Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą separatyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą separatyzm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Gwara śląska na mapie


18 luty 2026



1. 

Pod tym linkiem:
de.wikipedia.org/wiki/Datei:Sprachen_Deutsches_Reich_1900.png

można obejrzeć mapę wykonaną przez panią Bennet Schulte, jest to:
"Mapa Cesarstwa Niemieckiego z 1900 roku przedstawiająca mniejszości językowe"

W opisie wymienia się:

- polski
- kaszubski
- mazurski
- wendyjski (sorbski)
- litewski
- francuski
- duński
- holenderski
- włoski
- fryzyjski
- waloński
- czeski i morawski


Śląskiej gwary - nie wymienia. To znaczy - na mapie, na Śląsku, tam gdzie występuje/ występowała gwara śląska - zaznaczono: język polski.

Czyli Niemcy uważają, że gwara śląska to po prostu język polski.





Mapy tu nie wklejam, bo jest płatna, ale podobnie jest zaznaczone na tej mapie ze strony fb:

2. 

Schlesische Sprache - Ślōnskŏ gŏdka

31 marca 2016

Sprachenkarte Mittel*- und Oberschlesiens - Zählung von 1905

Mit "polnisch" (blaue Einfärbung) ist in dieser Kartierung selbstverständlich und vor allem die Schlesische Sprache - Ślōnskŏ gŏdka gemeint, die sich teilweise bis nach Niederschlesien erstreckte.
* "Mittelschlesien" ist der östliche Teil Niederschlesiens.


facebook.com/SilesianLanguage/photos/sprachenkarte-mittel-und-oberschlesiens-zählung-von-1905mit-polnisch-blaue-einfä/1375163999176284/?_


Tam gdzie Śląsk i występowanie gwary śląskiej opis mówi - język polski.





3.

Tutaj poniżej mapa pokazująca stan z lat 1871 - 1933 - podobna do mapy pani Schulte... wymienia podobne mniejszości.
Brak gwary śląskiej, na terenie Śląska pokazuje tylko język polski.


reddit.com/r/MapPorn/comments/1lhjnre/interesting_ethnic_map_of_the_german_empire_from/?tl=de#lightbox



W opisie min.:


Berlin (szary kolor podkreślenia) – Siedziba Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech lub jego organizacji członkowskich:

Związek Polaków w Niemczech (zielona linia)
Domowina, Serbołużycka Rada Narodowa (pomarańczowa linia)
Południowoszlezwicki Związek Wyborczy (SSW) (szara linia) wg wiki: Stowarzyszenie Wyborców Południowego Szlezwiku
Zjednoczenie Litwinów w Niemczech (brązowa linia)
Stowarzyszenie Fryzyjsko-Szlezwickie

Berlin – Sitz des Verbandes der nationalen Minderheiten in Deutschland bzw. seiner Mitgliedsorganisationen:

Bund der Polen in Deutschland
Domowina, Wendischer Volksrat
Südschleswigscher Wahlverein
Vereinigung der Litauer Deutschlands
Friesisch-Schleswigscher Verein



4.

Mapa na 1900 rok, znaleziona na reddit: "Mapa narodowościowa Prowincji Śląsk"

Ciekawe, że przewaga ludności polskiej "zaznaczona" jest kolorem białym... czyli jakby nie jest zaznaczona...


Z komentarza reddit:

Cultourist Oryginalna osoba postująca • 9 lat temu
Czerwony: Niemiecki
Biały: Polak
Żółty: czeski
Niebieski: Sorb (1890)
Ciemnozielony: lasy należące do państwa lub korony
Jasnozielony: lasy należące do gmin lub osób prywatnych


marquecz • 9 lat temu
Czy to oznacza, że ciemne i jasnozielone obszary mówiły po entyjsku?

nieuchwytnyuchwyt • 9 lat temu
Oto reprezentacja danych pokazanych na tej mapie, z dużo wyraźniejszym schematem kolorystycznym.


Zasadne pytanie: bo białego koloru - oznaczającego polską mowę, jest w ten sposób mniej, prawda?

Użytkownik  "nieuchwytnyuchwyt" podaje linka do innej nowoczesnej wersji tej mapy... pokazuję jako nr. 5.

Brak gwary śląskiej.


reddit.com/r/MapPorn/comments/6421za/linguistic_map_of_the_province_of_silesia_in_1900/?tl=de

Opis przetłumaczony Ai Gemini:

Mapa narodowościowa Prowincji Śląsk. Opracowana na podstawie danych urzędowych przez Paula Langhansa. Dane dotyczące stosunków językowych opierają się na ustaleniach Królewsko-Pruskiego Urzędu Statystycznego. Na podstawie Mapy Rzeszy Niemieckiej Vogla w skali 1:500 000.

Jednostki gminne według języka ojczystego w dniu 1 grudnia 1900 r.:

Przeważająco niemieckie:
(Ciemnoczerwony): powyżej 75% niem. (na Łużycach powyżej 70%).
(Jasnoczerwony): 50–75% niem. (na Łużycach 50–70%).

Przeważająco polskie:
(Różowy w prążki): 25–50% niem.
(Biały): 0–25% niem.

Przeważająco czeskie (również „morawskie”):
(Pomarańczowy): 25–50% niem.
(Żółty): 0–25% niem.

Przeważająco serbołużyckie (wendyjskie) 1890:
(Szary): 30–50% niem.
(Niebieski): 0–30% niem.

Większe zwarte kompleksy leśne są wyodrębnione:
(Ciemnozielony): Lasy państwowe i koronne.
(Jasnozielony): Lasy gminne i prywatne.

Przynależność narodowa ich nielicznej ludności jest oznaczona kolorowymi kręgami odpowiadającymi powyższym stopniom barw. W przypadku niezamieszkanych rewirów leśnych kręgi zawierają odpowiedni kolor lasu.

Oryginalna wersja niemiecka (Transkrypcja)

Nationalitäten-Karte der Provinz Schlesien. Auf Grund amtlicher Angaben entworfen von Paul Langhans. Die Angaben über die Sprachverhältnisse beruhen auf den Feststellungen des Königlich Preußischen Statistischen Landesamtes. Auf Vogels Karte des Deutschen Reiches in 1:500 000.

Die Gemeindeeinheiten nach der Muttersprache am 1. Dez. 1900:

überwiegend deutsch:
üb. 75 v. H. deutsch (in der Lausitz über 70 v. H.).
50–75 v. H. deutsch (in der Lausitz 50–70 v. H.).

überwiegend polnisch:
25–50 v. H. deutsch.
0–25 v. H. deutsch.

überwiegend tschechisch (auch „mährisch“):
25–50 v. H. deutsch.
0–25 v. H. deutsch.

überwiegend sorbisch 1890 (wendisch):
30–50 v. H. deutsch.
0–30 v. H. deutsch.

Die größeren zusammenhängenden Waldungen sind ausgeschieden:
Staats- und Kronforsten.
Gemeinde- und Privatforsten.

Die nationale Zugehörigkeit ihrer geringen Bevölkerung ist durch den obigen Farbenstufen entsprechende Ringe gekennzeichnet. Die Ringe enthalten bei unbewohnten Forstgutsbezirken die betr. Waldfarbe.




5. 

Sprachen in Schlesien 1905
de.wikipedia.org/wiki/Provinz_Schlesien


Tu widać wyraźnie: przewaga języka polskiego, trochę czeskiego i ani śladu gwary śląskiej...




upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/a/a8/Sprachen_in_Schlesien_1905_06.svg/2000px-Sprachen_in_Schlesien_1905_06.svg.png




6.

Bardzo podobna mapa do "4" - też reddit, wklejona 16 dni temu, źródłem mapy jest wikipedia.

Oprócz lasów pokazuje i wymienia: Sorbian, German, Polen, Czech - ani śladu gwary śląskiej...

reddit.com/r/MapPorn/comments/1qqk5q6/linguistic_and_physical_maps_of_the_province_of/?tl=de

Z komentarza użytkownika pod mapą: 
tłumaczenie automatyczne

Śląsk odnosi się do terenów na północny wschód od Sudetów, wokół górnych i środkowych odcinków Odry.
Prusy przejęły większość Śląska od Austrii za panowania Fryderyka Wielkiego w połowie XVIII wieku. W porównaniu z Prusami Wschodnimi i Zachodnimi wyraźnie widać wyraźniejszy podział etniczny między Niemcami a Polakami, który bardziej przypomina sytuację językową w Czechach i Morawach niż bardziej zróżnicowaną sytuację innych prowincji Prus Wschodnich.

Niemieckojęzyczni dominowali na Dolnym Śląsku i stanowili w dużej mierze jednorodną ludność. Ci na północy skłaniali się ku luteranizmowi, podczas gdy ci na południu, bliżej Czech, byli katolikami.

Rabowie mówili na dalekim zachodzie, między Brandenburgią a Saksonią (gdzie również występowali w dużej liczbie).

Osoby mówiące po czesku występowały na dalekim zachodzie regionu Kłodzka ("czeski róg") oraz w regionie Hlučín na południu. Ponadto istniały społeczności mówiące czecho wywodzące się z protestanckich Braci Morawskich, które opuściły katolickie ziemie Habsburgów na wygnanie, w kilku rozproszonych osadach (największą z nich była Hussinetz, nazwana na cześć Jana Husa).

Na południowym wschodzie dominowali językojęzyczni język polski (większość z nich mówiła dialektem śląskim, który niestety nie był odróżniany od polskiego w pruskim spisie ludności)
z wyjątkiem większych miast, gdzie w wielu przypadkach niemieckojęzyczni (często ledwo) stanowili większość.


Pełnowymiarowe pliki PNG można znaleźć na Wikipedii. Krytyka, poprawki i opinie są mile widziane.
Językoznawcze: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Silesia_Language_Map_1905.png


commons.wikimedia.org/wiki/File:National_map_of_eastern_provinces_of_German_Reich_based_on_official_census_of_1910.jpg

























środa, 15 maja 2024

Dialekt śląski




"nie ma ani jednej cechy strukturalnej, która różniłaby dialekt śląski od dialektu wielkopolskiego czy dialektu małopolskiego

polszczyzna śląska, jest to archaiczna, bardzo archaiczna, regionalna odmiana języka polskiego"




I tego się trzymajmy.



A poza tym to co zwykle - nie dajmy się zmanipulować, nie dajmy się podzielić.



Werwolf nie śpi - tedy łatwiej go namierzyć jest...






przedruk






Paweł Jędrzejewski:

W sprawie dialektu śląskiego Sejm i Senat uchwaliły, że 2x2 jest 5



13.05.2024 21:31

Zazwyczaj łagodny i pobłażliwy prof. Jan Miodek w tej kwestii ma pogląd całkiem jednoznaczny i zapowiada, że nie ustąpi.



Autorytet w dziedzinie języka polskiego, w dodatku urodzony i wychowany na Śląsku - na pytanie, czy "mowa śląska" jest dialektem czy osobnym językiem - odpowiada:


"Ja to już mówię po raz pięćset pięćdziesiąty piąty. Jest to odmiana dialektalna języka polskiego. Bardzo charakterystyczna. bardzo wyrazista. (...) Powtarzam to już za klasykami polskiego językoznawstwa: nie ma ani jednej cechy strukturalnej, która różniłaby dialekt śląski od dialektu wielkopolskiego czy dialektu małopolskiego. Więc, gdybym miał powiedzieć, że to jest odrębny język śląski, to tak jakbym miał powiedzieć, że dwa razy dwa jest czasem pięć. Nie! - dwa razy dwa jest zawsze cztery i polszczyzna śląska, śląska "ojczyzna-polszczyzna" (...) jest to archaiczna, bardzo archaiczna, regionalna odmiana języka polskiego. I tego zdania ja do śmierci nie zmienię. To jest dla mnie oczywiste"


Przy innej okazji, prof. Miodek sroży się z powodu tego samego tematu:

"Proszę ode mnie nie wymagać udowodnienia, że może śląszczyzna jest odrębnym językiem, nie żądać jej kodyfikacji, bo to jest nonsens. Naiwność połączona z fanatyzmem (...) Nie dajmy się zwariować".

Wreszcie, zapytany o konflikt wokół tematu, czy dialekt śląski powinien mieć status języka regionalnego, prof. Miodek mówi:

 "Jest konflikt między rozsądkiem a jego brakiem, między znajomością historii dialektu śląskiego i nieznajomością tej historii."




Przegłosować można wszystko (?)

Jednak w Polsce funkcjonują dwie instytucje, które mogą poddać pod głosowanie i - z pełnym przeświadczeniem o swojej nieomylności - przegłosować, że np. chomik jest strusiem, a bieguny są na równiku. 

Przed kilkoma tygodniami jedna z tych instytucji, czyli Sejm, stosunkiem głosów 236 do 167 (przy 5 głosach wstrzymujących się) uznała, że istnieje odrębny język śląski, jako język regionalny. W ubiegły tygodniu Senat RP przyjął bez poprawek tę ustawę, potwierdzając 57 do 29 (2 głosy wstrzymujące się) to, co prof. Miodek nazywa nonsensem.

Czyli, można powiedzieć, korzystając z metafory podsuniętej przez profesora, że władza legislacyjna w Rzeczypospolitej przegłosowała, że dwa razy dwa jest czasem pięć.



Co zrobi prezydent?

Teraz ta ignorancka ustawa idzie na biurko Prezydenta Dudy i Prezydent może się pod tym absurdem podpisać, albo może podpisu nie złożyć.


Wybór jest trudny, bo - z jednej strony - czy można ze spokojnym sumieniem podpisywać ustawę stwierdzającą coś w jaskrawy sposób nieprawdziwego i podważającego wiedzę naukową? 

Natomiast - z drugiej strony - nietrudno przewidzieć, że brak podpisu zostanie przez politycznych przeciwników prezydenta obrócony przeciwko niemu. Będzie on oskarżony o zlekceważenie a nawet dyskryminację śląskości, Ślązaków, Śląska. 

Lewicowy europoseł Łukasz Kohut już stwierdza, że to "test dla prezydenta" - "Test człowieczeństwa i szacunku dla śląskiego dziedzictwa". Czyli prezydent zda "test człowieczeństwa", gdy podpisze się pod nonsensem? To podejście posła Kohuta wskazuje na rzeczywiste motywy zrobienia z dialektu śląskiego tematu, którym już zajęła się w Polsce władza legislacyjna. To motywy przede wszystkim polityczne.

Zajmie się nim także - gdyby prezydent ustawę podpisał - władza wykonawcza, bo przecież uznanie dialektu śląskiego za język regionalny nakłada na władze państwowe i samorządowe szereg obowiązków. 

Europejska Karta Języków Regionalnych i Mniejszościowych stawia poważne wymagania przed szkolnictwem, administracją państwową, wymiarem sprawiedliwości i mediami. Formalnie wszędzie tam będzie obowiązywała dwujęzyczność. Np. obowiązek dwujęzycznych tablic informacyjnych spowoduje, że przed Gliwicami zobaczymy napis po polsku "Gliwice" i po śląsku - "Glywice", co jest przecież absurdalne. 

Wreszcie, prędzej czy później, będzie musiała zająć się tym tematem także władza sądownicza, ponieważ prawo związane z językiem regionalnym na pewno stanie się polem wielu konfliktów i sporów.




I właśnie o konflikty chodzi

W przypadku zagadnienia dialektu śląskiego, jego uznania za język, a nawet w ogóle tematu śląskości, widać dokładnie, że chodzi o zainicjowanie konfliktu Polaków ze Śląska z resztą Polaków. 

To już się udało. Spór polityczny już trwa. Z kolei, niektórzy działacze organizacji, podkreślających odrębność Śląska, traktują uznanie dialektu śląskiego za język zaledwie jako etap przejściowy w osiągnięciu ważniejszego celu. Piotr Długosz ze Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej ma jasną wizję przyszłości: "Uznanie śląskiego za język regionalny to za mało. (...) Najlepszym rozwiązaniem byłoby uznanie Ślązaków za mniejszość etniczną".

Formalne ogłoszenie dialektu języka polskiego odrębnym językiem jest przede wszystkim narzędziem polityki zgodnym ze starożytną, rzymską maksymą "divide et impera" ("dziel i rządź")

stosowaną powszechnie np. w Stanach Zjednoczonych pod nazwą "identity politics" ("polityka tożsamości").



Polega to na stałym podkreślaniu tego, co ludzi dzieli, a nie tego, co łączy, poprzez przypisywanie ich do poszczególnych grup mniejszościowych, którym wmawia się, że są dyskryminowane przez większość lub inne grupy. 

Drugim sposobem jest podsycanie istniejących, ale słabnących animozji i konfliktów pomiędzy grupami - najczęściej etnicznymi, rasowymi, językowymi, kulturowymi, wyodrębnionymi także ze względu na płeć czy tzw. "orientację seksualną".

Generalnie zasada jest taka, żeby maksymalnie utrudniać i ograniczać możliwości postrzegania oraz oceniania ludzi indywidualnie. Należy ich postrzegać i oceniać poprzez pryzmat przypisanych im z góry "tożsamości", czyli obarczać ich cechami grup, które są z reguły oparte na stereotypach. A stereotypy rzadko są pozytywne. Zazwyczaj są negatywne.

Cel jest wyraźny: polaryzacja społeczeństwa, jego atomizacja. Nastawianie grup przeciw sobie.

Wszystko po to, aby ci, którzy są u władzy, mogli te konflikty wewnątrz społeczeństwa rozgrywać na swoją korzyść, występując albo w roli obrońców, albo szczujących - zależnie od okoliczności i nastrojów wśród wyborców.



Poczucie przynależności narodowej/etnicznej łatwo poddaje się emocjom


Używanie dialektu śląskiego i poczucie przynależności narodowej/etnicznej są kwestiami subiektywnymi. 

Oto fascynujące dowody: dane uzyskane podczas spisów powszechnych w roku 2002, 2011 i 2021. 

W pierwszym z nich przynależność narodową/etniczną śląską zadeklarowało do 173.2 tysiąca ankietowanych. W roku 2011 liczba ta powiększyła się prawie pięciokrotnie i osiągnęła poziom 847 tysięcy. Czym wyjaśnić ten niesamowity, wręcz kosmiczny wzrost? 

Jedna z teorii głosi, że to efekt wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, który przed rozpoczęciem spisu powszechnego powiedział: "Śląskość i kaszubskość PiS całkowicie akceptuje i ceni, ale twierdzenie, że istnieje naród śląski, my rzeczywiście traktujemy za zakamuflowaną opcję niemiecką". 

Na te słowa zareagował Ruch Autonomii Śląska, który prowadził kampanię i namawiał, by podczas spisu powszechnego deklarować narodowość śląską. Czyli ta teoria twierdzi, że na złość prezesowi PiS dodatkowe 674 tysiące ludzi uznały się za Ślązaków. Być może. Szaleństwo? Jak najbardziej.

Szczególnie, że w kolejnym spisie powszechnym liczba ludzi deklarujących narodowość śląską spadła o 262 tysiące i wynosiła 585.7 tysięcy. Jeśli chodzi o posługiwanie się dialektem śląskim w domu, to w roku 2011 fakt ten zgłosiło 529 tysięcy osób, a w roku 2021 - 457.9 tys., czyli o ponad 70 tysięcy mniej.

Te wyniki udowadniają, że prawda o przynależności narodowej jest co najmniej elastyczna, a być może w ogóle nie istnieje. Czyli wniosek jest oczywisty: te atrybuty stanowią znakomity materiał do wzbudzania i wyrażania silnych emocji, a co za tym idzie, idealny obiekt manipulacji.



Skłóceni są słabi


Realistycznie, można postrzegać to zjawisko jako bardzo użyteczne w walce politycznej (podziały są wyraźne: przeciwko zalegalizowaniu "języka śląskiego" głosowali prawie wszyscy posłowie PiS-u i Konfederacji, a za - rządzącej koalicji), ale nie można zapominać, że na koniec największymi zwycięzcami są zawsze zewnętrzni wrogowie Polski. 

Kraj, w którym podkreślane są różnice pomiędzy grupami ludzi i na nich opiera się wewnętrzna polityka, a to, co wspólne, schodzi na plan dalszy, staje się z definicji społeczeństwem - a co za tym idzie także państwem - słabym. 

Wykorzystywana jest tu odwieczna, podstawowa cecha natury człowieka: gdy ludzie intensywnie nie zgadzają się ze sobą w jednej sprawie, zazwyczaj nie zgodzą się ze sobą w żadnej. To widać jak na dłoni w polskiej polityce od dziesięcioleci. Polska jest już maksymalnie spolaryzowana pod względem politycznym. To niszczy zarówno przyjaźnie, więzi rodzinne, jak i państwo. 

Uznanie dialektu śląskiego za język regionalny, jako etap na drodze uznania Ślązaków za mniejszość etniczną, to samobójcze otwarcie Puszki Pandory. Z oczywistego powodu: bo za nimi pójdą inni. Kto powstrzyma np. podhalańskich górali?


wtorek, 9 stycznia 2024

Separatyzm ?





zwracam uwagę na zwroty typu: 
dobiega końca... w swej treści podobny do:

Dziś nadszedł czas na...


z mojego tekstu Geograficzno-polityczny atlas Polski  - link poniżej



w treści - to samo co zwykle

wytłuszczenia
kolory




proszę uważnie czytać!









Dobiega końca XV rok przynależności Górnych Łużyc do województwa dolnośląskiego

Ilu mieszkańców Zgorzelca, Lubania czy Bogatyni zdaje sobie sprawę, że nie żyją na Dolnym Śląsku a w Górnych Łużycach? Strzelam – niewielu. Może nieco więcej kombinuje, że mieszkają na Dolnym Śląsku w Górnych Łużycach. Nie mają racji. Chociaż...?

Górne Łużyce wyrosły na mapie Europy w średniowieczu. W drugiej połowie epoki. Bardzo chciałbym datować ten fakt dokładniej, lecz nie sposób. Górnołużycka tożsamość wyrodziła się z wcześniejszego Milska, a proces ten trwał co najmniej kilka dekad. Zarys górnołużyckich granic można wykreślić o wiele pewniej. Osadnictwo na terenie dzisiejszego dorzecza Nysy Łużyckiej, stanowiącego wschodnią rubież kraju, prowadzili możni z trzech stron: biskupi miśnieńscy od zachodu, królowie czescy od południa i książęta śląscy od wschodu. Trzebiąc nieprzebytą dotychczas puszczę spotkali się w dolinie Kwisy, płynącej z Gór Izerskich, wpadającej do Bobru na styku Łużyc (Dolnych) i Śląska. Pierwszym dokumentem opisującym, momentami enigmatycznie, tę granicę jest tzw. Górnołużycki Dokument Graniczny z 1241 r.

Nie mam ambicji w tym tekście opowiadać o przebiegu, zmianach i meandrach historyczno-geograficznych granic Górnych Łużyc w całości. To temat obszerny, wart odrębnego omówienia. Zresztą poruszany już w literaturze i publicystyce polskojęzycznej kilkukrotnie. Dla zrozumienia mych rozważań wystarczy skupić się na wschodniej granicy, oddzielającej Górne Łużyce od Śląska. Dość prędko utrwaliła się na wspomnianej Kwisie i z jej biegiem (przy niewielkich odchyłkach) honorowana była aż do 18 maja 1815 r. Dopiero oderwanie północnej, większej części kraju przez Prusy, zmieniło nie tylko tradycyjną granicę ze Śląskiem ale wręcz zmieniło przynależność krajową odebranej dzielnicy. Południowa, choć straciła autonomię, nigdy nie przestała być Górnymi Łużycami. Tyle, że jako mały fragment sporej Saksonii. Pruska część północna została włączona do Śląska i wraz z jego ziemiami utworzyła Provinz Schlesien. W późniejszych podziałach administracyjnych tego kraju w Królestwie Prus, „śląskie Górne Łużyce” włączane były do rejencji dolnośląskiej (Regierungsbezirk Liegnitz, w latach 1919-1938 i 1941-45 odrębna Provinz Niederschlesien). Stąd właśnie śląska przeszłość Görlitz-Zgorzelca, Lauban (Lubania) i północno-wschodniej części dzisiejszych Polskich Górnych Łużyc, leżących pomiędzy Kwisą a Witką (Smědą). Jedynie południowy saski skrawek, na obszarze pokrywającym się z grubsza z dzisiejszą miejsko-wiejską gminą Bogatynia, nieprzerwanie do maja 1945 r. zachował górnołużycką tożsamość.
Przy czym warto pamiętać, że państwa i narody koalicji napoleońskiej, a więc tak jak Saksonia, także Polska, nigdy nie pogodziły się z pruską aneksją Górnych Łużyc i włączeniem ich terytorium do Śląska.

Wschodni pas Górnych Łużyc, między Nysą Łużycką a Kwisą podarował Polsce Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili (Józef Stalin). Jałtański podział Europy Środkowej budował nową Polskę jako zwarte terytorium, o granicach opartych o naturalne przeszkody. Komunistyczny car nie przejmował się takimi niuansami jak kraje, narody czy różnice kulturowe. Nie miały żadnego znaczenia, skoro i tak cała ludność odebranych Niemcom ziem miała zostać wysiedlona, a ład społeczny i architektoniczny miał być NOWY.
Nawet gdyby ktoś z nowych osadników miał świadomość odrębności kulturowej górnołużyckiego skrawka Europy – mógł co najwyżej parsknąć nań śmiechem. Nie było ani jednego powodu by zaprzątać sobie głowę takimi drobiazgami. Zanyskie Górne Łużyce po prostu wcielono do utworzonego na „Ziemiach Odzyskanych” regionu administracyjnego Śląsk Dolny, wkrótce przemianowany na województwo wrocławskie... i już.

Tak jak we wszystkich obszarach współczesnej Polski przejętych od upadłej Rzeszy Wielkoniemieckiej (Großdeutsches Reich), tak i na Górnych Łużycach nastąpiła całkowita wymiana ludności. Mieszkający na prawym brzegu Nysy Łużyckiej Górnołużyczanie byli przeważnie Niemcami. Ludność słowiańska– Serbowie Łużyccy – skupiała się wokół głównego ośrodka kraju - Budziszyna. We Wschodnich Górnych Łużycach mieszkały co najwyżej pojedyncze rodziny. Nawet gdyby stanowili zwarte grupy, wątpliwe czy komunistyczne władze zgodziłyby się na ich pozostanie w nowym państwie. Przez analogię z Górnoślązakami, niechcącymi opowiedzieć się po żadnej stronie dwóch wrogich narodowości – Polaków i Niemców – można sądzić, że Serbołużyczanie traktowani byliby jak V kolumna. Górnoślązacy niejednokrotnie kończyli swą powojenną niedolę w obozach przejściowych i za zachodnią granicą.

W dzisiejszej gminie bogatyńskiej, jedynym polskim okrawku o nigdy nieprzerwanej formalnie przynależności do Górnych Łużyc, nie mieszka żadna rodzina o serbskim rodowodzie. Tak jak we wszystkich poniemieckich regionach Polski, tak też na dawnym Milsku tożsamość kulturową przecięto. Przez pierwsze dziesięciolecia, osiadła w powiecie zgorzeleckim ludność, nie miała pojęcia na jakich terenach przyszło im żyć. Czy jest to Dolny Śląsk czy Górne Łużyce – było zupełnie obojętne. Zazwyczaj mawiano, że to Dziki Zachód, z którego wszędzie daleko. Blisko było tylko do Czech i Niemiec, ale tam нельзя. O Górnych Łużycach niekiedy wspominano po okrzepnięciu państwowości polskiej, a zwłaszcza po 1970 r. i zaakceptowaniu granicy na Nysie i Odrze przez RFN.
Nic zatem dziwnego, że Górne Łużyce w Polsce są obecne we współczesnym dyskursie ledwie symbolicznie.

Zawiłości historyczno-regionalistyczne przez minione półwiecze mało kogo obchodziły. Polakom tożsamość lokalną wyrugowali okupanci podczas ostatniej wojny i Władza Ludowa. Skutecznie budowali jednolitą narodowość polską zacierając wszelkie etniczne, językowe, religijne i obrzędowe różnice. Na ogół skutecznie. Jednak po 60. latach polskości na dawnych terytoriach niemieckich i czeskich, zwłaszcza na Śląsku, Górnych i Dolnych Łużycach oraz w Hrabstwie Kłodzkim, mieszkańcy poszukują dla siebie wspólnej, rodzimej tożsamości. Bo przez ile pokoleń można się karmić „rajem utraconym” za Bugiem, nad Niemnem czy nawet nad Pilicą i Bzurą? Jak długo można wspominać bajania o niezwykłych kresowych zimach, złotych łanach, słodkich jabłkach i pięknych dziewczynach z warkoczami pozostawionych daleko na stepach?
Mimo globalnej wioski telekomunikacyjnej, nowi Górnołużyczanie i Ślązacy łakną wspólnoty z ziemią, na której żyją już od 4 pokoleń. Wchodzące w wiek dojrzały drugie pokolenie urodzone na zachodnim Śląsku, na wschodnich Górnych Łużycach, wychowane w śląskich kamienicach, albo w przysłupowo-szachulcowych chałupach, chce wiedzieć gdzie żyje. Jakie były losy ich mniejszej, acz bliższej ojczyzny, dlaczego różni się ona od innych części państwa, kto mieszkał w ich domach przed nimi? Sięgają po historię.
Wystarczy przeczesać Internet, by przekonać się jaką wielką popularnością cieszą się zbiory starych pocztówek, galerie wiekowych fotografii, fora poświęcone historii miast, gmin i okręgów. Głód tożsamości lokalnej przybiera na sile i karmi się przeszłością na niespotykaną do tej pory skalę.
Tymczasem rzeczywistość ustrojowo-polityczna, jako formalna, z natury rzeczy wtórna i zazwyczaj opieszała, nie nadąża za tymi potrzebami.

Dzisiejsze województwa nie są reprezentacją historycznych zależności, podziałów i tożsamości regionalnej. Zwłaszcza w przypadku województw utworzonych na terytoriach nienależących do nowożytnej Polski przed 1945 r. Postulaty domagające się ortodoksyjnego odtwarzania granic pruskiej Prowincji Śląsk albo Autonomicznego Województwa Śląskiego są utopijne. Trudno także oczekiwać, że ludność żyjąca na terenie województw południowo-zachodnich, zachodnich i północno-zachodnich – całkowicie napływowa, będzie restytuowała stosunki regionalne poprzednich gospodarzy.

Kiedy w 1998 r. wprowadzano II etap reformy samorządowej (utworzenie powiatów i nowych województw) - sami jej twórcy przyznawali, że jest spóźniona o kilka lat i wysoce niedoskonała. Część sceptyków nie kwestionowała idei samorządności, lecz krytykowali powrót do trójstopniowego podziału w czasach, kiedy pojawiały się narzędzia docierania do obywatela bezpośrednio z centrali. Postulowano nawet całkowitą likwidację województw i pozostawienie wyłącznie gmin, z możliwością łączenia się w związki, dla realizacji lokalnych i regionalnych strategii. Patrząc z perspektywy 15 lat, które upłynęły od momentu wprowadzenia reformy, nawet dziś to wizja chyba zbyt futurystyczna dla większości polityków i urzędników. Aczkolwiek takie rozwiązanie dowiodłoby bezsprzecznie jakie rzeczywiście związki społeczno-ekonomiczno-kulturalne łączą polskie społeczności lokalne. Niewykluczone, że wykształciłyby się w państwie zupełnie inne dzielnice niż narysowane granicami 16 województw. Pewne jest, że współczesny podział na regionalne jednostki administracyjne, praktycznie w żadnym przypadku nie odzwierciedla tradycyjnych regionów. Ustanawiając 15 lat temu nowe województwa z każdego regionu wyłamano, bądź też do niego doklejono, jakiś subregion, który wcześniej związany był z innym regionem. Powołano też województwa zupełnie sztuczne, jakby nie mając co począć z ich terytorium.
Najlepszym przykładem jest województwo lubuskie, które zlepiono z dwóch sztucznie spiętych części. Po to by zaspokoić ambicje elit Gorzowa i Zielonej Góry, a ponadto nie utuczyć za mocno dolnośląskiego i wielkopolskiego. Tak też powstało śląskie, którego 51 % terytorium stanowi Małopolska. Skutek jest taki, że częstochowian ogłupiałe mass-media nazywają Ślązakami! Zadekretowano wspólnotę między małopolskimi Częstochową i Zagłębiem Dąbrowskim a Konurbacją Górnośląską. Tymczasem opolski łańcuch serc, oderwał połowę Górnego Śląska i wykroił dla siebie bękarcie województwo, z którego ludzie wciąż uciekają. Tych przykładów jest więcej.
Źle się stało z dawnym Śląskiem. Kraj o blisko 1000-letniej historii rozdarto na województwa: lubuskie, dolnośląskie, opolskie i śląskie (rąbek uszczknęło nawet wielkopolskie).

Dolnośląskie zostało wykreślone na mapie sztucznie.
Granice nie uwzględniły wielu różnorodności sięgających głębokiej historii. Gorzej, że także współczesnych, ukształtowanych przez 54 lata powojennej symbiozy miast, subregionów i dzielnic państwa. Chroniąc interesy wyrosłych na bazie 49 „stolic” wojewódzkich, lokalnych grup urzędniczych, konserwując pseudotożsamość lokalną, dokonano podziału współżyjących ze sobą ośrodków jak np. Zielona Góra – Głogów – Legnica bądź Wrocław – Brzeg – Opole.



Regionalne ośrodki samorządowe, kulturotwórcze, medialne z różnym natężeniem, trochę skokowo starają się budować dolnośląską tożsamość. Jedna z wrocławskich mutacji ogólnopolskiego dziennika lata temu rozdawała naklejkę samochodową „Jestem Dolnoślązakiem”. Rozmaite kampanie medialne podkreślają „dolnośląskość”, namawiają do społecznej konsolidacji w ramach województwa. Efektów tych zabiegów nie widać zbyt wyraźnie. Być może dlatego, że województwo to twór rządowy, a być może pokutuje jeszcze 24-letnie rozdrobnienie na 49 województw (lata 1975-1999).

Polskie Wschodnie Łużyce – Dolne i Górne – przypadły lubuskiemu i dolnośląskiemu. Nie odnotowano tego faktu w nazwach, choć w obu jednostkach administracyjnych ziemie łużyckie stanowią istotny udział. A przecież dwuczłonowe nazwy, honorujące dwoistość regionalną funkcjonują w kilku przypadkach, np. województwa warmińsko-mazurskie i kujawsko-pomorskie oraz powiaty: czarnkowsko-trzcianecki, bieruńsko-lędziński, ropczycko-sędziszowski, strzelecko-drezdenecki. Gdyby tak w swej mądrości twórcy nazw województw zechcieli nadać południowo-zachodniemu miano „śląsko-górnołużyckie”, a śląskiemu – „śląsko-małopolskie”, to opolskiemu wystarczyłoby „górnośląskie”. Nazwy oddawałyby hołd różnorodności regionalnej południowej Polski, która jest starsza niż Państwo Polskie.


Tymczasem mamy „dolnośląskie” z pozorną monokulturą.

Górne Łużyce zatem pojawiają się życiu społeczności subregionalnej rzadko, właściwie tylko w warstwie symbolicznej. A to Łużycki Oddział Straży Granicznej, a to Łużyckie Centrum Medyczne, to znów zespół „Łużyczanki”, bądź tytuł prasowy „Łużyce” (o takiej samej nazwie huta szkła), tudzież Łużycka Giełda Nieruchomości itp.

Choć to niewiele – cieszy. W świadomości mieszkańców próżno szukać identyfikacji z górnołużyckim krajem. Co prawda nie dysponuję wynikami badań, więc nie mogę być tego pewien, lecz nie spotkałem się z deklaracją „jestem (Górno)Łużyczaninem”. Aczkolwiek nie spotkałem też na Górnych Łużycach przypadku analogicznej deklaracji dolnośląskiej. To może dowodzić braku jakiejkolwiek tożsamości regionalnej. Ale bycie „bezdomnym kundlem” w tradycjonalistycznej kulturze polskiej nie udaje się na długą metę.

Pewnie niejednemu czytelnikowi trudno się powstrzymać od pytania „jakie do cholery ma znaczenie, że to co dawniej górnołużyckie teraz jest dolnośląskie, nawet jeśli ledwie 15. lat?” Przecież tyle razy granice regionów, krajów i państw w Europie się zmieniały. Na naszym kontynencie niemal nie było dekady, by jakiś fragment państwa, a tym bardziej regionu nie zmieniał przynależności. Choćby najnowsze zmiany polityczne: kiedy piszę te słowa faktem staje się oderwanie od Ukrainy Donbasu, a kilka miesięcy temu Rosja oderwała Półwysep Krymski. Do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej przyłączony został równo 60 lat temu...

Skoro Górne Łużyce w granicach Polski są zbyt małe i słabe (i pozbawione rdzennej ludności), by stanowić jakąkolwiek odrębność, to może lepiej, że stały się częścią większego i silniejszego Dolnego Śląska?

Tak. To optyka trudna do polemiki. Jeszcze trudniej przewidzieć jakie procesy kulturowe czekają nas za kilka dekad, w którą stronę podąży tożsamość dolnośląska. Czy będzie się umacniać, czy zginie w unitarnej kulturze europejskiej? Tym bardziej niemal pewne się staje, że w Polsce zupełnie się zatrze świadomość odrębności Górnych Łużyc. Więc po co się przy niej upierać?

Jest przynajmniej jeden powód. Niebagatelny. Zniknięcie z mapy kulturowej w Polsce Górnych Łużyc to wielkie zagrożenie dla górnołużyckich zabytków. Doskonale to widać na przykładzie najbardziej rozpoznawalnym - symbolu (Górnych) Łużyc – budownictwie przysłupowo-szachulcowym.
Owszem, środowiska intelektualne, bądź węższe: historycy sztuki i architekci oraz regionaliści i pasjonaci górnołużyccy – widzą w tych „pruskich murach” (nazwa błędna i deprecjonująca) wielkie bogactwo kulturowe. Jednakże na szczeblu regionalnym, z wysokości wrocławskich foteli samorządowych, ale też z okien górnołużyckich domów – nie widać niczego wyjątkowego w tej unikatowej architekturze. Górnołużyckie zabytki są traktowane jako problem. Wielu samych mieszkańców Górnych Łużyc uważa, że są za mało wartościowe, by je za wielkie pieniądze restaurować. Nie dostrzegają w nich potencjału turystycznego i kulturotwórczego. Tym bardziej decydenci w regionalnej metropolii nie widzą takiego „interesu”.
Górne Łużyce wiele tracą przez prowincjonalizm i brak silnego ośrodka cywilizacyjnego. Czasy kiedy państwa malowały fasadę rubieży, by zza miedzy ładnie wyglądały – minęły.

Po to właśnie potrzebna jest górnołużycka samodzielność! Choćby formalne istnienie. Gdyby Górne Łużyce w Polsce cieszyły się taką subregionalną tożsamością jak istniejący przez kilkanaście lat Okręg Dolnośląsko-Górnołużycki (Landkreis Niederschlesische Oberlausitz) w Niemczech ze „stolicą” w Görlitz być może miałyby większe szanse na pozyskanie zainteresowania i środków finansowych do ochrony kultury materialnej. Od lat przy kawiarnianych stolikach i na korytarzach niektórych urzędów, dyskutowane jest utworzenie Powiatu Górnołużyckiego (na wzór powiatu tatrzańskiego i powiatu bieszczadzkiego). Jak to często w Polsce bywa, automatycznie pojawia się konflikt: który z istniejących powiatów miałby się nim stać? Lubański czy zgorzelecki? Oba miasta od lat ze sobą rywalizują o miano bardziej łużyckiego. Nawet gdyby połączyły siły i powstałby jeden większy powiat – pewnie trudno byłoby o zgodę, w którym mieście – Zgorzelcu czy Lubaniu – będzie siedziba nowego powiatu. Aczkolwiek w Polsce są wzorce: „podwójnych stolic” – lubuskie i kujawsko-pomorskie oraz nawet powiatów – olecko-gołdapski w latach 1999-2002.

Na Górnych Łużycach, podobnie zresztą jak w całym państwie, dynamicznie rozwija się działalność społeczna. Oczywiście, że pobudzona głównie przez system rozdawnictwa unijnych funduszy, który preferuje dotacje dla NGO. Wiele organizacji jest malowanych tylko na potrzeby konkretnego projektu. Niemniej pośród tego bogactwa (nawet w najmniejszych miejscowościach działa kilka-kilkanaście stowarzyszeń i fundacji) duża liczba organizacji rzeczywiście podejmuje cenne inicjatywy. Buduje w ten sposób to, czego od zawsze w Polsce brakowało, a co jest słabością Polaków – społeczeństwo obywatelskie. Wiele z tych organizacji szuka dla siebie tożsamości poprzez małą ojczyznę.
Jak głęboko ten ferment społeczny żywi się regionalizmem górnołużyckim? Ile Górnołużyczan wyrośnie z tego zaczynu? Górnołużycka tożsamość za Nysą Łużycką wśród potomków Serbów (Górno)Łużyckich, po wyzwoleniu z karnego obozu DDR, przeżywała renesans. Dziś nieco przygasł, choć znalazł dla siebie trwałe miejsce w kolorycie kulturowym. Choć bez narodowych ambicji politycznych Serbowie Łużyccy dali nawet Saksonii premiera (Stanisława Tilicha). Czy możliwe jest by polscy nowi Górnołużyczanie zdobyli się kiedyś na odrębność i zmienili nazwę powiatu zgorzeleckiego na Powiat Górnołużycki? Czy będą kiedykolwiek mówić o sobie z dumą „Jestem Górnołużyczaninem”? Przyszłość pokaże.

Są jednak proste kroki, które już teraz nie tylko warto, ale wręcz NALEŻY postawić. Jak dotąd Dolnośląska Służba Dróg i Kolei nie wpadła na pomysł ustawienia przy drogach wojewódzkich tablic informujących o wjeździe w obszar Górnych Łużyc. Za pośrednictwem Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego stosowna prośba o ustawienie znaków drogowych E-22b i E-22c, powinna także trafić do Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad, by tzw. brązowe tablice turystyczne stanęły także przy „krajówkach” i A4.

Gminne i powiatowe jednostki odpowiedzialne za promocję i turystykę z terenu Górnych Łużyc, powinny bezwzględnie zaprzestać używania w opisach swych miejscowości i mikroregionów sformułowania „położona/-y na Dolnym Śląsku”. Zastępując je wcale nie gorszym, a zgodnym z prawdą sformułowaniem „położona/-y w województwie dolnośląskim na Górnych Łużycach”. Zupełnie na miejscu byłoby używanie w materiałach promocyjnych herbu Górnych Łużyc.
W górnołużyckich szkołach na stałe powinna zostać wprowadzona, choćby jedna w semestrze, lekcja opowiadająca o Górnych Łużycach. Doprawdy jest o czym mówić, a młodzież chętnie słucha (sprawdziłem przeprowadzając taką lekcję w gimnazjum).

Ostatnim z pierwszych kroków na ożywienie górnołużyckiej tożsamości niech będzie wymiana kulturalna z Serbami Łużyckimi. Zamieszkujący w okręgu Budziszyna Słowianie są naturalnym sprzymierzeńcem Polaków. Od czasów Bolesława Chrobrego podtrzymywana jest pamięć o dobrym królu, który ich bronił przed niemieckimi zakusami. Serbołużyczan z Polakami łączą dwie silne więzi: religia katolicka i zbliżone do siebie języki (jeszcze bardziej podobny do polskiego jest język dolnołużycki). Do Serbołużyczan zbliża Polaków także przeszłość – w wielu aspektach podobna, wszak oba narody doskonale rozumieją co to znaczy stawiać opór germanizacji i być pozbawionym własnego państwa. Wreszcie mamy podobne upodobania kulinarne. Niektóre potrawy różni tylko nazwa.
Wymiana w tej chwili jest niezwykle wątlutka i podtrzymywana głównie przez kilka stowarzyszeń (np. Stowarzyszenie Polsko-Serbołużyckie Pro Lusatia, Związek Serbów Łużyckich Domowina). Choć są organizowane rozmaite wydarzenia kulturalne czy edukacyjne (np. Łużycka szkoła letnia) to po polskiej stronie raczej o nich cicho. M. in. dlatego, że dzieją się często z dala od Polskich Górnych Łużyc, w Namysłowie, Opolu (siedziba Pro Lusatii) czy Wrocławiu.

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że ścisła współpraca na lokalnym gruncie, zwłaszcza na polu kultury, przyniosłaby same korzyści.
Górnołużyccy Serbowie zyskaliby szansę wsparcia dużego i coraz silniejszego (zwłaszcza w UE) sąsiada. Mogłoby im niejednokrotnie pomóc np. w uzyskaniu finansowania serbskiej kultury ludowej, podtrzymania języka, wspólnych badań naukowych (historycznych, archeologicznych itp.). To podstawowe działania, które mogą ocalić ten najmniejszy słowiański naród świata. Kto jak nie Polacy powinien Serbołużyczanom pomóc? Skoro Polska ma aspiracje do kreowania polityki regionalnej w Środkowej Europie i wspiera Ukraińców czy Białorusinów, to tym bardziej powinna wspierać Serbołużyczan. Temu narodowi grozi przecież całkowity zanik.
Przyjaźń polsko-serbołużycka dla Polaków stanowić mogłaby most z Niemcami. Przyspieszałaby oswajanie wschodnich Niemiec – terenu naturalnej ekspansji ekonomicznej i społecznej dla ludności z województw zachodnich. Mieć sojusznika w państwie, z którym Polacy intensywnie współpracują, a które niejednokrotnie wywiera na Polskę presję bezcenne.

Niestety na razie nie widzę w górnołużyckich powiatach zainteresowania współpracą z Serbami Łużyckimi, ani tym bardziej budowaniem górnołużyckiej tożsamości. Zazwyczaj takie zaniechania się mszczą. Niewykluczone, że zemsta już się dokonuje. Choć nieoczywista, to odczuwalna. Podobnie jak wschodnie Landkreisy niemieckie, tak i polskie powiaty zachodnie są opuszczane przez młodych ludzi w kierunku zachodnim, bądź do dużych polskich miast. Jeśli na Górnych Łużycach nie zatrzymują ich możliwości dobrego bytu, ciekawej pracy, samorozwoju i spełniania przyjemności, to ostatnią kotwicą mogłaby być sympatia do rodzinnego, pięknego kraju – Górnych Łużyc.




Arkadiusz Lipin






Odsłony: 21881 na dzień 4 stycznia 2024





A oto garść statystyk.



Związek Łużyczan w Polsce-Alians Łużycki


Po raz pierwszy możemy dowiedzieć się ilu Łużyczan mieszka w Polsce. 

Ostateczne dane GUS z Narodowego Spisu Powszechnego 2021 r pokazują, że w woj. dolnośląskim mieszka 50 Łużyczan, najwięcej w powiecie zgorzeleckim 14 osób i we Wrocławiu 11. Następnie w woj lubuskim 18 osób w tym w Żarach 12, w woj mazowieckim 14 osób i w woj. wielkopolskim 13. 

W pozostałych województwach 62 osoby, w całej Polsce w sumie 130 osób

woj. dolnośląskie-50, powiaty: Zgorzelec-14, Miasto Wrocław-11, Lubań-9
woj. lubuskie -18, powiaty: Żary-12
woj. mazowieckie -14
woj. wielkopolskie -13
woj. pomorskie -7
woj. śląskie -6
woj. małopolskie -6
woj. łódzkie -5
pozostałe - 11










w woj. dolnośląskim mieszka 50 Łużyczan, razem na całej ścianie zachodniej - 68 osób



Oto 50 osób w woj. dolnośląskim deklaruje się jako Łużyczanie, a pan Lipin pisze epopeję na temat łużyckiej.... nie, wróć! 


On nie pisze o łużyckiej tożsamości, tylko o domniemanym przez niego samego braku jakiejkolwiek tożsamości na łużyckim Śląsku.

Zamiast namawiać (ale i po co?) 50-ciu Łużyczan by stali się Polakami, pan Lipin namawia Polaków - jak nas usiłuje przekonać - beztożsamych, by stali się górnołużyczanami - ale może jednak.... chodzi o to samo co zwykle?


W województwie Dolnośląskim mieszka prawie 3 miliony ludzi.

Trzy miliony!

3000 000 ludzi.

I te 3 miliony mają sie dostosować do 68 osób???

3 miliony ludzi mają się zastosować do konfabulacji jakiegoś nowego Anonima i jego bajań o Górnych Łużycach???


Na pewno nie - to po co on to pisze???



"Górnołużycka tożsamość wyrodziła się z wcześniejszego Milska, a proces ten trwał co najmniej kilka dekad. "


Polacy mieszkają na Śląsku od 1945 roku, to już prawie 80 lat, można by powiedzieć, niemal 100 lat! Wg tego pana tożsamość górnołużycka powstawała dekady, a (abstrachując, że mieszkają tam ludzie o tożsamości polskiej z dziada pradziada) polsko-śląsko tożsamość nie powstała przez te 80 lat?? Kim ten pan jest, by to ocenić?


Przypominam - w spisie powszechnym z 2021 roku ludzie określili swoją tożsamość.

To nie są beztożsamościowcy jak uważa pan Lipin!



Wszystko jest jasne, poza jednym - po co napisana jest ta książka?



nie mieszka żadna rodzina o serbskim rodowodzie. 

nowi Górnołużyczanie i Ślązacy łakną wspólnoty z ziemią, na której żyją już od 4 pokoleń


" łakną wspólnoty z ziemią " - proszę podać dane statystyczne jakie pan zebrał na ten temat oraz proszę opisać metody badawcze jakie pan zastosował by ogłaszać takie wnioski



Tekst jest pełen nieścisłości historycznych i konfabulacji, przypuszczeń, sugestii, nachalnych skojarzeń, dwuznaczności, zaś autor ewidentnie zapatrzony jest w niemieckość.

Arsę Lipę (ten słynny złodziej) lepiej by tego nie wymyślił!

Czemu ten pan nie zainteresuje się losem Łużyczan w Niemczech? Jest ich tam znacznie więcej, stanowią sporą grupę - trzeba zauważyć, że po wojnie ich tożsamość została mocno nadszarpnięta tj. zaczęli oni więcej ulegać zniemczeniu na skutek powojennych przesiedleń niemców z Pomorza czy Śląska.


Skoro teraz Czytelnik "uzbrojony" jest w wiedzę na temat faktycznej ilości Łużyczan na Dolnym Śląsku, proponuję jeszcze raz przeczytać sobie ten tekst i zastanowić się nad jego zasadnością, nad niemieckimi kalamburami powtykanymi w niego, nad słownymi wygibasami no i obraźliwymi wobec nas określeniami i antypolskimi tezami.


Ten tekst warto też porównać z tym co opisałem tutaj: 

Geograficzno-polityczny atlas Polski  - link poniżej


porównaj np.:


Pewne jest, że współczesny podział na regionalne jednostki administracyjne, praktycznie w żadnym przypadku nie odzwierciedla tradycyjnych regionów. Ustanawiając 15 lat temu nowe województwa z każdego regionu wyłamano, bądź też do niego doklejono, jakiś subregion, który wcześniej związany był z innym regionem. Powołano też województwa zupełnie sztuczne, jakby nie mając co począć z ich terytorium.

Dzisiejsze województwa nie są reprezentacją historycznych zależności, podziałów i tożsamości regionalnej. 


z:

Pojawiają się kryteria zdecydowanie historyczne rysujące granice z epoki nowożytnej lub nawet ze średniowiecza (z jednym raczej niewiele zmieniającym wyjątkiem), niegdyś doniosłe, dziś jednak o mniejszym, a czasem już żadnym znaczeniu. 



oraz:

Autor reformę z 1999 roku nazywa "przypadkową hybrydą" i mówi, że wskutek zakulisowych targów politycznych niektóre ośrodki zachowały regionalną samodzielność, a inne ją utraciły.

zachowanie spójności historyczno-kulturowej i odpowiednia korekta nazewnictwa.


12 województw zamiast 16? Jest pomysł na nowy podział Polski (portalsamorzadowy.pl)


na końcu artykułu jest link do raportu z postaci pliku pdf








także tu:




Podział administracyjny Polski nie przystaje do historii

"Wracając do władzy wojewódzkich konserwatorów, nasz podział administracyjny w ogóle nie przystaje do historii. Historyczny Dolny Śląsk znajduje się na terenie czterech województw. Jak możemy traktować ten region jako całość, kiedy każdy fragment bada i chroni inne województwo?" - powiedział w wywiadzie.


Podział administracyjny Polski nie przystaje do historii. Cierpią zabytki (portalsamorzadowy.pl)



------




/prolusatia.pl/ksiaznica/artykuly/430-gorne-luzyce-czy-dolny-slask.html?fbclid=IwAR36JeLThA3y6KUYUaOXEMcTs573wUPLPQyecjJvMu8StyAL4_MyGYUIzd0


Prawym Okiem: Geograficzno-polityczny atlas Polski (maciejsynak.blogspot.com)



--------------------


Niewykluczone, że zemsta już się dokonujeChoć nieoczywista, to odczuwalna.


Werwolf:

strona 23 i bardzo dziwne zwroty...


„Wrocław […] stoję w jego centrum […] Ten bezruch, jakby oczekiwanie na coś powoduje, że boję się poruszyć żeby nie zburzyć, nie zbezcześcić tej martwoty, jakiejś nieistniejącej, ale odczuwalnej równowagi tego miejsca.
[…] Czuje się też bliską, przyczajoną jak ten gołąb obecność grafomanii, która lada numer Odkrywcy wybuchnie jak supernowa.
A gdy przymknąć oczy, gdy się uważnie wsłuchać w ciszę nieczynnych peronów, usłyszeć można wśród porywów wiatru gardłowe „Bahnhof Breslau, aussteigen” wykrzyczane przez konduktora Deutsche Reichsbahn. A duch niemieckiego bahnschulza z przyganą spogląda na polskiego sokistę, który dopuścił zagraficenia urzędowych napisów.”


„A przecież wyłączyłem już wyobraźnię, jestem, jak dziś się mówi, w realu a ciągle widzę niemiecki napis. Więc on jest! Istnieje!






piątek, 18 grudnia 2020

"rewitalizacja mowy luksemburskiej"...

 

...sponsorowana oczywiście przez Niemcy - czyli - "luksemburgując odfrancuzić"


Jak widać metoda stosowana jest nie tylko w Polsce.

U nas zakładają blogi o "języku" mazurskim, o gwarze poznańskiej albo bydgoskiej i zasypują czytelnika germanizmami twierdząc, że to gwara właśnie...

Separatyzm i odnarodawianie - osłabianie patriotyzmu prowadzi do osłabiania państwa i w konsekwencji do uległości wobec interesów niemieckich - w tle zawsze chodzi o pieniądze, tylko pośrednim celem jest władza.

Zawsze chodzi o pieniądze i pasożytowanie na innych. 


 Ok. 6 minuty.





https://www.youtube.com/watch?fbclid=IwAR0kztpBLM5W_enOpgGgS1SIapo8zarpmil5omLhF0tN52CXLhwtXitaiBQ&v=jzR4-dydiiw&feature=youtu.be





czwartek, 2 lutego 2017

Muzeum Nowoczesności umacnia niemieckość tych ziem?


Olsztyn: Muzeum Nowoczesności umacnia niemieckość tych ziem?



Niektórzy z mieszkańców Olsztyna mieli wyrazić zaniepokojenie umacnianiem się w mieście tożsamości niemieckiej. Zwróciła na to uwagę ich przedstawicielka w miejscowej radzie. Jednym z przejawów promowania niemieckości mają być działania pracowników olsztyńskiego Muzeum Nowoczesności.


Z pytaniami "największego kalibru" wystąpiła do prezydenta Olsztyna radna Elżbieta Wirska. Dopytywała o politykę władz miasta w zakresie utrwalania tożsamości historycznej i kulturowej. Mieszkańcy Olsztyna mieli bowiem stwierdzić, że bardzo umocniły się stowarzyszenia, które promują niemieckość tych terenów. - A my wiemy, że Warmia nie była polska tylko pod zaborami – zaznaczyła przedstawicielka tychże mieszkańców.

Wirska wyjaśniła, że jej wypowiedź nawiązuje do zapytania "obywatela Kowalskiego". Radna przyznała, że w jakimś sensie podziela jego wątpliwości. Chodzi m.in. o nazwę Muzeum Nowoczesności. Według Wirskiej nazwa jest prowokacyjna.
Nie tylko nazwa prowokuje pytania. - Dlaczego na zarządcę Muzeum Nowoczesności mianowano pana Rafała Bętkowskiego, który nie ma kwalifikacji, nie jest historykiem, jest tylko pasjonatem? Jeżeli zajmuje się historią, to tylko w bardzo wąskim zakresie, zakresie utrwalania historii z epoki Bismarcka i tendencyjnie promuje tutaj niemieckość - stwierdziła radna.
Pytania te trafiły do prezydenta Olsztyna Piotra Grzymowicza. Zapewnił, że radna otrzyma odpowiedź na piśmie.

MOK nie kryje zdumienia

Sam Rafał Bętkowski nie chciał komentować opinii radnej wyrażonej na temat swej osoby. Jako pracownik Miejskiego Ośrodka kultury w Olsztynie odesłał nas do swego pracodawcy. Na prośbę Onetu MOK wystosował komentarz w sprawie. "Możemy jedynie wyrazić głębokie zdumienie wypowiedzią Pani Radnej dotyczącej Centrum Techniki i Rozwoju Regionu Muzeum Nowoczesności w Olsztynie " – napisali na wstępie przedstawiciele placówki.
Następnie zaznaczają, że tezę o "umacnianiu się środowisk promujących tożsamość niemiecką w Olsztynie" uważają za kuriozalną i nie znajdującą żadnego potwierdzenia w rzeczywistości.
MOK odniósł się również do kompetencji Rafała Bętkowskiego zatrudnionego w Muzeum Nowoczesności. "Stoimy na stanowisku, że przeświadczenie o konieczności wykształcenia kierunkowego nie jest w żaden sposób uzasadnione. Pan Bętkowski wielokrotnie potwierdził - zarówno w swej pracy muzealnika, jak i dzięki rozlicznym publikacjom, prelekcjom i spotkaniom - swą olbrzymią wiedzę na temat historii miasta i regionu, a także niezrównaną pasję autentycznego miłośnika dziejów minionych" - czytamy w oświadczeniu.

Przypomniano również o kluczowej roli, jaką Bętkowski odegrał w projekcie rewitalizacji Tartaku Raphaelsohnów, w którym znajduje się muzeum. "To nie kto inny, ale właśnie Pan Bętkowski jest głównym pomysłodawcą tej placówki, autorem bądź współautorem tematów wystaw i ekspozycji Muzeum oraz osobą, która nieodpłatnie użyczyła Muzeum większej części ikonografii ze swych gromadzonych przez lata zbiorów prywatnych (...)" – napisano.

Natomiast jeśli chodzi o merytoryczny zakres działalności Muzeum Nowoczesności, to według MOK-u siłą rzeczy jest on ściśle i jednoznacznie powiązany z historią naszego miasta. "Posiadającym luki w elementarnej wiedzy historycznej przypominamy, że w wyniku I rozbioru Polski w 1772 r. Warmia została wcielona w obszar Królestwa Prus i m.in. z jej ziem utworzona została prowincja Prusy Wschodnie. Natomiast niezwykle dynamiczny okres rozwoju Olsztyna przypada na drugą połowę XIX wieku i to właśnie głównie na tym okresie koncentruje się działalność Muzeum. Do Polski Olsztyn został formalnie włączony po zakończeniu II wojny światowej" – przypominają w odpowiedzi udzielonej Onetowi przedstawiciele Miejskiego Ośrodka Kultury.
Zaznaczają tym samym, iż nie ma wątpliwości, że złożona historia miasta pozostaje w nierozerwalnym związku również z obecnymi zachodnimi sąsiadami Polski. "Wypowiedź Pani Radnej umacnia nas w przekonaniu, że nasza działalność na rzecz przypominania historii Olsztyna w dalszym ciągu jest ze wszech miar wskazana" – oświadczają władze MOK-u.

"Zaskakująca forma prezentacji dziejów techniki dawnego Olsztyna"

Co prawda Rafał Bętkowski nie chce się wypowiadać na temat wątpliwości radnej, za to prezentuje Księgę Pamiątkową muzeum oraz zawarte w nich wpisy, jak ten:
"Zaskakująca pozytywnie forma prezentacji dziejów techniki w dawnym Olsztynie. Szkoda, że trudno dowiedzieć się o istnieniu muzeum, jeśli się nie jest mieszkańcem Olsztyna. - napisał Andrzej Pawlak, profesor PAN z Łodzi".
I zaprasza do placówki, by osobiście zapoznać się z przekazywanymi przez Muzeum Nowoczesności treściami.


http://olsztyn.onet.pl/olsztyn-muzeum-nowoczesnosci-umacnia-niemieckosc-tych-ziem/1ww7k3g

 

środa, 23 listopada 2016

Autonomia, czyli o samorządności fasadowej




Autonomia vs republika elementarna, czyli o samorządności fasadowej

 

Zamiast inicjatywy oddolnej i organicznej, Gorzelik proponuje zmianę systemu, do którego lokalna społeczność ma dostosować się automatycznie (i jego zdaniem, chyba także entuzjastycznie). Tym samym, w warstwie społecznej tak naprawdę nic się nie zmieni. Zmiany organizacyjno-prawne związane z autonomią z pewnością umożliwią obsadzenie wielu starych i nowych stanowisk „swoimi”. Jednocześnie, tzw. tkanka społeczna pozostanie ta sama. Z dnia na dzień nie dojdzie do żadnego przełomu społecznego, czy „górnośląskiego, obywatelskiego powstania”, o którym mówi Gorzelik. Pozornie, rzeczywiście dla kogoś może to być „nowa samorządność”. Faktycznie, należałoby raczej mówić o „fasadowej samorządności”.

 

RAŚ, środowiska ślązakowskie i ich sympatycy maszerują ku „Autonomii 2020”. Czy rzeczywiście wiedzą, gdzie i po co idą?

W minioną sobotę ulicami Katowic przeszedł kolejny, VIII Marsz Autonomii, którego organizatorem jest przede wszystkim Ruch Autonomii Śląska. W tym roku przyciągnął on dość licznych uczestników (organizatorzy podają liczbę ponad 5000 osób, zaś katowiccy narodowcy znacznie mniejszą, tj. około 1500 osób). Trzeba jednak przyznać, że jak na organizację akcentującą oddolną inicjatywę „Ślązaków”, nie jest to ilość powalająca. Z drugiej strony, w ciągu ostatnich lat osób chętnych do udziału w marszu stopniowo przybywa.
    Podobnie jak w poprzednich latach, organizatorzy Marszu mogli liczyć na korzystne przedstawienie całej inicjatywy w większości mediów, w tym ogólnopolskich, które w zasadzie przyjmują ich retorykę. Robią to jednak raczej w sposób bezrefleksyjny. Przykładowo, reportaż w wydaniu informacyjnym TVP Info rozpoczęto słowami „Ślązacy kontra Polacy”, zaś w jego trakcie, w podpisie pojawiła się błędna informacja o zbieraniu podpisów za uznaniem narodowości śląskiej (w istocie chodziło o mniejszość etniczną).
    Zapowiadana przez Ligę Obrony Suwerenności kontrmanifestacja, współorganizowana przez stowarzyszenie Solidarni 2010 oraz lokalne Kluby Gazety Polskiej wypadła raczej blado (według różnych szacunków wzięło w niej udział od ok. 50 do 150 osób). Poza możliwością głośnego wyrażenia sprzeciwu, generalnie nie wniosła nic poza tym. Dobrym elementem było jednak wystąpienie profesora Franciszka Marka, laureata Nagrody im. W. Korfantego (przyznawanej przez Związek Górnośląski). Były rektor Uniwersytetu Opolskiego rzeczowo odniósł się do prób skodyfikowania tzw. języka śląskiego. Na tym tle uwagę zwraca inicjatywa podjęta przez śląskich narodowców, którzy zdecydowali się przyłączyć do Marszu, jednocześnie wyraźnie akcentując swoją odrębność.  Idąc w oddzielnej kolumnie, nieśli własne transparenty oraz 12-metrowy baner z hasłem „Jesteśmy ze Śląska, ale najważniejsza jest Polska”. Celem tej inicjatywy miało być pokazanie, że środowiska narodowe „wspierają Ślązaków w walce o większą samorządność i poszanowanie dla regionu”, a jednocześnie pokazują, że istnieje w tym względzie alternatywa dla ślązakowców.
    Z jednej strony, inicjatywa narodowców jest bez wątpienia pomysłem oryginalnym. Czymś, czego od dłuższego czasu brakowało. Jedną z najistotniejszych kwestii jest pokazanie, że dobrze pojęty regionalizm, a także postulaty „Polski samorządnej”, wcale nie muszą bezwzględnie wiązać się z popieraniem RAŚ i innych środowisk ślązakowskich. Jak dotąd, tym ostatnim udało się niemal całkowicie zawłaszczyć i zmonopolizować wspomniane idee, jednocześnie nadając im bardzo radykalny, antypolski wydźwięk. Dotyczy to również odwoływania się do Statutu Organicznego Województwa Śląskiego z 15 lipca 1920 roku, na mocy którego uzyskało ono szeroką autonomię. Dlatego bardzo ważne jest pokazanie, że również inne środowiska społeczno-polityczne mogą być alternatywą dla wszystkich, którym zależy na uzyskaniu większego wpływu na otaczającą ich rzeczywistość. Z jednoczesnym poszanowaniem oryginalnego, regionalnego charakteru. Zarazem, niechcących utożsamiać się z radykalną, antypolską retoryką ślązakowców.
    Niestety, akcja ta ma również swoją gorszą stronę. Przede wszystkim, w przekazie medialnym mimowolnie stworzono wrażenie, że narodowcy… zaczęli wspierać ślązakowców i popierają, przynajmniej częściowo, ich radykalną retorykę i dążenia. Dało się to łatwo zauważyć obserwując komentarze pojawiające się w Internecie. Nawet część osób sympatyzujących z Ruchem Narodowym w pierwszej chwili nie miała pojęcia „co jest grane”. To z kolei może zostać łatwo wykorzystane do zdyskredytowania ich w oczach części opinii publicznej. Zresztą, opinie takie już zaczęły pojawiać się w sieci (swoją drogą, podobne inicjatywy, np. podejmowane przez Fundację Pro - Prawo do Życia w trakcie marszu prezydenckiego 11 XI, były przez te same środowiska zachwalane). Dotyczy to przede wszystkim środowisk, którym zdecydowanie bliższa jest koncepcja większej centralizacji władzy.  Z zasady potępiają oni wszystko, co w jakikolwiek sposób mogłoby łączyć się z jej rzeczywistym przeniesieniem na niższe szczeble. Ponieważ jest to dla nich ewidentne osłabianie państwa, w sytuacji zagrożenia interpretowane jest co najmniej jako działanie szkodliwe, jeśli nie wrogie. Jest to jednak cena, z jaką trzeba się liczyć przy tego rodzaju inicjatywach. Tym bardziej, że bez nich może dojść do całkowitej polaryzacji. Szeroko pojęta idea samorządności zostanie całkowicie zawłaszczona przez środowiska ślązakowskie. Z kolei pozostałe, nazwijmy je szeroko – patriotyczne, zostaną mimowolnie, ale trwale powiązane wyłącznie ze zdecydowanym centralizmem i etatyzmem.
    Jerzy Gorzelik niemal jak mantrę powtarza, że autonomia województwa śląskiego jest kluczem do przyszłego sukcesu regionu. Jego zdaniem jest to nowoczesna, europejska tendencja, w którą po prostu należy się wpisać. Podobnie przytaczane wypowiedzi uczestników marszu pokazują, że wierzą oni w to, że autonomia pozwoli im uzyskać większy wpływ na kształtowanie rzeczywistości. Warto zwrócić uwagę, że zdaniem lidera RAŚ rozwiązanie to „powinno być przyjęte w przypadku regionów Rzeczpospolitej Polskiej”.
    Należy przyjrzeć się temu bliżej. Retoryka Gorzelika pokazuje bowiem wyraźną słabość jego koncepcji. Przede wszystkim, jako ślązakowiec, opowiada się za możliwie największą niezależnością Górnego Śląska od Polski. Zarówno polityczno-gospodarczą, jak i społeczno-kulturalną. Takie możliwości może dać tylko autonomia (i to raczej na wzór niemieckiego landu czy np. Szkocji, niż w duchu międzywojennym). Jednocześnie, silnie akcentuje wątek samorządności. W tym miejscu okazuje się jednak, że nie potrafi wyjść z własnej klatki pojęciowej. Bo skoro większa samorządność wg niego musi wiązać się z nadaniem autonomii, to ta ostatnia ma również absolutne pierwszeństwo. Paradoksalnie, w zasadzie proponuje więc działania odgórne. Zamiast inicjatywy oddolnej i organicznej, proponuje on zmianę systemu, do którego lokalna społeczność  ma dostosować się automatycznie (i jego zdaniem, chyba także entuzjastycznie). Tym samym, w warstwie społecznej tak naprawdę nic się nie zmieni. Zmiany organizacyjno-prawne związane z autonomią z pewnością umożliwią obsadzenie wielu starych i nowych stanowisk „swoimi”. Jednocześnie, tzw. tkanka społeczna pozostanie ta sama. Z dnia na dzień nie dojdzie do żadnego przełomu społecznego, czy „górnośląskiego, obywatelskiego powstania”, o którym mówi Gorzelik. Pozornie, rzeczywiście dla kogoś może to być „nowa samorządność”. Faktycznie, należałoby raczej mówić o „fasadowej samorządności”.
Tym, czego obecnie brakuje najbardziej, jest wspólnota polityczna. Nie tylko na Śląsku, ale i w Polsce. Bez tego czynnika mówienie o większej samorządności i podmiotowości mieszkańców jest w zasadzie pustosłowiem. Z kolei rzekome panaceum na wszelkie zło, czyli autonomia, stworzy jedynie pozory. Władza będzie mogła przejść w ręce dość nielicznej grupy, której jedynym wyróżnikiem będzie jedynie swoisty autochtonizm – przedstawiciele „śląskiej mniejszości etnicznej” w miejsce „złych Polaków nierozumiejących Śląska”. Pomijając w tym miejscu kwestię ogólną: czy faktycznie jest słusznym postulatem, by jakakolwiek mniejszość etniczna posiadała prawo do wyłącznego głosu o losach zamieszkiwanego regionu. Zresztą „etniczność” nie równa się „polityczność”. To, czy pod wnioskiem o uznanie podpisze się 120 czy 250 tysięcy osób w sferze samorządności obywatelskiej i polityczności nie ma większego znaczenia. Jednak retoryka autonomistów z RAŚ (i nie tylko) nie pozwala im wyjść poza utarte schematy „identyfikacji negatywnej”, czyli budowaniu tożsamości regionalnej w opozycji wobec ogólnonarodowej (tj. polskiej).
Ślązakowcy w zasadzie nie mają do zaproponowania wiele, poza biciem w antypolski bębenek (często tendencyjnie i populistycznie) i akcentowaniem, jak bardzo śląska kultura regionalna różni się od polskiej. Podkreślając jednocześnie wszelkie, nawet najdrobniejsze podobieństwa do kultury czeskiej oraz niemieckiej. Tymczasem nawiązań można szukać m.in. pośród słusznych elementów myśli politycznej I Rzeczpospolitej. Tej, która przez ślązakowców jest jawnie wyśmiewana i pokazywana jako przykład politycznej ciemnoty i zacofania. Jednak to tutaj można znaleźć takie elementy, jak idee republikanizmu, wspólnoty politycznej czy aktywnego, uczestniczącego obywatelstwa. Poza tym, także w okresie poprzedzającym I Wojnę Światową, Powstania Śląskie i Plebiscyt, najważniejsze inicjatywy społeczno-polityczne odwoływały się do elementów wiązanych przede wszystkim z tradycją polską. Idee samorządności, a w części także republikanizmu, były wyraźnie widoczne w programie i działalności Wojciecha Korfantego, ścierającego się później z centralistyczno-etatystycznym podejściem Michała Grażyńskiego (który, prawdę mówiąc, wbrew ślązakowskiej propagandzie faktycznie posiadał pewne poparcie wśród Ślązaków).
Jeżeli komuś faktycznie zależy na większej podmiotowości mieszkańców Górnego Śląska, to nie może pomijać podstawy tej podmiotowości. A jest nią właśnie stworzenie wspólnoty politycznej. To z kolei wcale nie oznacza konieczności stosowania retoryki separatystycznej. Wręcz przeciwnie – lokalna wspólnota polityczna staje się organiczną podstawą wspólnot wyższego rzędu; „republiką elementarną”, jak powiedziałby Tomasz Jefferson, czy „polis”, według Arystotelesa. W podobnym duchu wypowiadał się także Korfanty, który sam wywodził się ze środowiska narodowej demokracji, również akcentującej ideę „Rzeczpospolitej samorządnej”. Taki projekt może stanowić alternatywę nie tylko dla Śląska, ale i dla całej Polski. Warto więc mówić i działać na rzecz konkretnych zmian, a nie maszerować ku „Autonomii 2020”. Na końcu tej tęczy garnca złota nie ma.
Marek Trojan

  http://www.kresy.pl/publicystyka,opinie?zobacz%2Fautonomia-vs-republika-elementarna-czyli-o-samorzadnosci-fasadowej

 

 

sobota, 12 listopada 2016

ws. „uznania Ślązaków za mniejszość niemiecką”

„Dziennik Zachodni” 11 listopada pisze o transparentach ws. „uznania Ślązaków za mniejszość niemiecką”




Gazeta, znana z wyraźnej przychylności względem RAŚ i ruchów ślązakowskich, popełniła bardzo wymowną wpadkę językową.

- Obchody Święta Niepodległości zgromadziły pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego w Katowicach setki osób. To właśnie tam obyły się główne uroczystości ze składaniem kwiatów i apelem pamięci – informuje na swoich stronach internetowych „Dziennik Zachodni”. Należąca do niemieckiego kapitału gazeta, znana z wyraźnej przychylności względem RAŚ i ruchów ślązakowskich, popełniła jednak dość osobliwą wpadkę językową:
- Wśród biało - czerwonych flag, nie zabrakło również barw Górnego Śląską oraz transparentów dotyczących uznania Ślązaków za mniejszość niemiecką.

Później fragment ten poprawiono, zastępując wyraz „niemiecką” słowem „etniczną”.








Katowickie uroczystości z okazji Święta Niepodległości rozpoczęły się od mszy świętej w Katedrze Chrystusa Króla, której przewodniczył metropolita katowicki abp Wiktor Skworc. Potem zaproszeni goście oraz uczestnicy przeszli na Plac Bolesława Chrobrego pod pomnik Józefa Piłsudskiego, gdzie odbyła się główna ceremonia.



- Miłość ojczyzny jest obowiązkiem obywatelskim. Powinna być uczciwą i twórczą pracą dla Polski. Rzetelnie zdobywając wiedzę, będąc odpowiedzialnym w polityce, troszcząc się o rodzinę, okazując szacunek tradycji i wartościom narodowym, dbając o piękno języka ojczystego wypełniamy powinność obywatelską. Manifestujmy w ten sposób swój patriotyzm. Nie wstydźmy się zatem naszych uczuć do Polski, uczmy nasze dzieci miłości do swojej Ojczyzny! Ojczyzna to my, Polacy! – mówił podczas uroczystości wojewoda śląski Jarosław Wieczorek.

http://www.kresy.pl/wydarzenia,spoleczenstwo?zobacz%2Fdziennik-zachodni-11-listopada-pisze-o-transparentach-ws-uznania-slazakow-za-mniejszosc-niemiecka-grafika


 

środa, 12 października 2016

Jak Prusowie robili kariery w państwie krzyżackim


O tym, jak Prusowie robili kariery w państwie krzyżackim

 28.12.2006

Panuje powszechne przekonanie, że Prusowie -  lud bałtycki osiadły między dolną Wisłą, a Niemnem  - zostali wytępieni przez Krzyżaków. „Było wprost przeciwnie – mieli się całkiem dobrze i jeszcze na początku XV wieku stanowili większość mieszkańców Prus właściwych, a niektórzy z nich wręcz robili kariery w państwie zakonu krzyżackiego” – dowodzi prof. Grzegorz Białuński z Instytutu Historii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. 
 
 
 Krzyżacy - zakon rycerski sprowadzony do Polski przez księcia Konrada Mazowieckiego w 1228 roku, w celu podboju ziem zamieszkiwanych przez pogańskich Prusów - szybko stworzyli własne państwo. Przestało ono istnieć w 1525 roku, kiedy to wielki mistrz krzyżacki złożył hołd lenny królowi polskiemu i przyjął protestantyzm. Profesor Białuński bada, co się działo w tym czasie z rdzennymi mieszkańcami Prus.


„Prusów +wycinano+ jedynie podczas podboju - do 1283 roku. Wprawdzie oblicza się, że spadek zaludnienia ziem pruskich po podboju wynosił od 20 do 50  procent (w zależności od obszaru), ale część ubytków stanowiła dosyć liczna emigracja na Ruś, Litwę i Polskę” – tłumaczy naukowiec.


Około pięciu tysięcy  Jaćwięgów  (średniowieczny lud bałtycki z pogranicza dzisiejszej Polski i Litwy),  osiadło w okolicy Grodna i Lidy, czyli na terenie dzisiejszej zachodniej Białorusi. „Reszta, pozostała w Prusach, została skomasowana na zachodnich połaciach państwa krzyżackiego. Większość z nich siedziała w poddańczych wsiach chłopskich lub stanowiła plebs miejski” – wyjaśnia historyk. Nazwą Prusy właściwe określa się  obszar państwa krzyżackiego, obejmujący dawne terytorium Prus pogańskich, bez ziemi chełmińskiej i późniejszych nabytków np. Pomorza Gdańskiego.


PRUSOWIE BRONILI KRZYŻAKÓW PODCZAS PROCESÓW
Profesorowi udało się zebrać wiele przykładów Prusów, którzy w państwie krzyżackim odegrali znaczące role


 „Przykładem kariery duchownej potomka dawnych Prusów jest niejaki Bando z rodu Tessymidów. Był on plebanem pasłęckim, a wcześniej notariuszem kancelarii wielkiego mistrza w Malborku. Najpewniej w Paryżu studiował prawo. Z nim wiążę powstanie zbioru prawa pruskiego tzw. +Iura Pruthenorum+. Reprezentował on także zakon krzyżacki w tzw. procesie warszawskim w 1339 roku ” – podaje przykład historyk.  Był to proces w sporze między Królestwem Polskim, a Krzyżakami; jego wynik był niekorzystny dla zakonu.

„Niewykluczone, że do rodu tego należał też znany w drugiej połowie XV wieku Jan z Waplewa. Stanowił on dość rzadki przykład osiągnięcia przez krajowca statusu brata-rycerza w zakonie krzyżackim. Mamy bardzo  prawdopodobnie potwierdzenie faktu wstąpienia do Zakonu potomka dawnych Prusów” – podkreśla prof. Białuński.


KARIERY TO WYNIK REALIZMU
W swojej ostatniej książce „Ród Prusa Kleca” naukowiec ukazał potomków tytułowego bohatera - Kleca. „Najprawdopodobniej jego potomkami byli przedstawiciele dwóch znakomitych rodów rycerskich von Pfeilsdorf, po polsku nazywani Pilewskimi oraz von Lehndorf.  Jeszcze w XV w. niektórzy przedstawiciele von Pfeilsdorfów używali przydomka Klec’” – mówi badacz.


„Warto też wspomnieć o potomkach słynnego wodza jaćwieskiego – Komanda. Trzymali oni różne dobra w okolicy Górowa Iławeckiego i Bartoszyc (woj. warmińsko-mazurskie), dowodnie do początku XV wieku” – dodaje profesor.


Pasję historyka podziela jego uczennica Alicja Dobrosielska. Ona z kolei bada ród Zamehlów – jako przykład kariery mieszczańskiej. „W XVII wieku  przedstawiciele tego pruskiego rodu należeli do grupy zamożnego i wykształconego mieszczaństwa elbląskiego. Jeden z nich sporządził udokumentowane drzewo genealogiczne, wywodząc swój ród od Prusa Samila z XIII wieku, dobrze znanego z kronik krzyżackich” – przytacza wyniki poszukiwań profesor Białuński.


„Kilka tych przykładów, jak sądzę, doskonale pokazuje, że Prusowie nie stanowili bezimiennej, a już w żadnym wypadku biernej, masy lecz aktywnie uczestniczyli w życiu nowego państwa krzyżackiego” – dodaje.

Czy oznacza to, że część Prusów kolaborowała z najeźdźcą?


 „Terminu +kolaboracja+ jednak bym nie używał. Nie jest on adekwatny do epoki i, chyba, sytuacji, ponieważ możliwości pokonania Krzyżaków w ówczesnej konkretnej rzeczywistości były żadne. Kariery stanowiły więc raczej wynik pogodzenia się z obiektywną sytuacją; alternatywą była albo emigracja z Prus, albo wegetacja ekonomiczna w poddanych wsiach chłopskich, co oznaczało skazanie się na ubóstwo” – uważa profesor Białuński.
PAP – Nauka w Polsce, Adam Lisiecki

 

 

 http://scienceinpoland.pap.pl/aktualnosci/news,23755,o-tym-jak-prusowie-robili-kariery-w-panstwie-krzyzackim.html

 

 

niedziela, 8 marca 2015

Admin!!! Oddawaj tekst!!!


Ponieważ admin zabrał mi tekst, publikuję brakujący fragment w osobnym artykule...

Tekst mniej więcej treści jak poniżej zniknął z mojego wcześniejszego tekstu "A więc wojna", pozostały jedynie obrazy. Brak opisu sprawił, że informacja straciła sens, więc ją tu powtarzam...


Media w sposób niewłaściwy pokazują administracyjną mapę Polski.
Ostatnimi czasy często na planszach prognozy pogody, w krótkich prezentacjach telewizyjnych, albo w internecie, jak podczas ostatnich wyborów, pokazują na infografice mapę, gdzie "znikają" poszczególne województwa połączone w "regiony".

Czy takie pokazywanie podziału administracyjnego Polski jest w ogóle legalne?
Czy to nie podpada pod jakiś paragraf?

Służby specjalne poprzez media w ten sposób oswajają ludzi ze swoimi planami rozbiorowymi, przyzwyczajają ludzi do innego planowanego kształtu Polski, nowego planowanego podziału administracyjnego.



I tak np.:
- warmińsko-mazurskie połączono z podlaskim
- świętokrzyskie z małopolskim
- opolskie z dolnośląskim
- zachodnio-pomorskie z lubuskim