Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Kompania Wschodnioindyjska - korporacja łupieżców

Kompania Wschodnioindyjska - korporacja łupieżców

Wprost | dodane 2015-11-03 (15:34) | 53 opinie


Z Kompanią Wschodnioindyjską nie może się równać żadna współczesna korporacja. Bo czy można sobie wyobrazić Walmarta albo Facebooka dysponujących flotą wojenną, 200-tysięcznym korpusem ekspedycyjnym i poparciem przekupionego parlamentu?

Era nowożytna wcale nie zaczęła się wraz z wydrukowaniem przez Gutenberga pierwszego egzemplarza Biblii ani z dopłynięciem przez Kolumba do Ameryki. Podstawy nowoczesnego świata, w którym dziś żyjemy, stworzone zostały w mroźny dzień Nowego Roku 1600, gdy królowa Elżbieta nadała nowo powołanej spółce kupieckiej przywilej monopolu na handel zamorski na wschód od Przylądka Dobrej Nadziei. Monarszy podpis niewiele wówczas znaczył, bo tamte tereny kontrolowali Holendrzy i Portugalczycy. 

Założenie, że grupka angielskich kupców mogła rzucić wyzwanie ówczesnym potęgom, wydawało się szalone, ale też nie tylko o handel zamorski tutaj szło. Firma, znana potem na całym świecie jako Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska, była jedną z pierwszych spółek akcyjnych, której papierami można było handlować na wolnym rynku. To dla potrzeb spekulacji giełdowych, niezbędnych do pozyskiwania kapitału na wyprawy po egzotyczne przyprawy, herbatę, jedwab i porcelanę, wymyślono kontrakty terminowe, zakup opcji i krótką sprzedaż, a więc instrumenty będące podstawą współczesnego obrotu na parkietach całego świata. To dla bezpieczeństwa inwestorów Kompanii Wschodnioindyjskiej wymyślono formułę spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Wcześniej nie stosowano bowiem rozróżnienia między majątkiem prywatnym a tym znajdującym się w obrocie handlowym.

Jak transakcja sprzedaży osła

Zamorski handel był czymś, co dziś moglibyśmy porównać do prób kolonizacji Marsa. Koszty były ogromne, a ryzyko finansowego fiaska spowodowanego sztormem, zarazą, napadem piratów czy śmiercią z rąk dzikich dużo większe niż perspektywa zysków. Tylko dzięki wprowadzeniu odpowiedzialności ograniczonej do wysokości zainwestowanego wkładu można było znaleźć śmiałków gotowych wyłożyć gotówkę na handlową eksplorację bogactw Azji. Biznes rozwijał się wtedy niezwykle wolno. Przez pierwsze 20 lat firma, mająca zbudować imperium brytyjskie, mieściła się w prywatnym domu jej szefa - londyńskiego finansisty Thomasa Smythe'a. W 100 lat po podpisaniu przez Elżbietę przywilejów handlowych dla kompanii pierwsza globalna korporacja ciągle zatrudniała na stałe zaledwie 35 osób. Wkrótce jednak miało stać się coś, co zmieniło bieg historii.

W zamku Powis w Walii, posiadającym największą na świecie kolekcję XVIII-wiecznej sztuki indyjskiej, której próżno szukać w muzeach w Delhi czy Kalkucie, znajduje się obraz przedstawiający dwór mogolskiego cesarza Indii Shaha Alama. Młody władca, otoczony doradcami i strażą przyboczną, wręcza zwój papieru dwóm przystrojonym w peruki dżentelmenom w czerwonych surdutach. Uwieczniony na płótnie zwój zawiera cesarski diwan, czyli edykt, przekazujący (jak powiedzielibyśmy dzisiaj, na zasadzie outsourcingu) Kompanii Wschodnioindyjskiej cały system podatkowy Bengalu, jednej z najbogatszych prowincji imperium Wielkich Mogołów. Prywatyzacja kluczowej części indyjskiego systemu fiskalnego nie odbyła się wcale w tak uroczystych okolicznościach, jak wynika to z obrazu z kolekcji w Powis.

- Dokument międzynarodowej wagi, który normalnie wymagałby zgody władców, wymiany ambasadorów i długich negocjacji ministrów, załatwiono jak transakcję sprzedaży osła - napisał potem hinduski historyk Sayyid Ghulam Husain Khan.

W rzeczywistości młody mogolski cesarz został przyprowadzony do namiotu na placu apelowym koszar w Allahabadzie, zdobytych wcześniej przez najemników kompanii. Nie było tam żadnego złoconego tronu, tylko zwykłe krzesło należące do Roberta Clive'a, regionalnego dyrektora handlowego, jak nazwalibyśmy go we współczesnym korporacyjnym żargonie. Nosił on jednak tytuł gubernatora Bengalu, którym zarządzał nie jako przedstawiciel korony brytyjskiej, tylko pracownik spółki akcyjnej z Londynu. Na potrzeby swoich indyjskich operacji spółka zwiększyła w owym czasie zatrudnienie kadry kierowniczej do około 150 osób. W kategoriach korporacyjnej efektywności jest to niepobity do dziś rekord, biorąc pod uwagę, że zarządzali 90-milionową populacją jednego z najbogatszych krajów świata, generującego w połowie XVIII w. jedną czwartą światowego PKB.

Mordor w Indiach

Clive był pierwszym z długiej listy wybitnych przedstawicieli korporacyjnego Mordoru, pełnym ambicji egoistą, którego kanceliści z londyńskiego City wysłali, by wyciskał z mieszkańców Indii, ile się da. Wywiązał się z tego zadania celująco, dokonując podboju większości indyjskiego subkontynentu. Stosował przy tym cały wachlarz korporacyjnych zagrywek - od normalnego handlu i inwestycji bezpośrednich, przyczyniających się do wzrostu liczby miejsc pracy, przez rozmaite formy czarnego i białego PR, aż po ordynarne przekupstwo i polityczne machinacje. Ponieważ opinia publiczna oceniała takie postępowanie równie negatywnie jak dziś, sięgnął po przyznany 150 lat wcześniej przywilej wszczynania wojen nie tylko w imieniu kompanii, ale także korony brytyjskiej.

Polecamy również:
Czeskie i rosyjskie uczelnie przed polskimi


Oficjalnie w historii stoi więc, że podbój Indii zapoczątkowała bitwa pod Plassey, w której młody Robert Clive na czele nieco ponad 3 tys. najemników pokonał kilkudziesięciotysięczną armię nababa Bengalu wspomaganego przez francuską artylerię. W rzeczywistości należałoby mówić o negocjacjach pod Plassey, a nie o bitwie, bo walki służyły tylko za tło wyczerpujących targów na temat fuzji lub, jak kto woli, wrogiego przejęcia Indii przez spółkę akcyjną z Londynu. Clive, jak na doświadczonego menedżera przystało, zastosował całą paletę strategii negocjacyjnych z fałszowaniem kontraktów i przekupstwem włącznie. Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska stała się gigantyczną agencją podatkową. Handel został zastąpiony przez politykę, a składy towarów zamieniły się w arsenały dla 200-tysięcznej prywatnej armii, która dwukrotnie przewyższała liczebnością brytyjskie siły zbrojne.

Zbyt duża, żeby upaść

"Czymże jest teraz Anglia, jeśli nie kloaką, którą płynie bogactwo Indii" - narzekał Horace Walpole, angielski pisarz i członek Izby Gmin. Podobnie jak w Indiach, kompania stosowała korupcję także na Wyspach, wymuszając wygodną dla swoich interesów politykę korony. Lobby wschodnioindyjskie w parlamencie zgodziło się uznać przywilej ściągania podatków w Indiach za prywatną własność firmy, a nie korony brytyjskiej, co kosztowało kompanię 400 tys. funtów, które zasiliły skarbiec królewski. Edmund Burke, wybitny brytyjski mąż stanu i klasyk konserwatyzmu, właśnie wtedy zdefiniował aktualną do dziś przestrogę, że korporacje korumpują ustawodawców.

W pewnym okresie co trzeci członek Izby Gmin miał pokaźne pakiety akcji kompanii, co czyniło go osobiście zainteresowanym stanowieniem prawa korzystnego dla firmy, bo w końcu dostawał dywidendę. Kupowano też przychylność klasy politycznej w stylu przypominającym strategię zatrudniania byłych polityków na ważne stanowiska biznesowe. Rolę byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera, pracującego dla rosyjskiego Gazpromu, odgrywał wtedy lord Cornwallis, zatrudniony przez kompanię w Indiach po tym, jak przegrał wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych. 

Korporacyjne eldorado trwało kilka lat, w czasie których w języku angielskim upowszechniło się pochodzące z hindi słowo "loot", oznaczające plądrowanie. Rabunkowa polityka doprowadziła w Bengalu do klęski głodu, który pochłonął kilka milionów ofiar. Jej efektem był dramatyczny spadek przychodów z tytułu podatków, co z kolei doprowadziło do pęknięcia bańki spekulacyjnej w Europie, pompowanej przez emisję nowych akcji kompanii, obiecującej krociowe zyski z Indii.

Głód w Bengalu zostawił firmę, której dyrektorzy mówili o sobie "najwspanialsze stowarzyszenie kupieckie we wszechświecie", z długami sięgającymi 1,5 mln funtów i niespłaconymi podatkami na kolejny milion. Efektem był upadek 30 dużych europejskich banków, inwestujących w handel z Indiami. Szefostwo korporacji wpadło wtedy na ten sam pomysł co niekompetentni szefowie współczesnych instytucji: zażądali od korony wsparcia w astronomicznej jak na owe czasy wysokości miliona funtów.

Polecamy również:
Polska Coco Chanel – rewolucjonistka mody w PRL-u, Barbara Hoff


Państwo nie miało wyjścia, bo Kompania Wschodnioindyjska okazała się pierwszym w historii przypadkiem firmy zbyt dużej, żeby upaść. Edmund Burke, który wydał osobistą wojnę korporacji i jej szefowi Warrenowi Hastingsowi, w raporcie dla specjalnej komisji parlamentu ostrzegał, że upadając, kompania może pociągnąć za sobą także całe brytyjskie imperium. Obawiał się, że Anglię może spotkać to, co przydarzyło się Islandii kilka lat temu, gdy upadek trzech największych banków komercyjnych doprowadził kraj na skraj bankructwa.

Trafieni gilzą

Monarchia co prawda wsparła korporację, ale zażądała w zamian wpływu na zarządzanie. Słusznie uznano, że to nie spółka handlowa winna nadzorować dochody, jakie budżetowi korony przynosił subkontynent indyjski. Nadzór państwa doprowadził do nacjonalizacji, a w końcu i likwidacji firmy. Po wojnach napoleońskich odebrano firmie monopol na handel z Indiami, a potem z Chinami. Było to spełnienie postulatów klasyka liberalizmu gospodarczego Adama Smitha. Jego koncepcje wolnorynkowe powstały jako reakcja na omnipotencję kompanii, którą nazywał "bezużytecznym, krwawym monopolem".

Opinia ta może być po części krzywdząca, jeśli się weźmie pod uwagę wkład firmy w rozwój globalnych rynków finansowych oraz imperium brytyjskiego. Chodzi nie tylko o eksploatację bogactw Azji, ale także stworzenie podstaw nowoczesnej administracji o globalnym zasięgu. Zasady wypracowane przez niewielkie, ale sprawne kadry urzędników kompanii, są ciągle kanonem służby cywilnej w krajach dawnego imperium. Firmę dobiły jednak nie biznesowe błędy czy państwowy interwencjonizm, tylko złe zarządzanie zasobami ludzkimi w Indiach. Poszło o nasączane mieszaniną świńskiego i wołowego tłuszczu gilzy pocisków w karabinach Enfield, w które wyposażono oddziały sipajów zatrudnianych przez kompanię. Protesty hinduistów, dla których krowy są święte, i muzułmanów, dla których świnie są nieczyste, zostały zignorowane. To wywołało bunt, który z kolei został krwawo stłumiony.

W Anglii rzeź w Indiach została bardzo źle przyjęta, co wykorzystali wrogowie kompanii, a to przypieczętowało jej los. W 1859 r. w tym samym Allahabadzie, gdzie 100 lat wcześniej Robert Clive wymusił niekorzystną umowę na władcach Indii, lord Canning ogłosił nacjonalizację kompanii. Trzy lata później w Londynie zburzono East India House, symbol potęgi znienawidzonej powszechnie firmy, która ostatnią dywidendę wypłaciła w roku 1873. Na ironię losu zakrawa, że dziś prawa do historycznej nazwy posiada pewien biznesmen ze stanu Gudżarat, prowadzący sklep ze smakołykami na tyłach Regent Street w Londynie.

Jakub Mielnik, Wprost


http://historia.wp.pl/title,Kompania-Wschodnioindyjska-korporacja-lupiezcow,wid,17950528,wiadomosc.html?ticaid=118b35
 

Jak polski ekonomista zainspirował chiński cud gospodarczy



Jak polski ekonomista zainspirował chiński cud gospodarczy

26 lutego 2017, 07:33

W tworzeniu planu reform gospodarczych po odejściu od komunizmu w 1979 r. Chińczykom pomagał polski ekonomista Włodzimierz Brus – wynika z wydanej w USA książki „Unlikely Partners. Chinese Reformers, Western Economists and the Making of Global China” autorstwa Juliana Gerwitza.

Jak pisze autor w publikacji, której polski tytuł to „Zaskakujący partnerzy. Chińscy reformatorzy, zachodni ekonomiści i tworzenie globalnych Chin”) 31 grudnia 1979 r. rozpoczęła się pierwsza po decyzji o zmianie polityki gospodarczej Chin istotna wizyta zagranicznego ekonomisty. W szarym budynku w starym centrum Pekinu, na zachód od placu Tienanmen kilkudziesięciu najważniejszych chińskich ekonomistów wspięło się po schodach na czwarte piętro, aby zebrać się w sali konferencyjnej Instytutu Ekonomii Chińskiej Akademii Nauk Społecznych (CASS). Zebrali się po to, by wysłuchać wykładu polskiego ekonomisty Włodzimierza Brusa.

Kim był Włodzimierz Brus

Urodził się w 1921 r. w Płocku. W czasie wojny stracił prawie całą rodzinę w obozie koncentracyjnym w Treblince. Po zakończeniu II wojny światowej wykładał w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie (obecnie to Szkoła Główna Handlowa) oraz na Uniwersytecie Warszawskim. W 1968 r. na fali antysemickiej nagonki został zmuszony do emigracji. Po wyjeździe wykładał na zachodnich uniwersytetach, m.in. na Oksfordzie. Zmarł w 2007 r.
Po zmianie systemu nie zdecydował się wrócić do Polski, bo toczyła się sprawa przeciwko jego żonie Helenie Wolińskiej (była prokuratorem w czasach stalinowskich).

Skąd wziął się w Chinach w 1979 r.

Otóż jeden z chińskich ekonomistów, członek CASS, niejaki Liu Guoguang interesował się zagranicznymi pracami naukowymi dotyczącymi reform systemu socjalistycznego i trafił na pracę Brusa.
Polak był znanym zwolennikiem tzw. socjalizmu rynkowego, czyli idei, która opierała się na przekonaniu, że mechanizmy rynkowe byłyby ideologicznie i praktycznie kompatybilne z socjalizmem. Od lat 60. XX wieku Brus zaczął opracowywać teorię „gospodarki planowej z wbudowanymi elementami socjalizmu”. Jej częścią było m.in. to, że przedsiębiorstwa miały się kierować rachunkiem ekonomicznym przy podejmowaniu autonomicznych decyzji. Jednocześnie nie oznaczało to pozbycia się centralnego planowania. Dla Brusa mechanizmy rynkowe miały być sposobem sprawienie, by gospodarka planowa była efektywniejsza.

Co robił Brus w Państwie Środka

W czasie pierwszego wykładu Brus odpowiadał na pytania chińskich ekonomistów, których bardzo interesowały rynkowe reformy wprowadzane w Jugosławii i na Węgrzech. Tłumaczył także, jak zmieniał się socjalistyczny model gospodarczy w zależności od tego, ile elementów kapitalizmu do niego wprowadzono. Następnie spotkał się z ówczesnym wicepremierem Chin Bo. Przygotowano podsumowanie wykładów i publikacji Brusa, przetłumaczono je na chiński i przekazano przedstawicielom najważniejszych organów państwa.
Jednak najbardziej symboliczne znaczenie miało spotkanie Brusa z Sun Yefangiem. Yefang to chiński ekonomista, który już w 1961 r. postulował reformę krajowego modelu gospodarczego (za co został aresztowany). Polak odwiedził Yefanga w szpitalu, gdzie mężczyźni rozmawiali po polsku i rosyjsku około 40 min. Sun później zanotował w dzienniku, że żałował, iż rozmowa nie trwała dłużej. Poglądy Brusa zrobiły także spore wrażenie na wicepremierze Chin, który 15 stycznia 1980 r. w czasie przemówienia skierowanego do przedstawicieli partii szczegółowo je zrelacjonował.

Inni ekonomiści w Chinach

Ale Chińczycy nie ograniczali się tylko do Włodzimierza Brusa, jeżeli chodzi o zagranicznych ekonomistów. Byli otwarci na każde rozsądne poglądy, ale uważali, że szczególnie dużo mogą się nauczyć od naukowców z krajów, które reformowały socjalizm. Stąd wyjątkowo duży udział wśród zagranicznych ekspertów doradzających chińskim władzom ekonomistów z ówczesnych krajów socjalistycznych.
Był wśród nich m.in. Czech Otto Silk, który inspirował się poglądami innego polskiego ekonomisty Oskara Lange. Ludwig von Mises i Friedrich Hayek krytykowali socjalizm, argumentując, że nigdy nie będzie on efektywny, ponieważ planiści nie są w stanie wyliczyć cen, wielkości produkcji i innych istotnych elementów planu. Oskar Lange i Otto Silk twierdzili, że taka kalkulacja była możliwa i w jej wyniku okazałoby się, iż socjalizm jest bardziej efektywnym systemem od kapitalizmu.
Chińczycy byli zainteresowani także innymi poglądami. 15 października 1979 r. zaproszenie do Chin otrzymał słynny wolnorynkowy ekonomista Milton Friedman. 22 września 1980 r. wraz z żoną wylądowali na lotnisku w Pekinie. Wizyta nie była sukcesem. Kiedy Amerykanin opuścił Chiny 12 października 1980 r., oświadczył, że przedstawiciele chińskich władz, z którymi się spotkał, „nie mają pojęcia, jak działa system kapitalistyczny”, a nawet zawodowi chińscy ekonomiści „nie są pod tym względem dużo lepsi”.
Z kolei Chińczycy zapamiętali Friedmana jako „niesłychanie upartego”; kogoś, kto „myśli, że socjalistyczny eksperyment się nie powiódł” i że jest on kimś, kto „nie wypowiada się uprzejmie bez względu na to, jak wysoka jest pozycja jego rozmówcy”. Jednak najciekawsze jest to, jak Chińczycy wykorzystali wiedzę, którą uzyskali od zagranicznych ekspertów.
Jeden z chińskich ekonomistów – Yu Guangyuan – pouczał swoich kolegów, że co prawda poznanie zagranicznych teorii ekonomicznych jest konieczne, ale Chiny powinny krytycznie przeanalizować nabytą wiedzę, wyizolować to, co wartościowe, i wykorzystać te informacje w sposób uwzględniający lokalne uwarunkowania i specyfikę ich kraju.

Dlaczego warto

„Unlikely Partners” ma ponad 400 stron, ale faktycznego tekstu jest mniej niż 300 i czytając książkę nie miałem wrażenia, że jest zbyt długa. Wydało ją renomowane wydawnictwo Harvard University.
Książka Juliana Gewitza to pasjonująca lektura dla każdego, kto interesuje się przyczynami bogactwa narodów, czyli tym dlaczego jedne kraje są bogatsze, a inne biedniejsze. Chiny osiągnęły pod względem tempa bogacenia się chyba największy sukces w historii świata (od 1978 r. do 2013 r. średni roczny wzrost PBK wyniósł 9,5 proc.), warto więc przestudiować, w jaki sposób wypracowano politykę, która okazała się tak udana.
Dla nas może być szczególnie interesujące dlatego, że obraliśmy politykę będącą przeciwieństwem chińskiej drogi (w Polsce terapia szokowa, w Chinach stopniowe wprowadzanie elementów kapitalizmu). Także metody wypracowywania polityki gospodarczej były zupełnie inne (zainteresowanym polecam książki Jeffreya Sachsa, który te kulisy ze szczegółami opisał).
Z naszego punktu widzenia najciekawsze w książce Gewitza jest jednak pokazanie roli Brusa w sukcesie gospodarczym Chin. Polskiego ekonomisty, który nie jest w naszym kraje szerzej znany, a o którym ostatnio napisał na swoim blogu amerykański ekonomista prof. Tyler Cowen z George Mason University, że to jeden z dwóch najważniejszych ekonomistów XX w. (ze względu na jego wpływ na politykę Chin).
Autor: Aleksander Piński 


http://forsal.pl/artykuly/1022060,jak-polski-ekonomista-zainspirowal-chinski-cud-gospodarczy.html
 

Cztery dni w firmie, a potem wolne


14-11-2016, 22:00

Na krótszy tydzień pracy decydują się obecnie głównie pracodawcy z branży IT, ale producenci już zaczynają iść w ich ślady.

— Szacuje się, że obecnie w Polsce około 700 firm, głównie w sektorze przemysłowym i na terenie aglomeracji śląskiej, oferuje swoim pracownikom czterodniowy tydzień pracy — mówi Agnieszka Skuza, dyrektor sprzedaży w Adecco Poland. Z obserwacji firmy wynika, że w kraju rośnie świadomość korzyści płynących ze stosowania elastycznego czasu pracy. Oczekują tego pracownicy zatrudnieni w zakładach oddalonych od domów o wiele kilometrów, którzy tracą bardzo dużo czasu na dojazdy. Dla pracodawców to oszczędność. W Polsce na cztery dni pracy w tygodniu decyduje się już nie tylko branża IT, ale też produkcyjna.

— Mamy w końcu rynek pracownika i czasami nie tyle chodzi o pozyskanie, co o utrzymanie zatrudnionych. Zdarza się, że ludzie są dowożeni do pracy 60 km i więcej. To duża strata czasu i pieniędzy, które trzeba przeznaczyć na taki dojazd. Z pewnością jest to także kolejna forma benefitu pozapłacowego, który powoduje, że ta, a nie inna oferta na rynku jest ciekawsza z punktu widzenia kandydata. Od kilku miesięcy problem z pozyskiwaniem ludzi do pracy jest bardzo zauważalny — podkreśla Agnieszka Skuza. 

 
W ubiegłym roku Międzynarodowa Organizacja Pracy oceniła, że 36-godzinny czterodniowy tydzień pracy będzie korzystny i dla pracowników, i dla gospodarki. Według Adecco Poland, elastyczne formy zatrudnienia pojawiają się w kolejnych branżach. Na przykład w Szwecji trwa eksperyment z sześciogodzinnym dniem pracy wśród pracowników biurowych. Sprawdzana jest tam teza, że efektywność sześcio- i ośmiogodzinnego dnia pracy jest taka sama. Portal CNNMoney w 2013 r. wyliczył, że najkrócej pracują Holendrzy — średnio 29 godzin tygodniowo, a czterodniowy tydzień pracy to niemal standard. W Danii liczy on 33 godziny, powszechne są tam elastyczne harmonogramy pracy i płatne urlopy, a pracownicy mają prawo do co najmniej pięciu tygodni płatnego urlopu rocznie. 33 godziny to średni tygodniowy czas pracy obowiązujący również w Norwegii. 

Tamtejsze prawo umożliwia pracownikom minimum 21 dni płatnego urlopu w roku, a także pozwala rodzicom z małymi dziećmi do zmniejszania liczby godzin pracy w tygodniu. W Irlandii tydzień pracy liczy obecnie średnio 34 godziny, podczas gdy jeszcze w 1983 r. Irlandczycy pracowali po 44 godziny tygodniowo. Polacy są jednym z najdłużej pracujących narodów w Europie — wynika z tegorocznego raportu OECD Better Life Index. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju podaje, że 7,4 proc. Polaków spędza w pracy ponad 50 godzin w tygodniu. Polska to ósmy najbardziej zapracowany kraj na świecie. © Ⓟ 
 
© ℗
Podpis: Iwona Jackowska
 
 
 
https://www.pb.pl/cztery-dni-w-firmie-a-potem-wolne-847203

piątek, 24 lutego 2017

Słowniki dawnej polszczyzny online



Słowniki dawnej polszczyzny online

Postprzez Sorok Tatary » 13.11.2013
Przyszło mi do głowy, że buszującym w starych dokumentach może życie ułatwić szybki dostęp do słowników języka polskiego rejestrujących archaiczne (a także dialektalne i gwarowe) formy językowe.
Jest tego sporo, więc rozbiję na kilka postów.

(1) Słownik Lindego: Słownik języka polskiego przez M. Samuela Bogumiła Linde, 1807-1814
Najstarszy jednojęzyczny słownik polszczyzny. Obejmuje 60.000 haseł, dokumentując leksykę polską od XVI do początku XIX wieku. 6 tomów "dłubanych" ręcznie (fiszki, gęsie pióro, łuczywo, słabnący wzrok).
To jedna z tych kilku dosłownie książek, dzięki którym kultura polska przetrwała 127 lat niebytu państwowego. Czuć ducha oświecenia, Komisji Edukacji Narodowej, Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk...
W kontekście przedwczorajszego spalenia Warszawy przez degeneratów spod znaku tzw. "myśli narodowej" (oraz podpalenia meczetu gdańskich Tatarów i zbeszczeszczenia gdańskiej synagogi w minionych tygodniach) dodam, że Linde urodzony w Toruniu, był synem Szweda i toruńskiej Niemki. I luteraninem.

Online:
a) w formacie DjVu na stronach Kujawsko-Pomorskiej Bibliotek Cyfrowej (wydanie pierwsze, Warszawa 1807-1814 (właściwie 1815)):
http://kpbc.umk.pl/dlibra/publication?id=8173
b) w formatach PDF, DjVu, kilku innych, z możliwością czytania online na stronach amerykańskiego Internet Archive (wydanie drugie, Lwów 1854-1861):
http://archive.org/search.php?query=Sow ... 20Wyd.%202
c) jako jeden z zasobów leksykograficzny dostępny z poziomu wyszukiwarki udostępnionej przez Katedrę Lingwistyki Formalnej Uniwersytetu Warszawskiego:
http://poliqarp.wbl.klf.uw.edu.pl/pl/
Świetne narzędzie - po wklepaniu słowa w okienko wyrzuca listę wystąpień, a odnośniki pozwalają obejrzeć właściwy fragment faksymile Słownika (w formacie DJVu). Korpus tekstów tej wyszukiwarki obejmuje także Słownik "warszawski" Karłowicza, część zasobów (wciąż powstającego) Słownika polszczyzny XVI wieku, pod red. Mayenowej i Bąka, Słownik geograficzny Królestwa Polskiego Sulimierskiego i inne. Godne rozpropagowania.






http://www.genealogia.okiem.pl/forum/viewtopic.php?f=12&t=22074



Samozwańczy senat „Wolnego Miasta Gdańsk” kwestionuje polskie granice!

  • Napisane przez  fit

Tylko u nas! Niemcy chcą zwrotu Gdańska! Samozwańczy senat „Wolnego Miasta Gdańsk” kwestionuje polskie granice!

MSZ nie wie, co to jest Rada Gdańszczan, ale jednocześnie wie o niej przynajmniej od 16 lat. Dodatkowo nie zna tej organizacji, ale wie, że nie stanowi ona żadnego zagrożenia. To straszliwa naiwność, bo czy zagrożeniem nie jest każdy, kto podważa kształt naszych granic? – pisze w najnowszym numerze tygodnika Warszawska Gazeta Borys Mikołajewski.
Od ponad 10 lat działa rząd Wolnego Miasta Gdańsk (WMG) na uchodźctwie. Nie uznaje on obecnych granic Polski i lobbuje społeczność międzynarodową za odtworzeniem Wolnego Miasta w kształcie sprzed 1939 r. Działająca „Rada Gdańska” (Rat der Danzig), która uznaje się za prawowitego następcę prawnego senatu rządzącego WMG przed wojną, złożona jest z 36 „senatorów”.
Sprawa jest o tyle poważna, że pomorscy przeciwnicy obecnego rządu coraz bardziej otwarcie spiskują z „senatem” WMG. W tej sprawie Tomasz Jaskóła z klubu Kukiz ’15 złożył interpelacje, ale sensownej odpowiedzi od Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie dostał. Polskie władze bagatelizują problem, co kiedyś może się zemścić.Gdańsk formalnie nie jest Polski?

Wystarczy przeczytać dwa akapity, godne hitlerowskiej propagandy, pochodzące z oficjalnej strony Rządu Wolnego Miasta Gdańska (wspomniany Rat der Danzig):

Dziś Polacy są narodem próżnym i aroganckim, szczególnie tyczy się to wyższych warstw społeczeństwa. Nie są szczególnie obdarowani, nie są produktywni ani kreatywni, w żaden sposób nie wzbogacili świata. Ponieważ przez całe wieki nie było im dane się rozwijać, nastąpiło u nich rozwinięcie cech negatywnych. Przez to żądają coraz więcej, nie dając nic w zamian, chciwie patrzą na cudzą własność, myślą tylko o sobie i są przekonani, że są pępkiem świata. Nie żyją w realnym świecie, lecz pławią się w marzeniach i poczuciu wyższości.
Polacy dostrzegają swoją niższość, lecz nie są w stanie rozpoznać przyczyny tego stanu. Myślą, że są uprawnieni, by stawiać żądania, ale te żądanie kierują przeciw Niemcom, nie zaś swoim prawdziwym zniewolicielom, którzy z wielką umiejętnością sterują ich żądaniami i ich nienawiścią.
Wolne Miasto Gdańsk powstało na mocy kończącego pierwszą wojnę światową traktatu wersalskiego. Przestało istnieć w 1939 r., kiedy to III Rzesza dokonała aneksji jego terytorium. Hitlerowskie wojska i administracja opuściły miasto na początku 1945 r., uciekając w popłochu przed nacierającą Armią Czerwoną. Ustanowiono polską administrację. Najpierw tymczasową, później już stałą w ramach województwa gdańskiego. Sytuacja tego terenu jest bardzo specyficzna i różni się od pozostałych powojennych zmian polskiej granicy.

(…)
Więcej w najnowszym numerze tygodnika Warszawska Gazeta!


http://warszawskagazeta.pl/kraj/item/4595-tylko-u-nas-niemcy-chca-zwrotu-gdanska-samozwanczy-senat-wolnego-miasta-gdansk-kwestionuje-polskie-granice

Do kogo należy Gdańsk?



Do kogo należy Gdańsk?

 
 
Pytanie zawarte w tytule wydaje się szalenie głupie, jednak jak słusznie zauważył swego czasu Stanisław Michalkiewicz, czasami warto jest zadawać głupie pytania, bowiem te bywają niekiedy szalenie inspirujące. Podobnie w XVIII wieku pewien holenderski astronom zadał z pozoru głupie pytanie – dlaczego w nocy jest ciemno? Odpowiedź na to pytanie innym astronomom zajęła bez mała 100 lat, a przy okazji odkryto, że wszechświat wcale nie jest nieskończenie wielki. Może w takim razie wróćmy do naszego z pozoru arcy-głupiego pytania – do kogo należy Gdańsk?


Faktycznie Gdańsk należy do państwa polskiego. Jednak jego status formalno-prawny wcale już nie jest taki oczywisty. Obecna granica polsko-niemiecka została ustalona przez Aliantów na Konferencji Poczdamskiej na przełomie lipca i sierpnia 1945. Przez NRD została uznana w układzie zgorzeleckim 6 lipca 1950. RFN uznało granicę NDR z PRL dopiero 7 grudnia 1970 w układzie Brandt/Cyrankiewicz. W okresie zimnej wojny partia CDU sprzeciwiała się zaniechaniu roszczeń do „landów wschodnich”, uważając przy tym, że jedynie zjednoczone Niemcy mogą uznać granicę z Polską w sposób ostateczny. Do takiego też uznania doszło zaraz po zjednoczeniu Niemiec i upadku muru berlińskiego podczas posiedzenia Bundestagu 16 grudnia 1991. Od tamtej pory państwo niemieckie oficjalnie uznaje granicę z Polską za nienaruszalną i wyrzekło się wszelkich roszczeń terytorialnych wobec Polski.

Jednak zupełnie inaczej wygląda sytuacja Gdańska, który przed II wojną światową nie należał do Rzeszy Niemieckiej, tylko był niepodległym państwem. Na wspomnianej już Konferencji Poczdamskiej terytorium do tej pory okupowanego przez III Rzeszę Gdańska Alianci oddali na 50 lat pod jurysdykcję Polski. Jak nie trudno policzyć te postanowienia wygasły w 1995! O ile z roszczeń pewnych środowisk w Niemczech wysuwanych pod adresem Polski, mówiących o terytoriach niemieckich pod tymczasową administracją polską możemy nic sobie nie robić, o tyle w przypadku Gdańska sprawa jest już co najmniej niepokojąca, ponieważ wszelkie ustalenia pomiędzy Polską i Niemcami dotyczącymi wspólnej granicy w ogóle nie dotyczą terenów dawnego Wolnego Miasta Gdańska! 

Aby było jeszcze mniej śmiesznie należy dodać, że 15 czerwca 1980 w Koblencji na spotkaniu Zrzeszenia Gdańszczan wybrano Radę Wolnego Miasta Gdańska, która faktycznie stała się wybranym parlamentem Wolnego Miasta Gdańska na uchodźstwie. Uprawnionymi do wyboru byli wszyscy mieszkańcy Wolnego Miasta Gdańska oraz ich potomkowie z tytułu dziedzicznego obywatelstwa. Powstały w ten sposób Senat przejął polityczną reprezentację wszystkich obywateli Wolnego Miasta Gdańska. Ponadto postawił sobie za zadanie uregulowanie problemu Gdańska. Nie chodzi tu jedynie o roszczenia polityczne ale także majątkowe, bowiem roszczenia prawne posiadają wszyscy potomkowie obywateli Wolnego Miasta Gdańska.


Wspomniany już Senat Wolnego Miasta Gdańska uznaje Polskę za kolejnego okupanta, który całkowicie ignoruje istnienie legalnego rządu Wolnego Miasta Gdańska, który rezyduje we Frankfurcie nad Menem i w czerwcu 1998 wystąpił z wnioskiem o przyjęcie do ONZ! Jednak to nie koniec niepokojących wiadomości. Warto wspomnieć, że w ostatnich latach garnizon Wojska Polskiego został wykwaterowany z Gdańska i przeniesiony do Gdyni. Ostatnie oddziały polskiego lotnictwa z Pruszcza Gdańskiego ( terytorium dawnego Wolnego Miasta Gdańska ) zostały wykwaterowane we wrześniu 2009. Dyrekcję Poczty Polskiej przeniesiono z Gdańska do Lublina. Polska prasa w Gdańsku została zlikwidowana, a ostatni tytuł jaki pozostał – Dziennik Bałtycki, ma niemieckiego właściciela. Także w dziwnych okolicznościach państwowa spółka niemiecka przejęła Gdańskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej, które posiada monopol na ogrzewanie miasta. Od momentu naprawy carillonu na ratuszu przy ul. Długiej kilka lat temu zaniechano regularnego odgrywania Roty Marii Konopnickiej. W serii znaczków miast polskich nie znajdziemy Gdańska, za to znajdziemy np. Elbląg. Przypadek? Czy my o czymś nie wiemy?


W świetle całkowitej bierności legislacyjnej w ciągu ostatnich 20 lat polskiego rządu i parlamentu oraz ostatnich orzeczeń sądownictwa krajowego na temat własności materialnej na terenie historycznego Wolnego Miasta Gdańska sprawa Gdańska i jego przynależności państwowej wydaje się bardzo poważna. Mogą przy tym stanowić dla nas pewną pociechę słowa Gerwazego Rębajły z Pana Tadeusza: „zrobić zajazd, najechać, wygrasz w polu, to wygrasz i w sądzie!” Gdańsk faktycznie jest integralną częścią terytorium państwa polskiego. Jednak jego status formalno-prawny pozostaje w dalszym ciągu nieuregulowany, a nasi Umiłowani Przywódcy jakoś wcale się nie kwapią, by sprawę formalnej przynależności Gdańska rozwiązać raz na zawsze. Z pewnością właśnie w tym upatrują swoją szansę członkowie Rady Wolnego Miasta Gdańska na uchodźstwie, by podważyć przynależność Gdańska do Polski. Jaka zatem pozostaje przyszłość Gdańska? To pytanie do naszych Umiłowanych Przywódców oczywiście! Ciekawe tylko czy w ogóle zechcą nam odpowiedzieć? Chyba nikt z nas nie życzyłby sobie, by w przyszłości Gdańsk stał się dla Polski problemem podobnym jak Palestyna dla Izraela w charakterze formalnie uznanego terytorium okupowanego?
na podstawie: 3obieg.pl 

https://parezja.pl/do-kogo-nalezy-gdansk/

Zachodnia praojczyzna Słowian -

przedruk


Zachodnia praojczyzna Słowian

Moim zdaniem, badania etnogenetyczne powinno się unaukowić poprzez:

a) rozróżnianie argumentów sprawdzalnych i niesprawdzalnych za pomocą statystyki (jeśli ktoś twierdzi, że język polski jest podobny bardziej do staropruskiego niż do litewskiego, a ktoś inny sądzi, że jest na odwrót, to licząc podobieństwa między tymi językami można rozstrzygnąć, który z tych poglądów jest prawdziwy, natomiast jeśli jeden badacz twierdzi, że nazwa Veneti oznacza u Tacyta w I wieku i u Jordanesa w VI wieku ten sam lud, a inny uczony temu przeczy, to można dać wiarę albo jednemu, albo drugiemu, ale za pomocą statystyki tej kwestii rozstrzygnąć się nie da);

b) opieranie się tylko na argumentach sprawdzalnych.


Za pomocą statystyki udało mi się ustalić, co następuje:

1) Wśród języków pokrewnych sąsiadujące z sobą są na ogół bardziej do siebie podobne niż niesąsiadujące z sobą, np. polszczyzna jest podobna bardziej do słowackiego niż do serbochorwackiego.

2) Stosunki pokrewieństwa językowego wykazują zdumiewającą stabilność. Jest oczywiste, że ze względów geograficznych łacina używana w Dacji około roku 270 (gdy legiony rzymskie opuszczały Dację) nawiązywała bardziej do łaciny używanej w Italii niż do łaciny używanej w Galii czy Hiszpanii. Od ewakuacji wojsk rzymskich z Dacji minęło 1700 lat, w czasie których nie było kontaktów językowych między Dacją a Italią, a pomimo to dzisiejszy język rumuński nawiązuje do włoskiego bardziej niż do pozostałych języków romańskich.

3) Języki germańskie są podobne bardziej do słowiańskich niż do bałtyckich, z czego wniosek, że w epoce przedhistorycznej Słowianie musieli przebywać - podobnie jak w okresie historycznym - między Germanami a Bałtami.

4) Język polski jest podobny bardziej do staropruskiego niż do litewskiego, z czego wniosek, że Słowianie pierwotnie mieszkali bliżej siedzib dawnych Prusów niż Litwy.

5) Język polski jest podobny bardziej do niemieckiego niż do osetyńskiego, najbliżej Polski używanego języka irańskiego (Osetowie są potomkami dawnych Sarmatów). Odległość między Hamburgiem a Kijowem jest niemal równa odległości między Kijowem a Władykaukazem, stolicą leżącej głównie na północnych zboczach Kaukazu republiki osetyńskiej, z czego wniosek, że praojczyzna Słowian nie mogła leżeć nad Dnieprem, bo gdyby tam była położona, to liczba leksykalnych zbieżności polsko-osetyńskich byłaby mniej więcej równa liczbie słownikowych zgodności polsko-niemieckich. Ponieważ prof. Sławski (2000, s. 333) czyni aluzję do "tak mało znanego osetyńskiego", warto wspomnieć o tym, że w latach 1958 - 1989 ukazał się w Moskwie 4-tomowy słownik etymologiczny języka osetyńskiego Abajewa, który liczy bez mała 2000 stron formatu B 5 wydłużonego.

6) Słownictwo włoskie nawiązuje bardziej do polskiego niż do litewskiego, z czego wynika, że w epoce przedhistorycznej - podobnie jak w okresie historycznym - Słowianie mieszkali bliżej Italii niż Bałtowie.

7) Języki germańskie są podobne bardziej do słowiańskich niż do romańskich. Jeśli zaś wziąć pod uwagę, że z Hamburga do Rzymu jest w linii powietrznej 1300 km, do Poznania 500, a do Kijowa bez mała 1500, to leksykalne zgodności germańsko-słowiańskie liczniejsze od germańsko-romańskich też przemawiają za zachodnią praojczyzną Słowian.

8) Język irlandzki nawiązuje bardziej do polskiego niż do litewskiego, z czego wniosek, że w epoce przedhistorycznej - podobnie jak w okresie historycznym - Celtowie mieszkali bliżej Słowian niż Bałtów.

9) Przeprowadzone przeze mnie badania nad językami romańskimi wykazały, że z grubsza biorąc, zachodzi związek między liczbą podobieństw leksykalnych, jakie dany język wykazuje w stosunku do pozostałych języków romańskich, a chronologią podbojów rzymskich, co się tłumaczy tym, że im wcześniej jakaś prowincja została podbita przez Rzymian, tym gruntowniej została zromanizowana:

Język   Początek podboju
Włoski 7498 Italia 396 r. przed Chr.
Portugalski 7159 Hiszpania 226 r. przed Chr.
Hiszpański 7114 Hiszpania 226 r. przed Chr.
Kataloński 6985 Hiszpania 226 r. przed Chr.
Francuzki 6851 Galia (125) 58 r. przed Chr.
Prowansalski 6560 Galia (125) 58 r. przed Chr.
Romanche 6318 Recja 15 r. przed Chr.
Sardyński 5333 Sardynia 237 r. przed Chr.
Rumuński 3564 Dacja 101 r. po Chr

Włoski, który powstał w kolebce ludów romańskich, wykazuje najwięcej zbieżności słownikowych z pozostałymi językami romańskimi. Z obliczeń przeprowadzonych nad językami słowiańskimi wynikło, że do pozostałych języków słowiańskich najwięcej podobieństw leksykalnych wykazuje polszczyzna.

10) Z obliczeń przeprowadzonych na językach słowiańskich w celu rekonstrukcji przedhistorycznych migracji Słowian wynikło, że języki zachodniosłowiańskie średnio wykazują więcej podobieństw leksykalnych do pozostałych języków niż języki wschodniosłowiańskie, a te z kolei więcej niż południowosłowiańskie, z czego wniosek, iż ekspansja Słowian na wschód poprzedziła migrację na południe. Dane te stanowią zarazem dodatkowy argument przemawiający za zachodnią praojczyzną Słowian.
Biorąc pod uwagę wszystkie te ustalenia, nie sposób zlokalizować praojczyzny Słowian gdzie indziej niż w dorzeczu Odry i Wisły. Teza to bynajmniej nie nowa, natomiast nowa jest argumentacja, która się różni od wszystkich dotychczasowych tym, iż jest oparta wyłącznie na danych statystycznych, a tym samym ma tę istotną zaletą, że jest całkowicie sprawdzalna. Większość omówionych tu danych statystycznych znaleźć można w mojej książce z roku 1992.


Gdyby - jak chciał Godłowski (1986, s. 45) - praojczyzna Słowian leżała w górnym i może także częściowo w środkowym dorzeczu Dniepru, to oczywiście przedstawione przeze mnie dane statystyczne musiałyby wyglądać inaczej. Języki germańskie nie mogłyby być podobne bardziej do słowiańskich niż do bałtyckich, ale - na odwrót - musiałyby nawiązywać bardziej do bałtyckich niż do słowiańskich. Język polski nie mógłby być podobny bardziej do staropruskiego niż do litewskiego, ale - na odwrót - musiałby wykazywać więcej zbieżności z litewskim niż ze staropruskim. Język irlandzki nie mógłby być podobny bardziej do polskiego niż do litewskiego, ale - na odwrót - musiałby iść w parze częściej z litewskim niż z polskim.

Ponieważ niektórzy zwolennicy koncepcji Godłowskiego twierdzą, że Słowianie, którzy od końca V wieku po Chr. mieli przenikać w dorzecze Wisły i Odry, osiedlali się wśród ludności germańskiej, należy zwrócić uwagę na to, iż w języku pragermańskim zaszło zjawisko zwane germańską przesuwką spółgłoskową, które polegało między innymi na tym, że d w językach słowiańskich przetrwało bez zmian, natomiast w pragermańskim zmieniło się w t (por. pol. dwa, ale ang. two, pol. woda, ale ang. water). Głoska t w językach słowiańskich nie uległa zmianie, natomiast w pragermańskim przeszła w th (por. pol. trzy, ale ang. three, pol. ten, ale ang. the). W językach słowiańskich p się zachowało, natomiast w pragermańskim zmieniło się w f (por. pol. pięć, ale ang. five, pol. pierwszy, ale ang. first). Germańską przesuwką spółgłoskową tłumaczy się też, że polskiemu k odpowiada w angielskim h, por. pol. kto, ale ang. who, pol. kamień, ale ang. hammer (germańska nazwa młota sięga epoki kamiennej, gdy młoty wyrabiano z kamienia), i tak dalej. Poza tym w pragermańskim zaszło zjawisko określane tak zwaną regułą Vernera, to znaczy, że spółgłoski szczelinowe w pewnych warunkach ulegały udźwięcznieniu, np. odpowiednikiem pol. bosy jest ang. bare, w którym r powstało z wcześniejszego *z. Tak więc gdyby było prawdą, że Słowianie, którzy się mieli osiedlać w dorzeczu Wisły i Odry poczynając od schyłku V wieku, poznawali nazwy rzek polskich z ust Germanów, to nazwy polskich rzek musiałyby brzmieć inaczej, niż brzmią, a mianowicie musiałyby wykazywać ślady germańskiej przesuwki spółgłoskowej oraz działania reguły Vernera, a tymczasem śladów takich zupełnie brak.


Inni zwolennicy koncepcji Godłowskiego utrzymują, że zanim się Słowianie pojawili w dorzeczu Odry i Wisły, Germanie to terytorium opuścili (tak twierdzi np. Wróblewski 1999). Innymi słowy, Słowianie mieli wejść do bezludnego kraju. Jest to też nieprawdopodobne, gdyż nazwy rzek polskich rozpadają się na dwie kategorie: 1) nazwy zrozumiałe dla Polaka, takie jak Kamienna, Bystrzyca czy Prądnik, które są stosunkowo świeżej daty, oraz 2) nazwy dla Polaka niezrozumiałe, takie jak Wisła, Odra, Raba, Soła, Nysa, Nida, Bug, Drwęca, Gwda, Skrwa itd., które powstały w zamierzchłej przeszłości, na setki czy nawet tysiące lat przed V wieku po Chr. Tymczasem w V wieku nie było jeszcze atlasów geograficznych, nie mówiąc już o tym, że ówcześni Słowianie byli analfabetami. W tym stanie rzeczy nasuwa się pytanie, w jaki sposób Słowianie, którzy się mieli pojawić w bezludnej krainie, poznali nazwy rzek używane w dorzeczu Odry i Wisły przed ich przybyciem.


Aby móc zaakceptować tezę Godłowskiego, że się Słowianie pojawili w dorzeczu Odry i Wisły dopiero w V wieku po Chr., trzeba by przyjąć, iż wśród owych niepiśmiennych Słowian był geniusz, który na 1400 lat przed XIX-wiecznymi uczonymi odkrył germańską przesuwkę spółgłoskową oraz zjawisko, którego dotyczy reguła Vernera, i, mało tego, zdołał nakłonić swych rodaków, żeby z przejętych z ust Germanów nazw rzek polskich wyrugowali wszelkie naleciałości germańskie. Albo też trzeba by przypuścić, że wśród Słowian osiedlających się w bezludnym kraju znalazł się genialny jasnowidz, który odgadł nazwy wielu rzek polskich, jakie powstały przed V wieku, i, mało tego, potrafił przekonać swych ziomków, żeby tych właśnie nazw używali. Ale czy to jest możliwe? Niestety, na to równie zasadnicze jak kłopotliwe pytanie żaden spośród tak licznych dziś zwolenników Godłowskiego nie zechciał odpowiedzieć. Osobiście sądzę, że ani jedno, ani drugie możliwe nie jest, i dlatego koncepcję Godłowskiego uważam za błędną.


Tak wyglądał mój referat wygłoszony na zebraniu "okrągłego stołu". W międzyczasie ukazał się jednak wybór pism Godłowskiego (2000), o którym wspominałem w słowie wstępnym. Trudno nie odnieść się do choćby paru wypowiedzi w nim zawartych.


Zdaniem Godłowskiego (2000, s. 221):

"...bardzo istotnym dowodem na wschodnią lokalizację siedzib prasłowiańskich są nazwy drzew. Własne prasłowiańskie nazwy noszą drzewa znane na terenach naddnieprzańskich; natomiast cały szereg gatunków występujących w dorzeczu Wisły i Dniestru, lecz nie potwierdzonych w dorzeczu Dniepru, posiada nazwy, które zostały zapożyczone z języków germańskich lub innych. Ten argument... Rostafińskiego..., rozbudowany przez... Moszyńskiego..., częstokroć nie jest doceniany..., mimo że... nic nie stracił ze swej siły przekonywania".

By wykazać kruchość tego argumentu, wystarczy zestawić łacińskie nazwy tych drzew z francuskimi:

Buk fagus hetre (germ.)
Cis taxus if (celt.)
Jawor acer platane (gr.)
Modrzew larix mélèze (celt. lub przedindoeur.)
Świerk picea sapin (celt.)

Zatem Francuzi nazywają buk, cis, jawor, modrzew i świerk nazwami niełacińskiego pochodzenia, choć Rzymianie, którzy 2000 lat temu podbili Galię, drzewa te znali. W tym stanie rzeczy, przyjmując nawet za Moszyńskim, że wszystkie wymienione słowiańskie nazwy drzew są niesłowiańskiego pochodzenia, nie można na tej podstawie wnioskować, że drzewa te w praojczyźnie Słowian nie rosły.

Podobnie się zdarza zresztą nie tylko z nazwami drzew, ale i z innymi zapożyczeniami. Na przykład polska nazwa tańca jest niemieckiego pochodzenia, ale z tego bynajmniej nie wynika, jakoby nasi przodkowie nauczyli się tańczyć dopiero od Niemców. Tańczyć umieli i wcześniej, ale tańczenie pierwotnie nazywali pląsaniem.

Po łacinie pokój się nazywa pax, a wojna bellum. Słowo pax przetrwało we wszystkich językach romańskich, por. fr. paix, wł. pace itd., natomiast wyraz bellum nie zachował się w żadnym języku romańskim: Rumuni wojnę nazywają razboi, a więc wyrazem słowiańskiego pochodzenia, natomiast pozostałe ludy romańskie używają wyrazu pochodzenia germańskiego typu fr. guerre, wł. guerra itp. Ale czyż z tego wynika, że Rzymianie byli narodem pacyfistów? Wprost przeciwnie, wiadomo, że Rzymianie byli jednym z najbardziej wojowniczych ludów starożytności.

Na stronie 357 Godłowski twierdzi, że na pierwszym etapie wielkiej ekspansji Słowian dochodzi do "ostatecznej krystalizacji etnosu słowiańskiego" między Karpatami a Prypecią i Dnieprem, "a następnie do jego rozprzestrzenienia się na południu po dolny Dunaj", a na stronie 281 dodaje, że w VI wieku Słowianie rozwijają swoją ekspansję "nad dolnym Dunajem, co jest zrozumiałe, jeśli przyjmiemy, że punkt wyjścia tej ekspansji znajdował się na terenie Ukrainy, ale nie Polski". Badania nad przedhistorycznymi migracjami Słowian doprowadziły mnie do wniosku, że południowa Słowiańszczyzna powstała dzięki ekspansji jedynie ludności zachodniosłowiańskiej, a migracja wywodząca się z zachodniej Słowiańszczyzny odbywała się najpierw w kierunku obszaru serbochorwackiego, a tam się rozwidliła w kierunku obszaru słoweńskiego oraz obszaru bułgarskiego. Forma zapożyczeń słowiańskich w grece i rumuńskim wskazuje na to, że się Słowianie pojawili w Grecji wcześniej niż w Rumunii.

Oto jeden z dowodów na to. Głoski r i l nazywane są płynnymi, a słowa polskie gród i mleko wywodzą się od form prasłowiańskich *gord? wzgl. *melko. Tak więc w polszczyźnie zaszło zjawisko zwane metatezą (inaczej przestawką) płynnych: w prasłowiańskim r i l znajdowały się po samogłoskach, a w polskim znalazły się przed samogłoskami. Otóż na uwagę zasługuje, że zapożyczenia słowiańskie w grece charakteryzują się brakiem metatezy płynnych, por. nazwę miejscowości Gardiki, która jest odpowiednikiem polskiej nazwy Grodziec lub Grójec. Natomiast w rumuńskim są nieliczne zapożyczenia wykazujące brak metatezy, np. kałuża to po rumuńsku baltă (odpowiednik polskiego błoto), jednak dla znacznej większości starych zapożyczeń w rumuńskim charakterystyczna jest metateza płynnych, por. brazdă 'bruzda'.



Ponadto stare zapożyczenia słowiańskie w rumuńskim mają odpowiedniki tylko w bułgarskim i (w mniejszej mierze) serbochorwackim. Gdyby dzisiejszy obszar macedońsko-bułgarski został zasiedlony przez przybyszów ze wschodniej Słowiańszczyzny (jak to sugeruje Godłowski), należałoby wśród starych zapożyczeń słowiańskich w rumuńskim oczekiwać jakichś śladów wpływów wschodniosłowiańskich, a tymczasem śladów takich zupełnie brak. Wreszcie postać fonetyczna najstarszych zapożyczeń słowiańskich w umuńskim wskazuje na to, że pojawienie się Słowian na obszarze Rumunii należy wiązać z ekspansją pierwszego państwa bułgarskiego na terytorium dzisiejszej Rumunii w VIII, a zwłaszcza IX wieku (Mańczak 1997). Wszystko to tłumaczy, czemu - jak pisze Godłowski na s. 98 - na "obszarach, położonych na północ i na północny wschód od dolnego Dunaju, ceramika typu praskiego nie pojawia się tak często i tak masowo, jak byśmy to mieli prawo oczekiwać".


Na stronie 39 Godłowski powiada, że:

"...co do Fennów, to z opisu zawartego w Germanii jasno wynika, że chodzi tu o prymitywne, łowiecko-zbierackie ludy zamieszkujące strefę leśną północno-wschodniej Europy. Odnośnie do Peucynów wiadomo z innych źródeł, że siedziby ich znajdowały się na zewnętrznym łuku wschodnich Karpat. Zajmujący lesiste obszary pomiędzy Fennami a Peucynami Wenedowie... zamieszkiwaliby więc tereny położone w przybliżeniu na obszarze dzisiejszej północno-zachodniej Ukrainy, Białorusi i ewentualnie też wschodnich krańców Polski".
Zupełnie inaczej tę wypowiedź Tacyta interpretuje znany indoeuropeista Schmid (1992, s. 131):

"Geographisch läßt sich aus Seubiae finis und der Reiche Peucini, Venethi, Fenni, die offenbar von Süd nach Norden geordnet ist, wenig entnchmen. Nimmt man noch Ouenedikoz kolpoz des Ptolemaios hinzu und schließt sich der Meinung an, daß damit die Danziger Bucht gemeint sei, dann bleibt der Raum zwischen Oder, die bei Ptolemaios auch Suhboz potamoz heißt, und der Weichsel... übrig... Aus dem stimmhaften - d - wird gemeinhin auch ein Enfluß der germanischen Lautreschiebung entnommen, so daß auch eine Nachbarschaft zu irgendeinem germanischen... Stamm vorausgesetet werden darf".

Jak z tego widać, Schmid lokalizuje Wenedów między Odrą a Wisłą.
Na szczególną uwagę zasługuje następująca wypowiedź Godłowskiego ze s. 234:
"...domniemana migracja z górnodnieprzańskiej strefy leśnej w przypadku nosicieli kultury typu praskiego nie jest jednoznacznie uchwycona w materiale archeologicznym, musi być zatem traktowana jako hipoteza".
Oto jak w rzeczywistości wygląda koncepcja Godłowskiego, o której jeden z jej entuzjastów ostatnio się wyraził, że jest ona "najbardziej prawdopodobną pod względem naukowym teorią pochodzenia Słowian" (Skrok 2000). Zaś na stronie 167 Godłowski pisze, co następuje:
"Jakkolwiek więc wczesnośredniowiecznej kultury słowiańskiej z terenów Ukrainy i Europy środkowej nie można wyprowadzać w sposób bezpośredni od którejś z kultur północno-wschodnioeuropejskich, to jednak decydujący udział ludności wywodzącej się z tej strefy w ostatecznym ukształtowaniu się słowiańskiej kultury okresu wczesnego średniowiecza wydaje się być bardzo prawdopodobny".
Wypowiedź ta jest nielogiczna, gdyż między zdaniem, że "wczesnośredniowiecznej kultury słowiańskiej z terenów Ukrainy i Europy środkowej nie można wyprowadzać w sposób bezpośredni od którejś z kultur północno-wschodnioeuropejskich", a zdaniem, że "decydujący udział ludności wywodzącej się z tej strefy w ostatecznym ukształtowaniu się słowiańskiej kultury okresu wczesnego średniowiecza wydaje się być bardzo prawdopodobny", zachodzi sprzeczność. Godłowski rozumuje jak ktoś, kto by twierdził, że protoplasta rodu zwał się A i miał troje dzieci: B1, B2 i B3, zaś osobnik C, który się urodził w ileś tam lat po śmierci A, był potomkiem A, natomiast nie był potomkiem ani B1, ani B2, ani B3. Jest to po prostu niedorzeczność.
Na stronach 173 - 174 Godłowski polemizuje z Jażdżewskim, Kostrzewskim, Szczukinem, Rusanową i Siedowem na temat podobieństw "między typowymi dla kultury wczesnosłowiańskiej naczyniami typu praskiego a niektórymi formami ręcznie, niestarannie wykonywanych garnków kultury przeworskiej na terenie między Wisłą a Odrą w okresie wpływów rzymskich". Rozumowanie Jażdżewskiego, Kostrzewskiego, Szczukina, Rusanowej i Siedowa wydaje mi się o wiele bardziej logiczne od rozumowania Godłowskiego.
Wydane przez siebie pisma prof. Parczewski opatrzył wstępem, którego pierwsze zdanie (s. 7) brzmi następująco:
"Kazimierz Godłowski należał do najświetniejszych umysłów dwudziestowiecznej archeologii europejskiej".
Mówienie o europejskiej sławie Godłowskiego to rozmijanie się z prawdą. Jest faktem, że był on członkiem Akademii Bawarskiej oraz Niemieckiego Instytutu Archeologicznego, ale faktem jest też, że Godłowskiego podobne zaszczyty w żadnym innym obcym kraju nie spotkały. Ponieważ Godłowski lokalizował praojczyznę Słowian na obszarze wschodniosłowiańskim, nie od rzeczy będzie wziąć pod uwagę stosunek badaczy wschodniosłowiańskich do jego koncepcji. Jak pisze Godłowski na s. 118:
"...na omawianych obszarach zajętych przez tzw. kulturę późnozarubiniecką czy też przez typ kijowski nie spotyka się form ceramiki, które można by uznać za odpowiedniki czy też prototypy garnków typu praskiego, i ten fakt, obok danych językoznawstwa, a mianowicie hydronimii (por. N.V. Toporov, O.N. Trubačev 1962), stanowi główny wzgląd skłaniający licznych badaczy radzieckich, a zwłaszcza I.P. Rusanową... i W.W. Siedowa..., do wyłączenia terenów położonych w górnym dorzeczu Dniepru z obszarów mogących stanowić pierwotne siedziby Słowian i przypisywania ich plemionom bałtyjskim".
W tym stanie rzeczy warto się zastanowić nad tym, jaka była przyczyna faktu, że jedynym obcym krajem, w którym Godłowskiego obdarzano zaszczytami, były akurat Niemcy, chociaż żaden badacz niemiecki nie zaaprobował poglądu Godłowskiego, że praojczyzna Słowian leżała w górnym i częściowo środkowym dorzeczu Dniepru.



Bibliografia


Godłowski K. 1986. Wschodnia koncepcja pierwotnych siedzib Słowian. Spór o Słowian. Warszawa, s. 41 - 52.
-2000. Pierwotne siedziby Słowian. Wybór pism pod redakcją M. Parczewskiego. Kraków.
Mańczak W. 1992. De la préhistoire des peuples indo-européens. Kraków.
-1997. Przedhistoryczne migracje Słowian. Trudy VI Mezdunarodnogo Kongressa slavjanskoj archeologii, t. 3, tnogenez i etnokul'turnye kontakty slavjan. Moskwa. S. 198 - 205.
Schmid W.P. 1992. Der Namenhorizont im germanischen Osten: Seubi und Veneti. Abhandlungen der Akademie der Wissenschaften in Göttingen. Philologisch-Historische Klasse. Dritte Folge. Nr. 195. Beitrage zum Verständnis der Germania des Tacitus. Teil II. Getynga, s. 190 - 202.
Skrok Z. 2000. Archeologia niezgody. Plus Minus, dodatek do "Rzeczypospolitej" z 10 - 12.11.2000 r.
Sławski F. 2000. Do artykułu Witolda Mańczaka. "Język Polski" 80, s. 332 - 333.
Wróblewski W. 1999. Słowianie. Archeologia. Nowa encyklopedia powszechna PWN, t. VII, Warszawa, s. 657 - 658.


Witold Mańczak
Zakątek 13/59
30-076 Kraków


http://www.staff.amu.edu.pl/~anthro/slavia/f5.html

środa, 22 lutego 2017

Polska najszybciej wyeliminuje nierówności płacowe kobiet i mężczyzn



PwC: Polska najszybciej wyeliminuje nierówności płacowe kobiet i mężczyzn

Międzynarodowa firma konsultingowa PricewaterhouseCoopers przed Międzynarodowym Dniem Kobiet opublikowała raport Women in Work Index 2017 z którego wynika, że Polska dokonała największego skoku w rankingu 33 rozwiniętych krajów OECD, plasując się obecnie na pozycji 9. Według analizy PwC Polska będzie pierwszym rozwiniętym krajem świata, który całkowicie zlikwiduje różnice wynagrodzeń kobiet i mężczyzn. Gender pay gap może być w Polsce wyeliminowana już w 2021 roku. Dla porównania: najbardziej pod tym względem dyskryminujący kobiety kraj Europy to Niemcy, które dla zrealizowania równości płacowej będą potrzebowały jeszcze niemal 300 lat.  


Od ostatniego badania w całościowym rankingu oceniającym rynek pracy pod kątem praw kobiet, Polska awansowała o 3 pozycje, wyprzedzając Belgię, Kanadę i Szwajcarię. Skok w zestawieniu jest efektem spadku bezrobocia wśród kobiet i zwiększenia stopy zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin. Przed Polską znajdują się obecnie jedynie kraje nordyckie (Islandia, Szwecja, Norwegia, Dania, Finlandia), Słowenia oraz Luksemburg. W ujęciu 15-letnim największy skok dokonany został przez Izrael oraz Polskę. 

Żaden kraj nordycki nie ma obecnie tak niskiego poziomu nierówności płacowych, jak Polska (7%). Poziom nierówności płacowych nie ma żadnego związku z poziomem płac: Estonia, Czechy i Słowacja wynagrodzenia mają na poziomie Polski, zaś nierówność między K/M na poziomie Niemiec; i z drugiej strony: Belgia, Luksemburg czy Włochy wynagrodzenia mają na poziomie Niemiec, zaś nierówność K/M na poziomie Polski. 



http://www.racjonalista.pl/index.php/s,38/t,40292

 

Rosyjski MON wybuduje pod Moskwą makietę Reichstagu…dla celów szkoleniowych

Rosyjski MON wybuduje pod Moskwą makietę Reichstagu…dla celów szkoleniowych 

 

Minister Obrony Rosji Siergiej Szojgu poinformował, że w podmoskiewskim parku „Patriot” powstanie makieta berlińskiego zabytku, który będzie szturmowany przez członków rosyjskiej organizacji paramilitarnej „Junarmiejcy”.
„W parku „Patriot” budują Reichstag, żeby nasi junarmiejcy mogli szturmować nie, co popadnie, a konkretny obiekt.” – ogłosił Szojgu podczas wystąpienia w Dumie.
Rosyjski polityk poinformował również , że w parku tematycznym położonym w podmoskiewskiej Kubince powstanie kopia partyzanckiej wioski z „oborą, chlewem, kuchnią, ziemianką politruka i zajęciami przygotowywania ładunków wybuchowych”. W parku zostanie również odtworzona „cała linia frontu” z okopami i ziemiankami.
Organizacja Junarmia (Skrót od słów „junaja armia” – czyli młoda armia – Belsat.eu) została powołana w 2015 r. z inicjatywy rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Organizacja stawia sobie za cel przygotowanie wojskowe i patriotyczne wychowanie młodzieży. Junarmiści chodzą w czerwonych koszulkach i beretach w takim samym kolorze. Symbolem organizacji jest sowiecka gwiazda wpisana w głowę orła.


http://belsat.eu/pl/news/rosyjski-mon-wybuduje-pod-moskwa-makiete-reichstagu-dla-celow-szkoleniowych/


 

Super Pies pojawił się w Rosji.




Super Pies pojawił się w Rosji. Ratuje dzieci przed śmiercią pod kołami (MAPA) 

W kilku rosyjskich portalach regionalnych pojawiła się jednocześnie rozczulająca historia burka, który uratował maleńkiego chłopczyka od „strasznej śmierci”. Każdy z portali twierdzi, że wydarzenie miało miejsce właśnie w ich mieście.
Portal Sibnonovosti.ru informuje, że w Krasnojarsku uliczny kundelek zareagował na wołanie dziecka, które przytrzasnęły drzwi autobusu. Kierowca nie zauważył tego i ruszył, ale na szczęście spostrzegł psa, który szczekał i rzucał się pod koła. Wtedy też zahamował, ujrzał dziecko w lusterku i otworzył drzwi.
O tym samym pisze Mołodziożnaja gazieta z Ufy – stolicy Baszkirii. Oczywiście, według ich wersji autobus porwał dziecko właśnie w tym mieście na południu Rosji.
Z kolei portal rostow.rf dodaje, że gdyby nie czujny pies, z rostowskim chłopczykiem byłoby nieciekawie. Na szczęście uratował go kudłaty Super Pies.
Autor strony Błoknot Krasnodar nie może wyjść z podziwi po tym, co miało miejsce w jego rodzinnym Krasnodarze. Dziennikarz pisze tak, jakby był naocznym świadkiem tragicznej sytuacji, gdy „lamentującego z bólu chłopca” uratował pies.
Analogiczne historie miały miejsce w Omsku i Penzie.
Redakcja belsat.eu zdecydowała nie pozostać z boku. Chociaż Super Pies nie ratował dzieci poza granicami Rosji i możliwe, że nie znajdziemy się w zasięgu jego łap, stworzyliśmy mapę, które pozwoli ocenić zasięg działania nad-zwierzaka. Miasta dzielą tysiące kilometrów, a bohaterskie czyny miały miejsce w ciągu 2-3 ostatnich dni!


 

 http://belsat.eu/pl/news/super-pies-pojawil-sie-w-rosji-ratuje-dzieci-przed-smiercia-pod-kolami-mapa/

 

 

Wycinka drzew




"Nie chce wchodzić w politykę, tylko drzew szkoda, by po setkach czy dziesiątkach lat kończyły w piecach ścięte nie przez ludzi, którzy je sadzili." - no tak to już jest z drzewami, że sadzi się je nie dla siebie, tylko dla przyszłych pokoleń.


Wolność wolnością, ale nie żyjemy sami - tam, gdzie drzewa (szczególnie stare drzewa) stanowią o walorach krajobrazowych, mam na myśli przede wszystkim centra miast, ale też tereny przy obiektach szczególnego rodzaju, jak np. zabytki, ze względów społecznych, ze względu na dobro społeczności korzystającej z takich miejsc, powinny podlegać innym przepisom, powinny być chronione przed wycinką. Również ze względu na walory ekologiczne w miastach. Są też przypadki, kiedy dorodne drzewa zasłaniają historyczny budynek o pięknych walorach architektonicznych, jak np. przy kościele Św Trójcy w Gdańsku - te należałoby wyciąć, by odsłonić piękne elewacje.





sobota, 18 lutego 2017

Wilno po roku 1920



Trudno jest patrzeć na to jak bardzo daliśmy się poniżyć. Niektórzy Polacy postanowili świętować rocznicę powstania I Republiki Litewskiej – państwa z którym nasi przodkowie na Wileńszczyźnie walczyli i państwa, które prześladowało i zniszczyło Polaków w Kownie i Laudzie.

To, że ugodowcy z "Polskiego" Klubu Dyskusyjnego urządzili piwną imprezę na część I Republiki Litewskiej to nie dziwi. Gromadzi on ludzi, którzy zawsze są gotowi we wszystkim ustąpić Litwinom, zatem nic dziwnego, że w kwestii historii też ustępują. Jednak marsz w Niemenczynie, w naszym arcypolskim Niemenczynie, marsz w którym uczestniczyli przedstawiciele samorządu jest już niesmaczny. A czy zaskakuje? Nie do końca. Wpisuje się w pewien sposób w postawę starostwa, które nie uznało za potrzebne umieścić na pomniku przypominającym o powstaniu miasta, napisu w języku polskim. Wstydzą się polskości? Co na to władze rządzącej rejonem AWPL-ZChR?

To i śmieszne, i bardzo smutne, że powstanie I Republiki Litewskiej świętują prawnukowie tych, którzy z tą Republiką walczyli o wolność narodową Wileńszczyzny. To właśnie z tym panstwem walczyli żołnierze pod dowództwem generała Żeligowskiego, który ostatecznie wyzwolił Wileńszczyznę w październiku 1920 roku. Dziś ich potomkowie świętują powstanie I Republiki Litewskiej, mimo, że Wileńszczyzna nie była jej częścią, a jej mieszkańcy nie chcieli być jej obywatelami. Polacy Wileńszczyzny mieli to szczęście, że obronili się przed państwem Basanavičiusa, Smetony i Voldemarasa. Nasi rodacy z Kowna, Kiejdan czy Wiłkomierza już w 1918 r. dostali się jednak pod władze I Republiki Litewskiej. Jaki były tego skutki?

Polacy pod władzą I Republiki

Niewielu już może pamiętać I Republikę Litewską – jak przyjęło się nazywać tamtejszą państwowość – chociaż w historii 99 lat to bardzo niewiele. Gabinet ministrów zdawał sobie sprawę, iż nie ma środków, aby przeciwstawić się sile Polaków. Gdyby w tym czasie Polacy tylko chcieli, to mogliby gołymi rękami wziąć cały dotychczasowy rząd litewski. Nie byłoby komu stawiać oporu, gdyż posiedzeń gabinetu strzegli zaledwie jeden lub dwaj żołnierze – ochotnicy, którzy dopiero uczyli obchodzić się z bronią. W tych warunkach gabinet ministrów podjął uchwałę o wyjeździe wczesnym rankiem 2 stycznia 1919 r. ostatnim niemieckim pociągiem odchodzącym z Wilna do Kowna – wspominał ówczesny premier Republiki Litewskiej Mykolas Sleževičius czasy burzliwego przełomu lat 1918/1919. Niepodległa Litwa trwała już rok, wciąż jednak była uzależniona od swoich niemieckich protektorów. Jej „niepodległość” była więc iluzoryczna, oparta na obcych bagnetach.

Dwa tygodnie wcześniej Niemcy zgodzili się przeprowadzić w Kownie wybory samorządowe. Przeprowadzony przez Niemców spis powszechny z 1916 faworyzujący Litwinów wykazał, że 34,5% ludności Kowna stanowili Polacy. Nie może więc dziwić, że właśnie Polacy wygrali wspomniane wybory samorządowe z grudnia 1918. Tymczasem, przejmujący z wolna władzę z rąk Niemców Litwini nie czekali i już wtedy zaczęli prześladować Polaków na ziemi kowieńskiej. 





Układ narodowości na terenie współczesnej Litwy w 1921 r.



Jednak Polacy pokazali, że potrafią się organizować w imię solidaryzmu narodowego i stawiać opór. W biało-czerwonych flagach tonęła Wędziagoła, w Boptach z kolei nie uznano władzy litewskiej Taryby, nastąpił wysyp „polskich republik” na Kowieńszczyźnie, ale układy międzynarodowe zdecydowały o ich przynależności do Litwy.

Nie wszyscy jednak pogodzili się z późniejszymi rozstrzygnięciami międzynarodowymi. W znajdującym się w pobliżu dzisiejszego styku granic Polski, Litwy i Białorusi zaścianku Warwiszki zorganizowano powstanie tamtejszych Polaków, których nowa granica ulokowała po stronie Litwy Kowieńskiej. Jednak miejscowi nie zamierzali tego stanu uznawać i długo stawiali zbrojny opór, wydawano nawet własne znaczki i banknoty jako symboliczną demonstrację suwerenności, choć same walki z wojskami litewskimi wcale nie były symboliczne. Warwiszki ostatecznie musiały złożyć broń i poddać się.

Złamanie oporu Warwiszek zbiegło się niemal w czasie z kolejnymi antypolskimi posunięciami Litwy Kowieńskiej. W 1923 roku widoczne oznaki obecności Polaków – napisy i szyldy na sklepach – miały zniknąć. W tym samym roku przeprowadzono też spis ludności, w którym aż trzykrotnie zaniżono liczbę Polaków. Ówczesna organizcja Polaków na Litwie szacował liczebność populacji polskiej na 9,9% ogółu, zaś rząd litewski – na 3,2%.

Policyjne państwo dyskryminacji

Uderzono też w filary polskiego życia narodowego – w szkolnictwo i kościelne nabożeństwa w języku polskim. W roku szkolnym 1922/23 w całej Litwie, po polsku uczyło się tylko 1210 dzieci. W 1937/38 roku już tylko 273 dzieci i to tylko w szkołach podstawowych, bo ostatnie polskie Gimnazjum Litwini zlikwidowali w 1931 roku. 

Polityka władz współgrała z napadami band litewskich szowinistów terroryzujących Polaków, nie oszczędzano nawet procesji kościelnych, zarazem kler litewski – zamiast służyć wiernym bez względu na ich narodowość i język – przyłączał się do nagonki. Prześladowanie Polaków od pierwszych lat istnienia Republiki Litewskiej było dziełem rządu i duchowieństwa litewskiego – pisał Zygmunt Szczęsny-Brzozowski. Znany jest chociażby napad z 26 września 1926 roku kiedy to pobito Polaków uczestników procesji religijnej przy pomocy noży i pałek. Rannych zostało 50 osób. Litewscy szowiniści zniszczyli też wyposażenie Kościoła Świętej Trójcy gdzie odprawiano nabożeństwa w języku polskim. 30 maja 1930 r. doszło do innego wielkiego pogromu Polaków w Kownie kiedy to zniszczono siedziby polskich organizacji społecznych. Od 1932 r. najścia na polskie organizacje wykonywała już litewska policja. Kolejne zamieszki antypolskie w 1937 władze Republiki uznały za uzasadnienie dla zakazania nabożeństw w języku polskim w ostatnim kościele, w którym jeszcze one występowały, czyli właśnie w Kościele Świętej Trójcy. W roku 1938 do masowych pobić Polaków doszło w Kownie, Wiłkomierzu, Olicie, Rosieniach i Poniewieżu.

Cóż jednak pisać o wiernych w kościołach, jeśli bito nawet polskich posłów w litewskim parlamencie - jak stało się to w sierpniu 1921 roku, kiedy pobito trzech polskich posłów Bronisława Lausa, Adolfa Grajewskiego i Józefa Śnielewskiego. Gdy 12 listopada 1925 roku Polak Kazimierz Janczewski został wybrany na przewodniczącego rady miejskiej Kowna, Litwini po prostu go aresztowali i nie wypuszczali, aż nie zrezygnował ze stanowiska. Podobnie było w 1922 roku - gdy w wyborach, jakie odbyły się 10-11 października, Centralny Polski Komitet Wyborczy otrzymał 6 mandatów. Po ogłoszeniu wyników Litwini zmienili metodę przeliczania głosów i polskiemu komitetowi przypadły tylko 2 miejsca w parlamencie. W 1924 roku aktywnego polskiego działacza i publicystę Władysława Wielhorskiego po prostu wyrzucono z państwa.

Zadbano też o to, by Polaków pozbawić materialnej podstawy funkcjonowania. Reforma rolna miała na celu nie tylko upowszechnienie własności ziemi wśród chłopów, ale i uderzenie w polskich ziemian, których opisał Henryk Sienkiewicz w „Potopie”. 2 tysiące polskich rodzin straciło na rzecz litewskich chłopów 80% wartości swoich majątków.

Litewski rząd uderzał też w polską prasę. Cenzura prewencyjna zmuszała Polaków, by z własnych środków opłacali antypolską propagandę, to znaczy publikowali przygotowane przez rząd artykuły we własnych gazetach. Litwinom przeszkadzały nawet polskie przymiotniki i słowo „Kowieński” nakazywali zamieniać na dziwacznie brzmiący „Kaunaski”, co z kolei zmuszało Polaków do zmiany całego tytułu gazety, aby ominąć kuriozalne nakazy władz. 

Presja asymilacyjna, cenzura, popierane przez władze napady ze strony szowinistycznych bojówek, a nawet i policyjny terror – tym właśnie była dla Polaków I Republika Litewska. Dzisiaj niektórzy na Wileńszczyźnie twierdzą, że rocznica jej powstania to też nasze święto, kultywując status ofiary. Zupełnie tak, jakby nie wiedzieli, że dziś bycie Polakami zawdzięczają wyłącznie temu, że Wileńszczyźnie oszczędzono losu Kowna, Wiłkomierza czy Wędziagoły. Z liczby 60-200 tys. Polaków na terytorium I Republiki Litewskiej w 1923 roku, pozostało na nim około 14 tys. w 1959 r.

Syndrom sztokholmski

Tym, którzy znają historię, data 16 lutego kojarzy się z początkiem państwowego ucisku, przemocy i prześladowań wobec Polaków, wynarodowienia. Cóż można napisać o Polakach, którzy zdecydowali się ją świętować, tylko dlatego, że tak każe oficjalny kalendarz. Takie zachowanie nazywa się naukowo „syndromem sztokholmskim” – czyli utożsamieniem się ofiary ze swoim prześladowcą. A może po prostu "myśmy wszystko zapomnieli", jak z goryczą pisał Stanisław Wyspiański.


http://polskamlodziezwilna.blogspot.com/2017/02/nie-nasze-panstwo-nie-nasze-swieto.html
 

środa, 15 lutego 2017

W 2013-2015 celowo nie zmieniali prawa, by możliwe były miliardowe wyłudzenia VAT?!





W 2013-2015 celowo nie zmieniali prawa, by możliwe były miliardowe wyłudzenia VAT?! Prokuratura zbada czy doszło do urzędniczego przestępstwa
wpis z dnia 14/02/2017



Komisja Europejska nie ma wątpliwości - z powodu procederu wyłudzania VAT Polska co roku traciła dziesiątki miliardów złotych. Do podobnych wniosków doszła NIK, której kontrolerzy stwierdzili, że w latach 2013-2015 dochodziło w naszym kraju do masowego wprowadzania do obiegu faktur VAT dokumentujących czynności fikcyjne, tylko po to, aby wyłudzić zwrot tego podatku. Teraz okazuje się, że częściowo może za to odpowiadać aparat administracyjno-urzędniczy rządu PO-PSL, którego opieszałość w dokonywaniu zmian w prawie mogła pomagać w wyłudzeniach VAT.

Prokuratura Regionalna w Białymstoku prowadzi śledztwo w/s działania na szkodę interesu publicznego przez funkcjonariuszy publicznych poprzez wstrzymywanie zmian w prawie, które uniemożliwiłyby wyłudzanie VAT na handlu elektroniką. Chodzi o okres od 2013 (kiedy problem został zdiagnozowany) do lipca 2015 r. (kiedy to zmiany legislacyjne uderzające w mafię wyłudzającą VAT weszły w życie).

Przedstawiciele branży handlującej artykułami elektronicznymi
już w 2013 r. informowali Ministerstwo Finansów, że rośnie problem z nieuczciwymi handlarzami, którzy generują faktury dokumentujące fikcyjny handel wewnątrzwspólnotowy, za które przysługuje zwrot podatku VAT. Szczególnie chodziło o handel smartfonami. Efekt był taki, że Polska na kilka miesięcy stała się światowym liderem eksportu tych urządzeń, mimo iż na terytorium naszego kraju nie znajdowała się ani jedna fabryka produkująca smartfony.
           
r e k l a m y

      
Do wyłudzania pieniędzy przestępcy wykorzystywali unijną regulację dotyczącą tzw. eksportu wewnątrzwspólnotowego. Jeśli oszust z państwa "A" eksportuje do państwa "B" swój towar, który będzie dalej sprzedawany w państwie "B", to może on żądać od urzędu skarbowego z państwa "A" zwrotu podatku VAT wskazanego na fakturze. Wykorzystując ten mechanizm podatkowi oszuści tworzą zorganizowane, wielopoziomowe struktury organizacyjne w różnych państwach, aby poprzez wystawianie fikcyjnych faktur pozorować przepływ towarów między krajami UE. Oczywiście żadnego przepływu towarów nie ma, a zapłata za fikcyjne faktury krąży między rachunkami bankowymi należącymi do tej samej grupy przestępczej. To jednak wystarczy, aby zwrócić się do urzędu skarbowego o zwrot podatku VAT wskazanego na fakturze dokumentującej rzekomy eksport wewnątrzwspólnotowy.

Rozwiązaniem w przypadku fikcyjnego handlu elektroniką było wprowadzenie w życie
mechanizmu "odwróconego VAT". I tutaj pojawiły się wątpliwości prokuratury, której śledczy zaczęli badać, czy około 1,5-roczny okres procedowania wspomnianego mechanizmu, nie trwał przypadkiem zbyt długo? Jeśli tak, to kto za tym stał i dlaczego nie można było wprowadzić "odwróconego VAT" na handel elektroniką szybciej, by uniknąć wielomiliardowych strat Skarbu Państwa?

Źródło: Uderzą VAT-em w Platformę. Czy urzędnicy rządu PO-PSL zaniedbali walkę z wyłudzeniami w elektronice? (Dziennik.pl)


http://niewygodne.info.pl/artykul7/03594-Czy-opieszali-urzednicy-dzialali-na-rzecz-mafii-VAT.htm

 

 

wtorek, 14 lutego 2017

„Unia Europejska stała się «IV Rzeszą»"

 22:35 14.02.2017

W Europie panuje poważny kryzys gospodarczy i polityczny, w imię globalizacji zniknęły granice nie tylko geograficzne, ale również moralne. Weszliśmy do epoki nieokreśloności i braku różnic między kulturami.



Jak to się stało, że Europę opanował kryzys gospodarczy, za który muszą płacić Włochy? Wszystko zaczęło się w latach 60.-70. ubiegłego stulecia, kiedy do kraju dotarła recesja gospodarcza, która natychmiast wpłynęła na sytuację demograficzną w państwie: PKB nie może wzrastać, jeśli nie zwiększa się liczba ludności. Jak może rozwijać się państwo, w którym na świat przychodzi coraz mniej dzieci? „Śmiertelny cios" nadszedł w latach 90., kiedy wraz z pojawieniem się euro nastąpił proces deindustrializacji kraju i redystrybucji produkcji. Ostatecznie Włochy pogrążył kryzys z 2008 roku, kiedy USA znacjonalizowały dług osób prywatnych, podwajając jednocześnie dług państwowy.
Dziennikrz Marcello Veneziani podkreśla, że obecnie w Europie zacierają się wszystkie granice. Jednak to zjawisko trafia na sprzeciw: kwestie suwerenności gospodarczej i politycznej są szczególnie palące i wywołują wiele sporów. Dziennikarz zwraca również uwagę na istotność granic:

„Bez ograniczeń społeczeństwo może urosnąć do niewyobrażalnych wymiarów".
Zaznacza ponadto, że w obecnej sytuacji niezbędna jest klasa kierownicza, która byłaby zdolna nie tylko zwyciężać na wyborach, ale i rządzić.


O suwerenności i perspektywach politycznych Włoch, na terytorium których znajduje się 90 bomb atomowych NATO, Sputnik porozmawiał z ekonomistą Albertem Bagnai.
— Dlaczego obecnie w Europie i Włoszech każdego, kto mówi o interesach narodowych, odrębności państwowej i kontroli na granicach własnego kraju nazywa się populistą?
— Dzieje się tak dlatego, że żyjemy w takim okresie historycznym, kiedy suwerenność posiadają tylko ponadpaństwowe firmy, i oczywiste jest, że lekceważąca reakcja mediów na myśl, że naród może posiadać suwerenność i tożsamość, jest komuś na rękę.


— Ale o jakiej suwerenności można mówić, kiedy na terytorium Włoch znajduje się 90 bomb atomowych NATO i USA? Jakie perspektywy polityczne czekają Włochy w tym sensie?
— O żadnej suwerenności nie może być mowy, problem polega na tym, że trzeba w końcu zrozumieć: zmieniają się stosunki między Szefem i jego lokalnym przedstawicielem, czyli Niemcami, a my powinniśmy wykorzystać sytuację, żeby wytargować lepsze warunki dla naszego kraju. Mało prawdopodobne jest, by Rzym w ciągu najbliższych dwudziestu lat znów stał się stolicą Imperium. Biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy krajem, który zależy od innych, możemy albo posuwać się w stronę Unii Europejskiej, która stała się już tak naprawdę IV Rzeszą (co nie podoba się Stanom Zjednoczonym), albo możemy przywrócić trochę autonomii, dogadując się z Rosją i USA. I zbliżenie między nimi wcale nie musi być negatywnym zjawiskiem. To o wiele lepiej, niż bombardować się nawzajem".


https://pl.sputniknews.com/opinie/201702144829892-ue-sputnik-wlochy/