Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gospodarka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gospodarka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2026

"Niemcy naprawdę potrafiły by tym potencjałem zarządzać"

20 luty 2026


Fragmenty wywiadu z analitykiem Instytutu Zachodniego dr Witoldem Ostantem.



Instytut Zachodni im. Zygmunta Wojciechowskiego (ang. Institute for Western Affairs, niem. West-Institut, fr. Institut Occidental) 

– polski instytut badawczy z siedzibą w Poznaniu, który utworzono ustawą z dnia 17 grudnia 2015. Instytut jest następcą prawnym istniejącego od 1945 Instytutu Zachodniego – Instytutu Naukowo-Badawczego im. Zygmunta Wojciechowskiego. Nadzór nad Instytutem sprawuje Prezes Rady Ministrów.

IZ zajmuje się monitorowaniem i analizą sytuacji politycznej, gospodarczej, społecznej i prawnej w Niemczech, a także śledzi stosunki polsko-niemieckie oraz problematykę międzynarodową:
procesy w Unii Europejskiej, relacje transatlantyckie, wyzwania i zagrożenia globalne. Podstawowym zadaniem IZ jest prowadzenie badań naukowych oraz przygotowywanie analiz, raportów, ekspertyz i studiów prognostycznych na potrzeby organów władzy publicznej w Polsce.
Integralną częścią placówki jest Gabinet Krzysztofa Skubiszewskiego.





energetyka24.com/surowce/gaz/ostant-dla-niemcow-ns2-to-bezpieczenstwo-wroca-do-biznesu-z-rosja








Ostant: Dla Niemców NS2 to bezpieczeństwo. Wrócą do biznesu z Rosją

Katarzyna Łukasiewicz
6 lutego 2026, 15:29



Przypuszczam, że Niemcy ponieśli największe straty w UE przez swoją pomoc Ukrainie. Jednocześnie w Niemczech panuje przeświadczenie, że gdyby mieli dostęp do bogactw Rosji, staliby się największym światowym mocarstwem – mówi w rozmowie z E24 dr Witold Ostant, analityk Instytutu Zachodniego.



Katarzyna Łukasiewicz: W jaki sposób niemieckie media opisują sprawę Serhija K. i czy porównują ją z polskim przypadkiem Wołodymyra Żurawlowa?

Witold Ostant: Niemcy postrzegają Nord Stream 2 inaczej niż my. Dla nich to był element infrastruktury krytycznej, bezpieczeństwa państwa. Wysadzanie tego typu obiektów to uderzenie w ich bezpieczeństwo energetyczne. Z tej perspektywy ustosunkowuje się do Serhija K. większość mediów głównego nurtu.


[...]

W infrastrukturę energetyczną Niemiec uderzono w bardzo złym okresie, bo to nastąpiło we wrześniu. Później przyszedł pierwszy kryzys energetyczny, bardzo poważny. Ceny surowców, szczególnie gazu, poszybowały w górę.

KŁ: A jak stosunki rosyjsko-niemieckie wyglądały po rozpoczęciu wojny z Ukrainą?

WO: W zasadzie parę miesięcy po rozpoczęciu pełnoskalowego ataku na Ukrainę Rosja zaczęła ograniczać przesył do Niemiec i to miał być sygnał, że zaczynają się reperkusje, jeżeli Niemcy nie wycofają swojego poparcia dla Ukrainy.

Ograniczono go o nawet 30%, zaczęto wymieniać nagle całe turbiny, przeprowadzać serwisy, jak to potrafią Rosjanie. Znacznie wcześniej pojawiły się więc przyczyny „serwisowo-techniczne”. Rosja od początku wojny sugerowała Niemcom, że nie powinny interesować się konfliktem na Ukrainie, ani jej pomagać.

A cały czas wierzono w to, że w jakimś w jakimś aspekcie Nord Stream będzie działać. Trzeba wziąć pod uwagę, że suma kosztów Nord Stream 1 i 2 to ok. 15 mld euro i niemal połowę tej kwoty straciły na tym kontrakcie prywatne europejskiej firmy. Potężne korporacje, które wyliczały swoje biznesplany na określone zyski i profity, które miały trwać latami. Z 15 mld euro, prawie połowę stracili Niemcy, niemal 7 mld dolarów.

KŁ: Podobny komentarz usłyszałam kilka miesięcy temu ze strony niemieckiej. Przekonywano mnie, że na sprawę Nord Stream w Niemczech nie patrzy się z punktu widzenia politycznego, tylko czysto prawnego.

WO: Niemcy tak reagują, bo trzeba brać pod uwagę ich nieciekawą historię w XX wieku. Oni podkreślają demokrację i legalizm prawny. Są pod tym względem bardzo przewrażliwieni. U nas w Polsce różnie bywa z tym legalizmem prawnym, duchem prawa, demokracją walczącą i tak dalej. To jest nie do pomyślenia w Niemczech. Nie przy tej konstrukcji politycznoprawnej i nie przy takim, a nie innym podejściu elit politycznych. Oni mają cały czas w głowach konsekwencje II WŚ, nazistów, tego, co się stało z prawem, bo ono wówczas też obowiązywało, ale było specyficzne.

KŁ: Myślę, że dla Polaków jest to nieco trudne do zrozumienia, bo my przez cały czas na sprawy sabotażystów ukraińskich patrzymy właśnie z punktu widzenia trwającej wojny. Nawet to, że nie wydaliśmy na podstawie ENA Wołodymyra Żurawlowa…

Moim zdaniem to była niefortunna decyzja, bo to nie my powinniśmy ponosić polityczne konsekwencje tego aktu sabotażu, jakim było wysadzenie kontrowersyjnych od samego początku gazociągów. To Niemcy mieliby problem, co dalej z tym Ukraińcem zrobić, jak go osądzić, w jakim trybie.


[...]

KŁ: Jednocześnie nastroje w Niemczech bardzo się zmieniają od początku inwazji Rosji na Ukrainę. Zwykli Niemcy odczuwają spadek formy ekonomicznej kraju.

WO: Od czterech lat mamy „pełzający” kryzys w Niemczech, który nieszczególnie można przezwyciężyć pomimo kolejnych setek miliardów euro wydawanych z publicznych pieniędzy pod różnymi pretekstami. Miał przyjść kanclerz Friedrich Merz z nowymi pomysłami i to błyskawiczne zmienić. Prace trwają i być może te Merzowe pomysły lansowane od początku 2025 roku chwycą, ale pytanie kiedy? Społeczeństwo niemieckie , traci jednak powoli cierpliwość.

[...]

KŁ: Ale to się zmieniło?

WO: Dopiero rok po wybuchu wojny na Ukrainie pojawił się tzw. drugi plan Habecka i nastąpiła głęboka refleksja, próba dostosowania do sytuacji gospodarki niemieckiej, transformacji energetycznej, ale niewiele można było zrobić. Zielona koalicja nie mogła wycofać się z tych wcześniejszych pomysłów, bo to by uderzyło w ich elektorat i podstawy ich rządów.

Z drugiej strony byli w pułapce bardzo wysokich kosztów, tzw. przejściowych surowców, czyli szczególnie gazu, ściąganego nie z Rosji, tylko z innych regionów świata. Był on, oczywiście, bardzo drogi i cała transformacja w sposób ekonomiczny „siadła”. Doszły jeszcze kwestie braków w podstawie systemowej, czy problem niewydolności i opóźnień w budowie sieci energetycznych oraz krzyk biznesu niemieckiego, że go na te koszty energii nie stać i szereg innych kwestii. To spowodowało pogłębianie się kryzysu.

A dlaczego on w ogóle powstał? Bo Niemcy, mimo tego, że mają know-how, straciły dostęp do tanich źródeł energii i tak naprawdę konkurencyjnej siły roboczej a do tego borykają się z fatalnymi barierami administracyjnymi, brakiem odpowiedniej cyfryzacji i wysokimi podatkami. Całość niemieckich problemów gospodarczych „pięknie ogniskuje się” w przemyśle motoryzacyjnym.
Reklama

KŁ: No właśnie, a teraz mamy Merza, który jest niepopularny, jak przynajmniej wynika z sondażów, będąc jednocześnie kanclerzem, który rzeczywiście dąży do zmian gospodarczych.

WO: Ja bym postrzegał Merza jako „koło ratunkowe” Niemiec. Jego proatlantyckość, pomimo tego, co robi Donald Trump, jest bardzo ważna. Merz powiedział jednoznacznie, że nawet gdyby w Rosji zmieniło się wszystko, to nie będzie ona już partnerem dla Niemiec.

KŁ: Możemy w to wierzyć?

WO: Z wiarą w słowa polityków jest jak z wiarą w duchy, „generalnie nie należy w nie wierzyć ale można się ich bać”. A tak bardziej poważnie to jest dla nas bardzo budujące, bo Niemcy zobowiązują się do budowy bezpieczeństwa, wydawania prawie 5% PKB na zbrojenia. To jest wielki przełom dla tej części Europy i możliwości budowy niezależności europejskiej. Dodatkowo Merz rozumie wagę sojuszu z USA, ale dostrzega, że nie można ulegać USA za wszelką cenę, nie można doprowadzić do bezpardonowego dyktatu. Pamiętajmy również, że jeżeli Merz przetrwa na stanowisku kanclerza, to prawdopodobnie będzie nim do 2029 r.

Być może do tego czasu, kto wie, czy nie pojawi się w RFN temat np. większej suwerenności strategicznej RFN w dziedzinie broni jądrowej? Może powstanie jakiejś projekt kooperacji francusko-niemieckiej w celu zbudowania strategicznej odpowiedzi europejskiej wobec zagrożeń, przede wszystkim tego zagrożenia ze Wschodu, czyli Federacji Rosyjskiej, która będzie dalej wrogim państwem.

A z drugiej strony taki projekt mógłby dać przyczynek do budowy modelu bezpieczeństwa strategicznego w uniezależnieniu od amerykańskich omnipotencji w tej dziedzinie, bo jeżeli odpowiednie środki zostaną uruchomione, to naprawdę bardzo dużo może się zmienić w Europie w przeciągu, trzech, czterech, pięciu lat w zakresie możliwości obronnych.

KŁ: Ale tutaj chyba podstawowym problemem Niemiec pozostaje wciąż energetyka i to, że na tym polu trzeba wprowadzać zmiany. Tak wiele lat polityki antyjądrowej.

WO: Tak, Niemcy „strzeliły sobie w stopę” i teraz nawet najwięksi apologeci zielonej transformacji już widzą, że nie te koszty. Co z tego, że jesteśmy uczciwi, chcemy konkurować na świecie, lasować swoje technologie, kapitał, skoro inni partnerzy grają w tę samą grę, ale na innych zasadach.

KŁ: Do Polski docierają też różne kontrowersyjne informacje z Niemiec dotyczące wypowiedzi polityków AfD, w tym Alice Weidel, dotyczące Nord Stream, potrzeby jego odbudowy. Jak powinniśmy takie informacje odbierać? Niepokoić się, być może nadchodzącymi zmianami?

WO: Ja nie jestem wróżką. Od lutego 2022 r. mnóstwo ekspertów wielokrotnie wieszczyło koniec wojny, wszyscy lepiej wiedzieli, co ma Putin w głowie. Moim skromnym zdaniem o tym, kiedy skończy się ten konflikt, nie zdecyduje nikt inny niż Władimir Putin. Zachód oczywiście mógłby mu w tym „pomóc”, ale jest jak jest (…) To jest aspekt wróżenia ze szklanej kuli.

Ale tak wracając całkiem poważnie, na dzień dzisiejszy wszystko wskazuje na to, że AfD jeszcze nie jest partią masową na skalę ogólnoniemiecką, ale rośnie w siłę. Jest dla coraz większej grupy Niemców partią racjonalną, bo jak się Pani wsłucha w jej postulaty na przykład energetyczne, to wcale nie są głupie, np. powrót do energetyki jądrowej.

Podkreślić, trzeba z całym zdecydowaniem, że największym błędem w ciągu ostatnich 30 lat było wyłączenie energii jądrowej w Niemczech. Nawet gdyby wojna na Ukrainie nie wybuchła, był to największy błąd niemieckiego establishmentu i niemieckiego biznesu.

Inny postulat to powrót do relacji handlowych z Rosją. On nastąpi prędzej czy później. Wszystko będzie uwarunkowane zmianą polityczną i momentem zamrożenia konfliktu, wygaszenia wojny. Może zamiast Putina pojawi się poprawiona wersja gen. Anodyny, czyli piękna, młoda blondynka z warkoczem czy bez, znająca kilka obcych języków, wykształcona w Cambridge i okaże się, że to będzie już „nowa Rosja”, z którą wszyscy będą chcieli rozmawiać.

KŁ: Kto tego chce?

WO: AfD chce jak najszybszej normalizacji stosunków z Rosją, szczególnie na bazie handlowej. Jeżeli konflikt się skończy, podejrzewam, że AfD będzie języczkiem uwagi w Niemczech i będzie tą siłą polityczną, który powie: „My mieliśmy rację, z Rosją trzeba rozmawiać, handlować, budować sojusze”. AfD jest też za ograniczeniem kosztów transformacji energetycznej, która jest bardzo wysoka dla Niemiec. Niemcy, biorąc pod uwagę to, że mają ogromną fiskalizację, dodatkowo mają wysokie koszty energii przy relatywnie niskiej czy bardzo wolno rosnącej sile nabywczej niemieckiego społeczeństwa. Niemcy odczuwają kryzys, szczególnie ci średnio i mało zarabiający w zasadzie od 2019 roku, od pandemii. A wojna na Ukrainie to pogłębiła i tutaj AfD też odpowiada na ich potrzeby, więc to jest tylko kwestia czasu, kiedy AfD urośnie, kiedy ten kordon policyjny, firewall, który stworzyły tzw. partie mainstreamu wokół AFD zacznie się kruszyć.

W ogólnoniemieckich sondażach już w tej chwili podejrzewam, że AfD depcze po piętach CDU. To jest tendencja, która się dość długo utrzymuje. Tak naprawdę dynamika wzrostu poparcia do AfD przejawia się w wyborach landowych. W sondażach landowych czasem AfD potrafi przebić 40%. Może też okazać się, że z AfD będzie bardzo trudno nie wejść w koalicję, jeżeli w landach mają być stabilne rządy.

Wszystko może się zmienić, a dla nas AfD jest niepokojącą partią, biorąc pod uwagę ten piwot na wschód. Odpowiada za to Niemcom, szczególnie tym na wschodzie, niezadowolonym, biednym, niewykształconym. Ale też dla Niemców z zachodu AfD jawi się jako coraz bardziej logiczny partner i siła polityczna, która racjonalnie zaczyna przedstawiać swoje argumenty. Wizerunek AfD zmienia się, AfD ucieka od niewygodnych haseł a jej próby delegalizacji jak na razie nie przyniosły oczekiwanych skutków.

KŁ: Czyli uważa Pan, że powrót do dobrych relacji między Niemcami a Rosją mimo wszystko, nieważne kiedy zakończy się wojna, jest po prostu nieunikniony?

WO: Podejrzewam, że tak. Jak mówił z uśmiechem i przekąsem świętej pamięci prof. Zbigniew Mazur (wspaniały intelektualista i wieloletni pracownik Instytutu Zachodniego) „na mój stary nochal, tak 😉”. Rosja to naturalny partner Niemiec, jeśli chodzi o potencjał. Niemcy cały czas odczuwają „ból”, że to tyle obszaru, takie bogactwa niewykorzystane. Gdyby Niemcy byli w stanie współdziałać z tym, co ma Rosja i sprawnie wykorzystać do swoich celów rosyjski potencjał, to byłoby to było najpotężniejsze mocarstwo na naszym globie. Nie USA, nie ChRL. Niemcy naprawdę by potrafiły tym potencjałem zarządzać. I Niemcy wiedzą, że te surowce mineralne są im potrzebne do szybkiego, dynamicznego rozwoju. To, że Niemcy dzisiaj mają kryzys, to m.in. wynika z wielkich strat, jakie ich ekonomia m.in. poniosła na wschodzie, w skutek konsekwencji wojny na Ukrainie.

Przypuszczam, że w Unii Europejskiej państwem, które sumaryczne poniosło największe straty na wojnie i udzieliło największej pomocy Ukrainie są Niemcy. I z tego też mogą wynikać te niemieckie nastroje.

Poziom życia w Niemczech spada, dochodzą do tego koszty energii, utrata miejsc pracy, transfer firm a do tego następują zmiany cywilizacyjne, czyli automatyzacja, robotyzacja, sztuczna inteligencja, które w naturalny sposób powodują mniejsze zapotrzebowanie w sektorach przemysłu na pracę.

Nie pomagają również pomysły związane z transformacją opartą na wodorze, która jest bardzo kosztowna i trudna w realizacji. Wszystko wskazuje, że np. koszty wytworzenia stali z wodoru mogą być trzy razy droższe niż koszt wytworzenia stali z węgla bez uwzględnienia odpowiednich mechanizmów politycznych, które tworzą osłony finansowe dla transformacji w sektorach energochłonnych.

KŁ: Wodór to w tym momencie jest w ogóle wielka niepewność.

WO: I to są olbrzymie koszty, ale Niemcy w to idą, Europa w to idzie. Są pieniądze publiczne, państwa czy unijne na ten cel. Proszę zobaczyć, że biznes krzywo patrzy na energię jądrową, bo nie ma koniunktury politycznej, póki co na nią. Chociaż politycy niemieccy zapowiadają, że oni będą pierwszym państwem na świecie, które uruchomi fuzję jądrową. Pożyjemy, zobaczymy.

Warto zadać pytanie również: Dlaczego biznes nie angażuje się w energetykę jądrową? Odpowiedź może być banalna: gdyż ryzyko jest zbyt duże, ponieważ koszty zwrotu z energii jądrowej są odwleczone zbyt długo w czasie. A jak postawią turbiny wiatrowe, elektrownie gazowe czy cokolwiek, to w przeciągu dwóch lat biznes zarabia na siebie, a do tego ma odpowiednie, stałe koszty, rentowność inwestycji gwarantowaną przez państwo. A w energii jądrowej wszystko zbyt długo trwa.

Ale to też jest rola państwa, bo na coś mamy te państwa, że jeśli biznes nie chce się angażować, to trzeba mu pomóc, szukając pieniędzy w innych pomostowych formułach. Albo szukajmy w biznesie, ale stawiajmy na takie rozwiązania długotrwałe. Czasami budując projekty strategiczne trzeba włożyć w coś, co się zwróci po 20, 30 latach, albo postawić na inne pryncypia niż tylko te wypływające z czystej kalkulacji finansowej.
Reklama

KŁ: Wracając jeszcze do stosunków z Rosją, w ocenie jednego z moich rozmówców, Niemcy miały przynajmniej jakąś strategię wobec tego kraju przed jej inwazją na Ukrainę, a inne kraje Europy takiej strategii w ogóle nie miały.

WO: Tak, nie sposób się z tym twierdzeniem zgodzić, ale strategia niemiecka doprowadziła do wielu problemów m.in. do wojny, bo to oczywiście Putin zadecydował o tym, kiedy kogo napadnie, ale generalnie dostał środki i odpowiednie możliwości korupcji elit europejskich, szczególnie niemieckich. Niemieckie BND i Urząd Ochrony Konstytucji powinny zupełnie inaczej zadziałać, żeby elity niemieckie nie wpadły w problem uzależnienia lub powiązań z rosyjskim biznesem, który był, jest i prawdopodobnie będzie uzależniony od rosyjskich władz państwowych i ich interesów ze względu na model systemu politycznego panujący w Rosji.
Gdyby nie Nord Stream, to Putin by musiał inaczej rozegrać tę partię, a był pewny tego, że jak będą te dwie rury, to Niemcy się uzależnią od rosyjskiego gazu. Niemcy będą tanio sprzedawać gaz, a on tu będzie szantażował Europę środkowo-wschodnią, która była pod kontrolą jeszcze za Związku Radzieckiego. Takie mrzonki mógł mieć Putin, jego ekipa dzięki temu, że Niemcy dawały możliwość takich, a nie innych profitów i oddziaływania na Europę i na same Niemcy.

KŁ: I teraz z tymi Pana przewidywaniami, że Niemcy po prostu powrócą do business as usual z Rosją, to tkwimy w błędnym kole historii.

WO: Niestety nie wygląda to najlepiej, chociaż to wszystko będzie trwało w czasie. To nie wydarzy się np. pod koniec tego roku. Nawet jeśli w połowie tego roku dojdzie do zakończenia wojny z Ukrainą, to podejrzewam, że dopóki Merz i jego ekipa będzie rządziła, ten powrót do business as usual będzie utrudniony. Ale w 2029 roku być może główną partią zwycięską w Bundestagu, z którą wszyscy będą musieli się liczyć, będzie AfD. I wtedy może się wszystko zmienić. Te procesy polityczne są rozłożone w czasie. Wymiana elit, podejście społeczeństwa, pewna kultura informacji, wojna kognitywna i soft power musi oddziaływać rozłożone w czasie, ale skutecznie zmienia optykę społeczeństw.

KŁ: A czy Polska może w ogóle coś z tym zrobić? Nasze relacje z Niemcami są, jakie są.

WO: One nie są złe. Dzisiaj relacje z Niemcami są najlepsze od wielu dekad. Mamy wspólnego, namacalnego wroga i wspólny interes bezpieczeństwa, Rosję. Chwała za to, że Rosja się tak spolaryzowała z Niemcami i z nami, a my jesteśmy po dobrej stronie barykady, czyli tej co Niemcy, choć czasem mamy „inną wrażliwość”.

Jeżeli ja bym mówił publiczne, że Rosja zrobi, to co zrobiła po 2014, przed 2010 rokiem, to by mnie nazywano wrogiem integracji europejskiej, Niemiec, postępu, zakałą, ciemnogrodem, polskim zaściankiem. Potem okazało się, że większość naszych strategicznych dokumentów w dziedzinie bezpieczeństwa można wyrzucić do kosza, bo budowaliśmy nie armię obronną z możliwością przeniesienia teatru wojny na terytorium przeciwnika i dalekich uderzeń, tylko ekspedycyjną na potrzeby interwencji w Afganistanie, Iraku czy w Afryce. I teraz nagle z wielkimi kosztami dla społeczeństwa próbujemy, jak najszybciej się da, stworzyć armię, która by była w stanie gwarantować nam przetrwanie, czy skuteczne odstraszanie.

Zobacz też
„Niemcy nas okłamali”. Mocne słowa obrońcy Serhija K. dla E24


KŁ: Co do relacji polsko-niemieckich, to też w polskich mediach szerokim echem odbiło się to, że ministrowie sześciu gospodarek UE, w tym Polski, zadeklarowali, że ich kraje będą „motorami europejskiego postępu”. A to inicjatywa niemiecka.

WO: Teraz warto podpinać się pod inicjatywy niemieckie, bo to jest największa gospodarka. Możemy dzięki temu kapitałowo i technologicznie zyskać. Jeżeli Niemcy mają jakiś pomysł na wyjście z impasu, w którym znalazła się cała UE poprzez zielone łady i inne konsekwencje, to niech to pokażą, a my się wtedy przyłączmy. Skorzystajmy z profitów, tanich kredytów, możliwości tworzenia różnych biznesów i tak dalej. Podepnijmy się pod wielką, niemiecką machinę technologiczną i biznesową. Być może na tym skorzystamy, a im bardziej będziemy częścią gospodarki niemieckiej, tym Niemcy nas będą bardziej chcieli bronić.









Niemcy naprawdę by potrafiły tym potencjałem zarządzać.

"Niemcy naprawdę potrafiły by tym potencjałem zarządzać"


widzisz różnicę?



poniżej wybrane fragmenty - ten pan jest Polakiem czy Niemcem?


Witold Ostant: Niemcy postrzegają Nord Stream 2 inaczej niż my. Dla nich to był element infrastruktury krytycznej, bezpieczeństwa państwa. Wysadzanie tego typu obiektów to uderzenie w ich bezpieczeństwo energetyczne. 

WO: Niemcy tak reagują, bo trzeba brać pod uwagę ich nieciekawą historię w XX wieku. Oni podkreślają demokrację i legalizm prawny. Są pod tym względem bardzo przewrażliwieni. U nas w Polsce różnie bywa z tym legalizmem prawnym, duchem prawa, demokracją walczącą i tak dalej. To jest nie do pomyślenia w Niemczech. Nie przy tej konstrukcji politycznoprawnej i nie przy takim, a nie innym podejściu elit politycznych. Oni mają cały czas w głowach konsekwencje II WŚ, nazistów, tego, co się stało z prawem, bo ono wówczas też obowiązywało, ale było specyficzne.


Ale tak wracając całkiem poważnie, na dzień dzisiejszy wszystko wskazuje na to, że AfD jeszcze nie jest partią masową na skalę ogólnoniemiecką, ale rośnie w siłę. Jest dla coraz większej grupy Niemców partią racjonalną, bo jak się Pani wsłucha w jej postulaty na przykład energetyczne, to wcale nie są głupie, np. powrót do energetyki jądrowej.

Podkreślić, trzeba z całym zdecydowaniem, że największym błędem w ciągu ostatnich 30 lat było wyłączenie energii jądrowej w Niemczech. Nawet gdyby wojna na Ukrainie nie wybuchła, był to największy błąd niemieckiego establishmentu i niemieckiego biznesu.

WO: Podejrzewam, że tak. Jak mówił z uśmiechem i przekąsem świętej pamięci prof. Zbigniew Mazur (wspaniały intelektualista i wieloletni pracownik Instytutu Zachodniego) „na mój stary nochal, tak 😉”. Rosja to naturalny partner Niemiec, jeśli chodzi o potencjał. Niemcy cały czas odczuwają „ból”, że to tyle obszaru, takie bogactwa niewykorzystane. Gdyby Niemcy byli w stanie współdziałać z tym, co ma Rosja i sprawnie wykorzystać do swoich celów rosyjski potencjał, to byłoby to było najpotężniejsze mocarstwo na naszym globie. Nie USA, nie ChRL. Niemcy naprawdę by potrafiły tym potencjałem zarządzać. I Niemcy wiedzą, że te surowce mineralne są im potrzebne do szybkiego, dynamicznego rozwoju. To, że Niemcy dzisiaj mają kryzys, to m.in. wynika z wielkich strat, jakie ich ekonomia m.in. poniosła na wschodzie, w skutek konsekwencji wojny na Ukrainie.

Czyli ani Rosjanie, ani Amerykanie, ani Chińczycy - nikt z nich nie umie "tym potencjałem zarządzać" ? Pan jest specjalistą od Chin, od Rosji i USA??

I ci mondrzy niemcy wiedzą, że surowce są im potrzebne i nie wiedzieli, że to głupie pozbywać się energii atomowej?? Co za mondrzy niemcy....


Jeżeli Niemcy mają jakiś pomysł na wyjście z impasu, w którym znalazła się cała UE poprzez zielone łady i inne konsekwencje, to niech to pokażą, a my się wtedy przyłączmy. Skorzystajmy z profitów, tanich kredytów, możliwości tworzenia różnych biznesów i tak dalej. Podepnijmy się pod wielką, niemiecką machinę technologiczną i biznesową. Być może na tym skorzystamy, a im bardziej będziemy częścią gospodarki niemieckiej, tym Niemcy nas będą bardziej chcieli bronić.



My już byliśmy "częścią" niemieckiej gospodarki..... w latach 40tych.





całość tutaj:

energetyka24.com/surowce/gaz/ostant-dla-niemcow-ns2-to-bezpieczenstwo-wroca-do-biznesu-z-rosja




środa, 23 lipca 2025

Rynek księgarski








PAP: Co twoja prezydentura oznacza dla polskiego rynku książki?

G.P.: W Polsce rynek działa patologicznie. Z raportu Instytutu Książki wynika, że autorzy zarabiają średnio 2,5 tys. brutto miesięcznie, czyli 5-7 proc. od ceny widocznej na okładce. Pozostałe pieniądze trafiają do innych graczy na rynku, ale przede wszystkim do dystrybutorów.

We Francji, Belgii, Holandii czy Norwegii wprowadzono stałą cenę książki. To rozwiązanie nie jest idealne, ale przynajmniej autor wie, ile mniej więcej może zarobić. Natomiast w Polsce książka już w dniu premiery jest przeceniona, a następnego dnia dostępna jest na pirackich stronach za darmo. Nie ma zabezpieczeń dla autorów.

Kolejna sprawa, na której będę się chciała skupić, to walka o transparentność i przejrzystość. Brak danych dotyczących sprzedaży książek to w Polsce zjawisko powszechne. Zorganizowaliśmy kiedyś w Brukseli z EWC konferencję dla Komisji Europejskiej, żeby opowiedzieć, jak funkcjonują autorzy i rynek książki. Było mi wstyd, kiedy ze wszystkich krajów spływały dane dotyczące sprzedaży, tylko nie z Polski.

PAP: Jak zmieni się rynek książki, jeśli nie zostaną podjęte odpowiednie kroki?

G.P.: W tej chwili niektórzy już zastępują tłumaczy literackich i wykorzystują programy. To samo może się przytrafić autorom. Wkrótce sztuczna inteligencja, zbierając informacje o określonym użytkowniku, będzie w stanie wytworzyć taką literaturę, którą chcielibyśmy przeczytać. To będzie sprofilowany produkt - będzie się nam podobał, ale nie będzie nas skłaniał do myślenia. Najpierw będą to pewnie kryminały i romanse. Nie będzie miejsca na literaturę ambitną, na poezję, reportaż - staną się dla ludzi za trudne.


Będzie to początkiem regresu niezależnego, krytycznego myślenia. To niebezpieczne. Można będzie zalać społeczeństwo dezinformacją i manipulować propagandą, co zresztą już się dzieje. Teraz mamy jeszcze zasoby intelektualne pisarzy czy twórców, którzy starają się bronić przed tym ludzi, ale tego bezpiecznika może zabraknąć.


Kolejny problem to regres języka polskiego. Nie jest to jeden z gigantów typu angielski, hiszpański, francuski, niemiecki. Modele AI ćwiczą najlepiej języki duże, przez co te małe będą zanikać. Tym bardziej, jeżeli zabraknie pisarzy i innych osób, które się tym językiem zajmują. Wtedy jesteśmy kompletnie łatwi do sterowania, bo mamy ograniczony zasób słów, nie mamy umiejętności niezależnego myślenia i jesteśmy karmieni produktami dostarczanymi przez maszynę. To nam grozi, jeżeli pozwolimy, żeby sztuczna inteligencja zalewała nas produktami bez żadnych ograniczeń.




Rozmawiała Maria Kuliś

Grażyna Plebanek to powieściopisarka, autorka scenariuszy filmowych, sztuk teatralnych i opowiadań oraz stała felietonistka tygodnika Polityka (od 2016 pisze felietony w duecie z Sylwią Chutnik) i Wysokich Obcasów Extra. Pracowała jako dziennikarka dla agencji Reuters i "Gazety Wyborczej". Zaangażowana w sprawy kobiet, edukacji, a także społeczne uwarunkowania różnic kulturowych. Od lat promuje literaturę polską za granicą. Jest członkinią i współzałożycielka stowarzyszenia zrzeszającego polskie autorki i autorów Unia Literacka.(PAP)

















www.pap.pl/aktualnosci/grazyna-plebanek-potrzebne-jest-wprowadzenie-stalej-ceny-ksiazki-wywiad




Test niezależności

 











youtube.com/watch?v=bQPE1YibQsU





Sabotaż w PKP Cargo






W końcu ktoś to powiedział w oficjalnym komunikacie...




16.06.2025, 17:03
Kolejne masowe zwolnienia w PKP Cargo. Będzie zawiadomienie do prokuratury!

Autor: Mateusz Święcicki/PAP


6 czerwca PKP Cargo w restrukturyzacji poinformowało o planowanym przeprowadzeniu kolejnych zwolnień grupowych w firmie. Wskazano wówczas, że mogą one objąć do 2429 osób - do 1041 pracowników w 2025 roku oraz do 1388 w 2026 roku w różnych grupach zawodowych. Zwolnienia miałyby zostać zrealizowane do 30 września 2026 r., z tym że te przewidziane na bieżący rok miałyby odbyć się do końca lipca.

"Nie będziemy przyglądać się sabotażowi"

ZZM poinformował w poniedziałek, że zawiadomienie ma dotyczyć Sebastiana Millera, członka zarządu PKP Cargo w restrukturyzacji, odpowiedzialnego za sprawy operacyjne. Jak wskazano, zapowiedziane przez zarząd zwolnienie 839 maszynistów, 232 rewidentów taboru i 169 członków drużyn manewrowych "prowadzi do trwałego ograniczenia zdolności operacyjnych spółki" i może mieć wpływ na funkcjonowanie krajowego systemu transportowego oraz bezpieczeństwo narodowe.

W przesłanym tego dnia oświadczeniu zarządca masy sanacyjnej PKP Cargo w restrukturyzacji Izabela Skonieczna-Powałka zwróciła uwagę, że informacja o zamiarze przeprowadzenia zwolnień grupowych musi zostać opublikowana przed złożeniem Planu Restrukturyzacji, jeśli rozważane jest, żeby były one jego elementem. "Nie oznacza to, że zwolnienia grupowe zostaną przeprowadzone w takim kształcie jak przedstawiono w informacji o ich zamiarze. Przedstawiona informacja jest najbardziej pesymistycznym scenariuszem przeprowadzenia zwolnień grupowych" - dodała.

"Nie będziemy biernie przyglądać się sabotażowi, który rozgrywa się na naszych oczach. PKP CARGO to nie jakaś przypadkowa firma przewozowa i nie zabawka dla przypadkowych menedżerów! To element strategicznej infrastruktury państwa. Gdy za wschodnią granicą toczy się wojna, a napięcia rosną w całym regionie, niszczenie zdolności operacyjnych spółki to igranie z bezpieczeństwem narodowym. Naszym obowiązkiem jest reagować – jasno, stanowczo i natychmiast"

– oświadczył cytowany w komunikacie prezydent ZZM Leszek Miętek.


Zdaniem związku, skala redukcji zatrudnienia nie znajduje uzasadnienia ani ekonomicznego, ani operacyjnego, a konsekwencje mogą być "nieodwracalne". Miętek wyjaśnił, że zapowiedziane przez zarząd spółki zwolnienia 839 maszynistów oznaczają redukcję o jedną trzecią całej tej grupy zawodowej zatrudnionej w PKP Cargo w restrukturyzacji.

Kolejne zwolnienia

W ostatni piątek NSZZ Solidarność PKP Cargo poinformował, że wystosował pisma do prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Donalda Tuska ws. planowanych zwolnień grupowych w spółce. Związkowcy apelują o podjęcie działań mających na celu ich zatrzymanie.

PKP Cargo po raz drugi w ciągu roku informuje o zamiarze przeprowadzenia zwolnień. W lipcu ubiegłego roku zarząd spółki zdecydował o przeprowadzeniu zwolnień grupowych przez zakłady i centralę spółki. Efektem tego procesu było zmniejszenie zatrudnienia o 3665 pracowników. Obecnie PKP Cargo zatrudnia ok. 10 tys. osób.




niezalezna.pl/polska/kolejne-masowe-zwolnienia-w-pkp-cargo-bedzie-zawiadomienie-do-prokuratury/545790










sobota, 10 maja 2025

Metale ziem rzadkich






przedruk




Metale ziem rzadkich:
Czym są, jakie mają zastosowanie i dlaczego ich potrzebujemy




Pierwiastki ziem rzadkich są niezbędnymi surowcami dla wielu kluczowych technologii, od produktów elektronicznych po sprzęt medyczny. 



Co to są metale ziem rzadkich?

Metale ziem rzadkich to grupa 17 pierwiastków chemicznych obejmująca skand, itr oraz lantanowce, od lantanu (La) do lutetu (Lu). 

Nazwa „rzadkie” wynika z ich dużego rozproszenia w skorupie ziemskiej, co czyni ich wydobycie trudnym i kosztownym. Występują głównie w formie tlenków w minerałach, a ich oddzielanie wymaga skomplikowanych procesów chemicznych.

W praktyce metale ziem rzadkich są niezbędne w nowoczesnych technologiach ze względu na ich wyjątkowe właściwości magnetyczne, luminescencyjne i katalityczne. Mają one kluczowe znaczenie dla produkcji elektroniki, zaawansowanych materiałów, a także technologii medycznych i energetycznych.


Nazwy metali ziem rzadkich mają różne pochodzenie – od mitologii po nazwiska uczonych i nazwy miejsc. 
Oto kilka przykładów:
Prazeodym (Pr, liczba atomowa 59) – nazwa pochodzi od greckich słów prasios (zielony) i didymos (bliźniak). Ten pierwiastek jest używany w magnesach, do barwienia szkła i lakierów oraz jako dodatek do szkieł ochronnych używanych przy lutowaniu.

Samar (Sm, liczba atomowa 62) – nazwany na cześć Wasyla Samarskiego, rosyjskiego inżyniera kierującego kopalnią, w której odkryto minerał zawierający ten pierwiastek. Samar jest stosowany w magnesach, laserach i urządzeniach do wyłapywania elektronów.

Neodym (Nd, liczba atomowa 60) – nazwa pochodzi z greckiego neos (nowy) i didymos (bliźniak). Neodym jest kluczowym składnikiem supermagnesów wykorzystywanych w przemysłach motoryzacyjnym i elektronicznym.


Metale takie jak neodym, gadolin i dysproz są kluczowe w produkcji smartfonów, laptopów, głośników, dysków twardych, ekranów plazmowych i innych urządzeń elektronicznych. Na przykład magnesy neodymowe są używane w silnikach elektrycznych i dyskach twardych, gdzie ich wysoka moc magnetyczna jest nieoceniona.

Neodym i samar wykorzystuje się do produkcji silników elektrycznych i hybrydowych. Turbiny wiatrowe również zawierają metale ziem rzadkich, co jest kluczowe dla produkcji odnawialnej energii.

Europ (Eu) i gadolin (Gd) są niezbędne w obrazowaniu medycznym, takim jak rezonans magnetyczny (MRI) oraz pozytonowa emisyjna tomografia komputerowa (PET). Dzięki swoim właściwościom magnetycznym i luminescencyjnym te pierwiastki ziem rzadkich są idealne do produkcji środków kontrastowych i laserów medycznych.

Supermagnesy neodymowe są kluczowe w nowoczesnych technologiach, takich jak pojazdy elektryczne, turbiny wiatrowe i elektronika konsumencka. Dzięki swojej sile i efektywności umożliwiają one miniaturyzację urządzeń i poprawiają ich wydajność energetyczną.


Chiny kontrolują około 97% globalnej produkcji metali ziem rzadkich. 



Źródła: National Geographic Polska



Metale ziem rzadkich: zastosowania i historia ich odkrywania | National Geographic



niedziela, 20 kwietnia 2025

"Nigdy nic nie wiadomo"






Według raportu Goldman Sachs, każde zapytanie ChatGPT-4 wymaga około 2,9 watogodzin energii elektrycznej, czyli około dziesięć razy więcej niż standardowe wyszukiwanie w Google. Przy obsłudze przez OpenAI ponad miliarda zapytań dziennie, przekłada się to na dzienne zużycie energii na poziomie około 2,9 miliona kilowatogodzin.






przedruk
tłumaczenie automatyczne




Mówienie "dziękuję" i "proszę" ChatGPT kosztuje OpenAI miliony dolarów, mówi Sam Altman


Sam Altman ujawnił zakres kosztów operacyjnych po tym, jak użytkownik mediów społecznościowych zastanawiał się nad kosztami operacyjnymi.

Opracowane przez:Abhinav Singh

20 kwietnia 2025 16:17 



Dyrektor generalny OpenAI, Sam Altman, mówi, że uprzejmość kosztuje jego firmę dużo czasu.


Dyrektor generalny OpenAI, Sam Altman, ujawnił, że uprzejmość użytkowników wobec ChatGPT kosztuje jego firmę miliony dolarów. Użytkownicy wypowiadający frazy takie jak "proszę" i "dziękuję" na końcu swoich zapytań, dodatkowo obciążali systemy obliczeniowe, prowadząc do wzrostu kosztów operacyjnych.

Altman ujawnił zakres kosztów operacyjnych po tym, jak użytkownik X (dawniej Twittera) niewinnie zastanawiał się nad ceną bycia uprzejmym wobec modeli sztucznej inteligencji (AI).

"Ile pieniędzy OpenAI straciło na kosztach energii elektrycznej od ludzi mówiących "proszę" i "dziękuję" swoim modelom" – napisał użytkownik.

Gdy post stał się viralem, Altman odpowiedział: "Dziesiątki milionów dolarów dobrze wydane".

Dodał: "Nigdy nic nie wiadomo".


Reagując na wypowiedź pana Altmana, jeden z użytkowników powiedział: "Czuję, że można to rozwiązać niezwykle łatwo za pomocą kodu po stronie klienta, odpowiadającego na pytanie "nie ma za co lol".

Inny dodał: "Gdyby naprawdę chcieli oszczędzać na energii elektrycznej, przestaliby kończyć każdą odpowiedź pytaniem".






Dochód podstawowy










przedruk





Zakończyli eksperyment z dochodem podstawowym. Zaskakujące wyniki i krytyka



Sebastian Luc-Lepianka

18 kwietnia 2025, 17:02


Trzy lata, 
setka mieszkańców Niemiec i 
co miesiąc 1200 euro gwarantowanej wypłaty za nic. 



Tak wyglądał eksperyment z bezwarunkowym dochodem podstawowym, którego wyniki opublikowano w Berlinie. Sprawdzono, jaki to rozwiązanie wpływa na ludzi.

Badanie przeprowadziło Stowarzyszenie "Mein Grundeinkommen" ("Mój dochód podstawowy") oraz berliński Instytut Badań Gospodarczych DIW.



Chętnych było ponad dwa miliony, a ostatecznie wybrano 122 osoby, które przez trzy lata otrzymywały za nic 1200 euro miesięcznie pod okiem naukowców.

Jedyny obowiązek: półgodzinna ankieta raz na pół roku.

Wypłata nie była uzależniona od niczego, a efekty po dziewięciu miesiącach od zakończenia eksperymentu opublikowano na konferencji prasowej w Berlinie.


Przebadano 122 osoby w wieku od 21 do 40 lat, zamieszkująca jednoosobowe gospodarstwa domowe. Zarabiały netto między 1100 a 2600 euro miesięcznie. Celowo wybrano grupę bez zobowiązań rodzinnych, która mogła aktywnie podejmować decyzje dotyczące swojej sytuacji zawodowej. Nikt nie wpływał na ich wybory.


Czy przeszli całkowicie na gwarantowany zasiłek, porzucając dotychczasową pracę? Okazało się, że wręcz przeciwnie. Otrzymywany dochód podstawowy pomógł im pozostać na rynku. Uczestnicy eksperymentu mogli skupić się na kontynuowaniu nauki i rozwoju. Wykazali wzrost zadowolenia ze swojego życia zawodowego. Statystycznie wydatki z bezwarunkowego dochodu podstawowego szły w 37 proc. na oszczędności, 8 proc. rodzinie lub na cele charytatywne, a 20 proc. na wydatki związane ze spędzaniem czasu.

Jedna z uczestniczek eksperymentu nawet skorzystała z funduszy, aby założyć szkółkę pływacką i przez trzy lata zatrudnia już 20 osób.


– Uczestnicy pozostali aktywni na rynku pracy i wykorzystali płatności w sposób wskazujący na odpowiedzialność i zaangażowanie – powiedział na konferencji prasowej prof. Juergen Schupp z Instytutu Badań Gospodarczych DIW w Berlinie.

Aby mieć porównanie, wybrano też grupę kontrolną 1600 osób.

Jej członkowie nie otrzymywali dochodu podstawowego, tylko niewielkie wynagrodzenie za samo wypełnianie ankiet. Różnica w odsetku bezrobotnych między oboma grupami badawczymi wynosiła statystyczne zero.


Mniejszym zaskoczeniem jest, że bezwarunkowy dochód podstawowy pozytywnie wpłynął na zdrowie psychiczne badanych, dając im poczucie bezpieczeństwa i wolności, oraz większe możliwości, aby udzielać się w życiu towarzyskim. Psychologiczne efekty mają utrzymywać się nawet pół roku po zakończeniu eksperymentu. Potwierdziły to badania poziomu kortyzolu, hormonu stresu.



Jakie są koszty bezwarunkowego dochodu podstawowego?


Stowarzyszenie "Mein Grundeinkommen" chce pokazać, że dochód podstawowy ma duży potencjał w Niemczech. Jego finansowanie ma być możliwe przez "umiarkowany miks podatkowy". Pomysł stowarzyszenia obejmuje podwyżkę podatku dochodowego, podatku od transakcji finansowych i likwidację świadczeń socjalnych oraz powiązanych z nimi kosztów.



A jak zareagowano? Krytycy rozwiązania wskazują, że eksperyment objął za małą i zbyt niereprezentacyjną grupę, aby dało się z niej wyliczyć wnioski dla całej niemieckiej gospodarki. Dominik H. Enste z Instytutu Niemieckiej Gospodarki w Kolonii grupę badawczą porównał do… zwycięzców na loterii.



Politycznie również bez zmian: niemieccy Zieloni i Lewica za, reszta przeciw, na czele z prawicową AfD.


Stowarzyszenie "Mein Grundeinkommen" zapowiada, że ze wsparciem polityków lub bez, będzie kontynuować badania nad ideą bezwarunkowego dochodu podstawowego. Są przekonani, że rozwiązałoby to wiele problemów współczesnego życia.


Inne badania nad bezwarunkowym dochodem podstawowym

Nie wiadomo, jak jego wprowadzenie wpłynęłoby na ceny i ile faktycznie kosztowałoby państwo jego wprowadzenie. Patrząc na nasz rząd i różne programy dopłat możemy założyć, że odpowiedź brzmi "dużo".

OECD oceniło w 2017 roku, że wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego byłoby dużym obciążeniem fiskalnym, a jednocześnie zubożyłoby dotychczasowych odbiorców opieki społecznej, w takich krajach jak Finlandia, Francja, Włochy i Wielka Brytania.

Niemiecki eksperyment nie jest jedyny. Podjęto takiej próby w Finlandii, gdzie wyniki nie były jednoznaczne. Z kolei badanie OpenAI w USA wykazało, że bezwarunkowy dochód podstawowy nie przyniósł żadnych korzyści w Stanach. Próby podjęła się również Kanada, ale politycy zadecydowali o przerwaniu eksperymentu z powodu zbyt wysokich kosztów.


Takie badanie było zaplanowane także w Polsce. Stowarzyszenie Warmińsko-Mazurskich Gmin Pogranicza chciało wręczać 1,3 tys. zł miesięcznie do 31 tys. mieszkańców Warmii i Mazur. Eksperyment zapowiadany był w 2022 roku i miał ostatecznie wystartować dwa lata później, ale jak dotąd go nie widać.

Rozwiązanie jest kosztowne. Jak informowało Radio Olsztyn, tylko na terenie gmin pogranicza koszty oszacowano na ponad 1 miliard złotych rocznie. Plan miał objąć 13 gmin i jeden powiat w pasie graniczącym z Rosją. Włodarze mają pozostawać przekonani do eksperymentu.








Czy bezwarunkowy dochód podstawowy ma sens? Niemcy to sprawdzili | INNPoland.pl




sobota, 19 kwietnia 2025

Rafała Brzoskę odchodzi z zespołu ds. deregulacji

 


Wniosek ten sam co zwykle:


TO państwo jest wrogie obywatelom, ale to nasze państwo, nasz kRaj, dlatego musimy je odzyskać i usunąć złe przepisy, zmienić prawo, stworzyć dobry system, który zapewni nam bezpieczeństwo, rozwój i - szczęśliwe życie.






Rafał Brzoska odchodzi od Tuska. Mówi o patologiach systemu



Bagins
19-04-2025 11:50



Rafał Brzoska, przedsiębiorca i szef InPostu, kończy z końcem maja swoją rolę w rządowym zespole ds. deregulacji. Tym samym symbolicznie zamyka się kolejny rozdział propagandowej opowieści Donalda Tuska o dialogu z biznesem. Brzoska, który jeszcze niedawno z optymizmem przyjął propozycję współpracy, dziś daje jasno do zrozumienia: 

państwo bardziej chroni interesy zagranicznych korporacji niż własnych obywateli, a rządowe działania nie służą realnej zmianie.




Tusk wykorzystał Brzoskę wizerunkowo

Premier Donald Tusk w lutym powołał Rafała Brzoskę do zespołu ds. deregulacji, który miał przygotować propozycje uproszczeń dla polskiego prawa. Już w marcu zespół przedstawił pierwsze rozwiązania, a docelowo miało być ich aż 400. Brzmiało ambitnie – ale, jak pokazuje decyzja Brzoski, niewiele z tej narracji zostało.


- Z końcem maja kończy się moja rola w zespole ds. deregulacji

– poinformował Brzoska.

Przedsiębiorca przyznaje, że wraca do pracy w InPost, który potrzebuje lidera.

- W ciągu 100 dni mojej pracy dla dobra publicznego InPost nie ucierpiał, ale w dłuższym okresie żadna firma nie jest w stanie rozwijać się bez lidera

– wyjaśnił.

Państwo po stronie korporacji, nie obywatela

Brzoska nie owija w bawełnę:

polskie przepisy są nieprzyjazne dla krajowych firm, a zbyt łaskawe wobec zagranicznych graczy.


- Jesteśmy tylko biorcami narzuconych przez Brukselę przepisów, które ograniczają naszą konkurencyjność

– stwierdził szef InPostu.



Jako przykład podał mechanizmy cen transferowych, które pozwalają międzynarodowym koncernom wyprowadzać z Polski zyski i minimalizować opodatkowanie. Jak stwierdził, deregulacja powinna służyć również eliminowaniu takich patologii.



Podatnik na pozycji oskarżonego

Jednym z najbardziej krytycznych punktów Brzoski jest brak domniemania niewinności dla przedsiębiorców w starciu z fiskusem.

- Proszę zauważyć, że w prawie karnym każdemu przestępcy, nawet jeśli zabije albo zgwałci, prokurator musi udowodnić, że taki czyn zabroniony popełnił, a w niektórych przypadkach, że zrobił to umyślnie. A podatnik? To on musi udowadniać, że jest niewinny, że błąd, który popełnił nie był celowy

- powiedział.

To – jak podkreślił – nie tylko godzi w zaufanie obywatela do państwa, ale też paraliżuje inicjatywę gospodarczą.




Brzoska nie szczędzi też słów krytyki pod adresem Unii Europejskiej i coraz bardziej zbiurokratyzowanej wspólnoty.

- Jeżeli chcemy być Europą, która wygrywa, musimy postawić na ciężką pracę, innowacje, zdobywanie kolejnych szczytów

- skonstatował.

Jednocześnie zaznaczył, że urzędy w Polsce zawodzą nawet w podstawowych obowiązkach – jak terminowe wydawanie decyzji, co utrudnia życie zarówno firmom, jak i zwykłym obywatelom.

Podsumowanie: PR zamiast reform

Historia z Brzoską pokazuje jedno: Donald Tusk potraktował powołanie zespołu ds. deregulacji jako narzędzie PR, które miało pokazać otwartość na głos przedsiębiorców. Niestety, nie służyło to głębokiej zmianie systemowej. Nawet Brzoska zrozumiał, że to była polityczna dekoracja, a nie realna platforma do działania.

Zespół miał być odpowiedzią na narastającą frustrację środowisk biznesowych, ale wszystko wskazuje na to, że był to tylko fasadowy projekt, który teraz kończy się równie szybko, jak się zaczął.


Źródło: Republika










Szef InPostu kończy współpracę z Tuskiem. Mówi o patologiach systemu













piątek, 11 kwietnia 2025

Polska sieć sklepów






przedruk





Kołodziejczak chce otworzyć polską sieć sklepów. 
"Rozmawiałem z właścicielem"


09.04.2025., 15:37h

Krzysztof Zacharuk



Wiceminister rolnictwa Michał Kołodziejczak chce stworzyć polską sieć sklepów. Zwraca się też do premiera w sprawie Krajowej Grupy Spożywczej. - Przeniesienie tego "domu" bez fundamentu pod nadzór ministerstwa aktywów było i jest nielogiczne - mówi.

Kto "ukradł" polskim rolnikom Krajową Grupę Spożywczą?

Otóż, według Michała Kołodziejczaka stało się tak za sprawą ministra Jacka Sasina, który w 2022 roku przeniósł nadzór nad KGS z ministerstwa rolnictwa do aktywów państwowych.

W dodatku dokonał tego za przyzwoleniem Henryka Kowalczyka, będącego wówczas wicepremierem.

W związku z tym wiceminister rolnictwa zaapelował, aby Krajowa Grupa Spożywcza, nad którą trzy lata temu nadzór objęło Ministerstwo Aktywów Państwowych, powróciła do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

– Przeniesienie tego "domu" bez fundamentu pod nadzór ministerstwa aktywów było i jest nielogiczne, a także niezgodne z jakąkolwiek strategią rozwoju i dzisiaj widać, że ten pomysł się nie sprawdził – podkreślał Kołodziejczak, zwracając się bezpośrednio do premiera Donalda Tuska o zmianę.

Tym samym poparł wniosek ministra rolnictwa Czesława Siekierskiego, który również opowiada się za powrotem nadzoru nad KGS do ministerstwa rolnictwa.


– Warto podkreślić, że KGS ma cukrownie nie tylko w Polsce, ale również w Mołdawii, co może być doskonałym zaczynem do ekspansji międzynarodowej – wyjaśnił polityk.

W jego ocenie Krajowa Grupa Spożywcza może być "CPK polskiego rolnictwa", a więc wielkim impulsem do rozwoju. – Uważam, że nie możemy tracić więcej czasu i trzeba podjąć dobre decyzje, ponieważ to należy się rolnikom – zaznaczył.


Kołodziejczak chce stworzyć polską sieć sklepów

Michał Kołodziejczak podkreślił, że KGS udało się w ubiegłym roku osiągnąć ponad 600 mln zł dochodu i to sprawia, że ma potencjał, aby przejmować sieci spożywcze i na tej bazie budować naprawdę silną grupę.

Które konkretnie? Początkowo wiceminister nie chciał powiedzieć, jakie podmioty ma na myśli, ale dociskany przez dziennikarzy ostatecznie stwierdził, że na początek chodzi o sieć Twój Market.

To sieć ok. 70 sklepów, w których pracuje ponad ponad 1500 osób. Swoim zasięgiem obejmuje dwa województwa: wielkopolskie oraz kujawsko-pomorskie.

– Bez żadnych zobowiązań rozmawiałem z właścicielem sieci Twój Market i jasno powiedział, że nie jest w stanie sprzedawać produktów w takich cenach jak Biedronka czy Lidl, ponieważ jest za mały, aby kupować bezpośrednio od największych producentów. Musi zaopatrywać się w towar u pośredników – mówił Kołodziejczak.

Zresztą polityk przyznał, że w naszym kraju jest jeszcze kilka podobnych sieci, które "doszły do ściany" i nie są w stanie konkurować na równych zasadach z gigantami rynku.

– Po wykupieniu przez KGS będą w stanie stworzyć dobrą, polską sieć sklepów, do czego powinniśmy dążyć. To jest pomysł bardzo realny – stwierdził.

 
Nowy zarząd KGS jest... "kadłubowy"

Na początku kwietnia zmienił się zarząd Krajowej Grupy Spożywczej. Pełniącym obowiązki prezesa KGS został pochodzący z Lubelszczyzny Leszek Świętochowski (wcześniej zarządzał stadniną w Janowie Podlaskim). Działacz PSL zastąpił na tym stanowisku byłego polityka PiS Marka Zagórskiego.

Kołodziejczak ostro skrytykował ten wybór, a skład nowego zarządu określił, jako "kadłubowy".

– Mam nadzieję, że to nie są decyzje na długi czas, ale zastanawia mnie wczorajsze zwolnienie wszystkich dyrektorów generalnych z KGS, co podobno miało miejsce. Warto w tym miejscu zastanowić się nad tym, aby takie podmioty budować ponadpartyjnie – stwierdził.

Przy okazji zaatakował Szymona Hołownię twierdząc, że w zarządzie KGS zasiada była szefowa jego sztabu wyborczego z wyborów prezydenckich sprzed 5 lat. – To zastanawiające, ponieważ jeszcze niedawno Hołownia głośno mówił o tym, aby odpartyjnić spółki – rzucił uszczypliwie Kołodziejczak.

Wiceminister zaapelował do Rafała Trzaskowskiego, aby ten poparł pomysł przejęcia kontroli nad KGS przez resort rolnictwa.

Największy producent żywności w kraju? - KGS

Krajowa Grupa Spożywcza to największy, państwowy producent żywności w naszym kraju. Oddziały spółki zajmujące się produkcją cukru oraz wyrobów powstałych w trakcie jego wytwarzania to: Cukrownia Dobrzelin, Cukrownia Kluczewo w Stargardzie, Cukrownia Krasnystaw w Siennicy Nadolnej, Cukrownia Kruszwica, Cukrownia Malbork, Cukrownia Nakło, Cukrownia Werbkowice. Usługi magazynowo-logistyczne świadczy Terminal Cukrowy w Gdańsku.

W skład KGS wchodzi także między innymi Zakład Polskie Przetwory we Włocławku, Fabryka Cukierków Pszczółka, Przedsiębiorstwo Zbożowo-Młynarskie PZZ w Stoisławiu, Przedsiębiorstwo Przemysłu Ziemniaczanego Trzemeszno, a także Moldova Zahăr w Republice Mołdawii.

KGS zarządza spółką Elewarr, Kombinatem Rolnym Kietrz na Opolszczyźnie, a także Zamojskimi Zakładami Zbożowymi.

Krzysztof Zacharuk


-------------






Polski port w Ukrainie? Wiceminister: Zapewnimy sobie dostęp do Morza Czarnego


03.04.2025, 19:48 Polska


Michał Kołodziejczak nakreślił, jak powinna wyglądać rolnicza relacja Polski z Ukrainą

Jak wskazał, "musimy mieć wizję Polski" w relacjach Warszawy z Kijowem. 

- Do tej pory od nikogo nie usłyszałem konkretu. Dlaczego w Polsce nie mówimy - to, co chcę teraz zaproponować - tego, żeby Polacy rozmawiali z Ukraińcami o tym, aby oni nam wydzierżawili na przykład na 50 lat albo sprzedali nabrzeże, gdzie Polacy będą mogli mieć swój port zbożowy? - proponował.

 
Polski port w Ukrainie? Wiceminister wskazuje na Odessę. "Zapewnimy dostęp"

Kołodziejczak dodał, iż takie miejsce mogłoby się znaleźć przykładowo w Odessie. - Gdzie będzie jechało polskie zboże, europejskie zboże. W ten sposób zapewnimy sobie dostęp do Morza Czarnego, gdzie średnia (cena - red.) tony pszenicy jest o 100 zł wyższa, bo są niższe koszty transportu do państw Afryki - zauważył Kołodziejczak w czwartkowej rozmowie z Grzegorzem Kępką.

Przekonywał, iż zboże eksportowane za pomocą portu będącego pod polską pieczą mogłoby pochodzić "z Zamojszczyzny, Lubelszczyzny, Podkarpacia, gdzie jest dobra, pierwsza, druga, trzecia klasa ziemi".

- Moglibyśmy szerokimi torami, które są na Ukrainie, zawieźć polskie zboże, na dodatek (...) może to, które przywieźlibyśmy z zachodu Europy i magazynowali u siebie - opisywał.

Kołodziejczak: Ukraińska ziemia w dzierżawie dla polskich spółek

Wiceminister mówił też, że "boi się" wejścia Ukrainy do UE, "bo nie wiemy, co wtedy będzie". 

- Gdybyśmy mieli podane na tacy chociażby to: pół miliona hektarów na Ukrainie dla polskich spółek hodowlanych - zasugerował.


Wskazał, że powyższy pomysł, jak i idea dotycząca portu, należą do niego. Dzierżawą ziemi, w jego ocenie, mógłby zająć się Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, a sprawą eksportu zboża przez Morze Czarne - Krajowa Grupa Spożywcza. Jak nadmienił, KGS powinno wrócić pod skrzydła jego resortu z katalogu spółek Ministerstwa Aktywów Państwowych.


Uzupełnił, że pomysły, o których mówił na antenie Polsat News, narodziły się podczas kolejnych rozmów ze stroną ukraińską na temat rolnictwa. - Kiedy widziałem brak konkretów z jednej i drugiej strony - sprecyzował.

 
Wiceminister o zakazie dla Ukraińców. "Ukradli nam logo"

Według Kołodziejczaka jeśli Ukraina weszłaby do UE, jej obywateli powinien dotyczyć 10-letni zakaz inwestowania w Polsce w przemysł rolno-spożywczy. - Żeby nie było tego, co zrobiła ukraińska spółka, wykupując Kalfrost (firmę z Kalisza - red.), zwalniając wszystkich ludzi, sprzedając sprzęt. Ukradli nam logo tylko po to, aby pod nim sprzedawać swoje produkty - grzmiał.

Jak kontynuował, "musimy robić to, co robili Niemcy przed wejściem Polski do Unii Europejskiej". - Dbać o swoje interesy. Razem z Ukraińcami powinniśmy powiedzieć, że Polska jest super miejscem do rozwoju turystyki, przygotowywać się na wejście Ukrainy do UE. Postawić warunek: 50 mld euro na rozwój polskiej turystyki - wyliczał.


Wskazał, iż naszym interesem powinno być to, by Polska zawsze leżała obok Ukrainy. - Aby tam była Ukraina, a nie Rosja - sprecyzował w "Gościu Wydarzeń".





czwartek, 3 kwietnia 2025

Rolnictwo Ukrainy




przedruk z listopada 2024 r.



"żadne europejskie rolnictwo, obojętnie, jak dotowane, nie jest w stanie wytrzymać konkurencji z rolnictwem ukraińskim

Grunty rolne na Ukrainie stanowią tyle ile połączone grunty rolne Polski, Hiszpanii i Niemiec"







Potencjał Ukrainy i największe agroholdingi - czy europejskie rolnictwo wytrzyma konkurencję?





08.11.2024.



Podczas posiedzenia podkomisji stałej do spraw monitoringu Wspólnej Polityki Rolnej Unii Europejskiej i akcesji nowych państw do Unii Europejskiej ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy posłowie wysłuchali informacji nt. „rolnictwa Ukrainy ze szczególnym uwzględnieniem struktury agrarnej, własnościowej oraz potencjału produkcyjnego i przetwórczego”.


Zbożowa potęga Ukrainy

Rolnictwo odgrywa bardzo ważną rolę dla ukraińskiej gospodarki. Jest to trzeci co do wielkości sektor gospodarki kraju wytwarzający 

10,9 % PKB, a zatrudnienie w nim znajduje 2,5 mln osób. 

Dla porównania w UE to tylko 1,4 % PKB i 4,2 % zatrudnienia ogółem.


Z informacji przekazanych posłom przez MRiRW wynika, że położenie, gleby i klimat czynią Ukrainę krajem o wyjątkowym potencjale rolniczym. 
Areał gruntów ornych Ukrainy to ok. 28 mln ha, z czego prawie połowę stanowią czarnoziemy. Dla porównania, w Polsce jest 14,5 mln ha gruntów ornych, w większości na glebach klas czwartych i trzecich.

Charakterystyczną cechą ukraińskiego rolnictwa jest jego relatywnie niska dywersyfikacja. Dominująca w Ukrainie jest produkcja zbóż (ponad 50% areałów), dalsze ok. 30% zajmują uprawy roślin przemysłowych czyli oleistych i buraka cukrowego. Wśród zbóż dominują kukurydza, pszenica i jęczmień, wśród oleistych słonecznik, rzepak i soja.

W przeciwieństwie do uprawy roślin hodowla zwierząt w ostatnich latach w zasadzie się nie rozwijała. Wyjątkiem jest produkcja drobiu i nabiału (głównie jaj kurzych).


- Wynika to z faktu, że hodowla wiąże się z dużo większymi nakładami inwestycyjnymi, czym miejscowi biznesmeni — nastawieni na maksymalizację dochodów przy minimalnym zaangażowaniu kapitałowym — są mało zainteresowani – czytamy w informacji przedstawionej przez resort rolnictwa.

Agroholdingi posiadają 52% użytków rolnych

Z przedstawionych posłom informacji wynika, że sektor korporacyjny, czyli przedsiębiorstwa i holdingi mają 52% użytków rolnych Ukrainy. 

Odpowiadają za 54% produkcji rolnej. I to z tego sektora pochodzi generalnie nadwyżka eksportowa Ukrainy (produkcja z gospodarstw indywidualnych i farmerskich — w tym warzywa, owoce — są głównie konsumowane wewnątrz kraju). 

Szacuje się, że obecnie 93 agroholdingi pracują na 6,25 mln ha (22% gruntów ornych). Spółki te mają także udział kapitału z USA, Arabii Saudyjskiej i UE.




Koncentracja gruntów rolnych w 20 największych agroholdingach Ukrainy
FOTO: tabela


- Dwadzieścia największych agro-holdingów w 2023 r. posiadało 3,2 mln ha. czyli mniej więcej 1/5 użytków rolnych w Polsce – mówił dr inż. Krzysztof Pawłowski z UP w Poznaniu.

Zdaniem naukowców z UP w Poznaniu analiza ukraińskiego rolnictwa pozwala na następujące wnioski:

- Ukraina posiada znaczące zasoby użytków rolnych o bardzo wysokiej jakości,
- zużycie nawozów i środków ochrony roślin jest znacznie niższe niż w UE, w efekcie 
- potencjał produkcyjny tych użytków rolnych nie jest w pełni wykorzystany, pomimo relatywnie niskiego poziomu wykorzystania tego potencjału, 
- udział produkcji zwierzęcej w produkcji całkowitej jest niewielki, co także stwarza znaczące rezerwy,

- W obliczy rosnącej liczby ludności na świecie, wynika, że niewątpliwie ten potencjał zostanie wykorzystany. Ale chcielibyśmy postawić pytanie: przez kogo - podsumował K. Pawłowski z UP w Poznaniu.


Ogromny, niewykorzystany potencjał rolny

- Analiza pokazuje, że potencjał rolny jest ogromny i w znacznej mierze do tej pory niewykorzystany. Jakość gruntów zdecydowanie lepsza niż w Polsce. 90% gruntów dobrych i bardzo dobrych u nas są zdecydowanie słabsze. Niska produktywność wynikająca ze słabych nakładów, która może być w każdej chwili poprzez odpowiednie inwestowanie może być drastycznie zwiększona – komentował na gorąco były minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski.

- Jestem realistą. Pracowałem przez kilka lat na Ukrainie w branży rolniczej i będę powtarzał z uporem maniaka, że żadne europejskie rolnictwo, obojętnie, jak dotowane, nie jest w stanie wytrzymać konkurencji z rolnictwem ukraińskim. Grunty rolne na Ukrainie stanowią tyle i ile połączone grunty rolne Polski, Hiszpanii i Niemiec. To obrazuje jakie to jest potencjał – mówił Jacek Zarzecki z Polskiej Platformy Zrównoważonej Wołowiny.



Ogromne straty spowodowane wojną

Pomimo naturalnego potencjału rolnego Ukrainy i otwierania się zachodnich rynków (a w końcu też perspektywy akcesji do Unii Europejskiej), zasadniczym problemem pozostaje dla ukraińskiego rolnictwa wojna. Rok 2022 przyniósł rekordowe straty dla ukraińskiego rolnictwa.

Łączna kwota bezpośrednich strat w sektorze rolnym Ukrainy w wyniku rosyjskiej agresji na dzień 1 stycznia 2023 r. wyniosła ponad 7,83 mld dolarów. 

Największe szkody odnotowano w przypadku maszyn rolniczych, gotowej produkcji (zniszczenia i kradzieże) i magazynów zbożowych. 

W wyniku działań wojennych utracono co najmniej 15-20% bydła, świń i drobiu. Pomimo zademonstrowanej przez ukraińskich rolników wysokiej odporności i adaptacji do wyzwań doby wojny problemy tej branży nadal będą się pogłębiać ze względu na znaczące zmiany w strukturze upraw, spadające plony, brak kapitału obrotowego, przerwy w dostawach energii elektrycznej, problemy logistyczne i zaminowanie dużych obszarów kraju. W sumie przez działania wojenne z uprawy wyłączone zostało ok. ¼ % gruntów ornych.






Potencjał Ukrainy i największe agroholdingi - czy europejskie rolnictwo wytrzyma konkurencję?



piątek, 28 lutego 2025

Edward Gierek

 




W latach 60tych ktoś zamordowal bratanicę Edwarda Gierka i jeszcze 15 innych kobiet, milicja schwytała "wampira" i innych "winnych".

Kilka lat temu czytałem o tych schodach, nie przypominam sobie, żeby tam było coś napisane, że był jakoby pijany. 
Tekst poniższy pochodzi z wikipedii.


Marchwicki i jeden z jego braci zostali straceni, drugi brat wyszedł z więzienia w 1992 roku.
W czasie pobytu w zakładzie karnym rozpoczął walkę o oczyszczenie siebie i braci z zarzutów, kontynuował ją również po wyjściu na wolność (zakład karny opuścił w listopadzie 1992). 
W 1998 zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Jako oficjalną przyczynę jego śmierci podano upadek ze schodów:

 „Henryk spadł ze schodów i złamał kręgosłup. Wstał, wszedł z powrotem na pierwsze piętro, położył się do łóżka i umarł. Sekcja zwłok wykazała, że był pijany”. Śledztwo w tej sprawie zostało umorzone.



To zapewne SB.

Był to pokaz możliwości: milicja, służby, adwokatura, prokuratura, sędziowie, wojsko. Wszyscy brali w tym udział.

Więc trzeba by zastanowić się, czy Gierek poddał się presji, czy nie.

Artykuł z Myśli Polskiej daje poszlaki, że się poddał.




Czy nie było łatwiej go opętać?

Może wtedy w tamtych latach było to trudniejsze?

Nie wiem.








przedruk







Kto i jak rozmontował PRL?


Historia upadku PRL nadal budzi kontrowersje i znaki zapytania. Ciągle panują na ten temat poglądy nie mające pokrycia w faktach.

Z jednej strony spotykamy się z wizją PRL jako państwa w ruinie, a nawet obcej okupacji, pod którą panował nieustanny i wszechogarniający terror, a na półkach był tylko ocet, z drugiej PRL niejako na złość przedstawia się niczym krainę mlekiem i miodem płynąca, którą zniszczyły strajki Solidarności, knowania imperialistów zza oceanu, dolary, jakimi złowroga CIA opłacała solidarnościową opozycję, a ta na spółkę z Kościołem otumaniła nieświadomych własnego interesu robotników, popychając ich do zburzenia najlepszego z możliwych ustroju.

Co ciekawe, obie pozornie krańcowe interpretacje łączy przekonanie o radykalnym i rewolucyjnym przełomie jaki nastąpił czy to w roku 1980 czy 1989 oraz o sprawczości solidarnościowej opozycji, która „obaliła komunizm”. Paradoksalnie jest o tym przekonany zarówno Lech Wałęsa jak i część osób odczuwających tęsknotę za starymi, dobrymi czasami. Tymczasem rzeczywistość jak zwykle jest o wiele bardziej złożona i prozaiczna zarazem. Bez wątpienia najlepszy i udokumentowany ogromnym materiałem źródłowym obraz procesu rozmontowywania realnego socjalizmu przedstawił przedwcześnie zmarły prof. Jacek Tittenbrun. W tym artykule posłużymy się ważnym oraz rzetelnie udokumentowanym materiałem jaki zgromadził i zanalizował w dziele pod tytułem: „Upadek socjalizmu realnego w Polsce”. Dzieła profesora Tittenbruna są interesujące także z tego względu, że pisał je z pozycji uczciwego marksizmu, któremu pozostał wierny pomimo zmieniającej się koniunktury na świecie, w Polsce i w polskim światku akademickim.

I choć praca szczegółowo obejmuje okres od objęcia władzy przez Edwarda Gierka w roku 1970 do roku 1989, to jednak w części zatytułowanej „Trochę historiozofii na zakończenie” autor wyraźnie stwierdził, że „ekonomiczno – polityczny system, jaki ukształtował się w pełni za czasów Stalina, a z pewnymi modyfikacjami przetrwał do naszych dni (1992 – przyp. O.S.), zakładał dominującą rolę klas kierowniczych w bloku ze stanami funkcjonariuszy aparatu partyjnego i państwowego (…) Ów panujący blok – w innych ujęciach teoretycznych lub quasi – teoretycznych zwany biurokracją, nomenklaturą, „nową klasą” itp. – reprodukował i utrwalał swoją pozycję oraz przywileje, prowadząc często do faktycznego zburżuazyjnienia. (…) Pod szyldem „państwa robotniczego”, „demokracji ludowej” prowadzono nierobotniczą, a nawet antyrobotniczą politykę.” Inaczej mówiąc nie chodzi o to, że w PRL jak twierdzą jego obrońcy nie było złego, totalitarnego komunizmu, a tylko łagodny mniej lub bardziej realny socjalizm, ale że od początku był to ustrój zupełnie inny od formalnie deklarowanego.

Warto na wstępie przypomnieć dwa inne mity funkcjonujące na temat PRL w porównaniu z będącą w takich opowieściach synonimem czarnego luda Polską międzywojenną. Do najpopularniejszych należy likwidacja analfabetyzmu. Nie pozostawiające wątpliwości liczby pokazują, że pomimo o wiele trudniejszych początków, w znacznie większym stopniu zlikwidowała analfabetyzm już II RP. I tak pierwszy spis powszechny z 1921 r. odnotował 34,6 % analfabetów, drugi w 1931 r. 22,6%, przy czym zjawisko dotyczyło już głównie starszych osób mieszkających na wsi. Kolejny spis miał się odbyć w 1941 r. i nie ma podstaw, by twierdzić, że proces likwidacji tego problemu nie doprowadził do spadku poniżej 10% już przed wybuchem wojny. W Polsce Ludowej potrzeba było kolejnych 7 lat żeby go dokończyć. Podobnie wygląda sprawa reformy rolnej, w ramach której w Polsce międzywojennej rozparcelowano więcej ziemi tzw. obszarniczej niż w PRL, tyle tylko, że czyniono to w sposób cywilizowany, nie niszcząc kulturotwórczej i w zasadzie jedynej rodzimej wyższej klasy średniej jakiej się w dziejach dorobiliśmy. Zaspokojenie głodu ziemi było także możliwe dzięki temu, że Ziemie Odzyskane opuściło znacznie więcej Niemców niż do nowej Polski przybyło ekspatriantów ze wschodu.

Podobnie ahistorycznie brzmią zachwyty związane z elektryfikacją, wędrówką ze wsi do miast i uprzemysłowieniem. Wszystkie one były częścią powszechnych procesów cywilizacyjnych, takich samych jak upowszechnienie higieny, czy wynalazek telewizora. O wiele więcej o rzeczywistych osiągnięciach PRL mówi ich porównanie w analogicznym czasie z innymi państwami czy to regionu czy południa Europy. I tak na początku lat 1980 prawie 25% ludności miejskiej PRL pozbawione było kanalizacji, a produkcja energii elektrycznej na głowę była znacząco mniejsza od sąsiednich krajów socjalistycznych i co ważne, dystans ten się zwiększał, o czym pisał z kolei Aleksander Bocheński. A pamiętać trzeba, że ziemie poniemieckie pod względem infrastruktury stały o wiele wyżej niż np. Polesie.

Statystyka mówi prawdę

Pierwszym odejściem od zasad socjalizmu było wycofanie się z kolektywizacji wsi i zgoda na powstanie klasy „kułaków”, dzięki której w czasach rządów Władysława Gomułki mogliśmy łatwo zaopatrzyć się w dobrej jakości artykuły spożywcze. Jednak gwałtowne przyspieszenie procesów zburżuazyjnienia „nowej klasy” i zwiększania różnić w poziomie życia pomiędzy rządzonymi a rządzącymi rozpoczęło się w następnej dekadzie. Jacek Tittenbrun przytacza na dowód tych tendencji wiele konkretnych liczb. Najbardziej znaczące wydają się następujące: w latach 1961-1965 udział inwestycji nieprodukcyjnych w gospodarce uspołecznionej (tzn. nakładów na oświatę, budownictwo mieszkaniowe, ochronę zdrowia, opiekę społeczną, kulturę fizyczną itp.) wynosił przeciętnie 28,6%, natomiast w latach 1971-1975 19,3%. Inwestycje w służbie zdrowia w 1965 r. w PRL wynosiły 1,1%, podczas gdy w CSRS i NRD w tym samym roku 5%. W tym samym czasie upowszechniła się praktyka udostępniania szpitalnych łóżek przez prywatnych lekarzy, oczywiście po uiszczeniu odpowiedniej opłaty. Systematycznie spadały nakłady na oświatę i to nawet w liczbach bezwzględnych. W rezultacie w 1970 r. na 100 miejsc w przedszkolach przypadało 109 dzieci, których oboje rodzice pracowali, a w 1979 r. 123, malała liczba miejsc w ośrodkach wypoczynkowych FWP z 56 tyś. w 1970 do 46,5 w 1978 r. Jednocześnie rosła liczba ośrodków zakładowych, z których w uprzywilejowany sposób korzystała kadra partyjna, kierownicza, administracja. Rozwijały się także prywatne pensjonaty oraz dacze, a „posiadacz takiego domku wchodził często w stosunek przywłaszczenia cudzej pracy: w formie nieodpłatnego lub symbolicznie opłacanego korzystania z pracy siły roboczej, maszyn budowlanych, środków transportu przedsiębiorstw gospodarki uspołecznionej zatrudnionych przy budowie tego typu obiektów.”

W 1974 r. zniesiono także ustawowy obowiązek posiadania przez prywatnego inwestora legalnego nabycia materiałów budowlanych zużytych do budowy. Równolegle do wzrostu ilości nierzadko luksusowych dacz członków partyjnej nomenklatury rósł deficyt mieszkań możliwych do nabycia dla ogółu ludności i w 1970 r. wynosił 1 295 tys. a w 1978 r. już 1 622 tys. W latach 1976 – 1980 na 800 tys. mieszkań spółdzielczych tylko 300 tys. otrzymali spółdzielcy, czekający w zwykłej kolejce na realizację należnych im nominalnie praw. W Warszawie np. w latach 1970 sprowadzano rok rocznie z innych rejonów kraju ok. 1000 osób na stanowiska kierownicze. Każdy nowo przywieziony dyrektor w ciągu 2-3 lat zagospodarowywał 4 mieszkania (dla siebie, swojej sekretarki i kierowcy oraz krewnych). To samo dotyczyło mieszkań zakładowych. „Według danych dotyczących Gdańska, w 1979 r. aż 70% mieszkań przydzielonych przez zakłady pracy – otrzymały osoby „nie odpowiadające kryterium przydziału.” Po reformie administracyjnej zwiększającej liczbę województw „Nowe stolice administracyjne musiały uwolnić mieszkania dla nowo instalowanych ekip kierowniczych”. Jednak „wojewódzka władza nie kwapiła się do bloków i standardowych mieszkań. Zaczęły się przekwaterowania robotniczych rodzin z wolno stojących domów do przydzielonych wojewódzkiej kadrze nowych bloków – nie zawsze za aprobatą przekwaterowywanych.

Opróżnione domy nowa władza sporym nakładem społecznego grosza, angażując deficytowe moce przerobowe przedsiębiorstw budowlanych, pośpiesznie przerabiała na wille dla swoich nieocenionych przedstawicieli, a nierzadko – również dla ich protegowanych i powinowatych.”. W efekcie takich procesów: „Według badań przeprowadzonych wśród wielkiego miasta Łodzi, w drugiej połowie lat 70-tych przeciętny metraż na osobę w rodzinach robotników zmniejszył się, podczas gdy wśród tak zwanej inteligencji zwiększył się. W mieszkaniach przeludnionych (tj. powyżej 1,5 osoby na izbę) mieszkało w 1980 r. 38,3% robotników niewykwalifikowanych w porównaniu z 3,4% inteligencji. Przeciętna wielkość mieszkania przedstawicieli aparatu kierowniczego wynosiła w 1980 r. 3,8 izby, wskaźnik zaludnienia 0,79 osoby na izbę, 91% tych rodzin mieszkało w warunkach „niedoludnienia” czyli w mieszkaniach, w jakich na izbę przypada mniej niż 1 osoba”.

Nasilały się „klasowe nierówności” w dostępie i korzystaniu z kultury. „Według ogólnopolskich badań przeprowadzonych w 1973 – 1974 r. wśród robotników wielkoprzemysłowych – po książkę sięga względnie regularnie tylko 10% robotników.” Co więcej, rozpiętość w tej dziedzinie pomiędzy robotnikami a inteligencją rosła. Od roku 1970 malała liczba wydawanych książek w przeliczeniu na 1 mieszkańca. W 1950 roku wynosiła 4,8 szt., w 1980 4,2 szt. Drastycznie spadała liczba bibliotek z 52,4 tyś. w 1970 do 37 tyś. w 1979 r. W epoce Edwarda Gierka rozpoczął się regres w dziedzinie transportu publicznego, co doprowadziło do sytuacji, że ilość pasażerów na jeden pojazd była kilkukrotnie większa niż w innych krajach. W praktyce oznaczało to np. walkę o miejsca siedzące w pociągach ze Śląska nad morze na bocznicy lub wchodzenie przez okno. W tym samym czasie „środki jakie mogłyby być przeznaczone na komunikację zbiorową pochłaniał rozwój motoryzacji indywidualnej w tym – produkcji takiego samochodu jak Polonez, trafnie określony jako przysłowiowy kwiatek do kożucha, bardzo ładna, ale niezwykle kosztowna blacha”.

Jednak najbardziej tragicznym przejawem pogarszających się warunków życia do jakich doprowadził socjalizm epoki Gierka była sytuacja w dziedzinie tzw. „reprodukcji siły roboczej”, czyli stanu zdrowia i długości życia. I tak: „liczba chorób zawodowych na 100 tys. zatrudnionych wzrosła z 51, 7 w 1971 r. do 66,8 w 1980 r. W okresie 1970-1980 liczba wypadków przy pracy wzrosła o ponad 29% w tym śmiertelnych o 14%, w warunkach szkodliwych dla zdrowia pracowało w 1976 r. 2,8 mln osób i 3 mln w 1978 r. ze stałą tendencją wzrostową. Kierownictwa zakładów pracy np. w kopalniach karały za absencję z powodu choroby utratą 13 i 14 pensji. Pod koniec epoki Gierka nie tylko nie zatrzymano wzrostu różnicy w średniej długości życia w porównaniu do państw kapitalistycznych, ale doszło po raz pierwszy po wojnie do jej bezwzględnego skrócenia. Jedną z przyczyn było katastrofalne zatrucie środowiska.

Pogarszająca się sytuacja klasy robotniczej i rosnące zróżnicowanie jakości życia pomiędzy robotnikami, a nomenklaturą współgrało z gwałtownym przyrostem liczby członków partii z nazwy robotniczej. Jednak robotnicy stanowili w niej coraz mniejszy procent. Z jednej strony było to efektem rozczarowania, z drugiej zapisanie się do partii ułatwiało tzw. awans społeczny i przestanie bycia robotnikiem.

Prywaciarze

Równolegle do opisanych wyżej procesów, w latach 1970 rozpoczął się proces rozwoju quasi prywatnej przedsiębiorczości, w której władza widziała lub udawała, że widzi receptę na pogłębiające się trudności w zaopatrzeniu i usługach. Przykładem tego było rozpowszechnienie się tzw. handlu ajencyjnego, który do roku 1980 objął około 1/3 wszystkich placówek uspołecznionej sprzedaży detalicznej, co warto przypomnieć mieliśmy ich wtedy 148 tys. Jednak jak zauważa Tittenbrun celem tej działalności nie był wysoki obrót, ale znalezienie nisz dających szybkie i łatwe zyski. Stąd ”mieliśmy na rynku znakomite zaopatrzenie w kwiaty, przy stale utrzymujących się kłopotach w zaopatrzeniu w warzywa. Także rozkwit prywatnej produkcji następował w takich, przynoszących wysokie zyski branżach jak luksusowe meblarstwo, wyroby z tworzyw sztucznych, artykuły motoryzacyjne”.

Ten rozkwit następował także dzięki zmianom w systemie opodatkowania, na skutek których sektor prywatny przy coraz większych obrotach płacił coraz mniejsze podatki. Z drugiej strony: „Praktyka zaopatrywania się tych producentów w tak zwane odpady produkcyjne i materiały niepełnowartościowe w przedsiębiorstwach uspołecznionych sprzyjała rozkwitowi łapownictwa i innych form korupcji.” (…) „Sukcesy ekonomiczne i finansowe ajentów, jak i innych przedstawicieli sektora prywatnego, były więc w wielu wypadkach produktem metod typowych dla kapitalizmu łupiesko-spekulacyjnego.” Wraz z nieudolną polityką w dziedzinie handlu i produkcji pogłębiały się problemy rolnictwa i rozwarstwienie dochodowe na wsi. Próby zwiększenia produkcji poprzez biurokratyczne reformy kończyły się jedynie wzrostem biurokracji i łapownictwa czemu sprzyjał chroniczny brak środków produkcji, a jego symbolem był coroczny problem ze sznurkiem do snopowiązałek. Sytuację dobrze opisuje następujący fragment pracy Tittenbruna: „rasowy kierownik punktu skupu czy wagowy, nie mówiąc już o inspektorze, który miał pod opieką parę placów – zaliczał każdą kampanię, z której nie zajeżdżał fiatem 125p do nieudanych”.

Tak więc rozwarstwieniu klasowemu, towarzyszył też coraz szybszy rozwój kapitalizmu pasożytującego na socjalistycznej z założenia gospodarce. Na to wszystko nakładała się błędna, o ile nie obłędna, polityka zaciągania kredytów na rozwój socjalizmu w kapitalistycznych bankach i u zachodnich rządów. W makroskali cała socjalistyczna gospodarka pracowała na wartość dodaną zachodnich bankierów, ale powodem nadchodzącego kryzysu w co najmniej równym stopniu było niesprawiedliwe rozłożenie kosztów jakie ponosił kraj i gospodarka jako całość. Polska wbrew popularnemu wtedy hasłu nie „rosła w siłę”, tylko wpadała w zależność od swoich wrogów, a „dostatniej” żyło się jedynie lawinowo rosnącej nomenklaturze i rodzinom członków aparatu władzy, podczas gdy poziom życia klasy robotniczej i większości społeczeństwa gwałtownie się obniżał. Czy coś nam to przypomina?

Profesor Paweł Bożyk współautor tamtej polityki usprawiedliwia zadłużanie przypominając, że do końca lat 1970 koszt kredytu był niski, (wzrósł nie jak się powszechnie sądzi po kryzysie naftowym, ale dopiero po dojściu do władzy R. Reagana) zaznaczając, że w stosunku do produktu krajowego rósł udział inwestycji, a spadała konsumpcja, więc kredytów nie przejadaliśmy, co w ujęciu całościowym jest prawdą. Zapomina jednak dodać, że ten ogólny spadek konsumpcji przekładał się na jej duży spadek u jednych przy wyraźnym wzroście u drugich.

Główna przyczyna kryzysu

Według Tittenbruna to właśnie ten drugi czynnik, a nie budowa będących do dzisiaj powodem słusznej dumy ponad 500 nowoczesnych fabryk, czy takich ikonicznych obiektów jak dworzec centralny w Warszawie i wiele innych była powodem buntu robotników w sierpniu 1980 r.: „Z jednej strony były one żywiołowym protestem przeciwko polityce lat 70- tych, praktyczną krytyką państwa i partii. Ale robotnicy zarówno w lipcu czy sierpniu, jak i później – protestowali swymi hasłami i swoimi działaniami także przeciwko zjawiskom stanowiącym klasowe, socjologiczne źródła owego antyrobotniczego charakteru polityki. Żądania likwidacji „kominów płacowych”, zniesienia różnego rodzaju przywilejów, jawności dochodów.” I dalej: „Teoria walki klas pozwala zrozumieć, że robotnicy występowali nie tylko przeciwko partii czy państwu jako takim, co przeciwko ich kapitalistycznym elementom, nie przeciwko samemu „skostnieniu aparatu władzy” lecz przeciwko jego burżuazyjnym tendencjom. Walcząc przeciwko, walczyli oni dlatego także o przywrócenie władzy zwącej się władzą ludową – charakteru autentycznej reprezentacji i rzeczniczki ludu pracującego. Hasłami i czynami żądali, aby państwo było naprawdę ich państwem, aby było państwem robotniczym”.

Mówiąc inaczej, bunt robotników był buntem przeciwko niesprawiedliwości i zakłamaniu. Nie na darmo obok ukarania korupcji i złodziei państwowego mienia jednym z najczęściej powtarzających się postulatów było wprowadzenie kartek, tak aby zwykli ludzie mogli otrzymywać takie same możliwości zakupu podstawowych towarów jak członkowie klasy rządzącej. Natomiast symbolika „klerykalno – nacjonalistyczna”, jak zauważa Tittenbrun, wynikała po pierwsze z faktu, że symbolika lewicowa została skompromitowana przez władzę, po drugie była swego rodzaju tarczą bezpieczeństwa, której potrzeba wynikała z pamięci grudnia 1970.

Prawdziwą klęską czasów Gierka była o czym się rzadziej mówi klęska moralna. Omawiałem już na łamach MP (nr 7-8 z 11-18 lutego 2024 „Głębokie państwo wychodzi z cienia”) upadek polskiej nauki opisany przez ówczesnego Prezesa PAN Janusza Groszkowskiego. Jego artystycznym wyrazem był film „Barwy ochronne” w reżyserii Krzysztofa Zanussiego – aby go obejrzeć musiałem z Gliwic jechać do Mikołowa, bo ograniczano jego seanse w większych miastach. Jednak najbardziej trafny obraz stanu moralnego jaki zostawiła po sobie epoka Gierka został uwieczniony w niezrównanym dziele Stanisława Barei „Miś”. Wtedy w klimacie ideowego cynizmu i cwaniactwa tworzyła się w PRL warstwa ludzi, którzy odcisnęli decydujące piętno na kolejnych dekadach zarówno PRL jak i III RP.

Nasuwają się jednak w tym kontekście inne, bardziej zasadnicze pytania np. o to dlaczego w ćwierć wieku po zakończeniu wojny PRL nie była w stanie samodzielnie wyprodukować samochodu osobowego przyzwoitej jakości, czy nawet ruchomych schodów na Dworcu Centralnym? John Perkins w książce „Hitman, Wyznania ekonomisty od brudnej roboty” opisał proceder wpędzania w pułapkę zadłużenia krajów trzeciego świata. Dokonywało się ono na drodze korupcji, zastraszania, a nawet przewrotów i morderstw. Ekipa Gierka wpadła w tę pułapkę dobrowolnie. Był to z jej strony polityczny błąd, ale była i przyczyna głębsza, czyli zapatrzenie bogacących się elit w zachodni styl życia i system wartości. Rozwój na kredyt i puszenie się willą czy nowym samochodem zastąpiły autarkię i siermiężną skromność, których symbolem była polityka i osobista postawa Władysława Gomułki. Wpisywało się to w tradycyjne wzorce kulturowe polskiej wsi, a więc matecznika ogromnej większości ówczesnej elity, która jednocześnie miała głęboki kompleks takiego pochodzenia. Przepustką do miejskiej kariery było wyrzeczenie się tradycyjnego systemu wartości, a w rezultacie gdy zawalił się mit socjalizmu zabrakło jakiegokolwiek trwałego fundamentu moralno kulturowego.

Przeciwnicy potępiania w czambuł niekwestionowanych osiągnięć PRL, słusznie zauważają, że III RP wywodzi się właśnie z tamtego państwa. Mają rację punktując niekonsekwencję, ale twierdzenie to w mojej opinii jest także jednym z najpoważniejszych zarzutów jakie ciążą na PRL, a które tragicznie odbijają się na kondycji moralno-intelektualnej Polaków aż po dzień dzisiejszy. Dlaczego więc wspominamy tamte czasy z nostalgią? Gierek był pierwszym przywódcą PRL, który nie splamił się krwią, mówił ładną francuszczyzną, zaczynaliśmy podróżować po świecie demoludów, a nawet Zachodu, w tle był romantyzm wielkich budów i za sprawą osobowości samego Gierka oraz przeżywającej autentyczny rozkwit telewizji panował klimat optymizmu, w którym utrapienia socjalizmu odbieraliśmy raczej jako śmieszne niż straszne. Na świecie nastąpiło odprężenie i groźba atomowej zagłady odeszła w cień. Do PRL zaczynało też docierać rozprzężenie obyczajowe, a wraz z nim rosła liczba rozwodów, spadała dzietność, a miłe bywają złego początki. Przede wszystkim jednak potem było już tylko gorzej i to nie dlatego, że nigdy więcej już nie byliśmy tak piękni i młodzi, ale dlatego, że gwałtownie zaczął się starzeć i szpetnieć świat do którego z taką nadzieją aspirowaliśmy. O kolejnych etapach rozmontowywania dawnego ustroju napiszę w następnej części.



Olaf Swolkień

Myśl Polska, nr 7-8 (16-23.02.2025)












środa, 26 lutego 2025

Sponsoring ukrainy 2




przedruk
tłumaczenie automatyczne


USAID przepuścił setki tysięcy z pieniędzy podatników na ukraińskich producentów "marynaty", czy akcesorii dla zwierząt



26 luty 2025 r
Jordana Boyda


Amerykańska Agencja ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID) wydała miliony dolarów amerykańskich podatników na wspieranie projektów dla zwierząt domowych, takich jak produkcja obroży dla psów i produkcja ogórków kiszonych na Ukrainie, a następnie spędziła miesiące na blokowaniu członków Kongresu w sprawie tych wydatków, zgodnie z ustaleniami uzyskanymi przez The Federalist.

Sztab senator Joni Ernst odkrył tajne fundusze, kiedy po miesiącach znoszenia wymówek agencji, aby uzasadnić swój opór wobec nadzoru, w końcu pozwolono im uzyskać dostęp do "bardzo ograniczonych danych". W październiku 2024 r., jak od tego czasu szczegółowo opisał Ernst, sztab senator osobiście odwiedził siedzibę USAID w celu "przeglądu przy drzwiach zamkniętych" danych dotyczących pomocy Ukrainie, mimo że, jak odkrył jej zespół, dokumenty nie były utajnione.


Mimo że podczas śledztwa były one mocno ograniczone, zespół Ernsta odkrył różne dotacje finansowane przez amerykańskich podatników, które były przekazywane ukraińskim firmom pod przykrywką zarówno Programu Konkurencyjnej Gospodarki (), jak i funduszy Investment for Business Resilience.

Wśród grantów, które odkryli pracownicy Ernsta, były setki tysięcy dolarów przeznaczonych na dosłowne projekty związane ze zwierzętami domowymi, w tym 

około 300 000 dolarów na "aplikację do śledzenia zwierząt domowych", 
około 300 000 dolarów dla "producenta obroży dla psów" i 
około 109 000 dolarów dla "producenta opakowań do karmy dla zwierząt domowych", 


Fashionistki skorzystały również z wydatków finansowanych przez podatników na

firmę odzieżową dla kobiet, 
fotografa mody, 
"dostawcę współczesnej dzianiny", 
"luksusową markę ślubną", 
"rynek designerskich wyrobów rzemieślniczych", a nawet 
"misję handlową dla domu mody", 

zgarniając łącznie około 733 000 dolarów.



Projektanci, w tym 

"producent dywanów na zamówienie", który otrzymał około 2 000 000 dolarów, oraz 
dwie różne linie mebli, które otrzymały odpowiednio 114 000  i  91 000 dolarów, 

również przyłączyli się do szaleństwa finansowania.


Nawet smakosze otrzymali do syta amerykańską gotówkę.

"Misja handlowa dla producenta przypraw" kosztowała podatników około 94 000 dolarów,
"producent kiszonek" otrzymał około 148 0000 dolarów, 
producent organicznej kawy i herbaty otrzymał około 255 000 dolarów, 
winnica zebrała 89 000 dolarów, a 
"rzemieślnicza firma produkująca herbatę owocową" zebrała 104 000 dolarów



USAID przyznało również 

"specjalistycznej firmie produkującej ciastka i słodycze" około 678 000 dolarów – prawie tyle samo dolarów podatników, co wyżej wymienione dotacje żywnościowe razem wzięte – oraz 
zakładowi pakowania mięsa około 319 000 dolarów.



USAID "nie dostarczyła żadnego z tych dokumentów" pracownikom Ernsta poza "przeglądem przy drzwiach zamkniętych". USAID często powołuje się również na wyjątki ze względów bezpieczeństwa narodowego, aby uniknąć ujawniania kontrowersyjnych zarzutów na swoim publicznym trackerze "pomocy zagranicznej".



W liście z 4 lutego do sekretarza stanu Marco Rubio, którego departament przejął USAID na polecenie Białego Domu na początku lutego, Ernst napisał, że dotacje USAID, takie jak fundusze, mają na celu
"wzmocnienie pozycji Ukrainy w czasie wojny poprzez zwiększenie sprzedaży ukraińskich firm na nowych rynkach".


"Zamiast tego naród amerykański sfinansował ekstrawaganckie misje handlowe i wakacje dla ukraińskich właścicieli firm na festiwale filmowe i tygodnie mody w luksusowych stolicach Europy i poza nią"
– napisała.


Raport o wydatkach USAID na Ukrainę pojawia się w momencie, gdy agencja znajduje się pod ostrzałem za przeznaczanie ciężko zarobionych pieniędzy Amerykanów na zagraniczne inicjatywy DEI,

posiłki dla terrorystów, 
globalną cenzurę, 
lekcje garncarstwa, 
wycieczki modelarskie, a nawet
iracką Ulicę Sezamkową



W listopadzie 2022 r. Ernst po raz pierwszy naciskał na USAID w sprawie sposobu, w jaki wykorzystuje pieniądze z podatków na opłacenie udogodnień i kosztów administracyjnych określonych w wynegocjowanych umowach o stawkach kosztów pośrednich (NICRA). W kwietniu 2023 r. Ernst i republikański kongresmen Michael McCaul skorzystali ze swoich uprawnień w Kongresie, aby wywrzeć presję na USAID w sprawie miliardów dolarów z amerykańskich podatków, które od 2021 r. przepływały przez NICRA.

W listopadzie 2023 r. Ernst zażądał, aby administrator USAID Samantha Power przekazała kluczowe informacje na temat wydatków jej agencji – w szczególności na Ukrainę – ale później stwierdził, że Power "odmówiła udzielenia jasnych lub merytorycznych odpowiedzi". 

W marcu 2024 r. Republikanin przedstawił ustawę Kongresu mającą na celu położenie kresu nadużyciom USAID w zakresie pieniędzy podatników. Saga trwała jeszcze w 2024 roku, kiedy Ernst poprosił Inspektora Generalnego o zbadanie wydatków USAID.


Ernst powiedział The Federalist w oświadczeniu, że "USAID zbuntowała się".


"W miarę jak odkrywamy coraz więcej marnotrawstwa, oszustw i nadużyć, jasne jest, dlaczego agencja była tak zdesperowana, aby zablokować moje wysiłki, aby ujawnić, w jaki sposób wydawała pieniądze podatników" – powiedziała. "Pomoc zagraniczna musi sprzyjać interesom Ameryki, a nie napełniać kieszenie podejrzanych zagranicznych firm i kontrahentów".








/thefederalist.com/2025/02/26/exclusive-usaid-blew-hundreds-of-thousands-in-taxpayer-slush-funds-on-ukrainian-pickle-maker-pet-accessories/





Susza






przedruk




Ekspert ostrzega. Susza uderza w Polskę, „sytuacja alarmująca”




25.02.2025 12:36



Polska od ponad 20 lat zmaga się z permanentnym stanem suszy, który cyklicznie przechodzi od fazy meteorologicznej do hydrologicznej. Naukowcy podkreślają konieczność długofalowych działań retencyjnych i adaptacyjnych, by złagodzić skutki zmian klimatycznych.

Jak przypomniał uczelnia w przesłanym komunikacie, IMGW-PIB zwrócił uwagę, iż sytuacja związana z suszą hydrologiczną w lutym br. nie była aż tak zła, jak od co najmniej 2015 roku.

„W czwartek, 20 lutego, na ponad 40 stacjach przepływ wody znajdował się poniżej wartości średniego niskiego przepływu dla danej rzeki. Aby skutecznie odnowić zasoby wodne i uzupełnić retencję, potrzeba długotrwałych, spokojnych, jednostajnych opadów deszczu trwających przez kilka tygodni na obszarach, które najbardziej tego potrzebują” – napisano w komunikacie.


Jak powstaje susza?

Dr inż. Marcin Wdowikowski z Katedry Gospodarki Wodno-Ściekowej i Technologii Odpadów PWr wyjaśnił, że o zjawisku suszy powinniśmy mówić jako o długotrwałym procesie, który można podzielić na trzy etapy.



Pierwszy (susza meteorologiczna lub atmosferyczna) zaczyna się brakiem opadów atmosferycznych (deszczu lub śniegu), a w okresie letnim często towarzyszy mu tzw. fala upałów. 

Takie utrzymujące się warunki prowadzą do etapu drugiego, czyli suszy glebowej lub rolniczej, w której obniżające się poziomy wód w rzekach i w glebach prowadzą do ograniczenia w dostępności do wody dla roślin. 

Kolejne dni niedoborów opadów i występowania wysokiej temperatury powietrza klasyfikowane są już jako zjawisko ekstremalne i prowadzą do etapu trzeciego, czyli suszy hydrologicznej.



Ten jest najgroźniejszy i prowadzi do zjawiska tzw. niżówki lub wręcz zaniku wody w rzekach i ciekach. Często wody nie ma również w studniach gospodarczych.

„Powstaje deficyt, który bardzo często nie jest możliwy do uzupełnienia nawet przez ulewną burzę, kiedy woda bardzo szybko odpływa. Susza na każdym etapie jest dużym obciążeniem dla środowiska, społeczeństwa i gospodarki, dlatego wprowadzono nazwę susza gospodarcza, która podkreśla negatywny wpływ na każdy z tych elementów” – dodał dr Wdowikowski.



Zdanie ekspertów

„Wielu hydrologów i klimatologów uważa, że w Polsce i Europie jesteśmy stale w stanie suszy, od ponad 20 lat wahającej się pomiędzy I i II etapem. Najdotkliwsze jej skutki odnotowano w naszym kraju w 2003, 2015 i 2019 roku” – powiedział naukowiec.

W Polsce obowiązuje obecnie Plan Przeciwdziałania Skutkom Suszy, w którym wskazano szereg działań na lata 2021-27. Są to m.in. analiza możliwości powiększenia zasobów wodnych, propozycje budowy lub przebudowy urządzeń wodnych oraz propozycje niezbędnych zmian w zakresie korzystania z zasobów wodnych oraz zmian naturalnej i sztucznej retencji.

„Zazielenianie miast i przywracanie wielu funkcji środowiskowych na obszarach rolniczych jest tematem wielu projektów i inicjatyw. Jest to ważne, ponieważ, zjawisko suszy powiązano z działaniami adaptacyjnymi do zmian klimatycznych i zasadami zrównoważonego rozwoju” – powiedział dr Wdowikowski.




energetyka24.com/klimat/wiadomosci/ekspert-ostrzega-susza-uderza-w-polske-sytuacja-alarmujaca