Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

wtorek, 30 grudnia 2025

"opanowane przez Niemców magistraty"

 

 "mamy wrogów. Oni to robią świadomie. Walczą z nami"






przedruk


Jan Pietrzak: "Mamy wrogów, którzy nas atakują, którzy nas niszczą"


opublikowano: 25 grudnia



„Mnie najbardziej denerwują ludzie, którzy są osobami publicznymi i się dziwią, ciągle się dziwią, jak tak można. Można, bo mamy wrogów” – powiedział Jan Pietrzak na antenie Telewizji wPolsce24.

Jan Pietrzak był gościem programu Emilii Wierzbicki i Wojciecha Biedronia na antenie Telewizji wPolsce24.
W świątecznym wywiadzie został zapytany o jego słynną pieśń „Żeby Polska była Polską”:


Muszę państwu uświadomić, że ta pieśń jest obecnie ściśle zakazana w wielu miastach, wielu częściach kraju. Tam gdzie rządzą wrogowie polskiej wolności, gdzie rządzą wrogowie Polski, którzy chcą ustawiać pomniki Niemcom i gdzie losy polskie ich nie interesują. Nie mam prawa występowania, (…) bo nie pozwalają mi występować opanowane przez Niemców magistraty

– powiedział Jan Pietrzak.


„Mamy wrogów, którzy nas atakują”

Przekonywał też, że Polska ma wrogów niszczących ważne elementy naszego państwa.

Mamy wrogów, którzy nas atakują, którzy nas niszczą, którzy nam niszczą infrastrukturę, którzy nam niszczą rolnictwo, służbę zdrowia, niszczą celowo, świadomie. Niszczą szpitale, niszczą edukację, z dzieci chcą zrobić przygłupów a nie wykształconych ludzi. To przecież musimy z tym walczyć! Nie możemy być bezradni

– stwierdził.

Zwrócił też uwagę na kwestię niszczenia polskiej kultury.

Kultura zupełnie została zdegradowana. (…) Profanują naszą kulturę tak samo, jak naszą wiarę. Są tacy ludzie i robią to z rozmysłem. Mnie najbardziej denerwują ludzie, którzy są osobami publicznymi i się dziwią, ciągle się dziwią, jak tak można. Można, bo mamy wrogów. Oni to robią świadomie. Walczą z nami. Musimy mieć tego świadomość, bo inaczej na przygłupów my wychodzimy

– mówił Jan Pietrzak.





Cała rozmowa tutaj:

wpolityce.pl/polityka/749119-tylko-u-nas-jan-pietrzak-mamy-wrogow-ktorzy-nas-niszcza



Kultura wiecznego zderzenia

 



przedruk



Młodzi nie tworzą już związków.

Szałajko: "To efekt kultury wiecznego zderzenia, wiecznej konfrontacji, wrogości wobec siebie"


opublikowano: 25 grudnia






Gdy się zastanowimy, jak dzisiaj ludzie dobierają się w pary, czego szukają, to bardzo negatywny wpływ wywierają wszelkiego rodzaju portale randkowe. Tam ludzie, zamiast poznać siebie, kierują się takimi kryteriami jak wygląd, zasobność portfela, dobra posada - mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Katarzyna Niedźwiedź-Szałajko, dziennikarka, współautorka książki „Bezpotomni”, mama sześciorga dzieci i żona aktora Rafała Szałajko.




wPolityce.pl: Mamy w Polsce coraz większy problem z dzietnością. Dużo się mówi o promocji rodziny, o potrzebie wsparcia dla rodzin. Jednak trudno jest promować cokolwiek, jeśli ludzie przestają nawet tworzyć związki. Coraz częściej młodzi ludzie żyją jako single. Sam jestem człowiekiem zbliżającym się do 30 roku życia, ostatnio przeanalizowałem swoją klasę z liceum i okazało się, że połowa wciąż to kawalerowie i panny, wielu nawet nie tworzy żadnej poważnej relacji, a była to szkoła miejsko-wiejska, więc podejrzewam, że w miastach to może wyglądać jeszcze gorzej. Jak według pani wiedzy wygląda ta sytuacja?

Katarzyna Niedźwiedź-Szałajko: Rzeczywiście jest duży kryzys relacyjny i on jest też mocnym podłożem do statystyk, dotyczących dzietności, które są dzisiaj. To jest bardzo duża przyczyna tego, że te wyniki mamy, jakie mamy w Polsce.

Ten kryzys relacyjny ma szerokie podłoże. Jest spowodowany m.in. tym, że kobiety dzisiaj świetnie się kształcą, a co za tym idzie, wyjeżdżają do dużych miast. Według statystyk na trzy kobiety w dużych miastach, będących ośrodkami uniwersyteckimi, przypada dwóch mężczyzn. A na wsiach i w mniejszych miejscowościach jest zupełnie odwrotnie. Tam mężczyźni mają problem ze znalezieniem żony. Już samo to jest problemem. Może to zabrzmi zabawnie, ale program telewizyjny „Rolnik szuka żony” też nie wziął się znikąd. To w pewnym sensie jest odpowiedź na realny problem.

Gdy się zastanowimy, jak dzisiaj ludzie dobierają się w pary, czego szukają, to bardzo negatywny wpływ wywierają wszelkiego rodzaju portale randkowe takie jak Tinder. Tam ludzie, zamiast poznać siebie, kierują się takimi kryteriami jak wygląd, zasobność portfela, dobra posada. Kiedyś inaczej szukaliśmy małżonka. W przeszłości szukaliśmy człowieka, na którym będzie można polegać, na kim będzie można się oprzeć, z kim będzie można założyć rodzinę. To jest fundament. Teraz te kryteria zostały odwrócone. Inaczej dobieramy się w pary, a w konsekwencji związki okazują się nietrwałe, chwilowe. Ludzie ciągle szukają, a pewnym momencie po prostu przestają szukać. A gdzie w tym wszystkim miejsce na założenie rodziny, na jej powiększenie, na jej utrzymanie i trwałość?

Jak dużym problemem jest to, że młode kobiety są średnio lepiej wykształcone od młodych mężczyzn? Kobiety nie chcą się wiązać z mężczyznami gorzej wyedukowanymi od siebie?

Wojna płci, w którą nas wpędzono, jest bezsensowna. Tak naprawdę nie służy ona ani kobietom, ani mężczyznom. Oczywiście feminizm w swojej istocie u zarania jest słuszny, bo mamy prawa wyborcze, wolność, możemy pracować. Cały czas walczymy o równouprawnienie. Tylko wpędziliśmy się w tę walkę kobiet z mężczyznami i zamiast szukać tego, co komplementarne, to ciągle podkreślamy to wszystko, co nas dzieli. Trudno jest na tym zbudować porozumienie.

Kobiety chcą być bardzo niezależne dzisiaj i niosą to na „sztandarze”. Mocno podkreślają swoje prawo do robienia kariery, do równych zarobków, do parytetów i do innych feministycznych haseł. Na tych sztandarach brakuje jednak prawa do rodzenia dzieci. O to feministki nie walczą i nie stają po stronie kobiet, które chcą być matkami, żonami. Ta sfera ich nie interesuje zupełnie. Walczą o wolność rozumianą tylko w jeden sposób. Dochodzi do konfliktu interesów damsko-męskich. On nie ma sensu, ponieważ spora część kobiet, a być może nawet większość, pragnie tego, co leży w ich naturze biologicznej. To pragnienie jest jednak dzisiaj mocno zagłuszane przez narrację „świata”. Obrzydza się macierzyństwo i to, że kobieta może być żoną. Ciągle podkreśla się „okrutny patriarchat”.

Z jednej strony mamy fenimizm, ale w jego cieniu po stronie mężczyzn rozkwita „filozofia” red pillu, manosfery. Mamy wzrost popularności subkultury inceli, którzy są wrogo nastawieni do kobiet, oskarżają je o wszystkie swoje niepowodzenia. Kiedy popatrzy się na posty zamieszczane w sieci przez internautów o takich poglądach, trudno oczekiwać, że będą oni w stanie założyć normalną rodzinę. Jak pani na to patrzy?

To jest bardzo trudny temat. Ludzie żyją coraz bardziej w odosobnieniu. Wszyscy wokół siebie obserwujemy takie zjawiska jak samotność czy izolacja społeczna. A za tym idą kolejne, takie jak niskie poczucie własnej wartości, trudność w budowaniu relacji, brak umiejętności społecznych. To wszystko mieści się w tej subkulturze.

Wpływ na to ma ogromna presja kulturowa związana z sukcesem, zupełnie innym - bardzo wąskim - rozumieniem męskości. Jest to wzmacniane przez media społecznościowe, gdzie ludzie porównują się, a to doprowadza do polaryzacji i upraszczania rzeczywistości.

Sama ta subkultura mężczyzn jest nie tylko spowodowana brakiem partnerki. To jest pewien zestaw przekonań. Ten brak partnerki jest efektem kultury wiecznego zderzenia, wiecznej konfrontacji, wrogości wobec siebie nawzajem, braku wiary w siebie i braku poczucia bycia kochanym.

Wspominała pani o mediach społecznościowych. Jak one wpływają na relacje? W mojej ocenie szczególnie negatywny wpływ wywiera Instragram, gdzie często dużą popularnością cieszą się na przykład profile dzieci bardzo bogatych ludzi, które pokazują jak „wygląda” ich życie, budując nierealistyczne dla wielu wzorce finansowe, udając przy okazji, że sami to osiągnęli.

To jest duży problem. Media społecznościowe mają oczywiście swoje korzyści. Mogą inspirować, mogą wzmacniać przedsiębiorczość u pojedynczych osób, mogą spełniać funkcję „wioski” dla ludzi, którzy nie mają wokół siebie środowiska wspierającego. Mają jednak też czarną stronę. Mogą bowiem powodować zatracenie umiejętności weryfikowania rzeczywistości. Wielu ludzi to, co widzi na Instagramie, odbiera bezkrytycznie i naprawdę wierzy, że przedstawia się tam realne życie.

Problem ten jest zwłaszcza widoczny u młodych ludzi, którzy często zaczynają żyć „cudzym życiem”. W konsekwencji tracą wiarę w siebie, poczucie własnej wartości. Trudno jest spełnić wymagania, które są prezentowane w sieci. Gdyby budować swój obraz świata na treściach zamieszczonych na Instagramie, to można by odnieść wrażenie, że wszyscy ciągle piją matchę, latają dronami nad Fiordami i wciąż odpoczywają na Bali. Szare życie zwykłego człowieka wydaje się przy tym po prostu przygnębiające, a ono tak naprawdę składa się głównie z codziennych, zwykłych chwil, które rzadko wyglądają tak, jak na Instagramie. To ma bardzo duży wpływ na problemy psychiczne młodych ludzi.

Młodzi ludzie, dla których media społecznościowe istnieją od zawsze, nie mają narzędzi do weryfikowania rzeczywistości. Często nie potrafią poddać treści tam zamieszczanych krytycznemu myśleniu, zachować dystans i nie są świadomi tego, że to tylko wycinek rzeczywistości, który do tego poddany jest filtrom, jest spreparowany, tak naprawdę wyreżyserowany i co najważniejsze - cudzy. My wcale nie musimy mieć takich samych marzeń, pragnień i mieć takiego samego scenariusza na życie. Ten brak posiadania mechanizmów weryfikacji doprowadza wielu do cierpienia. Stąd tak wiele problemów psychicznych, plaga samotności, depresji i głębokiego smutku.

Widać, że młodzi ludzie często próbują sobie rekompensować brak rodziny przy pomocy zwierząt. Wielu z nich traktuje ich niemal jak dzieci. To ma być jakiś substytut bliskości?


Na pewno tak jest. Zawsze protestuję przeciwko zestawianiu rodzicielstwa z posiadaniem zwierzęcia. Bardzo je lubię, też mamy kotka i rybki, ale nigdy nie nazwałabym się „kocią mamą”.

Ludzie mają jednak instynkt, potrzebę, aby kimś lub czymś się opiekować. Chcą się dla kogoś poświęcić i to jest substytut. To bardzo smutne zjawisko mówiące o tym, że naprawdę potrzebujemy bliskości, miłości, opiekować się kimś słabszym, kimś, kto nas potrzebuje, czuć się potrzebni. I taką rolę często pełnią zwierzęta.

To jednak tylko substytut. Nie da się porównać go do posiadania dziecka. Przede wszystkim opieka nad zwierzęciem jest dużo prostsza. To jest trochę ucieczka, bo wiemy, jakie jest rodzicielstwo. To bardzo głęboka więź, głębokie uczucie na całe życie, ale też obciążająca relacja. Nie każdy chce ją dźwigać. Dużo mniej obciążająca jest opieka nad zwierzątkiem.

Polska znalazła się na 12. miejscu, jeżeli chodzi o wydatki na popularny portal Onlyfans, gdzie można kupować spersonalizowane treści erotyczne. Polacy przeznaczyli na to 87,3 miliona dolarów w ciągu roku. Dane są zatrważające, bo tak wysoka suma wskazuje, że mamy bardzo dużą grupę ludzi, którzy nawet nie tylko oglądają pornografię, ale czuje potrzebę płacenia za indywidualne treści. Raczej są to ludzie młodzi. Czy to także jest efekt plagi samotności?


Z pewnością są to głównie ludzie młodzi. To wielki problem. Warto przy tym zauważyć, że platformy społecznościowe się przenikają. Na Instagramie nie ma oficjalnie pornografii, ale są influencerzy, którzy budują na nim swoje zasięgi i przy okazji zapraszają na swoje profile na Onlyfans, gdzie jest już „szerzej” o nich. Młodzi ludzie zapatrzeni w swoich idoli wędrują za nimi i z nimi wędrują ich pieniądze.

To jest bardzo smutne zjawisko. Mówi ono o wielkiej, głębokiej samotności młodego pokolenia, które szuka iluzji relacji w tego typu miejscach i są gotowi nawet za to płacić. Na domiar złego ta głęboka patologia jest normalizowana. To już nie jest ekstremum. To już nie jest nic wstydliwego. To jest powszechne, a liczby mówią same za siebie.




wpolityce.pl/spoleczenstwo/748747-wywiad-szalajko-gleboka-samotnosc-mlodego-pokolenia




Umysły






przedruk


Small talk nie jest ich ulubionym zajęciem


Aleksandra Urbaniak

16 grudnia 2025

Eleanor Roosevelt powiedziała kiedyś: „Wielkie umysły dyskutują o ideach. Przeciętne umysły – o wydarzeniach. Małe umysły – o ludziach”. Refleksję słynnej działaczki i dyplomatki potwierdzają badania psychologiczne. Plotkowanie o innych to cecha ludzi najmniej lotnych, ponieważ nie prowadzi do żadnych istotnych odkryć ani ciekawych, pogłębionych wniosków. Oczywiście każdemu zdarzy się o kimś porozmawiać, ale jeśli z daną osobą nie umiemy znaleźć żadnych innych wspólnych tematów poza obgadywaniem innych – nie łudźmy się, że będziemy mieli szansę inteligentnie z nią pokonwersować.

A co oznacza inteligentna konwersacja? To taka rozmowa, w której potoczna obserwacja jest tylko punktem wyjścia bardziej złożonej refleksji. Prowokuje ona oboje rozmówców do zadawania złożonych pytań o sens, przyczyny i mechanizmy pewnych zjawisk – prowadząc ich do tez o rzeczywistości.

Naturalnie nie każda rozmowa może (i powinna) być tak głęboka. Większość naszej komunikacji ma wymiar czysto praktyczny albo dotyczy naszych prywatnych spraw. Jednak gdy już przebywamy w jakimś towarzystwie, a atmosfera sprzyja dłuższej, swobodnej dyskusji, wówczas łatwo można zaobserwować, kto kieruje się w stronę bardziej abstrakcyjnych, złożonych idei – a kto pozostaje przy plotkach, kto z kim się pokłócił, wziął ślub czy w co się ubrał.




1. Filozofia i abstrakcyjne idee

Psycholog Howard Gardner, który ukuł teorię kilku rodzajów inteligencji, zaobserwował, że inteligentne umysły mają tendencję do myślenia abstrakcyjnego. Potrafią nie tylko odnotowywać fakty, lecz idą dalej i zadają pytania: „dlaczego?”, „po co?”, „jak to działa?”. Nie zatrzymują się na oczywistych konstatacjach, lecz interesuje ich odnajdywanie sensu w chaosie rzeczywistości. 


2. Rozwój osobisty

Cechą przypisywaną ludziom inteligentnym jest też [...] zdolność do rozumienia, monitorowania i kontrolowania własnych procesów poznawczych, takich jak pamięć, uwaga czy rozwiązywanie problemów. Człowiek obdarzony inteligencją nie skupia się tylko na ocenianiu innych, lecz jest ciekawy własnych mechanizmów uczenia się i chce aktywnie je doskonalić. 


3. Scenariusze na przyszłość

Pogłębiony namysł nad naturą obserwowanych zjawisk częściej skłania osoby inteligentne do snucia teorii na temat przyszłości. Potrafią one przewidzieć dalekie konsekwencje działań, nad którymi większość ludzi zupełnie się nie zastanawia.


4. Psychologia i socjologia

Ludziom inteligentnym trudno uciec też od rozważań na temat ludzkiej natury. Widząc, jak pełne sprzeczności jest nasze postępowanie i jak łatwo wpadamy w pułapki ograniczonej percepcji, mogą chętniej dyskutować na temat mechanizmów społecznych i psychologicznych kształtujących ludzkie postawy czy poglądy. Nawet jeśli nie stosują wprost ... specjalistycznych terminów z zakresu psychologii, to intuicyjnie potrafią sami dojść do nich w toku konwersacji albo samodzielnej refleksji.


5. Teksty kultury i ich znaczenie

Jednym z wyróżników inteligencji jest też sposób, w jaki konsumujemy treści kultury. Niektórym służy ona wyłącznie do „odmóżdżenia się” lub jest formą eskapizmu – chcą na chwilę odciąć się od szarej rzeczywistości i zanurzyć się w świecie fantazji. Takie osoby będą wybierać raczej filmy, seriale i książki o nieskomplikowanej fabule, najeżone sensacją, zwrotami akcji lub porywami serca.

Ludzie inteligentni też mogą traktować kulturę rozrywkowo, ale oprócz tego lubią, gdy stanowi ona dla nich jakieś intelektualne wyzwanie i skłania ich do rozmyślań. 




całość tutaj:


zwierciadlo.pl/psychologia/554786,1,5-tematow-do-rozmowy-ktore-wybieraja-osoby-inteligentne.read



-----------





Cudowne dzieci rzadko wyrastają na mistrzów. Możliwe trzy powody

Analiza karier dziesiątek tysięcy wybitnych jednostek – od noblistów po mistrzów olimpijskich – wskazuje, że droga na szczyt nie wiedzie przez wczesną specjalizację.

Marcin Rotkiewicz
18 grudnia 2025


Tradycyjne psychologiczne teorie (lub modele) rozwoju podkreślają znaczenie wrodzonego talentu lub ogromnej ilości treningu specjalistycznego rozpoczętego jak najwcześniej. Opublikowana właśnie na łamach „Science” praca naukowców z Niemiec i USA ukazuje tę kwestię z innej perspektywy. Badacze zebrali dane z 19 dużych zbiorów obejmujących prawie 35 tys. ludzi sukcesu z różnych dziedzin, w tym nauki, muzyki, sportu i szachów. Następnie porównali je z wynikami 66 badań dotyczących młodych talentów, aby sprawdzić, czy świetne wyniki w dzieciństwie rzeczywiście zapowiadają sukces w dorosłości.

Okazało się, że wybitni juniorzy i światowej klasy dorośli to dwie niemal odrębne populacje, które podążają zupełnie różnymi ścieżkami rozwoju. Przykładowo, pierwsza dziesiątka najlepszych szachistów w wieku młodzieńczym i późniejsza pierwsza dziesiątka dorosłych arcymistrzów to w blisko 90 proc. zupełnie inne osoby. Podobną tendencję, sięgającą niemal 90 proc. rozbieżności, zaobserwowano wśród czołowych sportowców. Co więcej, większość noblistów czy znakomitych muzyków nie wyróżniała się wybitnymi osiągnięciami na wczesnym etapie edukacji, a często osiągała wyniki słabsze od wielu rówieśników.


Kluczowa różnica między tymi grupami tkwi w strukturze treningu. Młodzi rekordziści zazwyczaj wcześnie specjalizują się w jednej dziedzinie, trenują intensywnie i notują szybkie postępy. 

Przyszła elita dorosłych podąża zaś ścieżką „zrównoważonego rozwoju”, osiągając wysoki poziom umiejętności wolniej i nie skupiając się na jednej dziedzinie, dyscyplinie sportu czy instrumencie. Wzór ten powtarza się w różnych domenach, sugerując istnienie uniwersalnych zasad nabywania najwyższych kompetencji.

Autorzy publikacji proponują trzy hipotezy wyjaśniające ten wzorzec: 

- zdobywanie doświadczenia w rozmaitych dziedzinach zwiększa szansę na znalezienie optymalnego dopasowania do własnych talentów; 
- różnorodna praktyka rozwija elastyczność poznawczą i zdolność uczenia się; 
- unikanie wczesnej specjalizacji ogranicza ryzyko wypalenia czy kontuzji



Marcin Rotkiewicz

Z wykształcenia dziennikarz (pulsar i tygodnik POLITYKA) i filozof, stypendysta Massachusetts Institute of Technology. Autor wywiadów rzek: z prof. Jerzym Vetulanim pt. „Mózg i błazen” oraz z prof. Bogdanem Wojciszke pt. „Homo nie całkiem sapiens”. Napisał również „W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki”, za którą otrzymał nagrodę redaktorów portalu Mądre Książki.



projektpulsar.pl/czlowiek/2326565,1,cudowne-dzieci-rzadko-wyrastaja-na-mistrzow-mozliwe-trzy-powody.read






Media o sobie



przedruk




Telewizja wPolsce24 mówi prawdę.

"To nie tylko hasło marketingowe najszybciej rozwijającej się stacji"


opublikowano: 7 grudnia



Informacyjnym sercem najszybciej rozwijającej się stacji w kraju są „Wiadomości wPolsce24”, emitowane codziennie o 19.30. Nowym głównym prowadzącym programu został właśnie Piotr Pawelec.


Telewizja wPolsce24 mówi prawdę
– to nie tylko hasło marketingowe najszybciej rozwijającej się stacji.

To przede wszystkim jej główne zadanie: rzetelnie informować o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie. Czasem jest to trudniejsze niż powinno w cywilizowanym kraju. Wszyscy pamiętają szykany, jakie spotykały dziennikarzy wPolsce24 w czasie ostatniej kampanii wyborczej, kiedy sztab Rafała Trzaskowskiego nie pozwalał stacji uczestniczyć w spotkaniach kandydata Koalicji Obywatelskiej z wyborcami.

Niekiedy chęć dotarcia do sedna sprawy wiąże się z przykrymi konsekwencjami. Te spotkały Szymona Szeredę, który za zadawanie pytań demonstrującym zwolennikom obecnej władzy usłyszał zarzuty prokuratorskie.


Bronić prawa do informacji

Dziś w naszym kraju trzeba bronić prawa do informowania społeczeństwa. Dlatego np. wPolsce24 nie zamierza zostawić bez reakcji ataku na innego reportera stacji, Stanisława Pyrzanowskiego. W minioną środę relacjonował on posiedzenie Sądu Najwyższego, który podjął uchwałę potwierdzającą fakty zapisane w konstytucji i traktatach Unii Europejskiej, a więc to, że polskie prawo jest nadrzędne wobec unijnego, a instytucje UE nie mają prawa ingerować w obszary, w których nie przekazano im żadnych kompetencji, czyli np. w ustalanie zasad funkcjonowania polskich sądów.

Posiedzenie próbowali zakłócić działacze prorządowego Komitetu Obrony Demokracji. Były okrzyki i transparenty, a także zwykłe chamstwo. Stanisław Pyrzanowski chciał poznać pogląd demonstrantów na to, jak przedstawia się hierarchia prawa w Polsce.


To już nie jesteśmy suwerennym państwem, to już prawo w Polsce stanowią obce sądy?
– pytał dziennikarz.

Nie obce, tylko europejskie
– odpowiadali aktywiści KOD.

A w jakim kraju mieszkamy, w Europie czy w Polsce?
– dociekał Pyrzanowski.

Tutaj są źródła prawa, ale to nie ma co odpowiadać, bo to jest prawackie ścierwo
– odrzekła w końcu Małgorzata Rosłońska-Kijowska, żona byłego lidera KOD Mateusza Kijowskiego.


Potem inny z fanów władzy zasłonił kartką kamerę konserwatywnej stacji, uniemożliwiając dziennikarzom normalną pracę.

My tych sytuacji nie tolerujemy, my te sytuacje będziemy ścigali prawnie i nie zostawimy tego w ten sposób
– stwierdził w wypowiedzi dla „Wiadomości wPolsce24” dyrektor programowy stacji Mariusz Pilis.



Najważniejsze wiadomości i komentarze

To właśnie emitowany codziennie o 19.30 program jest informacyjnym sercem wPolsce24. W nim są omawiane najważniejsze wiadomości dnia, tutaj padają kluczowe komentarze odnośnie do tego, co się dzieje w naszym kraju. Od niedawna wszystkie wydania „Wiadomości wPolsce24” prowadzi Piotr Pawelec.

Piotr Pawelec? Niezwykle pracowity, bardzo solidny dziennikarz. Do tego kamera go lubi
– mówi nam dyrektor programowy wPolsce24 Mariusz Pilis.


Swoją ciężką pracą i wysokim poziomem pracy dziennikarskiej wypracował sobie pozycję gospodarza naszego flagowego programu informacyjnego.

Piotr jest poza wszystkim bardzo sympatycznym człowiekiem. Emanują z niego spokój i szacunek dla ludzi. Widzimy, że nasi widzowie bardzo to cenią.

Pawelec jest dziennikarzem z olbrzymim doświadczeniem. Pracował w TV Republika, a potem przez wiele lat był związany z Telewizją Polską (oczywiście zanim ta po brutalnym przejęciu przez obecną władzę została postawiona w stan likwidacji). Był w niej reporterem, wydawał „Teleexpress” i współpracował z „Wiadomościami”.

Dla wPolsce24 Pawelec pracuje od jesieni ub.r. Tutaj także zaczynał jako reporter, przygotowując informacje z zagranicy dla „Wiadomości wPolsce24”. Świetne, bardzo merytoryczne materiały zaskarbiły dziennikarzowi sympatię odbiorców. Pawelec zaczął się więc pojawiać także jako prowadzący głównego programu informacyjnego wPolsce24.

Reakcja widzów była tak dobra, że szefostwo stacji powierzyło mu codzienne prowadzenie „Wiadomości” od poniedziałku do piątku. Program zdobywa widzów. W listopadzie w szczycie oglądalności gromadził on przed telewizorami 274, 291 a nawet 307 tys. osób.


„Z pokorą zabiegamy o widza”

Nowy główny prowadzący „Wiadomości wPolsce24” to kolejna ze zmian, jakie miały miejsce w ramówce stacji w ostatnich miesiącach. Przede wszystkim dochodziły nowe formaty. Mamy więc hitowy, współprowadzony przez byłą rzeczniczkę Karola Nawrockiego program „Wierzbicki i Biedroń mówią, jak jest” (poniedziałe–piątek, godz. 18.30). Najlepsze poranne rozmowy polityczne to domena doskonale znanego naszym czytelnikom Marcina Wikły (poniedziałek– piątek, godz. 8.15). Od razu po „Wiadomościach wPolsce24” wydarzenia dnia w nowoczesnej, bardzo dynamicznej formie podsumowują inni autorzy tygodnika „Sieci”, a więc Dorota Łosiewicz i Marek Pyza („Minęła 20.05”, od poniedziałku do piątku, godz. 20.05). Do Samuela Pereiry prowadzącego autorską, publicystyczną „Piątkę” w dni powszednie o 13.00 dołączył Oliwier Pochwat, którego „Piątka” emitowana jest od poniedziałku do piątku o 13.20. Nowe pozycje weekendowe to „Zwalniamy Cię” Wiktora Świetlika, Wojciecha Surmacza i Marty Radzioch (niedziela, godz. 14.00), a także świetnie przyjęte przez widzów „Hity Feusette’a” (niedziela, godz. 20.05). Tuż po „Hitach” antenę przejmuje Magdalena Ogórek z publicystyczno-rozrywkowym show „Studio Magdaleny Ogórek” (niedziela, godz. 21.00).


Jesienne zmiany w ramówce sprawdziły się, nowe formaty szybko zyskały sympatię widzów. Jesteśmy teraz telewizją jeszcze bardziej autorską, bazującą na warsztacie i osobowościach dziennikarzy tworzących wPolsce24
– mówi redaktor naczelny telewizji wPolsce24 Jacek Karnowski.

Telewizja wPolsce24 jest najszybciej rozwijającą się stacją informacyjną w kraju. Według danych firmy Nielsen, zajmującej się telemetrią, średnia minutowa widownia wPolsce24 wynosiła w listopadzie blisko 86 tys. widzów, a udział w rynku sięgnął 1,53 proc. Są dni jak 11 listopada, kiedy wPolsce24 nadawała m.in. ekskluzywny wywiad z prezydentem Karolem Nawrockim, ze średnią oglądalnością zbliżającą się do 150 tys. widzów (w szczycie było to ponad 580 tys. widzów) i udziałami w rynku przekraczającymi 2 proc.

Zadaniem na najbliższe miesiące jest dalsze budowanie widowni. Nie spieszymy się, nie robimy rewolucji. Z pokorą zabiegamy o każdego widza, oferując uczciwość i patriotyczny punkt widzenia. Napędza nas poczucie, że służąc naszym widzom, służymy sprawie polskiej wolności. Tej wszak nie ma bez niezależnych, robionych przez Polaków dla Polaków mediów

– podkreśla Jacek Karnowski.









wpolityce.pl/media/747628-telewizja-wpolsce24-mowi-prawde



"Wałęsa, ten tchórz 100-procentowy nie mógł być opozycjonistą"



przedruk


Małżeństwo Gwiazdów wspomina stan wojenny. 

aktualizacja: 12 grudnia

Joanna Duda-Gwiazda i Andrzej Gwiazda wrócili wspomnieniami do początków stanu wojennego w Polsce. 


„Wałęsa, ten tchórz 100-procentowy nie mógł być opozycjonistą. To było przeciwieństwo opozycjonisty. Opozycjoniści to byli ludzie odważni, mądrzy, mniej mądrzy, bardziej przenikliwi, mniej przenikliwi, ale odważni” - mówił Andrzej Gwiazda na antenie Telewizji wPolsce24. „My znaliśmy ludzi z opozycji, a Wałęsa do tego profilu nie pasował” - wskazywała natomiast Joanna Duda-Gwiazda.

Gośćmi Emilii Wierzbicki i Wojciecha Biedronia w programie Telewizji wPolsce24 w legendarnej Sali BHP w Gdańsku byli opozycjoniści z czasów PRL: Joanna Duda-Gwiazda i Andrzej Gwiazda.
Stan wojenny

Wspomnieniami wrócili oni do początku stanu wojennego i swojego zatrzymania.

Ja mam taką naturę, że wszystko mnie śmieszy. I jak przyszli i zaczęli nas budzić, bo to wtargnęli gdzieś koło 2 w nocy i mówią, żeby Andrzej wstał. Ja mówię: „niech on się wyśpi, proszę go nie budzić”

— wskazała Joanna Duda-Gwiazda.

Wspominała, że po tym, jak obudziła swojego męża, ten powiedział: „jak się wojna zaczęła, to się tak szybko nie skończy” i spał dalej.

I wtedy nas zabrali z domu, drzwi wywalili, nie wiem po co, twierdzili, że dzwonili, ale nikt nie otwierał. Może i tak było. Zresztą nie wiem, po co mielibyśmy im otwierać. I znikliśmy. Trochę się denerwowałam, czy powiadomią rodzinę, gdzie się podzialiśmy

— powiedziała.


Areszt i internowanie

Emilia Wierzbicki zauważyła, że małżeństwo zostało aresztowane, Andrzej Gwiazda był internowany, ale nie byli razem, przebywali w osobnych zakładach.

W Strzebielinku widziałem Ankę gdzieś z odległości 4 metrów, jak przechodziła korytarzem
— wspominał Gwiazda.

Wojciech Biedroń zapytał, czy bali się o życie swoich bliskich, swoich współpracowników, czy fizycznie odczuwali strach lub przeświadczenie, że coś się może zdarzyć tragiczne.

W takich momentach człowiek nie ma czasu się bać. Wie, co się dzieje. Wie, co ma zrobić, czego nie może. My wiedzieliśmy, czym to się skończy. Wiedzieliśmy, że będzie ten moment, kiedy nas zamkną po prostu, więc to nie było żadne zaskoczenie
— wskazała Joanna Duda-Gwiazda.


W listopadzie wykluczono nas z zarządu regionu na wniosek oczywiście, jak się okazało Tajnego Współpracownika. I powstała akcja. Część została wyrzucona i druga grupa złożyła rezygnację, bo już wiadomo było, że w tym zarządzie nic się nie da zrobić, był czysto „wałęsowski”, a wtedy według naszego przekonania to 98 procent pewności było, że Wałęsa jest agentem
— podkreślił Andrzej Gwiazda.


Wałęsa agentem

Andrzej Gwiazda został zapytany o to, kiedy zorientował się, że Lech Wałęsa może być agentem SB.

Można powiedzieć, że w 78. lub 79. roku. To się zbiera kamyczki pasujące do mozaiki. Układa się – ten pasuje, ten pasuje i w końcu zaczyna się rysować obraz. Przede wszystkim, jeżeli chodzi o cechy charakteru. Wałęsa, ten tchórz 100-procentowy nie mógł być opozycjonistą. To było przeciwieństwo opozycjonisty. Opozycjoniści to byli ludzie odważni, mądrzy, mniej mądrzy, bardziej przenikliwi, mniej przenikliwi, ale odważni

— wskazał.

Do sprawy odniosła się także Joanna Duda-Gwiazda.


My znaliśmy ludzi z opozycji, a Wałęsa do tego profilu nie pasował. Był po prostu człowiekiem przede wszystkim straszliwie tchórzliwym

— mówiła.



wpolityce.pl/polityka/748172-tylko-u-nas-malzenstwo-gwiazdow-mocno-o-walesie



















poniedziałek, 29 grudnia 2025

Koło Rycerskie

 





Elekcja Stanisława Augusta Poniatowskiego (1764) na polu elekcyjnym na Woli w Warszawie, anonimowy obraz z XVIII wieku. Posłowie ustawieni wokół pola elekcyjnego tworzą koło rycerskie



Bardzo charakterystyczne - brak w internecie materiałów historycznych dotyczących okresów świetności Polski - np. dokładnych, eleganckich map czy jak tutaj powyżej - reprodukcji obrazów w dobrej jakości, rozdzielczości...



Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska T. III

Koło Rycerskie

Wiec czyli naradę stanu rycerskiego, pod bronią i w polu, zwano nie sejmem ale „kołem rycerskiem.“ Frycz Modrzewski pisze: „Koło senatorskie jest najwyższą Rzplitej radą, pospolitego dobra stróżem.“ Do każdej narady, starym obyczajem słowiańskim, Polacy stawali lub zasiadali kołem, stąd poszła i nazwa koła. W czasie sejmów izbę poselską zwano „kołem rycerskiem,“ a zwłaszcza na sejmie elekcyjnym, gdzie dla koła tego ogrodzone było miejsce obok „szopy senatorskiej.“ W czasie wojen hetmani często zwoływali „koło generalne“ z pułkowników i rotmistrzów, dla narady nad planem działań wojennych, lub w sprawach administracyjnych i sądowych. Jak sejmiki po ziemiach, tak odbywały się koła rycerskie po chorągwiach, na które zjeżdżali się towarzysze do chorągwi dla narady o wewnętrznych sprawach, np. „borgowej służby“, udarowania kogoś z towarzyszów, który ucierpiał od jakiegoś wypadku. Na takich kołach wybierano deputatów do trybunału skarbowo-wojskowego w Radomiu i Wilnie, do ściągania pogłównego i hyberny, zdawano sprawę z czynności, oddawano zebrane pieniądze namiestnikowi na wypłatę żołdu towarzyszom, wybierano towarzyszów na wakujące miejsca, w końcu bankietowano przy odgłosie salw. O kole chorągiewnem podaje szczegóły Kitowicz.



Król Aleksander Jagiellończyk w otoczeniu senatorów, tworzących koło senatorskie (ilustracja Statutu Łaskiego, 1506)






Bernardo Bellotto - Elekcja Stanisława Augusta











źródło zdjęć - internet

pl.wikisource.org/wiki/Encyklopedia_staropolska/Koło_Rycerskie
wszystkoconajwazniejsze.pl/pepites/piekno-historii-26-wolna-elekcja-jak-polacy-i-litwini-wybierali-krola/
dzieje.pl/aktualnosci/elekcje-krolow-w-polsce-przedrozbiorowej





niedziela, 28 grudnia 2025

Walka ma sens








przedruk



Bliscy piszą do górników protestujących w PG Silesia: "Wasza walka ma sens. Wróćcie z poczuciem, że zrobiliście wszystko, co było trzeba"

27.12.2025 11:27
"Pamiętajcie, że nie jesteście tam sami. Jesteśmy z Wami w modlitwach, w rozmowach szeptanych po nocach, w spojrzeniach dzieci pytających, kiedy wrócicie. Wasza walka ma sens. Wasz głos ma znaczenie. A Wasza siła daje siłę nam" - napisały do protestujących szósty dzień górników z PG Silesia ich żony, partnerki, matki i siostry.

Nabożeństwo w intencji protestujących w PG Silesia / fot. PAP/Jarek Praszkiewicz

Co musisz wiedzieć:Górnicy z PG Silesia rozpoczęli w poniedziałek przed Wigilią protest pod ziemią, decydując się po zakończeniu zmiany nie wyjeżdżać na powierzchnię kopalni.
Powodem protestu jest m.in. brak objęcia kopalni PG Silesia nowelizacją ustawy górniczej i niewypłacenie świadczeń.
W Wigilię górników odwiedził Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność"


"Jesteśmy z Wami każdą myślą i każdym uderzeniem serca"

Przedstawiciele Zarządu Regionu Podbeskidzie NSZZ "Solidarność" udostępnili dziś za pomocą mediów społecznościowych list, jaki rodziny protestujących górników napisały do swoich bliskich.


Piszemy do Was z miejsc, w których na co dzień bije nasze życie - z domów, kuchni, podwórek, spod bram i okien. Choć dzielą nas metry ziemi i cisza podziemi, jesteśmy z Wami każdą myślą i każdym uderzeniem serca

- czytamy w liście.


Wiemy, że nie zeszliście pod ziemię z lekkomyślności. Zeszliście tam z godności, z odpowiedzialności, z troski o przyszłość - nie tylko swoją, ale i naszych rodzin, dzieci, całych pokoleń. Wasz protest to nie bunt, to wołanie o szacunek dla pracy, która od zawsze była ciężka, niebezpieczna i niedoceniana

- dodali autorzy.


"Każda z nas nosi w sobie lęk"


Każda z nas nosi w sobie ten sam lęk - o Wasze zdrowie, siły, oddech. Każda liczy godziny, każda nasłuchuje wiadomości. Ale obok strachu jest też duma. Ogromna, cicha duma z Waszej odwagi, wytrwałości i solidarności. Z tego, że trzymacie się razem, że nie zostawiacie nikogo w tyle

- napisały żony, partnerki, matki i siostry protestujących pod ziemią górników.


Pamiętajcie, że nie jesteście tam sami. Jesteśmy z Wami w modlitwach, w rozmowach szeptanych po nocach, w spojrzeniach dzieci pytających, kiedy wrócicie. Wasza walka ma sens. Wasz głos ma znaczenie. A Wasza siła daje siłę nam

- dodały.


Prosimy tylko o jedno - dbajcie o siebie nawzajem. Oddychajcie, odpoczywajcie, trzymajcie się razem. Czekamy na Was. Zawsze. Wróćcie do nas cali. Z podniesioną głową. Z poczuciem, że zrobiliście wszystko, co było trzeba

- zakończyły.

Przedstawiciele protestujących górników w PG Silesia udali się dziś z kolei do Domu Dziecka w Czechowicach- Dziedzicach. Przekazali dzieciom na prośbę protestujących słodycze i inne produkty, które otrzymali od swoich rodzin.
"Będą protestowali do skutku"

Już szóstą dobę trwa pod ziemią protest górników z PG Silesia. Protestujący domagają się przede wszystkim przyjazdu do Czechowic-Dziedzic ministra energii Miłosza Motyki. Wystosowali także postulaty, w których domagają się m.in. objęcia ich osłonami, jakimi są objęci pracownicy innych kopalni. Żądają także m.in. wypłacenia im zaległej barbórki.

Minister Motyka w przesłanym w czwartek piśmie zaprosił protestujących oraz związkowców na posiedzenie Trójstronnego Zespołu Branżowego ds. Bezpieczeństwa Socjalnego Górników. Ma się ono odbyć 7 stycznia w śląskim urzędzie wojewódzkim.

Do tej propozycji górnicy i związkowcy odnieśli się krytycznie. Przewodniczący KK NSZZ "Solidarność" Piotr Duda napisał na platformie X, że "wobec braku jakiejkolwiek odpowiedzi na postulaty, górnicy kontynuują protest i deklarują, że zostaną pod ziemią do skutku".

Piotr Duda opublikował także stanowisko podpisane przez liderów związków zawodowych w Silesii. Wskazali w nim, że tylko przyjazd ministra Motyki do protestujących i rozmowa z przedstawicielami załogi może doprowadzić do przerwania protestu.


"Minister Miłosz Motyka śmieje się górnikom z PG Silesia prosto w twarz. Po kompromitacji, która ma miejsce w ciągu ostatnich dni, wyjście dla niego jest tylko jedno - powinien niezwłocznie podać się do dymisji. Ten człowiek nie dorósł do pełnienia funkcji, jaka została mu powierzona"

- podkreślił przewodniczący Piotr Duda.



Autor: Barbara Michałowska
Źródło: tysol.pl/NSZZ "S" Region Podbeskidzie
Data: 27.12.2025 11:27



tysol.pl/a151697-bliscy-pisza-do-gornikow-protestujacych-w-pg-silesia-wasza-walka-ma-sens-wroccie-z-poczuciem-ze-zrobiliscie-wszystko-co-bylo-trzeba





Abrakadabra





wikipedia niemiecka
angielska
i dla Polaków

tłumaczenie automatyczne



Abrakadabra (znana także jako Abrakadabra) to magiczna formuła. Był używany już w łacinie w późnej starożytności. Jednak ich dokładne pochodzenie jest sporne. 

Wykrzyknik jest używany w wielu językach indoeuropejskich w podobnej formie (np. niemiecki, angielski i rosyjski). Po raz pierwszy wspomniano o nim między II a IV wiekiem przez lekarza Quintusa Serenusa w książce Liber medicinalis. W niej radził nosić w amuletcie kurczący się schemat magicznej ochrony przed malarią.

Pochodzenie

Znaczenie lub pochodzenie tego słowa jest sporne, ale najprawdopodobniej pochodzi to z aramejskiego pochodzenia.

A-Bra-Ca-Dabra bawi się pierwszymi czterema literami alfabetu łacińskiego i można go wyjaśnić magią liter oraz alfabetu, które były powszechne w późnej starożytności: alfabet ma moc magiczną, ponieważ może być używany do reprezentowania wszystkiego na świecie.

Mogą to być zniekształcone formy hebrajskich słów ברכה (b'racha) "błogosławieństwo" oraz דבר (dabar) "słowo", "mówić", ale także "dżuma". Być może pochodzi od hebrajskiego הברכה דברה "ha-bracha dabra" (niem. "Wypowiedz błogosławieństwo"). 
Liturgiczna formuła konsekracji konsekracji z łacińskojęzycznego świata "Hoc est (enim) corpus meum", w swojej zniekształconej wersji jako magiczna formuła "hokus-pokus", wpisuje się w tę zasadę.

Prawdopodobnie istnieje też związek z Abraxasem, słowem, które w Gnosis oznaczało Boga i od czasów hellenizmu uważano za imię potężnego demona, często przywoływanego w magicznych papirusach.

Słowo Abrakadabra można również wywodzić od arabskiego zapisu "abreq ad habra", które rzekomo przywołuje "grzmot, który zabija".

Innym możliwym wyjaśnieniem są aramejskie słowa אברא כדברא avrah k'davra, które oznaczają "Będę tworzył, mówiąc". Abra od aramejskiego 'biustonosz' oznacza 'tworzyć', Ka tłumaczy się jako 'podczas', a Dabra jest pierwszą osobą czasownika 'daber', czyli 'mówić'.


Fonetycznie doskonała zbieżność greckiego αὔρα κ' ἀνταύρα 'wiatr i wiatr w czoło' (w nowoczesnej greckiej wymowie) z proponowanymi pochodzeniami prawdopodobnie wynika z przypadkowości.

W symbolicznej doktrynie gnostycyzmu słowo to było używane do zapobiegania nadchodzącej katastrofie, zwłaszcza by odpędzić choroby. Jako inskrypcja lub grawerunek na amuletach w coraz bardziej wygaszającym planie oznaczał stopniowy odwrót zła. Przepis wymagał, aby słowo było zapisane w całości w pierwszej linijce, następnie skracane o jedną literę lub, w niektórych instrukcjach, dwie litery, aż ostatecznie pozostała tylko jedna litera. Inskrypcja powinna mieć trójkątny kształt. Uważano, że tak jak słowo traci literę z każdą linijką, tak samo traci choroba.

Znaczenie przenośne

W przenośni, tajemnicze brzmiące bezsensowne gadanie nazywa się abrakadabra. Może to mieć związek z perskim kultem, który nakazywał kult 365 bogów. Trzeba było wymawiać wszystkie ich imiona perfekcyjnie, żeby uzyskać ich pomoc. Jeśli popełniłeś błąd, musiałeś zaczynać od nowa. Aby ułatwić zadanie, kapłani zaprojektowali amulet w kształcie trójkąta, w którym imiona zastąpiono greckimi literami. Aby jeszcze bardziej uprościć rytuał, późniejsze pokolenia używały pierwszej linii tego magicznego trójkąta jako substytutu całości, i w ten sposób zaczęło się używać słowa abrakadabra, które samo w sobie nie ma znaczenia.


---------

Etymology:

Pochodzenie abrakadabry jest nieznane i po raz pierwszy zostało potwierdzone w dziele Serenusa Sammonicusa z II wieku dotyczącym lekarstwa na gorączkę. 

Niektóre przypuszczalne etymologie to: od zwrotu w aramejskim oznaczającego "tworzę jak słowo" (אברא כדברא), do etymologii wskazujących na podobne słowa w łacinie i grece, takie jak abraxas lub do podobieństwa do pierwszych czterech liter alfabetu greckiego (alfa-beta-gamma-delta lub ΑΒΓΔ). Jednak według Oxford English Dictionary "nie znaleziono żadnej dokumentacji potwierdzającej te różne przypuszczenia". 

Historyk Don Skemer sugeruje, że może ono pochodzić od hebrajskiego zwrotu ha brachah dabarah (imię błogosławionego), które uważa się za zwrot magiczny.

Językoznawca aramejskiego Steve Caruso twierdzi, że Abrakadabra nie może być ani aramejska, ani hebrajska, i sugeruje, że popularyzacja błędnej etymologii jest wynikiem długiej dyskusji na wczesnym forum internetowym, która przypisuje rabinowi Lawrence'owi Kushnerowi publikację nowoczesnej etymologii. 


-----


Abrakadabra (Abracadabra, Abraxas, Abrasax) – pochodzący prawdopodobnie z języka aramejskiego (Abəra kaDavəra) wyraz niemający znaczenia. 

Od schyłku starożytności, w średniowieczu i we wczesnej nowożytności posługiwano się nim jako formułą magiczną, tj. wyrazem, który (odpowiednio) wypowiedziany ma rzekomą moc wpływania na rzeczywistość. Obecnie słowo "abrakadabra" stosuje się jako (żartobliwe) określenie wypowiedzi pozbawionej sensu, niezrozumiałej, zagmatwanej.


Siedem liter imienia АΒΡΑΣΑΞ ma wartość liczbową 365 (Α = 1, Β = 2, Ρ = 100, Α = 1, Σ = 200, Α = 1, Ξ = 60). Słowo to znajduje się jako magiczny znak i symbol pełni (m.in. zapewne także w odniesieniu do liczby siedem) w hellenistycznych papirusach magicznych, również na starożytnych i średniowiecznych amuletach z kamienia, najczęściej w połączeniu z postacią o ludzkim tułowiu z głową koguta, ludzkimi rękami i wężami zamiast nóg.


Pierwszy raz słowo ABRACADABRA pojawiło się w De Medicina Praecepta Quintusa Sammonicusa Serenusa - gnostycznego lekarza cesarza Karakalli. Sammonicus przepisał cesarzowi amulet do walki z malarią, na którym wyryte było słowo ABRACADABRA w formie trójkąta.


Słowo z reguły było zapisywane w jeden z następujących sposobów:

A - B - R - A - C - A - D - A - B - R - A
A - B - R - A - C - A - D - A - B - R
A - B - R - A - C - A - D - A - B
A - B - R - A - C - A - D - A
A - B - R - A - C - A - D
A - B - R - A - C - A
A - B - R - A - C
A - B - R - A
A - B - R
A - B
A


lub

A - B - R - A - C - A - D - A - B - R - A
B - R - A - C - A - D - A - B - R
R - A - C - A - D - A - B
A - C - A - D - A
C - A - D
 A









Pamiętaj: 
Abrakadabra to wyraz nie mający znaczenia. 


Pewnie dlatego istnieje.









de.wikipedia.org/wiki/Abrakadabra










Jarosław hrabia Potocki herbu Pilawa - wywiad

 

















polecam też komentarze pod filmem




youtube.com/watch?v=1E28delpsGw

youtube.com/watch?v=KdtT_lRUivc

środa, 17 grudnia 2025

Pamiętnik i Grot na Wzgórzach Dalkowskich



Głogów i

Głogowski Ruch Odkrywców Tajemnic GROT












przedruk


Powalony dekady temu pomnik na Wzgórzach Dalkowskich znów ma stać. To, co po nim zostało składają działacze GROT-u. Znacie historię pomnika?

Grażyna Szyszka
2 grudnia 2025, 8:19



Działacze stowarzyszenia GROT pracują na Wzgórzach Dalkowskich fot. GROT








W Dalkowie, koło spalonej gospody, znowu stanie pomnik ku czci ojca Luise von Liebermann, córki właściciela pałacu. Przewrócony od kilku dekad i uszkodzony obiekt zabezpieczają członkowie GROT-u. Znacie historię tego pomnika?




Powalony pomnik w lesie koło Dalkowa ma stanąć na nowo


W samym środku wzgórz, nieopodal spalonej w XX w. gospody znajduje się zniszczony, ponad 200-letni pomnik. Był postawiony na polecenie Caroline von Liebermann ku czci zmarłego męża Augusta von Liebermann.

Pomnik został zniszczony w połowie lat 90-tych. Jeden z mieszkańców Dalkowa wspomina, jak widział kogoś wjeżdżającego ciężkim sprzętem do lasu. Motywem tego działania było prawdopodobnie szukanie wartościowych rzeczy, które – według domniemań niektórych osób – mogły zostać ukryte w pomniku.

- Poszukiwacze skarbów wykuli w płytach dziury szukając cennych rzeczy. Na koniec pomnik został wywrócony, a jego elementy stoczyły się w dół po stoku. Jest zniszczony w znacznym stopniu, brakuje jednego elementu a w niektórych miejscach schody po prostu przestały istnieć – informują GROT-owcy.
GROT-owcy potrzebowali zezwoleń na pracę w dalkowskim lesie

Prezesi GROT- u, spacerując po wzgórzach stwierdzili, że pomnik trzeba odbudować. I chodź przyznają, że nie było to łatwe, uzyskali wszelkie wymagane do pracy zezwolenia.
A potrzebowali je od Nadleśnictwa Głogów oraz Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska we Wrocławiu. Konieczna była też opinia Dolnośląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

GROT-owcy dziękują nieżyjącemu już Krzysztofowi Czapli za pomoc na etapie badań archeologicznych wokół pomnika oraz dobre rady i wskazówki od Łukasza Uroczyńskiego z Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki RESTONA z Legnicy.

Ze względu na to, że pomnik znajduje się na terenie rezerwatu przyrody, można tam pracować w określonym czasie, czyli od września do marca.

- A w tym czasie jak wiadomo, dzień robi się krótki, a na dodatek pogoda „rozpieszcza" nas temperaturą oraz częstymi opadami. Na dodatek, ciężki jest dojazd dla naszego "Ostrówka", a jest to niezbędne - bez niego nie uda się cała operacja. A jak już pada to można zapomnieć o jakichkolwiek pracach. Zakopie się w grząskim gruncie i/albo będzie się ślizgał po liściach. Zresztą kto był w tym pięknym miejscu to wie ile energii kosztuje samo wejście na piechotę na szczyt wzniesienia na którym jest pomnik, a zaręczamy, że przez te kilka już lat wchodziliśmy nosząc narzędzia i materiały już wielokrotnie – opisują trudności.

Ale postawiony cel jest coraz bliżej. Od 2021 roku udało się posprzątać teren, zrobić badania archeologiczne wokół pomnika, wybrać i zrobić drogę dojazdową dla "Ostrówka", wciągnąć na szczyt porozrzucane piaskowcowe elementy, skatalogować je oraz przebadać podłoże pod pomnik oraz pozostałości schodów.

- A w zeszłym tygodniu wykonaliśmy chyba najtrudniejszą robotę - wylaliśmy postument pod pomnik – informują działacze głogowskiego stowarzyszenia podkreślając, że było to nie lada wyczynem, bo przetransportowali na szczyt trzy kubiki betonu, który potem przerzucili łopatami w wykop.


Caroline Wilhelmine Tugendreich von Stosch ponad 200 lat temu była córką ówczesnych właścicieli pałacu w Dalkowie. Została wydana za mąż za Augusta Gotllieba von Liebermann, syna komendanta Twierdzy Głogów.

Ślub odbył się 12 sierpnia 1788 r. Piętnaście lat później - 15 kwietnia1803 r. – August zmarł, mając zaledwie 50 lat i osieracając ośmioro dzieci w tym niespełna roczną Luise – autorkę Pamiętnika Luise von Liebermann z Dalkowa.
Caroline zmarła w styczniu 1838 r. w Głogowie. Nie są znane dokładne okoliczności tego zdarzenia.
Dlaczego w ogóle pomnik powstał w tym miejscu?

Miejscowa legenda głosi, że zrozpaczona po śmierci męża Caroline postawiła w pobliskim lesie (dziś jest to teren Rezerwatu Przyrody Dalkowskie Jary) dla ukochanego pomnik na pamiątkę przerwanej miłości. Dziś w miejscu pomnika znajdują się jedynie jego fragmenty, bowiem został on znacznie zniszczony ok. 1995 r.

Na fragmencie pomnika, który mógł mieć kilka metrów wysokości, znajduje się wąż zjadający swój ogon – jest to tak zwany Uroboros – staroegipski i grecki symbol nieskończoności i łączenia przeciwieństw.

Jak tłumaczy Anna Gomułka, prezeska Fundacji na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji PolskiejWsi z Dalkowa, miejsce pomnika zapewne nie jest przypadkowe. Wskazują choćby na to zapiski przetłumaczonego przez nią pamiętnika Luise von Liebermann - najmłodszej córki Caroline i Augusta von Liebermann, właścicieli pałacu w Dalkowie. Przypomnijmy, że Anna Gomułka wydała go w formie pięknego albumu.

- Prawdopodobnie powodem postawienia pomnika była sytuacja, którą Luise opisuje w swoim pamiętniku. Wspomina ostatni spacer jej ojca z matką na wzgórza i słowa, które miał tam wypowiedzieć - mówi nam Anna Gomułka. - Zapewne zrobił to w tym miejscu, gdzie później stanął pomnik.





A z zapisków pamiętnika brzmiały one tak:

Dalków, 6 lipca 1816:

My – Pani Matka, Charlotte i ja –właśnie wróciłyśmy ze spaceru po naszych górach. Jak pięknie, jak pięknie znów stać pod wysokimi, szerokimi dębami i lipami i spojrzeć na odległą srebrzystą wstęgę Odry. Pani Matka opowiedziała nam, jak bardzo Ojciec (który nie żyje od 13 lat i zmarł gdy miałam zaledwie rok, więc go nie pamiętam) kochał nasze góry, nasze Katzengebirge i w ostatnich dniach swojego życia poszedł w góry pod rękę z Panią Matką i tam na górze, trzy dni przed jego śmiercią powiedział jej, jak był szczęśliwy u jej boku przez lata ich małżeństwa. Łzy zabłysły w oczach naszej kochanej matki, kiedy nam to powiedziała, a my – Charlotte i ja – obie byłyśmy bardzo cicho kiedy Pani Matka skończyła swoją przemowę, bo żadna z nas nie wie, co przyniesie nam życie. Teraz, po powrocie ze spaceru w górach, znów siedzę przy otwartym oknie swojego pokoju, skąd mam widok na kolorowe rondo z kwiatów przed pałacowymi schodami. Nad moim sekretarzykiem wisi olejny portret mojego drogiego ojca, który mama skopiowała z oryginału, który wisi w holu na moją prośbę i który dała mi na ostatnie Boże Narodzenie. Czasami, gdy patrzę w górę na zdjęcie, wydaje mi się, że szare oczy mojego ojca, królewskiego mistrza rycerstwa pruskiego i właściciela Dalkau – Augusta Liebermann von Sonnenberg, patrzą na mnie jakby chciały mnie upomnieć, abym pozostała wierna naszemu ukochanemu Dalkau dziś i na zawsze. Mam zaledwie 14 lat i jestem najmłodszą córką ośmiorga dzieci moich rodziców. Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić, abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczonym w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal, dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. Ich wygląd wydaje się nam – tu czujemy się jak w domu – jeszcze cenniejszy i bardziej ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości.












---------------




Pałac w Dalkowie
– zabytkowy pałac we wsi Dalków (województwo dolnośląskie)


Piętrowy pałac pierwotnie wybudowany pod koniec XVI w. dla rodziny von Glaubitzów; przebudowany w XVIII w. 

Postawiony na planie prostokąta z dobudowanym skrzydłem w kształcie litery "L" po lewej stronie, wysuniętym w kierunku parku; kryty dachem czterospadowym z lukarnami, po prawej stronie dach naczółkowy. 

Od frontu, nad głównym wejściem szczyt. Po 1742 własność rodziny von Stosch. W latach 1907-1912 obiekt był w posiadaniu Richarda Botho von Hindersina (1860–1931), żonatego z Davide Eveline von Hansemann (ur. 1867)





Pamiętniki sprzed 200 lat odnalezione w Dalkowie

Agnieszka Kapłon, 
ALEKAS 2023-07-30


Pamiętniki sprzed 200 lat


Mieszkańcy Dalkowa odnaleźli pamiętniki sprzed 200 lat opisujące ich wieś. Autorką jest Luise von Liebermann – córka właściciela majątku. Dzięki zaangażowaniu lokalnej społeczności i dotacjom, miejsce pięknieje, a historia okolicy przybliżana jest na wiele sposobów.

„Kiedy siedzę tak jak teraz przy otwartym oknie na pierwszym piętrze naszego pałacu w Dalkowie i spoglądam w dół na majowy park, to odczuwam wielką radość, że wiosna wraz ze swoim pięknem i całą swoją magią wróciła znów do naszej śląskiej ojczyzny” – to fragment pamiętników Luise von Liebermann, które pisała od 1816 do 1823 roku.

– Opisywała tutaj historię dotycząca folwarku, życia na folwarku, także opisywała opisy krajobrazów, tutaj Wzgórz Dalkowskich, przyrody. Zaczynała w wieku 14 lat, jako młoda osoba, skończyła w wieku 21 lat – mówi Marcin Kopij, autor fotografii i projektu tablic historycznych.
[jakich fotografii? czego? - MS]

Pamiętniki obecnemu właścicielowi przekazał potomek niemieckich zarządców. Okazało się, że zapiski Luise były publikowane w niemieckim czasopiśmie. W ten sposób przetrwały.


Teraz przetłumaczono je na język polski, a w parku przy pałacu powstaje szlak z tablicami. Na nich znajdują się fragmenty pamiętników i fotografie. To zasługa fundacji.
[ale jakie fotografie? - MS]

– Regularnie spotykamy się tutaj pod bukiem, w przypałacowym parku i czytamy fragmenty pamiętnika Luisy. (...) Piszemy wnioski, pozyskujemy środki na rewitalizacje parku i remonty pałacu, wytyczamy nowe szlaki na wzgórzach tutaj dalkowskich – mówi wolontariusz Marcin Gomułka.

Pałac w Dalkowie w czasach PGR popadł w ruinę. Dziś, dzięki prywatnemu właścicielowi, fundacji i dotacjach ministerialnych i samorządowych wraca do świetności.

– Pałac był wybudowany w 1596 roku przez ród von Glaubitz, to była taka zamożna rodzina, która miała w posiadaniu całą wieś i jeszcze dwie okoliczne i w posiadaniu kolejnych rodów niemieckich był on do końca II wojny światowej i do tego czasu był w bardzo dobrej kondycji – opowiada Anna Gomułka, Prezes Fundacji na rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi w Dalkowie.

W planach jest wydanie pamiętników w wersji papierowej, ale warto już teraz wybrać się na spotkania czytelnicze w przypałacowym parku. Dwa ostatnie zaplanowano na 19 sierpnia i 16 września.


Pałac w Dalkowie




-----------------

przedruk

Zakorzeniam się w tym miejscu... - w rozmowie z Anną Gomułką nie tylko o pamiętnikach

Kilka dni temu o Dalkowie mogła usłyszeć cała Polska. Najpierw na łamach Teleexpressu, a później w TVP3 Wrocław emitowany był materiał o "Pamiętnikach Luise von Liebermann" i realizowanych przez Fundację Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi działaniach wokół zapisków młodej dziewczyny, dawnej mieszkanki dalkowskiego pałacu.

Rozgłos wokół "Pamiętnika Luise" stanowił świetną okazję do rozmowy z Anną Gomułką - inicjatorką projektu a jednocześnie Prezes Fundacji Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi działającej w Dalkowie od 2017 roku. Autorka pamiętnika - Luise von Liebermann - to córka dawnych właścicieli Pałacu w Dalkowie. Teksty pamiętnika pisanego w latach 1816-1823 w języku niemieckim przekazał w 2019 r. dalkowskiej fundacji Pan Hans-Joachim Breske. Tłumaczenie wspomnień było projektem własnym organizacji realizowanym w ramach działań statutowych, słowa przetłumaczyła Anna Gomułka, córka obecnego właściciela zabytkowego pałacu, z którą miałam przyjemność rozmawiać.


podkreślenia od wydawcy

JB: Aniu, na wstępie chciałabym, abyś krótko przypomniała nam swoją historię. Wszyscy Cię znamy, albo przynajmniej o Tobie słyszeliśmy, choćby poprzez liczne, realizowane w Dalkowie projekty. Pamiętam, że wróciłaś tutaj z Krakowa, po studiach. Jakie to były studia, i jak to się stało, że zamiast Krakowa, czy innego dużego miasta, postawiłaś na Dalków?

Anna: W 2016 r. skończyłam studia w Krakowie na kierunku psychologii stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przyjechałam wtedy do Dalkowa i tutaj zamieszkałam (jeszcze przed studiami mieszkałam w Głogowie). Pół roku później, czyli w 2017 r. założyliśmy Fundację na rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi. To nie było tak, że od samego początku wiedziałam co chcę tutaj robić, nie miałam jeszcze konkretnego pomysłu na siebie w Dalkowie. Coś mnie jednak tutaj przyciągało i wolałam zostać tutaj niż w dużym mieście. Wszyscy mówili, że w Krakowie czy we Wrocławiu będę miała większe możliwości rozwoju. Podświadomie czułam, że się mylą. Wiedziałam, że chcę pracować z ludźmi, ale nie w zamkniętym gabinecie, najlepiej "w działaniu". Od zawsze uwielbiałam organizować różne spotkania, imprezy, wydarzenia.

Jak dziś pamiętam rozmowę z moim Tatą, który od samego początku uwierzył we mnie i dał mi szansę rozwoju w tym miejscuStaliśmy w oknie i patrzyliśmy na grupę dzieci z wycieczki szkolnej, która przyjechała do Dalkowa. Wycieczki te były organizowane przez Tatę już od wielu lat. W zakres wycieczki wchodziło ognisko i spacer po Wzgórzach Dalkowskich. Patrzyłam na dzieci biegające po parku i zastanawiałam się co mogę zrobić, żeby te wycieczki były jeszcze bardziej atrakcyjne. Tato powiedział: "wymyśl coś", a ja dosłownie skrzywiłam się na te słowa, bo nie miałam żadnego konkretnego pomysłu w głowie, mimo, że przecież w teorii byłam świetnie przygotowana, bo ukończyłam też w Krakowie studium pedagogiczne. Sama nie wiem w którym momencie pojawił się pomysł warsztatów z edukacji ekologicznej. Miałam długą drogę przed sobą do przebycia, bo choć ciężko w to teraz uwierzyć, ale nie odróżniałam od siebie podstawowych roślin! Wiedziałam jednak, że jeśli chcę stworzyć ofertę zajęć edukacyjnych sama muszę się porządnie doszkolić. Zrobiłam studia podyplomowe z Hortiterapii na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu. W wolnych chwilach chodziłam po parku i Wzgórzach Dalkowskich i poznawałam drzewa, uczyłam się o nich, czytałam, robiłam zdjęcia... Z każdym takim spacerem i odkrywaniem Wzgórz czułam, że zakorzeniam się w tym miejscu. Chłonęłam przyrodę i jej piękno, i całkowicie "przepadłam" dla tego miejsca :) Pojawił się pomysł założenia Facebooka Fundacji. Wiedziałam, że muszę podzielić się pięknem tych terenów z innymi. Nie pamiętam kiedy to dokładnie było, ale robiłam zdjęcia, wrzucałam je w Internet, zachęcałam do odwiedzania Dalkowa. Na początku kibicowało kilka osób, sami znajomi. Potem coraz więcej osób zaczęło się interesować... Dziś wiem, że stronę Fundacji obserwuje wiele osób, których nie znam - i o to chodziło. Pokazać innym jak jest tu pięknie, podzielić się tym cudownym skrawkiem ziemi  :)

JB: Okazuje się, że Wasz projekt dotyczący "Pamiętników Luise von Liebermann" zyskał wielu sympatyków i coraz większy rozgłos, nie tylko w najbliższej okolicy. W minioną niedzielę o projekcie usłyszeć mogła cała Polska - w Teleexpresie. Jak myślisz - skąd wyjątkowość tego projektu? Czy kiedy wpadły Ci w ręce zapiski Luise - przeczuwałaś, że będzie to coś niezwykłego?

Anna: Zapiski Luise otrzymałam od Pana Hansa-Joachima Breske w 2019 r. Pamiętam, że wcześniej gdzieś już je widziałam. To było chyba wtedy, gdy Pan Ryszard Szczygieł - regionalista z Bytomia Odrzańskiego - pożyczył mi egzemplarze czasopisma Neuer Glogauer Anzeiger. Wtedy jednak skupiłam się na poszukiwaniu innych informacji a pamiętnik Luise (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to pamiętnik, bo nie był tak podpisany) mówiąc kolokwialnie "olałam", bo uznałam, że to za dużo treści po niemiecku i nie mam czasu tego przetłumaczyć, ani budżetu by zlecić to komuś innemu. Dopiero jakoś w 2020 r. gdy Pan Breske zadał mi pytanie, czy już czytałam treści pamiętnika postanowiłam do tego przysiąść. Jako, że nigdy nie byłam orłem z języka niemieckiego, to tłumaczenie tekstów szło mi powoli. Czasem przetłumaczenie niektórych zdań zajmowało mi kilkadziesiąt minut. Google tłumacz i słowniki niestety też zawodziły, trzeba było drążyć temat - zgłębić wątki historyczne i kulturalne ówczesnych czasów. Pamiętam na przykład, że długo zeszło mi na przetłumaczeniu słowa "klucznica", bo nawet po polsku nie znałam tego wyrazu! W analizie wątków historycznych pomógł mi bardzo Darek Czaja - głogowski historyk i regionalista, który od początku kibicował treściom pamiętnika i z uporem maniaka powtarzał, że trzeba go wydać.

Z każdym przetłumaczonym zdaniem ja też utwierdzałam się w tym, że pamiętnik musi zostać opublikowany. Nie wiedziałam jeszcze tylko skąd wziąć na to środki. Tłumaczenie tak mnie pochłaniało, że nieraz zarywałam nocki. Ale było warto - pierwszym odbiorcą przetłumaczonych tekstów był mój mąż, który czekał z niecierpliwością na kolejne przetłumaczone zdania i fascynował się tym niemniej jak ja sama. Postanowiłam więc, póki co, przetłumaczyć pamiętnik w całości i publikować go w Internecie, na Facebooku Fundacji. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze się stało, że nie zainteresowałam się pamiętnikiem od razu. Wtedy jeszcze ani ja, ani Fundacja nie byłaby gotowa na to, by przedstawić to światu i zainteresować tym innych. Ale po tych kilku latach działania tutaj wiem, że wszystko dzieje się dokładnie wtedy, kiedy powinno się wydarzyć. Nie za szybko, nie za wolno. Po prostu tak jak być powinno. Jestem przekonana, że tym wszystkim kieruje Bóg i to on wie kiedy "wprowadzić" w historię Dalkowa kolejny wątek.

JB: Historia młodej dziewczyny, Luise, sprzed 200 lat ma w sobie coś niesamowitego. Jak myślisz, w czym tkwi wyjątkowość jej pamiętnika?

Anna:  Myślę, że historia Luise ma dwa wymiary. Jeden "sacrum" - coś dla nas nieodgadnionego, nieznanego, owianego tajemnicą. Przyznajmy - każdego z nas zastanawia jak wyglądało życie na dworze pałacowym. Jak się ubierali, wypowiadali, jakie mieli problemy, rozrywki, jak wyglądało wnętrze pałacu... W przypadku Dalkowa jest to tym bardziej zagadka, bowiem nie zachowały się żadne zdjęcia poprzednich właścicieli ani fotografie wnętrza pałacu. Drugi wymiar to "profanum" - Luise opisuje swoje życie codzienne, które nie różniło się bardzo od naszego. Też miała problemy i zmartwienia, choroby dotykały jej bliskich. Prawie straciła brata, jej matka w młodym wieku utraciła wzrok. Opisuje tęsknoty za siostrami, które opuściły rodzinny dom wyprowadzając się po zamążpójściu. Wplatała wątki miłosne, sama opisując rozwijające się w niej uczucie do przyszłego męża. Z jej zapisków okazuje się, że jej najlepszą przyjaciółką wcale nie była żadna rówieśniczka z sąsiedniego dworu, ale córka pasterza. Dowiadujemy się, że na ślub jej siostry mógł przyjść każdy mieszkaniec Dalkowa. Zaskoczeniem może być, że Luise uczyła się od kucharek gotować i piec w kuchni pałacowej by być dobrą żoną i gospodynią gdy wyprowadzi się z mężem do Głogowa.

Oba te wymiary sprawiają, że historia Luise jest nam bardzo bliska a zarazem owiana tajemnicą. To chyba sprawia, że tak chętnie czytamy jej pamiętnik.


JB: Odbyły się już dwa spotkania, podczas których w plenerze pięknego, dalkowskiego parku, słowa Luise ponownie budzą się do życia, czytane przez rozmaite osoby. Chyba można powiedzieć, że Luise miała niezwykły dar pisania, ponieważ jej słowa można sobie wyobrazić, obrazują nam "tamto" życie - wraz ze wszystkimi trudnościami i radościami? Czy masz jakiś ulubiony fragment w pamiętniku?

Anna:  Luise rozpoczynała pisanie pamiętnika gdy miała 14 lat. Skończyła mając 21 - wtedy już jej styl pisania i język był zdecydowanie bardziej skomplikowany, a treści pamiętnika były bardziej zawiłe. Ale faktycznie przez cały ten czas Luise używa bardzo poetyckiego stylu - jak to na oczytaną pannę na dworze przystało :) Czy mam swój ulubiony fragment? Zdecydowanie tak. Uświadomiłam to sobie gdy pewnego razu odczytując go grupie turystów rozpłakałam się. Myślę, że to dlatego, że bardzo się z nim utożsamiam.

Ten fragment to :

"Dalków, 6 lipca 1816 r. [...] Nie mogę sobie nawet wyobrazić abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczony w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. Ich wygląd wydaje się nam - którzy tu mieszkamy - jeszcze cenniejszy i ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości ".

JB: Powiedz nam, czy dzisiaj Ty, przebywając tu, i troszcząc się o park, ogrody, pałac... - czy czujesz ten sam zachwyt co Luise?

Anna: Myślę, że w głębi serca jestem taką samą romantyczką jaką była Luise. Może właśnie dlatego trafiło na mnie, że to ja miałam zainteresować się pamiętnikiem... Rozumiem ją bardzo dobrze i myślę, że tak samo jak ona kocham te tereny. Luise była bardzo wrażliwą osobą, dla której najważniejsze były relacje rodzinne. Jako psycholog nie mogę też nie zauważyć, że była niezwykłe empatyczna i często analizowała zachowania innych osób. Starała się je zrozumieć, wytłumaczyć, poczuć to, co mogą czuć te osoby. To kolejna rzecz która nas łączy. Miała też tendencje do zamartwiania się - zupełnie tak jak ja.

JB:  Czy możesz zdradzić nam, czy Anna Gomułka, pisze dziś swój własny pamiętnik?

Anna:  Niestety pamiętnika nie piszę. Prowadzimy za to kronikę Fundacji w tradycyjnej wersji - pisanej ręcznie z wieloma zdjęciami, wycinkami z gazet itd.


JB:  Niedawno zostałaś mamą małego Antosia, a trochę wcześniej mamą Hani. To chyba dobry moment, aby zapytać o to, czym jest dla Ciebie rodzina? Jakie wartości są dla Ciebie najważniejsze? I czy jest coś takiego w macierzyństwie, co najbardziej Cię zaskakuje?

Anna: Jeśli chodzi o wartości, to są trzy najważniejsze. Bóg, rodzina i zdrowie. Bogu zawdzięczam wszystko co mam. Rodzinie zawdzięczam, to, że jestem szczęśliwa. A dzięki zdrowiu mogę cieszyć się z tego szczęścia.

Rodzina to dla mnie podstawa. Wszystko to, co dzieje się wokół Dalkowa i pracy cieszy, ale taka jest prawda, że gdyby nie moi najbliżsi, to nie miałoby to sensu. Bóg postawił na mojej drodze wspaniałego mężczyznę - Marcina, który jest dla mnie największym wsparciem i najlepszym przyjacielem. Mamy wspólny cel i rozumiemy swoje potrzeby a to w związku niezwykle ważne.

Co mnie najbardziej zaskakuje w macierzyństwie... Słyszałam nieraz, że miłości się nie dzieli, ale, że ona się mnoży. Slogan - tak myślałam. Ale tak jest. Przy Hani musiałam nauczyć się być mamą. Uczyłam się nie tylko opieki, ale też okazywania uczuć. Teraz gdy pojawił się Antoś od razu poczułam tę niesamowitą więź. Nic nie jest w stanie zastąpić tych chwil kiedy dzieci zasypiają w moich ramionach. To niesamowite jak bardzo mimo dolegliwości ciążowych, bólu porodu i trudu połogu można czuć się kobieco dzięki dzieciom.


JB: Powołując do życia "Fundację" (Fundację Na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi) na pewno miałaś jakieś wizje i marzenia. Czy możesz powiedzieć, ile z tych założeń już udało się spełnić? Jakie są Wasze plany na najbliższy czas?

Anna:  Pierwszą osobą, która dostrzegła potencjał Dalkowa był mój Tato - Józef Płocha. To on od 1999 r., gdy zakupił ten teren, rozpoczął jego systematyczną rewitalizację. Na tyle, na ile budżet i sił starczało, to odnawiał park, zagospodarowywał teren dookoła. Od zawsze marzył by powstały tu ogrody tematyczne. Przez te wszystkie lata zorganizował tutaj mnóstwo wycieczek szkolnych, w których wzięło udział do 2017 r. łącznie około 12 tysięcy dzieci i młodzieży z głogowskich szkół i przedszkoli. To on dostrzegł potencjał turystyczny Wzgórz Dalkowskich. Gdy ja tu przyjechałam mogłam rozwijać to, co on rozpoczął. Od momentu założenia Fundacji udało się zrealizować bardzo dużo projektów, mnóstwo osób odwiedziło Dalków, zachwyciło się nim, włączyło się w nasze działania, opowiedziało o tym miejscu innym... Wydarzyło się wiele rzeczy, o których nawet nie śnilismy. Kolejny rok z rzędu udaje się pozyskiwać środki na remont pałacu w Dalkowie. Założyliśmy Centrum Hortiterapii - Ogrody Zmysłów na Wzgórzach Dalkowskich, utworzyliśmy szlaki turystyczne na Wzgórzach Dalkowskich, zorganizowaliśmy warsztaty i zajęcia edukacyjne dla kilku tysięcy osób, wydaliśmy kilka publikacji. Odkryliśmy postać Luise! To nadało duszy temu miejscu. Dalków nie jest już bezimienny. Chcemy, żeby ludzie kojarzyli go z młodą i wrażliwą Luise, tak jak na większą skalę kojarzy się pałac w Kamieńcu Ząbkowickim z Marianną Orańską czy Zamek w Książu z księżną Daisy.


Jakie plany przed nami? Planów, a właściwie marzeń jest mnóstwo. Docelowo chcielibyśmy stworzyć w Dalkowie bazę hortiterapeutyczną - miejsca noclegowe, gastronomię, rozbudowywać ogrody terapeutyczne. Miejsce to byłoby skierowane głównie dla osób chorych, osób z niepełnosprawnościami lub osób starszych, ale też dla osób zdrowych, chcących zachować dobrostan psychofizyczny dzięki przebywaniu na łonie natury. Drugą rzeczą, do której dążymy, to utworzenie tzw. "muzeum domowego", w którym moglibyśmy wyeksponować i opisać pamiątki z tych terenów, które otrzymujemy od społeczności lokalnej. Pierwsza wydana przez nas książka "Korzenie Piórem Pisane Potomnym Opowiedziane" a następnie książki napisane na zlecenie Gminy Gaworzyce "Gminne opowiastki o wyjątkowych ludziach i miejscach" pokazały nam jak wiele historii i wspomnień mieszkańców zachowało się do tej pory i jak wiele pracy trzeba jeszcze włożyć by zabezpieczyć te materiały dla kolejnych pokoleń. Marzy nam się muzeum, w którym moglibyśmy posłuchać nagrań audio mieszkańców, oglądać zdjęcia rodzinne, zobaczyć przedmioty, które użytkowali nasi przodkowie gdy przyjechali tu zaraz po 1945 r. Muzeum, w którym będą kanapy i regały ze starymi książkami do wypożyczenia, kawiarenka z widokiem na park i albumy z czarno-białymi zdjęciami. Choć to tylko marzenia, to często powtarzam sobie słowa Walta Disneya "If you can dream it, you can do it", co oznacza "Jeśli potrafisz sobie coś wymarzyć, potrafisz też to zrobić".


JB: Udało Ci się rozkochać w Dalkowie bardzo dużo ludzi - mówię o tych, którzy nie znali wcześniej parku, jego historii, i historii ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali. Twój Tato też podkreśla, że wracając do Dalkowa otworzyłaś jakiś nowy etap dla jego dotychczasowej działalności. Czy czujesz, że każdy człowiek może wnieść coś dobrego do ukochanego miejsca? Jak myślisz co Ty wniosłaś do Dalkowa?

Anna: Zdecydowanie tak jest, że każdy może wnieść coś do danego miejsca! Każdy z nas ma jakiś talent, ważne żeby uświadomić sobie w czym jest się dobrym i co lubi się robić. Nigdy nie lubiłam robić czegoś, czego "nie czułam" całą sobą. Od zawsze interesował mnie człowiek i jego emocje, psychika. Ale na chwilę obecną nie wyobrażam sobie pracy w gabinecie. Dlatego właśnie w warsztatach znalazłam sposób na siebie i realizowanie pasji, jaką zawsze była i jest psychologia. Roślinne witraże to jeden z trudniejszych warsztatów, jakie tu prowadzimy. To są takie przeplatanki sznurkiem na konstrukcjach z gałęzi, które potem ozdabiamy roślinami. W każdej grupie jest kilka osób, które poddają się już na początku i uważają, że nie są w stanie tego wykonać. Z niewielką pomocą prowadzących zawsze kończy się to sukcesem. To największa satysfakcja kiedy te osoby, które z taką rezygnacją i brakiem wiary w siebie na koniec warsztatów pozują dumnie do zdjęć z wykonanym przez siebie witrażem. To mała rzecz, ale jeśli w małych rzeczach w siebie nie uwierzymy, to tym bardziej w dużych. I odwrotnie - jeśli uda nam się pokonać jakiś lęk w drobnej sprawie, to przekłada się to na ogólną samoocenę i poczucie własnej wartości. Nie jest to może zmiana na poziomie rewolucji życiowych - ale cieszę się z każdej zadowolonej osoby, która stąd wyjeżdża. Dobrze jest mnożyć dobro i widzieć jak ludzie rozwożą radość dalej wyjeżdżając z Dalkowa. W świecie pełnym negatywnego przekazu w mediach, hejtu w Internecie i samotności w tłumie dobrze jest dać choć odrobinę radości. Niech idzie dalej i mnoży się!


JB: Zatrzymajmy się na chwilę. Przymknijmy oczy... Myśląc o podwórku, mamy zazwyczaj jakieś ulubione miejsce na myśli, może też wspomnienia z dzieciństwa? Czy Ty masz takie z Dalkowa?

Anna:  Do momentu wyjazdu na studia mieszkałam w Głogowie i to tam spędziłam dzieciństwo. Ale z Dalkowem faktycznie mam jedno wspomnienie. Miałam wtedy 7 lat, to była nasza pierwsza wizyta z rodzicami w Dalkowie. Obchodziliśmy pałac dookoła. Bardzo spodobała mi się jedna przybudówka. Zatrzymałam się i jako mały łakomczuch powiedziałam, że to mógłby być mój pokój cukierkowy, w którym będą tylko słodycze. Co to było za rozczarowanie gdy weszliśmy do środka pałacu i okazało się, że ten "mój cukierkowy pokój" to była dawniej... toaleta 😉

 

JB: Przyznam, że to bardzo wesołe zakończenie naszej rozmowy. A "cukierkowy pokój" w Pałacu też brzmi całkiem dobrze, kto wie? Może kiedyś taki słodki kącik faktycznie tu powstanie. Bardzo dziękuję za rozmowę i wiele wartościowych odpowiedzi, które pozwoliły nam poznać Cię bliżej. Życzymy kolejnych sukcesów i spełnienia tych wszystkich marzeń i planów, o których zdecydowałaś się tu powiedzieć. Do zobaczenia niebawem, na kolejnej odsłonie czytania pamiętnika Luise!





Z Anną Gomułką rozmawiała Joanna Brodowska
Zdjęcia: Marcin Kopij, Joanna Brodowska








Przejrzałem kilka artykułów na temat pamiętnika i wygląda na to, że pamiętnik istnieje tylko w formie współczesnego maszynopisu - tak jak to zapisano: 

"Pamiętniki obecnemu właścicielowi przekazał potomek niemieckich zarządców. Okazało się, że zapiski Luise były publikowane w niemieckim czasopiśmie. W ten sposób przetrwały."

W tekście napotykamy takie sformułowania:

"autor fotografii i projektu tablic historycznych"
"powstaje szlak z tablicami. Na nich znajdują się fragmenty pamiętników i fotografie"

Mowa o jakiś fotografiach, ale nigdzie nie jest wyjaśnione o co chodzi - jednak odnosi się wrażenie, że chodzi o fotokopie stron z pamiętnika - nic bardziej mylnego - chodzi o fotografie na tablicach, które poustawiano w parku przy pałacu - na fotografiach ujęte są sceny z parku z modelką przebraną w strój z epoki, udającą młodą Luizę...


za fb Pamiętnik Luise von Liebermann z Dalkowa:

Cykl wspomnień sprzed 200 lat ukazuje się w ramach tłumaczenia tekstów odnalezionego pamiętnika kilkunastoletniej Luise von Liebermann - najmłodszej córki właścicieli pałacu w Dalkowie (Gmina Gaworzyce , Powiat Polkowicki, woj. dolnośląskie). Teksty w języku niemieckim przekazał w 2019 r. dalkowskiej Fundacji Hans-Joachim Breske. Tłumaczenie wspomnień było projektem własnym Fundacji na Rzecz Rodziny i Rewitalizacji Polskiej Wsi realizowanym w ramach działań statutowych. Tłumaczeniem tekstów zajęła się Prezes Fundacji - Anna Gomułka.


Nigdzie w internecie nie ma fotografii choćby jednej strony oryginalnego XIX wiecznego sztambucha - ani nawet okładki. Sformułowania w pamiętniku nie pasują mi do 14 letniej panienki, są pisane jakby z perspektywy osoby dorosłej 
("Mam zaledwie 14 lat", "przestronny pałac", "intarsjowana", "barokowa" )  i są jak dla mnie - zbyt opisowe, zbyt szczegółowe. Jakby były pisane z myślą o kimś - powiedziałbym nawet: z mysla o publikacji dla szerokiego grona odbiorców - do gazety.


znów siedzę przy otwartym oknie swojego pokoju, skąd mam widok na kolorowe rondo z kwiatów przed pałacowymi schodami. Nad moim sekretarzykiem wisi olejny portret mojego drogiego ojca, który mama skopiowała z oryginału, który wisi w holu na moją prośbę i który dała mi na ostatnie Boże Narodzenie.

Czasami, gdy patrzę w górę na zdjęcie, wydaje mi się, że szare oczy mojego ojca, królewskiego mistrza rycerstwa pruskiego i właściciela Dalkau – Augusta Liebermann von Sonnenberg, patrzą na mnie jakby chciały mnie upomnieć, abym pozostała wierna naszemu ukochanemu Dalkau dziś i na zawsze. 
["A duch niemieckiego bahnschulza z przyganą spogląda na polskiego sokistę, który dopuścił zagraficenia urzędowych napisów” - ??? MS]


Mam zaledwie 14 lat i jestem najmłodszą córką ośmiorga dzieci moich rodziców. Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić, abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem i górami. Uwielbiam przestronny pałac z jego wysokim dachem i skrzydłem umieszczonym w poprzek długiego domu z wieloma dużymi, wysokimi oknami, które wpuszczają światło do pokoi i sal, dzięki czemu meble, intarsjowana komoda i barokowa szafa z motywami kwiatowymi, fotele i krzesła tapicerowane jedwabnymi tkaninami rozświetlane są cudownym blaskiem. 

Ich wygląd wydaje się nam – tu czujemy się jak w domu – jeszcze cenniejszy i bardziej ujmujący niż całe wnętrze pałacowych komnat może być w rzeczywistości.





Przecież to jest pranie mózgu.
I to jest tak głupie, jakby pisała sztuczna inteligencja.

To jest napisane z perspektywy Niemca, który ma świadomość, że Śląsk należy teraz do Polski - stąd te nawracające wersy o braku akceptacji dla utraty domu, który był przecież sprzedany przez synów właściciela - ponad 30 lat po napisaniu tych notatek w pamiętniku!


Za fb Konserwator Zabytków:

Hans Gottlieb von Stosch w momencie swojej śmierci w 1786 r. był właścicielem większego majątku określanego jako Dominium Dalkau, na który składały się rejony Dalkau (Dalków), Reihe (Regów) i Samitz (Zameczno). Przekazał on w testamencie wszystkie dobra dalkowskie swojej jedynej córce – Caroline Wilhelmine Tugendreich von Stosch, która to dwa lata później (w 1788 r.) wyszła za mąż za Augusta Gottloba von Liebermann (syna Georga Mattiasa von Liebermann – komendanta miasta i Twierdzy Głogów). Po nieoczekiwanej śmierci Augusta w 1803 r. majątek przeszedł w posiadanie najstarszego syna – Augusta Friedricha.

Po jego śmierci w 1847 r. jego bracia przejmują dalkowski majątek, aby z czasem sprzedać go niespokrewnionemu kupcowi – Ernestowi Heimannowi z Wrocławia.*



Pamiętnik pisany był w latach 1816-1823, a więc kiedy pałac znajdował się nadal w rękach rodziny - po co więc te rzewne "abym kiedykolwiek mogła rozstać się z naszym pałacem" czy "abym pozostała wierna naszemu ukochanemu Dalkau dziś i na zawsze"

We własnym domu 
"tu czujemy się jak w domu" ?

Przecież to głupie.




"znów siedzę przy otwartym oknie swojego pokoju"

Jakby ktoś pisał o swoich marzeniach - że znowu zamieszka w SWOIM pałacu...







Odkrywca maj 2011 i zagadkowy tekst.



strona 23 i bardzo dziwne zwroty...

Wrocław […] stoję w jego centrum […] Ten bezruch, jakby oczekiwanie na coś powoduje, że boję się poruszyć żeby nie zburzyć, nie zbezcześcić tej martwoty, jakiejś nieistniejącej, ale odczuwalnej równowagi tego miejsca.
[…] Czuje się też bliskąprzyczajoną jak ten gołąb obecność grafomaniiktóra lada numer Odkrywcy wybuchnie jak supernowa.
A gdy przymknąć oczy, gdy się uważnie wsłuchać w ciszę nieczynnych peronów, usłyszeć można wśród porywów wiatru gardłowe „Bahnhof Breslau, aussteigen” wykrzyczane przez konduktora Deutsche Reichsbahn. A duch niemieckiego bahnschulza z przyganą spogląda na polskiego sokistę, który dopuścił zagraficenia urzędowych napisów.”

A przecież wyłączyłem już wyobraźnię, jestem, jak dziś się mówi, w realu a ciągle widzę niemiecki napisWięc on jest! Istnieje!


Werwolf: 8. Mały sabotaż – podstawowa metoda Werwolf-u






/glogow.naszemiasto.pl/powalony-dekady-temu-pomnik-na-wzgorzach-dalkowskich-znow-ma-stac-to-co-po-nim-zostalo-skladaja-dzialacze-grot-u-znacie-historie-pomnika/ar/c1p2-28226661

polska-org.pl/7196733,Dalkow,Pomnik_Karoliny_von_Liebermann.html

wroclaw.tvp.pl/71658968/pamietniki-sprzed-200-lat-odnalezione-w-dalkowie

gaworzyce.com.pl/Odkryj-Gmine-Gaworzyce/Blog/Zakorzeniam-sie-w-tym-miejscu-w-rozmowie-z-Anna-Gomulka-nie-tylko-o-pamietnikach~b1394

facebook.com/pamietnikdalkow/

pl.wikipedia.org/wiki/Pałac_w_Dalkowie#cite_note-3

rp.pl/spoleczenstwo/art9367491-walesa-moj-pan-bog-jest-z-komputera-najnowszej-generacji

facebook.com/pamietnikdalkow/posts/pfbid02FuY17kxkB6pnrgr42z8Z6osAZKNLDjPP71nuqQLxbfvtE7RkEBxkaW5DDnXHbGPgl


*(materiały otrzymane od Anny Gomułki- prezes Fundacji )
za: facebook.com/100063231910477/photos/739537958163928/?_rdr