Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

wtorek, 21 kwietnia 2026

FALA cz.1



Wiecie, jak doszło do anszlusu? Do wchłonięcia Austrii przez nazistowskie Niemcy?

Nic nie działało!
I trzeba było temu zaradzić!




werwolfcompl.blogspot.com/p/blog-page.html

Obecnie stwierdzenie, że Polacy są głupi i nie potrafią się sobą rządzić – to najlepsze na świecie alibi dla różnych agencików udających głupoli.
Innym alibi są media, które nie mówią prawdy.

Trudno nam dzisiaj sobie wyobrazić, po tych 20 latach, że rzeczywistość można kontrolować do tego stopnia, że układa się ona po naszej myśli w całym kraju. (Ale przecież w dobrze prosperujących firmach się to udaje – dlaczego więc nie na skalę całego państwa?)
Tak właśnie jest m. in. w krajach zachodu - rzeczywistość w tych krajach układa się po myśli ludziom, ponieważ tak jest zaplanowana. W Polsce również to działa, tylko, że w odwrotnym kierunku – nastawione jest na rozkład. U nas rzeczywistość układana jest po myśli zagranicznych ośrodków władzy. I z ich punktu widzenia – wszystko jest najlepszym porządku.
Z naszego punktu widzenia – jest oczywiście niedobrze.

Dlatego pamiętajmy – jeżeli coś idzie źle - powodem jest to, że tak ma być. Ktoś zadecydował, że tak ma być. 


Niemcy nadal sytuują się w roli śmiertelnego wroga Polski i to się nie zmieni, dopóki niemiecka państwowość nie zostanie ostatecznie zniszczona. Niemcy nie podpisały z nami traktatu pokojowego po II Wojnie Światowej, by nie zamykać sobie drogi do odtworzenia cesarstwa niemieckiego.

Wygrajmy w końcu tę wojnę, po 80 latach wygrajmy w końcu tę wojnę z Niemcami.

















przedruki


za fb:

Ruch Obywatelski - W Imieniu Sopocian zmartwiony(a) w: Dworzec PKP Sopot. ·
Obserwuj
22 marca o 19:25 ·Sopot ·

FALA TOPI POMORZE 
W artykule „FALA topi Pomorze.

To najdroższe przejazdy koleją w Polsce i najgorszy system biletowy” autor Maciej Bąk przedstawia brutalną rzeczywistość, w jakiej znaleźli się pasażerowie transportu publicznego na Pomorzu. Zamiast spodziewanej integracji i uproszczeń, po zmianach 1 marca wzrost cen biletów kolejowych wyniósł nawet ponad 25 %, a sama idea systemu FALA zamieniła się w „maraton katastrof” z niedziałającymi urządzeniami i burdelem w naliczaniu tychże opłat.

https://innpoland.pl/222559,fala-topi-pomorze-to...

Decyzje dotyczące organizacji transportu publicznego w Trójmieście, których skutki odczuwają dziś również mieszkańcy Sopotu, trudno uznać za spójne, a tym bardziej za racjonalne z punktu widzenia interesu pasażerów. Wprowadzane zmiany miały przynieść uproszczenie systemu i większą dostępność komunikacji zbiorowej. W praktyce doprowadziły do sytuacji odwrotnej, czyli wzrostu kosztów, chaosu organizacyjnego i spadku zaufania do instytucji odpowiedzialnych za transport.

Najgorszym efektem jest wzrost cen. Jak wskazano w analizowanym materiale, „podróż przez cztery stacje (…) zdrożała do 7 złotych”, a „wyprawa do Sopotu w obie strony (…) 22 złote”. Jednocześnie „ceny biletów miesięcznych skoczyły w górę o 30 złotych”. 

Tego rodzaju podwyżki trudno uzasadnić w kontekście deklarowanego celu, jakim powinna być popularyzacja transportu publicznego. W istocie prowadzą one do jego ekonomicznej marginalizacji względem transportu indywidualnego.

Argumentacja władz, odwołująca się do rosnących kosztów funkcjonowania systemu, nie wytrzymuje w pełni krytycznej analizy. Owszem, wskazuje się, że „dopłata z budżetu (…) wzrosła z 137 mln zł do prawie 400 mln zł”, jednak równocześnie część inwestycji, w tym zakup nowego taboru, została sfinansowana ze środków zewnętrznych, m.in. z Krajowego Planu Odbudowy. Powstaje więc uzasadnione pytanie o przejrzystość i proporcjonalność przerzucania kosztów na pasażerów.

Na osobną uwagę zasługuje system FALA, który miał stanowić technologiczny fundament nowego modelu korzystania z transportu. Dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że stał się raczej symbolem jego niedopracowania. Jak trafnie ujęto w artykule, „dziś można jasno powiedzieć, że nic z tego nie wyszło”, a w praktyce „walidatory działają w kratkę”. Wprowadzenie systemu, który nie spełnia podstawowych standardów niezawodności, podważa wiarygodność całej reformy.
Konsekwencje tych decyzji są łatwe do przewidzenia i co istotne, już dostrzegalne. Wzrost cen przy jednoczesnych problemach organizacyjnych nie tylko nie zachęca do korzystania z transportu zbiorowego, lecz wręcz aktywnie do niego zniechęca. 

Tym samym podważany jest jeden z kluczowych celów polityki miejskiej i regionalnej, jakim miało być ograniczenie ruchu samochodowego i poprawa jakości życia w miastach. 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że zabrakło tu zarówno długofalowego myślenia, jak i elementarnej wrażliwości na skutki społeczne podejmowanych decyzji.
Transport publiczny nie jest zwykłą usługą rynkową. Jeśli zaczyna być postrzegany jako drogi, nieprzewidywalny i skomplikowany, przestaje spełniać swoją rolę. W obecnym kształcie system nie wymaga już kosmetycznych korekt, lecz poważnej rewizji założeń. W przeciwnym razie mieszkańcy Sopotu i całego Trójmiasta zapłacą podwójnie, najpierw w cenie biletów, a później w konsekwencjach źle zaprojektowanej polityki transportowej.
Decyzje dotyczące organizacji transportu zbiorowego w Sopocie i całej metropolii Trójmiejskiej pokazują, że strategia władz pozostawia wiele do życzenia. Do rosnących kosztów i problemów w funkcjonowaniu systemu FALA swoje pięć groszy dołożyły władze Sopotu, dokonując niekorzystnej modyfikacji połączeń autobusowych linii 122 i 117. Zamiast poprawy dostępności transportu, mamy dezorganizację komunikacyjną i bezradność decydentów.

czyli  w odwrotnym kierunku

12 lutego 2026r. , prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz przekazała przewodnictwo nad Radą Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot prezydentce Sopotu, Magdalenie Czarzyńskiej-Jachim. 
[to ta pani od 5 metrowego pomnika z brązu dla niemieckiego architekta Sopotu - przeciętnemu, nikomu nieznanemu facetowi, nawet Niemcom - youtube.com/watch?v=5mXh8ocjfPw - koszt pomnika to ok. 300 000 zł -  MS]

To nie powód do kurtuazyjnych gratulacji, lecz moment wymagający chłodnej, bezlitosnej i krytycznej oceny. Objęcie funkcji przewodniczącej Rady OMGGS wiąże się z realną odpowiedzialnością za koordynację strategicznych projektów transportowych, inwestycyjnych i społecznych w całej metropolii – zarządzanie organizmem liczącym setki tysięcy mieszkańców i operującym budżetami, których skala znacznie przekracza możliwości Sopotu.

Problem w tym, że bilans rządów w Sopocie nie daje podstaw do zaufania, że mamy do czynienia z osobą zdolną do skutecznego zarządzania procesami o tej skali. Magdalena Czarzyńska-Jachim, absolwentka Collegium Humanum, zdaje się bezradna wobec potrzeby zapewnienia mieszkańcom około 30-tysięcznego miasta dwóch funkcjonalnych linii autobusowych. Rezygnacja z wcześniejszego przebiegu linii 122, mimo masowych petycji mieszkańców, pokazuje lekceważenie wobec uzasadnionych potrzeb Sopocian i brak skutecznego dialogu społecznego.
Analiza decyzji finansowych, polityki przestrzennej oraz sposobu prowadzenia konsultacji społecznych prowadzi do wniosku, że obecne kierownictwo miasta nie sprostało kluczowym wyzwaniom. Sopot zmaga się z wyludnianiem, starzeniem populacji i wypychaniem mieszkańców przez drożyznę oraz ekspansję najmu krótkoterminowego, a władze nie przedstawiły przekonującej strategii odwrócenia tych trendów. Do tego dochodzi kwestia finansów. Ambitne, kosztowne projekty, rosnące zadłużenie i brak wieloletniego planowania budżetowego stawiają pod znakiem zapytania zdolność do odpowiedzialnego zarządzania publicznymi pieniędzmi.
Prezydentka Sopotu deklaruje podnoszenie współpracy metropolitalnej i zintegrowany transport, jednak mieszkańcy już od lat sygnalizują niedostatki lokalnej komunikacji. Jeśli w tak niewielkim mieście nie udaje się wypracować sprawnego i przewidywalnego modelu transportu, trudno uwierzyć, że można skutecznie zsynchronizować systemy całej metropolii. Postawa władz, które konsekwentnie odrzucają wnioski i petycje mieszkańców, stanowi symptom poważnego kryzysu kultury demokratycznej i jawnej pogardy wobec obywateli.
W świetle powyższego decyzja o powierzeniu przewodnictwa w Radzie OMGGS osobie, której dorobek wzbudza poważne wątpliwości, wymaga ostrej i publicznej krytyki. Metropolia potrzebuje lidera z doświadczeniem, strategicznym myśleniem i zdolnością do budowania konsensusu. W przeciwnym razie konsekwencje poniosą mieszkańcy całego regionu, płacąc podwójnie - najpierw za błędy w systemie transportu, później za brak kompetentnego zarządzania w skali metropolitalnej.
Sopot, zamiast stawać się wzorem zrównoważonego rozwoju, traci demograficzny i społeczny kręgosłup, a władze bronią swoich decyzji suchymi statystykami i analizami, ignorując codzienne doświadczenia mieszkańców. Postawa prezydentki, która w tej sprawie konsekwentnie udaje, że problemu nie ma, zasługuje na szczególne potępienie. Z gabinetu wszystko wygląda świetnie, podczas gdy mieszkańcy doświadczają komunikacyjnej rzeczywistości na własnej skórze.
Samorządowa arogancja i brak skuteczności w Sopocie kosztują mieszkańców sporo. Sopockie portfele dławią się, jakby wciągano je pod wodę, tracimy również na czasie i w jakości codziennego życia. Każde kolejne decyzje, które ignorują potrzeby mieszkańców, zamiast budować metropolitalny transport, pogłębiają chaos i ciągną na dno instytucje, którym powierza się zarządzanie całym regionem.

-----------

za fb:

Sebastian Piasecki
Obserwuj
14 marca ·

System FALA wciąż nawala, pieniądze podatników przepala, a teraz podwyżki cen biletów wyzwala! - ta rymowanka autorstwa radnego Andrzej Skiba to niestety gorzkie odzwierciedlenie rzeczywistości.
W 2024 roku władze miasta Gdańska, głosami Wszystko dla Gdańska i Koalicja Obywatelska w Radzie Miasta Gdańska postanowiły przeznaczyć 5 milionów złotych na utrzymanie systemu. W 2025 roku to już było 10,5 miliona, a w 2026 roku zapłacimy z naszych podatków 25 milionów na bubel, którego nie cierpią mieszkańcy!
Podobnie w województwie pomorskim - głosami Koalicji Obywatelskiej w pomorskim Sejmiku 27 milionów zostanie w tym roku przekazane na utrzymanie systemu FALA. Prawdopodobnie dziurę po tym marnotrawstwie pieniędzy mają wypełnić ostatnio wprowadzone podwyżki cen biletów na kolej metropolitalną. Płacimy za nieudolność tych władz!


----------

Wbijamszpile.pl
Obserwuj
17 marca ·

Zdaniem posła Kacpra Płażyńskiego, Marszałek Mieczysław Struk od lat firmuje System Fala. To samorząd województwa ma największe udziały w InnoBaltica. 
Ponad 300 mln zł na system, który według użytkowników „wciąż nawala”. A to jeszcze nie koniec wydatków. W tym roku kolejne 72 mln zł. Ile jeszcze? 
Dziś padł wniosek do Najwyższej Izby Kontroli. Ma być sprawdzone, jak wdrażano FALĘ, kto podejmował decyzje i czy publiczne pieniądze były wydawane gospodarnie. Bo kiedy mówimy o setkach milionów złotych, nie ma miejsca na eksperymenty.

----------

Kacper Płażyński
22 marca o 10:55 ·

Mieszkańcy Pomorza płacą i będą płacić dziesiątki milionów złotych na system FALA. Jaka kwota musi zostać przekroczona, by zakończyć ten chory projekt?! Marszałek Mieczysław Struk i prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz pakują nas w niezłe bagno zamiast wycofać się z projektu, z szacunku do naszych, podatników pieniędzy. To nie jest odpowiedzialna polityka

-----------

Wdrażanie Systemu FALA w Trójmieście. Miała być rewolucja, a jest "kloc z Gdańska"

Karolina Kurek
01 lutego 2026, 05:30

Celem funkcjonowania FALI jest połączenie różnych przewoźników w jeden wspólny system płatności, dzięki czemu pasażer nie musi korzystać z kilku aplikacji czy kas biletowych.
Można z niego korzystać przez aplikację mobilną "System FALA", stronę internetową oraz falomaty zamontowane w pojazdach i na stacjach kolejowych. Założenie konta pozwala na automatyczny dobór ulg i najkorzystniejszych taryf, jednak nie jest obowiązkowe.
Za przejazd można zapłacić również kartą płatniczą. W ostatnich latach FALA stała się głównym kanałem sprzedaży biletów okresowych w części pomorskich miast.
System FALA oficjalnie wszedł w fazę rozruchu 25 sierpnia 2023 roku w Lęborku. W następnych miesiącach był rozszerzany na kolejne miasta regionu. Od 4 sierpnia 2025 roku, bilety okresowe (gdańskie, gdyńskie i metropolitalne) są dostępne wyłącznie w aplikacji FALA.

Opinie użytkowników są podzielone. Na platformie Reddit głośnym echem odbił się wpis jednego ze studentów z Gdańska, który w ostrych słowach skrytykował aplikację.

Autor zwraca uwagę na to, że bilety okresowe, w tym popularny bilet semestralny, można obecnie kupić wyłącznie w FALI, podczas gdy wcześniej były one dostępne także w innych, jego zdaniem lepiej działających aplikacjach. Podkreśla liczne problemy techniczne, niskie oceny w sklepie Google Play oraz fakt, że trzeba się zalogować i podać numer PESEL.
Największą frustrację wywołała jednak poniżej opisana sytuacja:

"Jakieś 3-4 tygodnie temu aplikacja wywaliła przy otwieraniu błąd o pobieraniu danych. Spoko, nie mogę się dostać do biletu za 300 zł, no bo po co mi on. Próbuję reinstalować, może coś się zmieni. Po reinstalowaniu nie można zalogować się do swojego konta, aplikacja po prostu się wywala. Myślałem, że mnie złapie k******. Błąd zajął prawe tydzień do naprawy".

Pasażer poinformował, że doszło do powtórki z rozrywki: " Jak debil muszę kupować bilety jednorazowe bo ktoś sobie zadecydował, że coś, co działa jest fe i trzeba to zastąpić klocem, ale przynajmniej kloc był zrobiony w Gdańsku! Hip hip hurra".

Pod wpisem pojawiły się dziesiątki komentarzy. Internauci dzielili się podobnymi doświadczeniami, krytykowali stabilność aplikacji, wyrażali obawy o bezpieczeństwo danych, a także podawali alternatywne sposoby radzenia sobie z systemem. Nie brakowało ironii i mocnych słów. Poniżej przykładowe wpisy internautów:

"Na twoim przykładzie dam sobie wszystkie kończyny odciąć, że twój PESEL albo już fruwa w darknecie albo niedługo będzie";
"Potwierdzam g#wno nieprzeciętne";
"Wcześniej kupowałem bilety w SkyCash i gdy słyszałem o Fali, to myślałem sobie: "Kurde, pewnie ludzie trochę przesadzają z tym narzekaniem". Po wycofaniu okresowych z innych aplikacji sam musiałem się przesiąść na Falę i o matko, nie, te opinie nie były przesadzone. Ostatnio przez 2 minuty patrzyliśmy z kanarem aż mapa z widoku głównego się zsynchronizuje żebym potem łaskawie mógł przejść do zakładki bilety. Iks de";
"Ja mam bojkot Fali, dzielnie kupuję bilety jednorazowe w innej apce. Upierdliwe jak cholera, ale nie chcę tego badziewia nawet pobierać";

"Kilka protipów dla osób korzystających z biletów okresowych SKM w Trójmieście:
Jeśli jeździsz nie tylko w obrębie jednego miasta, czyli np z Gdańska do Gdyni, to nadal da się kupić okresowy na poprzednich aplikacjach (ja korzystam z JakDojade i czasem trzeba się nagimnastykować żeby kupić, wolę ten jeden raz niż codziennie podczas kontroli)
Jeśli jednak jeździsz tylko w obrębie Gdańska, to polecam przed każdą kontrolą wyłączyć wszystkie aplikacje w tle. Fala ma to do siebie, że potrzebuje strasznie dużo pamięci, by odpalić tę mapkę i to dlatego tak często się zawiesza.

Z tego, co kojarzę to nadal można kupić bilet papierowy bądź kupić na legitymację (z tym drugim kojarzę, że jest to skomplikowany proces, ale warto to tez sprawdzić)
Ja korzystałem z fali przez pierwsze 2 miesiące i potem kanar po wręczeniu mi mandatu, bo Fala się nie otworzyła, pokazał mi, że można nadal jeździć bez używania tej niedopracowanej (a to mało powiedziane) aplikacji".

Atmosferę wokół FALI dodatkowo podgrzały doniesienia medialne. Radio Gdańsk poinformowało niedawno o kradzieży danych w spółce InnoBaltica, która jest odpowiedzialna za system.
Nieoficjalnie mówi się o danych osobowych kilkuset uczniów z województwa pomorskiego, w tym informacji powiązanych z legitymacjami szkolnymi. Dane miał skopiować były pracownik spółki.


-------

Pogorzelski: czy ta fala nas zaleje? Czas pokaże, ale początki nie są dobre

Mariusz Sieraczkiewicz
09:14, 17.04.2026

Coraz głośniej mówi się na Pomorzu o tym, że system Fala to bubel, niewypał i źle wydane publiczne pieniądze. Samorządy zastanawiają się, czy dla świętego spokoju nie wycofać się z nieudanej inicjatywy.
System bardzo często nie działa, pasażerowie nie mogą dokonać zakupów biletów. W sieci huczy na temat fatalnego funkcjonowania rozwiązania, które miało być lekarstwem na korzystanie z komunikacji autobusowej, trolejbusowej, tramwajowej i kolejowej. System pochłonął miliony złotych i okazał się bublem, za który zapłacili mieszkańcy. A samorządy za te pieniądze mogły remontować drogi czy dokonać zakupów nowych autobusów.

Tczew zrezygnował z udziału w systemie FALA (inteligentny system transportowy w pomorskim) ze względu na wysokie koszty funkcjonowania, stawiając na darmową komunikację miejską.

Należy zatem spodziewać się, że kolejne samorządy pod presją niezadowolenia mieszkańców będą rezygnować z FALI.
System FALA miał być narzędziem do planowania podróży oraz płacenia za przejazdy w transporcie publicznym na terenie województwa pomorskiego.
Obejmuje on swoim zasięgiem trasy transportu kolejowego (pociągi aglomeracyjne i regionalne, czyli pociągi POLREGIO oraz PKP SKM w Trójmieście) oraz trasy komunikacji miejskiej organizowanej przez następujące miasta: Gdańsk, Gdynia, Słupsk, Władysławowo, Chojnice, Lębork, Puck, a także Wejherowo.



Gdańsk, Gdynia, Słupsk, Władysławowo, Chojnice, Lębork, Puck, a także Wejherowo.





wikipedia dla Polaków:

Wolne Miasto Gdańsk (skrótowo WMG, niem. Freie Stadt Danzig) – istniejące w okresie międzywojennym autonomiczne miasto-państwo, pod ochroną Ligi Narodów. Jego powstanie było wynikiem przegranej Cesarstwa Niemieckiego w I wojnie światowej i jednym z rozstrzygnięć traktatu wersalskiego (1919) w kwestii ustalenia granicy polsko-niemieckiej. Utworzenie Wolnego Miasta Gdańska było kompromisem, który nie zadowolił ani Polaków, ani Niemców.

[...]

Dalsze istnienie Wolnego Miasta Gdańska uznaje za fakt de iure środowisko jego obywateli zamieszkałych w Niemczech. Wybrało ono w 1947, istniejącą do dziś, Radę Gdańska (niem. Rat der Danziger), pełniącą obowiązki rządu WMG na uchodźstwie.

13 listopada 1947 r. W. Richter, przewodniczący Stowarzyszenia Obywateli Wolnego Państwa Gdańskiego, ogłosił utworzenie rządu Wolnego Miasta Gdańska na uchodźstwie. Ma on swoją siedzibę w Berlinie, a za swój główny akt prawny uznaje oryginalną Konstytucję WMG. Organ ustawodawczy, Rat der Danziger (Rada Gdańska) ma 36 członków i uważa się za reprezentanta interesów byłych niemieckich gdańszczan. Członkowie Rady są wybierani przez wysiedlonych z Gdańska i ich potomków drogą głosowania drogą pocztową. Obecnie organizacja funkcjonuje w oparciu o Związek Gdańszczan (Bund der Danziger e.V.) należący do Związku Wypędzonych.

Organizacja zwróciła się do Organizacji Narodów Zjednoczonych z prośbą o oficjalne uznanie, deportację Polaków z zajętego terytorium i pomoc w przywróceniu Wolnego Miasta. Richter ogłosił także, że stowarzyszenie zaakceptuje porozumienie ze strony społeczności międzynarodowej, które da im alternatywne terytorium będące ośrodkiem handlowym.
Minister spraw zagranicznych Polski, Władysław Bartoszewski stwierdził w 2001, że ta organizacja i podobnie do niej stowarzyszenia są postrzegane w oczach niemieckiej opinii publicznej jako rewanżystyczne i politycznie zbliżone do skrajnie prawicowej Narodowodemokratycznej Partii Niemiec.

Organizacja wnosi roszczenia do całego terytorium, które niegdyś było własnością Wolnego Miasta Gdańska. Opiera swoją zasadność na twierdzeniu, że Wolne Miasto Gdańsk było państwem neutralnym i że jego aneksja przez Niemcy w 1939 r. była nielegalna; a włączenie terytorium do Polski było efektem porozumienia innych stron niż te, które podpisały ustanawiający powstanie WMG traktat wersalski, tak więc nie miały mocy zmienić jego postanowień .



Tak naprawdę było to WMG II, bo WMG już było wcześniej - nie ma o tym ani słowa w wikipedii, musisz sam się dowiedzieć i poszukać innej strony wikipedii dla Polaków, informacje znajdziesz pod hasłem: Wolne Miasto Gdańsk (1807–1814)


en.wiki
Czyli czego nie ma w wikipedii dla Polaków:

Gdańsk miał wczesną historię niepodległości. Był czołowym graczem w Związku Pruskim, który był skierowany przeciwko Krzyżackiemu Państwu Zakonnemu Prus. Konfederacja postanowiła z królem Polski, Kazimierzem IV Jagiellończykiem, że Korona Polska zostanie objęta głową państwa zachodnich części Prus (Prus Królewskich). W przeciwieństwie do tego, Prusy Księcia pozostały polskim lennem. Gdańsk i inne miasta, takie jak Elbing i Thorn, finansowały większość wojen i cieszyły się dużą autonomią miejską.

W 1569 roku, gdy stany Królewskich Prus zgodziły się włączyć region do Rzeczypospolitej Obojga Narodów, miasto nalegało na zachowanie swojego specjalnego statusu. Bronił się podczas oblężenia Gdańska w 1577 roku, aby chronić swoje specjalne przywileje. Następnie nalegał na negocjacje, wysyłając posłów bezpośrednio do króla Polski. Położenie Gdańska jako głębokowodnego portu, gdzie Wisła łączy się z Morzem Bałtyckim, uczyniło go jednym z najbogatszych miast Europy w XVI i XVII wieku, gdyż zboże z Polski i Ukrainy były transportowane barkami w dół Wisły, by załadować je na statki w Gdańsku, skąd dalej do Europy Zachodniej. Ponieważ wielu kupców wysyłających zboże z Gdańska było Holendrami i budowali dla siebie domy w stylu holenderskim, co spowodowało, że inni Gdańscy ich naśladowali, miasto zyskało wyraźnie holenderski wygląd. Gdańsk zyskał miano "Amsterdamu Wschodu", bogatego portu morskiego i węzła handlowego łączącego gospodarki Europy Zachodniej i Wschodniej. Jego położenie, gdzie Wisła wpada do Bałtyku, prowadziło do rywalizacji różnych potęg o rządy miastem.

Chociaż Gdańsk stał się częścią Królestwa Prus po drugim rozbiorze Polski w 1793 roku, Prusy zostały następnie podbite przez Napoleona Bonaparte w 1806 roku. We wrześniu 1807 roku Napoleon ogłosił Gdańsk półniezależnym państwem klienckim Cesarstwa Francuskiego, znanym jako Wolne Miasto Gdańsk. Przetrwało siedem lat, aż do ponownego włączenia do Królestwa Prus w 1814 roku, po klęsce Napoleona w bitwie pod Lipskiem (znanej również jako Bitwa Narodów) przez koalicję obejmującą Rosję, Austrię i Prusy.


--

i drugie hasło - 1807–1814

Wolne Miasto Gdańsk (fr. Ville libre de Dantzig) – autonomiczne terytorium, obejmujące miasto Gdańsk i okolice, istniejące w latach 1807–1814. Wolne Miasto Gdańsk znajdowało się pod protektoratem Prus i Saksonii, choć faktyczny protektorat sprawowała nad nim Francja. O jego utworzeniu zdecydował podpisany 9 lipca 1807 r. pokój w Tylży. Powstanie Wolnego Miasta poprzedziło długotrwałe oblężenie Gdańska przez wojska napoleońskie. W 1813 miasto zostało ponownie oblężone, tym razem przez wojska pruskie i rosyjskie. Niemal roczne oblężenie miasta doprowadziło do ogromnych strat. 2 stycznia 1814 Francuzi poddali miasto, co de facto oznaczało koniec istnienia wolnego miasta. Na kongresie wiedeńskim w 1815 zdecydowano o likwidacji Wolnego Miasta Gdańska.

----



Rząd przyjął ustawę metropolitalną dla Pomorza

Ewelina Oleksy
8 kwietnia 2026, godz. 14:20

Po 10 latach starań pomorskich samorządowców Rada Ministrów na swoim posiedzeniu 8 kwietnia przyjęła projekt ustawy metropolitalnej dla Pomorza. Nie oznacza to jeszcze jednak pełnego sukcesu. By dokument był obowiązujący, musi go jeszcze przyjąć Sejm i Senat, a na końcu zaakceptować prezydent RP. 
- Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby wetować tak dobry projekt, jak ten dotyczący metropolii - mówił premier RP Donald Tusk.
Temat ustawy metropolitalnej dla Pomorza to niekończąca się historia od 10 lat. Już w 2016 r. samorządy Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot rozpoczęły starania o prawne usankcjonowanie współpracy metropolitalnej na Pomorzu. 
Związek metropolitalny łączy gminy, miasta i powiaty. Daje możliwość wspólnego realizowania zadań, tj.: planowanie inwestycji, zapewnienie połączeń autobusowych i kolejowych oraz promocję miast i gmin jako jednego organizmu. Ustawa metropolitalna to także bardziej dynamiczny rynek pracy, bogatsza oferta kulturalna i edukacyjna.

- Wszyscy liczmy na to, że jeszcze przed wakacjami będziemy mieć w końcu przyjętą ustawę metropolitalną - zaznacza Piotr Borawski, wiceprezydent Gdańska.
Prezydent Sopotu Magdalena Czarzyńska-Jachim, prezes Rady Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot, podkreśla, że dzisiejsza decyzja Rady Ministrów to "zielone światło dla setek tysięcy mieszkańców Pomorza".


-------

za fb:

Jakub Łoginow - dziennikarz morski o transporcie
15 kwietnia o 12:32 ·

To jedna z najważniejszych decyzji dla pomorskiego transportu – rząd przyjął projekt Metropolii Pomorskiej. Trudno tej idei nie kibicować, bo wiąże się z nią obietnica transportowej normalności – wspólnego zarządu transportu publicznego dla Gdańska i Gdyni, wspólnego biletu na transport publiczny i niższych cen biletów, które na Pomorzu wskutek decyzji Mieczysława Struka są już droższe, niż w bogatych Niemczech i Austrii.

Jak jednak słusznie zauważyli komentatorzy, przyjęty przez rząd projekt ma pewne fundamentalne wady, w postaci braku partycypacji społecznej. 

Oto powstaje – i słusznie – dawno oczekiwany, nowy szczebel samorządu decydujący o fundamentalnych sprawach życia codziennego – i władze tego „samorządu” będą z nominacji partyjnej jak nie przymierzając naczelnicy miejskich rad narodowych w PRL, a nie z wyborów powszechnych. To się nie może udać i musi zostać poprawione w Sejmie i Senacie, inaczej skończy się zapewne vetem prezydenta.


---





Cesarstwo Niemieckie nadal istnieje:


II Rzeczpospolita nadal istnieje:


to najprawdpopodobniej WMG II też istnieje, a jeśli nie istnieje to zaraz powstanie - ale nie jako WMG, tylko jako: 

METROPOLIS...




Jesteśmy nadal w 1939 roku.


























facebook.com/search/top/?q=system%20fala
pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Miasto_Gdańsk
innpoland.pl/219919,wdrazanie-systemu-fala-w-trojmiescie-miala-byc-rewolucja-a-jest-kloc-z-gdanska
dziendobrypomorze.pl/pl/707_samorzad/82623_pogorzelski-czy-ta-fala-nas-zaleje-czas-pokaze-ale-poczatki-nie-sa-dobre.html
innpoland.pl/222559,fala-topi-pomorze-to-najdrozsze-przejazdy-koleja-w-polsce-i-najgorszy-system-biletowy


pl.wikipedia.org/wiki/Rząd_Wolnego_Miasta_Gdańska_na_uchodźstwie
pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Miasto_Gdańsk#Sytuacja_polityczna_i_prawna_po_1945
pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Miasto_Gdańsk_(1807–1814)
netka.gda.pl/w-tczewie-na-kociewiu-znajduje-sie-jeden-z-najwiekszych-w-europie-zbior-kamieni-granicznych-wolnego-miasta-gdanska/

facebook.com/search/top/?q=system%20fala

youtube.com/watch?v=5mXh8ocjfPw
facebook.com/MetropoliaGGS/posts/o-ustawie-metropolitalnej-w-radio-gdańskmagdalena-czarzyńska-jachim-prezydentka-/1355167103312418/




trojmiasto.pl/wiadomosci/Rzad-przyjal-ustawe-metropolitalna-dla-Pomorza-n217688.html
zawszepomorze.pl/artykul/26083,metropolia-na-pomorzu-coraz-blizej-prawdziwa-praca-dopiero-przed-nami




Niewolnicy u niemców



W lipcu 1939 nikt nie przypuszczał, że kilka miesięcy będzie niewolnikiem u niemców, albo, że rozstrzelają go w lasie - za to - że żyje.


A ty?


Co sądzisz o swojej przyszłości?
Co o tym myślą pielęgnujący poniemieckie cmentarze?
Co o tym myśli werwolf - sądzisz, że o Tobie też myślą?
O twoich dzieciach?

Jak widzisz siebie i Polskę za 30 lat?
Będziesz infuenserem na insta, czy nauczycielem, inżynierem, stolarzem, policjantem, urzędnikiem?

Jaka będzie Polska twoich dzieci - za 50 lat, za 100 lat?

Robisz notatki?
Zadawaj sobie pytania.



przedruk z fb



Referat Analiz i Informacji

14 godz. ·



Z cyklu Niemcy

Mieszkanka Wąbrzeźna wspomina niewolniczą prace dla Niemców, gdy była nastolatką, w czasie II wojny światowej. Relację kończy pytaniem: kto zapłaci za jej zrujnowane życie?

„Wspaniałe lata beztroski mojego dzieciństwa zakończyły się we wrześniu 1939 roku. Jak każda nastolatka miałam plany, chciałam się rozwijać, podróżować, zakochać się, lecz niestety wybuch wojny przekreślił moje marzenia. Ponieważ ukończyłam naukę w szkole powszechnej i miałam już 14 lat, wraz z innymi młodymi ludźmi wywieziono mnie na przymusowe roboty w głąb Niemiec. Spędziłam tam pięć lat życia, bez domu, na łasce obcych ludzi, pracując ponad siły, nie znając dnia końca tego horroru, lecz wciąż z przekonaniem, że to nie może trwać wiecznie.
(…)
To był maj 1940 roku, Zielone Świątki. Przyszedł do nas niemiecki żołnierz w czarnym mundurze i wpisał mnie na listę tych, którzy nigdzie nie pracowali. Wkrótce dostałam zawiadomienie, że muszę podjąć pracę. W kilka dni później stałam już na dworcu PKP i czekałam na pociąg. Stało tam ze mną bardzo dużo ludzi, starszych i młodszych, około 200 osób.
(…)
Miejscowość, do której dotarłyśmy, to dzisiejsze Ustronie Morskie, wówczas Henkenhagen, będące wtedy miasteczkiem niemieckim zamieszkałym w większości przez obywateli niemieckich.
Wysiadłyśmy przed hotelem Stübke. Zaprowadzono nas do wielkiej sali, w której stał długi stół oraz dwa rzędy krzeseł. Za stołem siedzieli już: burmistrz w żółtym mundurze, niemiecki żołnierz w czarnym mundurze oraz policjant. Na krzesłach siedziały kobiety – niemieckie gospodynie i właścicielki pensjonatów wypoczynkowych. Przystąpiły do oglądania nas i wybierały sobie te dziewczyny, które według nich będą najlepiej pracować. Mnie niestety żadna z kobiet nie wybrała – byłam drobna, niska, byłam przecież jeszcze dzieckiem. Stałam sama na scenie jak sierota. Za chwilę jednak dotarła ostatnia spóźniona Niemka – zła, czerwona i zdyszana od szybkiej jazdy rowerem. Niestety, zostałam tylko ja i właśnie mnie musiała zabrać. Była bardzo niezadowolona, wykrzykiwała, że nadaję się tylko na posłańca, a nie do roboty.
Zapłaciła za mnie 7 marek.
W ten sposób trafiłam do nadmorskiego domu wczasowego, prowadzonego przez Charlotte i Ericha Schulz. Spędziłam tam pięć lat i trzy miesiące.
Byłam pracownicą do wszystkiego – sprzątania pokoi gościnnych, zmywania, szorowania, czyszczenia toalet, utrzymywania czystości na stołach w sali jadalnej, prania, przygotowywania półproduktów do gotowania potraw, karmienia zwierząt gospodarskich, wyładowywania samochodów i wozów dostawczych – dzień w dzień, od godziny szóstej rano do północy.
Nigdy nie usłyszałam od „mojej Niemki” dobrego słowa, nigdy nie pozwoliła mi najeść się do syta (karmiła nas resztkami po wczasowiczach zebranymi ze stołów oraz czarnym chlebem, dżemem i maślanką), nigdy nie dała mi porządnych ubrań – byłam sama jak palec wśród obcych, wrogich mi ludzi. Jedynie ich córka Brygida, zaledwie osiem miesięcy ode mnie młodsza, była dla mnie stosunkowo życzliwa. Najbardziej życzliwy był dziadek Brygidy, który traktował mnie nie jak niewolnika. Od czasu do czasu ten stary człowiek, w tajemnicy przed Niemką, przynosił mi owoce z sadu, abym miała choć trochę witamin.
Gdy wróciłam do domu, ważyłam 40 kg.
(…)
Wreszcie Wąbrzeźno. Wysiadłam na stacji i od razu spotkałam kolegę z lat szkolnych, Stacha Króla, który niósł moją walizkę do samego domu (kolejka do miasta tego dnia nie jechała). Był dzień 6 września 1945 roku. Tak kończy się moja opowieść. Wiele lat minęło od tamtych wydarzeń, mogłabym już zapomnieć, ale czy to możliwe? Czy można zapomnieć lata udręki, strachu, głodu, poniżenia?”.





Komunikacja ciała





Ciekawe...

przedruk z fb




Aleksandra Murphy

1 godz. ·



Twoje ciało mówi zanim otworzysz usta.
Wiele razy moje intencje były odbierane zupełnie opacznie. Liczyłam, że ludzie usłyszą to co mówię ale okazało się, że słowa to za mało. Słuchałam ludzi ignorując sygnały, które wysyłali mi niewerbalnie. Zrozumiałam, że komunikacja to więcej niż to co mówię i to co mówią inni...
Zgodnie z 5 zasadą samodyscypliny miłości (nauka) Zdecydowałam to zmienić i zaczęłam uczyć się języka ciała. Ogromną pomocą w tej podróży była i jest dla mnie Vanessa Van Edwards i Chase Hughes, których polecam Wam z całego serca.

Oto 5 sygnałów, które pomagają komunikować się lepiej, o których dziś mówiłam w mojej motywacji:

1. Pochylanie się
Andrew Huberman mówi, że pochylanie się ku czemuś to nasz prymitywny, neurologiczny sygnał zainteresowania i bezpieczeństwa. Zbliżamy się do tego, co jest dla nas dobre. Odchylamy od tego, co jest niebezpieczne. To nie jest kulturowe. To jest biologiczne.
Vanessa Van Edwards dodaje, że pochylenie do przodu aktywuje lewą korę przedczołową - obszar mózgu odpowiedzialny za motywację i dążenie naprzód.
W praktyce wygląda to tak: kiedy się pochylasz do rozmówcy, wysyłasz sygnał - jesteś dla mnie ważna, słucham, jestem tu. Kiedy się odchylasz - mówisz bez słów: nie chcę być blisko tego.

2. Otwarta postawa ciała
Otwarte ramiona, dłonie skierowane ku górze, swobodna klatka piersiowa - to sygnał: nie mam nic do ukrycia, jestem dostępna, możesz mi zaufać.
Zamknięta postawa mówi odwrotnie. Skrzyżowane ramiona, napięte barki, ciało odwrócone - to granica. Niedostępność. Zamknięcie.
To działa w obie strony! Możesz świadomie otworzyć postawę, żeby zbudować połączenie. I możesz świadomie ją zamknąć, żeby postawić granicę - bez jednego słowa.

3. Orientacja 3T (top, torso, toes) głowa, tułów, palce u nóg.
Jeśli chcesz, żeby ktoś poczuł się naprawdę wysłuchany - skieruj w jego stronę wszystkie trzy: palce u stóp, tułów i głowę.
Fizyczna orientacja to mentalna orientacja. Ciało nie kłamie.
Jest też naturalna kolejność, którą warto znać: najpierw obraca się głowa, potem tułów, na końcu palce. To jest właśnie sekwencja prawdziwego zainteresowania. Kiedy ktoś powoli obraca całe ciało w Twoją stronę - zaczyna Cię słuchać naprawdę.
Kiedy głowa patrzy, ale ciało jest odwrócone - bardzo możliwe, że jest myślami gdzie indziej.
Fizyczne przedmioty stanowią barierę. Telefon w dłoni, laptop na stole, torba trzymana przed sobą - wszystko, co stoi między Tobą a drugą osobą, tworzy niewidzialną barierę. Jeśli chcesz zbudować prawdziwe połączenie -oczyść przestrzeń. Odłóż telefon. Zamknij laptopa. Daj drugiej osobie całą siebie.

4. Strefy przestrzenne
Każdy z nas ma niewidoczne strefy wokół ciała. I każda mówi coś innego.
ok. 0-50 cm to strefa intymna - wchodzą tu tylko osoby, którym naprawdę ufamy.
ok. 50-100 cm to strefa osobista - rodzina, bliscy znajomi.
Ponad metr to strefa społeczna - nowe znajomości, sytuacje biznesowe, w pracy.
Ponad 2 metry to strefa publiczna - kontakt z tłumem, mówca na scenie.
Kiedy ktoś zaprasza Cię bliżej -pochyla się, zwraca przodem, klepie po ramieniu, skraca dystans - to sygnał zaufania i akceptacji. Kiedy się cofa, oddala, zamyka - jego ciało wyraża coś odwrotnego.

5. Kontakt wzrokowy i oksytocyna
Kontakt wzrokowy wyzwala oksytocynę - u obojga. U tej, która patrzy, i u tej, na którą patrzą. Badania z Uniwersytetu Cambridge potwierdzają ten mechanizm. Oksytocyna to nie tylko "hormon miłości." Ona buduje zaufanie, wzmacnia więź i poprawia zdolność odczytywania emocji drugiej osoby! Patrzysz komuś w oczy i dosłownie zaczynasz go lepiej rozumieć. Widzisz więcej. Reagujesz trafniej.

Dlatego też jeśli masz do czynienia z osobą wysokokonfliktową- nie budujesz z nią więzi przez wzrok. Ograniczasz kontakt wzrokowy. Świadomie. To nie jest niegrzeczność. To jest ochrona.


Zapraszam wszystkich do zgłębiania tego tematu, bo ta wiedza bardzo pomogła mi dokonywać lepszych decyzji w relacjach, lepiej prezentować to co mam do zakomunikowania I stać się bardziej świadomą.
Książkę, którą polecam na początek to:
 
"Sekretny język komunikacji" Vanessa van Edwards







za fb





Artemis w kosmosie

 

Misja Artemis 2026




Załoga:

Gregory Wiseman, NASA - 49 lat
Victor Glover, NASA - 50 lat
Christina Koch, NASA - 47 lat
Jeremy Hansen, CSA - 50 lat

Rezerwowi:
Andre Douglas, NASA - 41 lat
Jenni Gibbons, CSA - 38 lat



NASA w loty kosmiczne wysyła ludzi doświadczonych.




Ai:

Oto wiek kilku historycznych postaci w momencie ich najważniejszych misji:

Jurij Gagarin (pierwszy człowiek w kosmosie): 27 lat (1961)
Neil Armstrong (pierwszy krok na Księżycu): 38 lat (1969)
Alan Shepard (najstarszy człowiek na Księżycu): 47 lat (1971)
Mirosław Hermaszewski (jedyny Polak w kosmosie): 37 lat (1978)
Valentina Tereshkova (pierwsza kobieta w kosmosie): 26 lat (1963)
Hayley Arceneaux (jedna z najmłodszych Amerykanek): 29 lat (2021)
 

Obecnie standardowy wiek załóg na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) oscyluje wokół 40–60 lat (np. Sunita Williams ma obecnie 59 lat, a Barry Wilmore 62 lata).






czwartek, 16 kwietnia 2026

II RP w 1938 r. z gazety

 

Dziennik Bydgoski nr. 157 z 13 lipca 1938 roku.

Niektóre artykuły przepisane przez AI (nie sprawdzałem zgodności - poprawiłem 1 artykuł, który zauważyłem, że ma "błędy"... nie weryfikowałem też informacji dodatkowych podanych przez AI).





Nowe zaostrzenie między Pragą a Berlinem.

Polityka dyktatury czeskiej wywołuje zdenerwowanie w Niemczech.

Berlin, 12. 7. (PAT). 

Po okresie wyczekiwania tutejszych kół politycznych w sprawie czechosłowackiej nastąpił nagły zwrot, spowodowany wiadomościami, nadeszłymi z Pragi. Według posiadanych tu informacyj, zaszła w Pradze w ostatnich 48 godzinach zmiana w taktyce polityków czeskich, wskazująca – jak oświadczają tu – na „wyraźny sabotaż” statutu narodowościowego. Gabinet czeski zmierza podobno obecnie do ustalenia poszczególnych punktów tego statutu wyłącznie w porozumieniu z partiami czeskimi. Pragnie on bez porozumienia z przedstawicielami poszczególnych narodowości prowadzić nadal w Czechosłowacji politykę dyktatury czeskiej.
Prasa poniedziałkowa występuje bardzo kategorycznie przeciwko tej taktyce gabinetu Hodży, przestrzegając zagranicę, by nie dała się brać na lep propagandy czeskiej, mówiącej o szerokim zakresie statutu narodowościowego.

Czesi nie chcą dać autonomii mniejszościom.

Mor. Ostrawa, 12. 7. (PAT). W związku ze stałym odwlekaniem ostatecznego rozstrzygnięcia kwestyj mniejszościowych i sprawy statutu narodowościowego w czeskiej prasie koalicyjnej dają się zauważyć nastroje wyraźnego zdenerwowania. Prasa liczy się na ogół z odrzuceniem statutu przez partię sudecko-niemiecką. Z drugiej strony jednak zwykle dobrze poinformowane „Lidove Noviny” z Brna podkreślają z całą stanowczością, że jakakolwiek dyskusja na temat autonomii w sprawach narodowościowych jest niedopuszczalna. Można mówić o samorządzie w rozumieniu samodzielnego wykonywania ogólnie obowiązujących ustaw na pewnych ściśle określonych obszarach i w pewnych granicach prawnych, ale nie wolno dyskutować o autonomii terytorialnej czy narodowościowej, która by oznaczała dwoistość w państwie. Równocześnie komunistyczny „Ostravesky Deinicky Denik” stwierdza, że nie tylko sudecko-niemieckie postulaty Henleina nie mogą być podstawą dyskusji, ale nawet niektóre punkty przygotowywanego statutu, dotyczącego rozszerzonego samorządu narodowościowego, budzą u wymienionego dziennika komunistycznego bardzo poważne zastrzeżenia.

Czesko-niemiecka wojna radiowa.
Berlin, 12. 7. (PAT). Prasa wiedeńska i berlińska donosi, że rząd czechosłowacki uruchomił na Morawach radiostację, która przeszkadza transmisjom rozgłośni wiedeńskiej. „Angriff” stwierdza w związku z tym, że nawet w wypadku, gdyby udało się zagłuszyć stację wiedeńską, bezpodstawnym jest przypuszczenie, ażeby tego rodzaju przeszkody mogły rozdzielić więzy krwi, łączące Niemców po jednej i drugiej stronie granicy.


Prof. Kot oświadcza, że z masonerią nie ma nic wspólnego.

Kraków, 12. 7. (Tel. wł.). Profesor Stanisław Kot nadesłał Polskiej Agencji Agrarnej następujące oświadczenie: „Rewelacje pana L. K. w „Polityce”, powtórzone przez większość prasy, podały moje nazwisko pośród rzekomych masonów na podstawie rzekomych jakichś katalogów, ogłoszonych przez masonoznawców. Nie mieszając się do prowadzonej na łamach dzienników dyskusji o masonerii, pragnę stwierdzić z naciskiem, że nigdy i nigdzie w żadnej organizacji wolnomularskiej ani bezpośrednio, ani pośrednio nie uczestniczyłem. Na zaproszenie do wstąpienia do masonów, skierowane do mnie swojego czasu ze środowiska ideowo-politycznego, do którego p. L. K. przynależy, odpowiedziałem odmownie”.


Ok 2300 masonów Polsce?

Dzieją się w Polsce rzeczy na pozór niezrozumiałe. Oto poseł Budzyński z grupy Sławka w dniu 19 lutego br. żądał postawienia w stan oskarżenia (na mocy artykułu 135 k. k.) kilku wysokich urzędników państwowych za przynależność do masonerii, a więc do zakazanych tajnych związków. Między innymi wymienił Zygmunta Dworzańczyka. Oskarżenia nie wytoczono, a p. Zygmunt Dworzańczyk awansował na dyrektora departamentu w Ministerstwie Opieki Społecznej. Innego rzekomego masona, Kościałkowskiego, jak wiadomo, ożeniono z żydówką. Nowa interpelacja w Sejmie. O skutek nie pytajmy. Rząd sobie z tego Sejmu akurat tyle robi, co z ubiegłorocznego śniegu.
Równocześnie otrzymaliśmy wiadomość, że minister opieki społecznej zwolnił ze stanowiska naczelnika wydziału Polaka, a w jego miejsce mianował żyda, głośnego już Birnbauma.
Z faktami tymi zbiegł się poniekąd głośny już artykuł w młodo-konserwatywnej „Polityce” (dawniej „Bunt Młodych”) pod tytułem „Kilka uwag o masonerii w Polsce”. Autor podpisał się literami L. K. Wielu uważa i otwarcie mówi, że to p. Leon Kozłowski, były premier, nie tylko „wybitny polityk”, jak go nazywa „Polityka”, lecz człowiek, który na nieszczęście Polski zajmował zbyt długo wybitne stanowisko polityczne. Z masonerią nie walczył nigdy, gdy miał władzę w ręku. Rozpoczął ją obecnie, gdy się poróżnił nawet z Ozonem. Nie oszczędza też kół rządzących, ale ostrze ataku skierował jednak pod adresem opozycji. Twierdzi on, że wśród opozycji działają przedstawiciele lóż Wielkiego Wschodu (obrządek francuski), a ma ich być około 350. Wymienia nazwiska prof. St. Strońskiego, Paderewskiego, generała Sikorskiego, profesora Kota i marszałka Rataja (wszyscy oni ze Stronnictwa Ludowego). Koła kierownicze w Polsce należą według p. L. K. do loży szkockiej (obrządku angielskiego). Członków w Polsce jest około 1000, ale nazwisk żadnych autor nie wymienia, z wyjątkiem mundurowych. Zresztą na tym tle były już konfiskaty. Zależnymi od masonerii angielskiej są Rotary Cluby i YMCA, a od francuskiej Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela (na czele stoi francuski żyd Basch). Wreszcie istnieje loża czysto żydowska Juda Juda. Wszystkie razem słuchają wskazówek Wielkiej Rady Masońskiej, choć „w terenie” się zwalczają. O tajemniczości w lożach rewelacje p. L. K. nic nowego nie przynoszą, bo dawno wiemy, jaką tajemnicą masoneria otacza swoją organizację.
P. L. K. twierdzi, że materiały czerpał z katalogów masońskich, łatwo dostępnych w bibliotekach i archiwach, a „powie więcej, gdy przyjdzie czas na opublikowanie katalogów masońskich” w Polsce. Oby to nastąpiło jak najprędzej i oby p. L(eon) K(ozłowski) dotrzymał słowa!
Niezrozumiałym jest dla nas twierdzenie, że:
„Od roku 1930 marszałek Piłsudski rozpoczął likwidację wpływów szkockich, a wprowadzenie konstytucji miało być ostatecznym usunięciem wpływów szkockich na życie Polski. Śmierć przerwała tę pracę”. 

W nowej konstytucji nie widzimy nawet cienia zamiaru walki z masonerią i

(Ciąg dalszy na str. 2)
 
(Ciąg dalszy)

...dlatego p. L. K. nie wskazuje wyraźnie tych postanowień, któreby podobny zamiar uzasadniały.
Konserwatywny „Czas” nawiązując do artykułu p. L. K., takie wypowiada uwagi:
„Skoro p. (L. K.) twierdzi, że osobistości zajmujące w Polsce kierownicze stanowiska są masonami i skoro daje nam do zrozumienia, że nazwiska ich figurują w owych wydawanych w Genewie oficjalnych katalogach masońskich, to musimy się zwrócić pod adresem czynników rządzących z jak najbardziej kategorycznem żądaniem wyświetlenia całej tej sprawy. Przecież to, co napisał w swym artykule p. (L. K.), jest straszliwym oskarżeniem grupy rządzącej, oskarżeniem tym bardziej ciężkim, że nie wyszło ono spod pióra jakiegoś trzeciorzędnego nikomu nieznanego i goniącego za tanią sensacją dziennikarza, ale że sformułował je wybitny polityk, człowiek, który niedawno zajmował najwyższe stanowiska w hierarchii państwowej, a więc człowiek, który z pewnością znały tajne sprawy i wiedział co twierdził. To jest coś więcej niż głośna w swoim czasie interpelacja posła Budzyńskiego w sprawie przynależności do masonerii jakichś pozbawionych wszelkich wpływów urzędników, to jest oskarżenie rzucone pod adresem czołowych osobistości reżimu. I to musi być wyjaśnione.
Sprawa owych katalogów, na które powołuje się p. (L. K.) winna być wyświetlona jak najrychlej, ich autentyczność dokładnie zbadana, nazwiska, które figurują w tych katalogach opublikowane. I to bez względu na to, czyje to są nazwiska, ministra czy referenta, politycznego przywódcy czy zwykłego pionka.
Gdy chodzi o polityków opozycyjnych, których p. (L. K.) oskarża o przynależność do masonerii, można troskę o wyjaśnienie tego zarzutu pozostawić ich inicjatywie. Gdy jednak chodzi o zarzut dotyczący osób pozostających na kierowniczych stanowiskach w służbie państwowej musi wkroczyć władza. Sprawę tą powinien się zająć Minister Sprawiedliwości, wdrażając niezwłocznie energiczne śledztwo. Na jego wszczęcie i wynik opinia publiczna czekać będzie z niecierpliwością”.
Dla nas, z wielką niecierpliwością. Naród polski ma prawo wiedzieć, jakie wpływy wywołują w Polsce pociągnięcia, które są dla niego niezrozumiałe.



Zachwiane rewelacje b. premiera o masonach opozycji.

Pan L. K. grozi kompromitacją.


Warszawa, 12. 7. Rewelacje masońskie pana (L. K.) wywołały dość ożywioną reakcję w prasie i opinii publicznej.
Zawisnął, jak pisze „Kurier Polski” wyczuwalny na niemal zgodne dwa postulaty:aby autor rewelacyj pan (L. K.) po rycersku uchylił przyłbicy i podał nam do wiadomości społeczeństwa swe imię i nazwisko.
aby pan (L. K.) nie czekał na „przyszły czas”, ale aby zaraz opublikował przede wszystkiem nazwiska masonów na „kierowniczych stanowiskach” w Polsce.
Zachodzi obawa, że te żądania nie zostaną spełnione. Otoczenie pana (L. K.) postarało się o to, aby cały kraj wiedział, iż autorem masońskich rewelacyj jest b. premier gen. Leon Kozłowski i że on właśnie kryje się pod literami (L. K.). Opinia domaga się słusznie, aby p. (L. K.) wyszedł z zarezerwowanych liter i na własne nazwisko wymienił nazwiska, i aby wziął na siebie całkowitą odpowiedzialność za swoje rewelacje.
Nie widzimy żadnej przeszkody, dla której karta działalności publicznej b. premiera i senatora Kozłowskiego nie miałaby być zapisana również wydarzeniami z wyprawy przeciw „dzieciom wdowy” i „braciom w fartuszkach”.
Ogłoszenie nazwisk masonów na „kierowniczych stanowiskach” w Polsce stało się po prostu nieodzowną koniecznością. I to ogłoszenie niezwłoczne.
Jest to konieczne tym bardziej, że opublikowani dotychczas „masoni” z opozycji przeczą kategorycznie, jakoby do masonerii należeli. Wśród wymienionych przez b. premiera Kozłowskiego „masonów” z loży Wielkiego Wschodu figuruje nazwisko znakomitego uczonego polskiego i wybitnego działacza Stronnictwa Ludowego prof. Stanisława Kota. (Oświadczenie prof. Kota zamieszczamy na innym miejscu.)
Oświadczenie prof. Kota jest wydarzeniem dużej wagi. B. premier Kozłowski wymienił, jak donosiliśmy, w ogóle pięć nazwisk jako rzekomych masonów. Przypominamy, że są to nazwiska: Paderewski, gen. Sikorski, b. marszałek Rataj, prof. Stroński i prof. Kot. Spośród wymienionych dotychczas tylko prof. Kot uznał za wskazane złożyć oświadczenie, przeczące prawdziwości rewelacyj b. pana premiera.
To oświadczenie zupełnie wystarcza, aby zachwiać całym oskarżeniem b. premiera Kozłowskiego. Bo skoro p. (L. K.) „widział” w katalogu członków Wielkiego Wschodu nazwisko prof. Kota, który to masonerii w ogóle nie należy, to społeczeństwo musi popaść w wątpliwość wszystkich rewelacyj b. premiera i postawić nad nimi znak zapytania.
W tych warunkach autor rewelacyj musi przedstawić dowody na prawdziwość swych odkryć. W przeciwnym razie grozi mu kompromitacja.
B. premier Kozłowski ma głos. Czeka na niego z niecierpliwością całe społeczeństwo.


Czym się to skończy?


Kłajpeda jest podminowana nienawiścią niemiecko-litewską.


Ryga, 12. 7. (PAT). Donoszą z Kłajpedy: Wielkie naprężenie panujące w Kłajpedzie bynajmniej nie ustaje. Dyrektorat kraju kłajpedzkiego ogłosił w prasie wyjaśnienia w związku z zajściami z dn. 4, 21 i 28 czerwca w porcie kłajpedzkim. W komunikacie tym stwierdza się, że winną godnych ubolewania zajść jest policja portowa i graniczna, jak również sami Litwini. Litewska prasa wyraża z tego powodu oburzenie, określając wyjaśnienia dyrektoriatu jako stronnicze. Jednocześnie prasa komunikuje, że sfery oficjalne wyrażają nadzieję, iż władze litewskie do utrzymania spokoju i powstrzymania się od wszelkich polemik, co może być wykorzystane przez wrogów Litwy.
Śledztwo w sprawie zajścia z dn. 28 czerwca dobiega końca. Wytoczone są dwie sprawy: o zajścia w związku z przybyciem statku „Prussen” oraz o zajścia przy wjeździe statku „Hansestadt Danzig”. Oburzenie na postępowanie policji autonomicznej wśród ludności litewskiej było tak wielkie, że po dniu 28 czerwca przez kilka dni nie widziała się na ulicach Kłajpedy policjantów, którzy unikali w ten sposób reakcji ze strony litewskiej.
Wczoraj wszystkie księgarnie litewskie w Kłajpedzie odwiedzili urzędnicy policji autonomicznej i skonfiskowali wystawione fotografie ofiary zajść z dn. 28 czerwca, Litwina Kontaukasa, który – jak wiadomo – został zabity. Fotografie te zostały wydane przez kolegów Kontaukasa i organizację młodzieży litewskiej w Kłajpedzie i miały napis „Niech ziemia tobie będzie lekka za ofiarę życia, którą złożyłeś na ołtarzu ojczyzny”.


Stosunki handlowe Polski z Litwą.

Nafta, węgiel i żelazo za bekony i nasiona.


Kowno, 12. 7. (PAT). Prasa litewska podaje projekt uregulowania stosunków handlowych polsko-litewskich, który będzie podstawą obrad, jakie toczyć się będą w Warszawie w dn. 18 bm. pomiędzy delegacjami polską i litewską. Przewiduje się, że obroty między obu krajami wynosić będą 25 miln. litów rocznie. Litwa kupować ma w Polsce naftę, żelazo, węgiel i manufakturę. Przewiduje się, że Polska natomiast sprowadzać będzie z Litwy bekony dla celów eksportowych oraz niektóre nasiona. Ewentualne różnice w bilansie miałyby być wyrównywane ze strony Polski spławem materiałów drzewnych, pochodzących z wyrębu lasów na Wileńszczyźnie.







Nad trumną Ottona Bauera.

Socjaliści wiedeńscy przygotowali anszlusz.
Samobójcza polityka doprowadziła do klęski.
(Od własnego korespondenta „Dziennika Bydgoskiego”)


Paryż, w lipcu. Pod murem Komunardów na cmentarzu Père Lachaise złożono do ziemi trumnę Ottona Bauera. Wielki przywódca socjalistycznych mas austriackich, człowiek, który jeszcze dziesięć lat temu był potęgą, umarł na wygnaniu, w nędzy, przeżywszy straszną klęskę tego ruchu, którym przez długie lata kierował. I ten pogrzeb paryski nasuwa wiele refleksji, będących może w sprzeczności z oficjalnymi głosami miejscowej prasy socjalistycznej, lecz kto wie, czy nie posłużących słuszniejszemu słowu historii, sądzącemu bezstronnie te postacie, które były głównym przyczynkiem do dzisiejszego upadku Austrii. A zarazem stanowi klasyczny przykład, jak mszczą się w polityce metody oceniania biegu wypadków pod kątem jedynie własnej partii, co więcej, jak fatalne skutki pociąga dla samej partii kierowanie się względami chwilowej tylko koniunktury i niewyciąganie z danych założeń wszystkich konsekwencyj na przyszłość.
Dwie twarze Ottona Bauera.
Otto Bauer był pod koniec swego życia fanatycznym zwolennikiem niepodległości Austrii. Do ostatnich swych dni stał na bastionie walki z Trzecią Rzeszą, która wyciągała swe macki po Wiedeń, walczył z hitleryzmem i pangermanizmem. Świetny pisarz – rzucał gromami argumentów w obronie wolności, pokoju, bezpieczeństwa Europy. Otóż w dłuższm okresie powojennym nie było większego zwolennika anszlusu, większego akwizytora „złączenia śmiesznej granicy” jak właśnie Otto Bauer. I nikt bardziej od niego nie przyczynił się do budowy tego szeregu łańcucha faktów, które musiały doprowadzić do tragedii z dnia 11 marca 1938.
Wbrew ogólnemu mniemaniu, dążenia separatystyczne w Austrii bezpośrednio po wojnie, były silne zarówno wśród warstw chłopskich, jak i wśród mieszczańskiej inteligencji. Gdy załamał się front nad Piavą – zjawiły się w Wiedniu dawne kolory Babenbergów. Odwieczna psychika społeczna, owa, różnice całych wieków tradycji, rzekome wspomnienia wojen z Prusami – wszystko to składało się na silne poczucie odrębności krajów alpejskich. Bardzo charakterystycznym jest mało znany szczegół, że pierwsze dążenia „anszlusowe”, które pojawiły się w Tyrolu w 1919 roku, głosiły hasło połączenia się nie z Niemcami – lecz ze Szwajcarią.
Karygodne błędy socjalistów.
Natomiast zwolennikami jak najszybszego wcielenia Austrii do Rzeszy – byli socjaliści wiedeńscy. W Niemczech dochodziła do władzy potężna druga międzynarodówka. Słabo przeciwstawiały się jej centrum, partie prawicowe nie cieszyły się popularnością. Przywódcom socjalizmu wydawało się, że pomoc, którą rozporządzał proletariacki Wiedeń, będzie rozstrzygająca. Z tego więc powodu zarówno na terenie własnym, jak i międzynarodowym wysunęli tę samą argumentację anszlusu, którą w kilkanaście lat później przejęli ze stenograficzną dokładnością ich przeciwnicy.
To był pierwszy, olbrzymi błąd socjalistycznej partii austriackiej. Za nim poszły następne. Stronnictwa chrześcijańsko-demokratyczne zaproponowały socjalistom współudział w sprawowaniu rządów. Zwolennikiem porozumienia był nikt inny, jak genialny kanclerz austriacki, ks. Seipel. Można było wypracować wspólny program, można się było zgodzić na pewne wspólne cele. Całe ustępstwo socjalistów polegałoby tylko na zdawaniu sobie sprawy z faktu, że nie są sami, że muszą się liczyć z ogólną sytuacją, że swoje cele należy przystosować do interesów nie tylko jednej warstwy, ale całego społeczeństwa. Tymczasem w Wiedniu rozszalała się demagogia, której rozstrzygające postępy napełniały obawą wyznawców zasad prawdziwie demokratycznych. Doszło do tego, że rozżarzony tłum spalił Pałac Sprawiedliwości. Zaczęły się mnożyć objawy nadużyć, które z biegiem czasu wykopały przepaść między ludnością wiejską i mieszczaństwem z jednej, a socjalistami z drugiej strony.
Socjaliści zniszczyli Austrię.
Austria mogła się stać drugą Szwajcarią, Bawaria lub Danią, wzorem państwa demokratycznego, o wielkich perspektywach rozwoju społecznego, który mężnie dążyłby do celu na jedynie zdrowych i twórczych zasadach ewolucji. Tymczasem socjaliści austriaccy, obawiając się konkurencji komunistycznej – za często i za głośno posługiwali się słowami „rewolucja”. A rewolucji społeczeństwo zmęczone wojną i niedostatkiem powojennym – nie chciało i chcieć nie mogło.
I tu tkwią najważniejsze powody, dla których wśród tych samych warstw, jakie układały adresy do syna b. cesarza Karola, pierwsze wykwity dwukolorową chorągiew – zaczęły szerzyć się hasła anszlusu i połączenia z Rzeszą. Skoro w Niemczech dochodził do władzy Hitler – sama logika wypadków nakazywała socjalistom szukania porozumienia z Dollfussem, nawet za wszelką cenę. Gdyby był rząd mieszczański, nawet bez współudziału Ottona Bauera, aniżeli bezwzględna dyktatura nazistowska. Tymczasem przez cały rok 1933 trwała walka, która w 1934 doprowadziła do otwartej wojny na ulicach Wiednia. Krok Dollfussa był niewłaściwy, słuchanie poleceń faszystowskich Włoch szkodliwe – ale ogromnie była również niewłaściwa taktyka austriackiej partii socjalistycznej. Gdyby, zamiast zwalczać republikę austriacką w imię łączności z socjalizmem niemieckim, poświęcono choćby część swego programu interesom ogólnym, gdyby zamiast bezpłodnej krakowiackiej demagogii – postawiono przeciwnika nim, jako wrogom demokracji – republika austriacka dożyłaby współcześnie z wielką i twórczą myślą niemiecką. Nie tylko o raborze Austrii, ale również o tej hegemonii, która śmiercią bitewnym w Rzeszy – nie mogłoby być mowy.
Los się mści.
Polityka dorywczych korzyści, wykorzystywanie koniunktury nawet za cenę sprzeczności z zasadami ogólnoludzkimi i narodowymi – sprawiały stopniowy zanik wpływów austriackiej partii socjalistycznej i pośrednio przyczyniły się do utrwalenia dyktatury. Polityka socjalistów austriackich okazała się samobójstwem. Bezkrytyczne nie zastanawiając się nad przejawami trudności życia, tak zmiennego i tak ciężkim sytuacjom podlegającego, jak dzisiejsze. I dlatego w kilka lat po spaleniu Pałacu Sprawiedliwości w Wiedniu – mszczą się te błędy dawnej dobrej wiary. Krótkowzroczność polityczna pomściła się na losach partii austriackiej – i na losach ich przyszłości, Ottona Bauera.
– Niekonsekwencje w założeniach – mówił ks. prałat Seipel – niekonsekwencje w organizacji życia społecznego urastają w następstwach swoich do takiej potęgi zła, jakiej ogrom przeraziłby tych, co z lekkim sercem podejmują decyzje, może efektowne w danej chwili – lecz jakże fatalne w bliskiej nawet przyszłości...

Słowa te mogą odnosić się do austriackiej partii socjalistycznej. Ale czy tylko do austriackiej?
Dr Tadeusz Kiełpiński.

Chodzi o PPS?




Dyktator, którego kocha własny naród.

Sława Kemala Paszy, dyktatora Turcji, narodziła się podczas wojny światowej, jako obrońcy Dardanelów. Podczas następnych, niepokojnych lat, dzięki swym zdolnościom oratorskim oraz wojskowym, stał się on wodzem nowej Turcji. 3 marca 1924 r. pozbył się sułtana, organizując republikę świecką i kładąc kres dominacji kleru. Od tego czasu narzucał narodowi jedną reformę po drugiej, aż nie pozostało prawie nic z dawnych tradycyj.

NAJPIERW ZABRONIŁ NOSZENIA FEZU.
Dla przykładu ubrał w czapki swą gwardię przybyczną. Objeżdżając cały kraj, sam włożył szeroką panamę. Tłumy oniemiały ze zdziwienia: dla Turków „kapelusz” był oznaką znienawidzonych cudzoziemców i chrześcijan. Gdy przykład nie podziałał, użył siły. Policja otrzymała rozkaz aresztowania noszących fezów.

Następnie Ghazi (zwycięzca) powołał prawników europejskich, by ułożyli nowe kodeksy, wzorując się w handlowym na Niemczech, w karnym na Italii, oraz w cywilnym na Szwajcarii. Zniesiona została poligamia i haremy. Panie, które dawniej nigdy nie ukazywały się publicznie bez osłon i eunuchów – obecnie pojawiły się w teatrze w towarzystwie męskim, a nawet grały w tenisa w partiach mieszanych. Nowa konstytucja pozwoliła wziąć udział w wyborach 2 milionom kobiet, a nawet zostać posłankami. 8 lutego 1935 r. osiemnaście posłanek, wśród oklasków swych kolegów złożyło przysięgę. Dziesięć z nich było nauczycielkami - cztery ławnikami, jedna lekarzem i dwie zajmowały się rolnictwem. i to w narodzie, gdzie od setek lat kobiety prowadziły egzystencję niemal roślinną.

Gdy Kemal Pasza objął rządy, 95 procent zaliczało się do analfabetów. Obecnie uczą się wszyscy pisać i czytać, wszędzie są szkoły. Wszystkie większe miasta mają doskonałe kliniki, wszędzie wprowadzono odczyty i pokazy kinematograficzne dla matek o zdrowiu, higienie i wychowaniu. Angora było miastem zaniedbanym, w zimie bajorem, w lecie zbiorowiskiem zakurzonych, nędznych chałup. Kemal sprowadził inżynierów i profesorów, by zbudowali stolicę.
Plan pięcioletni dał Turcji własne fabryki sukna, wyrobów bawełnianych i jedwabnych, skór, opon samochodowych i mebli. Poza jedną pożyczką wziętą od Sowietów, Ghazi finansuje swe plany z dochodów bieżących. Armia, marynarka i lotnictwo zostały zmodernizowane. Curtiss-Wrigth, towarzystwo amerykańskie, wybudowało fabrykę amunicji i nadesłało specjalistów. Ostatnio Kemal Pasza wydał szereg zarządzeń o charakterze raczej demokratycznym.


Musiałem poprawić ten tekst, bo ewidentnie źle napisał - własną wersję.... Wydaje mi się, że to wynika z tego, że właścieciele nie chcą, by tak za darmo Ai wszystko robiło....

Zniekształcony tekst:

Dyktator, którego kocha własny naród.
Sława Kemala Paszy, dyktatora Turcji, narodziła się podczas wojny światowej, jako obrońcy Dardantelów. Podczas następnych, niepokojnych lat, dzięki swym zdolnościom oraz wojskowym, stał się on wodzem nowej Turcji. 3 marca 1924 r. pozbył się sułtana, organizując republikę świecką i kładąc kres dominacji kleru. Od tego czasu narzucał narodowi jedną reformę po drugiej, aż nie pozostało prawie nic z dawnych tradycji.
NAJPIERW ZABRONIŁ NOSZENIA FEZU.
Dla przykładu ubrał w czasie swej gwary przybyszowej objętościowy całą kraj, sam włożył szeroką panamę. Tłumy oniemiały ze zdziwienia: dla Turków „kapelusz” był oznaką znienawidzonych cudzoziemców i wszelkie wspomnienie o nim kazało im użyć siły. Policja otrzymała rozkaz aresztowania opornych fezów.
Następnie Ghazi (zwycięzca) powołał prawników europejskich, by ułożyli nowe kodeksy, wzorując się na handlowym w Niemczech, w karnym na Italii, oraz w cywilnym na Szwajcarii. Zniesiona została poligamia i haremy. Kobiety, które dawniej nigdy nie ukazywały się publicznie bez osłon i eunuchów – obecnie pojawiły się w teatrze w towarzystwie mężów, a nawet grały w tenisa w partiach mieszanych. Nowa konstytucja pozwoliła wziąć udział w wyborach 2 milionom kobiet, a nawet zostać posłankami. 8 lutego 1935 r. do parlamentu weszło siedemnaście kobiet. Kemal Pasza dbał o rozwój szkolnictwa, zwalczał analfabetyzm i wprowadził alfabet łaciński zamiast arabskiego. Dbał o rolnictwo i przemysł, budował drogi i koleje.
Gdy Kemal Pasza objął rządy, 95 procent ludności nie umiało czytać i pisać. Obecnie sytuacja ta uległa znacznej poprawie. Wprowadził obowiązkowe nauczanie, założył uniwersytet i liczne szkoły techniczne. Turcja stała się państwem nowoczesnym i silnym.
Plan pięcioletni dał Turcji własne fabryki sukna, wyrobów bawełnianych i jedwabnych, szkła, papieru, cukru i siarki. Poza jedną pożyczką wziętą od Sowietów, Ghazi finansuje swe plany z dochodów bieżących. Armię, marynarkę i lotnictwo zostały zmodernizowane. Curtiss-Wright, towarzystwo amerykańskie, wybudowało fabrykę amunicji i nadesłało specjalistów. Ostatnio Kemal Pasza wydał szereg zarządzeń o charakterze raczej demokratycznym.



Ai nie chciał też przepisać tego tekstu o Niemcach, usunąłem dwa słowa na jpg - te podkreślone - i jeszcze raz mu wysłałem -  i te dwa słowa on sam uzupełnił [wpisał w nawiasach], co świadczy o tym, że "zapoznał się" z tekstem wcześniej.


Od ostatniego procesu hitlerowskiej organizacji na Śląsku minęło już parę miesięcy. I sprawa kęsowska przycichła. I ton prasy niemieckiej w Polsce się uspokoił.
To są zewnętrzne objawy stanowiska mniejszości niemieckiej w Polsce. Czyżby się uspokoili? Czyżby nareszcie doszli do jedynego mądrego wniosku, że tylko lojalność wobec państwa jest ich jedyną drogą postępowania w Polsce?
Pewnie, że tak byłoby najlepiej, ale nie trzeba się zbytnio łudzić. Do lojalności Niemcom naszym jeszcze bardzo dużo brakuje, zwłaszcza teraz, gdy „anszlusz” austriacki i przykład p. Konrada Henleina mają swoją zachęcającą wymowę.

Wprawdzie nakazy z Niemiec hamują zewnętrzne wystąpienia antypolskie, ale — trzeba umieć czytać między wierszami, trzeba czujnie słuchać, co świta w głowach i młodych i starych Niemców, którzy przez 20 lat życia w niepodległej Polsce nie potrafili nawet nauczyć się po polsku.
Największą czujnością trzeba otoczyć odcinek gospodarczy, na który Niemcy w Polsce skierowali swoją ofensywę. Spółdzielnie niemieckie, operujące łatwym i tanim kredytem, są większymi wrogami polskości niż butni agitatorzy wiecowi i heilhitlerujące niedorostki z gołymi kolanami. Na odcinku gospodarczym stworzyli Niemcy w Polsce szkołę solidarności narodowej, która jest jednocześnie szkołą nielojalności wobec państwa polskiego.

Notujemy fakty:

Pastor gminy ewangelickiej (unijnej) w Bydgoszczy nawołuje w świątyni przy placu Kościeleckich do kupowania tylko u Niemców i do popierania wyłącznie niemieckich rzemieślników.
Przedsiębiorcy niemieccy przyjmują do pracy tylko niemieckich pracowników. Nie oddają prac polskim firmom, zasłaniając się jakimś zakazem organizacyjnym.
Są to oczywiście rzeczy prawem nie zakazane. Ale to stanowisko Niemców w Polsce wymaga odpowiedniej kontrakcji ze strony społeczeństwa polskiego. Na bojkot trzeba odpowiedzieć bojkotem.


Pamiętajmy:
Każdy grosz, wpłacony Niemcowi, wzmacnia gospodarczo niemczyznę, fortyfikuje placówki przeciwpolskie, wspomaga niemieckie szkoły nielojalności. Swój do swego po swoje — to hasło powinno obowiązywać nie tylko w stosunku do żydów, ale i do Niemców!





AI:

Oto wyjaśnienie obu wątków, które rzucają światło na nastroje panujące w tamtym czasie:

Konrad Henlein i „wariant sudecki”
Konrad Henlein był liderem Partii Sudetoniemieckiej (SdP) w Czechosłowacji. Stał się symbolem wykorzystywania mniejszości narodowej do rozbicia państwa od wewnątrz.Oficjalnie twierdził, że walczy jedynie o autonomię dla Niemców sudeckich, ale w rzeczywistości ściśle współpracował z Hitlerem.
Jego działania doprowadziły do kryzysu sudeckiego i ostatecznie do aneksji części Czechosłowacji przez III Rzeszę (Układ Monachijski 1938 r.).


Dlaczego polska gazeta o nim wspomina? Autor artykułu obawiał się, że Niemcy mieszkający w Polsce (np. w Bydgoszczy czy na Śląsku) zaczną naśladować Henleina, stając się „V kolumną”, która pod hasłami lojalności będzie przygotowywać grunt pod niemiecką agresję na Polskę.

„Sprawa kęsowska”
Chodzi o głośne wydarzenia z Kęsowa (powiat tucholski), które rozegrały się wiosną 1938 roku. Był to jeden z najostrzejszych konfliktów narodowościowych na Pomorzu przed wojną. O co poszło? Niemieccy właściciele ziemscy (m.in. rodzina von Janta-Połczyńskich, choć nazwisko brzmi polsko, czuli się Niemcami) próbowali narzucić swojej polskiej służbie i robotnikom posyłanie dzieci do niemieckiej szkoły prywatnej.
Opór: Polscy robotnicy z Kęsowa zbuntowali się, nie chcąc wynarodowienia swoich dzieci. Doszło do manifestacji, bojkotów i interwencji policji.
Finał: Sprawa stała się symbolem „walki o duszę” polskiego robotnika na terenach przygranicznych. Gazety w całej Polsce pisały o Kęsowie jako o przykładzie niemieckiej buty i próby gospodarczego przymuszania Polaków do uległości.
Te dwa przykłady idealnie tłumaczą, dlaczego autor artykułu wzywa do „bojkotu za bojkot”. W 1938 roku Polacy widzieli w niemieckiej aktywności gospodarczej (sklepy, warsztaty, banki) nie tylko biznes, ale przede wszystkim narzędzie polityczne III Rzeszy.















Opinia publiczna bije na alarm.
Tajemnice stoczni gdańskiej.

Społeczeństwo oczekuje energicznej ochrony interesów polskich.


Gdańsk, 12. 7. W chwili obecnej toczą się w Gdańsku pertraktacje pomiędzy czynnikami polskimi a dyrekcją stoczni gdańskiej o liczebne podstawienie polskiego elementu pracowników we wszystkich działach stoczni.

Osobliwe pertraktacje.
Ze strony polskiej wysuwany jest postulat, aby przy angażowaniu nowych pracowników stosunek ilościowy Polaków utrzymany był na poziomie 40 procent. Niewtajemniczonemu w stosunki gdańskie może wydawać się wprost niesamowitym, że po 18 latach istnienia stoczni, czynniki polskie muszą prowadzić pertraktacje z dyrekcją stoczni jakby z równym sobie kontrahentem o to, aby w stoczni, żyjącej głównie z Polski, mógł znaleźć oparcie polski pracownik.

W stoczni gdańskiej dzieje się jednak wiele bardzo dziwnych rzeczy. Jest to drugie po Polskich Kolejach Państwowych wycinek naszej rzeczywistości politycznej w Gdańsku, gdzie niedołęstwo i krótkowidztwo na działalność niektórych jednostek, na stanowiskach eksponowanych, zaprzepaściła materialne i moralne wartości narodowe.

Z łaski państwa polskiego.
Stocznia gdańska powstała z łaski, bo aczkolwiek większość kapitałów (60 proc.) jest pochodzenia angielskiego i francuskiego, a kapitał polski i gdański zaangażowane są w równej mierze po 20 proc., to jednak kapitały zagraniczne zdecydowały się na lokatę w stoczni tylko dlatego, że rząd polski zobowiązał się swego czasu do przekazywania oddania remontów do wysokości prawie 1 miliarda złotych w złocie.

Polska – najważniejszym klientem.
Suma ta stanowi równowartość około 3000 lokomotyw. Jeżeli się zważy, że obecny tabor lokomotyw w Polsce nie przekracza 5 i pół tysiąca sztuk, widać z tego, że jak błogą podstawa polskiego stanowi udział nie gorzej od kapitałów płynnych, wniesionych przez zagranicę.

Ale na tym nie kończy się udział kapitałów polskich. Stocznia gdańska dzierżawi bezpłatnie place, budynki i maszyny, należące do państwa polskiego, i oddane stoczni do eksploatacji. Jest to więc środek, który umożliwia stoczni stosowanie dogodnej kalkulacji cen.

Milionowe zamówienia.
Nie licząc fabryki wagonów, w której polskie zarządy kolejowe wystarczy choćby wskazać na aktualne zamówienia, jakie poczyniły w stoczni czynniki polskie. Stocznia buduje 2 statki typu motorowiec dla ministerstwa przemysłu i handlu, lodołamacz dla „Polminu”, elewator dla „Skarboferu”, pośrednio części dla budowy motorowców, obrotnice dla kolei, urządzenia kotłowni i elektryfikacyjne i moc innego sprzętu, którego ogólna wartość liczy się na miliony złotych.

To są wartości, które wnosi do stoczni rynek polski.

Wpływy finansowe z Polski wynoszą ponad 90 proc. całości dochodów stoczni. Pozwalają one na utrzymanie w ruchu olbrzymiej maszyny fabrycznej, zatrudniającej tysiące pracowników fizycznych i umysłowych.

Jedyne wpływy.
To są jednak jedyne „wpływy”, jakie posiadać może stocznia. Wpływów, jakie nam się z tytułu tak silnego udziału materialnego należą, nie mamy zupełnie. Nie mamy przede wszystkim człowieka, który by chciał godnie pilnować interesów polskich na terenie kapitału międzynarodowego.

Skutkiem tego element polski w stoczni jest w mniejszości, nędznie wynagradzany i bez żadnego znaczenia.

Polacy – 8 proc. ogółu pracowników.
W najlepszej koniunkturze ilość Polaków nie przekraczała 8 proc. ogółu pracowników. Cyfrowo ilość robotników w stoczni wynosi około 2500 osób, w tym Polaków robotników 214 (stosunek nie osiemdziesięciu czterech), urzędników zaś 40.

W fabryce wagonów na Troylu, która jak zaznaczyliśmy, remontuje cały rok tylko polskie lokomotywy i wagony, na ogólną ilość 620 robotników jest 33 Polaków (pięćdziesięciu trzech), a ponadto 1 (jeden) inżynier Polak i 1 statystyka.

Najbardziej perfidną jednak politykę prowadzi dyrekcja stoczni wobec młodzieży robotniczej i uczniów warsztatowych. Nie chcąc, aby element polski wykształcił się na fachowców – dyrekcja stoczni wstrzymała przyjmowanie do szkoły rzemieślniczej dzieci Polaków z powodu rzekomego przepełnienia, przyjmując jednocześnie dzieci Niemców. W ten sposób na ogólną ilość 254 uczniami jest tylko 42 Polaków.

Polscy murzyni.
Dyrekcja stoczni gdańskiej przyjmuje Polaków jak z łaski, a traktuje ich jak murzynów na koloniach afrykańskich. Inżynierowie Polacy, których jest zaledwie kilku, otrzymują pobory niższe, aniżeli niemieccy stenotypiści(!). Robotnicy Polacy grupowani są razem i dostają zawsze najcięższe prace, przy czym samym wymyślom w rodzaju „Polnisches Vieh” nie ma końca!

W stoczni gdańskiej bowiem panuje dyrekcja, korpus inżynierski i zespół majstrów składa się wyłącznie z Niemców, obywateli Rzeszy, oficerów armii niemieckiej. Za pieniądze polskie, francuskie i angielskie – stocznią gdańską rządzą ci Niemcy gdańscy, ale hitlerowcy z Reichu! I w tym leży cała tajemnica fatalnego dla Polski układu sił w stoczni.

Ponura groteska.
Polscy pracownicy stoczni gdańskiej, Polonia gdańska i całe społeczeństwo polskie nie wątpi, że Polska posiada dostateczne środki, aby uzyskać kierownicze i decydujące stanowisko w stoczni, która egzystuje głównie dzięki polskim zamówieniom, przynajmniej w zakresie tych prac, które przeznaczone są dla inwestycji w głębi kraju.

Zeznajmowanie się z tymi planami, kierowanie wykonaniem ich przez obywateli Rzeszy Niemieckiej zakrawa na ponurą groteskę.

Skończyć ze skandalem!
Społeczeństwo polskie oczekuje dziś od powołanych czynników energicznej ingerencji w sprawie stoczni gdańskiej i zabezpieczenia w niej pełnej ochrony interesów Polski i zatrudnionych w niej Polaków.

Opinia publiczna spodziewa się, że nie zmaleją stosunki uległej radykalnej zmiany, a obywatele Rzeszy Niemieckiej zajmujący dobrze płatne posady stoczni, zostaną zastąpieni przez element polski.

Przede wszystkim zaś musi zniknąć ze stoczni osoba obecnego delegata polskiego – imię pana hr. Komorowskiego. Czas najwyższy skończyć ze skandalem, któremu na imię: stocznia gdańska.





AI:

Spór o Stocznię Gdańską, który tak emocjonalnie opisywał cytowany przez Ciebie artykuł, nie doczekał się szczęśliwego dla Polski finału przed wybuchem wojny. 

Sytuacja w 1938 i 1939 roku stawała się coraz trudniejsza:

Dominacja niemiecka: Mimo że Polska była głównym klientem stoczni i zapewniała jej przetrwanie swoimi zamówieniami, wpływy polskie były systematycznie ograniczane. Dyrekcja stoczni, zdominowana przez Niemców o poglądach narodowosocjalistycznych, jawnie dyskryminowała polskich pracowników i inżynierów.
Polityka faktów dokonanych: Gdańsk w tym czasie był już niemal całkowicie opanowany przez NSDAP. Stocznia stała się jednym z bastionów nazizmu w Wolnym Mieście. Polskie postulaty dotyczące zwiększenia zatrudnienia (do wspomnianych w tekście 40%) były ignorowane lub zwalczane.
Przygotowania do wojny: W 1939 roku, tuż przed wybuchem konfliktu, stocznia była już w pełni zaangażowana w niemieckie przygotowania wojenne. Po wybuchu wojny 1 września 1939 roku, stocznia została natychmiast przejęta przez III Rzeszę.
Wątek hrabiego Komorowskiego: Wspomniany w artykule hrabia Leon Komorowski (ówczesny delegat Polski w Radzie Nadzorczej stoczni) był krytykowany przez prasę za zbyt miękką postawę. Ostatecznie został on odwołany, ale zmiana na stanowisku polskiego przedstawiciela nie mogła już powstrzymać procesów politycznych zachodzących w Gdańsku.
Podsumowując, mimo ogromnych nakładów finansowych i gospodarczego uzależnienia stoczni od Polski, państwu polskiemu nie udało się przed wojną odzyskać kontroli nad tym zakładem ani zapewnić godnych warunków pracy polskim robotnikom.




 

Krzyżowa droga

powracających z Hiszpanii ochotników polskich.


Sprawie powrotu ochotników polskich z Hiszpanii znajdujemy w wychodzącym we Francji „Narodowcu” następujące uwagi na czasie:

W chwili obecnej staje się coraz aktualniejsza sprawa ochotników powracających z Hiszpanii. Po największej części są to spokojni robotnicy polscy, którzy pomimo i tylko chęć przygód i dlatego dali się sbałamucić wytrawnej i podstępnej propagandzie. Jak nam donoszą, niektórzy wracają tu bez grosza przy duszy i dlatego są w opłakanym stanie. Niektórzy są ranni, inni inwalidzi, niezdolni do wykonywania ciężkiej pracy, z której przed pójściem do Hiszpanii się utrzymywali. Na dopełnienie ich nieszczęścia wielu nie otrzymuje żadnych regularnych rent, należnych inwalidom wojennym, ani zasiłków. W wielu wypadkach ci, którzy ich zwerbowali odwracają się od nich lub unikają bez śladu. Jeden z takich ochotników, obywatel polski, opowiadał nawet, że mu grożono, jeśli będzie się skarżył na swój los.

O ile położenie wracających z Hiszpanii ochotników innych krajów jest może lepiej uregulowane, o tyle położenie Polaków, którzy walczyli w Hiszpanii jest naprawdę rozpaczliwe. Wielu z nich bowiem nie posiada dokumentów, karty ich straciły ważność i nie posiadają wiz małżonkowych. Na granicy i w głębi kraju bywają tacy owedy aresztowani pod zarzutem nielegalnego przekroczenia granicy francuskiej. Aresztowanym grozi kara więzienia i wydalenie. Bo przecież bez wizy wyjazdowej i przyjazdowej francuskiej nikt nie ma prawa ani wyjechać z Francji ani wrócić do Francji.

Należy okazać pełne zrozumienie dla losu tych nieszczęśliwych. Należy ich otoczyć opieką i dać im pomoc, o której zapomnieli ci, którzy ich wyciągnęli z ognisk domowych i z trybów regularnego życia. Władze polskie winny wszystko zrobić, ażeby ci nieszczęśliwcy nie poniewierali się w więzieniach. Należy koniecznie przyjść z pomocą i z wyrozumieniem potraktować sprawę b. ochotników z Hiszpanii. Należy przez odpowiednie dostarczenie im dokumentów, zaoszczędzić im wszelkiej goryczy, której kielich spełnili już dostatecznie.

Prasa angielska, jak pisze jedno z pism polskich, doniosła w związku przyjęciem w londyńskim komitecie nieinterwencji wniosku angielskiego o wycofaniu ochotników z Hiszpanii — że w czerwonych brygadach międzynarodowych znajduje się około 3000 komunistów z Polski. Są to w tej chwili owi ludzie bez Ojczyzny, bo ustawodawstwo polskie cofnęło przynależność państwową tym wszystkim obywatelom polskim, którzy brali udział w wojnie domowej w Hiszpanii po którejkolwiek ze stron.

Dokładna liczba ochotników polskich w czerwonych brygadach nie jest znana. Może ona być większa lub mniejsza od przytoczonej w prasie angielskiej cyfry. Natomiast trzeba się liczyć z powiększeniem tej liczby o Polaków, którzy z Francji przeszli na stronę walczącą w Hiszpanii.









Szkwałem z Bydgoszczy do Gdyni!

Gdynia. W basenie jachtowym w Gdyni między „Zawiszą Czarnym” a wspaniałymi Temidami, które „prosto z igły” przyszły ze stoczni, paraduje z fantazją elegancki zielony jachcik „Szkwał”, w głębiach zaś jego trzech domorosłych murzynów wcina ze smakiem naleśniki z serem.
Okazuje się, że „Szkwał” jest „made in Bydgoszcz”, armatorem jego jest p. Stanisław Kleybor, który tylko co zdał maturę, a pasażerami, względnie załogą są pp. Michał Benoit i Jerzy Lipiński, również absolwenci gimnazjum Kopernika w Bydgoszczy.
Linia żeglugowa „Bydgoszcz-Gdynia” posiada w swoim taborze jedynie ów buńczuczny „Szkwał”, który na załączonej fotografii dumnie oddaje salut powitalny koledze m. s. „Piłsudskiemu” z bratniej linii Gdynia-Ameryka.
Armator Kleybor ma tę przewagę nad armatorami Galu, że jego jednostka morska została wykonana całkowicie w Polsce z materiałów polskich i polskimi gimnazjalnymi rękami uczniów gimn. Kopernika, gdy jeszcze byli w siódmej klasie.
Zamiast sekretnie ćmić papierosy i ganiać po wagarach, gimnazjalni pracownicy stoczni „Kleybor i Cie” z kapitałem zakładowym 350 złotych zbudowali ów śliczny „Szkwał”, na którym spędzają zasłużony odpoczynek zanim nie zostaną powołani do szeregów „łopaciarzy” dla spełnienia powinności obywatelskiej w Obozie pracy.
„Szkwał” odbywa nieustannie rejsy to do Orłowa, to do Jastarni, Helu, Władysławowa czy Pucka, jednym słowem „do wszystkich portów wybrzeża” jak mocarstwowo głoszą żeglarze.
Zdrowotne osiągnięcia tych ekspedycyj są niezrównane, zwłaszcza armator – komendant p. Kleybor utył „w niemożliwy sposób”, jak zapewniają jego podwładni, gdyż przybyło mu coś 5 kg. Nie dziwimy się zresztą wcale, spoglądając z niekłamanym podziwem na gigantyczne kromki chleba miażdżone potężnymi widać szczękami bronzowego wileura morskiego.
Ponieważ s. s. „Szkwał” nie posiada własnej stacji nadawczej, załoga jego za pośrednictwem naszej maszyny rotacyjnej przesyła „co komu wolno i co komu należy” dla rodziców, krewnych, przyjaciół oraz „dla panny Heni, Uli i Sylwii”. Za tydzień wrócą.

AI:

Dalsze losy młodych żeglarzy z Bydgoszczy, Stanisława Kleybora i jego kolegów, potoczyły się w dramatyczny sposób, splatając się z historią polskiego lotnictwa i zmagań wojennych:Stanisław Kleybor (armator jachtu „Szkwał”):
Jego marzenia o morzu przerwała wojna, ale pasja do nawigacji pozostała. Stanisław Kleybor (ur. 15 kwietnia 1920 r. w Bydgoszczy) został lotnikiem. Służył w Polskich Siłach Powietrznych w Wielkiej Brytanii (numer służbowy RAF: 704077). Był obserwatorem, co wymagało doskonałej znajomości nawigacji – umiejętności, którą szlifował pewnie już na pokładzie swojego „Szkwału”. 

Figuruje na Liście Krzystka, dokumentującej losy polskiego personelu lotniczego w Wielkiej Brytanii.
Michał Benoit i Jerzy Lipiński:
Informacje o nich są trudniejsze do jednoznacznego potwierdzenia, ponieważ nazwiska te nosiło kilka osób o podobnym profilu.W kontekście Jerzego Lipińskiego, najbardziej prawdopodobnym śladem jest postać znanego marynisty i historyka, autora fundamentalnej pracy Druga wojna światowa na morzu. Jeśli to ten sam Jerzy, jego młodzieńcza pasja do żeglarstwa przerodziła się w dożywotnią misję dokumentowania bitew morskich. Istnieją też biogramy powstańcze Jerzego Lipińskiego, co sugeruje walkę w konspiracji.

Nazwisko Benoit w Bydgoszczy i regionie kojarzy się z tradycjami aktorskimi (słynny Ludwik Benoit urodził się co prawda na wschodzie, ale rodzina miała powiązania z teatrami w głębi kraju). Michał mógł, podobnie jak Stanisław, trafić do wojska lub uczestniczyć w obronie cywilnej miasta, które – jak wspomina jeden z artykułów – tragicznie doświadczyło zbrodni niemieckich już w pierwszych dniach wojny.

To niezwykłe, że beztroska notatka o „trzech domorosłych murzynach” jedzących naleśniki na jachcie, którą czytaliśmy w gazecie z lipca 1938 roku, była w rzeczywistości ostatnim obrazem ich spokojnej młodości przed wielką próbą, jaką była wojna.



Przeszłość Gdańska przed sądem.
Proces o przywilej królewski.

Gdynia, 12. 7. „Kurier Bałtycki” donosi:
„Przed 200 laty król polski August Mocny nadał za zasługi właścicielowi majątku i gdańskiej wioski Mariensee przywilej pobierania 4 razy do roku na własny rachunek postojowe na targach. Właściciel przywilej ten oddał w spadku parafii katolickiej, co w roku 1850 zakwestionował nowy właściciel majątku von Simon.
Obecnie gmina Mariensee skarży przed sądem gdańskim o przyznanie jej tego przywileju, ponieważ zarząd parafii katolickiej przez długie lata nie korzystał z niego”.
Taki proces obala tezę, jak słusznie podnosi prasa, wysuwaną współcześnie w wolnym mieście, że było ono i jest zawsze miastem niemieckim w znaczeniu etnograficznym i politycznym.


AI:


Mariensee to dzisiejsze Przywidz (położony w województwie pomorskim, w powiecie gdańskim).

Historia nazwy: Nazwa Mariensee (dosłownie „Jezioro Marii”) funkcjonowała przez wieki pod panowaniem niemieckim i w okresie Wolnego Miasta Gdańska. Po 1945 roku powrócono do starej polskiej nazwy Przywidz.
Przywilej Augusta Mocnego: Artykuł wspomina o przywileju królewskim, co potwierdza, że mimo silnych wpływów niemieckich w samym Gdańsku, okoliczne dobra ziemskie (takie jak Przywidz) podlegały bezpośrednio polskim królom i to oni decydowali o prawach gospodarczych w tym regionie.
Znaczenie historyczne: Spór sądowy, o którym pisze gazeta, był dla ówczesnych Polaków dowodem na to, że historyczne i prawne fundamenty Gdańska oraz okolic są nierozerwalnie związane z Koroną Polską, co miało ogromne znaczenie propagandowe w 1938 roku, gdy napięcie między Polakami a gdańskimi hitlerowcami sięgało szczytu.
Dzisiaj Przywidz jest znaną miejscowością wypoczynkową nad Jeziorem Przywidzkim, popularną wśród mieszkańców Trójmiasta.




Czy Anglicy zechcą opanować polski rynek śledziowy?

Gdynia. Gospodarka śledziowa naszych zamorskich sąsiadów ogromnie żywo interesuje naszych czytelników gdyńskich, związanych z przemysłem rybnym i zagadnieniami połowów. Warto więc zaznaczyć, że sprawozdanie angielskiej gospodarki śledziowej za ubiegły, ukończony niedawno sezon roczny wykazuje jej ciężkie położenie, szczególnie z powodu utraty dwóch dużych rynków zbytu, tj. Niemiec i Rosji Sowieckiej. Pomimo redukcji flotylli rybackiej, jest ona, jak również i jej załoga, za liczna na obecne potrzeby przemysłu śledziowego, który obecnie według obliczeń Izby Przemysłu Śledziowego może dać zatrudnienie zaledwie 380 lugrom parowym, tj. mniej niż połowie obecnego stanu flotylli.
Przedłożone ostatnio w parlamencie rządowe projekty „ustaw śledziowych” przewidują reorganizację „Izby Przemysłu Śledziowego” i podwyżkę subwencji na budowę nowoczesnych lugrów motorowych. Projekty te zostały przyjęte 16 czerwca w trzecim czytaniu, należy się zatem liczyć z tym, że rząd brytyjski udzieli 250.000 funtów szterlingów subwencji na budowę nowych lugrów. Na cele propagandy konsumpcji śledzi w Wielkiej Brytanii ma być przeznaczona suma 25.000 funtów. Poza tym przewidziane jest podwyższenie gwarancji rządowej dla kredytu eksportowego. W roku zeszłym np. w obrotach z Polską gwarancja ta sięgała 60.000 funtów szterlingów.







kpbc.umk.pl/Content/189798/publikacja38157.pdf

Prawym Okiem: Podług słońca i gwiazd


Inny Szkwał:

Zbudowany w 1938 roku w Rambeck Werft dla Kriegsmarine. W 1945 roku przekazany Akademickiemu Klubowi Morskiemu w Gdańsku. W latach 50 i 60 był jednym z najszybszych jachtów pełnomorskich. W 1979 roku został kupiony przez obecnego właściciela, Zbigniewa Wernera.

facebook.com/fundacjaszkwal.org#

fundacjaszkwal.pl/o-fundacji/