Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 kwietnia 2026

Fala cz.1



Wiecie, jak doszło do anszlusu? Do wchłonięcia Austrii przez nazistowskie Niemcy?

Nic nie działało!
I trzeba było temu zaradzić!




werwolfcompl.blogspot.com/p/blog-page.html

Obecnie stwierdzenie, że Polacy są głupi i nie potrafią się sobą rządzić – to najlepsze na świecie alibi dla różnych agencików udających głupoli.
Innym alibi są media, które nie mówią prawdy.

Trudno nam dzisiaj sobie wyobrazić, po tych 20 latach, że rzeczywistość można kontrolować do tego stopnia, że układa się ona po naszej myśli w całym kraju. (Ale przecież w dobrze prosperujących firmach się to udaje – dlaczego więc nie na skalę całego państwa?)
Tak właśnie jest m. in. w krajach zachodu - rzeczywistość w tych krajach układa się po myśli ludziom, ponieważ tak jest zaplanowana. W Polsce również to działa, tylko, że w odwrotnym kierunku – nastawione jest na rozkład. U nas rzeczywistość układana jest po myśli zagranicznych ośrodków władzy. I z ich punktu widzenia – wszystko jest najlepszym porządku.
Z naszego punktu widzenia – jest oczywiście niedobrze.

Dlatego pamiętajmy – jeżeli coś idzie źle - powodem jest to, że tak ma być. Ktoś zadecydował, że tak ma być. 


Niemcy nadal sytuują się w roli śmiertelnego wroga Polski i to się nie zmieni, dopóki niemiecka państwowość nie zostanie ostatecznie zniszczona. Niemcy nie podpisały z nami traktatu pokojowego po II Wojnie Światowej, by nie zamykać sobie drogi do odtworzenia cesarstwa niemieckiego.

Wygrajmy w końcu tę wojnę, po 80 latach wygrajmy w końcu tę wojnę z Niemcami.

















przedruki


za fb:

Ruch Obywatelski - W Imieniu Sopocian zmartwiony(a) w: Dworzec PKP Sopot. ·
Obserwuj
22 marca o 19:25 ·Sopot ·

FALA TOPI POMORZE 
W artykule „FALA topi Pomorze.

To najdroższe przejazdy koleją w Polsce i najgorszy system biletowy” autor Maciej Bąk przedstawia brutalną rzeczywistość, w jakiej znaleźli się pasażerowie transportu publicznego na Pomorzu. Zamiast spodziewanej integracji i uproszczeń, po zmianach 1 marca wzrost cen biletów kolejowych wyniósł nawet ponad 25 %, a sama idea systemu FALA zamieniła się w „maraton katastrof” z niedziałającymi urządzeniami i burdelem w naliczaniu tychże opłat.

https://innpoland.pl/222559,fala-topi-pomorze-to...

Decyzje dotyczące organizacji transportu publicznego w Trójmieście, których skutki odczuwają dziś również mieszkańcy Sopotu, trudno uznać za spójne, a tym bardziej za racjonalne z punktu widzenia interesu pasażerów. Wprowadzane zmiany miały przynieść uproszczenie systemu i większą dostępność komunikacji zbiorowej. W praktyce doprowadziły do sytuacji odwrotnej, czyli wzrostu kosztów, chaosu organizacyjnego i spadku zaufania do instytucji odpowiedzialnych za transport.

Najgorszym efektem jest wzrost cen. Jak wskazano w analizowanym materiale, „podróż przez cztery stacje (…) zdrożała do 7 złotych”, a „wyprawa do Sopotu w obie strony (…) 22 złote”. Jednocześnie „ceny biletów miesięcznych skoczyły w górę o 30 złotych”. 

Tego rodzaju podwyżki trudno uzasadnić w kontekście deklarowanego celu, jakim powinna być popularyzacja transportu publicznego. W istocie prowadzą one do jego ekonomicznej marginalizacji względem transportu indywidualnego.

Argumentacja władz, odwołująca się do rosnących kosztów funkcjonowania systemu, nie wytrzymuje w pełni krytycznej analizy. Owszem, wskazuje się, że „dopłata z budżetu (…) wzrosła z 137 mln zł do prawie 400 mln zł”, jednak równocześnie część inwestycji, w tym zakup nowego taboru, została sfinansowana ze środków zewnętrznych, m.in. z Krajowego Planu Odbudowy. Powstaje więc uzasadnione pytanie o przejrzystość i proporcjonalność przerzucania kosztów na pasażerów.

Na osobną uwagę zasługuje system FALA, który miał stanowić technologiczny fundament nowego modelu korzystania z transportu. Dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że stał się raczej symbolem jego niedopracowania. Jak trafnie ujęto w artykule, „dziś można jasno powiedzieć, że nic z tego nie wyszło”, a w praktyce „walidatory działają w kratkę”. Wprowadzenie systemu, który nie spełnia podstawowych standardów niezawodności, podważa wiarygodność całej reformy.
Konsekwencje tych decyzji są łatwe do przewidzenia i co istotne, już dostrzegalne. Wzrost cen przy jednoczesnych problemach organizacyjnych nie tylko nie zachęca do korzystania z transportu zbiorowego, lecz wręcz aktywnie do niego zniechęca. 

Tym samym podważany jest jeden z kluczowych celów polityki miejskiej i regionalnej, jakim miało być ograniczenie ruchu samochodowego i poprawa jakości życia w miastach. 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że zabrakło tu zarówno długofalowego myślenia, jak i elementarnej wrażliwości na skutki społeczne podejmowanych decyzji.
Transport publiczny nie jest zwykłą usługą rynkową. Jeśli zaczyna być postrzegany jako drogi, nieprzewidywalny i skomplikowany, przestaje spełniać swoją rolę. W obecnym kształcie system nie wymaga już kosmetycznych korekt, lecz poważnej rewizji założeń. W przeciwnym razie mieszkańcy Sopotu i całego Trójmiasta zapłacą podwójnie, najpierw w cenie biletów, a później w konsekwencjach źle zaprojektowanej polityki transportowej.
Decyzje dotyczące organizacji transportu zbiorowego w Sopocie i całej metropolii Trójmiejskiej pokazują, że strategia władz pozostawia wiele do życzenia. Do rosnących kosztów i problemów w funkcjonowaniu systemu FALA swoje pięć groszy dołożyły władze Sopotu, dokonując niekorzystnej modyfikacji połączeń autobusowych linii 122 i 117. Zamiast poprawy dostępności transportu, mamy dezorganizację komunikacyjną i bezradność decydentów.

czyli  w odwrotnym kierunku

12 lutego 2026r. , prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz przekazała przewodnictwo nad Radą Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot prezydentce Sopotu, Magdalenie Czarzyńskiej-Jachim. 
[to ta pani od 5 metrowego pomnika z brązu dla niemieckiego architekta Sopotu - przeciętnemu, nikomu nieznanemu facetowi, nawet Niemcom - youtube.com/watch?v=5mXh8ocjfPw - koszt pomnika to ok. 300 000 zł -  MS]

To nie powód do kurtuazyjnych gratulacji, lecz moment wymagający chłodnej, bezlitosnej i krytycznej oceny. Objęcie funkcji przewodniczącej Rady OMGGS wiąże się z realną odpowiedzialnością za koordynację strategicznych projektów transportowych, inwestycyjnych i społecznych w całej metropolii – zarządzanie organizmem liczącym setki tysięcy mieszkańców i operującym budżetami, których skala znacznie przekracza możliwości Sopotu.

Problem w tym, że bilans rządów w Sopocie nie daje podstaw do zaufania, że mamy do czynienia z osobą zdolną do skutecznego zarządzania procesami o tej skali. Magdalena Czarzyńska-Jachim, absolwentka Collegium Humanum, zdaje się bezradna wobec potrzeby zapewnienia mieszkańcom około 30-tysięcznego miasta dwóch funkcjonalnych linii autobusowych. Rezygnacja z wcześniejszego przebiegu linii 122, mimo masowych petycji mieszkańców, pokazuje lekceważenie wobec uzasadnionych potrzeb Sopocian i brak skutecznego dialogu społecznego.
Analiza decyzji finansowych, polityki przestrzennej oraz sposobu prowadzenia konsultacji społecznych prowadzi do wniosku, że obecne kierownictwo miasta nie sprostało kluczowym wyzwaniom. Sopot zmaga się z wyludnianiem, starzeniem populacji i wypychaniem mieszkańców przez drożyznę oraz ekspansję najmu krótkoterminowego, a władze nie przedstawiły przekonującej strategii odwrócenia tych trendów. Do tego dochodzi kwestia finansów. Ambitne, kosztowne projekty, rosnące zadłużenie i brak wieloletniego planowania budżetowego stawiają pod znakiem zapytania zdolność do odpowiedzialnego zarządzania publicznymi pieniędzmi.
Prezydentka Sopotu deklaruje podnoszenie współpracy metropolitalnej i zintegrowany transport, jednak mieszkańcy już od lat sygnalizują niedostatki lokalnej komunikacji. Jeśli w tak niewielkim mieście nie udaje się wypracować sprawnego i przewidywalnego modelu transportu, trudno uwierzyć, że można skutecznie zsynchronizować systemy całej metropolii. Postawa władz, które konsekwentnie odrzucają wnioski i petycje mieszkańców, stanowi symptom poważnego kryzysu kultury demokratycznej i jawnej pogardy wobec obywateli.
W świetle powyższego decyzja o powierzeniu przewodnictwa w Radzie OMGGS osobie, której dorobek wzbudza poważne wątpliwości, wymaga ostrej i publicznej krytyki. Metropolia potrzebuje lidera z doświadczeniem, strategicznym myśleniem i zdolnością do budowania konsensusu. W przeciwnym razie konsekwencje poniosą mieszkańcy całego regionu, płacąc podwójnie - najpierw za błędy w systemie transportu, później za brak kompetentnego zarządzania w skali metropolitalnej.
Sopot, zamiast stawać się wzorem zrównoważonego rozwoju, traci demograficzny i społeczny kręgosłup, a władze bronią swoich decyzji suchymi statystykami i analizami, ignorując codzienne doświadczenia mieszkańców. Postawa prezydentki, która w tej sprawie konsekwentnie udaje, że problemu nie ma, zasługuje na szczególne potępienie. Z gabinetu wszystko wygląda świetnie, podczas gdy mieszkańcy doświadczają komunikacyjnej rzeczywistości na własnej skórze.
Samorządowa arogancja i brak skuteczności w Sopocie kosztują mieszkańców sporo. Sopockie portfele dławią się, jakby wciągano je pod wodę, tracimy również na czasie i w jakości codziennego życia. Każde kolejne decyzje, które ignorują potrzeby mieszkańców, zamiast budować metropolitalny transport, pogłębiają chaos i ciągną na dno instytucje, którym powierza się zarządzanie całym regionem.

-----------

za fb:

Sebastian Piasecki
Obserwuj
14 marca ·

System FALA wciąż nawala, pieniądze podatników przepala, a teraz podwyżki cen biletów wyzwala! - ta rymowanka autorstwa radnego Andrzej Skiba to niestety gorzkie odzwierciedlenie rzeczywistości.
W 2024 roku władze miasta Gdańska, głosami Wszystko dla Gdańska i Koalicja Obywatelska w Radzie Miasta Gdańska postanowiły przeznaczyć 5 milionów złotych na utrzymanie systemu. W 2025 roku to już było 10,5 miliona, a w 2026 roku zapłacimy z naszych podatków 25 milionów na bubel, którego nie cierpią mieszkańcy!
Podobnie w województwie pomorskim - głosami Koalicji Obywatelskiej w pomorskim Sejmiku 27 milionów zostanie w tym roku przekazane na utrzymanie systemu FALA. Prawdopodobnie dziurę po tym marnotrawstwie pieniędzy mają wypełnić ostatnio wprowadzone podwyżki cen biletów na kolej metropolitalną. Płacimy za nieudolność tych władz!


----------

Wbijamszpile.pl
Obserwuj
17 marca ·

Zdaniem posła Kacpra Płażyńskiego, Marszałek Mieczysław Struk od lat firmuje System Fala. To samorząd województwa ma największe udziały w InnoBaltica. 
Ponad 300 mln zł na system, który według użytkowników „wciąż nawala”. A to jeszcze nie koniec wydatków. W tym roku kolejne 72 mln zł. Ile jeszcze? 
Dziś padł wniosek do Najwyższej Izby Kontroli. Ma być sprawdzone, jak wdrażano FALĘ, kto podejmował decyzje i czy publiczne pieniądze były wydawane gospodarnie. Bo kiedy mówimy o setkach milionów złotych, nie ma miejsca na eksperymenty.

----------

Kacper Płażyński
22 marca o 10:55 ·

Mieszkańcy Pomorza płacą i będą płacić dziesiątki milionów złotych na system FALA. Jaka kwota musi zostać przekroczona, by zakończyć ten chory projekt?! Marszałek Mieczysław Struk i prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz pakują nas w niezłe bagno zamiast wycofać się z projektu, z szacunku do naszych, podatników pieniędzy. To nie jest odpowiedzialna polityka

-----------

Wdrażanie Systemu FALA w Trójmieście. Miała być rewolucja, a jest "kloc z Gdańska"

Karolina Kurek
01 lutego 2026, 05:30

Celem funkcjonowania FALI jest połączenie różnych przewoźników w jeden wspólny system płatności, dzięki czemu pasażer nie musi korzystać z kilku aplikacji czy kas biletowych.
Można z niego korzystać przez aplikację mobilną "System FALA", stronę internetową oraz falomaty zamontowane w pojazdach i na stacjach kolejowych. Założenie konta pozwala na automatyczny dobór ulg i najkorzystniejszych taryf, jednak nie jest obowiązkowe.
Za przejazd można zapłacić również kartą płatniczą. W ostatnich latach FALA stała się głównym kanałem sprzedaży biletów okresowych w części pomorskich miast.
System FALA oficjalnie wszedł w fazę rozruchu 25 sierpnia 2023 roku w Lęborku. W następnych miesiącach był rozszerzany na kolejne miasta regionu. Od 4 sierpnia 2025 roku, bilety okresowe (gdańskie, gdyńskie i metropolitalne) są dostępne wyłącznie w aplikacji FALA.

Opinie użytkowników są podzielone. Na platformie Reddit głośnym echem odbił się wpis jednego ze studentów z Gdańska, który w ostrych słowach skrytykował aplikację.

Autor zwraca uwagę na to, że bilety okresowe, w tym popularny bilet semestralny, można obecnie kupić wyłącznie w FALI, podczas gdy wcześniej były one dostępne także w innych, jego zdaniem lepiej działających aplikacjach. Podkreśla liczne problemy techniczne, niskie oceny w sklepie Google Play oraz fakt, że trzeba się zalogować i podać numer PESEL.
Największą frustrację wywołała jednak poniżej opisana sytuacja:

"Jakieś 3-4 tygodnie temu aplikacja wywaliła przy otwieraniu błąd o pobieraniu danych. Spoko, nie mogę się dostać do biletu za 300 zł, no bo po co mi on. Próbuję reinstalować, może coś się zmieni. Po reinstalowaniu nie można zalogować się do swojego konta, aplikacja po prostu się wywala. Myślałem, że mnie złapie k******. Błąd zajął prawe tydzień do naprawy".

Pasażer poinformował, że doszło do powtórki z rozrywki: " Jak debil muszę kupować bilety jednorazowe bo ktoś sobie zadecydował, że coś, co działa jest fe i trzeba to zastąpić klocem, ale przynajmniej kloc był zrobiony w Gdańsku! Hip hip hurra".

Pod wpisem pojawiły się dziesiątki komentarzy. Internauci dzielili się podobnymi doświadczeniami, krytykowali stabilność aplikacji, wyrażali obawy o bezpieczeństwo danych, a także podawali alternatywne sposoby radzenia sobie z systemem. Nie brakowało ironii i mocnych słów. Poniżej przykładowe wpisy internautów:

"Na twoim przykładzie dam sobie wszystkie kończyny odciąć, że twój PESEL albo już fruwa w darknecie albo niedługo będzie";
"Potwierdzam g#wno nieprzeciętne";
"Wcześniej kupowałem bilety w SkyCash i gdy słyszałem o Fali, to myślałem sobie: "Kurde, pewnie ludzie trochę przesadzają z tym narzekaniem". Po wycofaniu okresowych z innych aplikacji sam musiałem się przesiąść na Falę i o matko, nie, te opinie nie były przesadzone. Ostatnio przez 2 minuty patrzyliśmy z kanarem aż mapa z widoku głównego się zsynchronizuje żebym potem łaskawie mógł przejść do zakładki bilety. Iks de";
"Ja mam bojkot Fali, dzielnie kupuję bilety jednorazowe w innej apce. Upierdliwe jak cholera, ale nie chcę tego badziewia nawet pobierać";

"Kilka protipów dla osób korzystających z biletów okresowych SKM w Trójmieście:
Jeśli jeździsz nie tylko w obrębie jednego miasta, czyli np z Gdańska do Gdyni, to nadal da się kupić okresowy na poprzednich aplikacjach (ja korzystam z JakDojade i czasem trzeba się nagimnastykować żeby kupić, wolę ten jeden raz niż codziennie podczas kontroli)
Jeśli jednak jeździsz tylko w obrębie Gdańska, to polecam przed każdą kontrolą wyłączyć wszystkie aplikacje w tle. Fala ma to do siebie, że potrzebuje strasznie dużo pamięci, by odpalić tę mapkę i to dlatego tak często się zawiesza.

Z tego, co kojarzę to nadal można kupić bilet papierowy bądź kupić na legitymację (z tym drugim kojarzę, że jest to skomplikowany proces, ale warto to tez sprawdzić)
Ja korzystałem z fali przez pierwsze 2 miesiące i potem kanar po wręczeniu mi mandatu, bo Fala się nie otworzyła, pokazał mi, że można nadal jeździć bez używania tej niedopracowanej (a to mało powiedziane) aplikacji".

Atmosferę wokół FALI dodatkowo podgrzały doniesienia medialne. Radio Gdańsk poinformowało niedawno o kradzieży danych w spółce InnoBaltica, która jest odpowiedzialna za system.
Nieoficjalnie mówi się o danych osobowych kilkuset uczniów z województwa pomorskiego, w tym informacji powiązanych z legitymacjami szkolnymi. Dane miał skopiować były pracownik spółki.


-------

Pogorzelski: czy ta fala nas zaleje? Czas pokaże, ale początki nie są dobre

Mariusz Sieraczkiewicz
09:14, 17.04.2026

Coraz głośniej mówi się na Pomorzu o tym, że system Fala to bubel, niewypał i źle wydane publiczne pieniądze. Samorządy zastanawiają się, czy dla świętego spokoju nie wycofać się z nieudanej inicjatywy.
System bardzo często nie działa, pasażerowie nie mogą dokonać zakupów biletów. W sieci huczy na temat fatalnego funkcjonowania rozwiązania, które miało być lekarstwem na korzystanie z komunikacji autobusowej, trolejbusowej, tramwajowej i kolejowej. System pochłonął miliony złotych i okazał się bublem, za który zapłacili mieszkańcy. A samorządy za te pieniądze mogły remontować drogi czy dokonać zakupów nowych autobusów.

Tczew zrezygnował z udziału w systemie FALA (inteligentny system transportowy w pomorskim) ze względu na wysokie koszty funkcjonowania, stawiając na darmową komunikację miejską.

Należy zatem spodziewać się, że kolejne samorządy pod presją niezadowolenia mieszkańców będą rezygnować z FALI.
System FALA miał być narzędziem do planowania podróży oraz płacenia za przejazdy w transporcie publicznym na terenie województwa pomorskiego.
Obejmuje on swoim zasięgiem trasy transportu kolejowego (pociągi aglomeracyjne i regionalne, czyli pociągi POLREGIO oraz PKP SKM w Trójmieście) oraz trasy komunikacji miejskiej organizowanej przez następujące miasta: Gdańsk, Gdynia, Słupsk, Władysławowo, Chojnice, Lębork, Puck, a także Wejherowo.



Gdańsk, Gdynia, Słupsk, Władysławowo, Chojnice, Lębork, Puck, a także Wejherowo.





wikipedia dla Polaków:

Wolne Miasto Gdańsk (skrótowo WMG, niem. Freie Stadt Danzig) – istniejące w okresie międzywojennym autonomiczne miasto-państwo, pod ochroną Ligi Narodów. Jego powstanie było wynikiem przegranej Cesarstwa Niemieckiego w I wojnie światowej i jednym z rozstrzygnięć traktatu wersalskiego (1919) w kwestii ustalenia granicy polsko-niemieckiej. Utworzenie Wolnego Miasta Gdańska było kompromisem, który nie zadowolił ani Polaków, ani Niemców.

[...]

Dalsze istnienie Wolnego Miasta Gdańska uznaje za fakt de iure środowisko jego obywateli zamieszkałych w Niemczech. Wybrało ono w 1947, istniejącą do dziś, Radę Gdańska (niem. Rat der Danziger), pełniącą obowiązki rządu WMG na uchodźstwie.

13 listopada 1947 r. W. Richter, przewodniczący Stowarzyszenia Obywateli Wolnego Państwa Gdańskiego, ogłosił utworzenie rządu Wolnego Miasta Gdańska na uchodźstwie. Ma on swoją siedzibę w Berlinie, a za swój główny akt prawny uznaje oryginalną Konstytucję WMG. Organ ustawodawczy, Rat der Danziger (Rada Gdańska) ma 36 członków i uważa się za reprezentanta interesów byłych niemieckich gdańszczan. Członkowie Rady są wybierani przez wysiedlonych z Gdańska i ich potomków drogą głosowania drogą pocztową. Obecnie organizacja funkcjonuje w oparciu o Związek Gdańszczan (Bund der Danziger e.V.) należący do Związku Wypędzonych.

Organizacja zwróciła się do Organizacji Narodów Zjednoczonych z prośbą o oficjalne uznanie, deportację Polaków z zajętego terytorium i pomoc w przywróceniu Wolnego Miasta. Richter ogłosił także, że stowarzyszenie zaakceptuje porozumienie ze strony społeczności międzynarodowej, które da im alternatywne terytorium będące ośrodkiem handlowym.
Minister spraw zagranicznych Polski, Władysław Bartoszewski stwierdził w 2001, że ta organizacja i podobnie do niej stowarzyszenia są postrzegane w oczach niemieckiej opinii publicznej jako rewanżystyczne i politycznie zbliżone do skrajnie prawicowej Narodowodemokratycznej Partii Niemiec.

Organizacja wnosi roszczenia do całego terytorium, które niegdyś było własnością Wolnego Miasta Gdańska. Opiera swoją zasadność na twierdzeniu, że Wolne Miasto Gdańsk było państwem neutralnym i że jego aneksja przez Niemcy w 1939 r. była nielegalna; a włączenie terytorium do Polski było efektem porozumienia innych stron niż te, które podpisały ustanawiający powstanie WMG traktat wersalski, tak więc nie miały mocy zmienić jego postanowień .



Tak naprawdę było to WMG II, bo WMG już było wcześniej - nie ma o tym ani słowa w wikipedii, musisz sam się dowiedzieć i poszukać innej strony wikipedii dla Polaków, informacje znajdziesz pod hasłem: Wolne Miasto Gdańsk (1807–1814)


en.wiki
Czyli czego nie ma w wikipedii dla Polaków:

Gdańsk miał wczesną historię niepodległości. Był czołowym graczem w Związku Pruskim, który był skierowany przeciwko Krzyżackiemu Państwu Zakonnemu Prus. Konfederacja postanowiła z królem Polski, Kazimierzem IV Jagiellończykiem, że Korona Polska zostanie objęta głową państwa zachodnich części Prus (Prus Królewskich). W przeciwieństwie do tego, Prusy Księcia pozostały polskim lennem. Gdańsk i inne miasta, takie jak Elbing i Thorn, finansowały większość wojen i cieszyły się dużą autonomią miejską.

W 1569 roku, gdy stany Królewskich Prus zgodziły się włączyć region do Rzeczypospolitej Obojga Narodów, miasto nalegało na zachowanie swojego specjalnego statusu. Bronił się podczas oblężenia Gdańska w 1577 roku, aby chronić swoje specjalne przywileje. Następnie nalegał na negocjacje, wysyłając posłów bezpośrednio do króla Polski. Położenie Gdańska jako głębokowodnego portu, gdzie Wisła łączy się z Morzem Bałtyckim, uczyniło go jednym z najbogatszych miast Europy w XVI i XVII wieku, gdyż zboże z Polski i Ukrainy były transportowane barkami w dół Wisły, by załadować je na statki w Gdańsku, skąd dalej do Europy Zachodniej. Ponieważ wielu kupców wysyłających zboże z Gdańska było Holendrami i budowali dla siebie domy w stylu holenderskim, co spowodowało, że inni Gdańscy ich naśladowali, miasto zyskało wyraźnie holenderski wygląd. Gdańsk zyskał miano "Amsterdamu Wschodu", bogatego portu morskiego i węzła handlowego łączącego gospodarki Europy Zachodniej i Wschodniej. Jego położenie, gdzie Wisła wpada do Bałtyku, prowadziło do rywalizacji różnych potęg o rządy miastem.

Chociaż Gdańsk stał się częścią Królestwa Prus po drugim rozbiorze Polski w 1793 roku, Prusy zostały następnie podbite przez Napoleona Bonaparte w 1806 roku. We wrześniu 1807 roku Napoleon ogłosił Gdańsk półniezależnym państwem klienckim Cesarstwa Francuskiego, znanym jako Wolne Miasto Gdańsk. Przetrwało siedem lat, aż do ponownego włączenia do Królestwa Prus w 1814 roku, po klęsce Napoleona w bitwie pod Lipskiem (znanej również jako Bitwa Narodów) przez koalicję obejmującą Rosję, Austrię i Prusy.


--

i drugie hasło - 1807–1814

Wolne Miasto Gdańsk (fr. Ville libre de Dantzig) – autonomiczne terytorium, obejmujące miasto Gdańsk i okolice, istniejące w latach 1807–1814. Wolne Miasto Gdańsk znajdowało się pod protektoratem Prus i Saksonii, choć faktyczny protektorat sprawowała nad nim Francja. O jego utworzeniu zdecydował podpisany 9 lipca 1807 r. pokój w Tylży. Powstanie Wolnego Miasta poprzedziło długotrwałe oblężenie Gdańska przez wojska napoleońskie. W 1813 miasto zostało ponownie oblężone, tym razem przez wojska pruskie i rosyjskie. Niemal roczne oblężenie miasta doprowadziło do ogromnych strat. 2 stycznia 1814 Francuzi poddali miasto, co de facto oznaczało koniec istnienia wolnego miasta. Na kongresie wiedeńskim w 1815 zdecydowano o likwidacji Wolnego Miasta Gdańska.

----



Rząd przyjął ustawę metropolitalną dla Pomorza

Ewelina Oleksy
8 kwietnia 2026, godz. 14:20

Po 10 latach starań pomorskich samorządowców Rada Ministrów na swoim posiedzeniu 8 kwietnia przyjęła projekt ustawy metropolitalnej dla Pomorza. Nie oznacza to jeszcze jednak pełnego sukcesu. By dokument był obowiązujący, musi go jeszcze przyjąć Sejm i Senat, a na końcu zaakceptować prezydent RP. 
- Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby wetować tak dobry projekt, jak ten dotyczący metropolii - mówił premier RP Donald Tusk.
Temat ustawy metropolitalnej dla Pomorza to niekończąca się historia od 10 lat. Już w 2016 r. samorządy Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot rozpoczęły starania o prawne usankcjonowanie współpracy metropolitalnej na Pomorzu. 
Związek metropolitalny łączy gminy, miasta i powiaty. Daje możliwość wspólnego realizowania zadań, tj.: planowanie inwestycji, zapewnienie połączeń autobusowych i kolejowych oraz promocję miast i gmin jako jednego organizmu. Ustawa metropolitalna to także bardziej dynamiczny rynek pracy, bogatsza oferta kulturalna i edukacyjna.

- Wszyscy liczmy na to, że jeszcze przed wakacjami będziemy mieć w końcu przyjętą ustawę metropolitalną - zaznacza Piotr Borawski, wiceprezydent Gdańska.
Prezydent Sopotu Magdalena Czarzyńska-Jachim, prezes Rady Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot, podkreśla, że dzisiejsza decyzja Rady Ministrów to "zielone światło dla setek tysięcy mieszkańców Pomorza".


-------

za fb:

Jakub Łoginow - dziennikarz morski o transporcie
15 kwietnia o 12:32 ·

To jedna z najważniejszych decyzji dla pomorskiego transportu – rząd przyjął projekt Metropolii Pomorskiej. Trudno tej idei nie kibicować, bo wiąże się z nią obietnica transportowej normalności – wspólnego zarządu transportu publicznego dla Gdańska i Gdyni, wspólnego biletu na transport publiczny i niższych cen biletów, które na Pomorzu wskutek decyzji Mieczysława Struka są już droższe, niż w bogatych Niemczech i Austrii.

Jak jednak słusznie zauważyli komentatorzy, przyjęty przez rząd projekt ma pewne fundamentalne wady, w postaci braku partycypacji społecznej. 

Oto powstaje – i słusznie – dawno oczekiwany, nowy szczebel samorządu decydujący o fundamentalnych sprawach życia codziennego – i władze tego „samorządu” będą z nominacji partyjnej jak nie przymierzając naczelnicy miejskich rad narodowych w PRL, a nie z wyborów powszechnych. To się nie może udać i musi zostać poprawione w Sejmie i Senacie, inaczej skończy się zapewne vetem prezydenta.


---





Cesarstwo Niemieckie nadal istnieje:


II Rzeczpospolita nadal istnieje:


to najprawdpopodobniej WMG II też istnieje, a jeśli nie istnieje to zaraz powstanie - ale nie jako WMG, tylko jako: 

METROPOLIS...




Jesteśmy nadal w 1939 roku.


























facebook.com/search/top/?q=system%20fala
pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Miasto_Gdańsk
innpoland.pl/219919,wdrazanie-systemu-fala-w-trojmiescie-miala-byc-rewolucja-a-jest-kloc-z-gdanska
dziendobrypomorze.pl/pl/707_samorzad/82623_pogorzelski-czy-ta-fala-nas-zaleje-czas-pokaze-ale-poczatki-nie-sa-dobre.html
innpoland.pl/222559,fala-topi-pomorze-to-najdrozsze-przejazdy-koleja-w-polsce-i-najgorszy-system-biletowy


pl.wikipedia.org/wiki/Rząd_Wolnego_Miasta_Gdańska_na_uchodźstwie
pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Miasto_Gdańsk#Sytuacja_polityczna_i_prawna_po_1945
pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Miasto_Gdańsk_(1807–1814)
netka.gda.pl/w-tczewie-na-kociewiu-znajduje-sie-jeden-z-najwiekszych-w-europie-zbior-kamieni-granicznych-wolnego-miasta-gdanska/

facebook.com/search/top/?q=system%20fala

youtube.com/watch?v=5mXh8ocjfPw
facebook.com/MetropoliaGGS/posts/o-ustawie-metropolitalnej-w-radio-gdańskmagdalena-czarzyńska-jachim-prezydentka-/1355167103312418/




trojmiasto.pl/wiadomosci/Rzad-przyjal-ustawe-metropolitalna-dla-Pomorza-n217688.html
zawszepomorze.pl/artykul/26083,metropolia-na-pomorzu-coraz-blizej-prawdziwa-praca-dopiero-przed-nami




wtorek, 10 marca 2026

Mydło z ludzi





Komentarz do filmu, który 4 lutego został umieszczony na stronie fb: "rozczytani".

facebook.com/watch/?ref=saved&v=1640858237273132


Film ten na dzień 17 lutego uzyskał blisko 2,5 tysiąca lajków i 146 tys. wyświetleń
Opis pod filmem jest następujący:

W czasie II wojny światowej nie istniała żadna fabryka produkująca mydło z ludzkich ciał. Nie ma na to dokumentów, rozkazów ani dowodów potwierdzających przemysłową produkcję takiego „mydła”.
Mydło jednak pojawia się w tej historii, ale w zupełnie innej formie, niż funkcjonuje to w powszechnej świadomości.
Po pierwsze: istniało wojenne mydło oznaczone skrótem RIF, które było zwykłym, niskiej jakości produktem zastępczym. Skrót ten bywał błędnie interpretowany, co sprzyjało powstawaniu i utrwalaniu mitu.
Po drugie: w Gdańsku przeprowadzono pojedynczy, pseudonaukowy eksperyment z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu. Nie była to produkcja, nie miała znaczenia przemysłowego ani praktycznego i została po wojnie jednoznacznie oceniona jako zbrodnia.
Prostowanie tego mitu nie jest próbą łagodzenia obrazu nazistowskich zbrodni. Przeciwnie. Oddzielanie faktów od fałszu jest konieczne, by mówić o Zagładzie rzetelnie i uczciwie.
Historia nie potrzebuje sensacyjnych uproszczeń. Potrzebuje precyzji.



Kto twierdzi, że "mydło" z ludzi miało "znaczenie przemysłowe"? Nikt tak nie twierdzi, ja przynajmniej nic o tym nie wiem.

Skąd autor/ka opisu wie, że "przeprowadzono pojedynczy, pseudonaukowy eksperyment z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu" ? 

Tego nawet badacze nie wiedzą. To SKĄD ta pani to wie?


Wg wyników badań do "mydła" z ludzkiego tłuszczu dodano kaolin - czyli materiał ścierny, co sugeruje wykorzystanie praktyczne (do czyszczenia, mycia) i tym samym potwierdza zeznania świadków. Wg ustaleń IPN "Pierwszą partię wyprodukowano z 75 kg tłuszczu" - co dało ok. 10 kg "mydła". A więc na pewno nie był to pojedyńczy przypadek, a ilość nie była "incydentalna"...
Ponadto - w pomieszczeniu, na ścianie wisiała receptura na "mydło" - tak jakby korzystano z niej dłuższy czas - wg zeznań trwało to przynajmniej kilka miesięcy.
Wg komunikatu IPN - "mydło" było produkowane "w celach użytkowych".

Jeżeli faktycznie, jak twierdzi autorka, był to "pojedynczy, pseudonaukowy eksperyment" , to w jakim celu wyprodukowano 10 - 20 kg "mydła" z tłuszczu ludzkiego? Co było celem eksperymentu trwającego wiele miesięcy i wymagającego - dużej ilości zwłok, maszyn do "obrabiania" ciał, w jakim celu krojono uzyskane "mydło" na kostki? 


"W czasie II wojny światowej nie istniała żadna fabryka produkująca mydło z ludzkich ciał"
Tego nie wiemy na pewno, na tym blogu tropię różne sprawy... 

"Po drugie: w Gdańsku przeprowadzono pojedynczy, pseudonaukowy eksperyment z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu. Nie była to produkcja, nie miała znaczenia przemysłowego ani praktycznego i została po wojnie jednoznacznie oceniona jako zbrodnia."

W filmie padają słowa: "służyło do mycia powierzchni oraz stołów sekcyjnych" - więc wymiar praktyczny był - opis pod filmem nie zgadza się z treściami z filmu.

To nie był eksperyment, tylko zbeszczeszczenie zwłok.
Zbeszczeszczenie zwłok to przestępstwo, a nie zbrodnia.



Kto twierdzi, że "mydło" z ludzi było przez Niemców produkowane na "przemysłową", "masową" skalę?

Jest to opinia osób asystujących przy tej produkcji - poniżej zamieszczam wątki, z których to wynika.



Jeszcze tylko dla przypomnienia:
fabryka
 [łac. fabrica ‘warsztat rzemieślniczy’], ekon. forma organizacji produkcji przemysłowej oparta na pracy maszyn;
historycznie powstanie fabryk oznaczało przejście od rękodzielniczej produkcji manufaktur do produkcji zmechanizowanej, opartej na wynalazkach technicznych (rewolucja przemysłowa); wprowadzanie nowych technologii, komputeryzacja, postępująca integracja procesów powoduje, że zmienia się zarówno organizacja samego procesu wytwórczego, jak i sposobu zarządzania nim; na coraz szerszą skalę są wprowadzane nowoczesne rozwiązania techniczno-organizacyjne, które zmieniają obraz współczesnej fabryki, np. elastyczne systemy produkcyjne czy metoda technologii grup.

„na masową skalę”: licznie, masowo, w dużych ilościach


Stanowisko IPN z 2004 roku i wynik badań z 2006 roku :


W kwietniu 1945 r. bezpośrednio po zajęciu Gdańska przez armię radziecką przedstawiciele polskiej administracji przystąpili do zabezpieczania budynków i mienia szeregu miejscowych instytucji w tym i Akademii Medycznej. Szczególne zainteresowanie wzbudził stan pomieszczeń Instytutu Anatomii. Zdaniem specjalistów odkryto dowody dające podstawy do podejrzeń, iż prowadzono w nim działalność nie mającą nic wspólnego z pracą naukową i dydaktyczną. Hipotezy te potwierdził laborant Aleksy Opiński były pracownik Akademii, który wrócił do pracy i oświadczył, iż w Instytucie wytwarzano mydło z tłuszczu ludzkiego. O fakcie tym poinformowano między innymi radziecką komendanturę miasta. Tam przypomniano sobie, iż wcześniej zgłosił się do niej Zygmunt Mazur preparator zatrudniony w Instytucie Anatomii, który zaofiarował gotowość wznowienia wytwarzania mydła z tłuszczu ludzkiego. Wówczas nie potraktowano go poważnie i odprawiono. Później polskie organy bezpieczeństwa podjęły jednak decyzję o jego zatrzymaniu. Równocześnie zatrzymano A. Opińskiego i podczas przeszukania jego mieszkania zabezpieczono kostki „mydła”. Następnie trzy komisje składające się z przedstawicieli władz polskich i armii radzieckiej z udziałem biegłych z zakresu medycyny sądowej dokonały szczegółowych oględzin budynków Instytutu w dniach 4, 13 i 16 – 17 maja 1945 r. 

W trakcie tych ostatnich ustalono liczbę ciał na 148, z których 82 pozbawione były głów. Dodatkowo odkryto 89 głów i bardzo dużą liczbę fragmentów zwłok oraz kości zalegających wszystkie pomieszczenia. Przeprowadzono sekcję zwłok - oględziny 18 trupów i ustalono, iż 15 osób zmarło śmiercią gwałtowną (8 przez zgilotynowanie, 4 przez uduszenie i 3 w wyniku ran głowy zadanych tępym narzędziem). Zabezpieczono płaty skóry, kostki, półprodukt i recepturę „mydła”, ale nie udało się odnaleźć dokumentów związanych z ewidencjonowaniem pozyskiwanych zwłok. W dniu 8 maja sporządzono uzupełniającą, szczegółową dokumentację fotograficzną.

Podczas przesłuchania Zygmunt Mazur podał, iż prof. R. Spanner polecił gromadzić tłuszcz ludzki uzyskany podczas sekcji i preparowania zwłok od jesieni 1943 r. Pierwszą partię wyprodukowano z 75 kg tłuszczu według receptury uzyskanej od asystentki profesora w lutym 1944 r. Uzyskany produkt zabrał prof. R. Spanner. Wytwarzanie mydła było trzymane w tajemnicy i wiedzieli o tym jedynie niektórzy zaufani pracownicy Instytutu. Było ono używane do mycia rąk, stołów sekcyjnych i innych prac porządkowych. Jego jakość i walory użytkowe nie budziły zastrzeżeń. Jedyną wadą był nieprzyjemny zapach, dlatego prof. R. Spanner próbował dodawać substancje zapachowe, np. olejek migdałowy. Druga partia mydła miała zostać wyprodukowana w lutym 1945 r. a więc już po wyjeździe dyrektora Instytutu do Halle. Zygmunt Mazur zmarł na tyfus w gdańskim szpitalu w dniu 10.07.1945 r.

Zabezpieczone próbki „mydła” i płaty skóry zostały poddane badaniom w Instytucie Ekspertyz Sądowych w Krakowie i Państwowym Zakładzie Higieny w Łodzi. Biegli w wydanych opiniach zidentyfikowali substancje jako mydło lub jego półprodukt, a skórę jako ludzką nie poddaną procesowi garbowania. Stan wiedzy nie pozwalał jednak wówczas na identyfikację tłuszczu będącego składnikiem „produktu”.



W Gdańsku produkowano w czasie wojny mydło z tłuszczu ludzkiego


13-10-2006

W Instytucie Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku, prowadzonym przez niemieckiego prof. Rudolfa Spannera, produkowano podczas II wojny światowej dla celów użytkowych mydło z tłuszczu ludzkiego — wynika z zakończonego śledztwa Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku.

Dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Witold Kulesza powiedział w piątek podczas konferencji prasowej, że potwierdziły się tym samym fakty podane w książce Zofii Nałkowskiej Medaliony.

[...]

Prowadzone od września 2002 r. przez gdański IPN śledztwo wykazało, że mydło wyrabiane przez prof. Spannera było używane do mycia pomieszczeń i stołów sekcyjnych. Z racji tego, że jednak miało brzydki zapach — jak zeznawali świadkowie — zaczęto dodawać do niego olejek migdałowy. Ustalono, że ekipie Spannera udało się wyprodukować od kilkunastu do kilkudziesięciu kilogramów mydła z ludzkich zwłok.

Śledczym z gdańskiego IPN udało się dotrzeć do produkowanego przez Spannera mydła, które było jednym z dowodów rzeczowych zbrodni hitlerowskich podczas procesu w Norymberdze między listopadem 1945 r. a październikiem 1946 r. Okazało się, że słoik z mydłem przechowywany jest obecnie wraz z całą dokumentacją procesu norymberskiego w archiwum Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze.

Badania próbki zachowanego kawałka mydła przeprowadził prof. Andrzej Stołyhwo ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) w Warszawie, specjalizujący się w chemii tłuszczów.

Stołyhwo wyjaśnił podczas konferencji prasowej, że w trakcie wytapiania ludzkich zwłok dokonywanego np. w celu uzyskania kości na potrzeby edukacyjne dla studentów medycyny, mydło z tłuszczu ludzkiego powstaje w sposób naturalny.

Ekspertyza próbki mydła z archiwum Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze wykonana przez Stołyhwo wykazała jednak, że dodano do niego kaolin. Ten środek ścierny sprawia, że mydło może być stosowane do celów użytkowych. „Dla mnie jest to naruszenie zasad etycznych” — dodał profesor warszawskiej SGGW.

Prokurator Piotr Niesyn z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku powiedział, że w trakcie dochodzenia dotyczącego działalności Spannera zgłosiło się ponad 20 nowych świadków, m.in. b. polscy żołnierze, milicjanci i więźniowie z obozu koncentracyjnego Stutthof. Śledczy dysponowali także m.in. dokumentacją z oględzin Instytutu Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku, przeprowadzoną przez komisję polsko-radziecką tuż po wyzwoleniu Gdańska wiosną 1945 r.

W trakcie śledztwa od jednego z trójmiejskich dziennikarzy IPN otrzymał także kostkę mydła o brązowym kolorze pochodzącego z Instytutu Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku. Dziennikarz dostał to mydło od nieżyjącego już pracownika tej placówki. Zbadane przez prof. Stołyhwo wykazało podobne właściwości chemiczne jak próbki z Hagi. (PAP)






Zofia Nałkowska - "Medaliony"

"Profesor Spanner"


- słowa o "fabryce" mogą się wiązać z ilością trupów, jakie znaleziono w Instytucie:

"Mijaliśmy jeden za drugim baseny pełne trupów, a obaj cudzoziemscy panowie szli także i także patrzyli. Byli lekarzami i lepiej od nas rozumieli, co to znaczy. Na potrzeby Instytutu Anatomicznego przy uniwersytecie wystarczyłby zapas czternastu trupów. Tu było ich trzysta pięćdziesiąt."


- fabryka "mydła" z tłuszczu ludzkiego:

"Po południu wezwaliśmy obu starych profesorów-lekarzy, kolegów Spannera, na przesłuchanie. Rozmowy odbyły się w obrębie terenu ich pracy, w pustej salce jednego z gmachów szpitalnych.
Obaj — badani z osobna — oświadczyli, że o istnieniu budynku, mieszczącego ukrytą fabrykę mydła, nie było im nic wiadomo. Oglądali ją tego rana po raz pierwszy i widok ten wywarł na nich wstrząsające wrażenie."


- produkcja przemysłowa opiera się na zastosowaniu maszyn - opis na podstawie zeznania  - i samo zeznanie osoby asystującej przy produkcji "mydła" z tłuszczu ludzkiego:

Ta oficyna była wykończona w roku 1943 na Palarnię. Spanner wtedy postarał się o maszyny do oddzielania mięsa i tłuszczu od kości. Z kości miały być robione kościotrupy. W roku 1944 profesor Spanner kazał, żeby studenci odkładali tłuszcz z trupów osobno. Co wieczór po skończeniu kursów, jak studenci odeszli, robotnicy zabierali talerze z tłuszczem. Były też talerze z żyłami i z mięsem. Więc mięso wyrzucali albo palili. Ale ludzie w mieście skarżyli się policji, więc wtedy profesor kazał, żeby palili w nocy, bo za duży smród był.

Studenci mieli także powiedziane, żeby skórę całkiem czyściutko już odjąć, później tłuszcz czysto, później — według książki preparatorskiej — muskuły aż do kości. Tłuszcz wybierany przez robotników z talerzy później zostawał leżeć całą zimę, a później, jak studenci wyjeżdżali, był przez pięć — sześć dni wyrobiony na mydło.

— Mydło z receptu zawsze się udawało. Tylko raz się nie udało. To ostatnie, co leżało w Palarni na stole, ono nie jest udane. Produkcja mydła odbywała się w Palarni. Kierował produkcją sam doktor Spanner ze starszym preparatorem von Bergenem. Z tym, co jeździł po trupy. Czy jeździłem z nim? Tak jest. Jechałem tylko dwa razy. I do więzienia w Gdańsku też raz.

Trupy przywozili naprzód z domu wariatów, ale później nie starczyło tych trupów. Wtedy Spanner napisał wszędzie do burmistrzów, żeby trupów nie grzebać, tylko że przyśle po zwłoki Instyt. Przywozili ze Stutthoffu, z obozu, z Królewca na śmierć skazanych, z Elbląga, z całego Pomorza. Dopiero jak w gdańskim więzieniu wystawili gilotynę, to już było dosyć trupów…

Przeważnie to były trupy polskie. Ale raz byli i wojskowi niemieccy, ścięci w więzieniu podczas uroczystości. A raz przywieźli cztery czy pięć trupów i nazwisko było rosyjskie."

"O produkcji mydła miał nikt nie wiedzieć. Spanner zabronił mówić nawet studentom."

"Ale na co dzień dostęp do produkcji miał szef, starszy preparator, ja i dwóch robotników, Niemców. Mydło gotowe brał doktor Spanner i on nim dysponował."

" Wtedy musieliśmy pokrajać… I Spanner zamknął mydło na klucz. Tam było nie samo mydło, maszyna tam stała. Chodziliśmy w pięciu. A inni musieli prosić o klucz, gdy chcieli wejść.
— Dlaczego to był sekret?
Nad tym zastanawia się dłużej. Pragnie odpowiedzieć wedle najlepszej swej wiedzy.
— Może się Spanner bał albo co… — rozważa w skupieniu. — Moja myśl jest taka, że gdyby się ktoś dowiedział cywilny w mieście, to może by był z tego jaki bałagan…"

"— Co studenci?… Tak jak my. Każdy się bał tym mydłem myć na początku… Obrzydzenie było do tego mydła. Zapach miało niedobry. Profesor Spanner bardzo się starał, żeby ten zapach ustał. On pisał do chemicznych zakładów, żeby przysyłali olejki. Ale zawsze czuć było, że to nie takie mydło.
— Owszem, mówiłem w domu… Z początku nawet jeden kolega widział: miałem dreszcz, że można się tym myć. W domu mama też się obrzydzała. Ale się dobrze mydliło, więc go używała do prania. Ja się przyzwyczaiłem, bo było dobre…"

"Na zapytanie, czy znając Spannera z jego działalności naukowej, mogli byli przypuścić, iż jest to człowiek zdolny do wyrabiania mydła z ciał umarłych skazańców i jeńców, każdy jednak odpowiedział inaczej. [...]
— Tak, mogłem był to przypuścić, gdybym wiedział, że taki otrzymał rozkaz. Było bowiem wiadomo, że był karnym członkiem partii. [...]
— Owszem, mogłem to przypuścić. Z tego mianowicie powodu, że Niemcy przeżywały wówczas wielki brak tłuszczów. Więc wzgląd na stan ekonomiczny kraju, na dobro państwa, mógł go do tego skłonić."



Więc kto twierdzi, że "mydło" z ludzi było przez Niemców produkowane na "przemysłową", "masową" skalę? Jest to opinia osób asystujących przy tej produkcji.



Dzisiaj słowa "fabryka", "masowość" i "produkcja przemysłowa" kojarzy się nam z potężnymi gabarytowo fabrykami, zajmującymi często hektary powierzchni i tysiącami, milionami takich samych produktów schodzącymi z taśmy produkcyjnej.

Z noweli Naukowskiej wynika, że produkcja Rudolfa Spannera miała charakter próbny - domyślamy się, że jego celem było opracowanie procedur i recept pozwalających na produkcję "mydła" z ludzi na o wiele większą skalę - być może tak było, ale nie ma na to dowodów.


W przypadku terminu: "fabryka produkująca mydło z ludzkich ciał" chodzi o to, że NIKT nie zajmuje się produkcją takiego "mydła", prawdopodobnie nikt przed Spannerem nie robił tego, a już na pewno nie na taką skalę, jak on - dla przeciętnego człowieka jest to nie do pomyślenia, żeby można było ludzkie zwłoki przerabiać na mydło służące do higieny, prania czy sprzątania.


10 kg mydła (wyprodukowane z 75 kg tłuszczu) podzielone na kostki 200 g daje nam - 50 kostek x2 partie = ~ 100 kostek, standardowa kostka dzisiaj ma ok. 100 g - to daje 200 kostek.

Porównując skalę:

 - nie robienie mydła z ludzi od początku ludzkości = 0 kostek mydła
-  robieniem mydła z ludzi przez kilka miesięcy = 200 kostek mydła 

można uznać, że była to produkcja jak w fabryce...


Jest to niewyobrażalne w przypadku - jednej kostki takiego mydła, w przypadku dziesięciu kostek takiego mydła i oczywiście w przypadku setek ciał przerobionych na mydło.

Fakt, że istniała zaplanowana praca, prowadzona systematycznie na - relatywnie - znacznych ilościach zwłok służących do wyrabiania "mydła" z tłuszczu ludzkiego i z zastosowaniem maszyn, które te prace miały usprawniać i przyspieszać - skłania nas do opini, że była to produkcja przemysłowa i masowa. 





Poniżej film i transkrypcja filmu z fb. Polecam obejrzeć film i zastanowić się nad swoimi odczuciami, dopiero potem przeczytać moją opinię.






Zwracam uwagę na dobór słownictwa, akcentowanie, zmiany intonacji - emocjonalnie, obojętnie, rzeczowo, a także przyspieszoną mowę w danym zakresie treści.


Tak naprawdę całe pokolenia dały się oszukać
, bo nigdy nie było produkcji mydła z ludzkiego tłuszczu na masową skalę. 

Prawie każdy z nas miał w szkole jako lekturę "Medaliony" Zofii Nałkowskiej. I w jednym z utworów zawartych w "Medalionach", a konkretnie w "Profesorze Spannerze", dowiadujemy się, że w czasie II wojny światowej, w Gdańsku Niemcy mieli fabrykę, fabrykę mydła z ludzkiego tłuszczu i do produkcji tego mydła służyły ciała więźniów obozów. 

1 stycznia 1940 roku profesor Rudolf Spanner został dyrektorem Instytutu Anatomii w Gdańsku i prawie natychmiast zaczął skupować ciała. Do Instytutu Szpanera trafiały m.in. ciała osób skazanych na śmierć i straconych w więzieniach w Gdańsku, Elblągu czy Królewcu, więźniów obozu koncentracyjnego Stutthof, czy wreszcie pacjentów szpitala psychiatrycznego w Kocborowie niedaleko Starogardu Gdańskiego. 

zmiana tonu na "jest mi przykro"
Bo trzeba pamiętać, że dla władz III Rzeszy pacjenci szpitali psychiatrycznych byli elementem niepożądanym w społeczeństwie i się ich po prostu pozbywano. 

i dalej bez emocji - za to dość rzeczowo, jak o trywialnych zakupach, sprawunkach typu chleb, masło i mleko...

Początkowo Instytut płacił około 15 marek za ciało, z czego 5 marek trafiało do pracowników kocborowskiego zakładu psychiatrycznego, natomiast później tę kwotę obniżono do 9 marek, z czego 4 trafiały do pracowników, a reszta do kasy szpitala. 

Jednak po co skupowano te ciała? Był to Instytut Anatomii, czyli po prostu ciała preparowano, a następnie robiono z nich materiały podglądowe, preparaty czy wreszcie całe szkielety, na których później mogli się np. uczyć studenci. 

Pierwszą partię mydła z ludzkiego tłuszczu wytopiono w lutym 1944 roku, a tłuszcz na produkcję tego mydła zbierano przez 5 miesięcy, od września 1943 roku. Uzbierano w ten sposób od 70 do 80 kg tłuszczu z około 400 ciał, z czego finalnie udało się zrobić 25 kg mydła. 

przepraszająco? 
I to mydło nie było skierowane na sprzedaż, nie było również przeznaczone do użytku przez ludzi, ono służyło do mycia powierzchni oraz stołów sekcyjnych w Instytucie. 



30 stycznia 1945 roku profesor Spanner, bojąc się nadciągającego frontu, wyjeżdża z Gdańska, zostawiając wszystko, co mogłoby mu przeszkodzić w podróży, czyli preparaty, badania naukowe czy książki. Jednak zupełnie się nie ukrywał, pracował jako lekarz, przeniósł się do Hamburga. 

W maju 1947 roku został przypadkiem rozpoznany przez sąsiadów z kamienicy, którzy po prostu śledzili procesy norymberskie, został przesłuchany przez sąd i policję, ale finalnie oczyszczony z zarzutów co umożliwiło mu powrót do pracy lekarza.

zwróć uwagę, że w następnym wątku przyspiesza - w jakim celu? moim zdaniem takie przyspieszenie nie pozwala skupić się na treści, nie pozwala analizować tego, co się słyszy, a jednocześnie słuchamy uważniej, by niczego nie przegapić - to mocniej utrwala się w pamięci - więc taki obraz Spannera ma nam pozostać w głowie? Przypomina mi się tekst z wikipedii o Forsterze - patrz uwagi poniżej.
zwracam też uwagę na nagromadzenie szczegółów: zawsze ... w za dużym... bardzo często nie używa rękawiczek  czyli opinię o Spannerze jako ekscentrycznym profesorze "potwierdzają" pewne banalne szczegóły - i są tu wymienione...


Pracował we Fryburgu, a następnie w Kolonii, miał bardzo dobry kontakt ze swoimi studentami z którymi spotykał się w kawiarence, która nawet w latach 50 miała taką nieoficjalną nazwę Kafeszpaner. 
Studenci uważali go za wiecznie zamyślonego profesora, który zawsze chodzi w za dużym fartuchu i bardzo często nie używa rękawiczek podczas przeprowadzania tekstów.
Zmarł w spokoju na zawał w 1960 roku, do końca życia utrzymując, że jest niewinny i Niemcy tak naprawdę nigdy nie wykorzystywali zębów czy na przykład włosów więźniów, co jest oczywiście kłamstwem.

wraca do poprzedniego tempa
Szalona popularność opowiadań Naukowskiej i to, że z miejsca stały się one lekturą szkolną sprawia, że kolejne pokolenia ludzi do dziś wierzą w to, że Niemcy mieli fabrykę, w której tworzyli na przemysłową skalę mydło z ludzi i że to mydło było w powszechnym użyciu.







---------


I mój komentarz do sprawy:



Zmarł w spokoju na zawał w 1960 roku, do końca życia utrzymując, że jest niewinny i Niemcy tak naprawdę nigdy nie wykorzystywali zębów czy na przykład włosów więźniów, co jest oczywiście kłamstwem.

To mi przypomina mój tekst z 2015 r. : Skarb Hitlera, skarb Forstera . . . o zapisach w wikipedii wybielających kata Pomorza - Forstera, tu mamy podobnie, a pisałem wtedy:


Jak widać - ta historia nie skończyła się źle. 
Autor notatki nie zachowuje  c h r o n o l o g i i   i na koniec opisuje nam same przyjemne rzeczy, tak, aby Forster nie kojarzył nam się źle, a może nawet zapamiętamy go dobrze - albowiem taka jest psychika człowieka, że to, co człowiek usłyszy lub przeczyta na końcu - to najbardziej utkwi mu w pamięci.
Temat o zbrodniach wojennych i sądach został zakończony, następują przyjemne wręcz sielankowe wpisy: do dzisiaj istnieje jego dom, niewielki jednorodzinny, z rodziną, komfortowa willa z ogrodem, rezydencja Forsterówka.
Na koniec uwaga o tym, że wg pewnych źródeł nie został stracony, ale żył sobie w  domu do naturalnej śmierci.


Podobne? Oczywiście... nawet bardzo.



----------

Zmarł w spokoju na zawał w 1960 roku, do końca życia utrzymując, że jest niewinny i Niemcy tak naprawdę nigdy nie wykorzystywali zębów czy na przykład włosów więźniów, co jest oczywiście kłamstwem.

co tu jest nie tak? dlaczego to jest takie niestylistyczne, nieuporządkowane, NIE NA TEMAT, nagle emocjonalne - i to na stronie opisanej jako "rozczytani", co sugeruje, że osoba na filmie dużo czyta, a po takiej osobie czytającej można się spodziewać wypowiedzi poprawnie skonstruowanej - czemu taki nagły zwrot "i Niemcy..." ? w dodatku - ta osoba ewidentnie czyta z kartki, albo promptera, więc tekst był wcześniej przygotowany - warto o tym pamiętać także ze względu na akcentowania i przypieszenia/ zwolnienia podczas czytania - w jakim celu to stosuje?

wg mnie:

najpierw było takie zdanie:

Zmarł w spokoju na zawał w 1960 roku, do końca życia utrzymując, że Niemcy tak naprawdę nigdy nie wykorzystywali zębów czy na przykład włosów więźniów, co jest oczywiście kłamstwem.

w tekście o mydle z ludzkiego tłuszczu nagle pojawia się wątek o włosach i zębach - skąd taka nagła zmiana tematu? przecież Spanner nie był uwikłany w pozyskiwanie włosów i złotych zębów ofiar obozów koncentracyjnych, to niemal zupełnie odmienny temat - to skąd ten wątek?
do czego to jest potrzebne?

to zdanie jest prawdziwe, tzn. zawiera prawdę: wiemy dobrze, że Niemcy wykorzystywali włosy więźniów i zęby też - ale złote zęby, bo zębów zasadniczo to nie! Złote zęby to też zęby. Więc to zdanie jest tak sformułowane, że zgadzamy się z mówczynią: Spanner kłamał, że Niemcy nie wykorzystywali zębów i włosów! To jest oczywiście kłamstwo.

- a potem w środku tego zdania dodano wtręt:  "jest niewinny"


Mamy więc na koniec filmu do czynienia ze zdaniem prawdziwym, które jest rozbudowane - składa się z blisko 30 wyrazów (znowu 30...) i w związku z tym słuchając na bierząco wypowiedzi  nie do końca jesteśmy w stanie ocenić, czy wszystko w tym zdaniu jest prawdziwe, bo nie nadążamy za treścią, ale ostatnie sformułowania rozumiemy, bo temat włosów i zębów ZNAMY np. ze szkoły, a w dodatku intonacja mówczyni pomaga nam to wychwycić.

I w to zdanie, z którym się zgadzamy, włożono krótką frazę  "jest niewinny".

Rozumiesz?

i wtedy po tym zdaniu, z którym się zgadzasz - "jest niewinny" - pada zdanie:

Szalona popularność opowiadań Naukowskiej i to, że z miejsca stały się one lekturą szkolną sprawia, że kolejne pokolenia ludzi do dziś wierzą w to, że Niemcy mieli fabrykę, w której tworzyli na przemysłową skalę mydło z ludzi i że to mydło było w powszechnym użyciu.


rozbiję to na dwa:
kolejne pokolenia ludzi do dziś wierzą w to, że Niemcy mieli fabrykę, w której tworzyli na przemysłową skalę mydło z ludzi i że to mydło było w powszechnym użyciu.

to jest nieprawda - ludzie w to nie wierzą, ludzie tak nie uważają
gdyby było zapisane:

kolejne pokolenia ludzi do dziś wierzą w to, że Niemcy mieli fabrykę, w której tworzyli mydło z ludzi i że to mydło było w użyciu.

to tak, to trzeba się z tym zgodzić, że ludzie w to wierzą - wierzą, bo tak było, co udowodnili śledczy i naukowcy

więc pani mówi nie na temat - po prostu wypowiada fałszywą opinię na ten temat - pamiętamy mój post z 2025 r: Wypowiedź literacka, czyli wikipedia, czym innym są fakty, a czym innym narracja lub czyjaś opinia sfromułowana w postaci - wypowiedzi literackiej

Fałszywą narrację wzmacnia pierwsze słowo z tej wypowiedzi:
Szalona popularność opowiadań Naukowskiej i to, że z miejsca stały się one lekturą szkolną 

Szalona:
1. pejor. «osoba nieopanowana i niezrównoważona»
2. «osoba chora umysłowo»

Łatwo się pomylić na poziomie podświadomym i słowo "szalona" odnieść do samej Naukowskiej, wtedy wypowiedź mówiła by, że "szalona Naukoska sprawiła, że pokolenia ludzi wierzą w niemprawdę" 

[Nie chcę pisać zdań zawierających nieprawdę, więc celowo robię błędy jw.]


Autorka podaje nam fałszywą tezę - fałszywą, bo używa zwrotów: masową, na przemysłową skalę, powszechnym

Tak naprawdę całe pokolenia dały się oszukać, bo nigdy nie było produkcji mydła z ludzkiego tłuszczu na masową skalę. 
kolejne pokolenia ludzi do dziś wierzą w to, że Niemcy mieli fabrykę, w której tworzyli na przemysłową skalę mydło z ludzi i że to mydło było w powszechnym użyciu.



i na tej podstawie tworzy film, który jakoby demaskuje tę nieprawdę, zawartą w tych zdaniach twierdząc, że "to nie było tak" i "rozprawia" się z tymi
swoimi fałszywymi tezami - pod koniec wypowiedzi w jedno ze zdań wkładając słowa: 
"jest niewinny"...

Przypomina mi to mój tekst z 2019 r. Na tropie kłamstwa - zamach pod Starogardem - tam było podobnie, na początku redaktorzy stawiają fałszywą tezę, a potem dorabiają do tego swoje hipotezy, bełkocą bez ładu i składu cały artykuł, by na koncu tryumfalnie ogłosić fałszywe - i urojone przez siebie - pseudoodkrycie...




Każde słowo i każdy obraz zapada do ludzkiej podświadomości, a ta pani produkuje treści jak profesjonalna fabryka.

Polecam przyglądać się tej stronie i czytać/ analizować także komentarze, bardzo często starannie wycyzelowane...














Język ma znaczenie.





wikipedia dla Polaków:

Eksperymenty medyczne i pseudomedyczne w Auschwitz – zbrodnicza działalność w obozie Auschwitz-Birkenau, wykonywana przez niemieckich lekarzy, w znacznej części należących do SS.

Traktowali oni więźniów jako łatwo dostępny i tani materiał doświadczalny, prowadzili oni eksperymenty z zakresu medycyny, patologii i genetyki. Badania te wynikały i służyły ideologicznym celom nazistowskiej teorii rasizmu oraz sprzeniewierzały się zupełnie zasadom etyki lekarskiej, której podstawy są zawarte w przysiędze Hipokratesa.

W obozie utworzono zbiór szkieletów 86 więźniów różnych typów antropologicznych, wieku i płci (29 kobiet i 57 mężczyzn), którzy zostali wyselekcjonowani przez SS-Hauptsturmführera dr Bruno Begera, a następnie przewiezieni do KL Natzweiler-Struthof w Alzacji i uśmierceni.

76 więźniów przekazano do uniwersytetu Rzeszy w Strasburgu dla badań anatomicznych, wszyscy zostali zabici.



Badania te wynikały - i tu spodziewasz się jakiegoś uzasadnienia, ale nie za bardzo ono jest tzn. jakby jest - "celom nazistowskiej teorii", ale niestylistycznie opisane, co sprawia, że przyjmujemy do wiadomości, że "z czegoś wynikały", czyli że mieli jakieś konkretne rzeczywiste powody, a nie swoje urojone teorie i politykę, co sobie sami dopowiadamy...



sprzeniewierzały się zupełnie zasadom etyki lekarskiej, której podstawy są zawarte w przysiędze Hipokratesa



wikipedia dla Polaków:

Przysięga Hipokratesa – przysięga składana przez lekarzy w starożytności, zawierająca podstawy dzisiejszej etyki lekarskiej. 

Po zbrodniach dokonanych przez lekarzy niemieckich i japońskich podczas II wojny światowej, Światowa Organizacja Lekarzy podczas swojego zjazdu w Genewie w 1948 r. opracowała nowożytną wersję przysięgi – deklarację genewską, zmienianą następnie w latach 1968, 1983, 1994 i 2005.

W Polsce obowiązuje obecnie Przyrzeczenie Lekarskie, stanowiące część Kodeksu Etyki Lekarskiej.




niemiecka wikipedia

W Niemczech ani przysięga, ani przysięga genewskia nie są obowiązkowe po uzyskaniu licencji na wykonywanie prawa lekarskiego, ale są one cytowane jako wytyczne etyczne lub kodeks honorowy w dyskusjach na temat etyki medycznej.










wolnelektury.pl/katalog/lektura/nalkowska-medaliony-profesor-spanner.html

synonim.net/synonim/na+masową+skalę

ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/586,Dzialalnosc-prof-Rudolfa-Marii-Spannera-w-swietle-wynikow-sledztwa-Oddzialowej-K.html

trojmiasto.pl/historia/Profesor-samo-zlo-n101295.html


ofiary.ipn.gov.pl/ofi/z-archiwum-ipn/aktualnosci/15791,W-jakim-celu-Niemcy-wykorzystywali-wlosy-ludzkie-podczas-II-wojny-swiatowej.html

pl.wikipedia.org/wiki/Eksperymenty_medyczne_i_pseudomedyczne_w_Auschwitz


sjp.pwn.pl/so/szalona.html



Tekst o niczym, nie zawierający żadnych argumentów przeciwko tezie o produkcji "mydła" z ludzi:

zawszepomorze.pl/artykul/12184,nazisci-przerabiali-ludzi-na-mydlo-mit-w-ktory-uwierzylismy








niedziela, 28 września 2025

Delta, czyli w poszukiwaniu tożsamości Żuław



szuka tożsamości?
znowu?


jakby sami beztożsami ludzie mieszkali w "tym kraju"...




przedruk




Delta, czyli w poszukiwaniu tożsamości Żuław

Piotr Weltrowski
17 sierpnia 2025, godz. 09:00


Żuławy to rozległa równina leżąca w delcie Wisły.


Kraina wydarta wodzie ciężką ludzką pracą wielu pokoleń. Na mapie widać ogrom tejże pracy. Każda niebieska nitka to rów, kanał, rzeczka. Ktoś to zaplanował, wykopał, postawił niezliczoną liczbę przepustów, jazów, szandorów, śluz, tam, usypał wały - pisze w swojej nowej książce o Żuławach Tomasz Słomczyński, trójmiejski dziennikarz. Tak naprawdę "Delta" jest jednak głównie opowieścią o skomplikowanej oraz często bolesnej historii tego kulturowego tygla, w którym splatały się losy Polaków, Niemców i Holendrów, katolików, luteranów i mennonitów.


Zazdrosnym okiem na sąsiada


Przez wieki dla gdańszczan mieszkańcy Żuław byli sąsiadami. I to w dwóch znaczeniach - po pierwsze w tym geograficznym, bo ta niezwykła kraina wydarta przez człowieka wodzie, delta Wisły, sąsiaduje z Gdańskiem, rozciągając się płasko, po horyzont, w stronę Elbląga i w stronę Malborka.

Po drugie, określenia "sąsiad" (niem. Nachbar) gdańskie mieszczaństwo używało w odniesieniu do zamieszkującego tereny Żuław bogatego chłopstwa. Bo żyzna gleba, a także specyficzne prawo chełmińskie, na mocy którego nadawano tam ziemię, sprawiały, że chłopstwo, wolne od jarzma pańszczyzny, było w tym regionie majętne.

Bogactwo to kłuło zresztą gdańszczan w oczy, więc "sąsiadom" zabroniono życia ponad stan. Na mocy tzw. ustawy zbytkowej, przyjętej w XVI wieku przez Radę Miasta Gdańska, chłopi z Żuław nie mogli nosić jedwabnych czy aksamitnych strojów, a nawet zbyt drogiej bielizny, nie mogli też zakładać pereł i złota, ba, nawet na wesele nie mogli zaprosić więcej niż 12 osób.

Czy sami zainteresowani robili sobie coś z tych zakazów? Niekoniecznie, narażając się przy tym na ogromne finansowe kary. I to dosłownie przez wieki, bo przepisy uchwały zbytkowej - w XVIII wieku nieco złagodzone - zniesiono dopiero w połowie XIX stulecia.


Wieczny tygiel

Kim w ogóle byli dawni mieszkańcy Żuław? Ziemie te jeszcze we wczesnym średniowieczu zamieszkiwały plemiona Pruskie. Później pojawili się tu Krzyżacy. Z czasem o delcie Wisły zaczęto też mówić jak o nowej Holandii. I to nie tylko dlatego, że to wydarta morzu depresja. Także dlatego, że od XVI wieku zaczęli się tu osiedlać pochodzący z Niderlandów (ale też z terenów dzisiejszej Belgii czy Niemiec) mennonici.


Były tu też gminy żydowskie oraz - oczywiście - polskie osady. W końcu w pewnym momencie całe Żuławy trafiły do Rzeczypospolitej, pozostając w jej granicach aż do rozbiorów.

Czemu "byli", "były" i "dawni"? Bo XX wiek zmienił na Żuławach wszystko. Po II wojnie światowej ludność niemieckojęzyczną zastąpili nowi osadnicy. Znów był to zresztą prawdziwy tygiel.

Częściowo przymusowo, częściowo z własnej woli na "ziemiach odzyskanych" pojawili się ludzie przygnani wiatrem migracji z niemal całego kraju, a także z kresów. Uciekinierzy po Rzezi Wołyńskiej za sąsiadów otrzymali Ukraińców, których przymusowo osiedlono na Żuławach po Akcji Wisła. A domostwa dzielić musieli też z niedobitkami poprzedniej, niemieckojęzycznej populacji. Bo nie wszyscy - przynajmniej od razu - wyjechali.


"To nie miała być książka o Żuławach"

Tomasz Słomczyński, trójmiejski dziennikarz, autor kilku książek, w tym m.in. innych regionalnych reportaży "Sopoty" (o jego rodzinnym Sopocie) oraz "Kaszëbë" (o Kaszubach, czyli jego drugim domu), niezwykle barwnie tę historię Żuław opisuje w wydanej właśnie "Delcie" (Wydawnictwo Czarne).


Co ciekawe, jak sam wspomina, książka dopiero w trakcie powstawania nabrała swojej tożsamości, zyskała swój ostateczny kształt.


- To nie miała być książka o Żuławach. Miała być o Dolnej Wiśle, czyli o królowej polskich rzek na odcinku od Włocławka do ujścia pod Gdańskiem. Tak zaproponowałem wydawnictwu. I wkrótce pożałowałem. Błąkałem się wzdłuż brzegu i nie bardzo wiedziałem, o czym pisać, bo temat za szeroki. Za dużo różnych wątków. Nie wiedziałem, jak to ogarnąć. Aż dotarłem do Białej Góry, do miejsca, gdzie zaczynają się Żuławy. Tam się zatrzymałem na dłużej. Potem zszedłem w deltę i powędrowałem po płaskim. I mnie wessało. Nagle poczułem, że chcę napisać o tej właśnie ziemi, którą w książce nazywam brzemienną. O ludziach, którzy tu mieszkali dawniej i mieszkają dzisiaj. Opisać krajobraz Żuław, który wtedy mnie niepokoił, odbierał poczucie bezpieczeństwa, czułem się tam pogubiony. I to właśnie było dla mnie najciekawsze. Postanowiłem samemu sobie to wyjaśnić, pokonać tę niechęć i skoncentrować pisarsko oraz reportersko już tylko na Żuławach - opowiada, gdy pytamy go o genezę "Delty".

Relacje i świadectwa. Bolesne tematy

Opowiadają też bohaterowie jego książki, bo to nie tyle pozycja akademicka, co reportaż z historią mówioną - zbudowany na podaniach, relacjach, ale też rozmowach z żyjącymi mieszkańcami Żuław i osobami zajmującymi się badaniem regionu.

To też reportaż "wychodzony", pełen subiektywnych opisów, relacji z konkretnym miejscem i czasem. Momentami też pełen emocji. Szczególnie we fragmentach opisujących okres wojny i historycznej zawieruchy tuż po niej.

Nie boi się przy tym Słomczyński tematów trudnych. Opisuje ze szczegółami zarówno kaźń, jaką Niemcy, w tym też bardzo konkretni mieszkańcy Żuław, zgotowali tysiącom więźniów w obozie koncentracyjnym Stutthof. Opisuje zbiorową obojętność społeczności na tę kaźń, ale nie popada przy tym w uogólnienia - przedstawia też jednostkowe historie łamiące tę narrację.

Opisuje również kaźń, którą - tym razem dawnym mieszkańcom Żuław, którzy z oprawców zamienili się w ofiary - zgotowała Armia Czerwona. Zresztą zgotowała ona gwałty, przemoc i morderstwa także pierwszym powojennym osadnikom. A po Armii Czerwonej przyszły bandy szabrowników, dezerterów i zwykłych bandytów.


Na zgliszczach wyrasta nadzieja

Z tych opisów wojennego i powojennego piekła wyłania się jednak nadzieja, obraz nieco mitycznych osadników, którzy zakopali topór wojenny, zakasali rękawy i zaczęli wykuwać swoją przyszłość, ale też coś w rodzaju nowej żuławskiej tożsamości.


Punktem centralnym książki jest bowiem iście filmowa historia dwóch rodzin - niemieckiej i polskiej - połączonych tuż po wojnie małżeństwem. Historia żywa, bo opowiadana przez wnuka pary, do dziś mieszkającego na Żuławach.


Czy można w ogóle mówić o żuławskiej tożsamości?

Wszystko to stanowi pretekst do zadania pytania o tę wspomnianą tożsamość dzisiejszych Żuław - objuczoną wieloma bolesnymi wydarzeniami, skomplikowaną, zakorzenioną w starych mitach, ale też tych nowych, jak choćby próbie "upiastowienia" Żuław forsowanej za czasów PRL.

Czy taki wspólny mianownik w ogóle można dziś znaleźć dla współczesnych mieszkańców Żuław?

- Tym, co łączy ich wszystkich, nie będzie strój czy zupa, tylko wspólny los, wspólny trud, niezłomność. To są składniki współczesnego mitu założycielskiego dla tej tożsamości. A całą resztę - jak usłyszałem na Żuławach - każdy może sobie wymyślić według własnego uznania - mówi Słomczyński.


Dziś zresztą mieszkańcy Żuław to już nie tylko sąsiedzi, to także jedni z nas - jak choćby opisani na kartach "Delty" gdańszczanie, którzy uciekli tu przed miastem. Wybrali ten wspólny trud.







Tomasz Słomczyński, dziennikarz pochodzący z Sopotu. Autor "Delty", ale też innych reportaży regionalnych, choćby o Sopocie czy Kaszubach.



.trojmiasto.pl/wiadomosci/Delta-czyli-w-poszukiwaniu-tozsamosci-Zulaw-n206630.html

18


Niemcy w Gdańsku i Wrocławiu




Pisałem 10 lat temu: Czy Wolne Miasto Gdańsk istnieje?

Rada Miasta Gdańska:


W treści uchwały z 1945 roku użyto sformułowania 

"terytorium byłego Wolnego Miasta Gdańska"
"Na obszarach byłego Wolnego Miasta Gdańska"

,a  w    o ś w i a d c z e n i u     Rady Miasta Gdańska -

 "określa sytuację prawną na terenie Wolnego Miasta Gdańska"


Czy to znaczy, że Wolne Miasto Gdańsk istnieje??






Hansie Försterze pisałem w lipcu 2015 r. w tekście: Antypolak patronem szkoły?





Natalia Nitek-Płażyńska: Co lato w Gdańsku wylewa się nazistowskie szambo


13.08.2025 09:00

– Brakuje nam długofalowej strategii. Niemcy prowadzą swoją konsekwentnie, niezależnie od rządu. My? Przez chwilę była propolska, gdy rządziło PiS. A teraz znowu: „Nie wracajmy do przeszłości, wszyscy coś tam mieliśmy na sumieniu”– mówi Natalia Nitek-Płażyńska, prezes Fundacji Łączy nas Polska, o polityce historycznej Niemiec realizowanej przy udziale władz Gdańska w rozmowie z Konradem Wernickim w historycznej Sali BHP w Gdańsku.



Natalia Nitek-Płażyńska / fot. Tygodnik Solidarność



Co musisz wiedzieć:W lipcu otwarto w Gdańsku wystawę czasową zatytułowaną "Nasi Chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy"
Wystawa została przygotowana przez Muzeum Gdańska we współpracy z Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Jej celem było pokazanie tragicznego losu ludzi, którzy po 1939 roku zostali wpisani na Volkslistę i powołani do Wermachtu pod groźbą represji


"Nazistowskie szambo"

– Co się w tym naszym Gdańsku dzieje? Ostatnio mieliśmy wystawę „Nasi chłopcy” – to wszystkich zbulwersowało. No, może nie wszystkich, ale część prawicową w Gdańsku na pewno. Takich sytuacji w ostatnich latach było sporo. Mi od razu przypomina się ta impreza ku czci Stauffenberga.

– Z Gdańskiem jest problem. Ja tak ostatnio to skonstatowałam – może ładnie, może nieładnie, ale myślę, że celnie – co lato, co wakacje w Gdańsku wylewa się takie nazistowskie szambo. Niestety. Nawet pomijając ten rok – do którego zaraz dojdziemy – popatrzmy na poprzedni. Claus von Stauffenberg – polakożerca, nazista, Niemiec, który w Niemczech jest traktowany jako bohater. W Polsce próbuje się nam to przedstawiać również poprzez wydarzenia takie jak ubiegłoroczna impreza w Ratuszu w Gdańsku organizowana przez niemiecki konsulat. Było tam wiele osób z lokalnych elit, zwłaszcza ze środowisk liberalnych związanych z Platformą Obywatelską.

Fetowano Stauffenberga jako bohatera, który chciał zabić Hitlera. Ale nie mówi się, że chciał go zabić, bo uważał, że Hitler zbyt nieudolnie prowadził machinę zagłady – że należało robić to szybciej, skuteczniej, bardziej przemysłowo.

– Bo Stauffenberg chciał ratować III Rzeszę przed upadkiem.

– Dokładnie. Widział, że Hitler coraz gorzej sobie radzi, więc trzeba go zlikwidować, wejść w jego buty i kontynuować jego zamierzenia – tylko skuteczniej. Nie udało mu się, ale Niemcy – jako naród moralnie skompromitowany, bez wyrazistych bohaterów – próbują z takich ludzi robić autorytety. A problem w tym, że Polacy im w tym pomagają.

– To pokazuje, że w Niemczech nie było realnego ruchu oporu, skoro trzeba robić bohatera z regularnego nazisty...

– Tak. Jakiś czas temu przeglądałam niemieckie podręczniki do szkół ponadgimnazjalnych. Teoretycznie powinny dogłębnie przedstawiać historię. A tymczasem pomijają krzywdy wyrządzone Polakom. Jeśli już mówią o ruchu oporu, to tylko o Białej Róży – jako wielkim zrywie Niemców przeciwko „mitycznym nazistom”. To całkowicie wyolbrzymione.

Niemcy próbują dziś uchodzić za moralne mocarstwo. Przekręcają fakty, żeby pokazać, że oni też cierpieli i pomagali. Stauffenberg to przykład – a na imprezie w Gdańsku był tłum Polaków, urzędników, samorządowców. Nikomu to nie przeszkadzało.

Złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury – razem z radnymi Andrzejem Skibą i Przemysławem Majewskim – ale prokuratura stwierdziła, że nie dopatrzyła się propagowania nazizmu. Kolejny skandal.

– Tłumaczyli, że Stauffenberg „był człowiekiem swoich czasów”. Tak próbowano go usprawiedliwić.

– To im zawsze dobrze wychodzi. Tylko dlaczego Polacy mają w to wchodzić? Dwa lata temu na Jarmarku Dominikańskim zespół z Niemiec wykonywał piosenkę „Ein Heller und ein Batzen”, którą Niemcy śpiewali, idąc mordować Polaków. I nikt nie zareagował. Gdyby nie czujny dziennikarz z „Gdańsk Strefa Prestiżu”, nikt by się o tym nie dowiedział.

A teraz mamy wystawę „Nasi chłopcy” – niektórzy mówią: „Nazi chłopcy”. Słyszałam, że pierwotnie miała się tak nazywać. I znowu – Gdańsk realizuje niemiecką politykę historyczną w sposób wręcz prostacki.


"Przemieleni przez wermacht"

– Wygląda to tak, jakby Gdańsk był wykorzystywany przez Niemcy do prowadzenia polityki historycznej albo sam gra w tę grę.

– Jedno i drugie. Są tacy, którzy wiedzą, w co grają, i robią to za pieniądze. Ale są też pożyteczni idioci. Niemcy prowadzą tę politykę od dekad – poprzez przemówienia, organizacje pozarządowe, działania na wielu poziomach. I widzimy tego efekty – wystawy, imprezy, akcje społeczne.

Byłam na tej wystawie. Przyszedł też rzecznik prasowy Muzeum Gdańska Andrzej Gierszewski. Powiedział, że lepszy byłby tytuł „Przemieleni przez wermacht”. Myślę, że gdyby ta wystawa nazywała się w ten sposób, to kontrowersji byłoby mniej. Ale gdy zaczęłam mówić o przekłamaniach, to reagował skrzywionym uśmieszkiem. Przechwalał się, że bywa na niemieckich salonach, że go zapraszają. A ja mogę to tylko oglądać przez internet i chodzić do prokuratury.

To pokazuje problem. Mówię o godności Polaka, a on o tym, że został „dopuszczony do stołu”. Okruszek mu spadł z niemieckiego stołu i już się czuje wyróżniony.

– Czyli część elit widzi w tym sposób na awans?

– Zdecydowanie. Bez tego proniemieckiego sformatowania trudno o awans w Gdańsku. Niemieckie wpływy są tam bardzo silne – imprezy, wydarzenia, wystawy – to codzienność.

– Polska jest dla tych osób przaśna, a niemieckość – bardziej europejska?

– Tak. Związki z Wolnym Miastem Gdańskiem czy niemieckie nazwy brzmią dla nich dumnie. A wystawa sugeruje, że służba w wermachcie to była przygoda. Nie ma tam słowa o niemieckim terrorze, o polskim cierpieniu. To uważają za „paździerz”, coś śmiesznego.

– Uroczystości rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte również są zawsze okazją do relatywizacji: „Na początku było złe słowo”, „nienawiść, nietolerancja”. Zamiast powiedzieć wprost – wojna była efektem niemieckiej żądzy podboju; polityka imperialistyczna, a nie żadna nienawiść.

– I do tego „Imagine there’s no hate” – hasło Magdaleny Adamowicz. Tym się przykrywa prawdę. Weźmy taki tramwaj, któremu nadano imię Hansa Förstera. On jest też proklamowany u nas jako bohater kociewski, podróżnik, taki wspaniały Niemiec, który pisał o Polsce i ją pokazywał. Tylko w ogóle się nie mówi o tym, że to on rozpowszechnił określenie „polnische Wirtschaft”, że to on pisał o Polakach jako o świniach, o narodzie, który powinien służyć.

Günter Grass też jest nam na każdym kroku w Gdańsku przedstawiany jako jakiś bohater. A był członkiem Waffen-SS.

– Mamy w Gdańsku tylu bohaterów z czasów Solidarności, II wojny światowej. Czemu sięga się po tamtych?

– Bo Niemcy w to inwestują, i to działa, a symbole wchodzą do przestrzeni publicznej. My słyszymy: „Nie rozdrapujmy ran”, „Patrzmy w przyszłość”.


"Musimy mówić prawdę"

– Jak zatem powinniśmy prowadzić własną politykę historyczną?

– Brakuje nam długofalowej strategii. Niemcy prowadzą swoją konsekwentnie, niezależnie od rządu. My? Przez chwilę była propolska, gdy rządziło PiS. A teraz znowu: „Nie wracajmy do przeszłości, wszyscy coś tam mieliśmy na sumieniu”.

W niemieckich szkołach już od dziesięcioleci uczy się tego, że Niemcy byli zaatakowani przez nazistów, że Niemcy pomagali innym. Dzisiaj 70% Niemców sądzi, że ich przodkowie nie byli wśród sprawców, a prawie 37% Niemców jest przekonanych, że ich przodkowie byli ofiarami nazistów. Tego uczą się dzieci w niemieckich szkołach, a u nas?

Dlatego my musimy mówić prawdę. Mamy Witolda Pileckiego, ojca Maksymiliana Marię Kolbego, powstańców – bohaterów, o których pamięć trzeba przywracać, a którzy teraz niestety są wymazywani z Muzeum II Wojny Światowej. Polecam wszystkim książki profesora Andrzeja Nowaka, Feliksa Konecznego – dla dzieci i dorosłych. To są dzieła, które naprawdę mogą łączyć pokolenia. Nasza piękna, fascynująca historia jest czymś, z czego naprawdę możemy być dumni. My jesteśmy narodem bohaterskim i dlatego cały czas zakazuje się nam o tym mówić i pamiętać.

Jeśli będziemy bezrefleksyjnie „kodować” kolejne pokolenia – bez rozmowy, bez kontekstu – na to, że Polacy też byli sprawcami, a Niemcy ofiarami, to stworzymy bardzo niebezpieczny grunt na przyszłość. W efekcie agresywnej polityki historycznej Niemiec przeinaczającej naszą historię może się okazać, że nasze dzieci albo wnuki będą musiały płacić reparacje Żydom i Niemcom. I to nie dlatego, że jesteśmy winni, ale dlatego, że nie zadbaliśmy o własną narrację.




Autor: Konrad Wernicki
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 32 / 12 sierpnia
Data: 13.08.2025 09:00



------------



O Wrocławiu pisałem min. w opracowaniu "Werwolf".


Germanizacja i odpolszczanie Wrocławia

12.08.2025 18:00
Coraz więcej jest we Wrocławiu znaków rzekomej niemieckiej tożsamości. Eksponowane są nawet najbardziej banalne epizody tej części jego dziejów. 


Archikatedra św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu / pixabay.com



Korzenie Wrocławia

Rzekoma odwieczna niemieckość Wrocławia jest bzdurą. W początkach państwowości czeskiej istniał tu gródek o imieniu wziętym od księcia Vratislawa. Ekspertyzy węglowe dowiodły, że po roku 980 Mieszko I zbudował w jego miejscu warowny gród. W roku 1000 decyzją Bolesława Chrobrego stał się on siedzibą biskupstwa. Od polskiej prowincji kościelnej zostało ono oderwane dopiero w roku 1821.

Tak długo wśród tutejszych katolików silnie obecna była polszczyzna, której zanik przyspieszył dopiero wprowadzony w Prusach obowiązek chodzenia do niemieckojęzycznych szkół. Prowadzone od roku 1904 badania prof. Kazimierza Nitscha zaskoczyły ciągłą obecnością w szerokim pasie przylegającej do Dolnego Śląska Wielkopolski wszystkich językowych zjawisk charakterystycznych dla śląskiego dialektu naszego języka. Polskojęzycznych Dolnoślązaków ciągle więc musiało być mnóstwo, a ich kontakty z Wielkopolanami tak żywe, że wywierały wpływ na ich język.

Wszystko to mimo niemieckiej kolonizacji, już w XIII w. odciskającej się na składzie wrocławskiego patrycjatu czy związków małżeńskich, skutkiem których rycerskie rody Świnków zamieniały się w Schweinerów, a Krakwiczów w Krakwitzów.


Nazwiska dawnych Dolnoślązaków często zdradzają narodowość ich przodków. Uważającym się za Niemców zdarzały się powroty do tożsamości pradziadów. Najgłośniejszy był przypadek ziemianina spod Legnicy Alfreda von Olszewskiego, który po przeczytaniu „Trylogii” zadeklarował się jako Polak, tego samego żądając od swoich dzieci.

W okolicach Wrocławia nie brakowało też ziemian od polskich korzeni się nie odżegnujących, jak np. Machniccy, czy przyjmujących sarmacki styl życia Dolnoślązaków świeżej daty, jak przybyły w XVIII w. znad Renu ród Schaubertów – polonofili słynących z husarskiej fantazji i trumiennych portretów wykonywanych dla każdego członka rodziny. To w podwrocławskim Henrykowie w roku 1270 napisane zostało pierwsze zdanie w języku polskim. Od wynalezienia druku Wrocław zawsze należał też do głównych ośrodków wydawania polskich książek. To w nim w XIX w. premierę miała część dzieł Krasińskiego, Klementyny Tańskiej-Hoffmanowej, a stale wznawiano Jana Kochanowskiego, Juliusza Słowackiego, Ignacego Krasickiego, Jana Potockiego, Franciszka Karpińskiego…


Wrocław polski, czeski, niemiecki


W średniowieczu rangę przodującą w Polsce zyskiwał Wrocław za sprawą ludzi takich jak palatyn Krzywoustego Piotr Włast, świetny gospodarz fundujący opactwa m.in. na podwrocławskim Ołbinie, gdzie jedna z romańskich świątyń należała do największych w środkowej Europy. Nie mniejszą pracę wykonali piastowscy Henrykowie, których stolica po pożodze tatarskiej lokowana była z rozmachem oznaczającym budowę jednej z największych metropolii kontynentu. Wrocław stawał się wtedy rzeczywistym centrum polskiej państwowości.

Henryk Probus budował w nim na wskroś królewski zamek i ledwie krok dzielił go od koronacji. W 1290 roku dobrą passę śląskich Piastów i szanse Wrocławia na rangę stolicy polskiego państwa oddaliła nagła śmierć Probusa, a bezpotomne odejście w 1335 roku ostatniego wrocławskiego Piasta spowodowało przejście pod zwierzchność czeską.

Sprzeciwiał się temu biskup Nankier i wiele przemawia za tym, że tylko jako tymczasową utratę Śląska uważał Kazimierz Wielki. Zobowiązanym do jego odzyskania miał być Władysław Jagiełło, o konieczności tej pisał Jan Długosz. Wymianę dziedzictwa Piastów na posiadłości włoskie oferowała Bona Sforza. O Wrocławiu i Śląsku pamiętano, w latach 1471–1526 znalazły się nawet pod berłem Jagiellonów. Z nadarzających się okazji powrotu Polski nad Odrę nie skorzystano wskutek konieczności odpierania ciągłych agresji ze wschodu, południa i północy. Wrocław przechodził z rąk do rąk, w czasach Macieja Korwina zdarzył mu się nawet epizod panowania węgierskiego. Lata przynależności do kolejnych państw podliczał prof. Jerzy Łojek, z którego podsumowania wynika, że przynależność Wrocławia do Polski składa się na ok. 446 lat. Czyli nie tylko więcej od ok. dwóch wieków związku miasta z Czechami, ale i od trwającej łącznie od roku 1526 do 1945 przynależności kolejno do monarchii Habsburgów, Prus i wreszcie – Niemiec.

Jednak to, że przez dwa stulecia poprzedzające powrót do Polski Wrocław należał właśnie do Prus i Niemiec, ma oczywiste konsekwencje w postaci niedawnego i sporego dziedzictwa tych wieków.


Większość jednak tego, co definiowane bywa jako „poniemieckie”, w dużej mierze jest dziełem powojennej odbudowy.

W wydanym w 2009 roku albumie „Wrocław 1947. Fotografie lotnicze” zobaczyć można nie tylko pustynię, w jaką zamienione zostały najludniejsze dzielnice, ale też te zdefiniowane jako ocalone. A ich zdjęcia pokazują, że niemal wszystkie domy pozbawione w nich były dachów. W rzeczywistości nie miały też okien, często ścian i wielka ich część wymagała gruntownej odbudowy. Mnóstwo zachowanej tkanki miasta, posiadając przedwojenny rodowód, ma powojenne stropy. Co w większym stopniu czyni je dziełem powojennych, a nie przedwojennych gospodarzy.


Prof. Jerzy Woźniczka, konkludując to, co zostało po zmieniających się włodarzach, stwierdził, że z czasów Piastów mamy głównie zamki i gotyckie kościoły, z czesko-habsburskich barokowe klasztory, a z prusko-niemieckich koszary i więzienia.

Wnioskowi temu trudno odmówić słuszności. Wszystkie kościoły starsze od barokowych to fundacje Piastów. Na samym Starym Mieście stoi ich kilkanaście, w całym Wrocławiu taki rodowód ma kilkadziesiąt. Wrocławskie zamki potomków Bolesława Krzywoustego ocalały tylko we fragmentach. Te z Ostrowa Tumskiego dają jednak wyobrażenie o potędze Bolesława Wysokiego i jego następców. W podziemiach zobaczyć możemy m.in. część największej wieży mieszkalnej ówczesnej Europy.


Wrocław habsburski

Najwspanialszą pamiątką czasów habsburskich jest Uniwersytet, utworzony w roku 1702 jako Akademia Jezuicka. Jej inicjatorem, organizatorem i pierwszym kanclerzem był pochodzący z Inflant Fryderyk Kazimierz Wolf. Narodowość tej postaci, która karierę zaczęła na dworze Jana Kazimierza, prof. Gościwit Malinowski definiuje jako polską niemieckiego jedynie pochodzenia.


Z najpiękniejszym wnętrzem uczelni, Aulą Leopoldiną, związane jest kuriozum, którym jest portret Fryderyka II. Po zdobyciu miasta w roku 1742 zażądał on, by stanowiący część galerii dobrodziejów akademii portret cesarza Rudolfa II zastąpić jego własnym, mimo że rządy Fryca były dla niej kataklizmem.

Pojawienie się tego władcy przerwało budowę gmachu akademii, który miał być o jedną trzecią większy. Na parę dziesięcioleci zdegradował ją do roli seminarium duchownego, a prowadząc permanentne wojny, wspaniałą budowlę zamieniał w koszary, więzienie dla tysięcy jeńców, stajnie, magazyny, lazarety. W salach pełnych dzieł sztuki żołdactwo paliło ogniska, wybuchały pożary, perła architektury obracała się w ruinę.

Aula Leopoldina miała sporo szczęścia zarówno w wieku XVIII, jak i w roku 1945. Połowę gmachu bomby obróciły wtedy w gruzy, ale najpiękniejsza aula przetrwała bez wielkich zniszczeń. A w niej galeria portretów wraz z podobizną Fryderyka II. Tylko jeden z nich należy dziś do pierwotnego wystroju auli. Wszystkimi innymi – zastępowano wcześniejsze, wyrzucając np. wizerunki papieży, by w ich miejsce powkładać pruskich dygnitarzy.

Kiedy w roku 1945 w ruinach akademii i późniejszego Universitat Breslau powstawał Uniwersytet Wrocławski, profesorowie wywodzący się głównie z Uniwersytetu Jana Kazimierza zastanawiali się nad dziedzictwem wypełniającym Aulę Leopoldinę. Marmurowa postać jej patrona nie budziła niechęci – cesarz Leopold był nie tylko fundatorem uczelni, ale i sojusznikiem Polski. W czasach potopu wsparł nas 16 tysiącami żołnierzy. Dowodzący nimi Melchior von Hatzfeld spoczywa w podwrocławskich Prusicach pod sarkofagiem z wizerunkami walk m.in. o Kraków i Poznań. Oczywisty wstręt budził jednak znajdujący się w auli portret Fryderyka. I mimo że w roku 1945 wszystko, co pruskie, wywoływało fatalne skojarzenia, wizerunku inicjatora I rozbioru nie usunięto, uznając obraz za część dzieła sztuki, którym jest Leopoldina. W roku 1997 została ona jednak okradziona i sześć portretów, w tym Fryderyka II, uznano za utracone bezpowrotnie. Czyż nie należałoby w tej sytuacji przywrócić do galerii dobrodziejów uczelni, tych, którzy naprawdę nimi byli?

Należeli do nich papieże i królowie, których wizerunki odtworzyć można na podstawie ich znanych portretów. Zamiast tego mamy dziś w Leopoldinie najświeższej daty kopie wizerunków Fryderyka II i pruskich dygnitarzy. A nie mamy w tym najważniejszym dla Uniwersytetu wnętrzu godła Rzeczpospolitej Polskiej, które po ostatniej konserwacji – nie wróciło.


„Omnia per Polonia!”

To we Wrocławiu w 1816 roku powstała pierwsza polska korporacja akademicka, której hasłem było „Omnia per Polonia!”.


W murach wrocławskiego uniwersytetu studiowali Marian Langiewicz, Józef Lompa, Adam Asnyk, Jan Kasprowicz, Wojciech Korfanty, Ignacy Chrzanowski, liczni uczestnicy wszystkich naszych powstań narodowych XIX i XX wieku. Wśród profesorów byli współtwórca współczesnej medycyny Jan Mikulicz-Radecki i wyniesiony do godności rektora filolog Władysław Nehring.

Sensacją akademickich dziejów miasta były następstwa wykładu prof. Rudolfa Westphala, nacjom używającym deklinacji sześcioprzypadkowej przypisującego „przyrodzoną podrzędność”. Polemiczny głos polskich studentów doprowadził do wyzwania jednego z nich na pojedynek. Westphal w ustalonym przez sekundantów miejscu się nie zjawił, więc gazety wydrukowały protokół o jego „obraniu z czci i honoru”, a senat uniwersytetu ogłosił wydalenie ze społeczności akademickiej. Westphal zniknął wtedy jak kamfora, po latach karierę wznowił w Moskwie.

Przez całe stulecia Niemcy we Wrocławiu przeważali, ale obecność w nim Polaków zawsze była znacząca.


Kiedy w 1806 roku miasto otoczyły wojska Napoleona, narodowy skład jego garnizonu przyczynił się do szybkiej kapitulacji.

Dwie piąte stanowili w nim bowiem Polacy, ośmiuset zbiegło do Francuzów, wraz z którymi w zdobytym mieście znaleźli się też ułani Legionów Polskich, przyprowadzający tysiąc jeńców wziętych do niewoli po zwycięskich szarżach pod Szczawnem. W 1807 roku sformowano we Wrocławiu trzy polskie pułki. Wyspami polskości były przedmieścia, Ostrów Tumski (liczni polscy duchowni i niemal zawsze polski biskup pomocniczy), Ołbin z kościołem św. Michała – jednym z największych w mieście i zwanym polskim. Wprawdzie w spisie przeprowadzonym w roku 1910 narodowość polską zadeklarowało ledwie 3% wrocławian, jednak rzeczywista ich liczba mogła wynosić nawet 50 tysięcy. Gwałtownie zaczęło ich ubywać po roku 1918, gdy wrogość otoczenia wzrosła, a granica II RP była blisko. Idylliczny obraz tamtych czasów, ukazywany dziś w niezliczonych wystawach i książkach, mało ma wspólnego z prawdą. W skali poparcia dla NSDAP ówczesny Wrocław ścigał się z Gdańskiem, jako pierwszy dorobił się obozu koncentracyjnego, to w nim powstawały zręby ludobójczego Generalplan Ost. Na Polaków napadano, demolowano siedziby ich organizacji, nawet Konsulat RP. Od 1939 roku miasto wypełniało się przymusowymi robotnikami i więźniami obozów, wśród których Polacy należeli do najliczniejszych. Działał polski ruch oporu, ale – jak w przypadku siatki Olimp – kończyło się to śmiercią jego uczestników.


Wtórna germanizacja Wrocławia

W 1945 roku powszechne było wśród Polaków przekonanie, że za zabitą Warszawę Niemcy zapłacą Wrocławiem, a zwycięskie mocarstwa ziemie do Odry i Nysy uznały za rekompensatę połowy Polski anektowanej przez ZSRS. Miasto, które w 75% było kupą gruzów, jest dziś metropolią bardziej rozległą i ludną niż kiedykolwiek wcześniej. Większość wrocławian mieszka w domach od fundamentów zbudowanych w ostatnim osiemdziesięcioleciu.


Coraz częściej dochodzi jednak do wynaturzeń historycznej narracji i symbolicznej przestrzeni Wrocławia. Według szydzących z polskości pisarek „nazwy miejscowe nadane w roku 1945 są brzydkie i bez polotu”. A prawda jest taka, że trud wybitnego językoznawcy prof. Stanisława Rosponda w ok. 90% polegał na przywracaniu pierwotnego, polskiego brzmienia imion tysięcy wsi i osiedli.

W postaci ledwie zniemczonej wszystkie one przetrwały aż do czasów Hitlera, kiedy powymyślano dla nich całkiem nowe, niemieckie, i które mimo totalitarnych realiów III Rzeszy nie zdołały wejść do pozaoficjalnego użytkowania. Z fasad pałaców zniknęły tablice informujące o ich powojennej odbudowie, podobnie jak płyty upamiętniające liczne filie obozów pracy. Rzadko żądanie ich przywrócenia przynosi skutek taki, jak w przypadku upamiętnienia Emanuela Kani, autora muzyki do „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza czy Stefana Kulczyńskiego – polskiego lekarza, cudem ocalonego z łap Gestapo, a potem UB, którego dom służy dziś jako pałac ślubów.


Nawet Rok Józefa Wybickiego nie był we Wrocławiu powodem, by autora naszego hymnu upamiętnić na fasadzie domu, w którym mieszkał i napisał księgę „Życie moje”. Tacy wrocławianie jak Witelon, pierwszy polski uczony rangi światowej, w pamięci miasta niemal nie istnieją. Nie jest jej godny autor tłumaczeń, bez których nie byłoby sporej części nauki renesansu oraz dzieł pionierskich dla okulistyki i optyki? Albo Benedykt Polak, który po wyruszeniu z Wrocławia jako pierwszy Europejczyk dotarł na Daleki Wschód? Było to 25 lat przed wyprawą Marco Polo, o którym ani słowa nie ma w żadnej z azjatyckich kronik, a misję wrocławianina, autora pierwszego słownika języków Wschodu, opisano tam ze szczegółami. Nawet gdy miasto było Europejską Stolicą Kultury, niewiele zrobiono dla promocji jego unikatowych dokonań.

W czasach Marka Grotowskiego i Henryka Tomaszewskiego Wrocław był przecież światowym centrum nowego teatru. Zaraz potem – bastionem walki z komunizmem, w którym setki audycji Radia Solidarność Walcząca emitowano siecią tajnych nadajników rozmieszczonych w każdej dzielnicy. Ilość drukowanej w podziemiu prasy (prawie 500 tytułów!) była większa niż poza granicami naszego kraju w całym sowieckim imperium od Łaby po Kuryle. Tutaj działała Pomarańczowa Alternatywa.


Czy to nie większy powód do chwały od stworzonej w Pałacu Fryderyka II apoteozy Hohenzollernów, gloryfikującej nawet złodzieja polskich koron królewskich, który kazał je przetopić na polskie monety?

Na bramy mostu w roku 1945 zniszczonego tak dalece, że nie runął tylko dzięki pryzmie opartych o dno Odry barek, po 80 latach mają wrócić godła Prus, Rzeszy Niemieckiej i niemieckojęzyczny napis wyrażający cześć dla Wilhelma II. Był most tego samego imienia w Berlinie, ale i tam je zmieniono, czci tej kanalii nadal oddawać tam nikt nie zamierza. A we Wrocławiu mamy takich, co starają się być bardziej niemieccy od samych Niemców.

Już powrót nazwy Hala Stulecia był pluciem w twarz każdemu, komu bliska jest polska niepodległość. Bo w nazwie tej przecież chodzi o pruski triumf pod Lipskiem przypieczętowujący kres Księstwa Warszawskiego, zakuwający Polskę w kajdany niewoli. Teraz kolejna dominanta Wrocławia cześć ma oddawać katom dzieci wrześnieńskich, wodzowi armii, która wojnę w Polsce zaczęła od spalenia Kalisza.



Autor: Artur Adamski
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 32 / 12 sierpnia
Data: 12.08.2025 18:00






2015 r.:




tysol.pl/a145022-natalia-nitek-plazynska-co-lato-w-gdansku-wylewa-sie-nazistowskie-szambo

tysol.pl/a144975-germanizacja-i-odpolszczanie-wroclawia



13 8