Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

środa, 27 maja 2015

Czego chce Putin?



Zamieszczam ważną politycznie analizę Rościsława Iszczenki, rosyjskiego analityka strategicznego, przewodniczącego Centrum Analizy Systemowej i Prognoz, opublikowaną przez Klub Wałdajski 11 lutego 2015. (B. Jeznach)


Jakie to miłe, że „patrioci” nie potępili z miejsca Putina za to, że w styczniu i lutym w Donbasie nie doszło do całkowitego wycięcia wojsk ukraińskich, i że w Moskwie odbyły się jego konsultacje z Merkel i Hollande’m. Niemniej, nie zmienia to ich pragnienia, aby ostateczne rozstrzygnięcie nastąpiło szybko, możliwie wczoraj, a najbardziej radykalni są przekonani, że Putin i tak „podda Noworosję”. Bardziej umiarkowani obawiają się, że zrobi to jak tylko zostanie podpisany kolejny rozejm (o ile to nastąpi) wynikający z potrzeby przegrupowania i uzupełnienia w armii Noworosji (co jednak można zrobić i bez przerywania działań) po to, aby dostosować się do nowych okoliczności na płaszczyźnie międzynarodowej i przygotować do kolejnych walk dyplomatycznych.

W rzeczywistości, mimo całej uwagi jaką polityczni i/lub wojskowi dyletanci – te wszystkie Talleyrandy i Napoleony internetu – skupiają na sytuacji w Donbasie i w ogóle na Ukrainie, jest to tylko jeden punkt w globalnym froncie. Wynik wojny nie rozstrzyga się na donieckim lotnisku, ani nie na wzgórzach pod Debalcewem, tylko na Starym Placu i Placu Smoleńskim w Moskwie, oraz w biurach Paryża, Brukseli i Berlina. Dlaczego? Bo działania wojskowe to tylko jeden z wielu składników politycznego sporu.

Jest to oczywiście składnik najtwardszy i ostateczny, który niesie w sobie wielkie ryzyko, ale problem nie zaczyna się od wojny, ani na wojnie się nie kończy. Wojna to tylko pośredni etap, który oznacza niemożność osiągnięcia kompromisu. Jej celem jest stworzenie nowych warunków, w których kompromis będzie już możliwy, albo pokazanie, że nie jest on już potrzebny, bo jedna ze stron konfliktu przestanie istnieć. Kiedy przyjdzie czas na kompromis, kiedy skończą się walki i wojsko wróci do koszar, a generałowie zaczną pisać pamiętniki i gotowić się do kolejnej wojny, wtedy dopiero  politycy i dyplomaci przy stole negocjacyjnym określają prawdziwy wynik konfrontacji.

Takie decyzje polityczne są potem bardzo często niezrozumiałe, ani dla wojska, ani dla ludności. Np. w czasie wojny austro-pruskiej 1866 roku, kanclerz Prus Otto von Bismarck (późniejszy kanclerz Rzeszy Niemieckiej), zlekceważył wciąż ponawiane prośby króla Wilhelma I (przyszłego kajzera) i żądania pruskich generałów, aby zająć Wiedeń, i absolutnie miał w tym rację. W ten sposób bowiem przyspieszył on zawarcie pokoju na pruskich warunkach a także zapewnił Austro-Węgry odtąd na zawsze (no, może tylko do ich rozpadu w 1918) zostały młodszym partnerem Prus, a potem Rzeszy.

Aby zrozumieć jak, kiedy, i na jakich warunkach mogą się zakończyć działania zbrojne, musimy wiedzieć czego chcą politycy i jak postrzegają oni warunki powojennego kompromisu. Stanie się wtedy jasne, dlaczego działania wojskowe przerodziły się w wojnę domową o niskiej intensywności, przerywaną od czasu do czasu rozejmami, tak jak to ma miejsce nie tylko na Ukrainie, ale również w Syrii.

Nie interesują nas, rzecz oczywista, poglądy polityków z Kijowa, bo oni o niczym nie decydują. Faktu, że Ukraina jest zarządzana z zewnątrz już się nawet nie ukrywa. I nie jest ważne, czy ministrami są tam Estończycy, czy Gruzini, bo i tak są to Amerykanie. Byłoby także błędem interesować się tym jak widząprzyszłość przywódcy Donieckiej czy Ługańskiej Republiki Ludowej (DRL i ŁRL). Republiki te istnieją tylko przy rosyjskim poparciu i tylko dopóty, dopóki Rosja je popiera. Interes Rosji musi być tam chroniony nawet przed ich własnymi niezależnymi decyzjami i inicjatywami. Stawka jest tam za duża, aby pozwolić np. Zacharczence lub Płotnickiemu, lub komukolwiek innemu na samowolne i niezależne decyzje.

Nie interesuje nas również stanowisko Unii Europejskiej. Od UE dużo zależało do lata ubiegłego roku, kiedy można było jeszcze zapobiec wojnie lub powstrzymać ją na samym początku. Potrzebne było wtedy twarde pryncypialne stanowisko przeciwko wojnie ze strony Unii. Mogłoby ono wtedy zablokować amerykańskie inicjatywy na rzecz wszczęcia działań wojennych i mogłoby zmienić Unię w ważnego, niezależnego gracza geopolitycznego. UE pominęła tę możliwość i zachowała się jak wierny wasal Stanów Zjednoczonych.

W rezultacie Europa stoi teraz na krawędzi wewnętrznej rewolty. W najbliższych latach ma ona wszelkie szanse doświadczyć tego samego losu, co Ukraina, tyle ze dużo głośniej, bardziej krwawo i z mniejszą szansą, że się szybko uspokoi – tj. że pojawi się ktoś ,kto to uspokoi i zaprowadzi porządek.

W rzeczywistości Europa może dziś wybrać, czy chce pozostać narzędziem polityki USA, czy raczej przesunie się bliżej ku Rosji. Zależnie od tego, co wybierze, Europa może jeszcze wyjść z tego z niewielką szkodą, taką jak rozłam części swych peryferii i możliwa fragmentacja niektórych państw, albo może pogrążyć się zupełnie. Wnosząc po ociąganiu się europejskich elit przed otwartym zerwaniem z USA, upadek Europy jest niemal nie do uniknięcia.

To, co powinno nas jednak interesować, to opinie dwóch głównych graczy, którzy determinują front geopolityczny i którzy w rzeczywistości walczą o zwycięstwo w wojnie nowej generacji, czyli w sieciowej Trzeciej Wojnie Światowej. Tymi graczami są Stany Zjednoczone i Rosja.
Stanowisko USA jest jasne i przejrzyste.  W drugiej połowie lat ‘90-ych Waszyngton przegapił swą jedyną okazję do bezkolizyjnego zreformowania gospodarki zimnowojennej, a przez to i do uniknięcia wzbierającego kryzysu w systemie, którego rozwój ma granice w postaci skończonej natury naszej planety i jej zasobów, w tym zasobów ludzkich, co stoi w sprzeczności z potrzebą nieustannego drukowania dolarów.

W następstwie tego Stany Zjednoczone mogły przedłużyć śmiertelne drgawki systemu  tylko przez plądrowanie reszty świata. Na początku sięgnęły do krajów Trzeciego Świata. W drugiej kolejności dobrały się do swych potencjalnych rywali. W trzeciej kolejności doszły do sojuszników, a nawet najbliższych przyjaciół. Ten rabunek może trwać tylko tak długo, jak długo USA pozostają na świecie bezdyskusyjnym hegemonem. Stąd, kiedy Rosja upomniała się o swoje prawo podejmowania niezależnych decyzji politycznych – decyzji wagi regionalnej, nie globalnej – jej starcie z USA stało się nieuniknione. To starcie nie może zakończyć się kompromisowym pokojem.
Dla Stanów Zjednoczonych bowiem, kompromis z Rosją oznaczałby dobrowolne odrzucenie ich hegemonii co prowadziłoby do szybkiej katastrofy systemu – nie tylko kryzysu gospodarczego i politycznego, ale także do paraliżu instytucji państwowych i niezdolności rządu federalnego do dalszego funkcjonowania. Innymi słowy – do nieuniknionej dezintegracji państwa.
Jeśli jednak zwyciężą Stany Zjednoczone, wtedy systemowa katastrofa ogarnie Rosję. Wybuchnie „rebelia”, po której rosyjska klasa rządząca zostanie ukarana więzieniem i utratą majątku. Państwo zostanie rozkawałkowane, dużą część terytorium zagarną obcy, zniszczeniu może ulec armia.
A zatem wojna będzie trwać, dopóki jedna ze stron nie zwycięży. Każde porozumienie będzie traktowane jako czasowe zawieszenie broni, konieczne dla przegrupowania sił, zmobilizowania nowych rezerw i  pozyskania nowych sojuszników.

Aby obraz sytuacji był pełny potrzebne jest nam tylko stanowisko Rosji. Ważne jest, aby zrozumieć co chce osiągnąć rosyjskie kierownictwo, a w szczególności prezydent Władimir Putin. Mówimy tu o kluczowej roli, jaką Putin odgrywa w organizacji rosyjskiej struktury władzy. Nie jest to system autorytarny, jak twierdzi wielu, tylko oparty na autorytecie, tzn. oparty nie na prawnej konsolidacji autokracji, tylko na władzy osoby, która system stworzyła i stojąc na jego czele zapewnia jego skuteczne działanie.

Przez 15 lat, jakie Putin jest u władzy, mimo trudnej sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej, próbował on zmaksymalizować rolę rządu, zgromadzenia ustawodawczego a nawet władz lokalnych. Są to całkowicie logiczne kroki, które nadały systemowi kompletność, stabilność i kontynuację. Ponieważ żaden polityk nie może rządzić w nieskończoność, owa polityczna kontynuacja, bez względu na to, kto dojdzie potem do władzy, jest kluczem do stabilnego systemu.

Niestety, w pełni autonomiczna kontrola tj. zdolność do funkcjonowania bez nadzoru prezydenta nie została jeszcze osiągnięta. Putin pozostaje kluczowym składnikiem systemu ponieważ ludzie swoje zaufanie pokładają w nim osobiście. Znacznie mniej ufają systemowi, reprezentowanemu przez władze publiczne i poszczególne instytucje.

W ten sposób opinie i plany polityczne prezydenta Putina stały się czynnikiem decydującym w takich dziedzinach, jak rosyjska polityka zagraniczna. Jeżeli zdanie „bez Putina nie ma Rosji” jest przesadą, to zdanie „to, czego chce Putin, tego chce także Rosja” moim zdaniem całkiem prawidłowo odzwierciedla rzeczywistą sytuację.

Po pierwsze zauważmy, że człowiek, który przez 15 lat ostrożnie doprowadził Rosję do odrodzenia, zrobił to w warunkach hegemonii USA w światowej polityce wraz z dużymi możliwościami Waszyngtonu, aby wpływać na rosyjską politykę wewnętrzną. Musiał więc rozumieć naturę tej walki i przeniknąć przeciwnika. Inaczej nie utrzymałby się tak długo.

Poziom konfrontacji, na jaką Rosja pozwoliła sobie względem USA wzrastał bardzo powoli i do pewnego momentu doszedł całkiem niezauważony. Np. Rosja w ogóle nie zareagowała na pierwszą próbę kolorowej rewolucji na Ukrainie w latach 2000-2002 (sprawa Gongadze, skandal kasetowy i protesty pod hasłem „Ukraina bez Kuczmy”).

Rosja zajęła stanowisko przeciwne, ale nie interweniowała w zamachy, które miały miejsce od listopada 2003 do stycznia 2004 w Gruzji, oraz od listopada 2004 do stycznia 2005 na Ukrainie. Ale w roku 2008 w Osetii i Abchazji Rosja już posłała swoje wojska przeciw Gruzji, sojusznikowi USA. A w 2012, w Syrii, rosyjska flota zademonstrowała gotowość do konfrontacji z USA i ich sojusznikami z NATO. 

W roku 2013 Rosja zaczęła podejmować kroki gospodarcze przeciw  reżimowi Janukowycza, co przyczyniło się do  podpisania przez niego nieszczęsnego porozumienia o stowarzyszeniu z UE.
Moskwa nie mogła była uratować Ukrainy przed zamachem stanu z uwagi na brak zasad, tchórzostwo i głupotę ukraińskich przywódców, i to nie tylko Janukowycza, ale ich wszystkich bez wyjątku. Po zbrojnym przewrocie w Kijowie w lutym 2014 roku Moskwa weszła w otwartą konfrontację z Waszyngtonem. Przedtem ich konflikty przeplatały się z okresami poprawy stosunków, ale na początku roku 2014 relacje między Rosją a Stanami Zjednoczonymi pogorszyły się raptownie i niemal od razu osiągnęły punkt, w którym wojna - gdyby chodziło o epokę przednuklearną - mogła być wypowiedziana automatycznie.

Za każdym razem Putin angażował się precyzyjnie tylko w taki poziom konfrontacji z USA, z którym Rosja mogła sobie poradzić. To, że teraz Rosja już nie ogranicza poziomu konfrontacji oznacza, że Putin uważa, iż  w wojnie na sankcje, w wojnie nerwów, w wojnie informacyjnej, w wojnie domowej na Ukrainie i w wojnie ekonomicznej Rosja może zwyciężyć.

I to jest pierwszy ważny wniosek co do tego, czego chce prezydent Putin. On oczekuje, że wygra. A biorąc pod uwagę to, że postępuje bardzo metodycznie i stara się uprzedzić wszelkie niespodzianki, można być pewnym, że kiedy podjęto decyzję, aby nie ustąpić pod naciskiem USA, lecz zareagować, to kierownictwo rosyjskie miało w ręku podwójną, jeśli nie potrójną gwarancję wygranej.

Chciałbym wskazać, że decyzja o wejściu w konflikt z Waszyngtonem nie została podjęta w roku 2014, ani też w 2013. Wojna (z Gruzją) z 8 sierpnia 2008 roku była wyzwaniem, którego USA nie mogły pozostawić bez kary. Potem już tylko każdy następny etap konfrontacji podnosił stawkę. W latach 2008-2010 możliwości Stanów Zjednoczonych – nie tylko wojskowe czy gospodarcze, ale możliwości w ogóle – obniżyły się, podczas gdy potencjał Rosji wzrósł znacząco. Dlatego celem głównym stało się powolne podkręcanie stawki, a nie jej gwałtowne zwiększanie. Innymi słowy, otwartą konfrontację, w której odrzuca się wszelkie pozory i wszyscy wiedzą, że idzie na wojnę, trzeba odsuwać  tak długo jak się da. A jeszcze lepiej, gdyby udało się jej w ogóle uniknąć.
Z każdym upływającym rokiem Ameryka słabła, a Rosja stawała się silniejsza. Był to proces naturalny i trudny do zatrzymania, i można było przewidzieć z dużą dozą pewności, że do lat 2020-2025 bez żadnej konfrontacji, okres hegemonii USA dobiegłby końca, a Stanom Zjednoczonym należałoby wtedy doradzić, aby zamiast myśleć jak rządzić światem, pomyślały raczej o tym, jak ustrzec się swej własnej wewnętrznej zapaści.

A zatem jasne jest i drugie pragnienie Putina: utrzymać pokój, lub choćby tylko pozory pokoju tak długo, jak to możliwe. Pokój jest dla Rosji korzystny, ponieważ w warunkach pokoju, bez ogromnych wydatków osiąga ona ten sam wynik polityczny, ale w dużo lepszej sytuacji geopolitycznej. Dlatego Rosja stale wyciąga gałązkę oliwną. Tak samo jak junta kijowska upadnie w Donbasie w warunkach pokoju, w warunkach światowego pokoju, tak i kompleks wojskowo-przemysłowy i globalny system finansowy stworzone przez USA są skazane na samozniszczenie. W ten sposób działania Rosji zgrabnie opisuje maksyma mędrca Sun Tzu: „Największym zwycięstwem jest to, które nie wymaga bitwy”.

Jest oczywiste, że w Waszyngtonie nie siedzą idioci, niezależnie od tego, co się wygaduje w rosyjskich programach TV typu talk show, albo wypisuje na blogach. Stany Zjednoczone dokładnie zdają sobie sprawę z tego, w jakiej są sytuacji. Co więcej, rozumieją także, iż Rosja nie ma planów aby je zniszczyć, i ze jest naprawdę gotowa współpracować jak równy z równym. Mimo to jednak, z uwagi na sytuację polityczną i społeczno-gospodarczą USA, taka współpraca jest dla nich nie do przyjęcia. Zapaść gospodarcza i wybuch społeczny nastąpią zanim Waszyngton – nawet z pomocą Moskwy i Pekinu – zdąży wprowadzić niezbędne reformy, zwłaszcza jeśli zważymy, że w tym samym czasie reformy takie musiałaby przeprowadzić także Unia Europejska. Ponadto, elita polityczna, jaka ukształtowała się w USA przez ostatnie 25 lat, przywykła do swego statusu właścicieli świata. Oni naprawdę nie pojmują, jak ktoś może im rzucić wyzwanie.

Dla elity rządzącej w Stanach Zjednoczonych (ale nie tyle dla klasy biznesu, ile dla biurokracji rządowej), przejście ze statusu państwa, które decyduje o losie ludów niższych na status takiego, które rozmawia z nimi na równym poziomie, jest nie do zniesienia.  To prawdopodobnie tak, jakby w swoim czasie zaoferować Gladstone’owi lub Disraeliemu stanowisko premiera w królestwie Zulu za panowania Ceteshwayo kaMpande. Dlatego też, w odróżnieniu od Rosji, która potrzebuje pokoju, aby się rozwijać, USA uznają wojnę za niezbędną.

W zasadzie każda wojna jest walką o zasoby. Zwykle zwycięża ten, kto ma większe zasoby i ostatecznie może zmobilizować więcej żołnierzy, zbudować więcej czołgów, okrętów i samolotów. Nawet wtedy jednak, ci którzy są strategicznie w gorszej sytuacji mogą odwrócić swą sytuację poprzez taktyczne zwycięstwo na polu bitwy.  Wśród takich przykładów są Aleksander Wielki i Fryderyk Wielki a także Hitler w kampanii lat 1939-40.

Mocarstwa atomowe nie mogą wejść w bezpośrednią konfrontację ze sobą. Baza ich zasobów ma więc podstawowe znaczenie. To właśnie dlatego Rosja i USA tak desperacko rywalizują o sojuszników przez ostatni rok. Rosja już wygrała tę rywalizację. USA mogą liczyć na sojuszników z EU, Kanadę, Australię i Japonię (nie zawsze bezwarunkowo), ale Rosja zjednała sobie poparcie BRICS, aby zdobyć silny przyczółek w Ameryce Łacińskiej i zaczęła wypierać USA w Azji i Afryce Północnej.

Nie jest to bynajmniej oczywiste, ale jeśli uwzględnimy głosy w ONZ, zakładając że brak oficjalnego poparcia dla USA oznacza jednak niezgodę i poparcie dla Rosji, to okaże się, że kraje idące wespół z Rosją kontrolują blisko 60% światowego PKB, mają ponad 2/3 ludności Ziemi i obejmują ponad ¾ jej powierzchni.

Pod tym względem USA miały dwie opcje taktyczne. Pierwsza wydawała się mieć w sobie większy potencjał i została przez nie zastosowana w pierwszych dniach kryzysu ukraińskiego.
Była to próba zmuszenia Rosji do wyboru pomiędzy sytuacją złą i jeszcze gorszą. Rosja miała być zmuszona do zaakceptowania faszystowskiego państwa u swoich granic a tym samym i do dramatycznego spadku swego międzynarodowego autorytetu oraz zaufania i poparcia ze strony swych sojuszników, a wkrótce potem byłaby narażona na wewnętrzne i zewnętrzne siły proamerykańskie bez żadnej szansy przeżycia. Lub też posłałaby swą armię na Ukrainę, zmiotła juntę zanim ta by się jeszcze na dobre tam zainstalowała i przywróciła konstytucyjny rząd Janukowycza. To jednak pociągnęłoby za sobą oskarżenie o zbrojną napaść na niepodległe państwo i stłumienie ludowej rewolucji. Ta sytuacja wywołałaby wielki opór części Ukraińców i potrzebę ciągłego zużywania znacznych zasobów wojskowych, politycznych, ekonomicznych i dyplomatycznych dla podtrzymania marionetkowego reżymu w Kijowie, ponieważ w takich warunkach żaden inny rząd niż marionetki nie byłby tam możliwy.

Tego dylematu Rosja uniknęła. Nie doszło do bezpośredniej inwazji. To Donbas walczy z Kijowem. To Amerykanie muszą przeznaczać skąpe zasoby na przegrany z góry marionetkowy reżym w Kijowie, podczas gdy Rosja pozostaje z boku wysuwając propozycje pokojowe.
Obecnie zatem Stany Zjednoczone wdrażają drugą opcję. Starą jak świat. To, czego nie da się utrzymać i co zagarnie wróg musi być maksymalnie zniszczone, tak aby zwycięstwo kosztowało wroga więcej niż porażka, ponieważ wszystkie jego zasoby będą musiały być zużyte, aby odbudować zniszczony teren. USA przestały więc pomagać Ukrainie czymkolwiek więcej iż retoryką, zachęcając zarazem Kijów, aby upowszechnił wojnę domową na cały kraj.

Ukraina musi płonąć nie tylko w Doniecku i Ługańsku, ale również w Kijowie i we Lwowie. Zadanie jest proste: zniszczyć na ile się da infrastrukturę społeczną i zostawić ludność na krawędzi biologicznego przetrwania. Wówczas ludność Ukrainy stanowić będą miliony głodujących, zdesperowanych i uzbrojonych ludzi, którzy będą się nawzajem zabijać o pożywienie. Jedynym sposobem na powstrzymanie tak masowego rozlewu krwi będzie zmasowana międzynarodowa interwencja wojskowa na Ukrainie (sama milicja nie wystarczy) i masowe zastrzyki pieniędzy na wyżywienie ludności i rekonstrukcję gospodarki zanim Ukraina zacznie żywic się sama.
Jest jasne, że wszystkie te koszty spadną na Rosję. Putin słusznie uważa, że w takim przypadku nie tylko budżet, ale i ogólnie zasoby publiczne, w tym wojskowe, zostaną nadmiernie wyeksploatowane i mogą okazać się niewystarczające. Dlatego celem jest nie pozwolić Ukrainie wybuchnąć zanim milicja nie opanuje sytuacji. Jest niezmiernie ważne, aby zminimalizować ofiary i zniszczenia a także uratować ile się da z gospodarki i infrastruktury wielkich miast, tak żeby ludność mogła jakoś przeżyć, a potem już Ukraińcy sami pozbędą się o faszystowskich zbirów.    
I w tym momencie pojawia się Putinowi sojusznik w postaci UE. Ponieważ Stany Zjednoczone zawsze starały się w swojej walce z Rosją używać zasobów europejskich, UE, która już została osłabiona dochodzi do punktu wyczerpania i musi się zająć swoimi od dawna jątrzącymi się problemami.

Jeżeli teraz Europa ma na swej wschodniej granicy kompletnie zniszczoną Ukrainę, skąd miliony uzbrojonych ludzi będzie uciekać nie tylko do Rosji, ale także do UE, wnosząc ze sobą takie rozkoszne rozrywki jak przemyt narkotyków, szmuglowanie broni i amunicji oraz terroryzm, Unia nie przeżyje. Rosję natomiast ochroni bufor z ludowych republik Noworosji.
Ameryce Europa nie poskoczy, ale śmiertelnie boi się ona rozwalonej Ukrainy. Stąd, po raz pierwszy w tym konflikcie Hollande i Merkel próbują nie tyle sabotować żądania USA (nakładając sankcje ale nie posuwając się z nimi za daleko), ale także podejmując ograniczenie niezależną akcję w celu osiągniecia kompromisu – może nie pokoju, ale przynajmniej rozejmu na Ukrainie. 
Jeśli Ukraina chwyci płomień, płonąć będzie szybko, a skoro UE stała się niepewnym partnerem, gotowym jeśli nie przejść zgoła do obozu rosyjskiego to przynajmniej trzymać się z boku, Waszyngton, wierny swej strategii, będzie zmuszony podpalić także Europę.  
Jest jasne, że seria wojen domowych i między państwami na kontynencie tak pełnym różnego rodzaju broni i zamieszkałym przez pół miliarda ludzi będzie dużo gorsza niż wojna domowa na Ukrainie. Europę od Stanów oddziela Atlantyk. Może najwyżej tylko Wielka Brytania mogłaby mieć nadzieję, że uda się jej odczekać burzę za kanałem La Manche. Ale Rosja i UE mają bardzo długą granicę.

Na pewno nie jest w interesie Rosji mieć taki pożar od Atlantyku do Karpat w sytuacji, gdy tereny od Karpat do Dniepru wciąż jeszcze będą dymić. Stąd inny cel Putina: na ile się da uniknąć najgorszych skutków pożaru na Ukrainie i pożaru w Europie. Ponieważ jest niemożliwe, aby zupełnie zapobiec takim skutkom – bo jeśli USA chcą podłożyć ogień, to zrobią to – konieczne jest, aby móc go szybko ugasić i uratować zeń to, co najcenniejsze.  
Aby zatem ochronić uprawnione interesy Rosji Putin uważa pokój za niezwykle ważny, bo to pokój umożliwi osiągnięcie tego celu z największym skutkiem przy minimum kosztu. Ponieważ jednak utrzymanie pokoju nie jest już możliwe, a rozejmy stają się coraz bardziej papierowe i kruche, Putin potrzebuje takiej wojny, która skończy się jak najszybciej.

Chcę jednak podkreślić, że o ile rok temu kompromis był do osiągnięcia na warunkach najbardziej dogodnych dla Zachodu (Rosja też by osiągnęła swój cel, ale później – niewielkie ustępstwo), teraz już nie jest on możliwy a warunki pogarszają się coraz bardziej. Niby wszystko pozostaje tak samo: pokój, niemal na każdych warunkach, jest wciąż dla Rosji korzystny. Tylko jedna rzecz się zmieniła, ale za to najważniejsza: opinia publiczna. Rosyjskie społeczeństwo łaknie zwycięstwa i odwetu. Jak już wskazałem wyżej władza w Rosji nie jest autorytarna, ale polega na autorytecie wodza. Dlatego opinia publiczna ma w Rosji znaczenie, w odróżnieniu od „tradycyjnych demokracji.
Putin może zachować swoją rolę jako filar systemu tylko tak długo jak długo ma poparcie większości ludności. Jeśli to poparcie straci, to i system straci stabilność, ponieważ w rosyjskiej elicie politycznej nie pojawiła się inna postać tego kalibru. Władza utrzymuje swój autorytet dopóty, dopóki ucieleśnia życzenia mas. Dlatego pokonanie faszyzmu na Ukrainie, nawet jeśli dyplomatyczne, musi być wyraźne i bezdyskusyjne, i tylko pod tym warunkiem możliwy jest kompromis z Rosją.

Bez względu zatem na to, czego sobie życzy prezydent Putin i jakie są interesy Rosji, biorąc pod uwagę ogólną równowagę sił, a także priorytety i możliwości głównych aktorów, wojna, która powinna była zakończyć się w zeszłym roku na Ukrainie, teraz niemal z pewnością rozleje się na Europe. Można tylko zgadywać, kto będzie bardziej skuteczny – czy Amerykanie ze swym kanistrem benzyny, czy Rosjanie ze swoją gaśnicą?   Ale jedna rzecz jest absolutnie  jasna: pokojowe inicjatywy rosyjskiego kierownictwa będą ograniczone nie ich życzeniami tylko ich rzeczywistymi możliwościami. Daremna jest walka czy to z życzeniami ludzi czy to z biegiem historii; ale kiedy jedne i drugie się schodzą, wtedy jedyna rzeczą, jaką może zrobić mądry polityk to zrozumieć pragnienia ludzi i kierunek procesu historycznego i postarać się je wesprzeć za wszelką cenę.

Opisane powyżej okoliczności sprawiają, że jest niezwykle mało prawdopodobne, aby projektanci niepodległego państwa Noworosja mogli doczekać spełnienia swoich marzeń. Biorąc pod uwagę skalę nadchodzącego pożaru określenie losu Ukrainy jako całości nie jest zbyt trudne, ale jednocześnie, nie spełni się on łatwo.
Jest zupełnie logiczne, że Rosjanie winni zapytać: skoro Rosjanie, których uratowaliśmy przed faszyzmem mieszkają w Noworosji, to dlaczego muszą żyć w  odrębnym państwie? A jeśli chcą życ w odrębnym państwie, to dlaczego Rosja ma im odbudowywać miasta i fabryki? Na te pytania jest tylko jedna rozsądna odpowiedź: Noworosja powinna stać się częścią Rosji (zwłaszcza że ma dość bojowników, chociaż jej klasa rządząca jest wątpliwa). No, ale skoro część Ukrainy może przyłączyć się do Rosji, to dlaczego nie całość? Zwłaszcza że, według wszelkiego prawdopodobieństwa, do czasu gdy to pytanie pojawi się na stole, Unia Europejska nie będzie już dla Ukrainy alternatywą Unii Eurazjatyckiej.

W konsekwencji, decyzja o powrocie do Rosji będzie decyzją zjednoczonej i sfederalizowanej Ukrainy, a nie jakiegoś tworu o niejasnym statusie. Moim zdaniem jest za wcześnie, aby na nowo rysować mapy. Najprawdopodobniej konflikt na Ukrainie zakończy się jeszcze w tym roku. Ale jeśli Stany Zjednoczone zdołają rozciągnąć ten konflikt na UE (a spróbują), ostateczne rozstrzygnięcie kwestii terytorialnych zajmie przynajmniej kilka lat, a może i więcej.
W każdym scenariuszu na pokoju zawsze korzystamy. W warunkach pokoju, w miarę jak rosną zasoby Rosji, a nowi sojusznicy (dawni partnerzy USA) przechodzą na jej stronę, i w miarę jak Waszyngton ulega ciągłej marginalizacji, restrukturyzacja terytorialna staje się znacznie łatwiejsza i tymczasowo mniej istotna, zwłaszcza dla tych, którzy będą jej podlegać.  

(tłum. BJ)






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz