w marszałkowskiej tradycji nawigacyjnej, jaką jest dilep, czyli "fala grzbietowa". "Ludzie nadal opisują dilep jako najważniejszą falę do znalezienia" – mówi Genz. "To jak ścieżka, którą można podążać do następnego atolu. Zamiast iść od punktu orientacyjnego do punktu orientacyjnego, idziesz od znaku do punktu morskiego".










Kartografia Wysp Marshalla



Przez: William H. Davenport
Pierwotnie opublikowany w 1964 roku



Mapa meddo Muzeów Uniwersyteckich, zebrana przez Roberta Louisa Stevensona. 
Proste drążki reprezentują systemy fal toczących się w kierunku Wysp Marshalla. Muszle przywiązane do szkieletu reprezentują wyspy grupy. Zakrzywione pałeczki przedstawiają załamane fale. Większość tego rodzaju map przedstawiała tylko kilka wysp i ich charakterystyczny wzór falowania, ale ten obejmuje prawie całą grupę Marshalla, 29 na 49 cali.




Kartografia jest wynalazkiem rzadko spotykanym wśród ludów pierwotnych, to znaczy niepiśmiennych, ponieważ wydaje się być wynalazkiem ściśle związanym z systemami pisma. 


Jednym z rzadkich przypadków tworzenia map w prymitywnej kulturze – i z pewnością najbardziej wyrafinowanej z nich – są Wyspy Marshalla we wschodniej Mikronezji na Oceanie Spokojnym. Przed pierwszym kontaktem z cywilizacją europejską w XVI wieku Marshallowie udoskonalili zarówno kajaki oceaniczne, które były tak zwrotne i szybkie, jak każdy mały statek, jaki kiedykolwiek wynaleziono, nawet przez społeczeństwo uprzemysłowione, jak i unikalny system pilotażu, który był graficznie przedstawiony na czymś w rodzaju mapy.

Kadłuby ich czółen, zbudowane z ręcznie ciosanych desek, które były ciasno dopasowane i zszyte sznurkiem z włókna kokosowego, były cienkie jak nóż i stabilnie utrzymywane w wodzie przez wspornikowy pływak wysięgnika z jednej strony. Napędzany późnym żaglem, kajak mógł być łatwo halsowany i pływał bardzo blisko wiatru, nie robiąc przy tym nadmiernej swobody, a także żeglował z wiatrem przy minimalnym oporze na wodzie. Z tak zdatnymi do żeglugi i sterownymi statkami jak te, regularna komunikacja między 34 atolami koralowymi Wysp Marshalla była możliwa, mimo że maleńkie wyspy tej grupy są szeroko rozrzucone i wszystkie są tak niskie, że żadnej nie można dostrzec z więcej niż kilku mil morskich.

Dzięki wnikliwej obserwacji morza Marshallczycy zgromadzili bogaty zasób dokładnej wiedzy o działaniu fal oceanicznych, o tym, co się z nimi dzieje, gdy zbliżają się do lądu i przechodzą przez niego, oraz o cechach charakterystycznych dwóch lub więcej wzorów fal oddziałujących ze sobą w obecności wyspy. 

Znaczna część tej wiedzy empirycznej nie była tak dobrze znana oceanografom naukowym naszego społeczeństwa, jak to było w przypadku marynarzy z Marshalla, dopóki nie udostępniono zdjęć lotniczych do badania działania fal i fal.

Kiedy oceanografowie zaczęli badać fale oceaniczne, okazało się, że ich działanie jest zgodne z prawami teorii fal w taki sam sposób, jak światło i dźwięk. 

Na przykład, gdy fala oceaniczna uderza w brzeg, część jej energii – to znaczy – odbija się pod kątem równym kątowi jej padania. A kiedy fala zbliża się, uderza i część jej przemieszcza się obok małej wyspy, takiej jak jeden z atoli Wysp Marshalla, jej linia ruchu zmienia się w zależności od kąta linii brzegowej, do której się zbliża.

Linia grzbietu fali zbliżającej się do brzegu wyspy jest wygięta i zakrzywiona w kierunku zgodności z linią brzegową. Dzieje się tak, ponieważ przybrzeżna część fali jest spowalniana, gdy napotyka płytką wodę, jej energia jest wydatkowana na załamywanie się lub szczytowanie fali, spowalniając w ten sposób ruch do przodu, podczas gdy część przybrzeżna w głębokiej wodzie kontynuuje posuwanie się ze stałą prędkością. To jest refrakcja pęcznienia (swell refraction) [swell - martwa fala - wg polskiej terminologii  - MS]. Wreszcie można znaleźć burzliwy cień szczególnego rodzaju, podobny do półcienia, rozciągający się od zawietrznej strony wyspy na kilka mil.




Inhabited by about 14,000 persons who are racially classed as Micronesians, the Marshall Islands are part of the Trust Territory of the Pacific Islands which are administered by the United States under trusteeship from the United Nations.



Odbicie, załamanie, zjawisko cienia i kilka innych pomocniczych oddziaływań fal było dobrze rozumianych przez ludy wysp Marshalla, którzy badali je nie z punktu obserwacyjnego zdjęć lotniczych, gdzie można je łatwo obserwować, ale z powierzchni morza w ich czółnach i z wybrzeży ich atoli, które nigdy nie wznoszą się wyżej niż kilka stóp nad poziomem morza. 
[na pewno? to, że jezioro Kałębie składa się z trzech kół widać tylko z powietrza - MS] Nie tylko rozpoznali te złożone wzorce fal i fal, ale wykorzystali tę naukę empiryczną w praktyce, opracowując na jej podstawie system pilotażu i nawigacji. To właśnie te zjawiska oceanograficzne są przedstawione na ich mapach. Mapy są używane przez kapitanów żeglarstwa do nauczania zasad działania fal i ich wykorzystania do ustalania pozycji kajaka, gdy znajduje się ono w pobliżu, ale poza zasięgiem wzroku lądu.

Wykresy Marshalla nie są rysowane na płaskich arkuszach; Są to modele zbudowane z patyków. Istnieją dwa rodzaje: 

- mattang, konstrukcje, które ilustrują abstrakcyjne ogólne koncepcje ruchów i interakcji fal w pobliżu jednej lub więcej małych wysp; oraz konstrukcje 
- meddo ("morskie") przedstawiające poszczególne wyspy z grupy Marshalla i wyróżniające je charakterystyki falowe. 


Te pierwsze są w istocie modelami naukowymi; te ostatnie – instrukcje pilotażu. 

Żaden z nich nie był przewożony na pokładzie czółna, gdyż cała erudycja oceanograficzna przechowywana była w głowie marshallowego nawigatora. I ci nawigatorzy, nawet dzisiaj (1964 r), strzegą tych informacji starannie i przekazują je tylko innym, którzy zostali specjalnie wybrani do szkolenia. Tylko wtedy, gdy informacja ma być przekazana uczniowi, konstruowane są najlepsze wykresy – to znaczy te, które zawierają pełne informacje. Jedną z najwspanialszych kart typu meddo w każdej kolekcji muzealnej jest model zebrany przez Roberta Louisa Stevensona i jego żonę, gdy byli na Wyspach Marshalla w 1890 roku. Jest on eksponowany w Oceania Hall w Muzeum Uniwersyteckim.





Wykres typu mattang, na którym zilustrowane są zasady pilotowania przez fale oceaniczne. Punktem kardynalnym jest strona, po której nie krzyżują się dwa małe patyczki. Jest to wschód słońca lub wschodnia ćwiartka, z której wieją północno-wschodnie pasaty, przynosząc dominujące fale systemu. Inne przedstawione systemy falowania to te, które są generowane przez wiatry w innych częściach Oceanu Spokojnego i docierają do Wysp Marshalla w różnych porach roku po przebyciu tysięcy mil morskich o długości 34-35 cali.



Inny doskonały przykład typu mattang został podarowany pisarzowi przez Jamesa Milne'a, w pełni wyszkolonego nawigatora z Wyspy Marshalla, z Wyspy Ebon w 1958 roku. Jest to godne uwagi, ponieważ są na nim przedstawione cztery (zwykle dwa) różne wzory falowania, ich odbicia i załamania, a także szereg możliwych interakcji, jakie mogą one ze sobą mieć, w zależności od stanu morza i sposobu, w jaki model jest odczytywany. 

Każdy wzór martwej fali (swell) jest reprezentowany przez parę przeciwległych zakrzywionych patyczków, pomiędzy którymi kładzie się prosty kij z karbowaną figurą w pobliżu każdego końca. Jeden prosty kij ma trzecią karbowaną figurę pośrodku. Na wszystkich końcach, z wyjątkiem jednej z reprezentacji fali swell, znajduje się para krótszych skrzyżowanych patyczków, które reprezentują interakcję dwóch sąsiednich wzorów fali na tym, do którego przywiązana jest krótka para.

Dziwny koniec, który ma dwa nieskrzyżowane patyki, reprezentuje kierunek wschodu słońca, główny kierunek dla Marshalla, z którego nadchodzą pasaty i dominująca fala. Wszystkie elementy modelu ułożone są w ośmiokątną kompozycję. Osiem brzeżnych patyczków tworzących boki ośmiokąta i niezdobione proste kije, które łączą rogi, stanowią tylko ramę nośną i niczego nie reprezentują.



chyba tak - MS

Czytając ten model treningowy, środek może reprezentować wyspę, a wygięte patyki ilustrują załamania fal zbliżających się do niego z wielu kierunków. Muszle cowrie (Cypraea sp.) zawiązane w centralnym punkcie każdej strony mogą również reprezentować wyspy, a skrzyżowane przez nie patyki ilustrują albo interakcje innych załamujących się fal, albo turbulencje, które występują na zawietrznej wyspie, gdy wokół niej wygina się fala. Innymi słowy, niektóre elementy konstrukcji mogą być używane do reprezentowania więcej niż jednej zasady działania pęcznienia. Instruktor może wybrać kombinacje reprezentacji wysp, zarówno środkowa i boczna, jak i boczna-boczna, aby reprezentować prawie każdą parę wysp w Wyspach Marshalla w różnych warunkach falowania.




Odbicie i załamanie oceanu wzbiera, gdy uderzają w mały atol. (A) prosta linia wyprzedzenia systemu fal oceanicznych. (B) Grzbiety fal są wygięte lub załamują się, gdy uderzają o ląd i dostosowują się do konturu brzegu. (C) Część każdej fali jest odbijana z powrotem po uderzeniu w wyspę. (D) Cień turbulencji formowany przez załamujące się fragmenty fal zakrzywiających się wokół wyspy.


Problemem dla pilota Marshalla jest to, że jest w stanie żeglować w górę i w dół całego łańcucha poza zasięgiem wzroku lądu i cały czas znać swoje położenie względem najbliższych wysp; Wiedząc o tym, może w razie potrzeby skorygować swoje kursy, aby dokładnie zejść na ląd, gdy prądy, których nie można zaobserwować, wpływają na jego pokonywany kurs.

Aby tego dokonać, musi znać względne położenie geograficzne wszystkich wysp w grupie, oczekiwane odległości żeglugi między nimi w różnych warunkach wiatru i musi być w stanie odczytać konfiguracje fal, które identyfikują każdą niewidoczną wyspę, gdy ją mija. Leżąc na plecach w zęzie swojego czółna i wyczuwając ruch czółna, wprawny pilot może "ustalić" swoją pozycję w nocy, nawet nie patrząc na morze, ponieważ sam ruch czółna powie mu, jakiego rodzaju fale na nie działają.



Oczywiście, na niektórych wykresach można znaleźć pewną dozę estetycznej przyzwolenia, a przykład tego można zobaczyć na opisywanym tutaj trzpieniu maty. Wzorce fal rzadko, jeśli w ogóle, występują w tak idealnie symetrycznych relacjach, jak pokazano na tym wykresie. Dodatkową odrobinę stosownej symboliki zawierają karbowane figury prostych patyków ułożonych między zakrzywionymi parami, ponieważ są one odpowiednio ukształtowane w tej samej formie, w jakiej były ozdoby masztów na starych czółnach żaglowych ludu z Wysp Marshalla. Te twórcze wolności nie mogą być przypisane naukowej naiwności ludu plemiennego; Wyszkoleni technicy, którzy konstruują kolorowe modele atomu z kuli i drutu w celu zilustrowania zasad fizyki jądrowej, również wydają się poświęcać pewną dokładność naukową na rzecz atrakcyjności wizualnej.


"Kartografia Wysp Marshalla". Expedition Magazine 6, nr 4 (lipiec 1964): -. Dostęp 07 października 2025 r.




---------


Kartografia rzeźbiarska:

jak mieszkańcy Wysp Marshalla używali wykresów patyczkowych do mapowania fal

Styczeń 16, 2014 by Mariabruna Fabrizi 







Każdy drążek nawigacyjny jest unikalny i został wykonany przez indywidualnego nawigatora, który był więc jedyną osobą, która była w stanie w pełni go zinterpretować i wykorzystać. Mapy nie były zabierane ze sobą podczas nawigacji, ale studiowane i zapamiętywane przed podróżą. Marshallański nawigator kucał lub leżał na brzuchu w czółnie, aby wyczuć, jak kadłub jest pochylany i toczony przez leżące pod spodem fale.

Istnieją trzy główne kategorie wykresów sztyftowych: Mattang, Meddo (lub Medo) i Rebbelib (lub Rebbelith).

Wykres Mattang był abstrakcyjnym wykresem używanym do instrukcji i do nauczania zasad czytania, jak wyspy zakłócają fale.

Mapa Meddo pokazywała rzeczywiste wyspy i ich względne lub dokładne położenie.

Mapy Rebbeliba przedstawiały te same informacje, co mapy Meddo, ale w przeciwieństwie do nich, zawierały wszystkie lub większość jednego lub obu łańcuchów wysp.

















Wyspy Marshalla



















https://www.penn.museum/sites/expedition/marshall-islands-cartography/

archaeology.org/issues/may-june-2019/collection/maps-marshall-islands-stick-chart/mapping-the-past/

Prawym Okiem: Radogoszcz odnaleziona?

socks-studio.com/2014/01/16/sculptural-cartography-how-the-marshall-islands-inhabitants-used-stick-charts-to-map-the-waves/

map of Marshalla islands - Szukaj w Google

en.wikipedia.org/wiki/Marshall_Islands_stick_chart

poniedziałek, 6 października 2025

Na logikę - Jedwabne





przedruk


Archeolog: “To, co znaleźliśmy w Jedwabnem, nie pokrywa się z żadnymi oficjalnymi zeznaniami”


Wystąpienie prof. dr hab. Małgorzaty Grupy, archeolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, to jeden z najmocniejszych głosów dotyczących wydarzeń w Jedwabnem. Przez wiele lat temat ten funkcjonował w przestrzeni publicznej w sposób jednostronny, oparty przede wszystkim na relacjach świadków oraz ustaleniach śledztwa IPN.

Jednak prof. Grupa, bazując na swoim doświadczeniu z prac ekshumacyjnych w Charkowie, Katyniu, Sobiborze i Bełżcu, weszła w przestrzeń Jedwabnego z warsztatem naukowca, który ufa ziemi bardziej niż dokumentom.


„Dopiero jak trafiliśmy tam, to słowo ludobójstwo nabrało zupełnie innego wydźwięku” – wspominała, odnosząc się do ekshumacji w Charkowie. – „Gdy się stoi nad mogiłą zbiorową, gdzie jest tysiąc szczątków naszych oficerów, to przychodzą naprawdę przeróżne refleksje”.

To właśnie doświadczenia z tamtych prac, a także zdobyta praktyka w konserwacji szczątków i tkanin, pozwoliły Grupie i jej zespołowi rzetelnie ocenić, co naprawdę wydarzyło się w Jedwabnem. Kiedy zespół archeologiczny przyjechał na miejsce, ich celem było odnalezienie mogiły mężczyzn, którzy według zeznań świadków mieli nieść betonowego Lenina na kirkut i tam zginąć.


„Wszystkie wskazania według zeznań niby świadków – bo dla mnie to byli niby świadkowie – wskazywały, że mogiła zbiorowa powinna być na kirkucie. My z profesorem obejrzeliśmy nie wiem ile razy ten kirkut, ale na pewno nie było tam mogiły zbiorowej”.

Intuicja zespołu archeologów, oparta na doświadczeniu wiejskiego krajobrazu, doprowadziła ich do miejsca, gdzie rzeczywiście mogła stać stodoła. Już po 10 centymetrach kopania natrafili na fundamenty.


„Znaleźliśmy ten kamienny fundament, to szliśmy po śladzie tego fundamentu i dość szybko udało nam się odtworzyć zarys wielkości tej stodoły”.

Pierwotny plan zakładał prace tylko na zewnątrz budynku. Cała narracja opierała się bowiem na przekazie, że szczątki zostały wrzucone do dołów wokół stodoły. Tam też faktycznie odnaleziono spalone szczątki. Ale mężczyzn – tych wciąż nie było. W pewnym momencie, chcąc po prostu utrzymać porządek na placu badań, zapadła decyzja o rozpoczęciu wykopów wewnątrz stodoły. Nikt się nie spodziewał, co tam znajdą.


„Po 10 minutach kopania w środku stodoły chłopcy znaleźli ucho betonowe – stwierdziliśmy, że to jest ucho Lenina. Za chwilę znaleźliśmy tors, ale udało nam się to zakamuflować, że jeszcze nie było informacji, że w stodole coś się dzieje. No a za chwilę znaleźliśmy szczątki”.

Dzięki zgodzie rabina Ecksteina możliwe było przynajmniej częściowe odsłonięcie mogiły. I tu archeologia przemówiła pełnym głosem. Grupa, opierając się na doświadczeniach z Katynia i Charkowa, mogła rozpoznać przeprażone tkaniny: znak, że ciała były obecne w miejscu pożaru już przed jego rozpoczęciem.


„Wiedzieliśmy jedno: że ci mężczyźni zginęli przed spaleniem stodoły, w związku z tym, że tkaniny, które znaleźliśmy na samej powierzchni, były po prostu wyprażone”.

Temperatura pożaru, jak sugerowała, była wystarczająca, by wypalić jedynie górną warstwę – co świadczyło o tym, że ofiary znajdowały się tam już wcześniej. Analiza układu jamy grobowej wskazywała, że zwłoki były ułożone w dwóch rzędach, sięgających połowy długości stodoły.


„To było w 100% pewne, że ci mężczyźni musieli zginąć przed wpędzeniem do stodoły kobiet i dzieci. Więc to, co nam wymawiano, że oni jak barany stali… 60 facetów patrzyło, jak pięciu pijanych Polaków pali ich żony, dzieci i dziadków? To jest po prostu niemożliwe fizycznie”.

Oprócz szczątków odnaleziono też łuski – i to nie byle jakie.


„Na powierzchni tej stodoły łuski leżały. Polakom Niemcy nie dawali broni do ręki w czasie wojny. To jest po prostu niemożliwe. Nawet w zeznaniach nie było informacji, że Polacy strzelali”.

Wszystko wskazywało na to, że mężczyźni zostali zastrzeleni w stodole – a dopiero potem, już po ich śmierci, wpędzono tam kobiety i dzieci i spalono całość. Te informacje nigdy nie zostały oficjalnie opublikowane. Prace ekshumacyjne zostały przerwane pod wpływem nacisków zewnętrznych. Zdaniem prof. Grupy – politycznych.


„Nie pozwolono nam nawet z zewnątrz sprawdzić jaka głębokość była tych szkieletów złożona w stodole, więc nie mogliśmy statystycznie policzyć czy to było około 60 czy nie”.

Zgromadzone dowody nie pasowały do obowiązującej wersji wydarzeń. Dlatego temat szybko ucichł. O tym, co naprawdę znaleziono, środowisko archeologiczne i historyczne przez lata nie mówiło publicznie. Dopiero w filmie dokumentalnym przygotowanym przez Wojciecha Sumlińskiego można było zobaczyć materiały z przerwanej ekshumacji, zdjęcia, film, relacje świadków.


„Ziemia nie kłamie. To, co my odkrywamy, jesteśmy w stanie określić, w jaki sposób ludzie zmarli, jak byli chowani. A to, co znaleźliśmy w Jedwabnem, nie pokrywa się z żadnymi oficjalnymi zeznaniami”.

W opinii Grupy, zeznania powojenne były zmanipulowane, a niektóre – wręcz wymuszone. Z jej wystąpienia jasno wynikało, że mamy do czynienia z brakiem rzetelnego dochodzenia.


„Nie wiemy nawet, ile było tych ofiar, bo nie pozwolono tego sprawdzić. Nie wiemy, jak zginęli. Nie wiemy, kto zabił”.

Podważyła także mit o religijnym zakazie ekshumacji, wskazując, że judaizm dopuszcza przenoszenie szczątków na kirkut lub do Izraela – jeśli tylko ma się pewność, gdzie się znajdują.


„To nie jest prawda, że ekshumacji nie można robić. Halacha mówi, że jeśli wiadomo, że spoczywają szczątki Żydów, to należy je przenieść. A kirkut jest kilkanaście metrów dalej. To jedyne miejsce, gdzie nie pozwalają na ekshumację”.

Na końcu wystąpienia Grupa mówi z determinacją, że będzie mówić o tym otwarcie. Od 2019 roku, po latach milczenia, decyduje się przekazywać te informacje publicznie.


„Jak ktoś mi w 2001 roku mówi, że Polacy przyczynili się do Holokaustu, to we mnie się gotowało. Przyrzekłam sobie, że przyjdzie taki czas, kiedy będę mówić o tym otwarcie. I teraz to robię”.

Wystąpienie prof. Grupy to nie tylko relacja z badań archeologicznych. To apel o uczciwość, o rzetelną historię, o szacunek dla ofiar i o zgodę na zadanie podstawowych pytań: kto zginął, ilu ich było, kto ich zabił? Bo bez odpowiedzi na te pytania, historia Jedwabnego pozostanie nie tylko nierozwiązanym śledztwem, ale też raną w świadomości społecznej – raną, która wciąż się sączy.





Film w oryginalnym materiale tutaj:


dzienniknarodowy.pl/?p=17880







Rokiczanka

 








Hej gronicku gronicku kiebyś se mi znizył,
To byś moim nuzeckom tela nie ublizył.
Hej, tela nie ubliżył
Hej, tela nie ublizył

Zniż się, zniż się gronicku aspun kapke ku mnie,
Co by moje nuzecki sły po Tobie dumnie.
Hej, sły po Tobie dumnie
Hej, sły po Tobie dumnie

Zaszumiały jawory zahurkoły gile,
Te nasze żiwobycie licone na chwilę.
Hej, licone na chwilę
Hej, licone na chwilę

Hej powiadają ludzie, ze nie umiem robić,
A czy to nie robota za Janickiem chodzić.
Hej, za Janickiem chodzić
Hej, za Janickiem chodzić




















niedziela, 5 października 2025

Zrzeczenia się reparacji od Niemiec nie było








przedruk

Zrzeczenia się reparacji od Niemiec nie było! 

Przypominamy przełomowego NEWSA "Sieci". 
Musiał: Moskiewski dokument dotychczas nie był znany


opublikowano: 21 września





Tygodnik „Sieci” już w 2022 roku ujawnił dokumenty, które dają jednoznaczną odpowiedź na ważne pytanie. Otóż zrzeczenia się reparacji od Niemiec po prostu nie było! Jak czytamy w archiwalnym wydaniu, „upoważniony do podpisania protokołu z Sowietami wicepremier Gede swojej misji nie wykonał, a przedstawiciele ZSRS wprowadzili Niemców w błąd, twierdząc, że zrzekają się reparacji po uzgodnieniach z rządem PRL”. 

Do sprawy odniósł się także teraz na antenie Telewizji wPolsce24 prof. Bogdan Musiał 

„W Moskwie zostało sformułowane oświadczenie o tym, że Polska zrzeka się i w punkcie następnym jest oświadczenie, że będzie elementem umowy między Polską a Związkiem Sowieckim i ta umowa będzie podpisana. Dopiero wtedy, po podpisaniu tej umowy, zrzeczenie miałoby moc prawną. To oświadczenie zostało opublikowane wyłącznie w gazecie” - powiedział historyk, politolog, znawca historii Niemiec i były dyrektor Instytutu Strat Wojennych im. Jana Karskiego.

Tygodnik „Sieci” już w 2022 roku ujawnił dokumenty, które jasno wskazują, że Polska mimo nacisku Sowietów nie dopełniła wymaganych formalności i de facto nie zrezygnowała z reparacji od Niemiec.

Upoważniony do podpisania protokołu z Sowietami wicepremier Gede swojej misji nie wykonał, a przedstawiciele ZSRS wprowadzili Niemców w błąd, twierdząc, że zrzekają się reparacji po uzgodnieniach z rządem PRL

— pisali wówczas Marek Pyza i Marcin Wikło.



Zrzeczenia nie było

Publicyści tygodnika wskazywali też na badania prof. Bogdana Musiała, wedle których sprawa reparacji mogła na dobre rozstrzygnąć się jeszcze w 1953 r., kiedy powstała uchwała Rady Ministrów ZSRS regulująca postępowanie władz PRL w tej kwestii.

Ten moskiewski dokument dotychczas nie był znany. Mogliśmy się tylko domyślać, że on istnieje. Że padła jakaś propozycja ze strony Sowietów. Dopiero dziś, mając materiał źródłowy, możemy zobaczyć, co proponowali towarzysze z Moskwy

— mówił dla „Sieci” prof. Bogdan Musiał


Historyk przez lata starał się dotrzeć do źródeł w Rosyjskim Państwowym Archiwum Historii Najnowszej. To stamtąd pochodzi dokument, który tygodnik „Sieci” opublikował jako pierwszy. Jego oryginalna treść jest jeszcze ostrzejsza niż polskie tłumaczenie. Czytamy w nim, że Rada Ministrów ZSRS postanawia polecić MSZ, by ten powiadomił rząd PRL, iż Związek Sowiecki od dnia 1 stycznia 1954 r. zrezygnował z pobierania reparacji od Niemiec i od strony polskiej oczekuje tego samego, co ma zostać potwierdzone podpisaniem protokołu. Żadnych negocjacji czy propozycji, polecenie, a w zasadzie, biorąc pod uwagę realia – rozkaz do wykonania. Cała ta konstrukcja umowno-nakazowa była powiązana także z dostawami węgla z PRL do ZSRS

— zauważyli publicyści tygodnika „Sieci”.

Wydarzenia tamtego czasu toczyły się w pospiechu. Ostateczna rezygnacja PRL z reparacji od NRD w zamian za przejście na rynkowe ceny za węgiel wysyłany do Związku Radzieckiego, miała być zatwierdzona odpowiednim protokołem. Okazuje się jednak, że dokumentu nie sporządzono.

Niepodpisany protokół

Prof. Bogdan Musiał odnalazł w rosyjskich archiwach dowód na to, że Polska nigdy skutecznie nie zrzekła się reparacji wojennych od Niemiec i opowiedział o tym teraz na antenie Telewizji wPolsce24.

W Moskwie zostało sformułowane oświadczenie o tym, że Polska zrzeka się i w punkcie następnym jest oświadczenie, że będzie elementem umowy między Polską a Związkiem Sowieckim i ta umowa będzie podpisana. Dopiero wtedy, po podpisaniu tej umowy, to zrzeczenie miałoby moc prawną

— powiedział historyk.

Zanim jednak taka umowa została podpisana, Niemcy i ZSRR podpisały w tej sprawie umowę ze sobą, ale protokołu dotyczącego Polski… nie.


To oświadczenie zostało opublikowane wyłącznie w gazecie, w „Trybunie Ludu”, a później „Neues Deutschland” to przedrukował, ale gazeta nie jest aktem prawnym i nie może nim być. To są umowy, które są międzypaństwowe i się je zawiera i ta umowa musi tam być. Tak właśnie Związek Sowiecki to zrobił wobec NRD. Tam jest umowa dwustronna, ta umowa jest podpisana przez obydwa ówczesne rządy i ona funkcjonuje w obiegu prawnym

— zaznaczył prof. Bogdan Musiał.

W rosyjskich archiwach znajdują się również dokumenty, które mają świadczyć o tym, że jeszcze w latach 70. Niemcy wyliczali, ile Polsce należy się za straty wojenne.


Była tylko kwestia jaka suma. Wychodzili z założenia, że nie ma możliwości prawnego pominięcia tej sprawy

— podkreślił prof. Musiał.


My mamy dużo więcej narzędzi niż nam się wydaje – możliwości ryczałtowe, że jako państwo możemy występować o odszkodowanie, bo to jest rzeczywiście uregulowane, ale mogą też występować polscy obywatele z indywidualnymi roszczeniami

— wskazywał historyk.


Dzisiaj Moskwy nie mamy, ale mamy Donalda Tuska

— podkreślił.


------



Prof. Musiał: Polska nigdy nie zrzekła się reparacji. 
Przed nami bardzo ciężka praca, aby to udowodnić


opublikowano: 2 sierpnia 2022


wPolityce.pl: Jak co roku powraca temat reparacji wojennych od Niemiec. Czy Polska ma szansę uzyskać od zachodniego sąsiada zapłatę za straty i zniszczenia z II wojny światowej?

Prof. Bogdan Musiał: Oczywiście, że mamy szanse. W moim przekonaniu, jeżeli chodzi o kwestie prawa międzynarodowego, sprawa jest otwarta. Polska nie zrzekła się reparacji, nie ma żadnego protokołu – ani między Polską a NRD, ani między Polską a RFN-em, ani między Polską a Związkiem Sowieckim.

Jestem przekonany na 99,9 proc., że taki protokół nigdy nie powstał, chociaż, co bardzo istotne – miał powstać. Delegacja ustanowiona z „polskiej” strony, czyli rządu komunistycznego, została wyznaczona, jednak do podpisania protokołu nigdy nie doszło. Musiałaby to być umowa dwustronna między Polską a ówczesnym NRD lub RFN albo między Polską z ZSRR. Takiego protokołu nie ma.

Wydaje się jednak, że w ocenie niemieckich polityków, tak z rządu, jak i z opozycji, sprawa jest już przesądzona. Z Berlina wciąż słyszymy, że nie ma podstaw prawnych do wypłaty Polsce reparacji czy że sprawa jest zamknięta. Skąd taka postawa, skoro – jak Pan mówi – nie istnieje żaden protokół potwierdzający zrzeczenie się przez Polskę reparacji?

Bo mają tu „pomoc” ze strony polskiej. Powołują się na rzekome zrzeczenie się przez nas reparacji w 1953 r., podczas gdy takiego dokumentu nie ma i nigdy takiego dokumentu nie przedstawili. Twierdzą, że on jest, ale go nie mają. Dla nich jest to bardzo wygodne. Jestem zresztą w stanie zrozumieć niemieckich polityków. Z ich punktu widzenia lepiej jest tak twierdzić, ponieważ wtedy powstaje wrażenie, że sprawa jest sprawnie załatwiona. W rzeczywistości tak nie jest.

RFN, ma umowy ze wszystkimi krajami – dwustronne – podpisane po 1949 r., regulujące kwestię reparacji. Ze wszystkimi krajami, ale nie z Polską. Związek Sowiecki podpisał to z NRD 22 sierpnia 1953 r. Taki protokół jest, że ZSRR zrzeka się reparacji od NRD, ale Polska takiego protokołu nie ma. Nie wystarcza tutaj sama deklaracja formalna.

To tak, jakbym zadeklarował, że chciałbym kupić od Pani mieszkanie, a Pani odpowiedziałaby: proszę bardzo, chętnie je Panu sprzedam. Same deklaracje nie wystarczą, trzeba podpisać umowę, w dodatku w obecności notariusza. Dopiero wówczas będzie miało to moc prawną. I w tym przypadku mamy tylko deklarację rządu komunistycznego, który powołuje się na rozporządzenie. A w tym rozporządzeniu wyraźnie napisane jest, że deklaracja będzie mieć moc prawną, jeśli zostanie podpisana umowa. Tej umowy nie ma.

1 września strona polska ma przedstawić pierwszą część raportu o stratach wojennych. Czy ten dokument może przybliżyć nas do uzyskania reparacji, czy też konieczna jest tutaj także dobra wola Niemiec?

Po pierwsze: nie oczekiwałbym dobrej woli. Po drugie: wiele będzie zależeć od jakości raportu. Jeżeli będą w nim błędy, jeżeli okaże się po prostu słaby, to będziemy mieć debatę na temat jakości raportu, a nie wyrządzonych nam szkód i wysokości odszkodowania. Druga strona bardzo chętnie podejmie wówczas dyskusję, ale na temat błędów w raporcie. W tak ogromnej pracy zawsze zdarzą się błędy, ale nie mogą to być błędy kardynalne. Dyskusja musi toczyć się na temat reparacji, tego, że nam się należą i ile powinno wynieść takie odszkodowanie.

Kluczową sprawą jest tutaj merytoryczna jakość tego raportu. Jeśli będzie słaby, obarczony błędami, okaże się kontrproduktywny.

Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który był przewodniczącym Parlamentarnego Zespołu ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w trakcie II Wojny Światowej, że o uzyskaniu przez Polskę reparacji od RFN może przesądzić także słabnąca, podkopana przez postawę wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę, pozycja Berlina. Czy straty wizerunkowe Niemiec sprawiłyby, że presja Polski na wypłatę reparacji okaże się bardziej skuteczna?

Niestety, traktowałbym to jako myślenie życzeniowe. Ponieważ Niemcy i tak mają mocną pozycję. Są możliwości prawne, także trybunały międzynarodowe, bo kiedy mówimy o miliardach czy nawet setek miliardów, które ktoś miałby nam zapłacić, nie sądzę, że zrobiłby to dobrowolnie.

Niemcy muszą być do tego naprawdę przekonani, ale nie tylko argumentami w rodzaju: „Nam się należy”. Tutaj bardzo istotne jest opracowanie ścieżki prawa międzynarodowego, w jaki sposób Polska może ubiegać się o reparacje wojenne. A według moich wstępnych ustaleń, taka ścieżka w prawie międzynarodowym jest.

Są także inne możliwości, w moim przekonaniu moglibyśmy ubiegać się o część zadośćuczynienia za zbrodnie wojenne także przed niemieckimi sądami. Jeśli więc stawiamy żądania reparacyjne, to należałoby przede wszystkim opracować wszystkie legalne możliwości, w jaki sposób możemy je uzyskać. Jeżeli zbierzemy je całościowo i przedłożymy, od razu mamy inną debatę.

Zatem, po pierwsze: musimy udowodnić, ze Polska nie zrzekła się zadośćuczynienia za straty wojenne, i mamy możliwość udowodnienia tego faktu.

Po drugie: Powinniśmy przedstawić raport, któremu nie będzie można nic zarzucić merytorycznie.

Po trzecie: Musimy przyjrzeć się wszystkim ścieżkom prawnym, a w moim przekonaniu taka ścieżka prawna jest.

To oczywiście długa droga, ale spełnienie tych kryteriów ułatwi nam uzyskanie reparacji. Liczenie na dobrą wolę Niemców jest, bardzo delikatnie mówiąc, myśleniem życzeniowym.

Czy temat reparacji dla Polski istnieje, funkcjonuje, w niemieckiej debacie publicznej? Jaki pogląd ma na tę kwestię niemieckie społeczeństwo?

Ten temat był podnoszony w RFN już wcześniej. Dziś wraca, są debaty i ze wszystkich wyłania się bardzo negatywne stanowisko w tej kwestii. Społeczeństwo niemieckie jest bowiem przekonane, że Polska zrzekła się reparacji i nie ma do nich praw.

Taka narracja funkcjonuje w Niemczech. Głosy przeciwne są raczej pojedyncze i nie są to głosy, które miałyby wpływ na opinię publiczną. Dlatego wymagać od polityków niemieckich, aby je wspierali, również jest myśleniem życzeniowym. Pani minister Baerbock złożyła zresztą niedawno wizytę w Grecji, gdzie jasno i wyraźnie powiedziała, że jeśli chodzi o reparacje, to nie ma takiej możliwości. Niemieccy ministrowie działają w interesie państwa niemieckiego. A w interesie państwa niemieckiego jest nie wypłacić tych reparacji. To jest dla nich ogromne obciążenie. I wymagać, aby to wspierali, to naiwność. Widzimy zresztą, że nawet Friedrich Merz, lider opozycyjnej CDU, przyjechał do Polski i powiedział, że nie ma podstaw prawnych do uzyskania reparacji. Bardzo prawdopodobne jest, że pan Merz za 2-3 lata zostanie kanclerzem Niemiec i będzie musiał zmagać się z tym problemem i jest tego świadom. A niemiecka opinia publiczna jest bardzo negatywnie nastawiona do pomysłu wypłaty Polsce reparacji.

Może więc, oprócz wymienionych przez Pana punktów, przydałaby się jakaś większa akcja dyplomatyczna?

Nawet nie tylko dyplomatyczna, to za mało. Musi to być też ofensywa medialna, także w zakresie polityki historycznej, ukazanie – poprzez różne formy – efektów niemieckiej okupacji w Polsce. Bo współcześni Niemcy nie mają świadomości, co ich przodkowie zrobili w Polsce. Nie wiedzą tego również społeczeństwa innych państw zachodnich, patrząc na okupację niemiecką ze swojej własnej perspektywy.

Polska musi wykonać bardzo, bardzo wiele pracy. To nie tylko wyliczenie samych strat i rzetelne, merytoryczne argumenty, za tym musi iść także opracowanie wszystkich ścieżek prawnych, udowodnienie, że Polska nigdy nie zrzekła się reparacji.

To musi być także polityka historyczna jako element, który wprowadza do debaty – również w innych krajach na zachodzie – różnice w niemieckiej okupacji w poszczególnych krajach. Bo do dziś trudno mi uwierzyć, że Francuzi uważają, że okupacja niemiecka, której doświadczyli w swoim kraju, była porównywalna z tą, z którą mieliśmy do czynienia w Polsce. W odniesieniu do naszego kraju Niemcy mieli inną politykę okupacyjną, czysto rasistowską, nastawioną na zniszczenie elit przywódczych, a w tym ostatnim bardzo pomogli im Sowieci. Ci nasi „sąsiedzi” działali tutaj wspólnie, łączył ich jeden interes: zniszczenie fundamentów polskiej państwowości. Zniszczenie Warszawy także na tym polegało.

W żadnym innym kraju Niemcy nie prowadzili takiej polityki okupacyjnej i nie dokonali tak ogromnych zniszczeń, jak w Polsce. I to też musimy światu pokazać. Kiedy do zachodnich społeczeństw dotrze ta świadomość, to debata o reparacjach od razu będzie mieć inny wymiar.

Dopóki nie ma tej świadomości, a Polacy są na Zachodzie postrzegani wręcz jako wspólnicy Niemców w Holokauście, jako naród, który rabował, mordował Żydów, a w dodatku jeszcze brał za to pieniądze, dopóki nie skorygujemy tego obrazu, trudno będzie nam przekonać zachodnią opinię publiczną, że należą nam się reparacje.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozm. Joanna Jaszczuk





------------

Minister Szrot: Zrzeczenie się przez Polskę roszczeń od Niemiec było "rzekome". Nie powinno mieć znaczenia prawnego. To są fakty

opublikowano: 30 sierpnia 2022


Opinia prezydenta ws. reparacji

We wtorkowej rozmowie w radiowej Trójce Paweł Szrot został zapytany, czy w opinii prezydenta zwieńczeniem publikacji raportu dotyczącego odszkodowań należnych Polsce za straty spowodowane przez Niemcy w trakcie II wojny światowej, który w części ma zostać opublikowany 1 września, powinien być wniosek polskiego rządu o reparacje.


To decyzja polskiego rządu

— zaznaczył szef gabinetu prezydenta. Podkreślił, że trzeba pamiętać o sytuacji, w jakiej Polska znalazła się po zakończeniu II wojny światowej, m.in. wskazał na „marionetkowy rząd w rękach Stalina”. Zaznaczył, że „rzekome zrzeczenie się jakichkolwiek roszczeń ze strony Niemiec w tym okresie, nie powinno mieć znaczenia prawnego”.


I to z punktu widzenia prawa międzynarodowego są fakty. Reszta jest po stronie rządu

— podkreślił. Zapewnił jednocześnie, że prezydent i jego doradcy „wnikliwie” zapoznają się z raportem.


Relacje Polski i Niemiec

Pytany, jaki obecnie jest stan stosunków polsko-niemieckich, Szrot podkreślił, że prezydent Duda utrzymuje „poprawne, rzeczowe i merytoryczne” relacje ze swoim niemieckim odpowiednikiem prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem.


Tutaj wszystko się rozgrywa dobrze. Oczywiście relacje zawsze mogą być lepsze, ale to jest też kwestia postawy obu stron

— powiedział.

Szef gabinetu prezydenta poinformował, że Andrzej Duda wraz z przedstawicielami rządu upamiętni rocznicę wybuchu II wojny światowej na Westerplatte.
Zapowiedź raportu dot. reparacji

W połowie lipca prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński zapowiedział, że pierwszą część raportu opracowywanego przez Parlamentarny Zespół ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w trakcie II Wojny Światowej zostanie opublikowana 1 września.

Raport był przygotowany przez funkcjonujący w poprzedniej kadencji parlamentu - od września 2017 roku - Parlamentarny Zespół ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w trakcie II Wojny Światowej. Zespół, którym kierował poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, przygotowywał raport dotyczący strat Polski poniesionych w wyniku II wojny światowej i wysokości odszkodowania dla Polski od Niemiec.

W połowie lipca premier Mateusz Morawiecki pytany w Boronowie (woj. śląskie) co w ostatnich latach Polska zrobiła, aby uzyskać odszkodowania wojenne i reparacje od Niemiec przypomniał o przygotowywanym kompleksowym raporcie, który ma pokazać zakres nie tylko niemieckich zbrodni wojennych z okresu II wojny światowej, ale także wyrządzonych zniszczeń.

Szef rządu przekazał wówczas, że raport tłumaczony jest obecnie na kilka języków. Morawiecki zauważył, że Polska była wśród krajów, które zdecydowanie najmocniej ucierpiały w wyniku II wojny światowej, a otrzymała praktycznie „śladowe, minimalne środki jako odszkodowanie”.


Trudno to nawet nazwać odszkodowaniem

— ocenił wówczas premier.


------------



Ani w 1953, ani w 1970, 1990 czy 1991 roku Polska nie straciła praw do reparacji wojennych. Zaprzeczanie temu wynika ze złej woli


opublikowano: 14 sierpnia 2017


Wielu polityków PO, m.in. Grzegorz Schetyna czy Radosław Sikorski (a przy okazji jego żona Anne Applebaum) przeżywa wzmożenie, jakoby kwestia reparacji wojennych Niemiec dla Polski była zamknięta. A mówienie o tym jest nieodpowiedzialne, psuje relacje z Berlinem i całą UE, izoluje Polskę i naraża nie tylko na śmieszność, ale wręcz retorsje. Takie głosy wynikają nie tylko z nawyku poddaństwa czy kamerdynerstwa wobec zachodniego sąsiada, ale przede wszystkim z niewiedzy bądź „udawania głupiego”.

Tym bardziej że istnieją bardzo merytoryczne i wszechstronne prawne ekspertyzy, np. opublikowane w 2004 r. przez prof. Jana Sandorskiego z Katedry Prawa Międzynarodowego UAM w Poznaniu czy dr. hab. Mariusza Muszyńskiego z Katedry Prawa Międzynarodowego i Europejskiego UKSW w Warszawie, z których korzystam. Sprawa ani nie jest zamknięta, ani beznadziejna, o czym najlepiej świadczą działania różnych rządów Niemiec od lat 50. do 90., w tym te podejmowane po 12 września 1990 r., a więc po podpisaniu tzw. traktatu 2 + 4 dotyczącego zjednoczenia Niemiec i prawno-międzynarodowych konsekwencji tego wydarzenia. Także obecnie niemieccy politycy i prawnicy zdają sobie sprawę, że nie istnieje żadna pewna podstawa prawno-traktatowa uniemożliwiająca Polsce występowanie o reparacje. Oczywiście publicznie mówią co innego, ale to tylko polityka i urabianie opinii publicznej.

Pierwsze nieporozumienie w kwestii reparacji wynika z tego, że wiąże się je z umową poczdamską z 2 sierpnia 1945 r. Tymczasem reparacje to kwestia i starsza, i ogólniejsza. Reparacje to sposób naprawienia bezprawia, jakim jest wojna, wypracowany już na konferencji w Wersalu (1919-1920). Umowę Poczdamską jako prawną podstawę egzekwowania reparacji od Niemiec zanegowała po II wojnie światowej np. Francja, która – podobnie jak Polska - nie była jej stroną. Reparacje to także konieczność wypłaty przez Niemcy odszkodowań za łamanie prawa wojennego, co wynika m.in. z art. 3 Konwencji Haskiej z 18 października 1907 r. Reparacje to wreszcie konieczność kompensacji za niebywałe zbrodnie niemieckie. Nie jest polskim problemem to, że sposób prowadzenia wojny przez Niemcy powodował tak ogromne straty ludzkie i takie zniszczenia, przede wszystkim w Polsce, że materialna odpowiedzialność za nie mogłaby przerastać możliwości niemieckiego państwa. Już w Jałcie trzy mocarstwa uznały, że konieczne i sprawiedliwe jest obciążenie Niemiec obowiązkiem naprawienia strat - w optymalny sposób i przede wszystkim wobec państw, które poniosły największe straty, czyli np. Polski. W Poczdamie ustalono kwestie techniczne pobierania reparacji, w wypadku Polski za pośrednictwem ZSRS, co nie ograniczało generalnych praw naszego kraju do reparacji, jak i nie ograniczało ich tylko do terytorium NRD.

W świetle prawa międzynarodowego umowa poczdamska nie była ani ściśle traktatem pokojowym, ani traktatem reparacyjnym. Ona tylko zapowiadała właściwy traktat pokojowy. Ale jego zawarcie przez następne dekady uniemożliwiało rozbicie Niemiec na dwa państwa. Takie warunki powstały po zjednoczeniu Niemiec w 1990 r. Wobec braku traktatu pokojowego czy reparacyjnego pobieranie reparacji na rzecz Polski wynikało z technicznych ustaleń w Poczdamie, ale Polska nie miała żadnego wpływu na to, co i jak miał jej przekazywać ZSRS. Polska nie miała też żadnego wpływu na to, że 15 sierpnia 1953 r. ZSRS poinformował USA, Wielką Brytanię i Francję, iż od 1 stycznia 1954 r. przestanie pobierać reparacje od Niemiec, czyli faktycznie od NRD. 22 sierpnia 1953 r. w Moskwie podpisano w tej sprawie umowę między ZSRR a NRD. Polska miała się jej podporządkować, choć ani nie była jej stroną, ani nie prowadziła odrębnych negocjacji z NRD. Z woli Moskwy Rada Ministrów kierowana przez Bolesława Bieruta 23 sierpnia 1953 r. podjęła uchwałę w tej sprawie. Znalazły się w niej takie słowa: „Biorąc pod uwagę, że Niemcy zadość uczyniły już w znacznym stopniu swym obowiązkom z tytułu odszkodowań i że poprawa sytuacji gospodarczej Niemiec leży w interesie ich pokojowego rozwoju, Rząd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej - pragnąc wnieść swój dalszy wkład w dzieło uregulowania problemu niemieckiego w duchu pokojowym i demokratycznym oraz zgodnie z interesami narodu polskiego i wszystkich miłujących narodów - powziął decyzję o zrzeczeniu się z dniem 1 stycznia 1954 r. spłaty odszkodowań na rzecz Polski”.

Polska mogłaby skutecznie zrzec się reparacji, gdyby została zawarta stosowna umowa międzynarodowa lub jednostronne zrzeczenie byłoby ważne z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Uchwała Rady Ministrów z 23 sierpnia 1953 r. tych warunków nie spełnia. Nie zawarto przecież polsko-niemieckiego traktatu o reparacjach. Nie istnieje nawet w tej sprawie nota rządu PRL do rządu NRD. Istnieje tylko list ówczesnego premiera NRD Otto Grotewohla, w którym dziękuje on Radzie Ministrów PRL za zrzeczenie się reparacji. Istnieje też odpowiedź Bolesława Bieruta na ten list. Wymiana listów nie zastępuje jednak umowy międzypaństwowej o zrzeczeniu się reparacji. Za prof. Janem Sandorskim można i powinno się uchwałę Rady Ministrów uznać za akt jednostronny, nieważny od początku i jako taki nigdy nie rodzący skutków prawnych. Choćby dlatego, że owa uchwała była skutkiem dyktatu Sowietów (przede wszystkim ekonomicznego), w tym konkretnym wypadku naruszającego suwerenność polskiego państwa (w sensie ogólnym PRL była uznawana za państwo suwerenne w prawnym znaczeniu) i stawiającego rząd PRL w pozycji nierównoprawnego partnera stosunków międzynarodowych. Uchwały nie należy też kwalifikować jako aktu jednostronnego stricte, czyli jako źródła prawa międzynarodowego. Wprawdzie 23 września 1953 r. ówczesny wiceminister MSZ Marian Naszkowski, jako delegat rządu PRL oświadczył na VIII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, że rząd PRL podjął 23 sierpnia 1953 r. uchwałę o reparacjach, ale treść tego oświadczenia nie oznaczała samoistnego zrzeczenia się ani ściśle nie potwierdzała uchwały Rady Ministrów. W świetle prawa międzynarodowego oświadczenia Naszkowskiego nie sposób uznać za źródło prawa.


Niemcy dobrze wiedzieli, że uchwała rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r. nie jest nic warta, dlatego starali się, by zrzeczenie się reparacji znalazło się w traktacie o normalizacji stosunków Polski i RFN, podpisanym 7 grudnia 1970 r. W projekcie układu o podstawach normalizacji stosunków (z kwietnia 1970 r.) Niemcy chcieli umieścić taki fragment: „Obie strony nie podnoszą wobec siebie żadnych roszczeń, które pochodzą z II wojny światowej”. Ale polska strona odrzuciła tę propozycję i w układzie się ona nie znalazła. Potem rząd RFN jednostronnie powoływał się na rzekome potwierdzenie przez Polskę w negocjacjach obowiązywania uchwały z 23 sierpnia 1953 r., i to wobec całych Niemiec, jednak znajduje się to tylko w niemieckim dzienniku ustaw jako załącznik do tekstu układu. W polskim dzienniku ustaw nie ma takiego oświadczenia, co to niemieckie czyni tylko ciekawostką. Samo podjęcie tematu świadczy o tym, że rząd RFN dopuszczał możliwość występowania przez Polskę z roszczeniami reparacyjnymi i chciał się przed tym zabezpieczyć.

Kłopotliwa dla współczesnych, zjednoczonych Niemiec jest nawet umowa ZSRS-NRD z 22 sierpnia 1953 r., gdzie stwierdzono: „Niemiecka Republika Demokratyczna zostaje zwolniona z obowiązku spłacania pozostałej po 1 stycznia 1954 r. sumy reparacji. (…) Rząd radziecki, po uzgodnieniu z Rządem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (odnośnie jej części reparacji) całkowicie przerywa z dniem 1 stycznia 1954 r. pobieranie od Niemieckiej Republiki Demokratycznej reparacji”. Jasno z tego wynika, że ZSRS nie zrzekł się reparacji, a tylko wstrzymał ich pobieranie, i to wyłącznie wobec NRD. O „przerwaniu” pobierania reparacji od RFN mówi też umowa z lutego 1953 r. między RFN z państwami zachodnimi. Spłatę reparacji zawieszano do chwili przyjęcia traktatu pokojowego, czyli faktycznie do traktatu 2+4 (z 12 września 1990 r.), gdy nastąpiło zjednoczenie Niemiec. Dopiero wtedy pojawił się podmiot zdolny do zawarcia ostatecznego traktatu pokojowego. W związku ze zjednoczeniem w Niemczech uznano, że wszelkie roszczenia reparacyjne powinny zostać zamknięte podczas negocjacji traktatu 2+4, zastępującego „ostateczny traktat pokojowy” i zamykającego rozliczenia związane z II wojną światową. Problemem Niemiec jest to, że z prawnego punktu widzenia traktat 2+4 wiąże jedynie jego strony, a Polska stroną nie jest. Jeśliby traktat 2+4 miałby być skuteczny także wobec Polski, musiałaby być zrealizowana procedura przewidziana przez prawo międzynarodowe, aby umową związać państwa trzecie. Tak się nie stało.

Zarówno traktat 2+4, jak i polsko-niemiecki traktat o potwierdzeniu granicy (z 14 listopada 1990 r.) oraz traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy (z 17 czerwca 1991 r.) nie zawierają rezygnacji Polski z reparacji od Niemiec.

Polska nie była stroną traktatu 2+4, więc w kwestii zrzeczenia się reparacji mogłaby zostać związania jego postanowieniami poprzez formułę pactum in onus tertii (umowa na niekorzyść trzeciego). Zgodnie z prawem międzynarodowym, trzeba to zrobić wyraźnie i na piśmie, a do niczego takiego nie doszło. Oznacza to, że traktat 2+4 nie zobowiązuje Polski do zamknięcia sprawy reparacji, czyli pozostawia ją otwartą. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę ówczesny kanclerz Niemiec Helmut Kohl, który przekonał strony traktatu 2+4, by o sprawach reparacji nie wspominać i nie wywoływać wilka z lasu. Kohl doprowadził do przyjęcia politycznego konsensusu w sprawie reparacji, ale to nie ma żadnego wpływu na kwestie prawne. Obecny stan prawny stwarza Polsce pełne możliwości stawiania roszczeń reparacyjnych. Zaprzeczanie temu wynika albo z reprezentowania obcych interesów, albo ze złej woli, albo ze zwykłej ignorancji.











sobota, 4 października 2025

"Reszta mówiła gwarą"

 


Na przełomie XIX i XX wieku około 30 procent Polaków, a może i mniej, używało języka ogólnego. 


Reszta mówiła gwarą. 





przedruk

Jak brzmiał język polski sto lat temu? Kazimierz Nitsch i jego odkrycia

2025-09-26, 07:47




Kazimierz Nitsch, urodzony w 1874 roku w Krakowie, był absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Podczas studiów polonistycznych zetknął się m.in. z wybitnym językoznawcą Janem Baudouinem de Courtenay oraz z Lucjanem Malinowskim, którego został uczniem.


[link w oryginalnym materiale PR - można odsłuchać audycję]

Prof. Władysław Lubaś z Instytutu Języka Polskiego Polskiej Akademii Nauk w Krakowie na temat prac naukowych prof. Kazimierza Nitscha. Audycja Jerzego Gruma z cyklu "Thesaurus, czyli skarbiec języka polskiego" (PR, 29.07.1994) 10:06


Gimnazjum i akademia

Dziesięć lat po ukończeniu studiów, w 1905 roku, Kazimierz Nitsch, wtedy już z tytułem doktora, habilitował się na podstawie rozprawy o "językach lechickich". By rozwijać swoje naukowe pasje, brał urlopy w pracy nauczycielskiej, ale jednocześnie zajmowały go sprawy pedagogiczne. Był choćby jednym z autorów artykułu o wiele mówiącym tytule "Nasza szkoła średnia, krytyka jej podstaw i konieczność reformy" (1906).

Kiedy jednak dostał nominację na profesora nadzwyczajnego filologii słowiańskiej na UJ, mógł już bez reszty poświęcić się temu, co mu było najbliższe: badaniu i opisywaniu polszczyzny. Jej historii, a przede wszystkim – współtworzącym język polski "narzeczom", czyli gwarom oraz (obejmującym większy obszar) dialektom.



"Mapa narzeczy polskich" na podstawie prac prof. Kazimierza Nitscha. Fot. Polona




Czytaj także:


W poszukiwaniu narzeczy

"Co mu zawdzięcza nas język ojczysty?", pytał retorycznie Jan Michał Rozwadowski, autor przedwojennej broszury na temat dokonań prof. Kazimierza Nitscha. "On wziął pracę zbadania całego językowego obszaru polskiego (…). W długim szeregu systematycznych podróży, wycieczek i badań (…) stworzył podwaliny dialektologii polskiej, dał zasadniczy obraz ogólny narzeczy polskich".

- Stało się to, po pierwsze, prawdopodobnie pod wpływem Jana Baudouina de Courtenay, który ukazał perspektywy językoznawstwa właśnie poprzez badanie języka żywego – tłumaczył prof. Władysław Lubaś.

- Nitsch zainteresował się gwarami pewnie również dlatego, że w owym czasie, na przełomie XIX i XX wieku, około 30 procent Polaków, a może i mniej, używało języka ogólnego, i to jeszcze zróżnicowanego regionalnie. Reszta mówiła właśnie gwarą – dodawał badacz.

Trzecim źródłem dialektologicznych pasji Kazimierza Nitscha mogłoby być i to, że patrzył on na gwary przez pryzmat historii języka. Zauważył bowiem, że gwary są bardziej archaiczne niż język literacki ogólny. Że zawierają w swoich systemie takie zjawiska, które dawno już z języka ogólnego wyszły.


Nowe metodologie

Określanie Kazimierza Nitscha "ojcem dialektologii polskiej" nie oznacza, że przed nim nikt nie interesował się tym językoznawczym tematem.

Nauczyciel Nitscha, Lucjan Malinowski, rozpoczął badania gwar śląskich, zbierał teksty, opisał niektóre z nich. Ale były to badania niesystematyczne, dotyczyły tylko wybranych wsi i regionów

- Nitsch natomiast zrewolucjonizował metodę opisu dialektów. Wprowadził wstępną selekcję już na etapie zbierania materiałów. Z mowy ludowej wybierał takie zjawiska, które były charakterystyczne dla poszczególnych regionów. I to był przełom – podkreślał prof. Władysław Lubaś.

Jednym z badawczych narzędzi wprowadzonych przez Kazimierza Nitscha był na przykład z góry ułożony kwestionariusz, według którego można było zgromadzić odpowiednie wyrazy czy formy - i przeciwstawić je innym.


Żywa polska mowa

Jakie były owoce tych prac – terenowych ("długi szereg podróży i wycieczek") i naukowych – Kazimierza Nitscha?

Wśród wielu tytułów z pewnością wyróżnia się wielka synteza polskiej dialektologii: "Dialekty języka polskiego" z 1915 roku. 

– Rozprawa ta informuje o rozmieszczeniu gwar, ich cechach gramatycznych i słownikowych. I wszystkie te spostrzeżenia zachowują wciąż aktualność – zaznaczał prof. Władysław Lubaś.

Inne ważne publikacje współtworzone przez Kazimierza Nitscha to m.in. "Atlas językowy polskiego Podkarpacia" (1934) czy "Mały atlas gwar polskich" (1957-70).

By zaś sądy ogólne zilustrować konkretnymi przykładami – dzięki wczesnej pracy Kazimierza Nitscha, "Dialektom polskim Prus Wschodnich" (1907), wiemy dziś choćby, że na opisywanych w tej książce terenach mówiono: "ribi, grzibi", "dómb, dziesónty", "zemby, dziesień" czy "chłopamy, ludziamy" (to ostatnie zwł. na Warmii, ziemi ostródzkiej i niedzickiej).


Konferencja w Wersalu

Tym drobiazgowym i z pewnością wymagającym wysiłku badaniom patronowały jednak nie tylko czysto językowe cele.

- Interesowały go obrzeża polszczyzny. Był w dobrym tego słowa znaczeniu XIX-wiecznym patriotą, który starał się chronić polskie granice. W związku z tym badał najpierw gwary Pomorza, Śląska, Galicji Zachodniej – opowiadał prof. Władysław Lubaś. 

– Kazimierz Nitsch zbierał materiały świadczące o tym, jak daleko sięgał żywioł polski. Nic zatem dziwnego, że na konferencji w Wersalu, kiedy ustalano polskie granice, wykorzystano ekspertyzy Nitscha w określeniu "zasięgów narodowych polskich".

Kazimierz Nitsch - współzałożyciel Towarzystwa Miłośników Języka Polskiego, prezes Polskiej Akademii Umiejętności, jedna z ofiar "Sonderaktion Krakau" i więzień obozu w Sachsenhausen, członek powojennej Komisji Ustalania Nazw Miejscowości, naukowiec, którego bibliografia prac liczy ponad 700 pozycji, doktor honoris causa paryskiej Sorbony – zmarł 26 września 1958 roku w Krakowie.





Źródło: Polskie Radio/jp


"Polski Słownik Biograficzny", Warszawa 1979; Wanda Szulowska, "Gwary Warmii i Mazur w ujęciu Profesora Kazimierza Nitscha", "Prace Językoznawcze" 11/2009.







polskieradio24.pl/artykul/3112053,jak-brzmial-jezyk-polski-sto-lat-temu-kazimierz-nitsch-i-jego-odkrycia



Demo...kracja.... czy SONDAŻE?







naruszających przestrzeń NATO. Polacy zabrali głos [SONDAŻ]

27.09.2025 10:26

Zdecydowana większość Polaków uważa, że rosyjskie myśliwce przekraczające granice państw NATO powinny być zestrzeliwane – wynika z badania pracowni SW Research dla Onetu.



Co musisz wiedzieć:

Wg sondazu SW Research dla Onetu 

67% Polaków uważa, że rosyjskie myśliwce naruszające przestrzeń NATO powinny być zestrzeliwane.
8,7% się temu sprzeciwia, 
24,2% nie ma zdania w tej kwestii


Badanie odnosi się do nasilenia działań prowokacyjnych Rosji, której siły powietrzne coraz częściej naruszają przestrzeń powietrzną krajów NATO, w tym Polski.


Prowokacje Rosji

W ostatnich tygodniach Rosja nasiliła działania w pobliżu granic NATO. W nocy między 9 a 10 września do Polski wleciało ponad dwadzieścia rosyjskich dronów. Siły Powietrzne RP wraz z siłami sojuszniczymi zestrzeliły kilka tych, które stanowiły zagrożenie.

Nieco ponad tydzień później – 19 września – trzy myśliwce MiG-31 naruszyły przestrzeń powietrzną Estonii, przebywając w niej przez 12 minut. Tego samego dnia dwa rosyjskie samoloty przeleciały nisko nad platformą wiertniczą Petrobalticu na Bałtyku.


Wyniki sondażu

W badaniu SW Research zapytano:

„Czy państwa NATO powinny zestrzeliwać rosyjskie myśliwce naruszające przestrzeń powietrzną krajów członkowskich?”

Odpowiedzi rozłożyły się następująco:

67 proc. – „tak”,
8,7 proc. – „nie”,
24,2 proc. – „trudno powiedzieć/nie mam zdania”.



Kto najczęściej popiera zestrzeliwanie samolotów?

Z badania wynika, że:

częściej mężczyźni (73,4 proc.) niż kobiety (61,3 proc.),
częściej osoby starsze – 70,3 proc. powyżej 50 lat,
najmniej zdecydowani są młodzi – w grupie do 24 lat poparcie dla zestrzeleń wynosi 54,7 proc.


Stanowisko Donalda Trumpa

Podczas 80. sesji Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych, Donald Trump został zapytany przez dziennikarzy czy uważa, że państwa NATO powinny zestrzeliwać rosyjskie samoloty naruszające ich przestrzeń powietrzną. Trump krótko odparł:

Tak, tak myślę.

Dopytywany, czy USA wsparłyby w tym sojuszników, powiedział:

Zależy od okoliczności, ale tak, jesteśmy bardzo mocni w sprawie NATO.







Autor: Robert Wąsik
Źródło: Onet.pl
Data: 27.09.2025 10:26








.tysol.pl/a147039-zestrzeliwanie-rosyjskich-mysliwcow-naruszajacych-przestrzen-nato-polacy-zabrali-glos-sondaz