Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biznes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biznes. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lipca 2026

Jak bogacze ograniczają smartfony







przedruk


Palo Alto. Jak miliarderzy z Doliny Krzemowej wychowują swoje dzieci?

29 czerwca 2026



Gdy my, zwykli ludzie, zmagamy się ze smartwicą, najbogatsi architekci cyfrowej rzeczywistości stawiają rygorystyczne zakazy i wydają setki tysięcy dolarów na specjalne szkoły, żeby tylko ustrzec przed nią swoje pociechy. Robią to, bo wiedzą jakie szkody mogłaby im wyrządzić.


Monopoly w Palo Alto

Crescent Park, Palo Alto, Kalifornia. Dzielnica prawników, lekarzy, menedżerów i profesorów jednego z topowych uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych. Pod bujnymi koronami dębów i magnolii kryją się urocze domy, a między mieszkającymi w nich rodzinami kwitną przyjaźnie.

Dzieci bawią się w ogrodach sąsiadów, a rodzice na sąsiedzkich imprezach. Jest bezpiecznie, spokojnie i kameralnie. Z dala od wieżowców, tłoku i hałasu. Sielanka w drogo-dzielnicowym amerykańskim wydaniu.

Pewnego dnia w Palo Alto pojawia się nowy rezydent. Lekką ręką wydaje 110 milionów dolarów, żałośnie niewielki procent swojego całkowitego majątku, na zakup co najmniej 11 domów. Przebija dwu-, a nawet trzykrotnie ich rzeczywistą wartość, skutecznie wyprowadzając z dzielnicy kolejne rodziny. „New York Times” napisze, że traktuje on ulice Edgewood Drive i Hamilton Avenue jak grę w Monopoly.

Po kupieniu zielonych domków, nowy rezydent zaczyna ulepszać je do czerwonych. Rozpoczyna prace budowlane. Łączy ze sobą kolejne domki, pięć z nich przekształca w kompleks mieszkalny dla siebie, żony i trzech córek. Inne zamienia na domki gościnne albo imprezowe. Część z nich stoi pustych.

Następnie wszystko szczelnie ogradza wysokim żywopłotem, montuje monitoring, stawia ochronę. Sąsiedzi zaczynają skarżyć się władzom miasta na toczące się już prawie dziesiąty rok hałaśliwe prace budowlane oraz uciążliwą obecność prywatnej ochrony nowego rezydenta.

Odczuwają także utrudnienia w ruchu. Winni są partnerzy biznesowi rezydenta, którzy przyjeżdżając ciągle do niego z wizytami, zajmują wszystkie wolne miejsca parkingowe na ulicach. Jeszcze kilkanaście lat temu dzieci mogły na nich beztrosko ścigać się na rowerkach.

Mieszkańcy się skarżą, tylko co z tego? Co mogą zrobić? Przecież gdyby nowy rezydent tylko chciał, to ich też mógłby wykupić. A gdyby ascetycznie odrzucali jego milionowe oferty, to i tak znalazłby sposób. W końcu stoi na szczycie jednego z Bóg techów, który ma aspirację objęcia kontroli nie tylko nad ich umysłami, ale także umysłami ich dzieci. Uzależnienia od siebie od najmłodszych lat.



Jak bogacze dozują smartfony

W jednym z jedenastu domów, Mark Zuckerberg (owy rezydent), wbrew przepisom o zagospodarowaniu przestrzennym dla terenów mieszkalnych, urządził małą szkołę. Według katalogu Kalifornijskiego Departamentu Edukacji otwarto ją dopiero w październiku 2022 roku, choć sąsiedzi zaobserwowali uczęszczających do niej uczniów już rok wcześniej.

Dokumentacja złożona przez placówkę wskazuje, że liczba uczniów w latach 2022-2025 wzrosła z dziewięciu do czternastu, (choć zdaniem sąsiadów uczniów było dwa razy więcej).


Jak dokładnie funkcjonuje mała, elitarna szkoła, do której uczęszczają dzieci multimiliardera? Trudno powiedzieć. Może w tym, czego uczy, tkwi sekret całego bogactwa i władzy, który chce przekazać wyłącznie potomnym? Z pewnością wpaja dziecku jedno: „nie wchodź w destrukcyjny cyfrowy świat, który stworzył twój ojciec”.

Szkoła „Bicken Ben School” założona przez Marka Zuckerberga funkcjonowała w modelu Montessori, który kładzie nacisk na naturalny rozwój dziecka i podkreśla wartość kontaktu z przyrodą. Właściciel Meta przyznał, że ogranicza swoim dzieciom nadmierne korzystanie z ekranów w celach rozrywkowych.

Spośród jego „kolegów po fachu” z Doliny Krzemowej nie jest odosobniony. Zresztą w Palo Alto mieszka lub mieszkało wielu takich jak on – Sergey Brin i Larry Page, współzałożyciele Google; Tim Cook, od 15 lat CEO Apple; David Filo, współtwórca Yahoo! oraz Marissa Mayer, była CEO firmy; Reid Hoffman, współzałożyciel LinkedIn; Jawed Karim, współzałożyciel YouTube, a także pochowany w Palo Alto założyciel Apple, Steve Jobs. Oprócz nich, także wielu innych projektantów wirtualnego świata niższego szczebla i inżynierów sztucznej inteligencji.

Część z nich posłała swoje dzieci do Waldorf School of the Peninsula, ośrodka proponującego niestandardową ścieżką edukacyjną. Jest to elitarna placówka, w której roczny koszt nauki wynosi obecnie od 19,600 (przedszkole w niepełnym wymiarze godzinowym) do 56,160 dolarów (wyższe klasy szkoły średniej dla obcokrajowców).

Czym różni się od innych szkół w Dolinie Krzemowej? Na stronie internetowej szkoła prezentuje się w następujący sposób:

„WSP oferuje edukację zorientowaną na człowieka, dostosowaną do ery sztucznej inteligencji. […] Szkoła Waldorfowska kładzie nacisk na oryginalność, krytyczne myślenie, inteligencję emocjonalną i kreatywność – czyli cechy, których maszyny nie są w stanie naśladować.

Znajdujemy się w samym sercu Doliny Krzemowej i obsługujemy rodziny związane z branżą technologiczną, innowacyjną oraz środowiskiem akademickim, które pragną, aby ich dzieci rozwijały zarówno rygor intelektualny, jak i mądrość ludzką”.


W szkole waldorfskiej telefony przez cały dzień pozostają schowane w bezpiecznym miejscu, dzięki czemu – jak czytamy na stronie – uczniowie rozmawiają ze sobą w trakcie lunchu, nawiązują kontakt wzrokowy, nie porównują się z wyreżyserowanymi treściami w mediach społecznościowych, nawiązują lepsze przyjaźnie. Brak telefonów to brak rozproszenia, niepokoju i porównywania się. W skrócie, zostało to ujęte jako „just real childhood” – czyli „po prostu prawdziwe dzieciństwo”.

Nie panuje pełna cyfrowa prohibicja. Szkoła uczy programowania, a także rozważnego korzystania z technologii, w tym m. in. etycznych aspektów wykorzystywania sztucznej inteligencji. Odbywa się to jednak na odpowiednim stadium rozwoju dziecka, który dzielony jest na 3 etapy.

W przedszkolu i na etapie wczesnoszkolnym (5-10 lat) dziecko potrzebuje wzmacniać swoje ciało, wyostrzać zmysły i wzbogacać wyobraźnię. Dni wypełnione są śpiewaniem, opowiadaniem historii, malowaniem, pracami ręcznymi, pieczeniem chlebów, pielęgnowaniem ogrodu, wspinaczką i zabawą. W okresie, w którym mózg dziecka rozwija się najszybciej te aktywności budują koordynację ruchową i podstawy społeczno-emocjonalne, których nie są w stanie zapewnić ekrany.

Na kolejnym poziomie kształcenia (11-13 lat) priorytetem jest rozwój krytycznego myślenia i samodzielności przed pełnym zanurzeniem w świat cyfrowy. Szkoła dopuszcza minimalne, celowe wykorzystywanie technologii. Dzieci uczą się wyszukiwać informacje na tematy badawcze w Internecie, lecz dopiero po opanowaniu umiejętności oceny wiarygodnych źródeł.

Na końcu, młodzież w wieku licealnym (14-18 lat) może korzystać z narzędzi technologicznych do realizacji projektów, kręcenia filmów, analizy danych, programowania sztucznej inteligencji, pracy na algorytmach.

Kompetencje cyfrowe dla młodych ludzi są stosunkowo łatwe do nabycia – dlatego pojawiają się w procesie edukacyjnym na etapie końcowym. Szkoła zakłada nauczenie wykorzystywania technologii do wzmacniania własnych pomysłów, a nie do pełnego zastępowania myślenia.

Czy w postawie menedżerów z branży technologicznej – wysyłaniu własnych dzieci do szkoły wolnej od ekranów i jednocześnie rozwijaniu algorytmów uzależniających nasze dzieci – nie ma nuty hipokryzji? Nie sądzę. Właściwsze byłoby mówienie o cynizmie wynikającym z prawdziwej świadomości tego, jak wyniszczające i zarazem dochodowe potrafią być stale udoskonalane przez nich narzędzia.

Damien Leloup w 2024 r. na łamach „Le Monde” w artykule pod tytułem „Nie, szefowie firm technologicznych nie zabraniają swoim dzieciom korzystania z ekranów”, próbował dowieść, że szkoła waldorfska na południowym wybrzeżu San Francisco jest jedynie kroplą w morzu placówek edukacyjnych, do których posyłają swoje dzieci pracownicy branży technologicznej. Większość z nich ma wybierać dobrze finansowane szkoły publiczne, w których nie obowiązuje zakaz ekranów.

Nawet jeśli Leloup ma rację, to Waldorf School of the Peninsula czy malutka szkoła założona przez Zuckerberga pokazują istniejący trend w Doliny Krzemowej. Kolejne przykłady menedżerów i dyrektorów ograniczających swoim dzieciom dostęp do technologii dają do myślenia. Tyczy się to szczególnie najważniejszych z nich, najgłośniejszych nazwisk, twarzy najpotężniejszych korporacji.


Sam to rozgryź

Chamath Palihapitiya, były dyrektor wykonawczy Facebooka, jeden z pierwszych członków jego kadry kierowniczej, w wywiadzie dla CBNC w 2017 r. przyznał, że trzyma swoje dzieci jak najdalej od technologii. Wówczas jego pociechy w wieku od 5 do 9 lat wciąż miały go o to prosić, „bo ich koledzy mają to cały czas”. Pozwalał im jedynie sporadycznie oglądnąć film.

Palihapitiya uważa, że dzieci uczą się i rozwijają dzięki doświadczeniom z prawdziwego, a nie wirtualnego życia. W wywiadzie powiedział, jaki schemat rozwoju jest mu bliski: „Sam to rozgryź. Wyjdź na zewnątrz, zadrap sobie kolano. Upadnij na ziemię. Uprawiaj jakiś sport. Przegraj w czymś. A potem wróć do mnie, a wtedy porozmawiamy o tym. Porozmawiamy o tym jak rozsądni ludzie. A ja postaram się ci wyjaśnić, dlaczego to, co ci się przydarzyło, jest dla ciebie czymś dobrym”.

Dzieci Billa Gatesa, współzałożyciela Microsoftu, również narzekały na to, że ich tata ograniczał im dostęp do technologii, w przeciwieństwie do innych rodziców. Gates dał im telefony dopiero po ukończeniu 14. roku życia, a później zakazywał używania ich przy stole w trakcie posiłków.

Steve Jobs, współtwórca Apple, w 2010 r. przedstawił światu iPada jako wspaniałe narzędzie, które ma m. in. walory komunikacyjne i edukacyjne. Spytany później o to, czy jego dzieci kochają iPada, odpowiedział, że nie pozwala im z niego korzystać, ponieważ skutki jego używania mogą być dla nich niebezpieczne. Jony Ive, główny projektant firmy Apple, pozwalał dzieciom na korzystanie z iPada jedynie pod kontrolą rodzicielską.

Susan Wojcicki, była CEO Youtube’a, przyznała w 2017 r. wywiadzie dla „The Guardian”, że dla jej pięciorga dzieci ważne jest skupienie się na teraźniejszości, ponieważ ludzie muszą nauczyć się rozróżniać, kiedy należy skupić się na rozmowie, a kiedy można skupić się na czynnościach w Internecie. Również zabierała im telefony, a jako rozsądny wiek, w jakim dzieci powinny je otrzymać po raz pierwszy, uznała ukończenie 11 lat.

Evan Spiegel, założyciel Snapchata powiedział już w 2018 r., że ograniczał swojemu siedmioletniemu dziecku czas spędzany przed ekranem do 1,5 godziny tygodniowo. Sundar Pichai, przez kilka lat CEO Google’a, a obecnie CEO Alphabetu, również zarządza czasem przed ekranem swoich dzieci. Choć stosuje raczej niewielkie bariery, stara się promować dobre nawyki i samemu być wzorem dla rodziny.

Gdy Mark Zuckerberg wprowadził się do Palo Alto, mieszkańcy prestiżowej dzielnicy na południowym wybrzeżu San Francisco zaczęli zmagać się z niedogodnościami jego przybycia. Ucierpiały święty spokój i relacje sąsiedzkie. Nowemu rezydentowi jednak to nie przeszkadzało – zaszył się za wysokimi murami swojej posiadłości, w której całe zamieszanie spowodowane jego przyjazdem, jakby wcale go nie dotyczyło.


Czy z podległymi mu Facebookiem i Instagramem nie jest podobnie? Zuckerberg przyniósł je publicznej szkole niczym wieloletnie prace budowlane, korki i zapchane parkingi do Palo Alto. Następnie w ścisłym centrum tego zamętu wybudował własnym dzieciom kameralną szkółkę, która uczy je dystansu od telefonów i wartości, jaką ma dotykanie trawy.

Gdy my, zwykli ludzie, zmagamy się ze smartwicą, najbogatsi architekci cyfrowej rzeczywistości stawiają rygorystyczne zakazy i wydają setki tysięcy dolarów na specjalne szkoły, żeby tylko ustrzec przed nią swoje pociechy. Robią to, bo wiedzą jakie szkody mogłaby im wyrządzić. Może właśnie dlatego, w tej jednej jedynej kwestii warto byśmy wzięli przykład z Gatesa i Zuckerberga.










https://klubjagiellonski.pl/2026/06/29/palo-alto-jak-miliarderzy-z-doliny-krzemowej-wychowuja-swoje-dzieci/





niedziela, 22 marca 2026

Pikaczu






przedruk z fb


Leszek Wysocki ·
Obserwuj

11 godz. ·



ZŁAPAŁEŚ PIKACHU? NIE, TO PIKACHU ZŁAPAŁ CIEBIE.

Setki milionów ludzi biegały z telefonami po parkach, cmentarzach, deptakach. Łapały wirtualne stworzenia. Śmiały się. Robiły zdjęcia. A miliony z nich robiły jeszcze jedno. Skanowały ławki, pomniki, fasady budynków, bo gra prosiła: „zeskanuj to miejsce, dostaniesz nagrodę."
I skanowały.
Nie za pieniądze. Za cyfrowego Pikachu.
Sobota. Park.
Telefon wyciągnięty przed siebie. Kamera skierowana na rzeźbę przy fontannie.
Pół minuty chodzenia wokół obiektu. Na ekranie wyskakuje: „Otrzymujesz nagrodę."
Garść wirtualnych przedmiotów.
Te pół minuty wystarczyło.

Firma Niantic w tym czasie zbierała każdy skan. Lokalizacja. Kąt kamery. Pora dnia. Oświetlenie. Miliony ludzi, miliony perspektyw tego samego miejsca.
Google budował Street View przez lata. Flota samochodów. Setki milionów dolarów.
Panoramy z perspektywy jezdni.

Niantic zbudował coś, czego Google nie ma.
Trójwymiarową mapę z perspektywy pieszego. Z dokładnością do centymetrów.
Na razie w ponad milionie lokalizacji na świecie. Z planem na więcej.
30 miliardów zdjęć. Nie z satelitów. Nie z dronów.
Z telefonów ludzi, którzy myśleli, że łapią Pokémony.
Dziś te dane dają oczy robotom dostawczym Coco Robotics w Los Angeles, Chicago, Miami. GPS w betonie między wieżowcami błądzi o dziesiątki metrów.
Trójwymiarowa mapa zbudowana z Twoich skanów koryguje ten błąd.

CEO Niantic Spatial, John Hanke, powiedział: realistyczne poruszanie się Pikachu po prawdziwym świecie i bezpieczna nawigacja robota dostawczego to ten sam problem.
Nie ukrywali tego.
Napisali to w regulaminie. Pokazali komunikat na ekranie. Dali wybór.
 
Skanowanie wymagało wysiłku. Gracz musiał sam podejść do PokéStopa, włączyć kamerę, nagrać i wysłać. Ludzie robili to dobrowolnie. Za garść wirtualnych przedmiotów.

Ale wybór brzmiał: „zeskanuj pomnik, dostaniesz nagrodę w grze."
Nie: „zeskanuj pomnik, a zbudujesz mapę, po której za pięć lat będą jeździć autonomiczne roboty, a Twoje dane trafią do systemów AI, o których jeszcze nikt nie słyszał."

Nie „czy Niantic nas okradł." Nie okradł. Dał wybór.


Co jest wart Twój wybór, kiedy nie wiesz, na co się zgadzasz?

Miliard pobrań. 30 miliardów zdjęć. Trójwymiarowa mapa planety, budowana lokalizacja po lokalizacji. Przez ludzi, którzy chcieli tylko złapać Pikachu.


Największą wartością w świecie AI nie są algorytmy.
Są nią dane.
A najcenniejsze dane to te, które oddajesz sam.
Za coś, co nie istnieje.



Leszek Wysocki
@obserwujący


















poniedziałek, 9 lutego 2026

Psy bezdomne usypiać

 



"Jak pisze portal WP Finanse, bezdomne zwierzęta kosztują budżet państwa miliardy złotych rocznie, a np. w samym 2024 roku było to aż 3,6 mld zł"


Batalia przeszła po Polsce i nie można u nas hodować zwierząt futerkowych - "bo zwierzęta cierpią w klatkach" - a psy nie cierpią???


To kosztuje 3,6 miliarda złotych??

Ciąć koszta ile się da!

Psy usypiać, "schroniska" likwidować, pieniądze przeznaczyć na potrzeby ludzi - pomoc bezdomnym, niedożywionym, potrzebującym leczenia, emerytom...


A NIE PSOM !


I nie słuchać osób tefałenowych!!



za fb:



Silva Lupus jest z Martą Lichnerowicz



Bezdomność zwierzat to produkt systemu zarabiania na niej.
 
Poblemem tego, dlaczego w Polsce mamy bezdomne zwierzęta, zajęłam się na poważnie w 2011 roku. Wtedy śp. Aniela Roehr, prekursorka powszechnej akcji sterylizacji w Polsce ( https://uwaga.tvn.pl/.../o-pozytkach-ze-sterylizacji... ) skontaktowała się ze mną i poprosiła o pomoc w ocenie psów, które trafiły do schroniska Fundacja Medor w Zgierzu z największego schroniska w Europie – Wojtyszek.

Stan tych zwierząt był dla mnie szokiem. Spodziewałam się szkieletów, a zobaczyłam skrajnie otyłe, niemal nieporuszające się psy, całe w bliznach po pogryzieniach. Jednocześnie były to psy o bardzo różnym stopniu socjalności, nieznające misek, skrajnie zaniedbane weterynaryjnie. W oczach kontrolujących urzednikow były w stanie idealnym- ekstremalnie grube = zadbane!
 
Ja i prowadzona przeze mnie fundacja do tego momentu miały inny cel – chcieliśmy na drodze edukacji zmieniać los zwierząt. Dziś Fundacji Dobrych Zwierząt już nie ma, bo szkoda mi czasu na ogrom pracy papierkowej, ale tę samą funkcję realizujemy nadal – w ramach Silva Lupus albo przeze mnie osobiście.
Gdy tylko zobaczyłam te psy, zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że w Polsce istnieje schronisko na 3500 psów. Jak to możliwe, że można utrzymywać psy w wielkich stadach i wozić je nawet po 300 kilometrów z miejsca odłowienia?
 
Jak pewnie większość zauważyła – a część właśnie z tego mnie zna – kocham robić głęboki research. Zaczęło się od kwerendy prasowej, obowiązkowej lektury stron Agi Lechowicz ze Stowarzyszenia Obrona Zwierząt https://www.obrona-zwierzat.pl/wojtyszki.html i Tadeusza Wypucha z Fundacji Argos https://www.boz.org.pl/arch/wojtyszki/index.htm , a skończyło na stworzeniu własnej, pełnej bazy czipów wszystkich psów, jakie trafiały do Wojtyszek.


I tu dochodzimy do sedna.

Psy mające zatroskanych i aktywnie szukających właścicieli siedziały w mordowni latami – bo do schroniska nie można było wejść, a numery czipów były przekazywane gminom wyłącznie na papierowych listach. Ponad 5000 numerów czipów, numer po numerze, ręcznie wpisywałam do baz danych i arkusza kalkulacyjnego. Dzięki temu kilkadziesiąt psów wróciło po latach gehenny do domów.
Tak! Mimo że psy były oznakowane i możliwe do zidentyfikowania – za ich pobyt gminy zapłaciły setki tysięcy złotych, a ich własciciele o tym, ze siedzą w najwiekszym schronisku w Europie zawiadomiła dociekliwa Lichnerowicz. Absurd? To jeszcze nic!

 
Brak jednej, centralnej bazy danych pozwalał także na wpisywanie tego samego psa na konta kilku gmin jednocześnie. W Wojtyszkach obowiązywała stawka dzienna, więc jeden pies potrafił „zarabiać” nawet 100 zł dziennie. Psów takich było kilkadziesiąt. A w całej placówce 3500…
Były też psy posiadające dwa lub więcej czipów. Wszystkie czytelne. Każdy numer funkcjonował jednak na koncie innej gminy.

Jeden pies zarabiał kilka razy. Ale koszty generował juz tylko raz. Czysty zysk!

Pojawiła sie wiec narracja, że patologie to domena wyłącznie podmiotów prywatnych. Dlatego schroniska powinny prowadzic wyłacznie gminy lub NGOsy. Czy można sie było bardziej mylić?
 
Organizacje pozarządowe prowadzą zarówno dobre, jak i złe schroniska – również za pieniądze publiczne. Patologie nie są domeną wyłącznie hycli. Jednym z przykładów było schronisko TOZ Animals Jerzego Harłacza, latami likwidowane w drodze batalii urzędniczo-prawnej przez Maria Danuta Kadela , we współpracy z Fundacją Dobrych Zwierząt.

W praktyce była to hyclownia pod przykrywką pomocy, dodatkowo wspierana przez wielu lokalnych działaczy prozwierzęcych, którzy „za panem Jurkiem” skoczyliby w ogień. Opowiesci o tym jak kocha zwierzeta, artykuły prasowe, laurki. A warunki? Jak w każdej hyclowni – a co za tym idzie również śmiertelność.

Brak centralnej bazy danych uniemożliwiał realną kontrolę przepływu zwierząt: skąd przychodzą, dokąd trafiają, ile ich faktycznie jest i ile razy to samo zwierzę „znikało”, bo rzekomo uciekło. W jednym roku z tego schriniska w Białogardzie uciekło 70 psów. Oficjalnie - przez dziure w płocie…. Te same psy były następnie odławiane na terenie innej gminy, a za „usługę” – oczywiście – wystawiano gminom kolejną fakturę.

Wszystkie te patologie umożliwiał brak jednej, państwowej bazy czipów. Przy jednej bazie pies trafiający do schroniska jest przypisany do konkretnej gminy, a system nie przyjmie kolejnego numeru. Wielokrotne czipowanie można ukrócić tylko wtedy, gdy urzędnik fizycznie zeskanuje psa czytnikiem.
Umówmy się jednak uczciwie – zrobi to może 5% pracowników wydziałów środowiska i gospodarki odpadami, bo dokładnie tam w systemie funkcjonują dziś bezdomne zwierzęta.
Już wtedy postulowaliśmy jedną, centralną bazę danych, ale był opór. Bo prawda jest taka, że policzenie tych zwierząt i brak możliwości ich przerzucania nie opłaca się nikomu. Ani hyclom, ani wielu schroniskom. Nie opłaca się hodowcom – bo ujawniłoby to faktyczny obrót zwierzętami. Nie opłaca się lobby prowadzącemu obecne bazy danych i sprzedaż czipów. Nie opłaca sie włascicielom bo za wpis bedzie trzeba zapłacić. Opłaca sie wyłacznie zwierzetom.
 
Raport Najwyższej Izby Kontroli mówił o tym wprost: konieczne jest powszechne znakowanie zwierząt, jedna spójna baza, eliminacja wielokrotnego finansowania tego samego psa i realna kontrola przepływu pieniędzy publicznych.

Mija ponad 10 lat. Za 5 miesiecy ma zaczać działać nareszcie KROPIK. Ale na samym finiszu uruchomienia jest torpedowany. Czemu? Bo KROPIK zrujnuje wiele „rodzinnych firm”, ale jednocześnie pokaże gminom, jak bardzo były przez lata drenowane z pieniedzy.
A na to system podmiotow zarabiajacych na bezdomności po prostu nie może sobie pozwolić.
Stad pojawia sie straszenie porzuceniami psów oraz kosztami wpisów do KROPIK, które w debacie publicznej są celowo zawyżane i przedstawiane jako „nowy podatek od posiadania psa”.

Projekt Krajowego Rejestru Oznakowanych Psów i Kotów (KROPIK) zakłada, że maksymalna opłata za wpis zwierzęcia do rejestru wyniesie do 50 zł. Dodatkowo osobny koszt – również do 50 zł – może zostać pobrany za samo czipowanie, co daje maksymalnie około 100 zł jednorazowo za oba działania.
Są to ceny maksymalne, a nie obowiązkowe stawki. Oznacza to, że każda lecznica weterynaryjna będzie mogła samodzielnie ustalać ceny, byle nie przekraczały ustawowych widełek. Dokładnie tak jak dziś dzieje się to z innymi usługami weterynaryjnymi, w tym obowiazkowym szczepieniem przeciw wściekliźnie, ktore wachaja sie od 40 zł na wsiach do 150 w miastach…

Miejmy nadzieję, że programy do obsługi lecznic weterynaryjnych szybko wprowadzą aktualizacje, które zautomatyzują wpisywanie danych do bazy, bo tylko wtedy system nie będzie uciążliwy dla lekarzy i opiekunów zwierząt.
Stąd apel: nie dajcie sobie wmówić, że „lepiej poczekać” z wdrożeniem systemu na bardziej kompleksowe projekty. Ich przygotowanie i wdrożenie potrwa miesiące, a nawet lata. Tutaj mamy gotowy system, który do końca roku może wreszcie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: ile tak naprawdę mamy bezdomnych zwierząt.

Dziś znamy jedynie liczby ze schronisk, podczas gdy ogromną część ciężaru „łatania systemu” od lat niosą na swoich barkach organizacje. Prawo tworzy sie bez danych, bez realnego obrazu skali zjawiska.
To także szansa na powrót wielu zwierząt do domów. Tak jak tych, które latami siedziały w Wojtyszkach, tylko dlatego, że nikt nie wpisał numerów ich transponderów do jednej z wielu baz.. .
To wreszcie szansa na realne oszczędności w gminach – środki, które mogą zostać przekierowane na programy ubezpładniania, zamiast na dalsze łatanie niewydolnego systemu.

Ale o ograniczaniu populacji… może kiedy indziej…





bezprawnik.pl


Bezdomne zwierzęta kosztują miliardy rocznie. Czipowanie sposobem na oszczędzanie

Skąd pomysł o wprowadzeniu powszechnego czipowania zwierząt, które dziś nie jest obowiązkowe? Jak pisze portal WP Finanse, bezdomne zwierzęta kosztują budżet państwa miliardy złotych rocznie, a np. w samym 2024 roku było to aż 3,6 mld zł. Rosną też koszty utrzymywania schronisk, których budżet jeszcze w 2015 roku wynosił około 140 milionów złotych, a w 2024 r. niemal 240 mln zł.


bezprawnik.pl/obowiazkowe-czipowanie-psow-i-kotow-projekt/

fb





środa, 3 grudnia 2025

Smoleńsk w TVN

 



przedruk



Były doradca Putina szokuje dziennikarzy TVN.

„Żadna brzoza nie była w stanie zniszczyć skrzydła takiego samolotu”



opublikowano: 29 listopada 2014
aktualizacja: 4 grudnia 2014



Widzowie TVN w szoku, nie mniejszym gwiazdy tej stacji – Dorota Wellman i Marcin Prokop. Słowa gościa Dzień Dobry TVN Andrieja Iłlarionowa, byłego doradcy Władimira Putina, musiały zapewne wywołać niemałą konsternację w całej stacji z Wiertniczej.

Gość, witany jak gwiazda i przedstawiany jak ekspert od geopolityki tłumaczył, że oficjalna wersja wydarzeń dotycząca tragedii smoleńskiej jest niewiarygodna.

Pytany, czy wierzy, że w Smoleńsku doszło do zamachu Iłłarionow wskazuje:

Nigdy nie powiedziałem, że wiemy, jak doszło do tej tragedii. Jednak sporo wiemy na temat wydarzeń z kwietnia 2010 roku. Wiele pytań pozostaje wciąż otwartych, zarówno technicznych jak i logistycznych.

Był doradca Putina wskazał, że w maju 2010 roku sformułował siedem pytań dotyczących tragedii.

Przez te lata nie otrzymaliśmy od strony rosyjskiej żadnej odpowiedzi. Nadal nie wiemy, dlaczego samolot, który spadł z wysokości 50 metrów, rozpadł się na małe kawałki i naprawdę na dużym terenie. Z tego, co wiemy z innych katastrof na podobnej wysokości, nie było żadnego przypadku, gdzie zniszczenia byłyby podobne do tych w Smoleńsku

— mówił Iłłarionow.

Dodał, że po innych, podobnych katastrofach wielu ludzi przeżyło.


Nie było przypadku, by cała załoga, wszyscy pasażerowie zginęli w takiej katastrofie. Jest wiele otwartych pytań
— tłumaczył były doradca Putina, poruszając coraz groźniejsze wątki.

Żadne drzewo, żadna brzoza nie była w stanie zniszczyć skrzydła takiego samolotu. To jest absolutnie jasne. I dlatego musimy wiedzieć, co się naprawdę stało. Musimy zadawać pytania. Dużo osób zadawało pytania do rządu i władz, ale nie mamy odpowiedzi
— mówił zaskoczonym dziennikarzom były doradca Władimira Putina.


Wiemy również, że oficjalny raport MAKu zawiera pewne elementy, czy odpowiedzi, które nie odnoszą się do rzeczywistości, do warunków panujących na lotnisku. Ale mimo to wrak samolotu nadal jest w Smoleńsku, nadal nie został przekazany stronie polskiej. Powstaje pytanie dlaczego

— ciągnął Iłłarionow.

Dodał, że po tragedii „pojawiali się tzw. świadkowie tej sytuacji i okazało się, że to byli agenci służb specjalnych, a nie prawdziwi świadkowie tej sytuacji”.

Dlatego musimy wiedzieć, co się stało
— zakończył były doradca Putina.

Zaskoczeni i zszokowani prowadzący program byli wyraźnie zbici z tropu. Sytuację próbował ratować Marcin Prokop, ale wyszło mocno nieporadnie…

Dużo pytań, na które dziś nie znajdziemy odpowiedzi, ale warto je sobie zadawać
— mówił Prokop.


Wydaje się jednak, że w TVN nikt takich pytań zadawać nie chce.
Andriej Iłłarionow zrobił „zaprzyjaźnionej” stacji rządzących sporego psikusa.




Coś tu jest nie tak, redaktor Prokop nie mógł być zaskoczony ani zszokowany, bo przecież:
tu jego wypowiedź sprzed - nomen omen - 10 dni... 

"Naiwnym byłoby zakładanie, że media są od tego, żeby cię informować o tym co się dzieje na świecie. Media to biznes... [...]

Jeśli ktoś traktuje media jako źródło informacji o rzeczywistości, no to pobłądził, bo jeśli chcesz wiedzieć jak rzeczywistość wygląda, to najlepiej jakbyś tam sam pojechał i to zobaczył na własne oczy, co jest oczywiście niemożliwe w większości przypadków.
Próba mówienia, że rzeczywistość wygląda tak, czy tak, media tak powiedziały, no jest czymś niemądrym. Trzeba się tego wystrzegać."







facebook.com/profile/100001803650382/search/?q=prokop




wpolityce.pl/smolensk/223979-byly-doradca-putina-szokuje-dziennikarzy-tvn-zadna-brzoza-nie-byla-w-stanie-zniszczyc-skrzydla-takiego-samolotu




środa, 8 października 2025

Struktury narracyjne



Mark Lombardi - artysta




przedruk
tłumaczenie automatyczne






"W 1994 roku rozpocząłem serię rysunków, które nazywam "strukturami narracyjnymi". Większość z nich została wykonana grafitem lub piórem i tuszem na papierze. Niektóre są dość duże, mierzą do 5 x 12 stóp. Nazywam je "strukturami narracyjnymi", ponieważ każda z nich składa się z sieci linii i zapisów, które mają na celu przekazanie historii, zazwyczaj o niedawnym wydarzeniu, które mnie interesuje, takim jak upadek dużego międzynarodowego banku, firmy handlowej lub domu inwestycyjnego.

Jednym z moich celów jest zbadanie interakcji sił politycznych, społecznych i ekonomicznych we współczesnych sprawach. Do tej pory wystawiałem rysunki dotyczące BCCI, Lincoln Savings, World Finance of Miami, Vatican Bank, Silverado Savings, Castle Bank and Trust of the Bahamas, Nugan Hand Limited z Sydney w Australii i wielu innych. 

Pracując na podstawie konsorcjalnych wiadomości i innych opublikowanych relacji, rozpoczynam każdy rysunek od zebrania dużej ilości informacji o konkretnym banku, grupie finansowej lub grupie osób. Po dokładnym przeglądzie literatury kondensuję zasadnicze punkty w zestaw notacji i innych krótkich stwierdzeń faktów, z których zaczyna wyłaniać się obraz. 






Moim celem w całym tekście jest interpretacja materiału poprzez zestawienie i złożenie zapisów nutowych w jednolitą, spójną całość. W niektórych przypadkach używam zestawu ułożonych w stos, równoległych linii, aby ustalić ramy czasowe. Relacje hierarchiczne, przepływ pieniędzy i inne kluczowe szczegóły są następnie wskazywane przez system promienistych strzałek, przerywanych linii i tak dalej. Niektóre rysunki składają się z dwóch różnych warstw informacji – jedna jest oznaczona kolorem czarnym, a druga czerwonym. reprezentuje podstawowe elementy historii, podczas gdy główne procesy sądowe, akty oskarżenia lub inne działania prawne podjęte przeciwko stronom są pokazane na czerwono. Każde stwierdzenie faktu i powiązania przedstawione w pracy jest prawdziwe i oparte na informacjach pochodzących w całości z publicznych rejestrów.


– Mark Lombardi (Wypowiedź artysty)"








socks-studio.com/2012/08/22/mark-lombardi/





środa, 23 lipca 2025

Rynek księgarski








PAP: Co twoja prezydentura oznacza dla polskiego rynku książki?

G.P.: W Polsce rynek działa patologicznie. Z raportu Instytutu Książki wynika, że autorzy zarabiają średnio 2,5 tys. brutto miesięcznie, czyli 5-7 proc. od ceny widocznej na okładce. Pozostałe pieniądze trafiają do innych graczy na rynku, ale przede wszystkim do dystrybutorów.

We Francji, Belgii, Holandii czy Norwegii wprowadzono stałą cenę książki. To rozwiązanie nie jest idealne, ale przynajmniej autor wie, ile mniej więcej może zarobić. Natomiast w Polsce książka już w dniu premiery jest przeceniona, a następnego dnia dostępna jest na pirackich stronach za darmo. Nie ma zabezpieczeń dla autorów.

Kolejna sprawa, na której będę się chciała skupić, to walka o transparentność i przejrzystość. Brak danych dotyczących sprzedaży książek to w Polsce zjawisko powszechne. Zorganizowaliśmy kiedyś w Brukseli z EWC konferencję dla Komisji Europejskiej, żeby opowiedzieć, jak funkcjonują autorzy i rynek książki. Było mi wstyd, kiedy ze wszystkich krajów spływały dane dotyczące sprzedaży, tylko nie z Polski.

PAP: Jak zmieni się rynek książki, jeśli nie zostaną podjęte odpowiednie kroki?

G.P.: W tej chwili niektórzy już zastępują tłumaczy literackich i wykorzystują programy. To samo może się przytrafić autorom. Wkrótce sztuczna inteligencja, zbierając informacje o określonym użytkowniku, będzie w stanie wytworzyć taką literaturę, którą chcielibyśmy przeczytać. To będzie sprofilowany produkt - będzie się nam podobał, ale nie będzie nas skłaniał do myślenia. Najpierw będą to pewnie kryminały i romanse. Nie będzie miejsca na literaturę ambitną, na poezję, reportaż - staną się dla ludzi za trudne.


Będzie to początkiem regresu niezależnego, krytycznego myślenia. To niebezpieczne. Można będzie zalać społeczeństwo dezinformacją i manipulować propagandą, co zresztą już się dzieje. Teraz mamy jeszcze zasoby intelektualne pisarzy czy twórców, którzy starają się bronić przed tym ludzi, ale tego bezpiecznika może zabraknąć.


Kolejny problem to regres języka polskiego. Nie jest to jeden z gigantów typu angielski, hiszpański, francuski, niemiecki. Modele AI ćwiczą najlepiej języki duże, przez co te małe będą zanikać. Tym bardziej, jeżeli zabraknie pisarzy i innych osób, które się tym językiem zajmują. Wtedy jesteśmy kompletnie łatwi do sterowania, bo mamy ograniczony zasób słów, nie mamy umiejętności niezależnego myślenia i jesteśmy karmieni produktami dostarczanymi przez maszynę. To nam grozi, jeżeli pozwolimy, żeby sztuczna inteligencja zalewała nas produktami bez żadnych ograniczeń.




Rozmawiała Maria Kuliś

Grażyna Plebanek to powieściopisarka, autorka scenariuszy filmowych, sztuk teatralnych i opowiadań oraz stała felietonistka tygodnika Polityka (od 2016 pisze felietony w duecie z Sylwią Chutnik) i Wysokich Obcasów Extra. Pracowała jako dziennikarka dla agencji Reuters i "Gazety Wyborczej". Zaangażowana w sprawy kobiet, edukacji, a także społeczne uwarunkowania różnic kulturowych. Od lat promuje literaturę polską za granicą. Jest członkinią i współzałożycielka stowarzyszenia zrzeszającego polskie autorki i autorów Unia Literacka.(PAP)

















www.pap.pl/aktualnosci/grazyna-plebanek-potrzebne-jest-wprowadzenie-stalej-ceny-ksiazki-wywiad




czwartek, 1 maja 2025

Port w Czarnomorsku dla Polski








przedruk
tłumaczenie automatyczne







Ukraina przedstawia w Warszawie projekt koncesji dla portu morskiego w Czarnomorsku

(koło Odessy)



poniedziałek, 28 kwietnia, 2025







Podczas konferencji inwestycyjnej w Warszawie Ukraina podkreśliła kluczowe aspekty projektu koncesyjnego dla portu Charnomorsk w obwodzie odeskim. Obejmują one potencjał terminalu, szczególne warunki konkurencji i środki wdrożone przez rząd i jego partnerów w celu zagwarantowania przejrzystości i atrakcyjności inwestycyjnej. 

Jest to długoterminowa koncesja trwająca 40 lat i obejmująca dwa terminale: terminal kontenerowy i terminal uniwersalny, o pojemności do 760 000 kontenerów dwudziestostopowych i ponad pięciu milionów ton ładunku rocznie. Projekt ten uzupełnia nowo utworzony ukraiński korytarz czarnomorski, który ułatwia dywersyfikację szlaków towarowych, zwiększa niezawodność handlu i poprawia wydajność celną.

Wcześniej polskie Ministerstwo Rolnictwa omawiało możliwość dzierżawy lub zakupu portu w Odessie w celu uzyskania dostępu do Morza Czarnego i eksportu zboża z Polski i innych krajów europejskich.

Duński przewoźnik kontenerowy A.P. Moeller-Maersk AS jest również zainteresowany zbadaniem możliwości koncesji na terminal w porcie Charnomorsk.


----------







Ukraina przedstawiła projekt koncesji dla portu w Czarnomorsku na konferencji w Warszawie


środa, 25 kwietnia 2025


Zaprezentowano potencjał terminalu, warunki konkurencji oraz działania mające na celu zapewnienie transparentności i atrakcyjności inwestycyjnej.

Delegacja Ministerstwa Rozwoju wzięła udział w Konferencji Inwestycyjnej dotyczącej realizacji projektu koncesyjnego w porcie w Czarnomorsku, która odbyła się 24 kwietnia w Warszawie. Port w Czarnomorsku jest jednym z najbardziej strategicznych węzłów morskich na Ukrainie. W wydarzeniu wzięli udział przedstawiciele międzynarodowych instytucji finansowych, czołowych operatorów portowych, inwestorzy oraz urzędnicy państwowi.


Delegacji ukraińskiej przewodniczyli pierwsza wiceminister rozwoju wspólnot i terytoriów Alyona Shkrum oraz wiceminister rozwoju wspólnot i terytoriów Andrij Kaszuba.


"Odbudowa Ukrainy to nie tylko odbudowa tego, co zostało zniszczone. Chodzi o transformację – tworzenie nowoczesnej, zrównoważonej i inkluzywnej gospodarki. Chociaż pomoc międzynarodowa i finansowanie rządowe są nadal ważne, same w sobie nie wystarczą. Skala ożywienia wymaga aktywnego zaangażowania biznesu, zarówno ukraińskiego, jak i międzynarodowego. Port w Czarnomorsku jest żywym przykładem tego, jak międzynarodowy biznes może włączyć się w tworzenie nowej infrastruktury w oparciu o przejrzystość, wydajność i wykonalność komercyjną" – powiedziała w swoim wystąpieniu Alona Szkrum.

Strona ukraińska przedstawiła uczestnikom konferencji kluczowe aspekty projektu koncesyjnego w Czarnomorsku – od potencjału terminalu po szczegółowe warunki przetargu oraz działania podejmowane przez rząd i partnerów w celu zapewnienia transparentności i atrakcyjności inwestycyjnej.


"Ukraińska sieć portów morskich odgrywa kluczową rolę w gospodarce narodowej, służąc jako brama kraju do światowego handlu – nawet podczas wojny. Pomimo ciągłych zagrożeń militarnych sektor portów morskich wykazał się wyjątkową odpornością, utrzymując znaczne wolumeny ładunków i przyciągając nowe inwestycje. Koncesja na terminal kontenerowy w porcie w Czarnomorsku to nie tylko projekt infrastrukturalny. Jest to szansa dla inwestorów, aby stać się częścią nowego systemu logistycznego Morza Czarnego. Przede wszystkim pokazuje, że Ukraina nie czeka na pokój, aby rozwijać infrastrukturę portową – kraj inwestuje teraz, angażując w ten proces sektor prywatny" – podkreślił Andrij Kaszuba.

Prezentacja projektu koncesyjnego Czarnomorskiego Terminalu Kontenerowego (CCT) była centralnym punktem konferencji. Mówimy o długoterminowej koncesji na 40 lat, obejmującej dwa terminale: kontenerowy i uniwersalny, o potencjale do 760 tys. m sześc. TEU i ponad 5 mln ton ładunków rocznie.


Realizacja projektu koncesyjnego w porcie w Czarnomorsku wzmocni pozycję Ukrainy w globalnej logistyce i przyczyni się do integracji gospodarczej z Europą. Projekt ten uzupełnia nowo utworzony Korytarz Ukraiński, który umożliwia dywersyfikację tras ładunkowych, zwiększenie wiarygodności handlu i poprawę efektywności celnej.

Projekt został przygotowany przy udziale Międzynarodowej Korporacji Finansowej (IFC) oraz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR) i posiada już gotową dokumentację przetargową, z jasnymi warunkami udziału, strukturą ryzyka oraz gwarancjami wsparcia ze strony państwa.











19.07.2023 15:53


"Zniszczenia w porcie Czarnomorsk są znaczne". Magazyny ze zbożem wysadzone




Rosyjski atak rakietowy na port Czarnomorsk doprowadził do "znacznych zniszczeń" - poinformowała spółka Kernel, operator ukraińskiego portu. Obiekty przeładunkowe wraz z magazynowanym zbożem uległy znacznemu zniszczeniu - wskazano. Według spółki przywrócenie aktywów do eksploatacji wymagałoby dużo czasu.


W wyniku ataku rakietowego wojsk rosyjskich zniszczone zostały obiekty przeładunkowe Kernela wraz ze zbożem magazynowanym w porcie w Czarnomorsku.


Według ministra rolnictwa Mykoła Solskiego zniszczone zostało 60 tys. ton zbóż.


Port w Czarnomorsku był obok Odessy i Jużnego jednym z trzech ukraińskich portów, którymi - na mocy porozumienia zbożowego - Ukraina importowała zboże.

W dniu 19 lipca 2023 r. aktywa spółki w porcie Czarnomorsk stały się celem zmasowanego rosyjskiego ataku rakietowego. Znacznie zniszczone zostały obiekty przeładunkowe firmy wraz z magazynowanym zbożem w porcie w Czarnomorsku. Wstępne szacunki wskazują, że przywrócenie aktywów do eksploatacji wymagałoby dużo czasu - napisano w komunikacie.


W nocy 19 lipca Rosja przeprowadziła ataki na terminale zbożowe w portach w Odessie i Czarnomorsku. Szkód doznała infrastruktura zbożowa należąca do międzynarodowych i ukraińskich handlowców i przewoźników, w tym Kernela.


Wojska rosyjskie przeprowadziły po raz drugi z rzędu atak na Odessę i obwód odeski. Jak poinformowała armia ukraińska, pociski uderzyły w terminal zbożowy i olejowy.

Ataki zbiegły się z wycofaniem się Rosji z realizowania umowy zbożowej, gwarantującej bezpieczeństwo statkom ukraińskim transportującym zboże i produkty rolne, wypływającym m.in. z Odessy.








ubn.news/pl/ukraina-przedstawia-w-warszawie-projekt-koncesji-dla-portu-morskiego-w-charnomorsku/

mindev.gov.ua/news/ukraina-predstavyla-proiekt-kontsesii-portu-chornomorsk-na-konferentsii-u-varshavi

money.pl/gospodarka/zniszczenia-w-porcie-czarnomorsk-sa-znaczne-magazyny-ze-zbozem-wysadzone-6921317688052704a.html










sobota, 8 lutego 2025

Terminal Intermodalny Bydgoszcz Emilianowo












przedruk



Terminal Intermodalny Bydgoszcz Emilianowo to brama do portów morskich Gdyni i Gdańska. 
Tyle, że spółka upadła

Marek Weckwerth


8 lutego 2025, 7:00



Terminal intermodalny miałby powstać w rejonie obecnej stacji PKP Bydgoszcz Emilianowo i rozległych bocznic kolejowych.

Trwają zabiegi, na razie czysto teoretyczne, o reaktywację spółki Terminal Intermodalny Bydgoszcz Emilianowo, która została postawiona w stan likwidacji pod koniec sierpnia 2024 roku.


Interpelację poselską w tej sprawie złożył bydgoski parlamentarzysta Łukasz Schreiber (PiS). Pytał w niej m.in. o to, czy rząd zamierza zrealizować budowę terminala intermodalnego w Emilianowie, czy planuje się powołanie nowej spółki, dlaczego Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR) nie chciał zbyć swoich udziałów w spółce, lecz przeforsował uchwałę o likwidacji spółki?


Stefan Krajewski, sekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi, wyjaśnił że KOWR, który posiadał większość udziałów w spółce Terminal Intermodalny Bydgoszcz Emilianowo, poniósł od postawienia jej w stan likwidacji, czyli od końca sierpnia 2024 roku, koszty w wysokości 6 mln 196 tys. zł. Koszty te poniósł w związku z likwidacją spółki.


KOWR zrealizował swoje zobowiązania wynikające z zawartej między wspólnikami Warunkowej Umowy Inwestycyjnej. W roku 2024 dyrektor generalny KOWR zwrócił uwagę pismami skierowanymi do pozostałych wspólników spółki na konieczność zaangażowania się w kontynuację projektu.



W pismach do wspólników spółki, tj. PKP SA., Bydgoskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego, jak również do marszałka województwa kujawsko-pomorskiego, przypomniał że terminal jest inwestycją kolejową i powstał w dużej mierze z inicjatywy PKP, zaś dla Bydgoszczy i województwa jest przedsięwzięciem o szczególnej wartości.


Obecnie KOWR nie ma w planach powołania nowej spółki.
Jest szum, deklaracji brak


Pomimo medialnego szumu wokół spółki, jaki można zauważyć na lokalnych portalach internetowych, do KOWR nie wpłynęły ze strony współwłaścicieli spółki czy organów samorządu terytorialnego żadne deklaracje odnośnie realnego zaangażowania kapitałowego w kontynuowanie projektu, czy przejęcie udziałów w spółce - zauważa dalej Stefan Krajewski.


Do KOWR, bądź likwidatora, nie wpłynęła również żadna konkretna oferta nabycia udziałów spółki.


Sekretarz stanu pisze dalej, iż mimo wielu wypowiedzi przedstawicieli samorządu i informacji skierowanej we wrześniu 2024 r. do prezydenta Bydgoszczy, w której dyrektor generalny KOWR poinformował, że zachodzą formalno-prawne przesłanki do przeniesienia decyzji środowiskowej określającej warunki realizacji przedsięwzięcia na rzecz innego podmiotu, dotychczas nie wpłynęła do KOWR czy likwidatora spółki żadna propozycja.


Jarosław Wenderlich pyta marszałka

W związku z najnowszym stanowiskiem Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi Jarosław Wenderlich, radny Sejmiku Województwa Kujawsko-Pomorskiego, złożył interpelację do marszałka Piotra Całbeckiego w sprawie dalszych losów terminala intermodalnego w Emilianowie. Radny pyta o to, jakie działania podjął samorząd województwa od 27 sierpnia 2024 r. by udało się zrealizować tę inwestycję? Pyta też jakie działania samorząd zamierza podjąć w najbliższym czasie?

Radny przypomina, iż już w 2022 r. Sejmik Województwa Kujawsko-Pomorskiego przyjął stanowisko, w którym wskazał, że „postrzega rozwój terminala w Emilianowie jako bardzo istotną szansę aktywizacji gospodarczej województwa. Ten stymulowałby rozwój regionu, miałby bardzo duży potencjał budowania powiązań kooperacyjnych, tworzył dużą liczbę zróżnicowanych i dobrze wynagradzanych miejsc prac. Prognozuje się wzrost znaczenia terminalu w przyszłości.


Zdaniem Wenderlicha - terminal w Emilianowie to także nowa brama do portów morskich Gdyni i Gdańska. To ułatwienie, usprawnienie i przyśpieszenie transportu towarów, w tym rolno-spożywczych.


Autor interpelacji zauważa, że sejmik od początku deklarował wsparcie tego przedsięwzięcia, począwszy od zmian formalnych w systemie obszarów chronionych (z przyrodniczego punktu widzenia – dop. autora), umożliwiających realizację inwestycji. Rozwój terminala jest też uwzględniany we wszystkich dokumentach planistycznych województwa.


Sejmik zadeklarował również chęć objęcia udziałów w spółce Terminal Intermodalny Bydgoszcz Emilianowo.


Kolejne ważne stanowisko zostało przyjęte 26 sierpnia 2024 r. Sejmik zadeklarował dalsze wsparcie dla rozwoju zarówno logistyki (jako ważnej w przyszłości funkcji regionu) oraz wspieranie działań na rzecz rozwoju terminala w tej konkretnej lokalizacji.









Terminal Intermodalny Bydgoszcz Emilianowo to brama do portów morskich Gdyni i Gdańska. Tyle, że spółka upadła | Gazeta Pomorska


środa, 22 stycznia 2025

Być miliarderem





Dobrze mówi.





przedruk
tłumaczenie automatyczne


Co naprawdę trzeba zrobić, aby zostać miliarderem:

szczere rady Justine Musk





Markus Kreth·




Kiedy Justine Musk, pierwsza żona Elona Muska, mówi o ambicji i sukcesie, ludzie słuchają. W końcu jest blisko związana z jedną z najbardziej innowacyjnych i najbogatszych osób na świecie, Elonem Muskiem – założycielem PayPal, dyrektorem generalnym Tesli i SpaceX oraz posiadaczem majątku szacowanego na 248,7 miliarda dolarów.

W odpowiedzi na pytanie Quory: "Czy zostanę miliarderem, jeśli będę zdeterminowany, aby nim być i włożę w to całą niezbędną pracę?" Odpowiedź Justine może cię zaskoczyć: Nie.

Ale jej rozumowanie jest głębokie i skłania do refleksji. Twierdzi, że samo pytanie jest błędne, a zamiast tego oferuje plan dla każdego, kto goni za monumentalnym sukcesem.

Dlaczego sama determinacja nie wystarczy

"Jesteś zdeterminowany. I co z tego? Justine pisze bez ogródek.

Podróż do zostania miliarderem porównuje do ścigania się nago w wodach pełnych rekinów. Prawdziwe pytanie nie polega na determinacji; Chodzi o to, czy utrzymasz ten zapał, gdy jesteś na najniższym poziomie – pobity, zdezorientowany i wpatrujący się w horyzont bez ratunku.

O co jej chodzi? Sukces na poziomie miliardera wymaga odporności znacznie wykraczającej poza zwykłą determinację. Nie chodzi tylko o to, że tego chcesz; Chodzi o przetrwanie chaosu, który towarzyszy pościgowi.

Zmień swoją uwagę: czego potrzebuje świat?

Dla tych, którzy gonią za bogactwem, Justine oferuje kluczową radę:

"Odwróć swoją uwagę od tego, czego chcesz (miliarda dolarów) i stań się głęboko, intensywnie ciekawy tego, czego chce i potrzebuje świat".

Zamiast mieć obsesję na punkcie pieniędzy, należy skupić się na określeniu, co możesz wyjątkowo zaoferować światu. Chodzi o to, aby stać się niezastąpionym – tworzyć wartość, której nikt inny nie może powielić, zlecić na zewnątrz ani ukraść.

Opanuj wiele światów

Justine podkreśla, jak ważne jest opanowanie dwóch różnych umiejętności lub obszarów wiedzy. Dlaczego? Ponieważ kiedy jesteś mistrzem w dwóch dziedzinach – takich jak inżynieria i biznes – możesz połączyć je w innowacyjny sposób, który zapoczątkuje przełomowe pomysły.

Nazywa to "seksem idei": zderzeniem pojęć z różnych dziedzin, które rodzi świeże, transformacyjne rozwiązania. Te "dzieci pomysłów" są tym, co tworzy przewagę konkurencyjną i zmiany kulturowe. Są tym, za co świat jest gotów zapłacić – czasami w miliardach.

Plan miliardera

Według Justine, zostanie miliarderem nie polega na ciężkiej pracy czy roszczeniowości – chodzi o zaoferowanie czegoś o ogromnej wartości. Wyjaśnia:

"Świat daje ci pieniądze w zamian za coś, co postrzega jako mające równą lub większą wartość: coś, co przekształca aspekt kultury, przerabia znaną historię lub wprowadza nową, zmienia sposób, w jaki ludzie myślą o kategorii i wykorzystuje ją w codziennym życiu".

Nie ma planu ani planu dla tej podróży. Będziesz musiał poruszać się po niezbadanym terytorium, przesiewać porady (zarówno dobre, jak i złe) i dowiedzieć się, jak wykorzystać swój unikalny punkt widzenia.

Ostatnia rada: odwaga i charyzma

Sukces miliardera nie jest wieczną samotną misją, choć tak się zaczyna. Justine podkreśla, jak ważne jest rozwijanie charyzmy i wiarygodności, aby przyciągnąć talenty, które dołączą do Twojej wizji.

Swoją radę kończy prostym, ale mocnym stwierdzeniem:

"Miejcie odwagę. I powodzenia.

Na wynos: czego potrzebuje świat, a nie to, czego Ty chcesz

Rada Justine Musk nie jest listą kontrolną dla statusu miliarderki – to zmiana sposobu myślenia. To przypomnienie, że prawdziwy sukces nie bierze się z pogoni za bogactwem dla niego samego, ale poprzez zaoferowanie światu czegoś, co może go przemienić.

Czy jesteś gotowy, aby zanurzyć się w wodach pełnych rekinów i znaleźć swoją wyjątkową ścieżkę?






tekst oryginalny


When Justine Musk, the first wife of Elon Musk, speaks about ambition and success, people listen. After all, she’s been closely connected to one of the world’s most innovative and wealthiest individuals, Elon Musk — founder of PayPal, CEO of Tesla and SpaceX, and holder of an estimated net worth of $248.7 billion.

In response to a Quora question, “Will I become a billionaire if I am determined to be one and put in all the necessary work required?” Justine’s answer might surprise you: No.

But her reasoning is profound and thought-provoking. She argues that the question itself is flawed, and instead, she offers a blueprint for anyone chasing monumental success.

Why Determination Alone Isn’t Enough

“You’re determined. So what?” Justine writes bluntly.

She likens the journey to becoming a billionaire to racing naked through shark-infested waters. The real question isn’t about determination; it’s about whether you’ll maintain that drive when you’re at your lowest — beaten, disoriented, and staring at a horizon with no rescue in sight.

Her point? Billionaire-level success requires resilience far beyond ordinary determination. It’s not just about wanting it; it’s about weathering the chaos that comes with the pursuit.

Shift Your Focus: What Does the World Need?

For those chasing wealth, Justine offers a key piece of advice:

“Shift your focus away from what you want (a billion dollars) and get deeply, intensely curious about what the world wants and needs.”

Rather than obsessing over money, the focus should be on identifying what you can uniquely offer to the world. It’s about becoming irreplaceable — creating value that no one else can replicate, outsource, or steal.

Master Multiple Worlds

Justine emphasizes the importance of mastering two distinct skills or areas of expertise. Why? Because when you’re a master in two fields — such as engineering and business — you can merge them in innovative ways that spark groundbreaking ideas.

She calls this “idea sex”: the collision of concepts from different domains that give birth to fresh, transformative solutions. These “idea babies” are what create competitive advantages and cultural shifts. They are what the world is willing to pay for — sometimes in the billions.

The Billionaire Blueprint

According to Justine, becoming a billionaire isn’t about hard work or entitlement — it’s about offering something of immense value. She explains:

“The world gives you money in exchange for something it perceives to be of equal or greater value: something that transforms an aspect of the culture, reworks a familiar story or introduces a new one, alters the way people think about the category, and makes use of it in daily life.”

There’s no roadmap or blueprint for this journey. You’ll have to navigate uncharted territory, sift through advice (both good and bad), and figure out how to leverage your unique angle.

Final Advice: Courage and Charisma

Billionaire success is not a solo mission forever, though it starts that way. Justine highlights the importance of developing the charisma and credibility to attract talent who will join your vision.

She ends her advice with a simple yet powerful statement:

“Have courage. And good luck.”

Takeaway: What the World Needs, Not What You Want

Justine Musk’s advice isn’t a checklist for billionaire status — it’s a mindset shift. It’s a reminder that true success comes not from chasing wealth for its own sake but by offering something transformative to the world.

Are you ready to embrace the shark-infested waters and find your unique path?








medium.com/@mk_26304/what-it-really-takes-to-become-a-billionaire-justine-musks-straight-talk-advice-76bd6fcd4c28



poniedziałek, 6 stycznia 2025

Technofeudalizm.











przedruk





Autor:Grzegorz Grzymowicz

Technofeudalizm. Chłopi pańszczyźniani na cyfrowych lennach


Dodano: dzisiaj 14:30


W technofeudalizmie niczym nowocześni chłopi pańszczyźniani w liczbie kilku miliardów za darmo pracujemy na cyfrowych lennach w chmurze.





Technofeudalizm to zdaniem greckiego ekonomisty i polityka Yanisa Varoufakisa nowoczesna forma struktury gospodarczej, która wyparła kapitalizm.

Podczas gdy w kapitalizmie "wyzyskiwacz" wypłaca proletariuszowi wynagrodzenie za pracę, to w technofeudalizmie cyfrowi proletariusze i miliardy przyssanych do smartfonów i tabletów nowoczesnych chłopów pańszczyźnianych, pracuje na swoich panów nieodpłatnie, zwykle po godzinach własnej pracy zarobkowej. Co więcej, w nowej odsłonie feudalizmu dawny pan – kapitalista, sam został zredukowany do roli wasala na digitalnym lennie – włościach, które jego pan posiada w cyfrowej chmurze. Między innymi dlatego w książce "Technofeudalizm. Co zabiło kapitalizm?" zadeklarowany krytyk kapitalizmu, "libertariański marksista" – jak sam siebie określa – Yanis Varoufakis piętnuje rzeczywistość społeczną w opisywanym systemie jako "znacznie ohydniejszą" niż w kapitalizmie.


Varoufakis: Technofeudalizm

Wiemy, że w dzisiejszym świecie nieliczna grupa korporacyjnych władców dysponuje olbrzymią częścią majątku wytworzonego pracą miliardów ludzi. Najbogatsi rosną, klasa średnia jest konsekwentnie pauperyzowana i redukowana, a biedni stają się coraz biedniejsi. Varoufakis sięga do historii, porządkując istotne elementy tej transformacji na odcinku wielkiej finansjery i globalnych gigantów technologicznych, jak Google, Apple, Amazon czy Facebook i inni, usiłujący ich naśladować. Ukazuje też, kto i jak sprawił, że realna władza nad kapitałem w coraz większym zakresie spoczywa w rękach jeszcze mniejszej garstki ludzi, dysponujących zupełnie nowym rodzajem kapitału – kapitałem w chmurze.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: jesteśmy kapitalistą rywalizującym na rynku z innymi przedsiębiorcami – inwestujemy kapitał, konkurujemy, staramy się maksymalizować zysk, skalować działalność, ryzykujemy, wiemy, że możemy zarobić, ale i splajtować. Odbywa się normalna gra rynkowa. W pewnym momencie wpadamy w tarapaty, więc rząd drukuje olbrzymią ilość niemających pokrycia w realnej gospodarce pieniędzy po to, żebyśmy ratowali interes, ale my nie przeznaczamy tej pożyczki czy grantu na fabryki, innowacje, produkcję, tradycyjne inwestycje, realne miejsca pracy itd., lecz lokujemy ją w świecie digitalnych platformy internetowych.

To wydarzyło się już w świecie Zachodu i zdaniem Varoufakisa dało początek technologicznemu feudalizmowi, który zabił kapitalizm w wielu obszarach i wypiera go w kolejnych. Jak dokładnie do tego doszło?



Kapitalizm produkcyjny

Varoufakis zwraca uwagę, że kapitalizm nadał ceny rzeczom, które w niewolnictwie i feudalizmie jej nie miały, m.in. pracy ludzkiej. Wolnościowy system umożliwił sprawne produkowanie pożądanych przez społeczeństwo towarów i usług, jednak z czasem nauczono się sprzedawać ludziom także rzeczy, których nie potrzebują. Widzimy to dziś wyraźnie, ale wtedy – konkretnie po drugiej wojnie światowej, kształtowanie pragnień i ich utowarowienie nie było takie proste i oczywiste.

O ile podczas wojny amerykański biznes zaczął produkować dla rządu to, czego potrzebowało wojsko, w zamian za gwarantowane kontrakty, ceny i finansowane z budżetu projekty naukowe, to po zakończeniu działań zbrojnych popyt na towary i technologie z nimi związane (technostruktura) siłą rzeczy osłabł. 

Rozhulanemu przemysłowi zajrzało w oczy widmo zwalniania pracowników i zamykania fabryk. Na szczęście technostruktura umiejętnie odnalazła się na powstającym wówczas rynku polowania na uwagę i emocje ludzi. Cały biznes szybko pojął, że w nowościach technologii – radiu i telewizji, towarem są nie filmy, audycje i programy, lecz uwaga widzów, którzy z reklam dowiadywali się o swoich nowych potrzebach. Wciąż chodziło jednak o pracę i zysk – kapitalizm działał.


Dolaryzacja Europy

Kapitalizm produkcyjny działał na tyle dobrze, że w USA – kraju klasy średniej, nie było jej wystarczająco dużo, aby zapewnić zbyt dla amerykańskiego przemysłu. W poszukiwaniu rynków zagranicznych (oczywiście był to jeden z powodów) amerykańskie elity przeforsowały porządek finansowy znany jako układ Bretton Woods (1944). Ustanowiono wówczas Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy oraz system walutowy oparty na gwarancji stałego parytetu wymienialności dolara amerykańskiego na złoto. System taki zapewniał dużą stabilność kursów walutowych w gospodarce światowej i skutecznie powiązał kursy wymiany między dolarem a walutami Europy i Japonii.

Jak ujmuje to Varoufakis "ten zawrotny projekt, globalny plan przemodelowania Europy i Japonii na modłę amerykańskiej technostruktury, wprowadził kapitalizm w jego złotą erę. Od zakończenia wojny do 1971 roku USA, Europa i Japonia cieszyły się niskim bezrobociem, niską inflacją, wysokim tempem wzrostu i masowym spadkiem nierówności".


Upadek Bretton Woods

System Bretton Woods zakładał, że Stany Zjednoczone będą trwale więcej eksportować niż importować, czyli będą mieć stałą nadwyżkę handlową. W tym celu bank centralny USA zasilał pożyczkami z drukowanych dolarów Europę i Japonię, a te wracały w zamian za amerykańskie towary. W drugiej połowie lat 60. XX splot czynników – m.in. koszty wojny w Wietnamie, socjalny program Great Society, sukces przemysłu Niemiec i Japonii – spowodował utratę przez USA nadwyżki handlowej, a w konsekwencji upadek systemu Bretton Woods.

Dostrzegając zalety systemu z Bretton Woods, Varoufakis pisze "był pomyślany, aby bezrefleksyjna chciwość ludzkości nie zaprowadziła jej, już nigdy, w kolejny wielki kryzys, a w praktyce w kolejną wojnę światową. Gdy jednak jego zasady zniknęły, bankierzy wpadli w amok – ponownie".


Chciwość bankierów

System finansowy, który ukształtował się po upadku Bretton Woods w 1971 roku i trwał do kryzysu w 2008 roku, Varoufakis określa mianem fazy Globalnego Minotaura kapitalizmu (zagadnieniu temu poświęcił oddzielną książkę). 

W tym okresie globalni banksterzy zadłużyli społeczeństwa do takiego stopnia, że 2007 roku świat finansów obracał sumami 10 razy większymi, niż wynosił całkowity dochód ludzkości – ok. 750 bilionów dol. do 75 bilionów. Stąd porównanie do Minotaura potężnego, żarłocznego potwora z greckiej mitologii, który wymagał stałych ofiar w zamian za utrzymanie porządku na Krecie.


Banksterzy stosowali skomplikowane instrumenty finansowe, m.in. derywaty (w książce Varoufakis wyjaśnia mechanizm ich działania). Nieustannie pomnażali dług, dzielili go na wiele malutkich części i rozsiewali w postaci "produktów" finansowych nieświadomym kupcom po całym świecie. Do tworzenia skomplikowanych derywatów, których sami wówczas nie rozumieli, używali komputerów, które drugiej połowie lat 70. XX w. zaczęły się pojawiać w świecie finansów.


Globalny Minotaur

System Globalnego Minotaura wpisywał się w ramy kapitalizmu finansowego. Polegał na tym, że USA masowo konsumowały skupowane na kredyt towary z Europy, przede wszystkim z Niemiec, a także z Japonii i później dopuszczonych do globalizacji Chin, a kraje te, zarabiające na eksporcie, pożyczały pieniądze Ameryce, finansując jej dług. Jednocześnie właściciele tych odległych przedsiębiorstw chętnie kierowali swoje zyski i oszczędności na Wall Street celem ich zainwestowania. Zatem mimo zniesienia stałego kursu wymiany walut europejskich i japońskiej wobec amerykańskiej, dolar nadal panował, z tym że teraz było to oparte na zaufaniu, a nie na pokryciu w złocie, jak za czasów Bretton Woods.

Podczas gdy globaliści z Wall Street niczym grecki Minotaur pochłaniali znaczną część zysku owoców pracy robotników z Eurazji, w kraju prowadzono polityki niekorzystne dla kapitalizmu produkcyjnego, co z kolei – wskazuje grecki autor – zubożyło amerykańską klasę średnią.

"Aby Wall Street mogła z pełną siłą przyciągnąć zagraniczny kapitał, marża Stanów Zjednoczonych musiała dogonić marże w Niemczech i Japonii. Szybkim i przebiegłym rozwiązaniem tego problemu było zduszenie płac amerykańskich robotników: tania siła robocza to niższe koszty, a przez to większa marża. Nie bez powodu średnie zarobki dzisiejszej amerykańskiej klasy robotniczej utrzymują się poniżej poziomu z 1974 roku" – pisze Varoufakis.


Kryzys 2008

Kiedy zatem stabilny Bretton Woods został zastąpiony chwiejnym systemem recyklingu opartym na długu, powstało eldorado dla władców korporacji finansów i Big Techu, ale osłabł amerykański kapitalizm produkcyjny i handlowy, co razem wzięte uderzyło w gospodarkę, wpędziło wielu ludzi w kłopoty i doprowadziło do kryzysu finansowego. 

Jak pamiętamy w 2008 roku rządy i banki centralne USA i Europy zareagowały na to masowym drukowaniem pieniędzy, uznając, że banki są za duże, by pozwolić im upaść. Zdaniem Varoufakisa była to decyzja rozsądna, jednak problem w tym, że dodrukowane pieniądze nie zostały przeznaczone na pomoc dotkniętym kryzysem przedsiębiorstwom, ponieważ ich menadżerowie woleli w niepewnej sytuacji gospodarczej zbytnio nie inwestować i zaczęli skupować własne akcje, podnosząc w ten sposób ich ceny. Jednocześnie menadżerowie i duzi udziałowcy wykorzystali te środki na pomnażanie swoich niebotycznych majątków, kupując sobie ziemię, luksusowe dobra materialne czy aktywa cyfrowe.

Zdaniem Varoufakisa błąd polegał także na tym, że wraz z bankami ratowano odpowiedzialnych za kryzys bankierów. Krótko mówiąc, państwo brało pieniądze podatników i wyciągało bankierów z kłopotów, które spowodowali, otwierając im hojne linie kredytowe w banku centralnym. 

W ocenie Varoufakisa upadli bankierzy mocno trzymali rządzących i banki centralne za gardło. Ten stan rzeczy nazwał on 'rządami zbankrutowanych banków". Od 2008 roku szaleństwo drukowania niemających pokrycia w gospodarkach pieniędzy bynajmniej się nie skończyło. Przeciwnie – rządy i bankierzy stracili hamulce, co było widać m.in. przed i w trakcie tzw. pandemii, kiedy strumienie pustych pieniędzy ponownie popłynęły do wielkiej finansjery.

Wszystko to, wraz z komputeryzacją i opanowaniem wolnego początkowo internetu, przyczyniło się do wytworzenia nowoczesnych, ale charakterystycznych dla epoki feudalizmu form kapitału i renty, na które zwraca naszą uwagę Varoufakis – kapitału w chmurze i renty w chmurze. To za pomocą m.in. tych narzędzi współcześni panowie feudalni sprawują władzę nad miliardami cyfrowych chłopów pańszczyźnianych.


Lenna w chmurze

Tu dochodzimy do zasadniczej części wartej polecenia książki, której nie będziemy streszczać. Powiedzmy jednak pokrótce, co autor rozumie przez sformułowania kapitał w chmurze, renta w chmurze i lenna w chmurze.

Technicznie rzecz biorąc kapitał w chmurze to oprogramowanie, serwery, światłowody, w praktyce to posty na Facebooku czy X, filmy na TikToku i YouTube, zdjęcia na Instagramie, recenzje na Amazonie, pobieranie aplikacji czy gier z App Store, udostępnianie swojej lokalizacji na Google Maps itd. 

To wszelkie zasoby cyfrowe kontrolowane przez gigantyczne korporacje technologiczne. 

Kapitał w chmurze nie służy produkcji dóbr, lecz uczeniu się przez algorytmy zachowań użytkowników poprzez zbieranie i analizę danych, a następnie ich kształtowania w taki sposób, aby użytkownicy uzależniali się od tych platform. 

Przy czym cyfrowi feudałowie są już tak bogaci, że pragną nie tyle zwiększania zysku, ile kontroli.

Aspirując do bycia pośrednikami w jak największej ilości kluczowych aspektów stosunków międzyludzkich za pośrednictwem swoich aplikacji, zasadniczo różnią się od dawnych kapitalistów, których interesowała nie kontrola ludzi, a zysk – istota kapitalizmu.

Oczywiście klasyczne rynki kapitałowe nie zniknęły, ale prym wiodą właśnie wielkie elektroniczne platformy handlowe Big Techu – współczesne cyfrowe lenna. Tak jak w dawnym feudalizmie pan nadawał lenna swoim poddanym, czyniąc ich wasalami, tak pan Bezos zapewnia dziś lenna w chmurze swoim wasalom – operującym na Amazonie sprzedawcom. Algorytm dba zaś o to, żeby każdemu z kupujących wchodzących na cyfrowe lenno pana Bezosa, wyświetliła się inna, odpowiadająca jego "potrzebom" część włości. Wasale w zamian za możliwość zarabiania na wydzielonej części włości pana, świadczą mu opłatę. Tym sposobem wszystkie Bezosy i Zuckerbergi zgarniają rentę w chmurze.

Termin ten wywodzi grecki ekonomista z instytucji renty feudalnej, tzn. świadczenia na rzecz pana. Istotny jest fakt, że dochód ten powstaje niezależnie od pracy. Kupujący musi zatem opłacić zarówno sprzedawcę, jak i jego cyfrowego pana.


Chłopi pańszczyźniani

Jest to sytuacja bez precedensu, ponieważ gro działalności spoczywa nie na pracownikach (ich wynagrodzenia nie przekraczają 1 procenta dochodów największych firm Big Techu), ale na darmowej pracy miliardów ludzi na całym świecie. Kapitał w chmurze reprodukuje się dzięki zaprzęgnięciu niemal całej ludzkości do pisania postów, dawania lajków, komentowania zdjęć, nagrywania filmików, używania potrzebnych i niepotrzebnych produktów i usług FinTechu.

Varoufakis zwraca uwagę:

 "rzecz jasna, większość z nas robi to dobrowolnie, mało tego – czerpiemy z tego wielką frajdę. Głoszenie opinii oraz dzielenie się intymnymi szczegółami z życia z naszymi cyfrowymi współplemieńcami, a także społecznościami zaspokajają nieodpartą potrzebę wyrażania siebie. [...] W podobnej sytuacji znajdują się miliardy z nas, nieświadomie produkujących kapitał w chmurze. To, że czynimy to z własnej woli, nawet z uśmiechem na ustach, nie zmienia faktu, że staliśmy się nieopłacanymi wyrobnikami – chłopami pańszczyźnianymi na polach rozciągających się w cyfrowych chmurach, swoją codzienną harówką wzbogacającymi niewielką grupę multi-miliarderów z Kalifornii czy Szanghaju. [...] Cyfrowa rewolucja nieuchronnie przemienia pracowników zarobkowych w proli* w chmurze wiodących coraz bardziej niepewny i stresujący żywot pod niewidzialną kontrolą algorytmicznych szefów".


Ze względu na rozmiar i wpływ wielkiej finansjery i Big Tech tradycyjni kapitaliści utracili swoją pozycję, a tradycyjne rynki kapitałowe są wypierane przez lenna w chmurze. Varoufakis wyraża swoje dawne marzenie – żeby praca zrzuciła jarzmo rynku kapitalistycznego i konstatuje, że zaszło coś zupełnie odwrotnego – "to kapitał zrzucił z siebie jarzmo rynku kapitalistycznego".





Prole* – najniższa klasa społeczna w powieści George’a Orwella "Rok 1984", stanowiąca około 85 proc. społeczeństwa Oceanii, skoncentrowana na trudach codziennej egzystencji i prymitywnej rozrywce, przez co niestanowiąca zagrożenia dla klasy panującej – partii.




Technofeudalizm. Chłopi pańszczyźniani na cyfrowych lennach











Technofeudalizm. Chłopi pańszczyźniani na cyfrowych lennach



czwartek, 2 maja 2024

Potrzebny Renesans

 




przedruk
tłumaczenie automatyczne






Monumentalne Błędy




Monumental Labs: Zakłócanie tego, jak my Budowa – robotyka, sztuczna inteligencja i zautomatyzowane rzeźbienie w kamieniu



Kiedy ktoś mówi ci publicznie, kim dokładnie jest... Uwierz im. Tech przedsiębiorca Micah Springut jest w przygotowaniu, a także jego rozmówca (i mój własny), Ruben Hanssen, który entuzjastycznie daje o sobie znać wszystkich, którzy będą słuchać, gdzie leżą jego własne sympatie. 

Uwaga, spoiler, to nie z rzemieślników takich jak ja. Tak, wszczynam walkę; taki, którego nie spodziewam się wygrać. Mój argumentacja będzie rozsądna; Walka nie leży jednak w sferze rozsądku Nie jest też nawet przeciwko ludziom. Wyżej wymienieni panowie nie są moimi prawdziwi przeciwnicy, tylko ich mięsiste rzeczniki. Ten esej to niewiele więcej niż wkrótce zapomniana potyczka w wojnie o ludzkość przeciwko Maszyny. Nic ich nie powstrzyma. Podobnie, nie będzie żadnego ratunku dla nas.



Monumental Labs

O co więc tyle zamieszania? Kim jest Monumental Labs? Cóż, krótki Odpowiedź jest taka, że tak naprawdę nie są nikim wyjątkowym. Tylko jeden z tysięcy publiczne i prywatne finansowane start-upy, które ciężko pracują nad dekonstrukcją i zmontować każdą potencjalnie ludzką działalność produkcyjną w coś, co może odbywać się za pomocą robota pod kierunkiem sztucznej inteligencji. Ze względu na to, że Praca, którą kierują, pokrywa się z moją, a ponieważ ich dyrektor generalny był Wywiad przeprowadzony w ciągu kilku miesięcy przez tego samego podcastera co ja, są okazja do mojej krytyki rozwijającej się katastrofy A.I.; Są one jednak nie jest jego przyczyną. Myślałem o nich i coraz częściej się z nimi mierzyłem problemy przez jakiś czas.


Teraz, aby być uczciwym, poniżej i bez skrótów jest to, za kogo się podają - ich własna strona domowa na dzień 28.12.23:

"Monumental Labs buduje zrobotyzowane fabryki rzeźbienia w kamieniu z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Z nimi stworzymy miasta z przepychem Florencji, Paryża czy Beaux-Arts w Nowym Jorku, za ułamek ceny.

Unleashing a Renaissance Monumental Labs opracowuje infrastrukturę do budowy bogato zdobionych klasycznych budowli na masową skalę oraz do tworzenia nowych, nietuzinkowych form architektonicznych.


Technologia spotyka się z rzemiosłem

Opracowujemy nową generację kamienia roboty rzeźbiarskie. Dzięki czujnikom i sztucznej inteligencji zrealizują zlecenia w ciągu kilku godzin, które wcześniej trwało miesiące; i bezbłędnie wykonuj najdrobniejsze szczegóły. Poprzez udzielanie Ludzkie rzemiosło do maszyn i obniżenie kosztów produkcji 3D, poszerzyć możliwości twórcze artystów i architektów na całym świecie".



Cóż, wygląda na to, że ten renesans nie będzie podobny do poprzedniego. Przede wszystkim zapowiada się tanio. Co ważniejsze, rzemieślnicy mają odgrywać w nim ograniczoną rolę, a mianowicie "oddawać się maszynie", aby artyści i architekci mogli wreszcie swobodnie poszerzać te twórcze możliwości. Przynajmniej do czasu, gdy sztuczna inteligencja dogoni ich od strony projektowej. O tak, oni też o tym dyskutują, chodząc po cienkiej linie zabiegając o nich jako klientów, obiecując, że algorytmiczna pomoc ma im tylko pomóc, uwolnić ich od znoju samodzielnego rozgryzania wszystkiego. Na razie.

Szczerze mówiąc, sztuczna inteligencja nie jest niczym nowym. Żyjemy w warunkach kodyfikacji algorytmicznej od dłuższego czasu, a właściwie od wieków, nawet dłużej niż maszyny przemysłowe, które charakteryzowały masową produkcję, czy komputery cyfrowe, które obecnie obliczają, nadzorują i rejestrują całą ludzką aktywność. To, co nazywamy sztuczną inteligencją, to po prostu najnowsza fala tego samego tsunami, która sieje spustoszenie ekologiczne, kulturowe, a nawet ekonomiczne. Chociaż jest już za późno, dla potomności nadszedł czas, aby podsumować niektóre z błędnych obietnic i błędnych uzasadnień, które specjalnie zmiażdżyły rzemieślnika, aby zrobić miejsce dla maszyn i ich finansowych władców.


Uważaj na mężczyznę z taśmą mierniczą

Rękodzieło kosztuje zbyt dużo. Ponieważ ubarwia to wszystkie inne przeprosiny za technologię, równie dobrze możemy zmierzyć się z uzasadnieniem numer jeden dla zastąpienia rzemieślników maszynami (a coraz częściej projektantów oprogramowaniem AI). To był punkt wielokrotnie powtarzany w tym konkretnym podcaście, odzwierciedlający ogólne nastawienie do ludzi: jesteśmy po prostu za drodzy. Ale co dokładnie jest mierzone?

Czy rękodzieło kosztuje nas społecznie?

Czy rękodzieło kosztuje nas kulturowo?

Czy rękodzieło kosztuje nas ekologicznie?

Czy rękodzieło kosztuje nas zdrowie fizyczne i dobre samopoczucie psychiczne?

Oczywiście wiemy, że rzemiosło nie kosztuje, a raczej przyczynia się do wszystkich tych rzeczy, ale powyższe rozważania są celowo wyjęte z wszelkich kalkulacji, poświęcone na ołtarzu uproszczonego, krótkowzrocznego spojrzenia na ekonomię. Jedyną dopuszczalną definicją "kosztu" jest natychmiastowy wydatek w dolarach, euro lub funtach. Od czasów tzw. Oświecenia pieniądz w kontekście krótkoterminowego zwrotu z inwestycji stał się jedyną wartością, do której wszystko musi być zredukowane i mierzone. Jest to szczególnie widoczne w przypadku istot ludzkich, które są postrzegane jako w przeciwieństwie do maszyn i technologii, które są zawsze przedstawiane jako inwestycja. 

Krótko mówiąc, obnażamy się ze wszystkich namacalnych przyjemności, jakie życie może zaoferować w imię hipotetycznego dobrobytu. Jak po trzech wiekach taki utylitarny światopogląd sprawdza się w naszym przypadku?


Potrzebujemy maszyn, nikt już tego nie robi!

Trzeba przyznać, że "nikt" może być tylko zwrotem, odrobiną hiperboli. Jasne, możesz znaleźć przebiegłą, dziwną kaczkę, która wciąż się kręci. Chodzi o to, że nie ma już wystarczającej liczby wykwalifikowanych rzemieślników, aby cokolwiek zrobić praktycznie. Jest w tym trochę prawdy, ponieważ obecnie jest znacznie mniej wykwalifikowanych rzemieślników niż w jakimkolwiek innym okresie w historii; Wynika z tego jednak, że jest to rezultat postępu, a więc zarówno nieunikniony, nieodwracalny, jak i być może nawet pożądany stan rzeczy. Sama myśl o promowaniu rzemiosła dla współczesnego człowieka jest w najlepszym razie nostalgiczna, w najgorszym niebezpiecznie wsteczna. Tak więc, rezygnując z argumentu, że nie ma dziś wystarczającej liczby wykwalifikowanych rzemieślników, w naszym wyjątkowym momencie historii, pojawiają się pytania: "Dlaczego ich nie ma? Dlaczego nie możemy budować tak, jak kiedyś?"




Cóż, zacznijmy od tego, że wcale nie jesteśmy tym samym typem ludzi, co poprzednie pokolenia, ponieważ nie myślimy tak jak oni. I jest ku temu powód. Wszystko zaczyna się od edukacji. Dawniej tradycyjna edukacja rzemieślnicza była prowadzona przez członków rodziny, sąsiadów w społeczności wiejskiej lub poprzez system cechowy w większych miastach targowych. Kluczowe było to, aby dzieci od najmłodszych lat uczyły się praktycznych umiejętności, pracy rękami i dbania o siebie. Zaczęło się to zmieniać w połowie XIX wieku, kiedy edukacja publiczna stała się obowiązkowa, zorientowana na państwo i zinstytucjonalizowana. Od samego początku edukacja publiczna wyśmiewała skuteczność, zdolność do robienia lub tworzenia, na rzecz ogólnej, uniwersalnej umiejętności czytania, pisania i liczenia, które służyły biurokratycznym potrzebom państwa i technicznym potrzebom masowego przemysłu, ignorując zainteresowania lub możliwości dzieci. Fakt, że uczyniło to całe nowe pokolenie biernym i zależnym od scentralizowanej władzy, był z pewnością postrzegany jako dodatkowa korzyść.




Minęło 200 lat, a rzemiosło zostało niemal całkowicie wyeliminowane z programów nauczania w szkołach publicznych. Obecnie w większości krajów przyuczanie do zawodu, czyli zatrudnianie nieletnich w tradycyjnym rzemiośle w optymalnym wieku ich rozwoju, jest nielegalne. Wszystko nauczane w szkole publicznej to jedynie przygotowanie do 4 do 7+ lat dalsze kształcenie na uniwersytecie. Każda inna ścieżka jest wyśmiewana jako nieinteligentna i społecznie gorsza. Państwo tego nie sfinansuje, podobnie jak przemysł. Praca własnymi rękami jest postrzegana jako poniżająca, głupia i wyraźna oznaka niskiego statusu społecznego, który ma przed sobą ciężkie życie. Nic w obowiązkowej edukacji publicznej nie przygotowało cię na to. Przeciętny młody dorosły rozpoczynający karierę w rzemiośle po ukończeniu studiów zaczyna z co najmniej dziesięcioletnim opóźnieniem, a jego szanse na znalezienie mistrza, który go nauczy, są prawie tak ponure, jak znalezienie partnera małżeńskiego, który przywiązałby się do kogoś, kto ogólnie postrzegany przez społeczeństwo jako przegrany.

Nie, nie "potrzebujemy" maszyn, bo brakuje nam ludzi. Na planecie Ziemia jest więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej, wielu z nich jest bezrobotnych, zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin lub zatrudnionych głupio. Postrzegana potrzeba ma podłoże psychologiczne, a raczej socjologiczne, ściśle związane z niechęcią do porzucenia bardzo wąsko zdefiniowanego postępu, postępu technologicznego, który wspiera i kontroluje nasze masowe społeczeństwo.





Sztuczna inteligencja i roboty to tylko narzędzia

Nie różni się niczym od cyrkla i linijki czy młotka i dłuta, co? Tak czy inaczej, pojawia się argument, że tak naprawdę wszystkie te rzeczy mieszczą się w tej samej super prostej kategorii, tylko przedmioty, które są przedłużeniem ludzkiej władzy. Nowe narzędzia biją na głowę stare. Więcej mocy, więcej lepiej.

Osobiście mogę zrobić prawie wszystko, co jest do zrobienia w tradycyjnym designie za pomocą kompasu i linijki i ożywić to za pomocą kilku młotków i kilku dłut. Mogę zabrać te narzędzia ze sobą, gdziekolwiek się udaję. Nie kosztują dużo pod żadnym względem, aby chcieć zdefiniować to słowo. Dla mnie narzędzia ręczne reprezentują całkowitą wolność, nawet jeśli jednocześnie nie wykonają pracy za mnie, a raczej zobowiązują mnie do samodyscypliny, do opanowania moich środków, metod i materiałów.

Ale w przypadku sztucznej inteligencji i robotów, kto jest mistrzem, a kto narzędziem? Wymagają one ogromnych nakładów kapitałowych, standaryzacji procesów i systemów, które od początku są prawnie chronione jako własność intelektualna. Eliminują rzemieślników i sprawiają, że artyści i architekci stają się całkowicie bierni i zależni od niezrównoważonych technologii, które są dla nich w zasadzie czarną skrzynką. Ludzka kreatywność sprowadza się zasadniczo do ograniczonych możliwości, ograniczeń maszyny. Jeśli ktoś nigdy nie ciężko zapracował, cierpliwie nie rozwijał własnej kreatywności, to taką kulę można uznać za wielki postęp. Jednak dla artysty, poety czy kogokolwiek, kto chce być uczciwy w swojej twórczości, taki faustowski układ jest obrzydliwą degradacją ich człowieczeństwa.



Kamień jest zrównoważony, świetny dla ekologii!

Otóż tak, powinno być. W końcu żyjemy na brudnej, gigantycznej skale porośniętej odrobiną flory i fauny, więc budowanie z kamienia, gipsu i drewna jest potencjalnie tak zrównoważone, jak to tylko możliwe. Jednak w tych szczegółach są diabły. Przekształcenie skały w ziemi w kamień na budynku wymaga kilku podstawowych rzeczy: projektu, wydobycia, transportu, produkcji i instalacji. Jak zrównoważony rozwój w tradycyjny sposób ma się do wpływu najnowocześniejszych technologii na środowisko?

Porównaliśmy już nieco proste narzędzia do projektowania i wytwarzania tradycyjnego rzemiosła z robotami, komputerami, sztuczną inteligencją, fabrykami niezbędnymi dla przemysłu. To nie jest wielkie porównanie. Narzędzia rzemieślnika praktycznie nie mają wpływu na środowisko i mogą służyć przez całe życie, jeśli nie kilka. Rzemieślnicy, jak my wszyscy, są biologicznie zwierzętami. Cała energia, której naprawdę potrzebujemy do pracy, to około 4 do 5 tysięcy kalorii dziennie. Po prostu musimy być nakarmieni. Oczywiście komputery i roboty nie zużywają kalorii, potrzebują paliwa i to w dużych ilościach. Micah wielokrotnie opisuje "ekosystem" maszyn tak, jakby były żywe. Nie są. Są raczej wykonane z wysoko rafinowanych minerałów, pożeraczy energii, trucicieli, przeciwieństw życia. Dlaczego każda nieszkodliwa ludzka działalność musi być filtrowana przez maszynę tylko po to, by przemienić się w niszczycielską zarazę?

Kamień jest ciężki. Potrzeba dużo czasu, aby go przenieść. Dlatego kamień do niedawna był w przeważającej mierze używany tylko tam, gdzie był dostępny lokalnie lub być może w dół rzeki. Stanowi to tak wiele z pięknej różnorodności materiałów oraz towarzyszących im środków i metod dostosowanych do ich obróbki. Jednak deklarowanym celem Monumental Labs jest przeniesienie produkcji do jednego kamieniołomu ze stałym kamieniem, tego, który oczywiście jest możliwy do wyrzeźbienia przez maszyny, "gigafabryki" kamienia, centralnego węzła, z którego wszystko może być wywożone ciężarówkami, co zdobywa rynek całego kontynentu. Obiecuje się, że uzyskana wydajność pozwoli im wkrótce obniżyć koszty, być może nawet o 80%. Może, może nie. Niemniej jednak zawsze dobrze jest pamiętać, że napędzana przez inwestorów, wysoko skapitalizowana branża zawsze działa w taki sposób, aby maksymalizować zyski. To nie jest gildia, to nie jest sprawa osobista, to tylko biznes.

Można by powiedzieć więcej. Można by odpowiedzieć na urojone twierdzenie, że te technologie "zapoczątkują renesans", zaludniając piękno wszędzie, uwalniając ludzką kreatywność, pozostawiając rzemieślnikom więcej czasu na pracę nad najbardziej wymyślnymi rzeczami, których maszyny jeszcze nie opanowały. 

Słyszeliśmy to wszystko już wcześniej, od zarania rewolucji przemysłowej. Piły mechaniczne, frezarki, szlifierki, maszyny CNC, lasery, strumienie wody itd. następowały po sobie w swoim ponurym mechanicznym marszu przez prawie dwa stulecia. Czy doprowadziło to do większego piękna, wykształciło bardziej wykwalifikowanego rzemieślnika, który ma cały czas na świecie, aby skupić się na fantazyjnych rzeczach bez konieczności bycia przytłoczonym harówką uczenia się podstaw?

Wręcz przeciwnie. Masowy przemysł doprowadził nas do kryzysu społecznego, upadku kulturowego, zbliżającej się katastrofy ekologicznej. 

Rutynowa odpowiedź jest taka, że nie ma odwrotu; Jedynym możliwym rozwiązaniem problemów technologicznych jest dalsze zaangażowanie i inwestycje w jeszcze wyższe technologie. Jeśli chodzi o mnie osobiście, wywodzę się z rodowodu Arts & Crafts, którego wiodącą zasadą etyczną jest "Nie szkodzić". Pokornie wyznaję swoje ograniczenia; Jestem bardzo mały, pęd ogarniający świat jego destrukcyjnym kursem jest wielki. 

Jeśli ten esej przetrwa dla potomności, mam nadzieję, że będzie świadectwem, że moje pokolenie było w pełni świadome tego, co robi, sprzedając waszą przyszłość za naszą teraźniejszość, trwoniąc zasoby w krótkim czasie, które mogłyby służyć wam i waszym potomkom przez tysiąclecia, eksploatując i zanieczyszczając do tego stopnia, że zostawiliśmy wam pustkowie, które otrzymaliśmy jako prawdziwy raj... Pomnik Szaleństwa.




Napisane przez: Patrick Webb










Po prostu - zysk


Człowiek zamienia się w maszynę do coraz szybszego, bardziej efektywnego zarabiania pieniędzy.


Stacja telewizyjna podgłaśnia sygnał wtedy, gdy emituje reklamy - ludzi traktuje się jak sposób na pozyskanie zawrotnych kwot (albo urobienie na małpę... 👀), a nie jak ludzi.

Budować prościej, więcej szkła, betonu, stali i plastiku - w mózgu, bo "nowe technologie wchodzą", a tak naprawdę: "kupujcie, bo chcemy być szybko milionery!"


Króluje antykultura, pochwała cwaniactwa - a przynajmniej - żeby nie wyjść na frajera.




Trzeba nam się zatrzymać i zastanowić nad tym wszystkim.





Potrzebny jest nowy Renesans.














Metafizyczny rzemieślnik: