Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 marca 2026

Puszka na trociny

 




Ciekawe, bardzo ciekawe - gazeta LUBUSKA...


Radio Zachód
przedruk


Redakcja „Gazety Lubuskiej” odnalazła archiwalny film z 1958 roku, na którym uwieczniono ówczesną Zielonę Górą oraz Gorzów Wielkopolski. Składający się z dwóch części film trwa około 20 minut i został zarejestrowany na profesjonalnej 35-milimetrowej taśmie.


Dodajmy - dwie puszki opisane były po niemiecku.
A ja pamiętam, że 5 lat temu w LUBANIU (dolnośląskie) znaleziono puszkę filmową...


"To, co trzymam w rękach, to nie tarcza. To kinowa taśma filmowa w nieuszkodzonej puszce z czasów II wojny światowej" - napisano na facebookowym profilu Muzeum Regionalnego w Lubaniu. Puszkę odnaleziono 17 kwietnia w trakcie prac archeologicznych przy ulicy Piramowicza w Lubaniu"


Bardzo byłem ciekaw, co zawierała, ale trzeba było poczekać na specjalistyczne otwarcie pod okiem specjalnych specjalistów... więc niecierpliwie wyczekiwałem  informacji o tym arcyciekawym znalezisku... 
Puszka była ciężka, niestety, okazało się - wypełniona trocinami.


Tak mnie to zastanawia - po co ktoś wkładał trociny do puszki na film?


A teraz Gazeta Lubuska i film z powojnia znaleziony w sejfie.
Dlaczego w sejfie nie było trocin?

Nie mam pojęcia....

Wy też swoje trociny trzymacie w starej puszce po cukierkach?









Poniżej wynurzenia redaktorów Gazety Lubuskiej na temat "odkrycia" - zwroty, użyte określenia jako żywo przypominają mi pewien artykuł z Dziennika Bałtyckiego, który opisałem w 2019 roku w poście: "Na tropie kłamstwa - zamach pod Starogardem". 

Gdyby te artykuły OBA ukazały się dzisiaj, to bym stawiał pytania, czy czasami nie zostały napisane przez sztuczną inteligencję.

Tam też były zdjęcia i poszukiwania - domysły redaktórów... co tam się nie działo człowieku... na końcu link dla przypomnienia.... a w tym tekście wytłuściłem min. to, co kojarzy mi się z tamtym artykułem - sprawdź sam, czy są podobne!



Gazeta Lubuska

przedruk

Co za historia! Przeleżała w sejfie prawie siedem dekad i wydarzyła się u nas


Leszek Kalinowski,Mariusz Kapała
6 marca 2026, 5:30


Prawda, że niesamowite zdjęcia? Choć właściwie to nie fotografie, tylko kadry z filmu. Filmu, który znaleźliśmy niechcący, o zgrozo, we własnej redakcji. Dziś pierwszy odcinek historii o tajemniczej puszce, odnalezionej w sejfie.

W redakcji przy al. Niepodległości 25 w Zielonej Górze przez wiele dekad stał sejf. Duża szafa pancerna, której „się nie otwierało”. Powód był prozaiczny – zgubiliśmy klucz. Kiedy przyszedł czas remontu i pancerną szafę trzeba było wywieźć, szefowa administracji zarządziła, że przed „wywózką” sejf trzeba otworzyć.

Ściągnęliśmy prawie... Kwintę


- Ściągnęliśmy ślusarza, takiego specjalnego, prawie Kwintę, który znał się na rzeczy - wspomina Ewa Jankowiak. - Z wielką ciekawością czekałam, aż „sezam się otworzy” – śmieje się.

W środku były stare telefony komórkowe, wielkie, tzw. cegły.

- I dwie taśmy filmowe. Z niemieckimi napisami – opowiada Ewa. – Nie wiedziałam, co na nich jest. Spodziewałam się, że może to być jakiś niemiecki film. Albo polski, ale nagrany na niemieckiej taśmie. Różne pojawiały się domysły, ale wiadomo było, że trzeba je zachować. Trafiły więc do redakcyjnego archiwum – relacjonuje.

Tajemnicze puszki z niemieckimi napisami

Tymczasem kilka miesięcy temu nasze archiwum przekazywaliśmy Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Norwida w Zielonej Górze. I wtedy już nie tylko Ewa, ale my wszyscy zobaczyliśmy te taśmy. Opatrzone były, a właściwie są, datą 22 lipca 1958 roku. Część redakcji uważała, że na taśmach zapewne są jakieś partyjne przemówienia. Inni wieszczyli, że być może to jest film z „życia miasta lub regionu”, a jeszcze inni, że mogą to być znalezione przez naszego Czytelnika filmy dotyczące Polskiej Wełny. Gwoli wyjaśnienia, kiedy zielonogórskie zakłady zamieniały się w galerię handlową, w gruzach odnaleziono film o dawnej fabryce. „Gazeta Lubuska” wyświetlała go zresztą w kinie Newa, a także drukowała wspomnienia dawnych pracowników zakładu.

Dyskusjom nie było końca. I choć mieliśmy różne podejrzenia, jedno było pewne. Musimy dowiedzieć się, co jest na 35 mm taśmach. Osobą, która dokonała przełomu, był Jacek Katos, nasz redakcyjny kolega. Po prostu rozwinął film (rzecz jasna nie cały, tylko troszkę) i naszym oczom ukazały się niebywałe wręcz obrazy. Siedziba gazety, ludzie, jakiś piknik, tłumy na trybunach, chyba w… Zielonej Górze. Tomasz Rusek zauważył, że na jednym z kadrów pojawia się pierwsza strona „Gazety Zielonogórskiej”. O „Uroczystych obchodach KPP (…)”.

- Trzeba więc odnaleźć tę gazetę i przeczytać, o czym pisała, może to będzie trop? – zastanawiał się.

[...]

- Łeee – wymknęło mi się z ust, bo czytając artykuł dowiedziałem się, że do Zielonej Góry na wojewódzkie obchody Komunistycznej Partii Pracy przybył poeta, były członek KPP, obecnie PZPR – Władysław Broniewski (od razu słyszę „Bagnet na broń”). Potem jest lista gości z ZSRR, NRD. Omówienie wystąpienia I sekretarza KW PZPR Tadeusza Wieczorka, itd. Ale problemem była data - 15 grudnia 1958 roku. Nawet Polska Zjednoczona Partia Robotnicza nie mogła 22 lipca (to data z filmowego pudełka), pokazać nagłówka gazety, która ukazała się dopiero pół roku później. Byliśmy podłamani.

- Może to film robiony przez wiele miesięcy, ekipa wróciła pod koniec 1958 roku zrobić “dokrętki” w redakcji i w naszej drukarni, stąd grudniowe wydanie? – zastanawialiśmy się.

Ważny nie tylko dla historyków

Uznaliśmy, że niezależnie od nieścisłości i wielu pytań pozostających bez odpowiedzi, z pewnością taśmy kryją kawał historii regionu, ważny nie tylko dla historyków czy regionalistów, ale dla nas, Lubuszan.

- Czy dobrze myślimy? – zapytaliśmy historyka prof. dr hab. Czesława Osękowskiego 

Zdaniem profesora, oglądając ten film, trzeba będzie pamiętać, w jakim czasie był kręcony. To dwa lata po wydarzeniach 1956 i po powrocie Gomułki do władzy. Do tego był to czas cenzury…

- Ale jest to na pewno ważny dokument. Pokazuje w formie bezpośredniej – na wyczucie to mówię, bo nie widziałem filmu – jakieś sytuacje, mieszkańców Zielonej Góry i Gorzowa.

Jedziemy do Łodzi

Nasz fotoreporter Mariusz Kapała z filmowych taśm zrobił zdjęcia. Już na ich podstawie wiemy, że obraz przedstawia festyn z okazji 22 lipca. 

A film? Współczesne kina nie dysponują sprzętem, na którym można by wyświetlić obraz na 35 milimetrowej, niemieckiej taśmie. Okazało się jednak, że kino Newa taki projektor ma i dzięki uprzejmości członków Klubu Kultury Filmowej, udało nam się go zobaczyć. Projekcja nie była zbyt udana, bo taśma jest sucha i brudna. Wiemy na pewno, że jest dźwięk, ale słychać niewiele. Konieczne jest czyszczenie taśmy, a to już wyższa szkoła jazdy. Dlatego w poniedziałek jedziemy do Łodzi, może tam uda się oczyścić rolki. Co z tego wyniknie? Opowiemy w następnych odcinkach tej toczącej się na naszych oczach historii. Bo te tajemnicze filmy są dla Was, Lubuszanie!




i moje tylko niektóre uwagi:

Gazeta Lubuska:

Prawda, że niesamowite zdjęcia? Choć właściwie to nie fotografie, tylko kadry z filmu. Filmu, który znaleźliśmy niechcący, o zgrozo, we własnej redakcji. Dziś pierwszy odcinek historii o tajemniczej puszce, odnalezionej w sejfie.


Ale zaraz... jakiej puszce?
Przecież znaleziono dwie puszki... a nie jedną....





- I dwie taśmy filmowe. Z niemieckimi napisami – opowiada Ewa. – Nie wiedziałam, co na nich jest. Spodziewałam się, że może to być jakiś niemiecki film. Albo polski, ale nagrany na niemieckiej taśmie. Różne pojawiały się domysły, ale wiadomo było, że trzeba je zachować. Trafiły więc do redakcyjnego archiwum – relacjonuje.

Skąd pani redaktor miała wiedzieć, co jest na filmie, który przeleżał na półce w archiwum ... kupę lat? 
A wy wpadlibyście na taki pomysł, żeby powiedzieć: nie wiedziałem co jest na filmie, o którym nigdy nawet nie słyszałem i nie wiedziałem, że w ogóle istnieje i leży sobie w kantorku?


Różne pojawiały się domysły, ale wiadomo było, że trzeba je zachować.
Domysły zachować, hę? Algebra z ortografią znowu się pomajtała?


Osobą, która dokonała przełomu, był Jacek Katos, nasz redakcyjny kolega. Po prostu rozwinął film 

O, widzisz: ten wiekopomny czyn powinien być zapisany w Annałach gazety - i człowiek, "który dokonał przełomu"! Zupełnie jak po śmierci właściciela RadiaZ - "umarł twórca RadiaZ"... jakby był przynajmniej pomocnikiem samego Pana Boga... "tfórca", ale im się gemby śmiały jak to mówili... sami się z tego śmiali.... z kogokolwiek robili tfórcę....

I tu też mamy bohatera na miarę tfórcy radia:

"I rozwinął film z rolki..."

Myślałem, że takie harce to tylko na Pomorzu, a okazuje się, że za mało czasu poświęcam zachodniej prasie... "Na tropie kłamstwa - zamach pod Starogardem":

Kiedy pewnego dnia zadzwonił do nas Piotr Puchalski, znany kociewski eksplorator i kolekcjoner, poczuliśmy się jak odkrywcy naszej małej, pomorskiej Ameryki. - Wiem, gdzie są zdjęcia z zamachu na Hitlera - powiedział krótko Piotr. 

Czyż nie podobne?
Tam jest więcej podobieństw...




jakiś piknik

o forum gdańskim i o wieszaniu oprawców ze Stutthofu (albo ruch oporu...):

poniedziałek, 23 grudnia 2019

EGZEKUCJA NA BISKUPIEJ GÓRCE

Kilka lat temu na jakiś proniemieckim forum (Wolne Forum Gdańsk?) ktoś opowiadał kłamstwa o tym, że jakoby podczas tej egzekucji trwała atmosfera pikniku - jedzono kiełbaski, pito piwo sprzedawano oranżadę i lody.... Zareagowałem wtedy i osoby szkalujące nie były w stanie udowodnić swoich tez. Teraz widzę te kłamliwe tezy powtórzone tutaj...
"Władze miejskie zachęcały mieszkańców do udziału w egzekucji; wokół terenu, gdzie postawiono drewniane szubienice, sprzedawano lody, piwo i oranżadę. W stronę więźniów leciały kamienie; musieli interweniować obecni na miejscu żołnierze.



W środku były stare telefony komórkowe, wielkie, tzw. cegły.
Skoro w sejfie były.... to cenne chyba? Nie było obowiązku zdania? Jakiś remanent, coś?











TVN24

Znaleźli puszkę z kinową taśmą filmową z czasów II wojny światowej. "Ciekawe, jakie obrazy zawiera?"

21.04.2021, 13:01

W Lubaniu (województwo dolnośląskie) odnaleziono puszkę z czasów II wojny światowej. Metalowy pojemnik jest niemal nietknięty zębem czasu i - według muzealników - skrywa taśmę filmową sprzed lat. Co na niej jest i czy da się odtworzyć? Tę zagadkę będą teraz próbowali rozwikłać.

"To, co trzymam w rękach, to nie tarcza. To kinowa taśma filmowa w nieuszkodzonej puszce z czasów II wojny światowej"
- napisano na facebookowym profilu Muzeum Regionalnego w Lubaniu. Puszkę odnaleziono 17 kwietnia w trakcie prac archeologicznych przy ulicy Piramowicza w Lubaniu.

Co może znajdować się na tkwiącej w środku taśmie filmowej? Tego nie wiadomo. Zagadkę mają pomóc wyjaśnić eksperci. - Wysłaliśmy ją do Filmoteki w Warszawie, celem wykonania ekspertyzy. Puszki nie otwieraliśmy, by nie uszkodzić zawartości. Nie wiemy więc, co znajduje się na taśmie - mówi nam Łukasz Tekiela, dyrektor Muzeum Regionalnego w Lubaniu.

Nie tylko puszka z taśmą

Czy taśma z czasów wojny zawiera film propagandowy, a może jakiś dawny kinowy hit? To może okazać się jeszcze w kwietniu. Puszkę z taśmą odnaleziono w miejscu, gdzie w XVII wieku znajdował się budynek, który spłonął.

Pod koniec II wojny światowej przez plac - jak mówi Tekiela - przechodził rów przeciwlotniczy, który następnie został zasypany różnymi przedmiotami. Teraz te przedmioty, po ponad siedmiu dekadach - wyciągane są z ziemi. - W okopie znaleziono nie tylko puszkę z taśmą, ale też broń z czasów II wojny światowej i XIX-wieczną, a także szereg przedmiotów codziennego użytku - informuje dyrektor.







To, co trzymam w rękach to nie tarcza. To kinowa taśma filmowa w nieuszkodzonej puszce z czasów II wojny światowej. Puszka została znaleziona 17 kwietnia przy ul. Piramowicza w Lubaniu. Ciekawe, w jakim stanie jest taśma i jakie obrazy zwiera? - pisze pod zdjęciem ze znaleziskiem Łukasz Tekiela, dyrektor lubańskiego muzeum.

W tej chwili pracownicy Muzeum Regionalnego poszukują fachowców, którzy otworzą puszkę, bo my nawet jej nie otwieraliśmy. To muszą zrobić ludzie, którzy się na tym znają i jeżeli ta taśma będzie w takim stanie, że coś się da z nią zrobić, zakonserwujemy ją i spróbujemy zrobić z tego taką wersję żeby to dało się odpalić. I obojętnie co tam będzie, czy to komedia przedwojenna, czy kronika wojenna to zrobimy premierę w kinie. - mówi dla eLuban.pl dyrektor muzeum.


Po tych wszystkich zapowiedziach, byłem pewien, że w środku jest film. Na jednej ze stron zwróciłem uwagę, że był tam chyba link do facebuka ze zdjęciem - a teraz nie ma... czyżby Muzeum usunęło post ze swoim odkryciem? Ale czemu?





Zajrzałem na stronę Muzeum i tam w opcjach odfiltrowałem posty z kwietnia 2021 roku...




I nie ma.

Chyba wszystkie redakcje powoływały się na wpis Muzeum na facebooku. Nie ma tego posta, jest inny post dotyczący ul. Piramowicza, z 17 kwietnia - co ciekawe, polubiony przeze mnie. 

Stary brakteat być może jest okrągły i przypomina starą puszkę filmową, ale... ja wiem co ja widziałem, a z racji moich działań na blogu byłem ciekaw, czy na taśmie nie zapisano czasami jakiś niemieckich zbrodni - dlatego interesowałem się, co z tą sprawą...




Bartlomiej Kubas-Saba
Kopać,kopać,a może dokopie się ktoś do jakiejś wskazówki gdzie się podział ukryty skarbczyk od Sióstr Magdalenek,z pewnością by im się teraz przydał w tych trudnych czasach:-)


Są posty min. z 1, 6, 12, 16, 20, 21, 22, 27, 29, 30 kwietnia - razem 12 postów. 
Brakujący post datowany był na 18 kwietnia - wiem to, bo zachował sie u mnie na blogu - w poście z 27 kwietnia - tego dnia Muzeum informowało, że puszka, choć ciężka - okazała się wypełniona trocinami.


Zdjęcia z mojego bloga:


Post z 17-ego polubiło 57 osób, a skomentowało 2, a ten z 18-ego - blisko 500 polubień, 53 komentarze i blisko 200 udostępnień...


Post Muzeum z 27 kwietnia - też jest wykasowany:





osobliwa dedykacja z tego samego dnia....









Ciekawe, że "odkrycie" z sejfu Gazety Lubuskiej dotyczy Zielonej Góry i Gorzowa - te miasta razem z Lubaniem leżą niemal na jednej linii...



...gdzie Zielona Góra jest niemal idealnie pośrodku - do Gorzowa w linii prostej jest 90 km, a do Lubania - 92 km... 



Ktoś się może dziwić, czemu u mnie na blogu zawsze są mapy i te sprawy językowe, ale ja bardzo lubię mapy i geografię i historię, w szkole podstawowej chodziłem na kółko geograficzne,  historyczne, a potem nawet na polonistyczne - i to w soboty! Z tych przedmiotów zawsze miałem czwórki i piątki, 

a jak to było u was, Lubuszanie, Lubanianie??


Hę?




Potraficie odróżnić Lubań od Lubuskiego?









zachod.pl/1449397/archiwalne-znalezisko-w-gazecie-lubuskiej/
gazetalubuska.pl/co-za-historia-przelezala-w-sejfie-prawie-siedem-dekad-i-wydarzyla-sie-u-nas/ar/c1p2-28789459
tvn24.pl/wroclaw/luban-to-nie-tarcza-to-kinowa-tasma-filmowa-st5073925
eluban.pl/artykul/16085,w-trakcie-prac-archeologicznych-znalezli-stara-tasme-filmowa
kopalniawiedzy.pl/Luban-Piramowicza-wykopaliska-tasma-filmowa-II-wojna-swiatowa-Muzeum-Regionalne-w-Lubaniu-Lukasz-Tekiela,33634

O tropach:


poniedziałek, 16 lutego 2026

Pintadera - stempel do barwienia tkanin





przedruk



Tajemniczy gliniany artefakt sprzed około 2,5 tysiąca lat, odnaleziony w okolicach Jarosławia, może okazać się wyjątkowym zabytkiem na skalę kraju. Zdaniem archeologa dr. Marcina Burghardta z Muzeum w Jarosławiu Kamienica Orsettich przedmiot najprawdopodobniej jest pintaderą - specjalnym stemplem używanym do barwienia tkanin lub nanoszenia wzorów na ciało. Jeśli ta interpretacja się potwierdzi, będzie to pierwszy taki obiekt odkryty na ziemiach polskich.

Znalezisko z badań przy budowie autostrady


Artefakt pochodzi z badań archeologicznych prowadzonych w 2011 roku w Nienowicach w powiecie jarosławskim, realizowanych przed budową autostrady A4. Odkryto tam pozostałości osady funkcjonującej od VI do III-II wieku p.n.e., zamieszkiwanej przez społeczności tzw. kultury pomorskiej, które przybyły na tereny południowo-wschodniej Polski z północnego zachodu.

Jak wyjaśnia dr Marcin Burghardt, od IV wieku p.n.e. widoczne są także wpływy ludności związanej z kulturą jastorfską, utożsamianą m.in. z germańskimi plemionami Bastarnów i Skirów.








Nietypowy kształt i fragmentaryczny stan zachowania przez długi czas utrudniały jego interpretację. Początkowo uznano go za element figurki lub podstawki tzw. „zwierzęcia ogniowego”, znanego z kultury jastorfskiej i wiązanego z kultem ognia oraz bóstwami domowymi.


Dopiero późniejsze analizy wskazały na inną możliwość. Charakterystyczna płaska powierzchnia robocza z wyciętym wzorem oraz ślady rękojeści przypominają bowiem gliniane pieczęcie- pintadery.

Takie przedmioty znane są przede wszystkim z obszaru Wielkiej Niziny Węgierskiej i wiązane z kulturą Vekerzug z wczesnej epoki żelaza (VI - pierwsza połowa V wieku p.n.e.). W grobach odkrywa się je często wraz z barwnikami, kamiennymi płytkami i pojemnikami na kosmetyki, co sugeruje, że mogły stanowić element pradawnego „zestawu toaletowego”.

Według badaczy pintadery mogły służyć do nanoszenia barwników na ciało lub tkaniny, a niewykluczone, że [interwencja! - Maciej Cenzor]. Stempel z Nienowic ma charakter negatywowy - prawdopodobnie nanoszono nim wosk lub żywicę, a następnie materiał zanurzano w barwniku, uzyskując geometryczne wzory.




nowiny24.pl/niepozorny-fragment-gliny-zmienia-historie-regionu-sensacyjne-odkrycie-archeologiczne-pod-jaroslawiem/ar/c1p2-28723361?utm_source=Facebook&utm_medium=nowiny24&utm_campaign=linkwstat

 



niedziela, 15 lutego 2026

"Korona wendyjska"




Wątpliwe, żeby był to naszyjnik...



niemiecka wikipedia
tłumaczenia automatyczne



W XIX wieku korona wendyjska stała się historycznym symbolem kształtującym tożsamość Wielkiego Księstwa Meklemburgii oraz jego związków składowych: Meklemburgii-Schwerin i Meklemburgii-Strelitz. Powstał z interpretacji pierścionka na szyi korony, który nie był ani wendyjski, ani koroną, i stanowi przykład wymyślonej tradycji.





Korona wendyjska, znaleziona w 1849 roku w pobliżu Lübtheen, ilustracja z 1899 roku



Nazwa Wendische Krone była pierwotnie rozumiana jako biżuteria, z której niektóre okazy znaleziono w Meklemburgii w pierwszej połowie XIX wieku. 

Jest to obręcz o średnicy około 13 centymetrów (miara hamburska 5 1/2 cala), która kończy się kolcami na górze. Około jedna czwarta pierścienia jest zaprojektowana do otwierania i składa się z dwóch części połączonych zawiasem z jednej strony, natomiast z drugiej strony zamknięcie robi się za pomocą małego sworzniaka, który pasuje do przeciwległego otworu. 
Sworzeń zawiasowy kończy się na górze tępym kolcem, który wznosi się z rozety. 

Pierwszy szron został odkryty głęboko w ziemi w 1823 roku na farmie Langen Trechow (obecnie dzielnica Bernitt) koło Bützow podczas wykopalisk pod budowę nowej stodoły i charakteryzuje się głęboką zieloną, błyszczącą patyną. 

Drugi okaz znaleziono w 1843 roku w pobliżu Admannshagen koło Doberan; Leżała w urnie w niskim kurhaniu. Obręcz była złamana i wygięta, gdy ją znaleziono. Nie był wykonany z brązu (z wyjątkiem sworzni zawiasowej), lecz z miedzi. 

Trzeci obręcz został znaleziony w pobliżu Lübtheen w 1849 roku i różni się od pozostałych znacznymi rozmiarami (7 cali średnicy = 16,7 centymetra) oraz wykonaniem w pustym odlewie. 

Czwarty okaz, który Lisch znalazł w Zbiorze Wielkoksiążęcej w Schwerinie i nazwał Koroną Schwerin, ma nieznane pochodzenie i inny kształt, ponieważ zamiast kolców i końcówki zawiasów ma jedynie płaskie elewacje.





Rysunek korony wendyjskiej autorstwa Hugo Gerarda Ströhla: Atlas Heraldyczny 1899





Gdy znaleziono pierwszy z tych pierścieni, nadano mu nazwę "Korona Wendyjska". 

Odpowiadało to ówczesnemu poglądowi archeologicznemu w Meklemburgii oraz tradycji sięgającej czasów Wandalii Alberta Krantza, która przypisywała niemal całe prehistoryczne dziedzictwo kraju Wendom. Pojawiła się dyskusja, w której Georg Christian Friedrich Lisch i inni uznali germańskie pochodzenie pierścieni, ale datowali je na wczesną epokę brązu. 

Robert Beltz datował ją w 1899 roku na okres La Tène, około 300 p.n.e. Jednocześnie zwrócił uwagę, że nie tylko tytuł Wendish powinien zostać odebrany Koronie Wendyjskiej, ale także nazwa Krone powinna zostać zakwestionowana. Porównał je do pierścieni o płaskich lub mocniejszych wyniesieniach po górnej stronie, pierwotnie wygiętych z blachy brązu, później odlewanych w coraz mocniejszych egzemplarzach. Te pierścienie były przygotowane do otwierania i oczywiście nie były koronami, lecz pierścieniami na szyję. Adolf Hollnagel skatalogował znaleziska jako "pierścionki na szyję zawiasowe". 



Jednak dyskusje i wyjaśnienia w kręgach archeologicznych nie powstrzymały korony wendyjskiej przed staniem się swego rodzaju symbolem narodowym Meklemburgii w drugiej połowie XIX wieku. Heraldycznie stylizowano go jako zielono, emaliowane obręcze ozdobione szmaragdem z wieżowatą konstrukcją pośrodku i od tego czasu uważano go za starożytny symbol książąt Obotrytów, którzy niegdyś rządzili terytorium dzisiejszej Meklemburgii.

Wielkoksiążęcy Order Korony Wendyjskiej został założony 12 maja 1864 roku przez dwóch wielkich książąt Meklemburgii, Fryderyka Franciszka II i Fryderyka Wilhelma (II), za "zaszczytne świadectwo Najwyższego, najlepiej uznanie i szacunek oraz za nadanie szczególnych zasług". Zakon ten bywał czasem skracano także do Korony Wendyjskiej; jego tarcza orderowa zawiera koronę wendyjską pośrodku, w przypadku Wielkiego Krzyża z koroną z mosiądzu w mosiężu, we wszystkich pozostałych klasach ze złota. Większa replika korony wendyjskiej znajdowała się w dolnym centrum łańcucha zakonów.

W latach 1884–1918 była także częścią herbu państwowego Meklemburgii-Schwerin jako korona hełmowa na środkowym herbie.





Kronenhalsring
Naszyjnik koronowy


Pierścionki w kształcie korony to dwuczęściowe pierścionki ozdobione trójkątnymi kolcami na górze. Pierścienie na szyję korony zostały odlane z brązu i składają się z dwóch części połączonych zawiasem. Zazwyczaj zamknięcie tworzy żelazny zawor. Górna część zawiasu często zdobi rozetę. Nazwa pochodzi od trójkątnych kolców, które nadają biżuterii wygląd korony.



Kronenhalsring


Wczesne formy tego typu znalezisk zwykle mają owalny lub spiczasty owalny przekrój i są ozdobione poprzecznymi żebrami po górnej stronie. Jednak nie są to obroże koronowe w ścisłym znaczeniu.

Od V do III wieku p.n.e. naszyjniki koronowe były szczególnie powszechne w Danii i na Nizinie Północnoniemieckiej, głównie w kulturze Jastorfów. Późne formy (typy II—IV według Kostrzewskiego) występują także w kulturze przeworskiej i pomorskiej.

Według Horsta Keilinga pochodzą one z Danii i północnych Niemiec, według Maciałowicza głównie z Jutlandii. Pojedyncze okazy znaleziono także na Zakarpackiej Ukrainie (7) i Mołdawii, na przykład w Davideni (powiat Neamț).


Pierścienie na szyi koronowej są zazwyczaj nazywane pierścieniami na szyję. Często składano je w bagnach, być może jako ofiary. W grobach czasem znajdują się pierścionki na szyi z oznakami zużycia, co dowodzi, że były również noszone. Maciałowicz zauważa jednak, że kolce mogą utrudniać ruch głowy i dlatego uważa je za strój świąteczny. Znaleziska grobów określane przez płeć są zaginione. Większość znalezisk to znaleziska indywidualne.





Kronenhalsring der Greutungen - Naszyjnik koronny Greutungów


Znaleziska z Dolnej Saksonii

Pierścień na szyi w koronie Emmendorf, gminy w powiecie Uelzen na Wrzosowisku Lüneburskim w Dolnej Saksonii, odkryty w 1852 roku podczas wykopu torfu, waży 770 g; jej średnica wynosi 14 cm. Inne pierścienie znaleziono w trójkącie Łaby-Weser w pobliżu Debstedt i Langenmoor, oba w dystrykcie Cuxhaven. Pierścienie znalezione w Dolnej Saksonii zostały znalezione jako indywidualne znaleziska na wrzosowisku. 




wiki szwedzka

Naszyjnik koronowy to rodzaj naszyjnika z predrzymskiej epoki żelaza. Datują się na przedrzymską epokę żelaza, około 500 p.n.e. do 0.

Fakt, że nazwano je naszyjnikami koronowymi, wynika z późniejszych typów pierścieni. Pierścienie zawsze mają zawias, który ma kształt okrągłego cylindra z ozdobami. Pierścień można było otworzyć przez otwór i zawleczkę, która pasowała do otworu. Pierścienie były odlane z brązu. Ich zewnętrzna średnica wynosiła około 12–18 cm. Możliwe, że są to dalsze rozwinięcia skręconych pierścieni epoki brązu lub mogą mieć wpływy zachodnioeuropejskie. Starsze typy są najczęściej spotykane w zachodniej Danii i północno-zachodnich Niemczech. W Jutlandii znaleziono także formy form.



Naszyjnik z młodszą koroną znaleziony w Danii.



Młodsze szyje na koronie z prawdziwymi iglicami mają inny zasięg w Europie. Występują na obszarze od Danii, Niemiec, Polski aż po Ukrainę i Mołdawię i można je datować na około 250–100 p.n.e. 



W Szwecji znaleziono tylko cztery te starsze pierścienie. Dwa z Bohuslän oraz w 1858 roku dwa kolczyki tego typu znaleziono w Vamlingbo na Gotlandii. Pierwszy pierścień znaleziono podczas oczyszczania sterty kamieni, które mogły być osadą kamienną lub kurhanem

W tym samym roku w tym samym miejscu w krzaku znaleziono kolejny pierścień. Pierścienie z Gotlandii datowane są na okres 400–200 p.n.e. Okazy z Vamlingbo prawdopodobnie pochodzą z Dunii. Jednak w Szwecji nie znaleziono jeszcze pierścionków młodszych typów korony. 








wiki duńska


Naszyjnik koronowy to naszyjnik, którego górna część jest ząbkowana, przypominając koronę (stąd nazwa). Takie pierścienie pochodzą z okresu około 300-100 f.Kr roku, czyli z celtyckiej epoki żelaza (przedrzymskiej epoki żelaza). 

Pierścienie na szyi korony są odlewane w pustym środku, czyli odlewane w środku (odlewane techniką cire perdue, gdzie wosk pszczeli jest odlewany wokół rdzenia z gliny).








Pierścień na szyi na koronie

Kolczyki na szyi występują głównie w zachodniej Danii (Danii oprócz Zelandii, Skanii i Blekinge), także wzdłuż południowych wybrzeży Morza Bałtyckiego, a stamtąd są bardziej rozproszone na południowy wschód do Rumunii i Ukrainy.  To rozprzestrzenianie się doprowadziło do teorii, że powinno odzwierciedlać migracje z Jutlandii i północnych Niemiec do południowo-wschodniej Europy, być może odzwierciedlając migracje ludów germańskich.

Inne opcje to handel i/lub powiązania dynastyczne.

Na Zelandii istnieje inny rodzaj pierścienia na szyi, który został zakopany w bagnach i na mokradłach, mianowicie tzw. kulkowy pierścień na szyję, który (jak sama nazwa wskazuje) kończy się dwoma kulami, czasem z celtyckimi tłoczonymi ornamentami.






Tymczasem u Rzymian...



"Dictionarium Orbis Pictus Latinus" - Hermanna Kollera











kulturerbe.niedersachsen.de/objekt/record_kuniweb_1205974/1/




de.wikipedia.org/wiki/Kronenhalsring - są 3 wersje językowe

de.wikipedia.org/wiki/Wendische_Krone - 2 wersje językowe:
sv.wikipedia.org/wiki/Kronhalsring
da.wikipedia.org/wiki/Kronehalsring


danmarksoldtid.lex.dk/Den_hellige_mose_-_250_f.Kr.-Kr.f.



youtube.com/watch?app=desktop&v=biLz2RxrfjQ&utm_medium=organic&utm_source=yandexsmartcamera




czwartek, 8 stycznia 2026

WUOZ Gdańsk

 


19 grudnia 2025 roku zgłosiłem mailowo kolejne odkrycie do Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Gdańsku - z przypomnieniem poprzedniej korespondencji mailowej o wcześniejszych odkryciach.


Dzisiaj zadzwoniłem w tej sprawie - była krótka rozmowa telefoniczna.






maciejsynak.blogspot.com/2022/04/midas.html

sobota, 15 listopada 2025

Z grabkami na cmentarz

 








POMOST jest w miejscowości Dubielno.

12 listopada o 18:06 ·


W dniu 12 listopada 2025 r. prowadziliśmy prace ekshumacyjne w pobliżu miejscowości Dubielno, gmina Jeżewo (woj. kujawsko-pomorskie). W oznaczonej leśnej mogile odkryliśmy szczątki ośmiu niemieckich żołnierzy poległych w 1945 r. Niestety większa część grobu została w przeszłości zniszczona i ograbiona. Z tego powodu udało nam się odnaleźć tylko jeden nieprzełamany znak tożsamości.


Nie wiem na jakiej podstawie autor wpisu twierdzi, że grób został ograbiony - ale może mu chodzi o prace porządkowe??

Wydaje mi się - i nie tylko mi, bo jest kilka takich wpisów, że ktoś wykopał kości ludzkie na swojej działce czy ogródku i nie chcąc z jakiegoś powodu "robić sobie pod górkę" po prostu zakopał je w lesie w znanej sobie mogile. Zakopał i może nawet wyrównał teren grabkami. Na oko patrząc - po zdjęciach - betonowy krzyż postawiono nad szczątkami leżącymi na wznak, a kości w workach są dostawione z boku.

Nie wrzucił do sadzawki w lesie, nie zakopał w bezimiennym dole, tylko przyniósł tutaj, co oznacza, że potraktował te szczątki - "po ludzku". Nie ma żadnych rzeczy, które by identyfikowały te szczątki? Pewnie nie było. Skoro zadał sobie trud przenoszenia kości i powiedzmy - pochowania ich w grobie, gdzie ktoś pewnego dnia może je odkopie i godnie pochowa...

Pod postem jest już ponad 300 komentarzy, niestety nie widzę, żeby autor wpisu wycofał się ze swoich słów, ani nawet nie doprecyzował, nie odpowiedział mi na pytanie, czemu uważa, że grób został "ograbiony".

Niestety to nie pierwszy raz, kiedy redaktor czy jak tutaj - autor ww. wpisu - pozwala sobie na jasnowidzenie i twierdzenia, że COŚ z grobu zginęło.

Jeżeli wie, co zginęło - niech poda opis tych rzeczy do naszej wiadomości.

Nie potrafi tego zrobić? To po co pisze, że grób został jakoby "ograbiony"? 



Rzuca bezpodstawne oskarżenia - na Polaków.







poniedziałek, 6 października 2025

Na logikę - Jedwabne





przedruk


Archeolog: “To, co znaleźliśmy w Jedwabnem, nie pokrywa się z żadnymi oficjalnymi zeznaniami”


Wystąpienie prof. dr hab. Małgorzaty Grupy, archeolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, to jeden z najmocniejszych głosów dotyczących wydarzeń w Jedwabnem. Przez wiele lat temat ten funkcjonował w przestrzeni publicznej w sposób jednostronny, oparty przede wszystkim na relacjach świadków oraz ustaleniach śledztwa IPN.

Jednak prof. Grupa, bazując na swoim doświadczeniu z prac ekshumacyjnych w Charkowie, Katyniu, Sobiborze i Bełżcu, weszła w przestrzeń Jedwabnego z warsztatem naukowca, który ufa ziemi bardziej niż dokumentom.


„Dopiero jak trafiliśmy tam, to słowo ludobójstwo nabrało zupełnie innego wydźwięku” – wspominała, odnosząc się do ekshumacji w Charkowie. – „Gdy się stoi nad mogiłą zbiorową, gdzie jest tysiąc szczątków naszych oficerów, to przychodzą naprawdę przeróżne refleksje”.

To właśnie doświadczenia z tamtych prac, a także zdobyta praktyka w konserwacji szczątków i tkanin, pozwoliły Grupie i jej zespołowi rzetelnie ocenić, co naprawdę wydarzyło się w Jedwabnem. Kiedy zespół archeologiczny przyjechał na miejsce, ich celem było odnalezienie mogiły mężczyzn, którzy według zeznań świadków mieli nieść betonowego Lenina na kirkut i tam zginąć.


„Wszystkie wskazania według zeznań niby świadków – bo dla mnie to byli niby świadkowie – wskazywały, że mogiła zbiorowa powinna być na kirkucie. My z profesorem obejrzeliśmy nie wiem ile razy ten kirkut, ale na pewno nie było tam mogiły zbiorowej”.

Intuicja zespołu archeologów, oparta na doświadczeniu wiejskiego krajobrazu, doprowadziła ich do miejsca, gdzie rzeczywiście mogła stać stodoła. Już po 10 centymetrach kopania natrafili na fundamenty.


„Znaleźliśmy ten kamienny fundament, to szliśmy po śladzie tego fundamentu i dość szybko udało nam się odtworzyć zarys wielkości tej stodoły”.

Pierwotny plan zakładał prace tylko na zewnątrz budynku. Cała narracja opierała się bowiem na przekazie, że szczątki zostały wrzucone do dołów wokół stodoły. Tam też faktycznie odnaleziono spalone szczątki. Ale mężczyzn – tych wciąż nie było. W pewnym momencie, chcąc po prostu utrzymać porządek na placu badań, zapadła decyzja o rozpoczęciu wykopów wewnątrz stodoły. Nikt się nie spodziewał, co tam znajdą.


„Po 10 minutach kopania w środku stodoły chłopcy znaleźli ucho betonowe – stwierdziliśmy, że to jest ucho Lenina. Za chwilę znaleźliśmy tors, ale udało nam się to zakamuflować, że jeszcze nie było informacji, że w stodole coś się dzieje. No a za chwilę znaleźliśmy szczątki”.

Dzięki zgodzie rabina Ecksteina możliwe było przynajmniej częściowe odsłonięcie mogiły. I tu archeologia przemówiła pełnym głosem. Grupa, opierając się na doświadczeniach z Katynia i Charkowa, mogła rozpoznać przeprażone tkaniny: znak, że ciała były obecne w miejscu pożaru już przed jego rozpoczęciem.


„Wiedzieliśmy jedno: że ci mężczyźni zginęli przed spaleniem stodoły, w związku z tym, że tkaniny, które znaleźliśmy na samej powierzchni, były po prostu wyprażone”.

Temperatura pożaru, jak sugerowała, była wystarczająca, by wypalić jedynie górną warstwę – co świadczyło o tym, że ofiary znajdowały się tam już wcześniej. Analiza układu jamy grobowej wskazywała, że zwłoki były ułożone w dwóch rzędach, sięgających połowy długości stodoły.


„To było w 100% pewne, że ci mężczyźni musieli zginąć przed wpędzeniem do stodoły kobiet i dzieci. Więc to, co nam wymawiano, że oni jak barany stali… 60 facetów patrzyło, jak pięciu pijanych Polaków pali ich żony, dzieci i dziadków? To jest po prostu niemożliwe fizycznie”.

Oprócz szczątków odnaleziono też łuski – i to nie byle jakie.


„Na powierzchni tej stodoły łuski leżały. Polakom Niemcy nie dawali broni do ręki w czasie wojny. To jest po prostu niemożliwe. Nawet w zeznaniach nie było informacji, że Polacy strzelali”.

Wszystko wskazywało na to, że mężczyźni zostali zastrzeleni w stodole – a dopiero potem, już po ich śmierci, wpędzono tam kobiety i dzieci i spalono całość. Te informacje nigdy nie zostały oficjalnie opublikowane. Prace ekshumacyjne zostały przerwane pod wpływem nacisków zewnętrznych. Zdaniem prof. Grupy – politycznych.


„Nie pozwolono nam nawet z zewnątrz sprawdzić jaka głębokość była tych szkieletów złożona w stodole, więc nie mogliśmy statystycznie policzyć czy to było około 60 czy nie”.

Zgromadzone dowody nie pasowały do obowiązującej wersji wydarzeń. Dlatego temat szybko ucichł. O tym, co naprawdę znaleziono, środowisko archeologiczne i historyczne przez lata nie mówiło publicznie. Dopiero w filmie dokumentalnym przygotowanym przez Wojciecha Sumlińskiego można było zobaczyć materiały z przerwanej ekshumacji, zdjęcia, film, relacje świadków.


„Ziemia nie kłamie. To, co my odkrywamy, jesteśmy w stanie określić, w jaki sposób ludzie zmarli, jak byli chowani. A to, co znaleźliśmy w Jedwabnem, nie pokrywa się z żadnymi oficjalnymi zeznaniami”.

W opinii Grupy, zeznania powojenne były zmanipulowane, a niektóre – wręcz wymuszone. Z jej wystąpienia jasno wynikało, że mamy do czynienia z brakiem rzetelnego dochodzenia.


„Nie wiemy nawet, ile było tych ofiar, bo nie pozwolono tego sprawdzić. Nie wiemy, jak zginęli. Nie wiemy, kto zabił”.

Podważyła także mit o religijnym zakazie ekshumacji, wskazując, że judaizm dopuszcza przenoszenie szczątków na kirkut lub do Izraela – jeśli tylko ma się pewność, gdzie się znajdują.


„To nie jest prawda, że ekshumacji nie można robić. Halacha mówi, że jeśli wiadomo, że spoczywają szczątki Żydów, to należy je przenieść. A kirkut jest kilkanaście metrów dalej. To jedyne miejsce, gdzie nie pozwalają na ekshumację”.

Na końcu wystąpienia Grupa mówi z determinacją, że będzie mówić o tym otwarcie. Od 2019 roku, po latach milczenia, decyduje się przekazywać te informacje publicznie.


„Jak ktoś mi w 2001 roku mówi, że Polacy przyczynili się do Holokaustu, to we mnie się gotowało. Przyrzekłam sobie, że przyjdzie taki czas, kiedy będę mówić o tym otwarcie. I teraz to robię”.

Wystąpienie prof. Grupy to nie tylko relacja z badań archeologicznych. To apel o uczciwość, o rzetelną historię, o szacunek dla ofiar i o zgodę na zadanie podstawowych pytań: kto zginął, ilu ich było, kto ich zabił? Bo bez odpowiedzi na te pytania, historia Jedwabnego pozostanie nie tylko nierozwiązanym śledztwem, ale też raną w świadomości społecznej – raną, która wciąż się sączy.





Film w oryginalnym materiale tutaj:


dzienniknarodowy.pl/?p=17880







środa, 23 lipca 2025

Maiden Castle

 



przedruk

tłumaczenie automatyczne




Zamek Dziewiczy – masakra, która nigdy się nie wydarzyła








Dwa szkielety wykopane przez Mortimera Wheelera w latach 30. XX wieku, datowane na I wiek n.e. Obie te osoby noszą rany od broni strzelonej, a jeden z nich ma wbity w kręgosłup grot włóczni, wcześniej interpretowany (błędnie) jako bełt rzymskiej balisty.

Ponowna analiza pochówków, w tym nowy program datowania radiowęglowego, ujawniła, że zamiast umierać w pojedynczym, katastrofalnym wydarzeniu, ludzie padali w okresach śmiertelnej przemocy obejmujących wiele pokoleń, rozłożonych na okres od końca I wieku p.n.e. do początku I wieku n.e. Sugeruje to epizodyczne okresy rozlewu krwi, być może będące wynikiem lokalnych zamieszek, egzekucji lub wewnętrznych walk dynastycznych w dziesięcioleciach poprzedzających rzymski podbój Brytanii.

Nowe badania przeprowadzone przez archeologów z Uniwersytetu w Bournemouth (BU) ujawniły, że ciała odzyskane z "cmentarza wojennego" wcześniej przypisywanego rzymskiemu podbojowi Brytanii w grodzie Maiden Castle z epoki żelaza w Dorset nie zginęły w żadnym dramatycznym wydarzeniu.

Dr Martin Smith, profesor nadzwyczajny antropologii sądowej i biologicznej, który analizował ciała, powiedział: "Znalezienie dziesiątek ludzkich szkieletów wykazujących śmiertelne obrażenia od broni nigdy nie było wątpliwe, jednak dzięki systematycznemu programowi datowania radiowęglowego byliśmy w stanie ustalić, że osoby te zmarły w ciągu dziesięcioleci, a nie w wyniku jednego strasznego wydarzenia".

"Cmentarz wojenny" w grodzie Maiden Castle z epoki żelaza w Dorset jest jednym z najsłynniejszych brytyjskich odkryć archeologicznych. Odkryte w 1936 roku, wiele z odkopanych szkieletów miało wyraźne ślady urazu głowy i górnej części ciała. Sir Mortimer Wheeler zasugerował, że ówczesne kierowniki wykopalisk były "śladami bitwy", spowodowanymi podczas wściekłej, ale ostatecznie daremnej obrony grodu przed wszechogarniającym legionem rzymskim. Barwna relacja Wheelera o ataku na rodzimy gród i masakrze jego obrońców przez najeźdźców Rzymian, została przyjęta jako fakt, stając się ikonicznym wydarzeniem w popularnych narracjach brytyjskiej "Island Story".



Wykopany cmentarz wojenny i legendarny bełt balisty, który w rzeczywistości był lokalnym ostrzem oszczepu.



Główny pracownik naukowy w dziedzinie archeologii prehistorycznej i rzymskiej na BU i dyrektor wykopalisk, dr Miles Russell, powiedział: "Od lat 30. XX wieku historia Brytyjczyków walczących z Rzymianami w jednym z największych grodzisk w kraju stała się stałym elementem literatury historycznej. Druga wojna światowa zbliżała się wielkimi krokami, więc nikt nie był gotów kwestionować jej wyników. Opowieść o niewinnych mężczyznach i kobietach z miejscowego plemienia Durotriges, którzy zostali wymordowani przez Rzym, jest przejmująca i przejmująca. Pojawia się w niezliczonych artykułach, książkach i dokumentach telewizyjnych. Stało się to decydującym momentem w historii Wielkiej Brytanii, oznaczającym nagły i gwałtowny koniec epoki żelaza.

Dr Russell dodaje: "Problem polega na tym, że wydaje się, że to się nie wydarzyło. Niestety, dowody archeologiczne wskazują obecnie na to, że jest to nieprawda. Był to przypadek, w którym Brytyjczycy zabijali Brytyjczyków, a zmarli byli chowani w dawno opuszczonej fortyfikacji. Armia rzymska popełniła wiele okrucieństw, ale nie wydaje się, aby to było jednym z nich.


Plan sytuacyjny Wheelera i Gordona, Maiden Castle, Dorset 1934-7 (Piggott 1978:58-9, Rysunek 41).

Martin Smith skomentował dalej: "Na pogląd Wheelera prawdopodobnie wpłynęło bezpośrednie zagrożenie inwazją w jego czasach. Ale to powiedziawszy, w rzeczywistości mogą istnieć paralele, które są nadal aktualne. Tak jak po drugiej stronie kanału La Manche w 1944 r. było dla wszystkich jasne, że inwazja nadchodzi, choć nikt nie mógł być pewien, gdzie i kiedy, podobnie wzrost konfliktu w południowej Brytanii może być wynikiem rosnących obaw, że inwazja Rzymu jest tylko kwestią czasu.

Badacz archeologii Paul Cheetham z Bournemouth powiedział: "Przenikanie się różnych kulturowych praktyk pogrzebowych w tym samym czasie pokazuje, że uproszczone podejścia do interpretacji cmentarzysk archeologicznych muszą zostać zakwestionowane. Mamy tu do czynienia albo z wieloma odrębnymi kulturami żyjącymi i umierającymi razem, albo z tym, że prawo do pochówku jednostki było określone przez złożone reguły społeczne i/lub hierarchiczne podziały w społeczeństwie epoki żelaza.

Badania te zrodziły również dalsze pytania o to, co może jeszcze leżeć nieodkryte w Maiden Castle. Paul Cheetham skomentował: "Chociaż wykopaliska Wheelera były doskonałe same w sobie, był on w stanie zbadać tylko część tego stanowiska. Jest prawdopodobne, że większa liczba pochówków wciąż pozostaje nieodkryta wokół ogromnych wałów".

Wyniki badań zostały opublikowane w najnowszym tomie Oxford Journal of Archaeology.

BRZEMIENNY W WIELKĄ TRAGEDIĘ: KONTEKSTOWE I CHRONOLOGICZNE PONOWNE ROZWAŻENIE DZIEWICZEGO ZAMKU Z EPOKI ŻELAZA "CMENTARZ WOJENNY" (ANGLIA) – Smith – Oxford Journal of Archaeology – Wiley Online Library






Zdjęcie główne: Alan Denny, CC BY-NC-SA 2.0 https://www.flickr.com/photos/alandenney/19288966659




www.bajr.org/maiden-castle-the-massacre-that-never-happened/











niedziela, 9 marca 2025

Europejczycy ciemnoskórzy, aż do czasów rzymskich






przedruk
tłumaczenie automatyczne




Europejczycy byli w większości ciemnoskórzy, aż do czasów rzymskich, sugeruje starożytne DNA
Jedzenie ryb mogło pomóc nam zachować ciemniejszą skórę na dłużej.



Benjamin Taub
Niezależny pisarz

Edytowane przez Maddy Chapman





"Człowiek Cheddar", który żył w Anglii 10 000 lat temu, miał ciemną skórę i niebieskie oczy.




Jeszcze do niedawna połączenie jasnej skóry, niebieskich oczu i blond włosów było rzadkością wśród Europejczyków. Według nowych badań, ciemne cechy mogły być normą aż do epoki żelaza, czyli znacznie później niż wcześniej sądzono.

Pochodzący z Afryki ludzie zaczynali od ciemnej skóry, włosów i oczu, zanim rozwinęli jaśniejsze odcienie, gdy rozprzestrzenili się na chłodniejsze północne krańce Eurazji. Teoria głosi, że jaśniejsza skóra pochłania więcej promieniowania ultrafioletowego słońca, które jest potrzebne do produkcji witaminy D, a zatem zapewnia ewolucyjną przewagę w regionach o mniejszym nasłonecznieniu.

"Wiedzieliśmy z wcześniejszych danych, że pierwsze wystąpienia jasnej skóry miały miejsce około 15 000 lat temu w regionie Kaukazu" - powiedział autor badania, profesor Guido Barbujani. W rozmowie z IFLScience wyjaśnił, że najwcześniejszymi osobami o jasnej karnacji byli anatolijscy rolnicy, którzy rozprzestrzenili się w Europie w okresie neolitu i zastąpili istniejące populacje łowiecko-zbierackie.

"Pomysł [do tej pory] był taki, że było to zjawisko jak smarowanie masłem kawałka chleba. Wiesz, jest fala masła, która zajmuje cały plasterek" – powiedział. Jednak nowe badanie – które nie zostało jeszcze zrecenzowane – pokazuje, że "tak nie było. Przypominał raczej skórę lamparta, z okazjonalnymi występami jasnej i ciemnej skóry tu i ówdzie.

Analizując DNA 348 starożytnych ludzi, którzy żyli w wielu miejscach w całej Eurazji, autorzy badania prześledzili fluktuacje pigmentacji skóry, włosów i oczu w ciągu ostatnich 45 000 lat. "Przejście w kierunku jaśniejszych pigmentacji okazało się być prawie liniowe w czasie i miejscu oraz wolniejsze niż oczekiwano, a połowa osób wykazywała ciemne lub pośrednie kolory skóry w epoce miedzi i żelaza" – piszą.

"Mieliśmy już pewne dowody na to, że ciemna skóra pozostawała w Europie dłużej niż oczekiwano" – powiedział Barbujani. Na przykład słynny Człowiek Cheddar, który żył w mezolitycznej Anglii około 10 000 lat temu, znany jest z tego, że miał ciemną skórę i niebieskie oczy. "Nie wiedzieliśmy jednak, że ciemne skóry pozostały w naszej epoce aż do epoki żelaza".

"Epoka żelaza oznacza mityczne założenie Rzymu. To oznacza wojnę trojańską" – kontynuował Barbujani.

W swojej analizie naukowcy odkryli, że ciemne cechy były prawie wszechobecne w paleolicie, który trwał od około 45 000 do 13 000 lat temu. Późniejszy okres mezolitu przyniósł jednak szczyt niebieskookości w Europie Północnej, Francji i Serbii.

Również w tej epoce wykryto pierwsze znane wystąpienie jasnej skóry, blond włosów i niebieskich oczu w genomie liczącego 12 000 lat łowcy-zbieracza ze Szwecji.

W okresie neolitu – który trwał od około 10 000 do 4 000 lat temu – naukowcy znaleźli wyłącznie ciemną skórę w dużej części Eurazji, chociaż niewielka liczba osób o jasnej karnacji została zidentyfikowana w północnej Europie. Dopiero w epoce brązu autorzy badania stwierdzili "wzrost współwystępowania szacowanego niebieskiego oczu, blond włosów i jasnej skóry", przy czym cztery osoby z Anglii, Węgier, Estonii i Czech wykazywały tę kombinację.

Na koniec wyjaśniają, że genomy datowane na okres od 3000 do 1700 lat temu w epoce żelaza wykazały mieszankę ciemnej, pośredniej i jasnej skóry w różnych obszarach Europy i zachodniej Azji.

"Znaleźliśmy pierwszy przypadek jasnego koloru skóry w szwedzkim mezolicie, ale pochodzi on tylko z jednej próbki na [ponad 50]" – piszą autorzy badania. 


"Później wszystko się zmieniło, ale bardzo powoli, tak że dopiero w epoce żelaza częstotliwość występowania jasnych skór zrównała się z częstotliwością występowania ciemnych skór; przez większą część prehistorii większość Europejczyków była ciemnoskóra" – stwierdzają.

Oferując wyjaśnienie nieoczekiwanej wytrzymałości ciemnej skóry, Barbujani powiedział, że "jasna skóra jest korzystna w środowisku, w którym potrzebujesz promieniowania UV do produkcji witaminy D, ale jeśli twoja dieta opiera się na przykład na rybach, nie potrzebujesz tak dużo światła. Witaminę D znajdziesz w swoim pożywieniu".

"Tak więc ludzie, którzy mieli ciemną skórę, jeśli mieli odpowiednią dietę, mogli żyć całkiem dobrze, nawet w europejskim klimacie" – powiedział.

Preprint badania jest dostępny na stronie bioRxiv.







.iflscience.com/europeans-were-mostly-dark-skinned-until-roman-times-ancient-dna-suggests-78333



sobota, 18 stycznia 2025

Światowid ze Zbrucza cz.4





Każdy twierdzi, że od niego pochodzą wszyscy ludzie...

Polacy, Albańczycy, Grecy, Rosjanie, Ukraińcy...wszyscy

i "wszyscy" mają rację - poniekąd.


Oni po prostu pamiętają przeszłość, tylko nie rozumieją - nie wiedzą, z jakiego miejsca ta przeszłość pochodzi.

"Skoro mieszkam w Macedonii, to znaczy, że wszystkie ludy wyszły z Macedonii..."


No nie, tak nie jest.



Autor w poniższym wpisie zauważa to samo, co ja, tj. "Idole ze Zbrucza" w najróżniejszych formach stawiane były na całym świecie, fałszywie jednak interpretuje rysunki z obiektu, który znajduje się w krakowskim Muzeum Archeologicznym.

Dla mnie są one całkowicie logiczne i zrozumiałe, potrafię je objaśnić i uzasadnić "dlaczego tak", tyle, że na razie tego nie ujawniam.



 


A co do tamgi....



czyż ludzie nie są ślepi??






tekst poniższy jest przedrukiem ze strony fb:




Mitologia słowiańska




3 godz. ·





TAMGI TURECKIE NA "ŚWIATOWIDZIE ZE ZBRUCZA"?

Czy to możliwe, żeby na Światowidzie wyrzeźbiono tamgi, a do tej pory nikt ich tam nie zauważył? Tak przynajmniej twierdzi bohater dzisiejszego wpisu.

Abdikadyr DAUITBEKOV (Әбдіқадыр ДӘУІТБЕКОВ), historyk, turkolog z Republiki Czuwaskiej, pracownik naukowy w Południowo-Kazachstańskim uniwersytecie imienia M. Auezova i członek akademii Czuwaskiej Akademii Nauk, członek Związku Pisarzy Rosji i Czuwaszji - to właśnie autor m.in. książki ze zdjęcia. 21 kwietnia 2021 r. na Uniwersytecie Auezova na uroczystych obchodach 30-lecia Niepodległości Kazachstanu odbyła się promocja tej i innych książek, w których pojawia się taka teza - "Światowid turecki, a nie słowiański. A dokładniej huński".

Jak czytamy na stronie tej uczelni: Na spotkaniu „Droga naukowca” profesor Abdukadir Dautbekov opowiedział o swoim odkryciu tureckich śladów w historii Europy Wschodniej i swojej pracy naukowej 

„O problemach badania tajemnic powstania bożka zbruczańskiego”. Badania starożytnych ludów zamieszkujących Europę Wschodnią i Zachodnią wykazały, że w IV wieku Hunowie rozpoczęli Wielką Migrację Ludów, której przewodził Balamer. Wszystkie plemiona i klany, które wyemigrowały do ​​Europy, miały tę samą TAMGĘ. Wśród nich były również plemiona kazachskie. W 1848 roku na zachodzie Ukrainy odkryto starożytną rzeźbę „ZBRUCH IDOL”, co dowodzi jej tureckich korzeni.
W tym samym roku w kazachskich gazetach ukazały się dwa artykuły tego autora - jeden z "Dagestańskiej żizni", drugi (w odcinkach) - w "AHISKA. Meżdunarodna gazeta Tureckiego etnokulturnego centra PK". 

W tej pierwszej czytamy m.in.:

"W rozwiązaniu zagadki zabytkowego obiektu wziął udział znany naukowiec i akademik Borys Rybakow. W 2011 roku swoimi odkryciami podzielili się pracownicy Instytutu Archeologii Narodowej Akademii Nauk Ukrainy, Ołeksij Komar i Natalia Chamajko. Redakcja czasopisma „Zagadki Historii” nie pozostała z boku tej skomplikowanej i delikatnej materii i opublikowała dwa artykuły.

Pierwszy z nich należał do Mariny Viktorovej i miał tytuł „Idol z wody”. Autorem drugiego artykułu „Symbol pogańskiej Rusi” jest Andriej Podwołocki. Praktycznie wszyscy badacze problemu pochodzenia bożka zbruczańskiego są zgodni, że rzeźba ta jest pomnikiem pogańskiej Rusi, tj. należy do Słowian. Wyciągają takie wnioski z godną pozazdroszczenia wytrwałością i lekkomyślnością. Czy wnioski naukowców pokrywają się z rzeczywistością? Dlaczego w ich wnioskach jest tyle nieścisłości naukowych i luk?

Nasze badania wykazały, że idol ze Zbrucza nie jest posągiem słowiańskim. I jest na to wiele dowodów. Należy do Turków, a dokładniej do rodziny królewskiej Dulat. Nasuwa się naturalne pytanie: gdzie i kiedy pojawili się tutaj Turcy (Dulaci)?

Według historyka średniowiecznego Wołżańskiej Bułgarii Gazi-Baradża „Baradżtarihi”, w 620 r. na polecenie chana Wielkiej Bułgarii Kubrata (pseudonim Basztu) jego młodszy brat Szambat zbudował na miejscu wsi Askal (...) miasto Kijów (Bashtu). Wkrótce ruszył ze swoimi wojskami przeciwko wrogim Awarom. Zdolny dowódca Szambat pokonał ich, a terytoria wrogów – Węgry, Polska, Zachodnia Ukraina (obecna nazwa) – znalazły się pod władzą zwycięzcy.

Szambat został przywódcą nowego państwa, które nazwał Duloboy (Duleboy) na cześć swojej rodziny królewskiej Dulo (Dulat). Nowo mianowany władca, rozwścieczony niespodziewanym szczęściem, które go spotkało, odmówił posłuszeństwa swemu bratu Kubratowi. Za ten czyn chan Wielkiej Bułgarii nadał swemu upartemu i nieposłusznemu bratu przydomek Kij (w języku tureckim Kij oznacza odcięty).

Szambat rządził Dulobą (Dulebą) chwalebnie i godnie przez 33 lata, stworzył silne państwo, ale ostatecznie poniósł klęskę z rąk Franków, którzy stali się silniejsi, i uciekł do szlachetnego chana Wielkiej Bułgarii, którego siedziba znajdowała się w mieście Fanagoria (Priazowia).


Kubrat wybaczył swemu próżnemu i dumnemu bratu. Ponownie wysłał go, aby rządził beylikiem kijowskim. Mieszkańcy Kijowa kochali i szanowali swojego odważnego i przedsiębiorczego naczelnika rodu. Nazwali swoje miasto Kyiyem (od przezwiska swego ulubieńca), a jego cytadelę – Shambat. Nazwy te pojawiają się w dziele cesarza bizantyjskiego Konstantyna Porfirogenety.

Tak więc rodzina królewska Dulo (Dulat) mieszkała zarówno w centrum, jak i na zachodzie Ukrainy. Rozkazali wykonać świętą kamienną statuę ku czci swoich przodków. Wiara w duchy przodków stanowiła jedną z głównych podstaw religijnych ludów tureckich tamtych czasów. Sądzimy, że idol Zbrucza jest symbolem kultu patronów Hordy. Patronki w postaci kobiet dawały mężczyznom siłę, wiarę i chroniły ich.

Kim są pierwowzory tej rzeźby? Naszym zdaniem symbolicznie przedstawia ona dwóch braci – Kubratkhana i Szambata z ich żonami (górny poziom). Byli najsłynniejszymi ludźmi swojej epoki.
Idol Zbrucza składa się z trzech poziomów, tj. dzieli się na trzy poziomy: górny jest boski, środkowy jest ludzki i dolny jest podziemny. Zgodnie z założeniami wiary Turków Tengryjskich świat podzielony był na trzy wyżej wymienione poziomy.

Na kamiennej rzeźbie znajduje się wiele różnych obrazów i znaków typowych dla Turków, tj. cała galeria „portretów”, symbolicznych przesłań i rysunków. Trzeba tylko wiedzieć, jak je czytać.

Przejdźmy teraz do analizy budowy zewnętrznej idola. Jest zrobiony z kamienia. Słowianie nigdy nie wykonywali swoich bożków z kamienia. Wyrzeźbili je z drewna. Budowa kamiennych posągów (balbal) była starożytną prerogatywą Turków. Teraz kolej na głowę. 

Nosi jedno wysokie nakrycie głowy dla wszystkich – borik, co jest ciekawym rozwiązaniem kompozycyjnym. Jest to symbol jedności i wspólnego początku. Charakterystyczną cechą stylu tureckiego jest noszenie wysokich nakryć głowy.

Na piersi posągu nie znajduje się słowiański pierścień Łady, bogini wiosny, patronki małżeństwa i miłości (według akademika Borysa Rybakowa), lecz tamga rodziny królewskiej, dułat. Nawiasem mówiąc, do niedawna nakrycie głowy z tamgą Dulat nosili Sikei (Sikeli), którzy uważają się za potomków Attyli i za lud turecki. Mieszkają w Rumunii, na Węgrzech i w Wojwodinie. Słynny król Polski, Stefan Batory (po turecku batyr) pochodził z plemienia Sykijczyków.


Rzeźba przedstawia róg, jeden z symboli królewskiej rodziny Dulat, do której należeli Balamer, Attyla oraz ich potomkowie Kubratchan i Szambat. W 1893 roku we wsi Kerczew, w rejonie czerdyńskim, w guberni permskiej, znaleziono naczynie (filiżankę) drugiego syna Attyli, Diggiza (Tenizchana), z napisami i obrazami. Na rysunku widoczna jest korona w kształcie rogów barana. Dlatego też wizerunek rogów jest starożytną tradycją rodziny królewskiej Dulat.


Na bożku ze Zbrucza pojawił się zarys szabli. Akademik Borys Rybakow uważa, że ​​była to broń słowiańskiego boga Peruna. To jest ewidentne nieporozumienie. Słowianie nie używali takiej broni.
(…) Idol ze Zbrucza jest wyjątkowy, niepowtarzalny, niekonwencjonalny, ale nie jedyny. Jego „braci” można spotkać w wielu częściach Eurazji. Podobne stylistycznie wyobrażenia badano w Mongolii, Tuwie, Ałtaju, Południowym Uralu, Siemireczju i Sary-Arce.

Kompozycja rzeźby kamiennej odzwierciedla filozofię Turków, ich światopogląd i poczucie tajemnic życia, system wartości moralnych, historię oraz pogląd na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, tj. możliwość łączenia ich w sposób złożony.

Artefakt ze Zbrucza wyraża ogromną gamę wartości duchowych Turków, tj. jest encyklopedią kultury starożytnej. To dzieło jest bezcenne. Nadszedł czas, aby dotknąć arcydzieł sztuki przodków i potomków Kubratkhana i Szambata, poczuć wielkość dzieła odległej przeszłości.

Nadszedł czas na zainstalowanie kopii artefaktu ze Zbrucza w Astanie, Ałmaty, Tarazie i Szymkencie. Obecnie dzieło znajduje się w Muzeum Krakowskim, a jego kopie w naturalnej wielkości można oglądać w muzeach w Moskwie, Kijowie, Lwowie i Tarnopolu. Jesteśmy wdzięczni tym muzeom za przechowywanie i konserwację świętych relikwii Turków. Niech chwalebne czyny Kubratkhana i Szambata oświetlą drogę Słowian i Turków!













poniedziałek, 16 grudnia 2024

Skąd się wzięła nazwa Elbląg?



IFING  ----  ILFING




przedruk




Ifing... Ilfing, Elbing, Elbląg... 
Czy nazwa naszego miasta ma coś wspólnego ze staroislandzką pieśnią?



Elbląg jest położony nad rzeką o tej samej nazwie, która od samego początku zakładania osad na tym terenie przez wiele wieków stanowiła czynnik stanowiący o atrakcyjności okolicznych terenów. Pełniła funkcję naturalnego szlaku handlowego, stanowiąc jednocześnie oś osadnictwa miejskiego. To w jej bezpośrednim sąsiedztwie powstało elbląskie Stare Miasto. Pierwotna nazwa rzeki Elbląg brzmiała: Ilfing.

Na wstępie przypomnijmy, że – jak już informowaliśmy wiele miesięcy temu – wybitny polski językoznawca, członek Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk i Rady Języka Polskiego profesor Jan Miodek twierdzi, że:

Jest to najprawdopodobniej stara nazwa pruska. Do dziś w języku łotewskim „elb” znaczy tyle co bardzo ciemny (...) Niewykluczone jest również praindoeuropejskie pochodzenie, bo dostrzegamy tam tę cząstkę „el”, „ol”, „ou” o znaczeniu: ciekły, wilgotny, mokry. W każdym bądź razie obie nazwy Ełk i Elbląg jako nazwy odrzeczne są niezwykle archaiczne, bardzo stare, liczące sobie kilka tysięcy lat.


15 listopada w Bibliotece Elbląskiej odbyła się konferencja „Dolna Wisła w dziejach Pomorza Gdańskiego do końca XVIII w.” podczas której mgr Jakub Jagodziński wygłosił bardzo interesujący referat, w którym odniósł się do wyraźnego podobieństwa nazw "Ifing" i "Ilfing", nawiązując w tym względzie do spostrzeżenia innego badacza – Leszka Słupeckiego. Rozważania młodego naukowca rzucają nowe światło na pochodzenie nazwy Ilfing, a co za tym idzie – także nazwy Elbląg.

Według badacza Ilfing była rzeką graniczną w kontekście tożsamości kulturowej mieszkańców Truso. Trudno nie zgodzić się z tą tezą. Jednocześnie graniczność rzeki nawiązuje do graniczności rzeki Ifing.

W tym miejscu musimy wyjaśnić kontekst porównawczy rzek Ifing i Ilfing.

Ilfing jest rzeką znaną z relacji Wulfstana – podróżnika, prawdopodobnie anglosaskiego, który około 890 roku odbył żeglugę z Hedeby na Półwyspie Jutlandzkim (dzisiejsze Niemcy) w kierunku wschodnim, wzdłuż południowego wybrzeża Bałtyku, w celu zebrania informacji geograficznych na temat ziem nadbałtyckich. Po siedmiu dniach żeglugi Wulfstan dotarł do ziem zamieszkanych przez Estów (Prusów) oraz do portu Truso położonego nad jeziorem Druzno. Następstwem podróży było jej opisanie przez podróżnika. Popnadto Wulfstan opisał położenie osady Truso, jak również niektóre zwyczaje Estów.

Wiemy już. że nazwa Elbląg pochodzi od nazwy Ilfing. Skąd natomiast wzięła się nazwa Ilfing? Czy wpływ na ukształtowanie tej nazwy miała rzeka Ifing, która jest znana z fragmentu "Eddy poetyckiej" ("Pieśni o Wafthrudnirze")?

Posługując się słownikiem etymologii staronordyckiej, termin Ifing tłumaczony jest jako "poetycka nazwa rzeki" - prawdopodobnie "gwałtowna", "burzliwa", "niepohamowana", "porywcza" (de Vries 1962, s. 283-284). W słowniku nym nie ujęto nazwy Ilfing.



Jak zauważył Jakub Jagodziński:

Określenia przypisane rzece Ifing niezbyt odpowiadają charakterowi dzisiejszej rzeki Elbląg. Obecnie jest to rzeka o spokojnym nurcie, jednak trzeba mieć na uwadze zmiany hydrograficzne na przestrzeni ponad tysiąca lat – być może wtedy Ilfing była rzeką o znacznie bardziej żywym nurcie i zapewne zmienną. W kontekście granicznej funkcji Ilfing należałoby się zastanowić, czy owa "gwałtowność" i "burzliwość" nie może być odniesieniem do charakteru granicy, którą tworzyła ta rzeka. (...) Zbieżność nazw i funkcji może wskazywać na skandynawski rodowód rzeki, która wypływała z jeziora Drużno, nad którym powstała osada Truso.

Rzeka Ilfing w relacji Wulfstana ma charakter graniczny:

(...) Wisła ta jest wielką rzeką i przez to dzieli Witland i Weonodland
Tutaj zaś Wisła zabiera rzece Ilfing jej nazwę i spływa z tego zalewu do morza.



Tereny w okolicy rzeki Ilfing (dzisiaj: Elbląg) były terenami granicznymi. W pobliżu mieszkali Prusowie i Słowianie. Witland oznacza ziemie dawnych Prusów. Położone były one po prawej stronie rzeki. Weonodland (po lewej stronie rzeki) natomiast to ziemia Wendów, czyli Słowian nadbałtyckich (zamieszkujących na wschód od królestwa duńskiego, Norwegii, Szwecji i na terenach od Odry do Gdańska).
 

Podobnie charakter graniczny ma rzeka Ifing, która występuje w "Pieśni o Wafthrudnirze":


Wafthrundir rzekł:
Powiedz mi, Gagnrad, co na progu stojąc
sprawności swej chcesz dać dowód
Jak zwie się rzeka dzieląca Ziemie olbrzymów od bogów?
Odin rzekł:
Ifing zwie się rzeka
dzieląca Ziemie olbrzymów od bogów;
Otwarta płynie ona od wiecznych czasów,
Lodem nie pokryje się nigdy.



Źródło cytatu: "Edda poetycka", "Pieśń o Wafhrundirze" (w mitologii nordyckiej: Vafþrúðnismál)

"Edda poetycka" stanowi najstarszy zabytek piśmiennictwa islandzkiego, datowany na IX wiek n.e. Składa się z 29 pieśni, z których 10 zostało poświęconych bogom (mityczne), natomiast 19 poświęcono bohaterom i wojownikom. Pieśni "Eddy poetyckiej" to utwory mitologiczne oraz pieśni heroiczne; są one bogatym źródłem wiedzy o staroskandynawskich zwyczajach i wierzeniach. Wszystkie pieśni Eddy są anonimowe, prawdopodobnie ich autorzy powtórzyli tylko zasłyszane opowieści.


Czy nazwa rzeki Ilfing (obecnie: Elbląg, wcześniej: Elbing) ma swoje źródło w bardzo starej pieśni nordyckiej (staronordyjskiej) pochodzacej z Islandii? Wiele wskazuje, że tak.



Marcin Mongiałło






m.Elblag.net wiadomości - informacje - ogłoszenia – portal - Elbląg