Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

wtorek, 6 stycznia 2015

Łukaszenka - holokaust bez niemców - coś jakby turecki werwolf


Łukaszenka - holokaust bez niemców - coś jakby turecki werwolf

Łukaszenka deklaruje: Zrobię wszystko, o co pan poprosi

Niedziela, 21 grudnia (19:28)
​Prezydent Petro Poroszenko ma nadzieję na wznowienie rozmów pokojowych w Mińsku. Ze swej strony Aleksandr Łukaszenka, który przybył z wizytą do Kijowa, zapowiedział, że będzie sprzyjał osiągnięciu porozumienia przez strony konfliktu.

Petro Poroszenko zaznaczył, że tylko takie rozmowy, jak w Mińsku mogą przynieść pokój. Uczestniczą w nich przedstawiciele separatystów, OBWE oraz Rosji i Ukrainy. Ostatnie takie spotkanie odbyło się we wrześniu. Prezydent zwrócił uwagę na poparcie Białorusi, które ma niepodległość i jedność terytorialna Ukrainy.

Ałeksandr Łukaszenka zadeklarował, że Mińsk zawsze opowiadał się za pokojem na Ukrainie i będzie sprzyjał organizacji kolejnej tury rozmów pokojowych. "Jeśli będzie coś potrzeba od Białorusi, panie prezydencie, proszę mówić. W ciągu doby zrobimy wszystko o co pan poprosi. Tak było dotąd i tak będzie nadal" - zapewniał w Kijowie. 
Niedzielne rozmowy prezydentów poświęcone były jednak przede wszystkim stosunkom dwustronnym, w tym wymianie gospodarczej, a także kwestiom bezpieczeństwa. Separatyści działający w Zagłębiu Donieckim są bowiem kontrolowani przez władze w Moskwie, a nie w Mińsku, dlatego pomoc Białorusi w tej kwestii może być jedynie bardzo ograniczona.



Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan oskarżył Radę ds. badań naukowo-technicznych Turcji (TUBITAK) o organizowanie podsłuchów rozmów tureckiego rządu.

W grudniu 2013 roku w Turcji miała miejsce głośna operacja antykorupcyjna, po której w kraju odbywają się aresztowania pracowników policji i kierowników mediów. Wielu z nich zostało oskarżonych o uczestnictwo w nieoficjalnej organizacji „równoległa struktura”, którą rzekomo inspiruje i finansuje mieszkający w USA islamski teolog Fethullah Gülen.

Zdaniem prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana, Gülen dąży do obalenia tureckiego rządu. To właśnie działalnością zwolenników teologa wśród tureckich urzędników państwowych Erdogan objaśnia protesty, do których doszło w 2013 roku, a także publikację materiałów kompromitujących członków rządu. W ubiegłym tygodniu stambulski sąd wydał nakaz aresztowania Gülena. Według prezydenta, Turcja zwycieżyła w walce z „równoległym państwem".



mec. Janusz Wojciechowski
Nareszcie upragniony film, gdzie jest holocaust, a Niemców nie ma!

Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz z wielka radością wręczał w Strasburgu kolejne laury dla „Idy”. Jaki piękny film! I jaki europejski!

Ręce same składały się do oklasków, a najbardziej europosłom niemieckim.
Wcale się nie dziwię radości Martina Schulza i innych niemieckich posłów, bo „Ida” naprawdę mogła im się spodobać. To bodaj pierwszy tej miary i klasy film, gdzie jest holocaust, ale Niemców nie ma!
Żydów zabija już nie SS, czy inny rycerski Wehrmacht, zabija ich zły, podły, prymitywny, brudny, pazerny na majątek, durnowaty polski chłop.

Jakiż to musu być miód na zbolałe niemieckie dusze, która rwą się do przywództwa w Europie, ale jak tu przewodzić, niosąc na plecach balast tych cholernych win narodu, który rozpętał dwie wojny światowe, przy czym zwłaszcza w drugiej ubrał sobie ręce we krwi, aż po łopatki?
Tymczasem po obejrzeniu „Idy”, będzie można spokojnie już powiedzieć – sorry, entschuldigen, to nie my, to Polacy...

Mój niezapomniany polonista z Licem Ogólnokształcącego w Rawie, śp. profesor Stanisław Ziółkowski (ojciec wybitnego astronoma profesora Janusza Ziółkowskiego) zadawał nam często krótkie rozprawki, takie góra na stronę (dziś byśmy powiedzieli na 3 tysiące znaków) na temat jakiegoś utworu literackiego, z powtarzającym się tytułem - artyzm i ideologia na tle epoki.
Na przykład: Wiersz „Do młodych” Asnyka – artyzm i ideologia na tle epoki...
O „Idzie” można by napisać – artyzm jak artyzm, ale ta ideologia...
Dlatego nie idę na „Idę”...



Medialna morfina zamieniła Polaków w naród niewolników. Czy ostatnia szansa wytrąci nas z bierności?




Afera podsłuchowa nie zrobiła na nas większego wrażenia. 2,5 miliona nieważnych głosów i tygodniowe oczekiwanie na wyniki wyborcze również. Medialna morfina uśpiła naszą czujność i zamieniła nas w masę o mentalności niewolników. Ciepła woda w kranie nam wystarcza. Aż chce się zawołać za gen. „Gryfem”: „Gdzie są Polacy? Panie Boże!”.

Najnowsze dzieje Polski pisane są przez ludzi ze służb. Byli funkcjonariusze coraz częściej goszczą na medialnych salonach i formują myślenie milionów obywateli. Skompromitowani aparatczycy, poniewierający narodową godnością w czasach komuny, stają się autorytetami. Zbiorowa amnezja odebrała nam zdolność reakcji. Co się stało z Polską? Nawet się nie spostrzegliśmy, jak omamieni sztandarami 25-lecia wolności, staliśmy się masą niewolników.

Arystoteles podkreślał, że „niewolnik jest żyjącym narzędziem”, niezdolnym do rozeznania prawdy i podjęcia samodzielnych wyborów. Patrząc na nasze zachowanie trudno nie przyznać mu racji. Nic nie jest w stanie wytrącić nas z bierności. 

Najbardziej brutalny gwałt na demokracji przyjmujemy z przygłupim uśmieszkiem. Arystoteles nie miałby wątpliwości, by dzisiejszą bierność Polaków nazwać postępowaniem niewolników i to „niewolników z natury”, których definiował jako tych, którzy „o tyle tylko mają związek z rozumem, że spostrzegają go u innych, ale sami go nie posiadają”.
Media powoli zmieniają naszą naturę. Jesteśmy przecież tym, czym się karmimy. Wpatrzeni w świecidełka, doraźne korzyści, chwilowe przyjemności i łatwy dobrobyt, zatraciliśmy cnotę długomyślności. Nie stać nas na obronę godności nie tylko narodowej, ale i własnej. Można nas zaszczuć najbanalniejszym argumentem zaściankowości. Ze strachu przed etykietką ciemnogrodu, porwiemy się na każdą błazenadę, która da nam mandat „postępowców”. „Niewolniczą rzeczą jest znosić spokojnie zniewagi i nie ujmować się za swymi przyjaciółmi” – pisał Stagiryta. Ile jeszcze zniewag przyjmiemy ze spokojem? Jak dalece pozwolimy się poniżać? Jak długo będziemy się odcinać od zdrowego rozsądku i prawdy?

Medialno-polityczne drwiny z wyjaśniania fałszerstw wyborczych są testem ostatecznym. Jeśli ulegniemy, przegramy wszystko. Funkcjonariusze WSI weszli w nowe role i dyrygują chórami autorytetów. 

 Będą zmieniać narrację i siać zamęt tak długo, aż przestaniemy się jednoczyć. Będą rozmiękczać nam mózgi i kłamać, dopóki przestaniemy wierzyć w istnienie prawdy. Będą ośmieszać obywatelskie zjednoczenie i kompromitować wspólne manifesty, by rozbić ostatnie okruchy jedności. Została już ostatnia prosta.

Marsz 13 grudnia – z taką determinacją kompromitowany przez TVN i „Wyborczą” – będzie testem upadającej demokracji. Obyśmy potrafili się z nim mądrze zmierzyć. Większość z nas jednak tak głęboko pogrążyła się niewolniczej mentalności, że nie potrafi nawet dostrzec własnej biedy. Jeśli się z tego nie wyrwiemy, pozostanie tylko z bólem powtórzyć za Norwidem: „Niewolnicy wszędzie i zawsze będą niewolnikami - daj im skrzydła u ramion, a zamiatać pójdą ulice skrzydłami”.


autor: Marzena Nykiel

Redaktor naczelna portalu wPolityce.pl, publicystka tygodnika "wSieci", autorka książki "Pułapka gender". Była wydawcą i producentem programów tv i kierownikiem produkcji filmowej. Absolwentka filozofii i dziennikarstwa KUL oraz podyplomowego studium produkcji filmowej i TV w Łódzkiej Szkole Filmowej.

CZYTAJ TAKŻE: w celu konfrontacji polecam najpierw:

— Drugie dno afery podsłuchowej. Sowiecka strategia „wojny bez walki” dobiega końca. Państwo nie działa, podziałów nie sposób zasypać, a naród ma dosyć degrengolady. Kiedy wkroczy polityczny zbawca?
— Trzynaście przykazań tajnego wroga zrealizowane z sukcesem. Najwyższy czas na powstanie!


http://polish.ruvr.ru/2014_12_24/Prezydent-Turcji-oskarzyl-Rade-ds-badan-naukowo-technicznych-o-podsluchy-2342/




To było do przewidzenia... niemcy porównują Gdańsk do Krymu

To było do przewidzenia...


Lub inaczej: A nie mówiłem ?!

Niemcy porównują Gdańsk do Krymu

Jeden z polityków niemieckiej SPD - Egon Bahr - zaapelował, aby naród niemiecki zaczął myśleć o złagodzeniu swojego stanowiska wobec Rosji i zaczął respektować zajęcie przez Rosję Krymu. Agresja ta nie została jednak nazwana po imieniu, ani tym bardziej oceniona negatywnie. Dominował ton spokojny, a w dyskusji pojawiał się nieustannie wątek "odzyskania swoich historycznych regionów".
 
20.12.2014, 21:45

W mediach społecznościowych dyskusja ta bardzo szybko przekształciła się w pytania czy Niemcy również nie mają prawa do odzyskania swoich historycznych regionów. W sposób naturalny zaczęto również mówić o "niemieckim Gdańsku" i "niemieckim Pomorzu Wschodnim", jak również o "Prusach Wschodnich". Jak widać w bardzo krótkim czasie ujawniły się niemieckie sentymenty. Ruch nacjonalistyczny rośnie za naszą granicą bardzo szybko, napędzany również zamieszkami wywołanymi przez społeczności muzułmańskie, z którymi jednak Polska absolutnie nie ma nic wspólnego.

W najbliższym czasie możemy niestety spodziewać się intensyfikacji takiej retoryki. Szczególne znaczenie będzie tutaj miało zachowanie się Donalda Tuska w takich okolicznościach. Być może będzie nam dane zweryfikować, kim naprawdę czuje się były premier, który wielokrotnie przyznawał, że w domu śpiewa po niemiecku, modli się po niemiecku i myśli po niemiecku.

- Jarosław Narymunt Rożyński,
www.prezydent.org.pl

http://www.mpolska24.pl/post/7526/niemcy-porownuja-gdansk-do-krymu

Naziści jak zielone ludziki

Dodano: 21.12.2014 [14:43]
Naziści jak zielone ludziki - niezalezna.pl
foto: Tomasz Adamowicz
 
Polityka historyczna Republiki Federalnej Niemiec jest gruntownie przemyślana. Już w 1985 roku ówczesny prezydent Niemiec, Richard von Weizsäcker, powiedział, że „z końcem Wojny Światowej, 8 maja 1945 roku Niemcy zostały również wyzwolone”. To pokazuje tok niemieckiego myślenia historycznego, ukierunkowany na odcinanie się od nazistów, tworzenie z nich jakiejś odrębnej nacji, nie mającej nic wspólnego z Niemcami. Działania niemieckie są tutaj bardzo skuteczne. Co najgorsze, że po stronie polskiej nie brak „pożytecznych idiotów”, którzy nie tylko akceptują ten sposób myślenia, ale wręcz go wzmacniają – stwierdza mecenas Stefan Hambura w rozmowie z Magdaleną Michalską.  

Polacy chcą odszkodowań za utracone dobra, ale jakby absurdalnie to nie zabrzmiało – okazuje się, że to Niemcy mogą nas pozywać za II wojnę światową... Rodzina generała Reinera Stahela zapowiada, że pozwie Muzeum Powstania Warszawskiego za to, że  określono go mianem zbrodniarza wojennego. Czy potomkowie hitlerowskiego generała mieliby jakiekolwiek szanse na wygraną w sądzie?

Co do tego, czy taki proces można wygrać, to zawsze mówię, że „w sądzie i na morzu wszystko w rękach Boga”. Pytanie też, gdzie sprawa będzie się toczyć – przed sądem w Polsce czy w Niemczech. Niezależnie od tego byłoby jednak dobrze, by Instytut Pamięci Narodowej w Polsce wszczął w tej sprawie śledztwo i zbadał dokumenty dotyczące danego generała. Wówczas strona polska będzie przygotowana, jeżeli z tym pozwem faktycznie ktoś wystąpi. Mówię o tym dlatego, że z moich doświadczeń wynika, że strona niemiecka zazwyczaj jest w takich sprawach przygotowana bardzo dobrze pod względem merytorycznym, tymczasem przedstawiciele Polski często przyjeżdżają bez dokumentacji, ad hoc, uzbrojeni jedynie w wolę walki. Często się okazuje, że to zbyt mało.

Ale jeżeli ta rodzina wygra? Czy nie pojawią się zaraz bliscy kolejnych generałów z podobnymi pozwami?
To nie jest sprawa jedynie tego jednego generała. Trzeba zastanowić się, skąd biorą się pomysły, by straszyć takimi pozwami. Przede wszystkim w Niemczech mamy brak wiedzy na temat tego, jak prowadzono walki podczas II Wojny Światowej i jakie metody stosowali Niemcy w okupowanych krajach, zwłaszcza w Polsce. Ja sam, a także grupa wspierających mnie osób, od dłuższego czasu walczymy o to, aby w Berlinie powstał Dom Spotkań, będący swego rodzaju pomnikiem martyrologii Narodu Polskiego. Do zbiorowej świadomości Niemieckiej przebiły się zbrodnie Nazistów w Lidicach w Czechach i w Oradour-sur-Glane we Francji, ale nie zdają sobie sprawy, że podobnych Lidic i Oradour było w Polsce ok. 800.

Polska nie dba o to, by Niemcy wiedzieli, jak ta wojna wyglądała naprawdę?
I to właśnie jest największy problem rządzących Polską polityków, ale także historyków. Oni zajmowali się, owszem, walką z Eriką Steinbach, ale nie zadbali o to, by w Niemczech powstało miejsce pamięci polskich ofiar, ani nie troszczą się o poszerzenie świadomości historycznej zwykłych Niemców. Pełnomocnik Prezesa Rady Ministrów ds. dialogu międzynarodowego, sekretarz stanu Władysław Bartoszewski, owszem często przyjeżdża do Berlina, ale wymiernych skutków jego wizyt nie widać.

Wspomniał Pan o Erice Steinbach. Osobiście odnoszę wrażenie, że niemiecka polityka historyczna ma cechy pewnej schizofrenii. Z jednej strony Niemcy potępiają III Rzeszę, odcinają się od nazistów. Z drugiej – budują Centrum Przeciwko Wypędzeniom w Berlinie. Jak to interpretować?  
To wbrew pozorom nie jest żadna schizofrenia. Polityka historyczna Niemiec jest gruntownie przemyślana. Już w 1985 roku ówczesny prezydent Niemiec, Richard von Weizsäcker powiedział, że z końcem Wojny Światowej, 8 maja 1945 roku Niemcy zostały również wyzwolone. To pokazuje tok niemieckiego myślenia historycznego, ukierunkowany na odcinanie się od nazistów, tworzenie z nich jakiejś odrębnej nacji, nie mającej nic wspólnego z Niemcami. Teraz mamy „zielone ludziki”, a wtedy byli naziści. I działania niemieckie są tutaj bardzo skuteczne. Co najgorsze, że po stronie polskiej nie brak „pożytecznych idiotów”, którzy nie tylko akceptują ten sposób myślenia, ale wręcz go wzmacniają.
Zaś wśród Niemców, którzy nieco wiedzą, pojawia się dziwna tendencja do zadawania zaskakujących nieco pytań. Młoda Niemka, z którą rozmawiałem, zapytała mnie, dlaczego Polacy mieszkający na terenach w pobliżu Oświęcimia nie pomogli przetrzymywanym tam Żydom. Takie pytania świadczą o zupełnej nieznajomości realiów.

Jaka jest w tym wszystkim rola Eriki Steinbach?
Pani Steinbach odwaliła kawał dobrej roboty na rzecz utrwalania takiego właśnie myślenia. Chociaż wszyscy ją zwalczali, to spokojnie doprowadziła swoje działania do celu.

Cały wywiad z mec. Stefanem Hamburą ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika „Nowe Państwo” - do kupienia w kioskach i salonach prasowych. 

http://niezalezna.pl/62580-nazisci-jak-zielone-ludziki


Media milczą, władza trwa, sprawy leżą…

Opublikowano: 22.12.2014
 

 

Media milczą. O próbie dokonania zmian w Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, która miała miejsce w Sejmie w nocy 18.12.2014 najważniejsze polskie (?) media milczały (i milczą nadal!!!) jak głazy. Temat ten był utajniony bardziej niż sprawa domniemanego amerykańskiego więzienia wykorzystywanego przez CIA w Starych Kiejkutach! Jednak okazuje się, że Konstytucja Rzeczpospolitej interesuje obywateli.

Nieliczne artykuły (Nocna próba zmiany Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej. PO, PSL, SLD i TR – głosowały „za”; Pod osłoną nocy próbowano otworzyć drogę do prywatyzacji Lasów Państwowych), które pojawiły się na ten temat w zaledwie kilku portalach, niewielkich i o bardzo ograniczonych możliwościach, są wręcz rozchwytywane przez internautów, powielane, komentowane. Milczą tylko TVP, TVN, Polsat, Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolita. Widać, „zapis na ten temat” działa w miarę skutecznie.
Władza, jak widać z powyższego, zupełnie nie przywiązuje wagi do informowania społeczeństwa na tak ważne tematy. Rozumiem, że władza teraz zastanawia się, jak szybko i skutecznie jednak przeforsować swój pomysł na trwanie. Bo władza trwa. I aby przetrwać, musi parę rzeczy zrobić. Czy już wie, co zrobić chce i czy to zrobić potrafi? Sądząc z ustawy budżetowej na nowy, 2015 rok, rok wyborczy, pewnie wie i potrafi. Ja powiem tylko, że mimo zmiany granicy wieku upoważniającej do przejścia na emeryturę, mimo zmian w ustawie o OFE, do ponad biliona długu, jaki wisi nad nami niczym miecz Damoklesa, dołożono jeszcze 46 miliardów złotych. W końcu kiełbasę, nawet wyborczą, za coś kupić trzeba. Następne pokolenia zapłacą. I następne. I następne, i jeszcze wiele następnych.
Jak więc napisałem, media milczą (np. o przesłuchaniu w charakterze świadka pana Prezydenta Rzeczpospolitej. Widać nie było to interesujące. Zupełnie tak samo jak trzecie czytanie Sprawozdania Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa o poselskim projekcie ustawy o zmianie Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej), władza trwa, a sprawy leżą. Jakie sprawy?

Wspomnę tylko najbardziej znane, medialnie rozdmuchane. Czy ktoś z władz chciałby może przedstawić stan zaawansowania sprawy (jak kwiecień)? Facet groził gigantycznym zamachem terrorystycznym na konstytucyjne władze Rzeczpospolitej, dwa lata temu został zatrzymany i co?

Jeśli temat Brunona K. (jak kwiecień) jest zbyt trudny, to może ktoś z władz zechce poinformować o stopniu zaawansowania sprawy sławnych „taśm” nagranych w restauracji Sowa i Przyjaciele. O tym, że jedynym przestępstwem w całej tej sprawie był fakt nielegalnego podsłuchiwania i utrwalania rozmów znanych polityków władza mówiła już w chwili wybuchu afery.

A co jest na taśmach, których „Wprost” nie zdążył (z jakichś powodów nie mógł) opublikować? Czy już postawiono zarzuty dziennikarzom, którzy utrudniali, a nawet uniemożliwiali wykonywanie czynności służbowych przedstawicielom (oficerom???) ABW? Przecież o takich zarzutach też władza mówiła. O tym, że rozmowy Ministra Spraw Wewnętrznych z prezesem NBP na temat pomocy państwowego banku dla sprawy utrzymania politycznego status quo ani Ministra Spraw Zagranicznych z Ministrem Finansów – obie prowadzone za publiczne pieniądze – nie wymagają żadnych wyjaśnień, pisać nie trzeba.

Póki co – sprawa leży. Żeby dać wyraz swojej złośliwości, wspomnę jeszcze tylko kilka, za to raczej bulwersujących spraw. Pierwsza z brzegu: . Ostatnio nagłaśniana, rozwiązanie tuż, tuż. I co? Sprawa leży. O gospodarce, szkolnictwie, służbie zdrowia – nawet wspominać nie warto. Te wszystkie sprawy leżą. Po prostu leżą. A media milczą, a władza trwa.


http://gazetabaltycka.pl/promowane/media-milcza-wladza-trwa-sprawy-leza


Rok 1914: Niemcy strząsają winę



Dwa interesujące artykuły o niemcach

Rok 1914: Niemcy strząsają winę

Email Drukuj PDF
Wielkie jubileusze polityczne trafiają na bardzo zróżnicowany odbiór społeczny, czasami stanowią wydarzenia incydentalne i nie pozostawiają po sobie głębszych śladów w zbiorowej świadomości, kiedy indziej przeciwnie – dostarczają materiału do przemyśleń, wywołują ostre spory, polaryzują opinię publiczną i prowokują do zastanowienia się nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Wiele wskazuje na to, że w przypadku setnej rocznicy pierwszej wojny światowej (1914-1918) można oczekiwać dość gruntownej rozprawy z przeszłością mocno zabarwionej odniesieniami do teraźniejszości. Zakrojone na wielką skalę obchody rocznicowe planowane są w krajach położonych na odległych kontynentach i rozciągną się na kilka lat przypominających każdy rok wojny, od jej wybuchu do konferencji pokojowych. A to gwarantuje ciągłość zainteresowania, której sprzyja również niezwykle intensywne aktualizowanie problematyki sprzed stu lat. Nieustannie przypomina się o ówczesnym chwiejnym układzie sił, o polityce stref wpływów, o fałszywych ambicjach mocarstwowych, o niebezpieczeństwie konfliktu sprowokowanego przypadkowo i o tym jak zawiodła dyplomacja europejska lub europejska kultura polityczna. Analogie są często bardzo powierzchowne, ale obawy przed efektem Serbii, dziś może to być Ukraina, są autentyczne. I wreszcie, pierwsza wojna stymuluje refleksję nad biegiem czy sensem dziejów europejskich, w tym także poszczególnych krajów i narodów. Czy „prakatastrofa” 1914-1918 musiała bezpośrednio prowadzić do „załamania cywilizacyjnego” 1939-1945? Jedni ubolewają nad upadkiem wielkich imperiów europejskich, inni wskazują na wyrwanie się licznych narodów spod obcego panowania. Co stanowiło większą wartość: stabilizacja gwarantowana przez mocarstwa czy samostanowienie często niewielkich i kłopotliwych narodów?

Niemcy stanowią przypadek szczególnie interesujący z dwóch powodów. Po pierwsze są obecne w pamięci zbiorowej na wszystkich poziomach: ogólnoeuropejskim, większości regionów i większości narodów. Nie jest to obecność pozytywna, lecz najczęściej zdecydowanie i jednoznacznie negatywna, tym bardziej wyrazista, że główni sojusznicy niemieccy albo znikli z mapy, jak Austro-Węgry, albo znajdują się na peryferiach Europy, jak Turcja, albo nie odgrywają współcześnie większej roli. Po drugie, Niemcy musieli i muszą się zmagać z odium winy za podwójny kataklizm wojenny, za pierwszą i drugą wojnę światową, a pamięć o jednej może przesłaniać, ale może i wzmacniać pamięć o drugiej. Oczywiście pojęcie winy nie ma sensu w dociekaniach ściśle naukowych, jednakże słusznie czy niesłusznie stanowi centralną kategorię w opisie pamięci zbiorowej. Kluczowa sprawa odpowiedzialności/winy pojawiła się już w momencie wybuchu wojny, a na dobrą sprawę nawet wcześniej w niemieckich kalkulacjach na sprowokowanie Rosji, żeby w końcu znaleźć finał w zapisach traktatu wersalskiego (28 czerwca 1919 r.). W preambule stwierdzono, że konflikt wziął początek w wypowiedzeniu wojny przez Austro-Węgry – Serbii, Niemcy – Rosji i Francji oraz w niemieckiej inwazji Belgii; w art. 227 mocarstwa zwycięskie postawiły „w stan publicznego oskarżenia Wilhelma II Hohenzollerna, byłego cesarza Niemiec, o najwyższą obrazę moralności międzynarodowej i świętej powagi traktatów”; w art. 231 powiedziano: „Rządy sprzymierzone i stowarzyszone oświadczają, zaś Niemcy przyznają, że Niemcy i ich sprzymierzeńcy, jako sprawcy, są odpowiedzialni za wszystkie szkody i straty, poniesione przez Rządy sprzymierzone i stowarzyszone oraz przez ich obywateli na skutek wojny, która została im narzucona przez napaść ze strony Niemiec i ich sprzymierzeńców”.


Zamach w Sarajewie

Opis działań prowadzących do wojny był adekwatny, oskarżenie Wilhelma II mogło budzić pewne wątpliwości, natomiast złożenie "odpowiedzialności" (słowo "wina" się nie pojawia) na "Niemcy i ich sprzymierzeńców" (a więc nie tylko na Niemcy) wywołało gwałtowne protesty strony niemieckiej i zapoczątkowało ciągnące się latami spory o genezę pierwszej wojny światowej. Nie wnikając w historię tych kontrowersji, starczy powiedzieć, że w latach trzydziestych utrwalił się pogląd, że właściwie wiele państw ponosiło odpowiedzialność za wojnę. I pogląd ten dominował do lat sześćdziesiątych, kiedy ukazały się dwa potężne, znakomicie udokumentowane dzieła Fritza Fishera, dowodzące, że Niemcy ponosiły "główną odpowiedzialność" i że ich cele wojenne były skrajnie imperialistyczne. Pogląd ten przebił się do świadomości zachodnioniemieckiej i z pewnymi modyfikacjami zaczął funkcjonować w powszechnym obiegu. Trafił na sprzyjający moment, kiedy Niemcy przestawali się widzieć w roli "ofiary" i zaczęli oswajać się również z rolą "sprawcy". Odżyły pytania o odpowiedzialność za pierwszą wojnę i niemieckie cele wojenne, o to czy Niemcy prowadziły wojnę obronną, prewencyjną czy skrajnie ekspansjonistyczną, zmierzającą do zapanowania nad Europą i zdobycia statusu mocarstwa światowego. W świetle drugiej wojny światowej nasuwało się łatwe rozstrzygnięcie problemu, czy istniała kontynuacja imperialistycznych mrzonek w historii Niemiec i czy Trzecia Rzesza stanowiła jedynie "wypadek przy pracy". Dla niemieckiego samopoczucia miało niebagatelne znaczenie, czy należy wziąć na siebie odpowiedzialność za jedną, czy za obydwie katastrofy europejskie.


Współcześnie klimat polityczny w Niemczech ulega daleko idącym przeobrażeniom, wyraźnie zwyżkuje tendencja do relatywizowania przeszłości, czyli dowodzenia, że Niemcy byli w tym samym stopniu "sprawcą" co "ofiarą", podobnie jak wszystkie inne narody europejskie. W tym nurcie mieści się pomniejszanie niemieckiej odpowiedzialności za pierwszą wojnę i przerzucanie jej na Serbię, Rosję, Francję, a nawet na Wielką Brytanię, co już zupełnie zakrawa na absurd

Wszystko to są poglądy bardzo dobrze znane z międzywojnia, modyfikacje mają znaczenie drugorzędne, chciałoby się rzec niemal stylistyczne. Niezwykłą karierę zrobiła książka australijskiego historyka Christophera Clarka (The Sleepwalkers) wydana w 2012 r. i natychmiast przetłumaczona na język niemiecki. Autor ten w gruncie rzeczy odświeżył tezę o ześlizgnięciu się w wojnę przez mocarstwa, które wszystkie prowadziły politykę imperialistyczną i wszystkie ponosiły odpowiedzialność za wielki konflikt zbrojny. Wszyscy byli imperialistami i nacjonalistami, Niemcy wcale nie byli jedynym, a tym bardziej głównym "sprawcą". Kryzys lipcowy, poprzedzający wybuch wojny, był skutkiem "wspólnej kultury politycznej" nacechowanej niezdolnością europejskich "lunatyków" do prawidłowego ocenienia sytuacji. Wojna nie była pochodną strukturalnych konfliktów, lecz fatalnego zbiegu okoliczności i nieudolności dyplomatów i polityków, kierujących się zgubnym machismem i eliminujących kobiety z polityki itp. itd. Książka jest skierowana do szerokiego odbiorcy, można ją wziąć na wakacje, inaczej niż opasłe dzieła Fischera wymagające uważnej lektury. Narracja jest wartka, atrakcyjnych szczegółów nie brakuje, portrety bohaterów kreślone grubą kreską, a więc wszystko co lubi masowy czytelnik. W Niemczech książka utrzymuje się na listach bestsellerów, autor święci triumfy w audycjach telewizyjnych.

W pierwszej połowie 2014 r. ukazały się na łamach dzienników i tygodników wcale liczne artykuły utrzymane w duchu historycznego rewizjonizmu. Herfried Münkler ogłosił, że do wojny parły Serbia, Rosja, Francja i Wielka Brytania, jakby mimochodem dodając: "Naturalnie Niemcy nie były niewinne, w żadnym razie. Ale droga do wojny była wysoce złożona i metodyka Fritza Fischera byłaby nie do zaakceptowania na żadnym proseminarium". Publicystka Cora Stephen ubolewała nad niemieckim masochizmem, podkreślając, że: "Tylko Niemcy wciąż wierzą, że ponoszą wyłączną winę za piekło między 1914 i 1918". Dominik Geppert, Sönke Neitzel, Cora Stephan i Thomas Weber w manifeście ogłoszonym na łamach "Die Welt" stwierdzili, że w ogóle nie można mówić o "winie" Niemiec, ponieważ nie złamano wówczas żadnego obowiązującego kodeksu moralnego lub prawnego. Przywódcy Niemiec kierowali się wyłącznie obawą przed "okrążeniem" - "defensywnym celem przywrócenia znowu chwiejnej sytuacji ograniczonej hegemonii na kontynencie europejskim, którą Rzesza posiadała za Bismarcka, byli oni jak najdalej od tego, żeby arogancko i opętani wielkością dążyć do mocarstwa światowego". W manifeście obciążono Francję, Austro-Węgry, Rosję i Wielką Brytanię, zwłaszcza tę ostatnią, że przekształciła konflikt w wojnę światową. Dominik Geppert miał Anglii za złe, że przystąpiła do wojny nie kierując się własnym interesem lub jasnymi zobowiązaniami sojuszniczymi. Sönke Neitzel twierdził, że źródeł wojny należy szukać nie tyle w polityce poszczególnych mocarstw, ile w enigmatycznym "ogólnoeuropejskim kryzysie".


Przyznać jednak trzeba, że dość krzykliwy rewizjonizm historyczny prezentowany zwłaszcza w "Die Welt" spotkał się także z bardziej wyważonymi sądami w stylu: nikt nie był bez winy, ale wina Austro-Węgier i Niemiec była największa. Wolfram Wette wręcz trzyma się podstawowych ustaleń Fischera, a Michael Epkenhans podkreśla, że jednak "najważniejsze decyzje zapadły w Berlinie". Gerd Krumeich pisał: "Kto był winny? Bez wątpienia nieodpowiedzialna polityka presji i blefu rządu niemieckiego miała największy udział w rozpętaniu wojny. Ale nie tylko wyłącznie Niemcy ponoszą odpowiedzialność za narastanie nieznośnych napięć przed wojną". Bardzo wyważony tekst ogłosił Heinrich August Winkler w tygodniku "Die Zeit", przypominając o wewnętrznych uwarunkowaniach polityki niemieckiej, zwłaszcza o naciskach ze strony kół wojskowych na rozpoczęcie wojny, i przeciwstawiając się historii pisanej w duchu pozytywistycznym lub polityki realnej, w każdym razie bez obciążeń moralnych. Niektórzy autorzy wyraźnie piszą również o podtekstach politycznych historycznego rewizjonizmu: jeśli Niemcy mają spełniać ważną rolę na scenie europejskiej, to nie można im wciąż wytykać winy za rozpętanie konfliktów zbrojnych (Münkler). Volker Ullrich odnotował zmiany w polityce kształtowania pamięci zbiorowej: "To co nie powiodło się konserwatystom podczas ‘sporu historyków’ w latach osiemdziesiątych, a mianowicie odzyskanie władzy interpretowania historii, ma się udać teraz. Zwraca uwagę z jak słabym oporem się to dotąd spotykało”. I to wydaje się najbardziej niepokojące w obecnej niemieckiej debacie o odpowiedzialności za wybuch pierwszej wojny światowej.
Zbigniew Mazur


Źródło przedruku: Biuletyn Instytutu Zachodniego, Nr 168/2014, 12 sierpnia 2014. Instytut Zachodni im. Zygmunta Wojciechowskiego - Instytut Naukowo-Badawczy, Poznań. Tezy zawarte w tekście wyrażają jedynie opinie autora. Wytłuszczenia pochodzą od redakcji portalu koszalin7.pl

Zbigniew MAZUR (ur. 1943) - historyk, profesor w Instytucie Zachodnim. Zainteresowania badawcze: niemieckie dziedzictwo kulturowe na Ziemiach Zachodnich i Północnych, dzieje myśli zachodniej. Stopnie naukowe: praca doktorska "Pakt czterech 1933"; doktor (1975); doktor habilitowany, docent (2004); profesor Instytutu Zachodniego (2010). Najważniejsze publikacje: "Antenaci. O politycznym rodowodzie Instytutu Zachodniego", Instytut Zachodni, Poznań 2002; "Obraz Niemiec w polskich podręcznikach do nauczania historii (1945-1989)", Instytut Zachodni, Poznań 1996; "Centrum przeciwko Wypędzeniom", Poznań 2006; "'Ojczyzna' 1939-1945. Wspomnienia. Publicystyka", (współred.), Poznań 2004; "Wspólne dziedzictwo? Ze studiów nad stosunkiem do spuścizny kulturowej na Ziemiach Zachodnich i Północnych" (red.), Poznań 2000.

INSTYTUT ZACHODNI im. Zygmunta Wojciechowskiego w Poznaniu (ang. Institute for Western Affairs , niem. West-Institut, fr. Institute Occidentale) - jednostka badawczo-rozwojowa, której organem założycielskim jest Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Założony w 1944 r. w Warszawie przez profesora Zygmunta Wojciechowskiego, od 1945 r. mieści się w Poznaniu. Instytut zajmuje się w sposób interdyscyplinarny szeroko pojętymi stosunkami międzynarodowymi, głównie stosunkami polsko-niemieckimi, ale także polskimi ziemiami zachodnimi (m.in. Wielkopolska, Pomorze, Śląsk), historią, ekonomią i polityką Niemiec oraz procesami integracji europejskiej i kwestiami bezpieczeństwa w strefie euroatlantyckiej.
 

Biogram na podstawie notki autorskiej zamieszczonej w Biuletynie Instytutu Zachodniego, strony internetowej Instytutu Zachodniego oraz Wikipedii.



Marcin Palade
Wiejska bez Niemców?
23 maja 2013
Niemieckość Górnoślązaków nie jest już „trendy”.

W ławach sejmowych, po pierwszych wolnych wyborach do parlamentu w 1991 zasiadło aż siedmiu reprezentantów tzw. mniejszości niemieckiej. W obecnej kadencji na Wiejskiej jest tylko jeden jej przedstawiciel. Być może za kilka lat zabraknie miejsca także dla niego, bowiem niemieckość Górnoślązaków nie jest już „trendy”.

W wyniku porozumienia zwycięskiej koalicji, według różnych szacunków, Polskę opuściło do końca lat 40-tych około 3,5 miliona Niemców. Między Odrą a Bugiem pozostało ponad milion obywateli III Rzeszy, którzy uznani zostali za Polaków. Dominującą grupą byli Ślązacy, a w mniejszym stopniu dotyczyło to Warmiaków i Mazurów. Ich administracyjna polonizacja, przeprowadzona została w PRL bez wgłębienia się i zrozumienia problematyki tzw. pogranicza. Czyli ludności nieidentyfikującej się w sposób jednoznaczny narodowościowo. Potwierdziła to tzw. ankietyzacja z 1952 roku, w której aż 120 tysięcy obywateli polskich, z czego połowę stanowili mieszkańcy Opolszczyzny, wskazało narodowość niemiecką. W skutek emigracji do RFN i NRD ludność ta, głównie z zachodniej części Górnego Śląska oraz z Warmii i Mazur, opuściła Polskę. Pozostali zaś nieliczni „uznani Niemcy’ oraz autochtoni, stopniowo wchłaniający się w polski organizm państwowy.

Ci pierwsi zamieszkiwali głównie Dolny Śląsk oraz dawne województwo koszalińskie. Po 1950 roku znaczącej poprawie uległ status liczącej kilkadziesiąt tysięcy niemieckiej grupy narodowościowej. Mogli oni aktywizować się na polu społecznym, oświatowym, kulturalnym i religijnym. Ale kolejna fala wyjazdów, między innymi w ramach akcji „łącznia rodzin” spowodowała, że na Dolnym Śląsku i Środkowym Pomorzu liczba etnicznych Niemców stopniała do 2-3 tysięcy. Inaczej sytuacja wyglądała z autochtonami. Ci z Górnego Śląska, a w mniejszym stopniu z Warmii i Mazur, pozostawali pod szczególną opieką od końca lat 40-tych, wpływowych środowisk ziomkowskich, a także czynników oficjalnych w Bonn. Żadna z sił politycznych w RFN nie pozwoliła sobie na ostateczne zamknięcie problemu tzw. wschodnich Niemiec. Miało na nich żyć, co strona niemiecka utrzymywała do początku lat 90-tych, około 1,1 miliona mieszkańców uznawanych prawnie za obywateli Niemiec.

To spośród tej ludności werbowano od połowy lat 50-tych współpracowników dla współdziałającego ściśle z ziomkostwem zachodnioniemieckiego wywiadu (BND). Byli w tej grupie lokalni korespondenci prasy, czy śląscy emigranci przyjeżdżający w odwiedziny w rodzinne strony. Szczególnie ożywiona niemiecka penetracja przypadła jednak na przełom lat 70-tych i 80-tych. Zwłaszcza po dojściu do władzy chadeków, bardziej wyczulonych na „krzywdę” wypędzonych i los rzekomej milionowej mniejszości niemieckiej w Polsce. Liczebność tej ostatniej dalej opierała się na statystycznej żonglerce organizacji ziomkowskich i nie miała żadnego potwierdzenia w faktach. Uświadomiły to sobie władze w Bonn w 1983 roku, kiedy to radca prasowy ambasady niemieckiej w Polsce Klaus Reiff, zakończył trzyletni, intensywny objazd po naszym kraju. Liczbę Niemców określił maksymalnie na 106 -120 tysięcy. Przy czym sam Reiff miał stwierdzić, że duża część ubiegających się o wyjazd za Men nie określa się, jako Niemcy.

Dlatego świadoma ewidentnego zaniku mniejszości niemieckiej w Polsce ekipa Kohla, podjęła zabiegi służące jej wykreowaniu. I tak jak w poprzednich trzech dekadach, szczególna rola koordynacji działań przypadła BND. Zaś jednym z głównych wykonawców stała się Robocza Wspólnota do Spraw Łamania Praw Człowieka w Niemczech Wschodnich (AGMO). Jej działalności wydawniczej towarzyszyło „docieranie” do niemieckich grup na Śląsku i praca nad podtrzymywaniem „niemieckiego ducha”. Jedną z form służących nawiązywaniu kontaktów była pomoc materialna (paczki żywnościowe, książki, środki techniczne i finansowe na działalność). 

Na przełomie 1983 i 1984 roku podjęto budowę struktur Związku Niemców w Polsce, a także Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego. Równolegle na Opolszczyźnie, za sprawą AGMO, sieć 200 pracowników organizowała kolportaż prasy zachodnioniemieckiej, czy angażowała się w pomoc charytatywną. Ta ostatnia, w połączeniu z tłumionym przez lata rozczarowaniem polską administracją, czy spychaniem ludności miejscowej do drugiej kategorii, stały się podstawowymi elementami wpływającymi na zwiększającą się chwiejność w określaniu przynależności narodowej autochtonów na Górnym Śląsku. Coraz wyraźniej przybierało na sile ciążenie ku niemieckości.

Proces ten przypadł na okres dogorywania Polski w końcówce dekady Jaruzelskiego. Ułatwieniem dla kreatorów mniejszości był zwiększający się dystans cywilizacyjny między PRL a bogatymi zachodnimi Niemcami. Opcja za „deutsche marką”, dającą względny dobrobyt dzięki wyjazdom do pracy nad Ren, sprawiła, że krótkim czasie na listę mniejszości niemieckiej wpisało się ponad 200 tysięcy osób. W tej masie była znaczna większość z województwa opolskiego.

Pierwszą możliwą weryfikacją liczby Niemców na Śląski Opolskim, stały się wybory uzupełniające do Senatu w lutym 1990 roku. Reprezentujący opolskich Niemców Henryk Kroll w drugiej turze głosowania, na skutek mobilizacji przesiedleńców i repatriantów zebrał, co prawda 125 tysięcy poparcie, ale przegrał z polską Ślązaczką prof. Dorotą Simonides. Wynik Krolla daleki był od szacunków opolskich liderów mniejszości mówiących o 350 tysięcznej grupie opolskich Niemców. Mit o milionie Niemców w Polsce prysł tym bardziej w pierwszych wolnych wyborach w 1991 roku. Ogólnokrajowa lista Mniejszości Niemieckiej dostała prawie 140 tysięcy głosów. Dało to 7 mandatów poselskich. W przedterminowych wyborach w 1993 roku poparcie dla listy niemieckiej stopniało do 110 tysięcy w skali całego kraju. Reprezentacja poselska Niemców zmniejszyła się znacząco do czterech przedstawicieli w Sejmie.

W wyborach z 1997 roku na Opolszczyźnie poparcie skurczyło się do 51 tysięcy głosów. Bardzo znaczący ubytek dotyczył części katowickiej i częstochowskiej. To sprawiło, że reprezentacja niemiecka na Wiejskiej ograniczyła się do dwóch posłów z okręgu opolskiego. Tę liczbę udało się utrzymać po wyborach z 2001 roku. Jedyna od 2005 roku wystawiana wyłącznie na Opolszczyźnie lista niemiecka, dała tylko jeden mandat poselski. W ostatnich wyborach z 2011 roku głosy oddane na mniejszość zamknęły się raptem na poziomie 28 tysięcy.




Sejmowa lista Mniejszości Niemieckiej w woj. opolskim (rysunek)

(źródło: Państwowa Komisja Wyborcza)

Co sprawiło, że „niemieckość” Ślązaków, tych z pod Krapkowic, Olesna, czy Raciborza, w ciągu niespełna ćwierćwiecza tak mocno wyparowała? Czynnik napędzający koniunkturę dla mniejszości, mający swój wymiar materialny, w sytuacji rozwoju Polski w ostatnich dwóch dekadach, nie jest już silnym bodźcem dla ludności autochtonicznej. Sytuacja uległa zmianie zwłaszcza po zrównaniu praw na niemieckim rynku pracy, co spowodowało, że paszport z BRD nie jest już przepustką do raju dla wybranych. Ślązacy, w tym ich liczne skupiska na Opolszczyźnie, zaczynają wyraźnie ciążyć ku „czystej” śląskości. W lokalnych organizacjach widzą możliwość pielęgnowania swojego regionalizmu. Berlin, po znacznym ograniczeniu wsparcia finansowego dla TSKMN, nie jest już tak jak w latach 80-tych, czy 90-tych „dobrym, bogatym wujkiem Helmutem”.

Etos śląski, którego głównymi elementami składowymi pozostają: rodzina, wiary i praca, można wspierać i konserwować bez oglądania się na liderów mniejszości niemieckiej. Pokolenia najbardziej „niemieckich” Ślązaków, tych urodzonych przed 1939 rokiem i tych pamiętających powojenną „PRL-owską krzywdę” ustępują miejsca w biologicznej sztafecie młodym Ślązakom. To im, nowe państwo polskie po 1989 roku, nie przeszkadza w kultywowaniu swojskości.

W kolejnych spisach powszechnych Niemców w Polsce ubywa (w 2011 roku, jako jedyną narodowość niemiecką wskazało raptem 26 tysięcy polskich obywateli), a na Górnym Śląsku przybywa tych, którzy określają się, jako Ślązacy. Niemieckość wśród ludności miejscowej na Górnym Śląsku nie jest już „trendy”. Widzimy to my z perspektywy Warszawy, ale z całą pewnością dostrzegają to także wyjątkowo aktywne na obszarze Niemiec z 31 grudnia 1937 roku – władze w Berlinie.


Marcin Palade


Tekst ukazał się w "Naszej Polsce"





http://koszalin7.pl/obywatel/polska-niemcy/840-rok-1914-niemcy-strzsaj-win.html


SKOKi, Łużyczanie, satanizm - skrót informacji

Nasza sytuacja wg Janusza Szewczaka


Winnicki, Pendolino, Łużyczanie, Weles z krótkim komentarzem

Zapędzić Polaków w kozi róg. Szamani mediów mętnego nurtu wykreują dziś na zawołanie władzy każdy dowolny idiotyzm


fot. PAP/Radek Pietruszka

Rządowo-medialne wrzutki mają nas doszczętnie ogłupić, odwrócić uwagę Polaków od rzeczy ważnych, groźnych i nieuchronnie się zbliżających, po to głównie, by w końcu nas obłupić.

Stąd sałatka konsumowana w Sejmie, stąd dwie matki znanego pięściarza, stąd poseł St.Niesiołowski jako arbiter elegancji słownej, którego przodkowie negocjowali już pod Grunwaldem czy w końcu TVN-24 roztkliwiający się nad tym czy prezydent Słupska R.Biedroń będzie mógł sam sobie w końcu udzielić ślubu. Ma całkowitą rację red.St.Janecki gdy pisze na portalu wPolityce o czarnym czwartku - 18 grudnia 2014 r. dla polskich mediów i klęsce demokracji rodem z III RP.
Szamani mediów mętnego nurtu wykreują dziś na zawołanie władzy każdy dowolny idiotyzm i uczynią z niego epokowe wydarzenie i to wszystko tylko po to byśmy broń Boże nie zaczęli myśleć, używać rozumu i inteligencji i zadawać te najważniejsze dla Polaków pytania. Nie tylko jak żyć, ale gdzie i za ile da się przeżyć, nie na emigracji, ale w Polsce, żyjąc godnie i normalnie. Chodzi przecież o to by obrzydzić nam nasz własny kraj, odwrócić uwagę Polaków od spraw naprawdę ważnych dla naszej przyszłości. Chodzi o to, by głupota, zobojętnienie, coraz większa cenzura i oficjalna propaganda oraz wszechobecne kłamstwo odcięły Polaków od zasadniczych problemów ekonomicznych, społecznych i finansowych, nie tylko tego nadchodzącego 2015 r.
MF M.Szczurek już powinien zacząć myśleć  o nowelizacji, dopiero co klepniętego w Sejmie budżetu państwa na 2015 r. i to nie tylko w związku z sytuacją w Rosji i na Ukrainie, ale również gwałtownie słabnącym polskim złotym czy całkiem realną groźbą ataku spekulacyjnego na polską walutę.
Wszak mamy jeszcze i to pomimo 25-letniego drenażu finansowego na rzecz zagranicy, blisko 100 mld dol. rezerw dewizowych. Całkiem realna jest też groźba odpływu kapitału portfelowo - spekulacyjnego z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym również z Polski. Wyprzedaż złotego przez tzw. inwestorów krótkoterminowych już się zaczęła, na Białorusi mamy run na bankomaty i waluty obce, podobnie jak w Rosji.
Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie już leży na łopatkach, a czeka ją jeszcze trudniejszy 2015 r. Skłócona wewnętrznie RPP, mocno spóźniona w swych reakcjach powinna już myśleć o obniżce stóp procentowych i to o 0,5 pkt procentowego. Przed nami przecież znaczące straty firm i banków tych działających zarówno w Polsce jak i w Rosji czy na Ukrainie. Z bardzo poważnymi problemami, znaczącym spadkiem zysków, a nawet stratami mogą się liczyć nawet duże spółki Skarbu Państwa.
Dziś media i rządowe autorytety powinny raczej dyskutować o tym dlaczego jeszcze ceny benzyny w Polsce nie zostały obniżone i to poniżej 4zł/l i dlaczego ceny energii od stycznia rosną gdy powinny maleć. Przecież od Nowego Roku czeka nas w Polsce prawdziwy horror, a zarazem chaos w służbie zdrowia. Miejmy nadzieję, że tzw. Pakiet Kolejkowy i Onkologiczny pogrąży i doprowadzi wreszcie do dymisji całego szefostwa MZ z B. Arłukowiczem na czele. Rosyjski kryzys i tonący rubel może wywrócić niektóre rynki, eksport, ale i waluty niektórych krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
Unijna deflacja i recesja może z kolei mocno zaszkodzić polskiemu eksportowi i produkcji przemysłowej, która w listopadzie pozbawiona czynników sezonowych wyniosła tyle co nic - wzrost o 0,1 proc. Mimo, że widać bardzo wyraźnie, że dwie najważniejsze osoby w państwie; Prezydent RP i Marszałek Sejmu mają olbrzymie problemy z pamięcią to jednak wielu Polaków doskonale pamięta, że płace w sferze budżetowej nie wzrosną kolejny rok, podobnie jak progi podatkowe czy kwoty wolne od podatku. O tym właśnie, by trzeba toczyć spory, że znaczna część sektora bankowego w Polsce znów pójdzie pod młotek, diabli wiedzą, w czyje ręce tym razem.
Wbrew wynurzeniom bankowych analityków w TVN-24 oraz TVN-24 Biznes i Świat raty kredytów dla 550 tysięcy frankowiczów wcale nie spadną z powodu ujemnych stóp procentowych w Szwajcarii, bo te dotyczą lokat w wysokości 10 mln FCH, a wprost przeciwnie już całkiem nie długo frank znów może kosztować 3,7 zł. Nad tym, by niewątpliwie warto toczyć spór czy całkiem sensownie wydano 250 mln euro na 3 lotniska w Łodzi, Rzeszowie i Lublinie, gdy zdarza się, że czasem leci raptem 10-ciu pasażerów oraz jaki sens miał wydatek blisko 2,5 mld zł na słynne Pendolino, które jedzie ok. 3 min. szybciej niż dotychczasowy ekspres, choć dają w nim podobno bardzo dobrą białą kiełbasę.
Media powinny pytać rządzących, a zwłaszcza MF dlaczego chce zablokować dotację dla ostatnich barów mlecznych zakazując im gotowania na wodzie i używania wszelkich przypraw. Te same media tak przychylne rządowi powinny wytłumaczyć Polakom dlaczego polscy producenci mleka będą musieli z powodu idiotycznych unijnych przepisów zapłacić w 2015 r. blisko 200 mln euro kar za tzw. nadprodukcję. Warto, by się zastanowić jak będzie wyglądać I kw. 2015 r. w handlu, skoro hipermarkety i galerie handlowe już w końcówce roku narzekały na spadek ilości klientów. GUS-owski wskaźnik koniunktury w handlu detalicznym w grudniu spadł o 4 pkt. do minusowego poziomu, podobnie jak wskaźnik w transporcie, w gastronomii czy w budownictwie, gdzie wyniósł minus 19 pkt.
Spadła nawet liczba sprzedawanych bardzo drogich mieszkań dla tzw. polskich milionerów, nie wiadomo tylko czy tych milionerów jest za mało czy tych wartych fortunę mieszkań za dużo. Aby zwyciężyła uczciwość, nie cynizm i draństwo trzeba po prostu debatować i zajmować się sprawami naprawdę ważnymi dla Polaków, a nie dawać się wpuszczać w tzw. tematy zastępcze. Wtedy dopiero będzie można realnie liczyć na dobrą zmianę.
Nie wolno pozwolić by powtórzyła się historia końca lat 30. i połowy lat 40., nie wolno dopuścić by Polska stała się narzędziem Waszyngtonu (wtedy głównie Londynu) w poskramianiu innych mocarstw. Narzędziem wykorzystywanym, niszczonym i porzucanym - twierdzi Robert Winnicki, prezes Ruchu Narodowego.
Winnicki zaznacza, że obecnie Polska musi ponosić konsekwencje prowadzonej przez ostatnie 25 lat polityki. Zwraca on uwagę, że "gospodarkę sformatowano tak, że ma charakter głównie podwykonawczy względem Zachodu, a dominują w niej zagraniczne korporacje. Wg lidera narodowców "polską armię zmieniono w mały korpus ekspedycyjny, który nie jest w stanie bronić naszych granic, a co najwyżej realizować amerykańskie interesy na Bliskim Wschodzie", zaś polska polityka jest podporządkowana Waszyngotonowi i Berlinowi. Winnicki podkreśla, że Polska jest obecnie państwem słabym:
"Na dzień dzisiejszy Polska jako frontmen działań wymierzonych w rozjuszoną, ranną (gospodarczo) i groźną (militarnie) Rosję, co przez ostatni rok było polityką rządu, a co nadal pozostaje programem pisowskiej opozycji - to droga donikąd" - zaznacza. Prezes Ruchu Narodowego twierdzi, że "w polityce zagranicznej trzeba szukać odprężenia w relacjach z Rosją". Dodaje również, że obecną sytuację można wykorzystać, aby poprawić warunki dla rozwoju polskiej mniejszości narodowej: Proponuje on "wyciągnąć rękę do Aleksandra Łukaszenki, oferując mu prosty układ - zero demoliberalnej krucjaty propagandowej i wspierania opozycji w zamian za szkolnictwo i kulturę dla Polaków na Białorusi".
mysl24.pl / Kresy.pl


Opublikowano: Czwartek 18 grudnia 2014

700 mln dol. od producenta Pendolino

Rekordową karę 700 mln dolarów ma zapłacić w Stanach koncern Alstom – europejski producent pociągów Pendolino, jeżdżących m.in. w Polsce.
Tyle ma kosztować umorzenie postępowania w sprawie korumpowania urzędników w Indonezji przez przedstawicieli tej firmy.
Zakończenie dochodzenia i układ z Departamentem Sprawiedliwości USA jest jednym z warunków planowanego przejęcia energetycznej części Alstomu przez innego giganta z branży General Electric.
Sprawa przekupstwa dotyczy kontraktów europejskiej firmy w Indonezji oraz w innych krajach; wypłacenia z pomocą pośredników kilkuset tysięcy dolarów lokalnym urzędnikom. Łapówki miały zapewnić przychylność podczas wyboru kontrahenta.

RFN: Rośnie agresja wobec Łużyczan

Posted by Marucha w dniu 2014-12-17 (środa)
Kliknij, aby powiększyć
Według premiera Saksonii Stanislawa Tillicha przypadki ataków na przedstawicieli społeczności Serbołużyczan osiągnęły nowy, bardzo niepokojący wymiar.
Tillich, sam będący Serbołużyczaninem, domaga się radykalnych działań w tej sprawie i dokładnego badania wszystkich incydentów.
Zdaniem polityka, Serbołużyczanie padają ofiarą wzrostu nastrojów antyimigranckich i ksenofobicznych które sprawiają, że agresja dotyka wszystkich grup odmiennych od Niemców.
O eskalację problemów Tillich oskarżył m.in nacjonalistyczną NPD które według niego chce zbić kapitał polityczny na zaistniałej sytuacji.
Niemcy zamieszkuje ok. 60 tysięcy Serbołużyczan których historyczne ziemie podzielone są między Saksonię a Brandenburgię. Chociaż ich języki podlegają oficjalnie ochronie, liczne przeszkody ze strony państwa utrudniają zachowanie tożsamości serbołużyckiej i przyspieszają proces germanizacji.

Na podst. Deutsche Welle
http://xportal.pl
Gajowy swego czasu miał sposobność rozmawiać z Serbołużyczanami (dwie osoby). Stwierdzili, iż dużo lepiej i bezpieczniej żyło im się za czasów NRD, a państwo pomagało finansowo ich organizacjom.
Polityka Zjednoczonych Niemiec, ich zdaniem, polega wyłącznie na wynarodowianiu tego ostatniego przyczółka słowiańskości na ziemiach ongiś słowiańskich.
Admin

Odpowiedzi: 10 to “RFN: Rośnie agresja wobec Łużyczan”

  1. Zerohero said

    Serbołużyczanie nie są emigrantami (są u siebie) i nie sprawiają takich problemów jak emigranci z południa i bliskiego wschodu. Mają jednak jedną słabość: są biali. Ataki na nich nie zostaną podciągnięte pod rasizm.
     
  2. revers said

    na razie wisza na stacjach kolejowych Lüben/Lubien w drodze do Cottbus, Goerlitz i Budziszyna podwojne nazwy miast, osiedli, miasteczek.
    Swego czasu Dariusz Michalczewski mial opcje trenowania boksu w Cottbus tubylcow, przydalo by sie w walce z lysymi palami, a tak woli w PL propagowac geji i lgbt, z wieksza latwa kasa i trendy.
    Za to nie jeden Nierodzik z Chóśebuza/Cottbus, cwiczacy boks nie jednemu lysopalowemu z NPD dal oddpur, czasami nie wychodzac z bojek bez szwanku lub nawet zeba trzonowego, ale kregoslup slowianski ma do dzisiaj, mimo ze matka niemka.
     
  3. Sowa said

    Ale w polandii rośnie miłość do banderowców. Bo miłość jest najważniejsza.
     
  4. revers said

    Milosc inaczej, kto kogo wydyma na unijnej kasie lub banksterskiej, inne fundusze milosne „Domu Polskiego” przed odesska szarzza. Grody Czerwienskie:

     
  5. Siggi said

    O dziwo Serbołużyczanie przetrwali hitleryzm.To bardzo ładne tereny.Nazwy dwujęzyczne,mocne akcenty kulturowe,widać pracowitość,porządek,kulturę Ludu serbołużyckiego.Nawet po drugiej stronie Nysy Łużyckiej w moim lubuskim widać dawne wpływy.Kiedy przed laty częściej tam bywałem,to głównym problemem Serbołżyczan był odradzający się poenerdowski nazizm-faszyzm i grasujące grupy bandyckie neo,z czym organa ścigania marnie sobie radziły.
     
  6. Boydar said

    Jak miałem zez pięć lat, dostałem całkiem sporą książkę bajek serbsko łużyckich. W każdym razie z tamtych terenów. Nie pamiętam ani autora ani tytułu, ale to były … polskie bajki. Piękne. Muszę to odnaleźć na strychu.
     
  7. NyndrO said

    Ad 6* A pamięta Pan „Klechdy domowe”? Moj Dziadas też uwielbiał mi czytać bajki de La Fontain’a.Ja jestem troszkę młodszy od Pana,kochany Boydarze,ale może to. Była taka Bajka o tygrysie i ośle,która do dziś na mnie działa.
     
  8. Boydar said

    Pański „Dziadas” z właściwym sobie poczuciem obowiązku, podjął się w swoim czasie typowej orki na ugorze, jaką stanowiła bez wątpienia Pańska edukacja. Z przyjemnością nie miało to zapewne wiele wspólnego. Skoro jednak woli Pan ująć to w tak elegancką formę, trudno, niech będzie, „Dziadas” (świeć Panie nad Jego duszą, dobry człowiek był) zapewne nie będzie zbyt głośno protestował.
    Proszę się nie bulwersować, to tylko taka mała wprwka klawiaturowa z mojej strony. Zupełnie nie oddaje stanu rzeczy :-)
    Co do bajek, przeczytałem chyba wszystkie, jakie ukazały się w języku polskim i trochę w rosyjskim. I, o dziwo, większość pamiętam do dzisiaj.

W USA wprowadzono oficjalne nauczanie satanizmu

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2014-12-17
Sąd zadecydował, że będzie w szkołach wykładany przedmiot satanizm, dzieci będą uczyć się podziwiania go! Czy jest to początek końca czasów, który ogłosi Szatan rodzajowi ludzkiemu i poprzez swoich wyznawców wprowadzi powszechną rozpustę i rozpasanie?
Satanistyczne organizacje na Florydzie wygrały w sądzie sprawę w kwestii uznania tego, że religia satanistyczna, włączająca podejrzane obrzędy, ofiary rytualne, czarne msze i kult diabła, jest równowartościową religią z innymi religiami świata.
Znajdujemy się w czasach zaćmienia, zaćmienia wartości życia i ludzkich umysłów, nie dbających o nic i dążących do świata bez Boga i bez sensu. Widać to na podstawie wszystkich wydarzeń, które dowodzą całkowitego upadku dobra i gwałtownego wzrostu zwyrodniałych wartości, które są absolutnie sprzeczne nie tylko z przykazaniami Bożymi ale i także z logicznym prawem naturalnym i porządkiem, który istniał od początku czasów.
To wszystko co kiedyś traktowano jako nienormalność to dzisiaj staje się normalnością i godnym pożądania. Wszystko co było kiedyś karalne dzisiaj jest promowane i wychwalane. Człowiek jest obecnie, dosłownie, zmuszany do akceptacji zła, i wszystko co może uczynić to trzymać się jeszcze normalnych ludzi.
W tych straszliwych czasach toleruje się mordy popełniane na wątłych,słabych, kruchych, toleruje się kazirodztwo, sodomię, zoofilię, w niektórych krajach nawet pedofilię i co najgorsze to to, że dzieci są zmuszane do nauki satanizmu. Nie wierzycie? Tak, tak, świat przekroczył kolejną granicę tolerancji, donosi „Russia Today”.
Amerykański sąd staje po stronie satanizmu
Amerykański sąd skłonił się, w szczególności, na stronę satanizmu, w tym sensie, że zawyrokował o wprowadzeniu do szkół amerykańskich książek nauczających satanizmu lub religii w której istota ludzka jest podporządkowana diabłu, Szatanowi albo temu, nazwa może być według waszego uznania, który jest źródłem absolutnego zła i brudu.
Szczególnie organizacje satanistyczne na Florydzie wygrały w sądzie sprawę uznania religii satanistycznej, która zawiera podejrzane obrzędy, rytualne ofiary i kult diabła, jako równowartościowej z innymi religiami światowymi. I sąd zawyrokował, że dzieci w szkołach publicznych będą nauczane jak czcić diabła a nie Boga, i że literatura satanistyczna dla dzieci znajdzie się w szkołach.
Interesującym faktem jest to, że organizacje satanistyczne istniały zawsze i wszędzie. Ale w pewien sposób, w ciągu wieków ich istnienia, były one utajnione, działały w sekrecie, w podziemiu, odprawiając swoje zbrodnicze obrzędy w całkowitej tajemnicy.
Ale ostatnio, ostatniego roku, organizacje satanistyczne wychodzą na powierzchnię, penetrują instytucje, pojawiają się na ulicach, w szkołach, koledżach, wypowiadają się publicznie na temat swojej działalności, domagają się praw dla siebie i włażą przemocą we wszystkie struktury naszego życia społecznego. Sataniści domagają się prawa odprawiania czarnych mszy na prestiżowych uniwersytetach, publicznie.
Rozpoczęli już kampanię propagandową i rozdają ulotki i materiały promocyjne w celu przyciągnięcia coraz większej ilości ludzi do Szatana.
Oni pragną usunięcia tablic 10 przykazań i postawienia w Oklahomie posągu Szatana przytulającego dzieci. W tej całej swojej działalności sataniści mają poparcie instytucji państwowych, sądów, parlamentów i środków masowego przekazu.
Takiego wpływu na społeczeństwo sataniści nigdy w historii nie mieli i ten fakt sprawia, że powinniśmy postawić sobie pytanie czy są to już czasy o których mówił Jezus Chrystus?
Czy jest to już początek końca czasów kiedy Szatan objawi się ludzkości a jego wyznawcy czynić będą rozpustę rozpusty? To wszystko świadczy, że książki satanistyczne w szkołach to zaledwie malutki przykład tego co nas oczekuje w przyszłości.
Całkowite i przymusowe zniewolenie ludzkości, która, w ostatecznym rachunku, uwielbi Szatana, tego, który pojawi się przed Chrystusem i Sądem Ostatecznym.
 http://gloria.tv/media/hDCt6ynPmRV



W tym roku w Trójmieście, mateczniku werwolfa, spłonęły 43 samochody - założę się, że do końca roku dobiją do liczby 44...

Przy okazji: GDAŃSKIE Wydawnictwo Oświatowe przekonuje nas, że diabeł jest dobry.

Może i jest dobry - dla werwolfu, nie wiem jakie doświadczenia mają niemcy, tylko tego się mogę domyślać (Gott mit uns), w każdym razie dla nas Słowian jest bardzo zły.

Ostatnio, zdaje się, nie wyszedł mu atak na rubla, wściekły wyżył się na rodzinie w Australii...
Nakłuwanie ciała dziecka znane jest jako mord rytualny żydów, przy czym, należy zauważyć, że to nie byli żadni  żydzi - tylko klika, sitwa, sekta wyznawców Welesa podająca się kłamliwie za żydów.
Szczegóły tutaj:









 Ilustracje ustawione chronologicznie.

"Bijemy na alarm, uczniowie w zamian za zdrowie oddają duszę diabłu". To o ćwiczeniach do 6 klasy

Justyna Suchecka
18.09.2014 16:30


Podręcznik Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego (Facebook / Miesięcznik Egzorcysta)
 
Hitem internetowych portali została ilustracja z ćwiczeń "Między nami", na której widać, jak dziewczynka sprzedaje duszę diabłu w zamian za zdrowie brata. Oburzają się nią m.in. czytelnicy miesięcznika "Egzorcysta". Autorzy podręcznika proszą jednak, by przeczytać tekst w całości.


Od zaniepokojonej Czytelniczki: Kto jest odpowiedzialny za nauczanie w 6. klasie podstawówki oddawania duszy szatanowi? Czy Rodzice wiedzą, czego uczą się ich dzieci? Przekażcie dalej.
Miesięcznik Egzorcysta
Magazyn · 17 614 osób lubi to
· 17 września ·
Od zaniepokojonej Czytelniczki: Kto jest odpowiedzialny za nauczanie w 6. klasie podstawówki oddawania duszy szatanowi? Czy Rodzice wiedzą, czego uczą się ich dzieci? Przekażcie dalej.
 
 
Zamieszanie wokół ćwiczeń Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego z serii "Między nami" zaczęło się od wzmianki na profilu miesięcznika "Egzorcysta". Zdjęcie z zadaniem wysłała redaktorom czytelniczka, a wpis o podręczniku szybko udostępniono ponad 700 razy.

Prawdziwa burza rozpętała się jednak po opisaniu ilustracji na blogu "W obronie wiary i tradycji". Link do wpisu poświęconego ćwiczeniom trafił na portal Wykop.pl, gdzie internauci dzielą się interesującymi informacjami tzw. znaleziskami. Wpis pt. "Bijemy na alarm - w podręczniku do klasy VI uczniowie w zamian za zdrowie oddają diabłu duszę" - zrobił wśród internautów prawdziwą furorę. W ciągu trzech godzin "wykopało" go, a więc uznało za ciekawe, ponad 600 osób, o ćwiczeniu z diabełkiem przeczytało ponad 20 tys. osób. Większość zamieszanie wokół ćwiczeń uważa za świetny żart.

O co dokładnie chodzi? Na 94. stronie ćwiczeń z języka polskiego dla szóstoklasistów znalazło się takie ćwiczenie: "Przeczytaj tekst, a następnie wpisz do tabeli wyrazy będące przykładami podobnych zasad pisowni". Ortografia nie wzbudziła żadnych emocji, ale tekst, który wykorzystano do jej nauki, już tak. Pod zdjęciem strony opublikowanej przez "Egzorcystę" roi się od komentarzy: "katastrofa", "masakra", "Boże, zlituj się".

"Oddam ci duszę"

Czytamy:
Tego wieczoru diabełek siedział pod sosną. Właśnie zjadł kilka okruchów ciasteczka, które dał mu piekarz. Zaczął nasłuchiwać - w pobliżu płakała jakaś dziewczynka. Diabełek postanowił ją namówić, by oddała mu duszę. Podszedł do niej. - Jesteś taka smutna. W zamian za twoją duszyczkę obdarzę cię wszystkim, co zechcesz. - Mój braciszek jest chory, cały czas leży w łóżku, a lekarz nie daje nadziei. Uzdrów go, a oddam ci duszę i pójdę z tobą choćby do samego piekła. Diabełek wymamrotał zaklęcie. Zaszumiały drzewa. - Braciszku! Wyzdrowiałeś! Masz zdrowe nóżki! Możesz chodzić!


Na tym fragmencie zdjęcie ćwiczeniowej strony ucięto. Nie wiemy, co z diabełkiem i dziewczynką działo się dalej. Ale to czytelnikom bloga i "Egzorcysty" wystarczyło, by wszcząć alarm.

Jak refren wraca: "Kto jest odpowiedzialny za nauczanie w 6. klasie podstawówki oddawania duszy szatanowi? Czy rodzice wiedzą, czego uczą się ich dzieci?".

Ci, którzy nie domagają się natychmiastowego usunięcia diabła z podręcznika, pytają jednak, jak kończy się ta historia. Ze względu na olbrzymią popularność zdjęcia strony w sieci, zdecydowaliśmy się to wyjaśnić. I zapytaliśmy o to w GWO.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie

Paweł Mazur z Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego opowiedział nam całą historię o diabełku. - Te zadania są luźno inspirowane książką szwedzkiego pisarza Ulfa Starka pt. "Mały Asmodeusz". Mały diabełek jest dobry i jego ojciec wysyła go z piekła na ziemię, by w końcu stał się zły i przyniósł mu jakąś duszyczkę. I tu jest część, która podbiła internet - diabełek spotyka smutną dziewczynkę. Ona obiecuje mu oddać duszę. Razem idą do piekła. Tam, owszem, ojciec diabeł jest bardzo dumny z diabełka, ale do czasu. Bo gdy dowiaduje się, jak duszę zdobyto, mówi, że tak nie można - nie można oddać duszy, by zrobić coś dobrego. Dziewczynka wraca na ziemię, wszyscy żyją długo i szczęśliwie - kończy.
I żartuje, że niedługo trzeba będzie wyrzucić z podręczników Fausta czy pana Twardowskiego. Mazur prosi, by nie dać się zwariować, a podręcznik traktować jako całość.
Zarówno tekst wyrwany z konstekstu, jak i wypowiedź zgodne z metodą kłamstwa niemieckiego.

W poprzednim roku szkolnym równie wiele emocji co dziś diabełek GWO wywołało inne szkolne ćwiczenie.

W zadaniu trzecioklasiści mieli odpowiedzieć na pytanie: z którą z przykładowych osób nie chciałbyś mieszkać w pokoju w czasie obozu letniego? Do wyboru dostali: m.in. Cygankę i chorego na AIDS. Po tygodniu okazało się, że to rzeczywiście zadanie z podręcznika do religii ewangelickiej. I całkowicie wyjęte z kontekstu całej lekcji, którą poświęcono tolerancji.

Ks. Adam Malina z portalu Luteranie.pl mówił wtedy "Wyborczej": - Wyrwanie z kontekstu zdania zawsze prowadzi do manipulacji. Internauci nie wiedzą, co było przed, a co później. A przecież to była cała lekcja o tolerancji, gdzie bardzo dużo zależało od tego, co mówi nauczyciel i co mówią dzieci.



Gott mit uns (pol. „Bóg jest z nami” czy „Z nami Bóg”) – dewiza prastarego Orderu Łabędzia, przejęta w roku 1701 jako dewiza państwowa Królestwa Prus, używana do 1945 w armii niemieckiej i aż do lat 70. XX wieku na sprzączkach pasów sił policyjnych RFN.


Opisy mordu rytualnego

Najczęściej mord rytualny popełniony przez Żydów opisywano w następujący sposób: dziecko, przeważnie chłopiec, było porywane lub czasem nawet kupowane od rodziców i umieszczane w ukrytym miejscu (domu prominentnego członka gminy żydowskiej, synagodze, piwnicy itp.), gdzie przebywało aż do śmierci. Przygotowania do mordu miały obejmować zwołanie uczestników rytuału z okolicznych miejscowości, przygotowanie narzędzi tortur i zbrodni. Następnie, według opowieści, tłum Żydów zbierał się w miejscu egzekucji (zazwyczaj nocą w synagodze) i odgrywał „proces”, w którym oskarżone było porwane dziecko. Miało ono być prezentowane przed „trybunałem” nagie i związane. Następnie następowało wydanie wyroku śmierci, po którym rzekomo torturowano dziecko. Opowieści wymieniały okaleczenia (także obrzezanie), nakłuwanie igłami, bicie, duszenie, biczowanie itd.

Dziwne to pierwsze zdanie.


Polacy wierzą, że... Żydzi dokonywali rytualnych mordów. Lubelskie i podkarpackie najbardziej uprzedzone

Michał Wąsowski
11 miesięcy temu

W Polsce nastąpił duży wzrost tzw. "antysemityzmu tradycyjnego" - wynika z "Polskiego sondażu uprzedzeń 2013". Objawia się to m.in. wiarą w negatywne mity o Żydach - na przykład o ich rytualnych mordach czy odpowiedzialności za śmierć Chrystusa. Najmniej uprzedzeni jesteśmy na Mazowszu i Pomorzu.

Autorzy badania - dr hab Michał Bilewicz i dr Mikołaj Winiewski - sprawdzili u Polaków kilka rodzajów antysemityzmu. Tradycyjny, czyli wynikający głównie z religii. Objawia się wiarą w rozmaite, negatywne legendy o Żydach. Druga badana rzecz to wiara Polaków w teorie spiskowe dotyczące Żydów i wreszcie trzecia rzecz - czy według nas Żydzi wykorzystywali II wojnę światową do kształtowania późniejszej polityki. Badania dokonano na próbie 1 tysiąca osób i zestawiono z identycznymi badaniami z 2009 roku.

W przypadku antysemityzmu tradycyjnego pytano m.in. o to, czy Żydzi porywali chrześcijańskie dzieci. Aż 23 proc. stwierdziło: "tak" lub "raczej tak". 22 proc. z kolei wierzy, że to Żydzi są odpowiedzialni za śmierć Jezusa. Autorzy badania podkreślają, że w stosunku do 2009 nastąpił wzrost takich opinii i to, ich zdaniem, zaskakujące. Dr Bilewicz sądził bowiem, że taki rodzaj antysemityzmu jest już coraz mniej powszechny.

Bilewicz w komentarzu do badań w "GW" dodaje, że kiedyś wiara w takie mity odnotowywana była głównie u ludzi wierzących i uczęszczających do Kościoła, ale dziś już takiej korelacji nie ma. Powód: wrogiem Kościoła jest dziś gender i środowiska LGBT.

Antysemityzm spiskowy oraz ostatni, wtórny, są tak samo powszechne, co kilka lat temu. Nadal aż 63 proc. z nas wierzy, że to Żydzi: "dążą do poszerzenia swojego wpływu na świat", "rządzą światem" oraz "osiągają cele grupowe dzięki tajnym stowarzyszeniom".
Podobne wyniki - spadek z 60 do 68 proc. - mamy w kwestii antysemityzmu wtórnego, czyli dotyczącego II wojny światowej i polityki. Warto odnotować, że aż 44 proc. Polaków uważa Żydów za odpowiedzialnych za przekonanie o polskim antysemityzmie.

"Wyborcza" podkreśla przy tym, że znacznie spadła liczba osób z uprzedzeniami u osób uważających się za "patriotów dumnych ze swej ojczyzny".




http://wpolityce.pl/gospodarka/226606-zapedzic-polakow-w-kozi-rog-szamani-mediow-metnego-nurtu-wykreuja-dzis-na-zawolanie-wladzy-kazdy-dowolny-idiotyzm
http://www.kresy.pl/wydarzenia,polityka?zobacz%2Frobert-winnicki-nie-wolno-dopuscic-by-polska-stala-sie-narzedziem-poskramiana-mocarstw-jak-w-latach-1939-45#
http://marucha.wordpress.com/2014/12/17/rfn-rosnie-agresja-wobec-luzyczan/
http://www.dziennik.com/wiadomosci/artykul/700-mln-dol.-od-producenta-pendolino
http://wirtualnapolonia.com/2014/12/17/w-usa-wprowadzono-oficjalne-nauczanie-satanizmu/
http://natemat.pl/89019,polacy-wierza-ze-zydzi-dokonywali-rytualnych-mordow-lubelskie-i-podkarpackie-najbardziej-uprzedzone
http://pl.wikipedia.org/wiki/Oskar%C5%BCenia_o_mord_rytualny_wzgl%C4%99dem_%C5%BByd%C3%B3w