Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

czwartek, 16 kwietnia 2026

II RP w 1938 r. z gazety

 

Dziennik Bydgoski nr. 157 z 13 lipca 1938 roku.

Niektóre artykuły przepisane przez AI (nie sprawdzałem zgodności - poprawiłem 1 artykuł, który zauważyłem, że ma "błędy"... nie weryfikowałem też informacji dodatkowych podanych przez AI).





Nowe zaostrzenie między Pragą a Berlinem.

Polityka dyktatury czeskiej wywołuje zdenerwowanie w Niemczech.

Berlin, 12. 7. (PAT). 

Po okresie wyczekiwania tutejszych kół politycznych w sprawie czechosłowackiej nastąpił nagły zwrot, spowodowany wiadomościami, nadeszłymi z Pragi. Według posiadanych tu informacyj, zaszła w Pradze w ostatnich 48 godzinach zmiana w taktyce polityków czeskich, wskazująca – jak oświadczają tu – na „wyraźny sabotaż” statutu narodowościowego. Gabinet czeski zmierza podobno obecnie do ustalenia poszczególnych punktów tego statutu wyłącznie w porozumieniu z partiami czeskimi. Pragnie on bez porozumienia z przedstawicielami poszczególnych narodowości prowadzić nadal w Czechosłowacji politykę dyktatury czeskiej.
Prasa poniedziałkowa występuje bardzo kategorycznie przeciwko tej taktyce gabinetu Hodży, przestrzegając zagranicę, by nie dała się brać na lep propagandy czeskiej, mówiącej o szerokim zakresie statutu narodowościowego.

Czesi nie chcą dać autonomii mniejszościom.

Mor. Ostrawa, 12. 7. (PAT). W związku ze stałym odwlekaniem ostatecznego rozstrzygnięcia kwestyj mniejszościowych i sprawy statutu narodowościowego w czeskiej prasie koalicyjnej dają się zauważyć nastroje wyraźnego zdenerwowania. Prasa liczy się na ogół z odrzuceniem statutu przez partię sudecko-niemiecką. Z drugiej strony jednak zwykle dobrze poinformowane „Lidove Noviny” z Brna podkreślają z całą stanowczością, że jakakolwiek dyskusja na temat autonomii w sprawach narodowościowych jest niedopuszczalna. Można mówić o samorządzie w rozumieniu samodzielnego wykonywania ogólnie obowiązujących ustaw na pewnych ściśle określonych obszarach i w pewnych granicach prawnych, ale nie wolno dyskutować o autonomii terytorialnej czy narodowościowej, która by oznaczała dwoistość w państwie. Równocześnie komunistyczny „Ostravesky Deinicky Denik” stwierdza, że nie tylko sudecko-niemieckie postulaty Henleina nie mogą być podstawą dyskusji, ale nawet niektóre punkty przygotowywanego statutu, dotyczącego rozszerzonego samorządu narodowościowego, budzą u wymienionego dziennika komunistycznego bardzo poważne zastrzeżenia.

Czesko-niemiecka wojna radiowa.
Berlin, 12. 7. (PAT). Prasa wiedeńska i berlińska donosi, że rząd czechosłowacki uruchomił na Morawach radiostację, która przeszkadza transmisjom rozgłośni wiedeńskiej. „Angriff” stwierdza w związku z tym, że nawet w wypadku, gdyby udało się zagłuszyć stację wiedeńską, bezpodstawnym jest przypuszczenie, ażeby tego rodzaju przeszkody mogły rozdzielić więzy krwi, łączące Niemców po jednej i drugiej stronie granicy.


Prof. Kot oświadcza, że z masonerią nie ma nic wspólnego.

Kraków, 12. 7. (Tel. wł.). Profesor Stanisław Kot nadesłał Polskiej Agencji Agrarnej następujące oświadczenie: „Rewelacje pana L. K. w „Polityce”, powtórzone przez większość prasy, podały moje nazwisko pośród rzekomych masonów na podstawie rzekomych jakichś katalogów, ogłoszonych przez masonoznawców. Nie mieszając się do prowadzonej na łamach dzienników dyskusji o masonerii, pragnę stwierdzić z naciskiem, że nigdy i nigdzie w żadnej organizacji wolnomularskiej ani bezpośrednio, ani pośrednio nie uczestniczyłem. Na zaproszenie do wstąpienia do masonów, skierowane do mnie swojego czasu ze środowiska ideowo-politycznego, do którego p. L. K. przynależy, odpowiedziałem odmownie”.


Ok 2300 masonów Polsce?

Dzieją się w Polsce rzeczy na pozór niezrozumiałe. Oto poseł Budzyński z grupy Sławka w dniu 19 lutego br. żądał postawienia w stan oskarżenia (na mocy artykułu 135 k. k.) kilku wysokich urzędników państwowych za przynależność do masonerii, a więc do zakazanych tajnych związków. Między innymi wymienił Zygmunta Dworzańczyka. Oskarżenia nie wytoczono, a p. Zygmunt Dworzańczyk awansował na dyrektora departamentu w Ministerstwie Opieki Społecznej. Innego rzekomego masona, Kościałkowskiego, jak wiadomo, ożeniono z żydówką. Nowa interpelacja w Sejmie. O skutek nie pytajmy. Rząd sobie z tego Sejmu akurat tyle robi, co z ubiegłorocznego śniegu.
Równocześnie otrzymaliśmy wiadomość, że minister opieki społecznej zwolnił ze stanowiska naczelnika wydziału Polaka, a w jego miejsce mianował żyda, głośnego już Birnbauma.
Z faktami tymi zbiegł się poniekąd głośny już artykuł w młodo-konserwatywnej „Polityce” (dawniej „Bunt Młodych”) pod tytułem „Kilka uwag o masonerii w Polsce”. Autor podpisał się literami L. K. Wielu uważa i otwarcie mówi, że to p. Leon Kozłowski, były premier, nie tylko „wybitny polityk”, jak go nazywa „Polityka”, lecz człowiek, który na nieszczęście Polski zajmował zbyt długo wybitne stanowisko polityczne. Z masonerią nie walczył nigdy, gdy miał władzę w ręku. Rozpoczął ją obecnie, gdy się poróżnił nawet z Ozonem. Nie oszczędza też kół rządzących, ale ostrze ataku skierował jednak pod adresem opozycji. Twierdzi on, że wśród opozycji działają przedstawiciele lóż Wielkiego Wschodu (obrządek francuski), a ma ich być około 350. Wymienia nazwiska prof. St. Strońskiego, Paderewskiego, generała Sikorskiego, profesora Kota i marszałka Rataja (wszyscy oni ze Stronnictwa Ludowego). Koła kierownicze w Polsce należą według p. L. K. do loży szkockiej (obrządku angielskiego). Członków w Polsce jest około 1000, ale nazwisk żadnych autor nie wymienia, z wyjątkiem mundurowych. Zresztą na tym tle były już konfiskaty. Zależnymi od masonerii angielskiej są Rotary Cluby i YMCA, a od francuskiej Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela (na czele stoi francuski żyd Basch). Wreszcie istnieje loża czysto żydowska Juda Juda. Wszystkie razem słuchają wskazówek Wielkiej Rady Masońskiej, choć „w terenie” się zwalczają. O tajemniczości w lożach rewelacje p. L. K. nic nowego nie przynoszą, bo dawno wiemy, jaką tajemnicą masoneria otacza swoją organizację.
P. L. K. twierdzi, że materiały czerpał z katalogów masońskich, łatwo dostępnych w bibliotekach i archiwach, a „powie więcej, gdy przyjdzie czas na opublikowanie katalogów masońskich” w Polsce. Oby to nastąpiło jak najprędzej i oby p. L(eon) K(ozłowski) dotrzymał słowa!
Niezrozumiałym jest dla nas twierdzenie, że:
„Od roku 1930 marszałek Piłsudski rozpoczął likwidację wpływów szkockich, a wprowadzenie konstytucji miało być ostatecznym usunięciem wpływów szkockich na życie Polski. Śmierć przerwała tę pracę”. 

W nowej konstytucji nie widzimy nawet cienia zamiaru walki z masonerią i

(Ciąg dalszy na str. 2)
 
(Ciąg dalszy)

...dlatego p. L. K. nie wskazuje wyraźnie tych postanowień, któreby podobny zamiar uzasadniały.
Konserwatywny „Czas” nawiązując do artykułu p. L. K., takie wypowiada uwagi:
„Skoro p. (L. K.) twierdzi, że osobistości zajmujące w Polsce kierownicze stanowiska są masonami i skoro daje nam do zrozumienia, że nazwiska ich figurują w owych wydawanych w Genewie oficjalnych katalogach masońskich, to musimy się zwrócić pod adresem czynników rządzących z jak najbardziej kategorycznem żądaniem wyświetlenia całej tej sprawy. Przecież to, co napisał w swym artykule p. (L. K.), jest straszliwym oskarżeniem grupy rządzącej, oskarżeniem tym bardziej ciężkim, że nie wyszło ono spod pióra jakiegoś trzeciorzędnego nikomu nieznanego i goniącego za tanią sensacją dziennikarza, ale że sformułował je wybitny polityk, człowiek, który niedawno zajmował najwyższe stanowiska w hierarchii państwowej, a więc człowiek, który z pewnością znały tajne sprawy i wiedział co twierdził. To jest coś więcej niż głośna w swoim czasie interpelacja posła Budzyńskiego w sprawie przynależności do masonerii jakichś pozbawionych wszelkich wpływów urzędników, to jest oskarżenie rzucone pod adresem czołowych osobistości reżimu. I to musi być wyjaśnione.
Sprawa owych katalogów, na które powołuje się p. (L. K.) winna być wyświetlona jak najrychlej, ich autentyczność dokładnie zbadana, nazwiska, które figurują w tych katalogach opublikowane. I to bez względu na to, czyje to są nazwiska, ministra czy referenta, politycznego przywódcy czy zwykłego pionka.
Gdy chodzi o polityków opozycyjnych, których p. (L. K.) oskarża o przynależność do masonerii, można troskę o wyjaśnienie tego zarzutu pozostawić ich inicjatywie. Gdy jednak chodzi o zarzut dotyczący osób pozostających na kierowniczych stanowiskach w służbie państwowej musi wkroczyć władza. Sprawę tą powinien się zająć Minister Sprawiedliwości, wdrażając niezwłocznie energiczne śledztwo. Na jego wszczęcie i wynik opinia publiczna czekać będzie z niecierpliwością”.
Dla nas, z wielką niecierpliwością. Naród polski ma prawo wiedzieć, jakie wpływy wywołują w Polsce pociągnięcia, które są dla niego niezrozumiałe.



Zachwiane rewelacje b. premiera o masonach opozycji.

Pan L. K. grozi kompromitacją.


Warszawa, 12. 7. Rewelacje masońskie pana (L. K.) wywołały dość ożywioną reakcję w prasie i opinii publicznej.
Zawisnął, jak pisze „Kurier Polski” wyczuwalny na niemal zgodne dwa postulaty:aby autor rewelacyj pan (L. K.) po rycersku uchylił przyłbicy i podał nam do wiadomości społeczeństwa swe imię i nazwisko.
aby pan (L. K.) nie czekał na „przyszły czas”, ale aby zaraz opublikował przede wszystkiem nazwiska masonów na „kierowniczych stanowiskach” w Polsce.
Zachodzi obawa, że te żądania nie zostaną spełnione. Otoczenie pana (L. K.) postarało się o to, aby cały kraj wiedział, iż autorem masońskich rewelacyj jest b. premier gen. Leon Kozłowski i że on właśnie kryje się pod literami (L. K.). Opinia domaga się słusznie, aby p. (L. K.) wyszedł z zarezerwowanych liter i na własne nazwisko wymienił nazwiska, i aby wziął na siebie całkowitą odpowiedzialność za swoje rewelacje.
Nie widzimy żadnej przeszkody, dla której karta działalności publicznej b. premiera i senatora Kozłowskiego nie miałaby być zapisana również wydarzeniami z wyprawy przeciw „dzieciom wdowy” i „braciom w fartuszkach”.
Ogłoszenie nazwisk masonów na „kierowniczych stanowiskach” w Polsce stało się po prostu nieodzowną koniecznością. I to ogłoszenie niezwłoczne.
Jest to konieczne tym bardziej, że opublikowani dotychczas „masoni” z opozycji przeczą kategorycznie, jakoby do masonerii należeli. Wśród wymienionych przez b. premiera Kozłowskiego „masonów” z loży Wielkiego Wschodu figuruje nazwisko znakomitego uczonego polskiego i wybitnego działacza Stronnictwa Ludowego prof. Stanisława Kota. (Oświadczenie prof. Kota zamieszczamy na innym miejscu.)
Oświadczenie prof. Kota jest wydarzeniem dużej wagi. B. premier Kozłowski wymienił, jak donosiliśmy, w ogóle pięć nazwisk jako rzekomych masonów. Przypominamy, że są to nazwiska: Paderewski, gen. Sikorski, b. marszałek Rataj, prof. Stroński i prof. Kot. Spośród wymienionych dotychczas tylko prof. Kot uznał za wskazane złożyć oświadczenie, przeczące prawdziwości rewelacyj b. pana premiera.
To oświadczenie zupełnie wystarcza, aby zachwiać całym oskarżeniem b. premiera Kozłowskiego. Bo skoro p. (L. K.) „widział” w katalogu członków Wielkiego Wschodu nazwisko prof. Kota, który to masonerii w ogóle nie należy, to społeczeństwo musi popaść w wątpliwość wszystkich rewelacyj b. premiera i postawić nad nimi znak zapytania.
W tych warunkach autor rewelacyj musi przedstawić dowody na prawdziwość swych odkryć. W przeciwnym razie grozi mu kompromitacja.
B. premier Kozłowski ma głos. Czeka na niego z niecierpliwością całe społeczeństwo.


Czym się to skończy?


Kłajpeda jest podminowana nienawiścią niemiecko-litewską.


Ryga, 12. 7. (PAT). Donoszą z Kłajpedy: Wielkie naprężenie panujące w Kłajpedzie bynajmniej nie ustaje. Dyrektorat kraju kłajpedzkiego ogłosił w prasie wyjaśnienia w związku z zajściami z dn. 4, 21 i 28 czerwca w porcie kłajpedzkim. W komunikacie tym stwierdza się, że winną godnych ubolewania zajść jest policja portowa i graniczna, jak również sami Litwini. Litewska prasa wyraża z tego powodu oburzenie, określając wyjaśnienia dyrektoriatu jako stronnicze. Jednocześnie prasa komunikuje, że sfery oficjalne wyrażają nadzieję, iż władze litewskie do utrzymania spokoju i powstrzymania się od wszelkich polemik, co może być wykorzystane przez wrogów Litwy.
Śledztwo w sprawie zajścia z dn. 28 czerwca dobiega końca. Wytoczone są dwie sprawy: o zajścia w związku z przybyciem statku „Prussen” oraz o zajścia przy wjeździe statku „Hansestadt Danzig”. Oburzenie na postępowanie policji autonomicznej wśród ludności litewskiej było tak wielkie, że po dniu 28 czerwca przez kilka dni nie widziała się na ulicach Kłajpedy policjantów, którzy unikali w ten sposób reakcji ze strony litewskiej.
Wczoraj wszystkie księgarnie litewskie w Kłajpedzie odwiedzili urzędnicy policji autonomicznej i skonfiskowali wystawione fotografie ofiary zajść z dn. 28 czerwca, Litwina Kontaukasa, który – jak wiadomo – został zabity. Fotografie te zostały wydane przez kolegów Kontaukasa i organizację młodzieży litewskiej w Kłajpedzie i miały napis „Niech ziemia tobie będzie lekka za ofiarę życia, którą złożyłeś na ołtarzu ojczyzny”.


Stosunki handlowe Polski z Litwą.

Nafta, węgiel i żelazo za bekony i nasiona.


Kowno, 12. 7. (PAT). Prasa litewska podaje projekt uregulowania stosunków handlowych polsko-litewskich, który będzie podstawą obrad, jakie toczyć się będą w Warszawie w dn. 18 bm. pomiędzy delegacjami polską i litewską. Przewiduje się, że obroty między obu krajami wynosić będą 25 miln. litów rocznie. Litwa kupować ma w Polsce naftę, żelazo, węgiel i manufakturę. Przewiduje się, że Polska natomiast sprowadzać będzie z Litwy bekony dla celów eksportowych oraz niektóre nasiona. Ewentualne różnice w bilansie miałyby być wyrównywane ze strony Polski spławem materiałów drzewnych, pochodzących z wyrębu lasów na Wileńszczyźnie.







Nad trumną Ottona Bauera.

Socjaliści wiedeńscy przygotowali anszlusz.
Samobójcza polityka doprowadziła do klęski.
(Od własnego korespondenta „Dziennika Bydgoskiego”)


Paryż, w lipcu. Pod murem Komunardów na cmentarzu Père Lachaise złożono do ziemi trumnę Ottona Bauera. Wielki przywódca socjalistycznych mas austriackich, człowiek, który jeszcze dziesięć lat temu był potęgą, umarł na wygnaniu, w nędzy, przeżywszy straszną klęskę tego ruchu, którym przez długie lata kierował. I ten pogrzeb paryski nasuwa wiele refleksji, będących może w sprzeczności z oficjalnymi głosami miejscowej prasy socjalistycznej, lecz kto wie, czy nie posłużących słuszniejszemu słowu historii, sądzącemu bezstronnie te postacie, które były głównym przyczynkiem do dzisiejszego upadku Austrii. A zarazem stanowi klasyczny przykład, jak mszczą się w polityce metody oceniania biegu wypadków pod kątem jedynie własnej partii, co więcej, jak fatalne skutki pociąga dla samej partii kierowanie się względami chwilowej tylko koniunktury i niewyciąganie z danych założeń wszystkich konsekwencyj na przyszłość.
Dwie twarze Ottona Bauera.
Otto Bauer był pod koniec swego życia fanatycznym zwolennikiem niepodległości Austrii. Do ostatnich swych dni stał na bastionie walki z Trzecią Rzeszą, która wyciągała swe macki po Wiedeń, walczył z hitleryzmem i pangermanizmem. Świetny pisarz – rzucał gromami argumentów w obronie wolności, pokoju, bezpieczeństwa Europy. Otóż w dłuższm okresie powojennym nie było większego zwolennika anszlusu, większego akwizytora „złączenia śmiesznej granicy” jak właśnie Otto Bauer. I nikt bardziej od niego nie przyczynił się do budowy tego szeregu łańcucha faktów, które musiały doprowadzić do tragedii z dnia 11 marca 1938.
Wbrew ogólnemu mniemaniu, dążenia separatystyczne w Austrii bezpośrednio po wojnie, były silne zarówno wśród warstw chłopskich, jak i wśród mieszczańskiej inteligencji. Gdy załamał się front nad Piavą – zjawiły się w Wiedniu dawne kolory Babenbergów. Odwieczna psychika społeczna, owa, różnice całych wieków tradycji, rzekome wspomnienia wojen z Prusami – wszystko to składało się na silne poczucie odrębności krajów alpejskich. Bardzo charakterystycznym jest mało znany szczegół, że pierwsze dążenia „anszlusowe”, które pojawiły się w Tyrolu w 1919 roku, głosiły hasło połączenia się nie z Niemcami – lecz ze Szwajcarią.
Karygodne błędy socjalistów.
Natomiast zwolennikami jak najszybszego wcielenia Austrii do Rzeszy – byli socjaliści wiedeńscy. W Niemczech dochodziła do władzy potężna druga międzynarodówka. Słabo przeciwstawiały się jej centrum, partie prawicowe nie cieszyły się popularnością. Przywódcom socjalizmu wydawało się, że pomoc, którą rozporządzał proletariacki Wiedeń, będzie rozstrzygająca. Z tego więc powodu zarówno na terenie własnym, jak i międzynarodowym wysunęli tę samą argumentację anszlusu, którą w kilkanaście lat później przejęli ze stenograficzną dokładnością ich przeciwnicy.
To był pierwszy, olbrzymi błąd socjalistycznej partii austriackiej. Za nim poszły następne. Stronnictwa chrześcijańsko-demokratyczne zaproponowały socjalistom współudział w sprawowaniu rządów. Zwolennikiem porozumienia był nikt inny, jak genialny kanclerz austriacki, ks. Seipel. Można było wypracować wspólny program, można się było zgodzić na pewne wspólne cele. Całe ustępstwo socjalistów polegałoby tylko na zdawaniu sobie sprawy z faktu, że nie są sami, że muszą się liczyć z ogólną sytuacją, że swoje cele należy przystosować do interesów nie tylko jednej warstwy, ale całego społeczeństwa. Tymczasem w Wiedniu rozszalała się demagogia, której rozstrzygające postępy napełniały obawą wyznawców zasad prawdziwie demokratycznych. Doszło do tego, że rozżarzony tłum spalił Pałac Sprawiedliwości. Zaczęły się mnożyć objawy nadużyć, które z biegiem czasu wykopały przepaść między ludnością wiejską i mieszczaństwem z jednej, a socjalistami z drugiej strony.
Socjaliści zniszczyli Austrię.
Austria mogła się stać drugą Szwajcarią, Bawaria lub Danią, wzorem państwa demokratycznego, o wielkich perspektywach rozwoju społecznego, który mężnie dążyłby do celu na jedynie zdrowych i twórczych zasadach ewolucji. Tymczasem socjaliści austriaccy, obawiając się konkurencji komunistycznej – za często i za głośno posługiwali się słowami „rewolucja”. A rewolucji społeczeństwo zmęczone wojną i niedostatkiem powojennym – nie chciało i chcieć nie mogło.
I tu tkwią najważniejsze powody, dla których wśród tych samych warstw, jakie układały adresy do syna b. cesarza Karola, pierwsze wykwity dwukolorową chorągiew – zaczęły szerzyć się hasła anszlusu i połączenia z Rzeszą. Skoro w Niemczech dochodził do władzy Hitler – sama logika wypadków nakazywała socjalistom szukania porozumienia z Dollfussem, nawet za wszelką cenę. Gdyby był rząd mieszczański, nawet bez współudziału Ottona Bauera, aniżeli bezwzględna dyktatura nazistowska. Tymczasem przez cały rok 1933 trwała walka, która w 1934 doprowadziła do otwartej wojny na ulicach Wiednia. Krok Dollfussa był niewłaściwy, słuchanie poleceń faszystowskich Włoch szkodliwe – ale ogromnie była również niewłaściwa taktyka austriackiej partii socjalistycznej. Gdyby, zamiast zwalczać republikę austriacką w imię łączności z socjalizmem niemieckim, poświęcono choćby część swego programu interesom ogólnym, gdyby zamiast bezpłodnej krakowiackiej demagogii – postawiono przeciwnika nim, jako wrogom demokracji – republika austriacka dożyłaby współcześnie z wielką i twórczą myślą niemiecką. Nie tylko o raborze Austrii, ale również o tej hegemonii, która śmiercią bitewnym w Rzeszy – nie mogłoby być mowy.
Los się mści.
Polityka dorywczych korzyści, wykorzystywanie koniunktury nawet za cenę sprzeczności z zasadami ogólnoludzkimi i narodowymi – sprawiały stopniowy zanik wpływów austriackiej partii socjalistycznej i pośrednio przyczyniły się do utrwalenia dyktatury. Polityka socjalistów austriackich okazała się samobójstwem. Bezkrytyczne nie zastanawiając się nad przejawami trudności życia, tak zmiennego i tak ciężkim sytuacjom podlegającego, jak dzisiejsze. I dlatego w kilka lat po spaleniu Pałacu Sprawiedliwości w Wiedniu – mszczą się te błędy dawnej dobrej wiary. Krótkowzroczność polityczna pomściła się na losach partii austriackiej – i na losach ich przyszłości, Ottona Bauera.
– Niekonsekwencje w założeniach – mówił ks. prałat Seipel – niekonsekwencje w organizacji życia społecznego urastają w następstwach swoich do takiej potęgi zła, jakiej ogrom przeraziłby tych, co z lekkim sercem podejmują decyzje, może efektowne w danej chwili – lecz jakże fatalne w bliskiej nawet przyszłości...

Słowa te mogą odnosić się do austriackiej partii socjalistycznej. Ale czy tylko do austriackiej?
Dr Tadeusz Kiełpiński.

Chodzi o PPS?




Dyktator, którego kocha własny naród.

Sława Kemala Paszy, dyktatora Turcji, narodziła się podczas wojny światowej, jako obrońcy Dardanelów. Podczas następnych, niepokojnych lat, dzięki swym zdolnościom oratorskim oraz wojskowym, stał się on wodzem nowej Turcji. 3 marca 1924 r. pozbył się sułtana, organizując republikę świecką i kładąc kres dominacji kleru. Od tego czasu narzucał narodowi jedną reformę po drugiej, aż nie pozostało prawie nic z dawnych tradycyj.

NAJPIERW ZABRONIŁ NOSZENIA FEZU.
Dla przykładu ubrał w czapki swą gwardię przybyczną. Objeżdżając cały kraj, sam włożył szeroką panamę. Tłumy oniemiały ze zdziwienia: dla Turków „kapelusz” był oznaką znienawidzonych cudzoziemców i chrześcijan. Gdy przykład nie podziałał, użył siły. Policja otrzymała rozkaz aresztowania noszących fezów.

Następnie Ghazi (zwycięzca) powołał prawników europejskich, by ułożyli nowe kodeksy, wzorując się w handlowym na Niemczech, w karnym na Italii, oraz w cywilnym na Szwajcarii. Zniesiona została poligamia i haremy. Panie, które dawniej nigdy nie ukazywały się publicznie bez osłon i eunuchów – obecnie pojawiły się w teatrze w towarzystwie męskim, a nawet grały w tenisa w partiach mieszanych. Nowa konstytucja pozwoliła wziąć udział w wyborach 2 milionom kobiet, a nawet zostać posłankami. 8 lutego 1935 r. osiemnaście posłanek, wśród oklasków swych kolegów złożyło przysięgę. Dziesięć z nich było nauczycielkami - cztery ławnikami, jedna lekarzem i dwie zajmowały się rolnictwem. i to w narodzie, gdzie od setek lat kobiety prowadziły egzystencję niemal roślinną.

Gdy Kemal Pasza objął rządy, 95 procent zaliczało się do analfabetów. Obecnie uczą się wszyscy pisać i czytać, wszędzie są szkoły. Wszystkie większe miasta mają doskonałe kliniki, wszędzie wprowadzono odczyty i pokazy kinematograficzne dla matek o zdrowiu, higienie i wychowaniu. Angora było miastem zaniedbanym, w zimie bajorem, w lecie zbiorowiskiem zakurzonych, nędznych chałup. Kemal sprowadził inżynierów i profesorów, by zbudowali stolicę.
Plan pięcioletni dał Turcji własne fabryki sukna, wyrobów bawełnianych i jedwabnych, skór, opon samochodowych i mebli. Poza jedną pożyczką wziętą od Sowietów, Ghazi finansuje swe plany z dochodów bieżących. Armia, marynarka i lotnictwo zostały zmodernizowane. Curtiss-Wrigth, towarzystwo amerykańskie, wybudowało fabrykę amunicji i nadesłało specjalistów. Ostatnio Kemal Pasza wydał szereg zarządzeń o charakterze raczej demokratycznym.


Musiałem poprawić ten tekst, bo ewidentnie źle napisał - własną wersję.... Wydaje mi się, że to wynika z tego, że właścieciele nie chcą, by tak za darmo Ai wszystko robiło....

Zniekształcony tekst:

Dyktator, którego kocha własny naród.
Sława Kemala Paszy, dyktatora Turcji, narodziła się podczas wojny światowej, jako obrońcy Dardantelów. Podczas następnych, niepokojnych lat, dzięki swym zdolnościom oraz wojskowym, stał się on wodzem nowej Turcji. 3 marca 1924 r. pozbył się sułtana, organizując republikę świecką i kładąc kres dominacji kleru. Od tego czasu narzucał narodowi jedną reformę po drugiej, aż nie pozostało prawie nic z dawnych tradycji.
NAJPIERW ZABRONIŁ NOSZENIA FEZU.
Dla przykładu ubrał w czasie swej gwary przybyszowej objętościowy całą kraj, sam włożył szeroką panamę. Tłumy oniemiały ze zdziwienia: dla Turków „kapelusz” był oznaką znienawidzonych cudzoziemców i wszelkie wspomnienie o nim kazało im użyć siły. Policja otrzymała rozkaz aresztowania opornych fezów.
Następnie Ghazi (zwycięzca) powołał prawników europejskich, by ułożyli nowe kodeksy, wzorując się na handlowym w Niemczech, w karnym na Italii, oraz w cywilnym na Szwajcarii. Zniesiona została poligamia i haremy. Kobiety, które dawniej nigdy nie ukazywały się publicznie bez osłon i eunuchów – obecnie pojawiły się w teatrze w towarzystwie mężów, a nawet grały w tenisa w partiach mieszanych. Nowa konstytucja pozwoliła wziąć udział w wyborach 2 milionom kobiet, a nawet zostać posłankami. 8 lutego 1935 r. do parlamentu weszło siedemnaście kobiet. Kemal Pasza dbał o rozwój szkolnictwa, zwalczał analfabetyzm i wprowadził alfabet łaciński zamiast arabskiego. Dbał o rolnictwo i przemysł, budował drogi i koleje.
Gdy Kemal Pasza objął rządy, 95 procent ludności nie umiało czytać i pisać. Obecnie sytuacja ta uległa znacznej poprawie. Wprowadził obowiązkowe nauczanie, założył uniwersytet i liczne szkoły techniczne. Turcja stała się państwem nowoczesnym i silnym.
Plan pięcioletni dał Turcji własne fabryki sukna, wyrobów bawełnianych i jedwabnych, szkła, papieru, cukru i siarki. Poza jedną pożyczką wziętą od Sowietów, Ghazi finansuje swe plany z dochodów bieżących. Armię, marynarkę i lotnictwo zostały zmodernizowane. Curtiss-Wright, towarzystwo amerykańskie, wybudowało fabrykę amunicji i nadesłało specjalistów. Ostatnio Kemal Pasza wydał szereg zarządzeń o charakterze raczej demokratycznym.



Ai nie chciał też przepisać tego tekstu o Niemcach, usunąłem dwa słowa na jpg - te podkreślone - i jeszcze raz mu wysłałem -  i te dwa słowa on sam uzupełnił [wpisał w nawiasach], co świadczy o tym, że "zapoznał się" z tekstem wcześniej.


Od ostatniego procesu hitlerowskiej organizacji na Śląsku minęło już parę miesięcy. I sprawa kęsowska przycichła. I ton prasy niemieckiej w Polsce się uspokoił.
To są zewnętrzne objawy stanowiska mniejszości niemieckiej w Polsce. Czyżby się uspokoili? Czyżby nareszcie doszli do jedynego mądrego wniosku, że tylko lojalność wobec państwa jest ich jedyną drogą postępowania w Polsce?
Pewnie, że tak byłoby najlepiej, ale nie trzeba się zbytnio łudzić. Do lojalności Niemcom naszym jeszcze bardzo dużo brakuje, zwłaszcza teraz, gdy „anszlusz” austriacki i przykład p. Konrada Henleina mają swoją zachęcającą wymowę.

Wprawdzie nakazy z Niemiec hamują zewnętrzne wystąpienia antypolskie, ale — trzeba umieć czytać między wierszami, trzeba czujnie słuchać, co świta w głowach i młodych i starych Niemców, którzy przez 20 lat życia w niepodległej Polsce nie potrafili nawet nauczyć się po polsku.
Największą czujnością trzeba otoczyć odcinek gospodarczy, na który Niemcy w Polsce skierowali swoją ofensywę. Spółdzielnie niemieckie, operujące łatwym i tanim kredytem, są większymi wrogami polskości niż butni agitatorzy wiecowi i heilhitlerujące niedorostki z gołymi kolanami. Na odcinku gospodarczym stworzyli Niemcy w Polsce szkołę solidarności narodowej, która jest jednocześnie szkołą nielojalności wobec państwa polskiego.

Notujemy fakty:

Pastor gminy ewangelickiej (unijnej) w Bydgoszczy nawołuje w świątyni przy placu Kościeleckich do kupowania tylko u Niemców i do popierania wyłącznie niemieckich rzemieślników.
Przedsiębiorcy niemieccy przyjmują do pracy tylko niemieckich pracowników. Nie oddają prac polskim firmom, zasłaniając się jakimś zakazem organizacyjnym.
Są to oczywiście rzeczy prawem nie zakazane. Ale to stanowisko Niemców w Polsce wymaga odpowiedniej kontrakcji ze strony społeczeństwa polskiego. Na bojkot trzeba odpowiedzieć bojkotem.


Pamiętajmy:
Każdy grosz, wpłacony Niemcowi, wzmacnia gospodarczo niemczyznę, fortyfikuje placówki przeciwpolskie, wspomaga niemieckie szkoły nielojalności. Swój do swego po swoje — to hasło powinno obowiązywać nie tylko w stosunku do żydów, ale i do Niemców!





AI:

Oto wyjaśnienie obu wątków, które rzucają światło na nastroje panujące w tamtym czasie:

Konrad Henlein i „wariant sudecki”
Konrad Henlein był liderem Partii Sudetoniemieckiej (SdP) w Czechosłowacji. Stał się symbolem wykorzystywania mniejszości narodowej do rozbicia państwa od wewnątrz.Oficjalnie twierdził, że walczy jedynie o autonomię dla Niemców sudeckich, ale w rzeczywistości ściśle współpracował z Hitlerem.
Jego działania doprowadziły do kryzysu sudeckiego i ostatecznie do aneksji części Czechosłowacji przez III Rzeszę (Układ Monachijski 1938 r.).


Dlaczego polska gazeta o nim wspomina? Autor artykułu obawiał się, że Niemcy mieszkający w Polsce (np. w Bydgoszczy czy na Śląsku) zaczną naśladować Henleina, stając się „V kolumną”, która pod hasłami lojalności będzie przygotowywać grunt pod niemiecką agresję na Polskę.

„Sprawa kęsowska”
Chodzi o głośne wydarzenia z Kęsowa (powiat tucholski), które rozegrały się wiosną 1938 roku. Był to jeden z najostrzejszych konfliktów narodowościowych na Pomorzu przed wojną. O co poszło? Niemieccy właściciele ziemscy (m.in. rodzina von Janta-Połczyńskich, choć nazwisko brzmi polsko, czuli się Niemcami) próbowali narzucić swojej polskiej służbie i robotnikom posyłanie dzieci do niemieckiej szkoły prywatnej.
Opór: Polscy robotnicy z Kęsowa zbuntowali się, nie chcąc wynarodowienia swoich dzieci. Doszło do manifestacji, bojkotów i interwencji policji.
Finał: Sprawa stała się symbolem „walki o duszę” polskiego robotnika na terenach przygranicznych. Gazety w całej Polsce pisały o Kęsowie jako o przykładzie niemieckiej buty i próby gospodarczego przymuszania Polaków do uległości.
Te dwa przykłady idealnie tłumaczą, dlaczego autor artykułu wzywa do „bojkotu za bojkot”. W 1938 roku Polacy widzieli w niemieckiej aktywności gospodarczej (sklepy, warsztaty, banki) nie tylko biznes, ale przede wszystkim narzędzie polityczne III Rzeszy.















Opinia publiczna bije na alarm.
Tajemnice stoczni gdańskiej.

Społeczeństwo oczekuje energicznej ochrony interesów polskich.


Gdańsk, 12. 7. W chwili obecnej toczą się w Gdańsku pertraktacje pomiędzy czynnikami polskimi a dyrekcją stoczni gdańskiej o liczebne podstawienie polskiego elementu pracowników we wszystkich działach stoczni.

Osobliwe pertraktacje.
Ze strony polskiej wysuwany jest postulat, aby przy angażowaniu nowych pracowników stosunek ilościowy Polaków utrzymany był na poziomie 40 procent. Niewtajemniczonemu w stosunki gdańskie może wydawać się wprost niesamowitym, że po 18 latach istnienia stoczni, czynniki polskie muszą prowadzić pertraktacje z dyrekcją stoczni jakby z równym sobie kontrahentem o to, aby w stoczni, żyjącej głównie z Polski, mógł znaleźć oparcie polski pracownik.

W stoczni gdańskiej dzieje się jednak wiele bardzo dziwnych rzeczy. Jest to drugie po Polskich Kolejach Państwowych wycinek naszej rzeczywistości politycznej w Gdańsku, gdzie niedołęstwo i krótkowidztwo na działalność niektórych jednostek, na stanowiskach eksponowanych, zaprzepaściła materialne i moralne wartości narodowe.

Z łaski państwa polskiego.
Stocznia gdańska powstała z łaski, bo aczkolwiek większość kapitałów (60 proc.) jest pochodzenia angielskiego i francuskiego, a kapitał polski i gdański zaangażowane są w równej mierze po 20 proc., to jednak kapitały zagraniczne zdecydowały się na lokatę w stoczni tylko dlatego, że rząd polski zobowiązał się swego czasu do przekazywania oddania remontów do wysokości prawie 1 miliarda złotych w złocie.

Polska – najważniejszym klientem.
Suma ta stanowi równowartość około 3000 lokomotyw. Jeżeli się zważy, że obecny tabor lokomotyw w Polsce nie przekracza 5 i pół tysiąca sztuk, widać z tego, że jak błogą podstawa polskiego stanowi udział nie gorzej od kapitałów płynnych, wniesionych przez zagranicę.

Ale na tym nie kończy się udział kapitałów polskich. Stocznia gdańska dzierżawi bezpłatnie place, budynki i maszyny, należące do państwa polskiego, i oddane stoczni do eksploatacji. Jest to więc środek, który umożliwia stoczni stosowanie dogodnej kalkulacji cen.

Milionowe zamówienia.
Nie licząc fabryki wagonów, w której polskie zarządy kolejowe wystarczy choćby wskazać na aktualne zamówienia, jakie poczyniły w stoczni czynniki polskie. Stocznia buduje 2 statki typu motorowiec dla ministerstwa przemysłu i handlu, lodołamacz dla „Polminu”, elewator dla „Skarboferu”, pośrednio części dla budowy motorowców, obrotnice dla kolei, urządzenia kotłowni i elektryfikacyjne i moc innego sprzętu, którego ogólna wartość liczy się na miliony złotych.

To są wartości, które wnosi do stoczni rynek polski.

Wpływy finansowe z Polski wynoszą ponad 90 proc. całości dochodów stoczni. Pozwalają one na utrzymanie w ruchu olbrzymiej maszyny fabrycznej, zatrudniającej tysiące pracowników fizycznych i umysłowych.

Jedyne wpływy.
To są jednak jedyne „wpływy”, jakie posiadać może stocznia. Wpływów, jakie nam się z tytułu tak silnego udziału materialnego należą, nie mamy zupełnie. Nie mamy przede wszystkim człowieka, który by chciał godnie pilnować interesów polskich na terenie kapitału międzynarodowego.

Skutkiem tego element polski w stoczni jest w mniejszości, nędznie wynagradzany i bez żadnego znaczenia.

Polacy – 8 proc. ogółu pracowników.
W najlepszej koniunkturze ilość Polaków nie przekraczała 8 proc. ogółu pracowników. Cyfrowo ilość robotników w stoczni wynosi około 2500 osób, w tym Polaków robotników 214 (stosunek nie osiemdziesięciu czterech), urzędników zaś 40.

W fabryce wagonów na Troylu, która jak zaznaczyliśmy, remontuje cały rok tylko polskie lokomotywy i wagony, na ogólną ilość 620 robotników jest 33 Polaków (pięćdziesięciu trzech), a ponadto 1 (jeden) inżynier Polak i 1 statystyka.

Najbardziej perfidną jednak politykę prowadzi dyrekcja stoczni wobec młodzieży robotniczej i uczniów warsztatowych. Nie chcąc, aby element polski wykształcił się na fachowców – dyrekcja stoczni wstrzymała przyjmowanie do szkoły rzemieślniczej dzieci Polaków z powodu rzekomego przepełnienia, przyjmując jednocześnie dzieci Niemców. W ten sposób na ogólną ilość 254 uczniami jest tylko 42 Polaków.

Polscy murzyni.
Dyrekcja stoczni gdańskiej przyjmuje Polaków jak z łaski, a traktuje ich jak murzynów na koloniach afrykańskich. Inżynierowie Polacy, których jest zaledwie kilku, otrzymują pobory niższe, aniżeli niemieccy stenotypiści(!). Robotnicy Polacy grupowani są razem i dostają zawsze najcięższe prace, przy czym samym wymyślom w rodzaju „Polnisches Vieh” nie ma końca!

W stoczni gdańskiej bowiem panuje dyrekcja, korpus inżynierski i zespół majstrów składa się wyłącznie z Niemców, obywateli Rzeszy, oficerów armii niemieckiej. Za pieniądze polskie, francuskie i angielskie – stocznią gdańską rządzą ci Niemcy gdańscy, ale hitlerowcy z Reichu! I w tym leży cała tajemnica fatalnego dla Polski układu sił w stoczni.

Ponura groteska.
Polscy pracownicy stoczni gdańskiej, Polonia gdańska i całe społeczeństwo polskie nie wątpi, że Polska posiada dostateczne środki, aby uzyskać kierownicze i decydujące stanowisko w stoczni, która egzystuje głównie dzięki polskim zamówieniom, przynajmniej w zakresie tych prac, które przeznaczone są dla inwestycji w głębi kraju.

Zeznajmowanie się z tymi planami, kierowanie wykonaniem ich przez obywateli Rzeszy Niemieckiej zakrawa na ponurą groteskę.

Skończyć ze skandalem!
Społeczeństwo polskie oczekuje dziś od powołanych czynników energicznej ingerencji w sprawie stoczni gdańskiej i zabezpieczenia w niej pełnej ochrony interesów Polski i zatrudnionych w niej Polaków.

Opinia publiczna spodziewa się, że nie zmaleją stosunki uległej radykalnej zmiany, a obywatele Rzeszy Niemieckiej zajmujący dobrze płatne posady stoczni, zostaną zastąpieni przez element polski.

Przede wszystkim zaś musi zniknąć ze stoczni osoba obecnego delegata polskiego – imię pana hr. Komorowskiego. Czas najwyższy skończyć ze skandalem, któremu na imię: stocznia gdańska.





AI:

Spór o Stocznię Gdańską, który tak emocjonalnie opisywał cytowany przez Ciebie artykuł, nie doczekał się szczęśliwego dla Polski finału przed wybuchem wojny. 

Sytuacja w 1938 i 1939 roku stawała się coraz trudniejsza:

Dominacja niemiecka: Mimo że Polska była głównym klientem stoczni i zapewniała jej przetrwanie swoimi zamówieniami, wpływy polskie były systematycznie ograniczane. Dyrekcja stoczni, zdominowana przez Niemców o poglądach narodowosocjalistycznych, jawnie dyskryminowała polskich pracowników i inżynierów.
Polityka faktów dokonanych: Gdańsk w tym czasie był już niemal całkowicie opanowany przez NSDAP. Stocznia stała się jednym z bastionów nazizmu w Wolnym Mieście. Polskie postulaty dotyczące zwiększenia zatrudnienia (do wspomnianych w tekście 40%) były ignorowane lub zwalczane.
Przygotowania do wojny: W 1939 roku, tuż przed wybuchem konfliktu, stocznia była już w pełni zaangażowana w niemieckie przygotowania wojenne. Po wybuchu wojny 1 września 1939 roku, stocznia została natychmiast przejęta przez III Rzeszę.
Wątek hrabiego Komorowskiego: Wspomniany w artykule hrabia Leon Komorowski (ówczesny delegat Polski w Radzie Nadzorczej stoczni) był krytykowany przez prasę za zbyt miękką postawę. Ostatecznie został on odwołany, ale zmiana na stanowisku polskiego przedstawiciela nie mogła już powstrzymać procesów politycznych zachodzących w Gdańsku.
Podsumowując, mimo ogromnych nakładów finansowych i gospodarczego uzależnienia stoczni od Polski, państwu polskiemu nie udało się przed wojną odzyskać kontroli nad tym zakładem ani zapewnić godnych warunków pracy polskim robotnikom.




 

Krzyżowa droga

powracających z Hiszpanii ochotników polskich.


Sprawie powrotu ochotników polskich z Hiszpanii znajdujemy w wychodzącym we Francji „Narodowcu” następujące uwagi na czasie:

W chwili obecnej staje się coraz aktualniejsza sprawa ochotników powracających z Hiszpanii. Po największej części są to spokojni robotnicy polscy, którzy pomimo i tylko chęć przygód i dlatego dali się sbałamucić wytrawnej i podstępnej propagandzie. Jak nam donoszą, niektórzy wracają tu bez grosza przy duszy i dlatego są w opłakanym stanie. Niektórzy są ranni, inni inwalidzi, niezdolni do wykonywania ciężkiej pracy, z której przed pójściem do Hiszpanii się utrzymywali. Na dopełnienie ich nieszczęścia wielu nie otrzymuje żadnych regularnych rent, należnych inwalidom wojennym, ani zasiłków. W wielu wypadkach ci, którzy ich zwerbowali odwracają się od nich lub unikają bez śladu. Jeden z takich ochotników, obywatel polski, opowiadał nawet, że mu grożono, jeśli będzie się skarżył na swój los.

O ile położenie wracających z Hiszpanii ochotników innych krajów jest może lepiej uregulowane, o tyle położenie Polaków, którzy walczyli w Hiszpanii jest naprawdę rozpaczliwe. Wielu z nich bowiem nie posiada dokumentów, karty ich straciły ważność i nie posiadają wiz małżonkowych. Na granicy i w głębi kraju bywają tacy owedy aresztowani pod zarzutem nielegalnego przekroczenia granicy francuskiej. Aresztowanym grozi kara więzienia i wydalenie. Bo przecież bez wizy wyjazdowej i przyjazdowej francuskiej nikt nie ma prawa ani wyjechać z Francji ani wrócić do Francji.

Należy okazać pełne zrozumienie dla losu tych nieszczęśliwych. Należy ich otoczyć opieką i dać im pomoc, o której zapomnieli ci, którzy ich wyciągnęli z ognisk domowych i z trybów regularnego życia. Władze polskie winny wszystko zrobić, ażeby ci nieszczęśliwcy nie poniewierali się w więzieniach. Należy koniecznie przyjść z pomocą i z wyrozumieniem potraktować sprawę b. ochotników z Hiszpanii. Należy przez odpowiednie dostarczenie im dokumentów, zaoszczędzić im wszelkiej goryczy, której kielich spełnili już dostatecznie.

Prasa angielska, jak pisze jedno z pism polskich, doniosła w związku przyjęciem w londyńskim komitecie nieinterwencji wniosku angielskiego o wycofaniu ochotników z Hiszpanii — że w czerwonych brygadach międzynarodowych znajduje się około 3000 komunistów z Polski. Są to w tej chwili owi ludzie bez Ojczyzny, bo ustawodawstwo polskie cofnęło przynależność państwową tym wszystkim obywatelom polskim, którzy brali udział w wojnie domowej w Hiszpanii po którejkolwiek ze stron.

Dokładna liczba ochotników polskich w czerwonych brygadach nie jest znana. Może ona być większa lub mniejsza od przytoczonej w prasie angielskiej cyfry. Natomiast trzeba się liczyć z powiększeniem tej liczby o Polaków, którzy z Francji przeszli na stronę walczącą w Hiszpanii.









Szkwałem z Bydgoszczy do Gdyni!

Gdynia. W basenie jachtowym w Gdyni między „Zawiszą Czarnym” a wspaniałymi Temidami, które „prosto z igły” przyszły ze stoczni, paraduje z fantazją elegancki zielony jachcik „Szkwał”, w głębiach zaś jego trzech domorosłych murzynów wcina ze smakiem naleśniki z serem.
Okazuje się, że „Szkwał” jest „made in Bydgoszcz”, armatorem jego jest p. Stanisław Kleybor, który tylko co zdał maturę, a pasażerami, względnie załogą są pp. Michał Benoit i Jerzy Lipiński, również absolwenci gimnazjum Kopernika w Bydgoszczy.
Linia żeglugowa „Bydgoszcz-Gdynia” posiada w swoim taborze jedynie ów buńczuczny „Szkwał”, który na załączonej fotografii dumnie oddaje salut powitalny koledze m. s. „Piłsudskiemu” z bratniej linii Gdynia-Ameryka.
Armator Kleybor ma tę przewagę nad armatorami Galu, że jego jednostka morska została wykonana całkowicie w Polsce z materiałów polskich i polskimi gimnazjalnymi rękami uczniów gimn. Kopernika, gdy jeszcze byli w siódmej klasie.
Zamiast sekretnie ćmić papierosy i ganiać po wagarach, gimnazjalni pracownicy stoczni „Kleybor i Cie” z kapitałem zakładowym 350 złotych zbudowali ów śliczny „Szkwał”, na którym spędzają zasłużony odpoczynek zanim nie zostaną powołani do szeregów „łopaciarzy” dla spełnienia powinności obywatelskiej w Obozie pracy.
„Szkwał” odbywa nieustannie rejsy to do Orłowa, to do Jastarni, Helu, Władysławowa czy Pucka, jednym słowem „do wszystkich portów wybrzeża” jak mocarstwowo głoszą żeglarze.
Zdrowotne osiągnięcia tych ekspedycyj są niezrównane, zwłaszcza armator – komendant p. Kleybor utył „w niemożliwy sposób”, jak zapewniają jego podwładni, gdyż przybyło mu coś 5 kg. Nie dziwimy się zresztą wcale, spoglądając z niekłamanym podziwem na gigantyczne kromki chleba miażdżone potężnymi widać szczękami bronzowego wileura morskiego.
Ponieważ s. s. „Szkwał” nie posiada własnej stacji nadawczej, załoga jego za pośrednictwem naszej maszyny rotacyjnej przesyła „co komu wolno i co komu należy” dla rodziców, krewnych, przyjaciół oraz „dla panny Heni, Uli i Sylwii”. Za tydzień wrócą.

AI:

Dalsze losy młodych żeglarzy z Bydgoszczy, Stanisława Kleybora i jego kolegów, potoczyły się w dramatyczny sposób, splatając się z historią polskiego lotnictwa i zmagań wojennych:Stanisław Kleybor (armator jachtu „Szkwał”):
Jego marzenia o morzu przerwała wojna, ale pasja do nawigacji pozostała. Stanisław Kleybor (ur. 15 kwietnia 1920 r. w Bydgoszczy) został lotnikiem. Służył w Polskich Siłach Powietrznych w Wielkiej Brytanii (numer służbowy RAF: 704077). Był obserwatorem, co wymagało doskonałej znajomości nawigacji – umiejętności, którą szlifował pewnie już na pokładzie swojego „Szkwału”. 

Figuruje na Liście Krzystka, dokumentującej losy polskiego personelu lotniczego w Wielkiej Brytanii.
Michał Benoit i Jerzy Lipiński:
Informacje o nich są trudniejsze do jednoznacznego potwierdzenia, ponieważ nazwiska te nosiło kilka osób o podobnym profilu.W kontekście Jerzego Lipińskiego, najbardziej prawdopodobnym śladem jest postać znanego marynisty i historyka, autora fundamentalnej pracy Druga wojna światowa na morzu. Jeśli to ten sam Jerzy, jego młodzieńcza pasja do żeglarstwa przerodziła się w dożywotnią misję dokumentowania bitew morskich. Istnieją też biogramy powstańcze Jerzego Lipińskiego, co sugeruje walkę w konspiracji.

Nazwisko Benoit w Bydgoszczy i regionie kojarzy się z tradycjami aktorskimi (słynny Ludwik Benoit urodził się co prawda na wschodzie, ale rodzina miała powiązania z teatrami w głębi kraju). Michał mógł, podobnie jak Stanisław, trafić do wojska lub uczestniczyć w obronie cywilnej miasta, które – jak wspomina jeden z artykułów – tragicznie doświadczyło zbrodni niemieckich już w pierwszych dniach wojny.

To niezwykłe, że beztroska notatka o „trzech domorosłych murzynach” jedzących naleśniki na jachcie, którą czytaliśmy w gazecie z lipca 1938 roku, była w rzeczywistości ostatnim obrazem ich spokojnej młodości przed wielką próbą, jaką była wojna.



Przeszłość Gdańska przed sądem.
Proces o przywilej królewski.

Gdynia, 12. 7. „Kurier Bałtycki” donosi:
„Przed 200 laty król polski August Mocny nadał za zasługi właścicielowi majątku i gdańskiej wioski Mariensee przywilej pobierania 4 razy do roku na własny rachunek postojowe na targach. Właściciel przywilej ten oddał w spadku parafii katolickiej, co w roku 1850 zakwestionował nowy właściciel majątku von Simon.
Obecnie gmina Mariensee skarży przed sądem gdańskim o przyznanie jej tego przywileju, ponieważ zarząd parafii katolickiej przez długie lata nie korzystał z niego”.
Taki proces obala tezę, jak słusznie podnosi prasa, wysuwaną współcześnie w wolnym mieście, że było ono i jest zawsze miastem niemieckim w znaczeniu etnograficznym i politycznym.


AI:


Mariensee to dzisiejsze Przywidz (położony w województwie pomorskim, w powiecie gdańskim).

Historia nazwy: Nazwa Mariensee (dosłownie „Jezioro Marii”) funkcjonowała przez wieki pod panowaniem niemieckim i w okresie Wolnego Miasta Gdańska. Po 1945 roku powrócono do starej polskiej nazwy Przywidz.
Przywilej Augusta Mocnego: Artykuł wspomina o przywileju królewskim, co potwierdza, że mimo silnych wpływów niemieckich w samym Gdańsku, okoliczne dobra ziemskie (takie jak Przywidz) podlegały bezpośrednio polskim królom i to oni decydowali o prawach gospodarczych w tym regionie.
Znaczenie historyczne: Spór sądowy, o którym pisze gazeta, był dla ówczesnych Polaków dowodem na to, że historyczne i prawne fundamenty Gdańska oraz okolic są nierozerwalnie związane z Koroną Polską, co miało ogromne znaczenie propagandowe w 1938 roku, gdy napięcie między Polakami a gdańskimi hitlerowcami sięgało szczytu.
Dzisiaj Przywidz jest znaną miejscowością wypoczynkową nad Jeziorem Przywidzkim, popularną wśród mieszkańców Trójmiasta.




Czy Anglicy zechcą opanować polski rynek śledziowy?

Gdynia. Gospodarka śledziowa naszych zamorskich sąsiadów ogromnie żywo interesuje naszych czytelników gdyńskich, związanych z przemysłem rybnym i zagadnieniami połowów. Warto więc zaznaczyć, że sprawozdanie angielskiej gospodarki śledziowej za ubiegły, ukończony niedawno sezon roczny wykazuje jej ciężkie położenie, szczególnie z powodu utraty dwóch dużych rynków zbytu, tj. Niemiec i Rosji Sowieckiej. Pomimo redukcji flotylli rybackiej, jest ona, jak również i jej załoga, za liczna na obecne potrzeby przemysłu śledziowego, który obecnie według obliczeń Izby Przemysłu Śledziowego może dać zatrudnienie zaledwie 380 lugrom parowym, tj. mniej niż połowie obecnego stanu flotylli.
Przedłożone ostatnio w parlamencie rządowe projekty „ustaw śledziowych” przewidują reorganizację „Izby Przemysłu Śledziowego” i podwyżkę subwencji na budowę nowoczesnych lugrów motorowych. Projekty te zostały przyjęte 16 czerwca w trzecim czytaniu, należy się zatem liczyć z tym, że rząd brytyjski udzieli 250.000 funtów szterlingów subwencji na budowę nowych lugrów. Na cele propagandy konsumpcji śledzi w Wielkiej Brytanii ma być przeznaczona suma 25.000 funtów. Poza tym przewidziane jest podwyższenie gwarancji rządowej dla kredytu eksportowego. W roku zeszłym np. w obrotach z Polską gwarancja ta sięgała 60.000 funtów szterlingów.







kpbc.umk.pl/Content/189798/publikacja38157.pdf

Prawym Okiem: Podług słońca i gwiazd


Inny Szkwał:

Zbudowany w 1938 roku w Rambeck Werft dla Kriegsmarine. W 1945 roku przekazany Akademickiemu Klubowi Morskiemu w Gdańsku. W latach 50 i 60 był jednym z najszybszych jachtów pełnomorskich. W 1979 roku został kupiony przez obecnego właściciela, Zbigniewa Wernera.

facebook.com/fundacjaszkwal.org#

fundacjaszkwal.pl/o-fundacji/





poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Wizja - planowanie - zarządzanie


23 10 2025











przedruk
tłumaczenie automatyczne



Xi Focus: Opanowanie długiej gry Chin


Źródło: Xinhua
2025-10-21 15:56:15



Pekin, 21 października (Xinhua) – W 1985 roku miasto Xiamen we wschodnich Chinach było studium kontrastów.

Nowo wyznaczona Specjalna Strefa Ekonomiczna tętniła niespokojną energią narodu, który właśnie otwiera swoje drzwi dla świata. Było to jednak prowincjonalne zaścianko, miasto portowe, w którym całość jego aspiracji związanych z handlem międzynarodowym spoczywała na barkach zaledwie dwóch starzejących się suwnic bramowych.

W obliczu chóru konkurujących ze sobą rad – niektóre nawoływały do ślepego naśladowania modelu rozwoju Singapuru, inne były sparaliżowane pesymizmem – nowy wiceburmistrz miasta, 32-letni Xi Jinping, oparł się pokusie łatwych odpowiedzi i krótkoterminowych rozwiązań.

Był to jego pierwszy przydział do regionu nadmorskiego i pierwszy raz zarządzanie skomplikowaną maszynerią modernizującego się miasta. Zamiast improwizować, poprosił o stworzenie planu. Nie był to prowizoryczny plan stworzony tylko na jego kadencję, ale pokoleniowa wizja strategiczna rozciągająca się na 15 lat, do początku XXI wieku – roku 2000.

Było to posunięcie radykalnej dalekowzroczności. "Nie możemy skupiać się wyłącznie na tym, co natychmiastowe" – ostrzegł później swoich kolegów, argumentując, że reaktywne zarządzanie doprowadzi do zamieszania i utraty kierunku.

Powstały w ten sposób dokument, Strategia Rozwoju Gospodarczego i Społecznego Xiamen z lat 1985-2000, zawierał śmiałe twierdzenie. Przewidywał, że środek ciężkości światowej gospodarki nieuchronnie przesunie się z Atlantyku na Pacyfik, a Xiamen, ze swoim głębokowodnym portem, jest doskonale przygotowany, aby stać się kluczowym węzłem łączącym Chiny z resztą rozwijającej się gospodarki Azji i Pacyfiku.

Dla miasta, które wciąż uczyło się podstaw handlu zagranicznego, był to plan na przyszłość, którą trudno było sobie wyobrazić.

Dziś ten plan jest rzeczywistością wyrytą w stali i szkle. Port Xiamen szczyci się ponad 180 trasami żeglugowymi łączącymi go z 51 krajami i regionami, a jego roczny przeładunek kontenerów przekracza 10 milionów jednostek ekwiwalentu dwudziestu stóp.

Transformacja miasta z sennego nadmorskiego miasteczka w globalny węzeł handlowy to znacznie więcej niż tylko lokalna historia sukcesu; Jest to narracja, która odsłania wizję jej architekta.

Aby zrozumieć podejście Xi do rządzenia, trzeba zrozumieć jego postrzeganie czasu – perspektywę zakorzenioną w uderzająco dłuższej perspektywie niż cykle polityczne. "Nasze rozumienie czasu mierzy się w stuleciach i tysiącleciach" – powiedział Xi, sekretarz generalny Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (KPCh).

Ta filozofia, charakteryzująca się dalekowzrocznością strategiczną, perspektywą systemową i naciskiem na dokładne wykonanie, jest obecnie stosowana na największą skalę, jaką można sobie wyobrazić.

Podczas gdy XX Komitet Centralny KPCh zwołuje w Pekinie czwartą sesję plenarną, zaplanowaną od poniedziałku do czwartku, centralnym punktem jego obrad są projekty propozycji XV planu pięcioletniego (2026-2030), kolejnego rozdziału w metronomicznym marszu narodu ku modernizacji.

Biorąc pod uwagę, że Chiny są najważniejszym motorem wzrostu na świecie, przyczyniając się do około 30 procent globalnej ekspansji gospodarczej, ten krajowy program ma znaczące implikacje dla całego świata.

METRONOM MODERNIZACJI

Przez dziesięciolecia plany pięcioletnie Chin były podstawowym instrumentem chińskiej sztuki rządzenia. Xi opisuje system "jako ważne doświadczenie partii w rządzeniu krajem i istotną przewagę polityczną socjalizmu o chińskiej specyfice".

Te sekwencyjne plany działają jak czasowy nóż do rzeźbienia, cierpliwie kształtując jedną z najbardziej ekspansywnych i szybkich kampanii modernizacyjnych w historii. Najwcześniejsze plany zakładały stworzenie bazy przemysłowej na zgliszczach wojny. Późniejsze kraje przezwyciężyły niedobory żywności i odzieży, metodycznie zlikwidowały ubóstwo i stworzyły umiarkowanie zamożne społeczeństwo dla 1,4 miliarda ludzi.

Ustępujący XIV Plan Pięcioletni (2021-2025), który zapoczątkował nową drogę do budowy nowoczesnego państwa socjalistycznego, przyniósł już historyczne rezultaty. Przewiduje się, że jego wzrost gospodarczy przekroczy w tym okresie 35 bilionów juanów (około 4,9 biliona dolarów amerykańskich), czyli więcej niż PKB Niemiec w 2024 roku. Po raz pierwszy kraj ten znalazł się w pierwszej dziesiątce Globalnego Indeksu Innowacyjności i obecnie może pochwalić się największym i najszybciej rozwijającym się systemem energii odnawialnej na świecie.

Piętnasty plan będzie opierał się na tym impetie, zaprojektowanym w celu utrwalenia tego, co przywódcy Chin nazywają "bliźniaczymi cudami" szybkiego rozwoju gospodarczego i długoterminowej stabilności społecznej.

Na czele tego procesu stoi sam Xi. O jego znaczeniu świadczy fakt, że przewodniczył on grupom redakcyjnym ds. wniosków dotyczących 13. i 14. planu pięcioletniego, nadzorując prace od koncepcji do ukończenia.

Jego przywództwo w 13. planie zapewniło mapę drogową do osiągnięcia pierwszego setnego celu partii, jakim jest zbudowanie umiarkowanie zamożnego społeczeństwa pod każdym względem, zgodnie z nową filozofią rozwoju, która kładzie nacisk na innowacyjność i zrównoważony rozwój. Jego wytyczne dotyczące czternastego planu umiejętnie zintegrowały jego pięcioletnie cele z długoterminową wizją Chin do 2035 r., w której Chiny zasadniczo realizują socjalistyczną modernizację, biorąc za punkt ciężkości rozwój wysokiej jakości.

Piętnasty plan wyznaczy kurs na krytyczny pięcioletni okres na drodze do osiągnięcia celu na stulecie: przekształcenia Chin w wielkie, nowoczesne państwo socjalistyczne pod każdym względem do połowy stulecia.

Według Yana Yilonga, profesora w Tsinghua University School of Public Policy and Management, podczas gdy modernizacja pozostaje niezachwianym tematem, plany są zaprojektowane z myślą o ciągłej adaptacji. Ta zaleta "długoterminowości", mieszanka ciągłości i elastyczności, jest czymś, co zdaniem Yana "krajom zachodnim trudno jest dorównać".

Metodologia Xi łączy centralne przywództwo z rozległym, zinstytucjonalizowanym procesem masowych konsultacji – zasadą, której orędownikiem jest ujednolicenie projektowania na najwyższym szczeblu z "proszeniem ludzi o radę".

Jest to podstawowa zasada tego, co Partia nazywa całościową demokracją ludową. Ta praktyka ma głębokie korzenie. W 1986 r., podczas opracowywania strategii Xiamen, wspierał ogólnomiejski konkurs na esej prasowy, którego celem było zebranie opinii publicznej na potrzeby 15-letniego planu.

Ten sam duch jest obecnie stosowany na szczeblu krajowym. W ramach 15. planu pięcioletniego na miesiąc uruchomiono specjalny portal internetowy, na który można było zbierać sugestie społeczne, w ramach którego otrzymano ponad 3,1 miliona zgłoszeń obejmujących szerokie spektrum tematów, od innowacji technologicznych po opiekę społeczną.

Xi osobiście poinstruował departamenty rządowe, aby "poważnie przestudiowały i przyswoiły" te propozycje. Było to następstwem precedensu ustanowionego dla 14. planu, w ramach którego osobiście zwołał siedem różnych sympozjów, zbierając informacje od różnych grup, od przedsiębiorców i naukowców po przedstawicieli oddolnych, aby zapewnić, że szeroki zakres poglądów zostanie uwzględniony w dokumencie końcowym.

To podejście skoncentrowane na ludziach przynosi wymierne rezultaty. To właśnie w czternastym dokumencie planu po raz pierwszy położono wyraźny nacisk na cel, jakim jest wspólny dobrobyt dla wszystkich, a ponad jedna trzecia kluczowych wskaźników planu była bezpośrednio związana z dobrobytem publicznym.

"Musimy pozostać wierni naszym pierwotnym aspiracjom i przyjąć promowanie dobrobytu ludzi jako naszą podstawową wartość" – powiedział Xi o nadchodzących pięciu latach.

OD SŁÓW DO CZYNÓW

Xi podkreślił znaczenie rozsądnego planowania. "Błędy w planowaniu są największym marnotrawstwem", ostrzegł, "a przewracanie planów jest największym tabu".

Jego przywództwo jest definiowane przez podejście ostro zorientowane na problem i ten etos jest zakorzeniony w tworzeniu planów pięcioletnich.

Aby rozwiązać problem długoterminowej nierównowagi strukturalnej w gospodarce, był orędownikiem reform strukturalnych po stronie podaży. Aby uprzedzić zagraniczne restrykcje dotyczące kluczowych technologii, wdrożył narodową strategię samodzielności i siły w nauce i technologii. W odpowiedzi na apele społeczeństwa o czyste niebo i czystą wodę, rozpoczął zdecydowaną walkę z zanieczyszczeniem.

Centralnym elementem kolejnej fazy tego programu jest kultywowanie nowych sił wytwórczych wysokiej jakości, koncepcji, której orędownikiem jest Xi, aby napędzać wysokiej jakości rozwój poprzez innowacje, ze sztuczną inteligencją (AI) w awangardzie.

Strategiczny cel był niewątpliwy w kwietniu tego roku, kiedy Biuro Polityczne Komitetu Centralnego KPCh przeprowadziło wspólną sesję badawczą na temat sztucznej inteligencji, a kilka dni później Xi osobiście przeprowadził inspekcję dużego modelu inkubatora w Szanghaju. Na kolejnym sympozjum Xi powiedział, że należy nadać wyższy priorytet strategiczny wspieraniu nowych sił produkcyjnych o wysokiej jakości, zgodnych z lokalnymi warunkami w ciągu najbliższych pięciu lat.

Oczywiście plan jest tylko tak dobry, jak jego wykonanie. Xi podkreślił, że jeśli chodzi o wdrażanie, kluczowa jest rola osób odpowiedzialnych za dowodzenie. "Muszą wziąć na siebie odpowiedzialność, być gotowi do dźwigania najcięższych ciężarów, odważyć się stawić czoła najtrudniejszym wyzwaniom i być biegli w radzeniu sobie z najtrudniejszymi zadaniami" – powiedział.

Walka z ubóstwem, jedno z głównych zadań w ramach 13. planu pięcioletniego, jest tego dobitnym przykładem. Xi osobiście przewodniczył siedmiu centralnym sympozjom na temat walki z ubóstwem, przeprowadził ponad 50 wizyt inspekcyjnych w tej sprawie i odwiedził wszystkie 14 sąsiadujących ze sobą obszarów skrajnego ubóstwa w kraju. Pod jego kierownictwem ponad 3 miliony urzędników zostało wysłanych na linię frontu w ramach wspólnego wysiłku, który w ciągu ośmiu lat wydźwignął prawie 100 milionów ludzi z absolutnego ubóstwa.

Podczas gdy inne kraje snują długoterminowe plany, Xi przyznał, że chiński system jest odrębny. "Na podstawie badań i działań informacyjnych proponujemy kompleksowy i systematyczny plan, który w pełni szanuje wolę ludzi i jest zgodny z rzeczywistością" – powiedział – "I mamy doskonałe możliwości wykonawcze do realizacji tych planów".

Ta skuteczna realizacja jest zapewniona przez solidne ramy instytucjonalne. Proces rozpoczyna się od szeroko zakrojonego pozyskiwania opinii publicznej i propozycji Komitetu Centralnego KPCh. Następnie Rada Państwa, rząd kraju, opracowuje szczegółowy zarys, który jest przeglądany i zatwierdzany przez Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych – najwyższą władzę ustawodawczą – zanim zostanie ogłoszony i wprowadzony w życie. Cele rozwojowe różnych miejscowości i sektorów są ściśle zbieżne z planem krajowym.

Jednak to strategiczne zarządzanie nie ma na celu zastąpienia rynku, ale sterowanie nim i zrównoważenie jego wad, według analityków politycznych. Jest ona zakorzeniona w filozofii łączenia dynamicznego rynku ze sprawnym rządem, co Partia postrzega jako wielką siłę swojego systemu.

Pięcioletni plan jest "przyjazny dla rynku" i służy jako przewodnik dla alokacji zasobów, zapewniając stabilność polityki i spójność zarządzania dla podmiotów rynkowych, jednocześnie unikając wahań politycznych obserwowanych w niektórych gospodarkach zachodnich.

Xi wezwał do podjęcia wysiłków na rzecz zapewnienia solidnego planowania i realizacji celów, zadań i środków strategicznych XV Planu Pięcioletniego, "aby zapewnić zdecydowany postęp w zasadniczo osiągnięciu socjalistycznej modernizacji".

Kreśląc własną przyszłość, Chiny prezentują nie tylko plan, ale także przekonującą alternatywę dla krótkowzrocznych rządów w świecie spragnionym pewności. W jej sercu znajduje się mąż stanu, który opowiada się za zdolnością do "przeprowadzenia planu do końca".

"Wraz z rosnącym wzrostem Chin, ich pięcioletni plan zyskuje na znaczeniu" – powiedział Lu Ting, główny ekonomista ds. Chin w Nomura. "Należy się temu uważnie przyglądać, ponieważ strategiczne myślenie i planowanie stały się rzadkością wśród światowych rządów". ■




english.news.cn/20251021/7761296c3b9a4d19a2c11f6477f5018d/c.html

Media w Polsce - jakie one są?





Prof. G. Berendt: Jeśli nie będziemy opowiadać o naszej historii, inni zrobią to za nas

8 lutego 2026 11:06
Radio Maryja


Ważne jest to, żeby przedstawiać historię w sposób zgodny z ustaleniami, już bez cenzuralnych ograniczeń, które występowały wcześniej i bez forsowania jakichś eksperymentalnych paradygmatów, zgodnie z którymi o pewnych rzeczach mamy mówić, a o innych nie. Moje stanowisko jest takie, że trzeba mówić o wszystkim, ale rzetelnie – mówił w środowych „Rozmowach niedokończonych” na antenie TV Trwam prof. Grzegorz Berendt, historyk, specjalny przedstawiciel prezydenta RP do spraw dyplomacji historycznej. Naukowiec zaznaczył, że jeśli nie będziemy opowiadać o naszej historii, inni będą robić to za nas.

Funkcja przedstawiciela prezydenta RP do spraw dyplomacji historycznej jest stanowiskiem nowym, utworzonym przez Karola Nawrockiego w celu prowadzenia dialogu z partnerami zagranicznymi w kwestiach związanych z historią XX wieku. To jeden z wielu elementów kształtowania polskiej polityki historycznej.

– Państwo troszczy się o to, żeby w aktywność zawodową, naukową i edukacyjną wchodziły kolejne setki historyków. Każdego roku przecież taki rząd wielkości znawców przeszłości wchodzi do aktywności zawodowej z wydziałów historycznych na naszych uniwersytetach i uczelniach wyższych o innym charakterze. Część z tych osób zajmuje się właśnie nauką i edukacją, przybliżając obywatelom, ale także cudzoziemcom czy diasporze polskiej nowe ustalenia. Ważne jest to, żeby przedstawiać to w sposób zgodny z tymi ustaleniami, już bez cenzuralnych ograniczeń, które występowały wcześniej i bez forsowania jakichś eksperymentalnych paradygmatów, zgodnie z którymi o pewnych rzeczach mamy mówić, mamy te wersje upowszechniać, a o innych nie, bo tego typu tendencje występują, gdzie niektórzy przedstawiciele środowiska historyków mówią, że o czymś nie powinniśmy w tej chwili mówić, że może w przyszłości zaczniemy mówić. Moje stanowisko jest takie, że trzeba mówić o wszystkim, ale rzetelnie – podkreślał prof. Grzegorz Berendt.

Przeciwnicy tego stanowiska podnoszą m.in., że poruszanie pewnej problematyki może pogorszyć relacje z sąsiadami. Takie głosy pojawiają się m.in. w kontekście ukraińskiego ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Gość „Rozmów niedokończonych” zwrócił uwagę, że jest to fałszywe wnioskowanie.

– Wskazałem moim rozmówcom z Ukrainy, że to, iż miliony obywateli polskich dowiedziało się, jak straszne, przerażające wydarzenia o charakterze ludobójstwa miały miejsce w kilku województwach okupowanej Rzeczpospolitej (…), nie zahamowało gigantycznej ofiarności z roku 2022. Widziałem, że dopiero się zastanowili, że Wołyń był pokazywany wcześniej wielokrotnie, a mimo to dziesiątki tysięcy Polaków pospieszyło z pomocą trzem milionom obywateli Ukrainy, którzy przeszli przez nasz kraj, szukając bezpieczeństwa. Więc widać w tym, że bardzo poważny segment naszego społeczeństwa chce znać przeszłość, mówić rzetelnie o przeszłości, ale to (…) nie powoduje negatywnego stosunku wobec naszych wschodnich sąsiadów – mówił historyk.

Rozmówca TV Trwam wskazał, że badanie i popularyzacja najnowszych dziejów Polski ma nie tylko wymiar polityczny. Zostając przy tematyce rzezi wołyńskiej prof. Grzegorz Berendt wskazał, że jest to żywa historia milionów Polaków, przekazywana w ich rodzinach przez świadków tamtych straszliwych wydarzeń.

Ci obywatele nie są zaniedbywani przez obecnego prezydenta. Karol Nawrocki obiecywał w kampanii, że będzie zabiegał w relacjach z Ukrainą o ekshumacje i godny pochówek ofiar ludobójstwa dokonanego przez UPA. Od momentu objęcia przez niego urzędu widać, że nie była to pusta obietnica. Głowa państwa otwarcie podnosi tę kwestię w rozmowach z Wołodymyrem Zełenskim, a na mapie Ukrainy pojawiają się kolejne miejsca, gdzie prowadzone są prace w tym zakresie.

– Mam nadzieję, że też nasi partnerzy ukraińscy poprzez ten dialog dojrzeją do tego, iż te sprawy trzeba przedyskutować, ale przede wszystkim pochować niewinne ofiary. Ludzie będą wiedzieć, co się stało, będą dzięki temu mądrzejsi, ale to nie zaszkodzi polsko-ukraińskiemu sąsiedztwu, bo w tej chwili Moskale mogą tym zagadnieniem grać bardziej niż wtedy, gdy my po prostu te sprawy doprowadzimy do finału rozumianego jako godny pochówek bezbronnych ofiar zbrodni – zwrócił uwagę historyk.

Dyplomacja historyczna nie powinna być skierowana wyłącznie na Wschód. Niedawno opinię publiczną zbulwersowało niedopuszczenie prezydenta do głosu na obchodach wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz.

– Wystąpienia głowy państwa nie są stałym elementem obchodów, które mają miejsce 27 stycznia. Natomiast wydarzeniem bez precedensu było pominięcie głowy państwa w powitaniu. To podkreśla między innymi minister Kolarski, który przecież od wielu lat uczestniczy w wielu wydarzeniach upamiętniających ofiary, (…) też jako bliski współpracownik prezydenta Andrzeja Dudy. W tym miejscu kierownictwo państwowego muzeum Auschwitz zdecydowało się na działanie bez precedensu, którego nie da się wytłumaczyć. (…) Mogę się tylko domyślać, dlaczego się na to zdecydowano. Łączę z tym faktem to, że gdy prezydent odwiedził na terenie dawnego obozu Auschwitz ścianę, gdzie dokonywano egzekucji więźniów, celę, w której zagłodzono ojca Maksymiliana Kolbe i dziewięciu innych więźniów, nie towarzyszył mu nie tylko dyrektor, ale również żaden z wicedyrektorów. Towarzyszyli szeregowi pracownicy muzeum. Uznaję to za despekt. Oczywiście dyrektor główny w tak ważnym dniu ma różne zadania – musi przyjmować różnych gości, ale jako osoba kierująca jednostkami tego typu wcześniej, właśnie między innymi po to są wicedyrektorzy, aby w tym momencie odciążyć dyrektora. Żaden z wicedyrektorów państwowego muzeum Auschwitz nie towarzyszył prezydentowi w czasie wizyt w miejscach, które wcześniej wymieniłem. Jest to moja opinia. Być może odezwą się głosy znowu próbujące to podważyć, ale w mojej opinii nie był to przypadek. Ktoś zareagował tak, a nie inaczej, postąpił tak, a nie inaczej być może ze względu na swój osobisty stosunek do wyniku wyborów z 1 czerwca 2025 roku. Chciano okazać brak szacunku prezydentowi i to zrobiono. To jest moja nieoficjalna opinia, nie Kancelarii czy też pana prezydenta (…), niezależnie od tego, jakiego typu komunikaty na stronie internetowej muzeum (…) po mojej wypowiedzi się pojawią – mówił gość „Rozmów niedokończonych”.

Specjalny przedstawiciel prezydenta RP do spraw dyplomacji historycznej zaznaczył, że jeśli jako Polacy nie będziemy opowiadać o przeszłości ze swojego punktu widzenia, to pojawią się tacy, którzy będą to robili za nas. Dlatego też obowiązkiem polskich instytucji państwowych i środowisk opiniotwórczych jest realizacja misji edukacji historycznej.



I na tym tle - jakie mamy media w Polsce, jakie one były za ostatnie 35 lat?




radiomaryja.pl/informacje/prof-g-berendt-jesli-nie-bedziemy-opowiadac-o-naszej-historii-inni-zrobia-to-za-nas/




Wykluczenie transportowe















Malgorzata Wirkus


10 mln Polaków wykluczonych komunikacyjnie. Najgorzej na ścianie wschodniej..

Analizę w latach 2021 – 2025 wykonywały cztery politechniki: Poznańska, Gdańska, Warszawska i Śląska. Teraz wreszcie opublikowano szczegóły raportu. Naukowcy sprawdzili dostępność komunikacyjną z ponad 8 mln adresów. Przyjęto, że mieszkańcy wsi nie powinni mieć do przystanku więcej niż 1,5 km, a ci z miast – 900 m. Czas dojazdu do siedziby gminy nie może przekroczyć 45 min, a do siedziby powiatu – 75 min. Powinny się także odbywać minimum cztery pary kursów na dobę, a wydatki na bilety nie mogą przekraczać 15 proc. dochodu. Jeśli choć jeden warunek nie został spełniony to oznacza, że mieszkaniec jest wykluczony komunikacyjnie.

Po przeprowadzonym badaniu wyszło, że problem wykluczenia komunikacyjnego dotyka aż 10,1 mln mieszkańców Polski. To 27 proc. populacji kraju. Wykluczenie transportowe jest znacznie większym problemem mieszkańców wsi niż w miast. Blisko połowa tych pierwszych zmaga się z tym problemem (7,7 mln osób). W miastach dotyka to zaś 11 proc. populacji (2,4 mln osób). Wykluczenie transportowe znacznie częściej występuje na obrzeżach województw. Większe nasilenie problemu widać też na wschodzie i na północy kraju. Chodzi o zwłaszcza o województwa: lubelskie i podlaskie oraz znaczą część województw pomorskiego i warmińsko-mazurskiego. W przypadku 813 gmin, czyli blisko jednej trzecie wszystkich wykluczenia dotyka od 80 do 100 proc. punktów adresowych.

Grupami najbardziej poszkodowanymi są nastolatkowie i seniorzy. Zbyt młody wiek lub zły stan zdrowia sprawiają, że te osoby nie mogą korzystać z samochodu przy dojazdach do szkoły, urzędu czy sklepu. Wykluczenie transportowe dotyka aż 29 proc. nastolatków i 24 proc. seniorów.

https://www.gazetaprawna.pl/.../11214287,10-mln-polakow...

Głęboko ubolewamy nad tym, że resort dalej promuje niefunkcjonalną koncepcję przekazania w ręce samorządu województwa i marszałka - nie będącego przecież organem wykonawczym - nadmiernej władzy w zakresie kształtowania systemu publicznego transportu zbiorowego - komentuje prezes Związku Powiatów Polskich Andrzej Płonka.

ZPP uważa, że aktualna wersja projektu nowelizacji ustawy o publicznym transporcie zbiorowym drastycznie spłyca pojęcie wykluczenia transportowego. „Sprowadza je bowiem do braku dostępności do minimalnych usług publicznego transportu zbiorowego”.



https://www.portalsamorzadowy.pl/.../sprzeczna-z-zasadami...


18 marca 2026









Instytut Zamenhofa

 

9 luty 2026


















Kim jesteśmy


Instytut Zamenhofa to think-tank czyli niezależna, pozarządowa organizacja zajmująca się badaniami, tworzeniem analiz i kształtowaniem opinii publicznej. Tworzą ją eksperci: ludzie mediów, dziennikarze, naukowcy, eksperci od komunikacji. Wierzymy w to, że wolne, działające etycznie media mają kluczowe znaczenie dla przestrzegania praw człowieka i poszanowania zasad demokratycznego państwa prawa. Współczesne media, niestety, zmagają się z wieloma problemami, które utrudniają im realizację swojej misji. Instytut Zamenhofa ma na celu pomaganie dziennikarzom oraz rozwój kultury medialnej i etycznej komunikacji pomiędzy uczestnikami życia publicznego.





"Mała ojczyzna" cz.3


Hmmm.... trochę chyba zapomniany nieskończony tekst - ostatnia data zapisu:

13 stycznia 2023 r.
9 luty 2026 r.



Nie tylko na Pomorzu odtwarza się stare słupki graniczne, także na Mazurach.

"symboliczny" graniczny szlaban, budka strażnicza, no i przebieraniec w mundurze PRUSKIEGO żołnierza ma promować tzw. "małe ojczyzny".


Ale dlaczego akurat w mundurze pruskim ??
I dlaczego "teraz... należy promować" ??





Przypominam, za:

Encyklopedia PWN



Mazury, region geograficzno-historyczny, obejmujący głównie Pojezierze Mazurskie, obecnie częściowo tereny województwa warmińsko-mazurskiego.

We wczesnym średniowieczu zamieszkane przez Prusów, od XIII w. do 1525 należały do państwa krzyżackiego (od 1466 lenno Korony), 1525–1701 część Prus Książęcych (od 1657 niezależnych od Polski), następnie część Prus Wschodnich.
 
W XIV–XVII w. zasiedlane przez chłopów i drobną szlachtę mazowiecką — zwarte osadnictwo polskie sięgnęło na północ w pobliże Morąga, poza granicę Warmii, w okolice Kętrzyna, Węgorzewa i Gołdapi (kolonizacja mazurska); administracja pruska określała te tereny jako tzw. polskie starostwa (die polnischen Ämter); nazwa regionu Mazury pojawiła się w 1. połowie XIX w.

Mazurzy zachowali polski język i obyczaje, byli wyznania ewangelicko-augsburskiego; wobec rosnącego w XIX w. nacisku germanizacyjnego usiłowali bronić swej odrębności — na ogół jako wspólnoty regionalnej, z czasem także jako części narodu polskiego;

od 1842 zaczęły pojawiać się polskie czasopisma („Przyjaciel Ludu Łecki”, „Mazur”); u schyłku XIX w. działacze polscy na Mazurach skupili się wokół „Gazety Ludowej” i Mazurskiej Partii Ludowej; 1910 założyli Mazurski Bank Ludowy. Po I wojnie światowej Mazurski Komitet Plebiscytowy i Mazurski Związek Ludowy kierowały akcją przyłączenia Mazur do Polski

w wyniku plebiscytu z 11 VII 1920, odbytego w czasie ofensywy Armii Czerwonej na Polskę i w warunkach terroru ze strony władz niemieckich, Mazury znalazły się w granicach Niemiec (z wyjątkiem Działdowa i okolicznych wsi włączonych do Polski decyzją traktatu wersalskiego 1919). 

W okresie międzywojennym na Mazurach działało kilka organizacji polskich (m.in. 1923–28 Zjednoczenie Mazurskie z siedzibą w Szczytnie); działacze polscy na Mazurach należeli do Związku Polaków w Prusach Wschodnich i wraz z nim weszli 1922 do Związku Polaków w Niemczech.

Prześladowania działaczy i organizacji polskich wzmogły się 1928–32 oraz po dojściu A. Hitlera do władzy (1933); w latach II wojny światowej wielu działaczy mazurskich zamordowano lub osadzono w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i więzieniach. 

Mazury zostały zdobyte przez wojska sowieckie I–II 1945, a następnie wcielone do Polski. Władze komunistyczne traktowały polską ludność Mazur prawie na równi z Niemcami, co powodowało odchodzenie od polskości i emigrację do Niemiec; Mazury zostały w dużej części zasiedlone przez tzw. repatriantów z przedwojennych ziem wschodnich Polski, głównie z Wileńszczyzny.



Warmia, terytorium historyczne w dorzeczu środkowej Łyny i Pasłęki;


pierwotnie terytorium pruskiego plemienia Warmów, rozciągnięte wzdłuż Zalewu Wiślanego. Około 1237–1242 Warmia podbita przez Krzyżaków, później do 1273 dwukrotnie objęta powstaniami pruskimi; 1243 z ziem Warmii utworzono dominium warmińskie i wkrótce nazwa Warmia zaczęła oznaczać to dominium. 

W XIII w. zaczęła się kolonizacja niemiecka, w XIV w. — osadnictwo mazowieckich chłopów i drobnej szlachty, które do XVI w. osiągnęło przewagę w południowej części Warmii; ludność pruska uległa germanizacji i polonizacji. W XIV i XV w. powtarzały się konflikty między biskupami a Krzyżakami na tle obsady biskupstwa.

Przystępując do Związku Pruskiego (założonego 1440), szlachta i miasta Warmii znalazły się w opozycji wobec zakonu krzyżackiego; w wyniku wojny trzynastoletniej i na mocy pokoju toruńskiego w 1466 roku Warmię przyłączono do Polski. 

Królowie polscy starali się uzyskać wpływ na obsadę biskupstwa (1472–79 tzw. wojna popia), zapewniając sobie prawo do decydowania w sprawie nominacji biskupów 1512 na mocy ugody z kapitułą warmińską. Wraz z przyjęciem luteranizmu przez Krzyżaków i sekularyzacją ich państwa 1525, zasięg diecezji warmińskiej ograniczył się do Warmii. 
Wielu biskupów warmińskich zasłużyło się dla kultury polskiej, m.in.: J. Dantyszek, S. Hozjusz, M. Kromer, I. Krasicki; kanonikiem fromborskim był M. Kopernik. Od XVII w. biskupi używali tytułu książąt biskupów warmińskich.

Po I rozbiorze Polski 1772 Warmia znalazła się w granicach Prus (Prusy Wschodnie), wtedy zlikwidowano dominium biskupie. Odtąd losy katolickiej Warmii połączyły się z losami ewangelickich Mazur. Mimo nacisku germanizacyjnego Warmiacy zachowali poczucie więzi z Polską; od 1886 polskości broniła „Gazeta Olsztyńska”, popierająca tworzenie polskich stowarzyszeń. W wyniku przeprowadzonego po I wojnie światowej (11 VII 1920) plebiscytu na Warmii, Mazurach i Powiślu, Warmia pozostała w granicach Niemiec. Mimo wzrastającego, zwłaszcza w okresie hitleryzmu, prześladowania polskich Warmiaków, działał tu ZPwN, Polska Partia Ludowa, polskie organizacje szkolne, kulturalno-oświatowe i gospodarcze. Od 1 IX 1939 Niemcy zlikwidowali całkowicie polskie życie organizacyjne na Warmii, wybitnych działaczy osadzili w więzieniach i obozach koncentracyjnych, gdzie wielu z nich zginęło. W 1945 Warmia powróciła do Polski.




30-04-2004 11:40

Graniczny szlaban między Warmią i Mazurami


Ustawienie symbolicznego granicznego szlabanu, budki strażniczej oraz pobieranie myta na to wszystko napotkają 2 maja przekraczający historyczną granicę między Warmią i Mazurami w miejscowości Łajs koło Olsztyna.

Impreza ma służyć promowaniu "naszych małych ojczyzn w Unii Europejskiej".


Pomysłodawca przedsięwzięcia znany warmiński gawędziarz Edward Cyfus powiedział, że o symbolicznym wytyczeniu granicy między dwiema historycznymi krainami Warmią i Mazurami myślał od dawna.

"Na co dzień spotykam się z ludźmi, którzy nie wiedzą, gdzie jest Warmia a gdzie leżą Mazury. Często słyszę od turystów, którzy goszczą w Olsztynie, że przyjechali na Mazury, a Olsztyn jest przecież stolicą Warmii"- podkreślił Cyfus.

Zaznaczył, że Warmia i Mazury są to dwie historycznie różne krainy, zamieszkałe przez dwie etnicznie różne grupy ludnościowe. Mieszkańcy Warmii mówią inną gwarą niż Mazurzy. Cyfus podkreślił, że Warmia zawsze była katolicka, a Mazury protestanckie.

"Teraz, gdy wchodzimy do Unii Europejskiej należy promować nasze małe ojczyzny" - powiedział Cyfus.


2 maja o godz 14 w miejscowości Łajs stanie symboliczny graniczny szlaban między Warmią i Mazurami, granicy będzie strzegł strażnik ubrany w strój pruskiego żołnierza z epoki napoleońskiej. 

Na granicy pobierane będzie myto od podróżnych. Będzie to drobna opłata za pamiątkową pocztówkę z stemplem okolicznościowym





Dlaczego nie strażnik ubrany w strój żołnierza polskiego z okresu świetności Rzeczpospolitej?






Żołnierze polscy 1697-1795






wiadomosci.wp.pl/graniczny-szlaban-miedzy-warmia-i-mazurami-6032009486251137a

encyklopedia.pwn.pl/haslo/Mazury;3938977.html
encyklopedia.pwn.pl/haslo/Warmia;3994002.html
pl.wikipedia.org/wiki/Wojsko_polskie_w_latach_1700–1764

wbh.wp.mil.pl/c/pages/atts/2021/8/b2_Tomasz_Karpinski_Umundurowanie_Choragwi_PiechotyWegierskiej_Buawy_Polnej_Koronnejw_latach_17521768.pdf







Skrót dnia


Zgadzacie się z tymi opiniami?


skrótem z fb:

Państwo Urzędnicze

Braun został oskarżony o zniszczenie mienia – choinki i bombek. Mienie miało być własnością stowarzyszeń sędziowskich Themis i Iustitia.
Według europosła sędziowie celowo zmanipulowali wycenę. Początkowo wartość choinki wynosiła 200 zł, a bombek 600 zł. Wycena ta została jednak zmieniona celowo, aby przekroczyć próg wykroczenia i zakwalifikować czyn jako przestępstwo. Wycena bombek wzrosła do 800 zł, a obecnie wynosi już 1400 zł.
Sama opinia biegłego w sprawie wyceny bombek kosztowała Skarb Państwa już 2000 zł. Dodatkowo Braun wskazuje, że choinka nie uległa zniszczeniu, zwłaszcza że był to model plastikowy z możliwością „modelowania” kształtu.

Jeżeli zrzeszenia sędziów są w stanie intencjonalnie zmieniać wycenę bombek, by podnieść wagę wydarzenia, to jak prowadzą sprawy obywateli? Czy w ogóle powinni to robić?







Maciej Oniszczuk

Yesterday at 08:13 ·

„(…)to, co najbardziej szokuje gdy przegląda się ponadtrzystustronicową listę wierzycieli, to PESELE osób, które powierzyły Prodigo swoje pieniądze. Pani Bibianna (rocznik ’45) z Katowic – 22 tys. zł, pani Aldona (’43) z Wrocławia – 281 tys. zł, pan Jan z Kielc (’46) – 556 tys. zł, pani Wiesława (’45) z Warszawy – 43 tys. zł. Ze stolicy jest też 82-letni Witt (499 tys. zł), 83-letnia Alicja(215 tys. zł), 86-letni Romuald (16 tys. zł).”


Ciasto z lukrem?






Okiem Polaka

W marcu i kwietniu 2010 roku rozbiły się dwa samoloty produkcji Tupolewa. Jeden – Tupolev Tu-204 pod Moskwą – zakończył lot w lesie po uderzeniu w drzewa podczas podejścia do lądowania. Drugi – Tupolev Tu-154M – rozbił się kilka tygodni później w pobliżu lotniska Smoleńsk.

Na pierwszy rzut oka scenariusz jest podobny: mgła, podejście do lądowania, drzewa przed pasem startowym. Ale gdy spojrzy się na skutki, zaczyna pojawiać się pytanie, którego wielu wolałoby nie zadawać.
W wypadku Tu-204 maszyna uderzyła w drzewa i rozpadła się w lesie. Kadłub pękł, skrzydła zostały uszkodzone, a elementy konstrukcji rozrzucone między drzewami.

A jednak wszyscy na pokładzie przeżyli.
Z punktu widzenia lotnictwa nie jest to cud – zdarzało się wielokrotnie. 

Samoloty potrafią się rozpadać przy zderzeniu z ziemią, ale energia uderzenia może zostać częściowo rozproszona przez drzewa i miękkie podłoże. Dlatego nawet poważnie zniszczony wrak nie zawsze oznacza całkowitą tragedię.
Pole szczątków Tu-204 było stosunkowo zwarte. Zachowały się duże fragmenty kadłuba, a samolot zatrzymał się w jednym głównym miejscu.
W przypadku Tu-154 obraz był zupełnie inny. Pole szczątków było szerokie, fragmentacja konstrukcji ogromna, a wiele elementów kadłuba i skrzydeł rozpadło się na drobne części.
Zwolennicy hipotezy zamachu zwracają uwagę właśnie na tę różnicę.
Jeśli dwa samoloty Tupolewa w podobnych warunkach pogodowych uderzają w drzewa przed lotniskiem, dlaczego skutki są tak dramatycznie różne? Dlaczego w jednym przypadku mamy rozbity, ale w dużej części zachowany kadłub, a w drugim – ogromne rozdrobnienie konstrukcji i całkowitą katastrofę?

W tej wersji wydarzeń katastrofa nie byłaby jedynie tragicznym wypadkiem, lecz efektem zniszczenia samolotu jeszcze w powietrzu.





Portal Warszawski

Zamiast skupić się na pielęgnowaniu artystycznego dziedzictwa, Justyna Sieńczyłło oraz jej syn Kajetan, którzy zarządzają teatrem Teatr Kamienica, muszą mierzyć się z brutalną rzeczywistością sporu o siedzibę Teatru. Sytuacja stała się na tyle poważna, że Kajetan Kamiński zdecydował się na drastyczne środki ostrożności, od roku codziennie nosi kamizelkę kuloodporną.

W ostatnich wywiadach, m.in. w programie „Sprawa dla reportera”, Kajetan Kamiński podzielił się wstrząsającymi szczegółami dotyczącymi swojego bezpieczeństwa. Młody dyrektor teatru przyznał wprost, że boi się o własne życie. Decyzja o zakupie i regularnym noszeniu kamizelki kuloodpornej nie była kaprysem, lecz wynikiem narastającego poczucia zagrożenia.
„Już mi grozili. Jeśli ktoś podjedzie i strzeli mi w głowę, to trudno. Ale jeśli strzeli w klatkę piersiową, dzięki kamizelce mam szansę przeżyć” – wyznał poruszony Kamiński. Opisał również niepokojący incydent, do którego doszło na ulicy: nieznajomy mężczyzna podszedł do niego i wykonał ruch, jakby sięgał po broń ukrytą przy biodrze. Napastnik wycofał się tylko dlatego, że w pobliżu pojawili się przechodnie. Podłożem tych dramatycznych wydarzeń jest wieloletni spór o nieruchomości przy alei Solidarności 93 w Warszawie, gdzie mieści się teatr. Walka toczy się na wielu frontach, z jednej strony z prywatnym inwestorem, który przed laty przejął część powierzchni budynku, z drugiej z częścią wspólnoty mieszkaniowej.

Sprawa jest niezwykle skomplikowana prawnie i emocjonalnie. Justyna Sieńczyłło, wdowa po Emilianie Kamińskim, również nie czuje się bezpieczna. Wcześniej informowała media o próbach zastraszenia, takich jak sugestie, by „sprawdzała hamulce w samochodzie”, czy doniesienia o próbach podpalenia budynku teatru.



Prof. Jan Miodek: "kobieta" w XVII wieku było słowem obelżywym
i wulgarnym. Naszym przodkom kojarzyła się ze słowem "kob",
a to tyle, co chlew. W napisanym w XVI wieku przez Marcina Bielskiego "Sejmie niewieścim" jedna z bohaterek mówi: "mężczyźni nas ku zelżeniu kobietami zową".
Kobieta zneutralniała stylistycznie dopiero w XVII wieku. Zamiast niej funkcjonowała "żena" zmieniona w "żonę". Żena, wywodząca się z pnia indoeuropejskiego, była określeniem istoty płci żeńskiej, ale wraz ze zneutralnieniem kobiety stała się określeniem matrymonialnym.
Natomiast określeniem neutralnym była "dziewka", która później nabrała waloru pejoratywnego, zwłaszcza z pochyloną samogłoską "e" - czyli dziwka. Słowo "dziewczę" zniknęło. Można czasem żartobliwie powiedzieć: o, zalotne dziewczę z niej, ale na co dzień mówi się "dziewczyna"



Setki przedsiębiorstw załozonych w PRL okazały się w III RP znakomitym towarem, który można było sprzedać i tym samym załatać dziurę w budżecie. Do 2009 r. sprzedaż klejnotów koronnych Polski Ludowej przyniosła budżetowi 83 mld zł. A sprzedawano po śmiesznie niskiej cenie, często za ułamek wartości. I jeszcze wiele do sprzedaży zostało.

NA CZYM POLEGAŁ FENOMEN EPOKI GIERKA?

Edward Gierek uruchomił gigantyczne pokłady ambicji i energii Polaków, powiedział głośno to, o czym po cichu myślały miliony
Minęło ponad 40 lat od jego odejścia z funkcji, a pamięć dekady lat 70. wciąż jest żywa. Mimo że większość Polaków już tych czasów nie pamięta… Legenda jednak żyje.
W roku 2004 „Gazeta Wyborcza” razem z Radiem Zet i TVN przeprowadziła sondaż, w którym pytano Polaków, kto był najlepszym przywódcą w historii Polski. Zwyciężył, i to zdecydowanie, Edward Gierek. Wskazało go 46% ankietowanych.
Dziś te wyniki pewnie wyglądałyby inaczej, propaganda zohydzająca Polskę Ludową i wszystko, co z nią związane, trwa bowiem w najlepsze. Na pokolenia wchodzące w dorosłe życie na pewno to działa. Ale i tak faworytem byłby Gierek. Na czym więc polegał jego fenomen? Dlaczego z jego czasów pamiętamy tylko to, co dobre, zapominając o rzeczach złych?
Myślę, że złożyło się na to kilka elementów. I materialnych, i tkwiących w świadomości milionów Polaków. Oczywiście łatwo jest mówić o wielkich inwestycjach, o fabrykach domów, licencjach, o Polsce jako o wielkim placu budowy. Ale gdy zastanawiamy się nad fenomenem epoki Gierka, ważniejsze jest chyba coś innego – lata 70. zmieniły przede wszystkim Polaków. Edward Gierek uruchomił gigantyczne pokłady ambicji i energii, które wcześniej były gdzieś przyduszone.
Aspiracje, które Polacy mieli wcześniej, były ograniczone, życie było ciężkie, a w radiu i gazetach a to niemieccy rewizjoniści, a to budowa socjalizmu… Czas Edwarda Gierka wszystko zmienił. Nastąpiło odwrócenie wcześniejszych zasad. Inwestycje miały służyć przede wszystkim ludziom. Zaczęły powstawać fabryki domów, fabryki mebli, na drogach pojawiły się produkowane na licencji fiaty. „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio” – to hasło było odzwierciedleniem filozofii rządzenia.
Co istotne – ekipa Gierka niosła ze sobą przekonanie, że zmiana musi objąć cały kraj, wszystkie warstwy. Jeżeli do dziś lata 70. wspominane są jako najlepszy czas na wsiach, w średnich i małych miastach, nie wzięło się to znikąd. Mieszkańcy wsi zostali objęci opieką zdrowotną i emerytalną, zrzucono z nich upokarzające obowiązki dostaw obowiązkowych, mogli inwestować, budować. Miasta średniej wielkości mogły poczuć powiew wielkiego świata. Inwestycje rozlały się na całą Polskę. W mniejszych ośrodkach lokowano filie wielkich zakładów, budowano nowe. Ośmieszana reforma administracyjna z 1975 r. dała impuls rozwoju dziesiątkom miast.
Inaczej wreszcie pokazywany był w czasach Gierka świat. Żelazna kurtyna została odsłonięta. Zachód przestał być czymś groźnym. Miliony Polaków zaczęły go odkrywać. I turystycznie, i w ramach wyjazdów służbowych. Każda rodzina mogła w ramach wyjazdu turystycznego wymienić po oficjalnym kursie 150 dol. i wyjechać do Francji czy do Włoch. Delegacje polskich inżynierów, specjalistów, jeździły po świecie, negocjując kontakty, licencje.
Polacy jeździli i porównywali. Rosły ich aspiracje.
Przełom, który nastąpił, nie był przypadkiem. Otwarcie Polski na świat to dzieło i Gierka, i rosnącej w siłę grupy myślących o nowoczesności działaczy w PZPR. Ich rola jest dziś pomijana. Gdy mówimy o PZPR, to skupiamy się na frakcjach z roku 1956, na puławianach i natolińczykach, pamiętamy partyzantów, moczarowców… A tymczasem, przynajmniej do połowy lat 60., rozwijała się w łonie partii grupa technokratów, działaczy, którzy chcieli rozwijać Polskę poprzez jej uprzemysłowienie, kupno zachodnich licencji. Fiat 125p, produkowany na Żeraniu, to była jeszcze epoka Gomułki. Tadeusz Wrzaszczyk, szef FSO, w czasach Gierka, zrobił wielką karierę.
Nie tylko on. Gierek niewiele przecież by zrobił, gdyby w Polsce tamtego czasu nie było tysięcy wykształconych inżynierów, ekonomistów, fachowców. To na nich się oparł, ich marzenia realizował.
Tak więc wielki przełom lat 70. nie odbywał się w politycznej i społecznej próżni. Gierek nie był sam. Jego siła polegała na tym, że powiedział głośno to, o czym po cichu myślały miliony. A mógł tak zrobić, ponieważ lepiej znał świat, miał szersze perspektywy.
*
Myślę, że nie do przecenienia jest fakt, że Edward Gierek młodość spędził we Francji i w Belgii, w tamtejszych kopalniach. Przesiąkł Zachodem. To było widać. Gierek w sposób zachodni rozumiał rolę polityki. Dla komunistów epoki Gomułki, często więźniów sanacji, polityka to była rewolucja. Dla Gierka polityka była sztuką poprawiania życia. Wielki francuski król Henryk IV mawiał, że jego marzeniem jest, żeby każdy Francuz mógł w niedzielę do garnka włożyć kurczaka. Gierek też tak postrzegał politykę.
Inaczej niż jego poprzednicy widział rolę polityka. PZPR, gdy objęła w Polsce władzę, przyniosła ze sobą wschodni model rządzenia – że I sekretarz jest gdzieś daleko, niedostępny, ale zawsze ma rację.
Gierek ten model zmienił. Epokowe było jego spotkanie ze strajkującymi stoczniowcami w Szczecinie 24 stycznia 1971 r. Oni strajkowali, a on pojechał do nich. Zupełnie niezapowiedziany, zapukał do bram stoczni, i zawołał: – Jestem, przyjechałem!
Następnego dnia był w Gdańsku. I wtedy wygłosił jedną z najlepszych w swoim życiu mowę. „My i wy jesteśmy z tej samej gliny”, mówił zebranym. A potem zapytał ich „Pomożecie?”.
Kogo z dzisiejszych przywódców byłoby stać na taki wyjazd, takie spotkanie i takie pytanie?
Prześmiewcy żartują sobie z gospodarskich wizyt Gierka, z tego, że objeżdżał kraj wzdłuż i wszerz. A nie było to sztuczne, wynikało przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, jak opowiadają jego współpracownicy, Gierek nie lubił wczytywania się w różne raporty, nie ufał im, wolał sam na miejscu przekonać się, jak wyglądają sprawy. Pogadać z ludźmi. Nie żądał więc od ministrów sprawozdań, tylko wołał ich do siebie, by mu wyjaśnili, w cztery oczy, jak dany problem zamierzają rozwiązać.
Po drugie, to był także model sprawowania władzy, który przyniósł z Zachodu – że lider jest wśród załogi, żyje jej życiem. Ludzie to widzieli i czuli się ważni, doceniani.
Gdy mówimy o epoce Gierka jako o czasach, w których zdecydowanie poprawiła się stopa życiowa milionów, warto zawsze dodać, że te miliony poczuły się gospodarzami w swoim kraju.
*
Jest jeszcze jeden ważny element charakteryzujący lata 70. Wspominaliśmy już o nim, ale warto postawić kropkę nad i. Otóż Gierek nie bał się świata. I znakomicie poruszał się zarówno w Moskwie, jak i w Paryżu czy Bonn.
Jeszcze jako I sekretarz KW w Katowicach nawiązał kontakty w Moskwie. Breżniew traktował go już w latach 60., jako następcę Gomułki, Rosjanie lubili go i na niego stawiali. Jego technokratyczne podejście znajdowało zrozumienie. Gierek, jak opowiadają jego współpracownicy, miał do radzieckich przywódców dobre podejście, absolutnie inne niż jego poprzednik. Otóż Gomułka wykłócał się z Breżniewem czy Kosyginem, pouczał ich, był bardzo trudnym partnerem. Gierek był partnerem ujmującym. Nie szczędził miłych słów, komplementów, orderów, ale robił swoje. Ponieważ był przyjacielem i zapewniał spokój, na Kremlu przymykano oczy na jego politykę dotyczącą Kościoła, wsi czy otwarcia na Zachód. Do czasu…
Na Zachodzie z kolei Edward Gierek dość szybko zbudował sobie pozycję poważnego partnera. Polska była inna, nie była jednym z wielu krajów satelitów ZSRR. Poprzez licencje, inwestycje, zaczęła szybko włączać się w obieg światowej gospodarki.
To musiało zostać zauważone. Możemy dziś się śmiać, że opowieści o Polsce jako 10. potędze gospodarczej świata, to wytwór telewizyjnej propagandy. Ale coś było na rzeczy! Jeżeli nie 10., to była 12. czy 15. A to się liczyło.
Po drugie, Gierek był w świecie znakomicie przyjmowany. Po francusku mówił lepiej niż po rosyjsku, więc nad Sekwaną traktowano go jak swojego. Kanclerz Niemiec Helmut Schmidt darzył go sympatią i przyjaźnią, mówił, że chętnie by go wziął do swojej ekipy jako ministra pracy. To nie był tani komplement, to było uznanie, że Gierek jako polityk ma kompetencje. Świetne były kontakty polsko-amerykańskie.
Z Polską zaczęto wiązać na Zachodzie nadzieje. Zwłaszcza w Europie, zwłaszcza w Niemczech – że jej niezależna polityka w ewolucyjny sposób zmieni polityczną architekturę naszego kontynentu. Że nie będzie to obszar konfrontacji dwóch stojących naprzeciw siebie bloków.
*
Dlaczego więc Gierek upadł? I to tak boleśnie?
To także nie wzięło się znikąd, to nie był przypadek. Polska za szybko chciała wyrwać się z gorsetu. Stare struktury gospodarcze, niedobór wykwalifikowanej kadry… Eksperyment przeniesienia kawałka Zachodu na Wschód, nowoczesności w miejsce nienowoczesne w przypadku Polski się nie udał. Nie byliśmy zresztą w świecie jakimś wyjątkiem…
Ale to też nie tak, że po latach 70. zostały jedynie miłe wspomnienia. Co piąty Polak mieszka w blokach zbudowanych w tamtym czasie, jeździmy po drogach z lat 70., leczymy się w szpitalach wówczas zbudowanych.
Jest też mit – wspomnienie dobrych czasów, kiedy wszystko się udawało. I nasz zakład, i cała Polska szły do przodu, i nawet piłkarze byli najlepsi w świecie.
W latach 70. wybudowano 557 nowych przedsiębiorstw, w tym:
  • 71 fabryk domów
  • 18 zakładów mięsnych,
  • 16 fabryk odzieżowych
  • 14 chłodni
  • 10 zakładów elektronicznych
  • 10 fabryk mebli
  • 9 zakładów hutnictwa żelaza i metali nieżelaznych
  • 9 elektrociepłowni
  • 7 elektrowni
  • 7 fabryk samochodów i ich części
  • 5 cementowni
  • 5 kopalni węgla kamiennego
Te setki przedsiębiorstw okazały się w III RP znakomitym towarem, który można było sprzedać i tym samym załatać dziurę w budżecie. Do 2009 r. sprzedaż klejnotów koronnych Polski Ludowej przyniosła budżetowi 83 mld zł. A sprzedawano po śmiesznie niskiej cenie, często za ułamek wartości. I jeszcze wiele do sprzedaży zostało.
Autor : Robert Walenciak / 2022 r.


W 2017 roku 45-letni Dunstan Low nie mógł sprzedać swojej rezydencji wartej 500 000 funtów w tradycyjny sposób… Dlatego wykazał się kreatywnością. Zamiast obniżyć cenę, uruchomił internetową loterię, w której los kosztował 2 funty. Pomysł stał się hitem.
Prawie pół miliona osób wzięło udział w losowaniu, aby zostać właścicielem sześciopokojowej rezydencji Melling Manor. Ostatecznie Dunstan zebrał ponad milion funtów, spłacił długi i przekazał klucze do rezydencji Marie Segar, pracowniczce finansowej, która wydała zaledwie 40 funtów.



Ta się pisze po polsku nazwę miasta?





A jednak polityka. Od tego są Instytuty?







10 marca 2026