Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myślenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myślenie. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 stycznia 2022

manipulować postrzeganiem

 

"bezkrytyczny podziw faraonów, który trwa do dziś, jest dziedzictwem wysiłków starożytnych władców, by manipulować ich postrzeganiem, a nawet służył jako narracyjna i kulturowa podstawa podpierająca współczesny autorytaryzm."


Niekoniecznie zgadzam się z pod-tezami zawartymi w tekście - monarchia nie jest zła, wszystko zależy od relacji pomiędzy władcą, a ludźmi - a tak w ogóle to żyjemy jakby w monarchii, tyle, że skrytej, bo o wszystkim decyduje jakiś utajony Pajac, zasłaniający się demokracją... 


Kiedy on w końcu abdykuje? 


Co???!! Jeszcze cały tydzień??!! 

No co za bezczelność!! 

Nieeeenoo too jeest nieee do POMYŚLENIA!!!!

Ja protestuję!!

Sio!

Sio! 

A sio mi stąd!!




przedruk

tłumaczenie automatyczne


Znany egiptolog mówi, że czas przestać romantyzować starożytny Egipt

W „Dobrych królach” Kara Cooney z UCLA rysuje podobieństwa między faraonami a współczesnymi autorytarami




Alison Hewitt  6 grudnia 2021


Piramidy, faraonowie i starożytni egipscy bogowie oczarowali wielu, ale nadszedł czas, abyśmy przestali romantyzować pułapki autorytaryzmu, według Kara Cooney z UCLA.

Cooney jest profesorem egiptologii i archeologii na UCLA, a także autorem bestsellerów („Kobieta, która byłaby królem”, 2014 i „Kiedy kobiety rządziły światem”, 2019). W swojej najnowszej książce przyznaje, że jej fascynacja starożytnym Egiptem osłabła – tak bardzo, że teraz określa się jako „ odradzający się egiptolog ”. Pisze, że bezkrytyczny podziw faraonów, który trwa do dziś, jest dziedzictwem wysiłków starożytnych władców, by manipulować ich postrzeganiem, a nawet służył jako narracyjna i kulturowa podstawa podpierająca współczesny autorytaryzm.

„Ilu z nas miało głęboką obsesję na punkcie starożytnego świata — po prostu kocham egipskie świątynie! Uwielbiam mitologię grecką! — to naprawdę symptomy ciągłego uzależnienia od męskiej siły, których po prostu nie możemy wyrzucić?” pisze Cooney.

„The Good Kings: Absolute Power in Ancient Egypt and the Modern World”, opublikowany przez National Geographic, przedstawia bezpośrednie podobieństwa między władcami sprzed 3000 lat a współczesnymi tyranami. Cooney opisuje w nim, w jaki sposób faraonowie stworzyli przekonujący moralny argument na rzecz władzy, który nadal zwodzi ludzi dzisiaj i który jest bezpośrednio powiązany z obecnym wzrostem autorytaryzmu.

Cooney bada pułapki systemów patriarchalnych, które szkodzą zarówno kobietom, jak i mężczyznom, i przekonująco argumentuje, że społeczeństwo powiela historyczne wzorce, które wielokrotnie prowadziły do ​​upadku władzy. Tylko tym razem, zauważa, zmiany klimatyczne zmieniły zasady ożywienia.

Cooney jest przewodniczącym Wydziału Języków i Kultur Bliskiego Wschodu UCLA. W wywiadzie dla UCLA Newsroom opowiada o tym, jakie lekcje mogą zaoferować starożytne egipskie narracje w świetle wyzwań społecznych i społecznych, przed którymi stanie świat w 2021 roku.

Dlaczego faraonowie starożytnego Egiptu są nadal tak aktualni tysiące lat później?

Faraonowie otwierają się na dyskusje o sprawiedliwości społecznej. Trudne jest to, że faraonowie byli prawdopodobnie najlepsi w przedstawianiu autorytarnego reżimu jako dobrego, czystego i moralnego. To jest podstawowa idea, która musi zostać wysunięta jako pierwsza, ponieważ nadal ją kupujemy. Z egipskiej narracji wylewały się koncepcje społeczeństwa patriarchalnego, wydobywania zasobów naturalnych dla zysku, eksploatacji, przepracowania, mizoginii i nie tylko.

 „Faraonowie byli prawdopodobnie najlepsi w przedstawianiu autorytarnego reżimu jako dobrego, czystego i moralnego. To podstawowa idea, która musi zostać zrealizowana jako pierwsza, ponieważ nadal ją kupujemy”.


Wciąż żyjemy w tych narracjach. Możemy sobie wmawiać, że jesteśmy zbyt sprytni, by dać się oszukać, ale idea nowoczesnej wyjątkowości jest fałszerstwem. Nadal jesteśmy tak samo podatni na obawy przed przedwczesną śmiercią lub brakiem dobrobytu. Jesteśmy równie przesądni i boimy się Boga.

Wszystkie te słabości czynią nas bardzo, bardzo łatwymi ocenami dla autorytarnych reżimów, jeśli nie myślimy krytycznie i nie rozumiemy narzędzi, jakimi nas używają.

Co masz nadzieję, że ludzie wyniosą z książki?

Chciałem dać czytelnikom w pewnym sensie podręcznik do tego, co może nastąpić z perspektywy historyka i dlaczego patriarchat nie jest jedynym sposobem zarządzania systemem. Patriarchat sam się niszczy. To się dzieje. I musimy tam być, antypatriarchalnie, aby odbudować coś, co lepiej chroni nas wszystkich przed nadużyciami władzy.

Piszesz, że widzisz oznaki, że patriarchat prowadzi społeczeństwo ku upadkowi, powtarzając schemat, który miał miejsce w całej historii. Zauważasz jednak również, że zmiany klimatyczne w dużym stopniu zakłócą ten cykl. Czego możemy się dowiedzieć o tym, co będzie dalej, badając wzloty i upadki starożytnych egipskich reżimów?

Patriarchat wznosi się i upada cyklicznie, załamując się i odbudowując. Ale tym, co teraz nawiedza autorytarne reżimy, jest to, że Ziemia nie pozwala już na ten cykl. Ziemia nie pozwala na ciągłe wydobycie, konsumpcję, nierówne gromadzenie, które definiuje te reżimy, ponieważ jest to niezrównoważone, a ta niezrównoważenie jest teraz zgubą patriarchatu.

Od tysięcy lat mamy do czynienia ze zmianami klimatycznymi na mniejszą skalę; pomyśl o miastach zniszczonych przez wylesianie, które doprowadziło do lawin błotnych. Różnica polega teraz na skali. Teraz jest globalny. Patriarchat raz za razem sieje nasiona własnej destrukcji, zanim powróci w błędnym kole, ale tym razem różnica polega na tym, że globalna zmiana klimatu grozi, że będzie to ostatni cykl.

Nie jestem wróżbitą, ale z mojego 10 000-letniego poglądu na historię widzę dwie ścieżki. Może być więcej patriarchatu przez kolejne 500 lat, zanim planeta będzie naprawdę martwa, i to wszystko; to koniec historii. Ale myślę, że będziemy flirtować z patriarchatem i bawić się nim przez kolejne 200-kilka lat, a potem znajdziemy drogę do czegoś zrównoważonego i innego.







https://newsroom.ucla.edu/releases/egyptologist-kara-cooney-good-kings-book?fbclid=IwAR2lni-GfUiMMxGVgXilhMVg-Nyt46Q1Te9LobVG17G8Iup-DC22CmitM84





piątek, 17 września 2021

Oczywista oczywistość


Oprócz pewnej koncepcji warto przyjrzeć się sposobowi myślenia autora, które tak naprawdę odzwierciedla sposób myślenia znacznej liczby ludzi na ziemi.

Otóż uważa on, że wojna, kłótnie i takie tam rzeczy - są czymś naturalnym dla człowieka.

Jest to dla niego tak oczywista oczywistość, że nawet nie spróbuje tego podważyć.

Ja zresztą podobnie miałem z dietą..


Takie podejście zamyka drogę na inne rozwiązania i koncepcje.


Dzisiaj wielu młodych ludzi usiłuje grać muzykę rockową - niewielu z nich osiąga sukces.  nawet ci, którzy coś osiągnęli w tej dziedzinie, nie mogą się równać do klasyków, jak Deep Purple czy Black Sabbath - dlaczego?

Może dlatego, że grać rocka usiłują?

Usiłują grać rocka i tłuką mydliny, a żaden z nich nie tworzy nic wyrazistego czy odrębnego - ich utwory niczym się nie różnią nie zależnie od tego jak się nazywają i skąd pochodzą. 

Zamiast grać swoje starają się dorównać do czegoś - zrobić coś podobnego? Będą powtarzać po kimś?

Tak jak ostatnie 3 części (7, 8, 9) Star Wars - te filmy udają cykl SW zamiast nim być.

Twórcy hard rocka nie słuchali hard rocka - bo go nie było w "ich czasach" - to oni stworzyli hard rocka, a wcześniej słuchali muzyki klasycznej - poważnej, swinga, bluesa czy jazzu.

Może więc ci, co słuchają rocka powinni grać inną muzykę? Może tam staną się ikonami?


 

Przykład cywilizacji Harappy pokazuje nam, że ludzie mogli żyć bezkonfliktowo - konflikt jest czymś co jest nieustannie podsycane celem skłócania ludzi - by sterując konfliktem móc min. sterować procesami w społeczeństwach na Ziemi.

Głównym powodem niezgody pomiędzy ludzi jest koncentracja na "ego".



przedruk

tłumaczenie automatyczne



Iwan Petričević

27 lutego 2019 r



Naukowcy sugerują, że Ziemia mogła zostać skolonizowana dawno temu przez zaawansowaną cywilizację pozaziemską.



Kompleksowe badanie przygląda się paradoksowi Fermiego z innego podejścia.

Korzystając z połączenia teorii i symulacji, naukowcy sugerują, że zaawansowane cywilizacje obcych mogły od dawna skolonizować Galaktykę.

W rzeczywistości Ziemia mogła również zostać skolonizowana głęboko w swojej geologicznej przeszłości, ale gdyby tak się stało, nie pozostałyby po niej żadne ślady takiego obcego osadnictwa.

„Wyniki wskazują na sposoby, w jakie Ziemia może pozostać nieodwiedzana w środku zamieszkanej galaktyki. Na koniec zastanawiamy się, jak nasze wyniki można połączyć ze skończonym horyzontem w celu uzyskania dowodów na wcześniejsze osadnictwo w zapisie geologicznym Ziemi. Korzystając z naszego modelu stanu stacjonarnego, ograniczamy prawdopodobieństwo wizyty na Ziemi cywilizacji osiedlającej się przed określonym horyzontem czasowym” – napisali naukowcy .



Badanie naukowe prowadzone przez astrofizyka Adama Franka z University of Rochester wyjaśnia, dlaczego wciąż nie znaleźliśmy innych inteligentnych cywilizacji (obcy).

Nowy artykuł twierdzi, że może to wynikać z tego, że nie mieli wystarczająco dużo czasu, aby rozprzestrzenić się w Galaktyce, lub zrobili to. W rezultacie ich międzygwiezdne osady (być może nawet tutaj na Ziemi i w jej sąsiedztwie) już dawno zniknęły.

Nowe badanie, niedawno udostępnione na serwerze preprintów arXiv , które jeszcze nie zostało zrecenzowane, proponuje model teoretyczny, który uwzględnia takie zmienne, jak liczba potencjalnie nadających się do zamieszkania galaktyk.

Uwzględnia czas, jaki zajęłoby cywilizacji „skolonizowanie” układu słonecznego, idealne planety, które nie są zajmowane przez żywe istoty, oraz „czas ładowania”, ponieważ cywilizacja najpierw wysłałaby statek kosmiczny do zbadania, a następnie skolonizowała.

W ten sposób Frank i jego koledzy badali środek między sterylną galaktyką życia a pełną inteligentnych cywilizacji.

Nowy model, będący połączeniem teorii i symulacji, bada możliwość jałowej i przepełnionej galaktyką, w której zaawansowane, superinteligentne cywilizacje obcych sięgają do gwiazd, które stają się międzygwiezdne, ale bez ustanawiania monopolu galaktycznego na całą Drogę Mleczną.

Dysponując ogromną ilością danych, naukowcy przeprowadzili symulacje, które doprowadziły do ​​trzech głównych scenariuszy.

Obce cywilizacje mogły skolonizować Ziemię dawno temu

Dwie pierwsze pasują do słynnego paradoksu Fermiego:

jeśli planety przyjazne dla życia są liczne, a przetrwanie jest łatwe, Galaktyka powinna być pełna życia.

W przeciwnym razie osiedlenie się w coraz bardziej odległych i niegościnnych miejscach byłoby trudne, więc szanse na znalezienie życia byłyby zmniejszone.


Ale znaleźli trzeci scenariusz: cywilizacje mogą mieć możliwość podróżowania do najodleglejszych galaktyk, a podczas swojej podróży mogą nawet zakładać osady w kosmosie.


Jednak naukowcy ostrzegają, że pojawiają się problemy.

Kiedy musisz zarządzać tak dużym terytorium, które obejmuje miliardy kilometrów, masz problemy, których nie możesz kontrolować.

„Możesz skończyć z tą luźną siecią osiedli” , wyjaśnia Jason Wright , współautor i astronom z Penn State University, „gdzie osiedlona jest cała galaktyka, ale żadna dana gwiazda w danym momencie może nie być”.

Jeśli wszystkie kraje świata wydają się nie być w stanie dojść do porozumienia w poszczególnych kwestiach, wydaje się rozsądne myślenie, że zadanie to byłoby jeszcze bardziej skomplikowane w cywilizacji, która pokonuje prawie nie do pomyślenia odległości w całym układzie słonecznym, a nawet w galaktykach.

Dlatego takie potencjalne kosmiczne osiedla mogą skończyć z mnóstwem problemów, katastrof, konfliktów, które kończą się własnym upadkiem i apokalipsą.

Potem osady te mogą pozostać niezamieszkane przez miliony lat i być może jakaś inna cywilizacja może osadzić się w tym samym miejscu, tylko w znacznie innym czasie.






https://curiosmos.com/new-study-suggests-earth-may-have-been-colonized-long-ago-by-alien-civilizations/






poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Chiny i ich mapa










Bardzo słuszna mapa - z punktu widzenia Chińczyków - która sytuuje Chiny w centrum uwagi - w centrum świata.

Kilka lat temu ktoś zwrócił uwagę w swoim artykule, że należy odwrócić mapę dla Polaków - w Polsce mapy powinny być tak wydawane, by sytuowan
ie Polski wypadało w centrum mapy oraz kierunki świata odwrócone, tak, by południe było "u góry mapy".

Kierowca (ale i pieszy podróżnik) jedzie tam, gdzie kieruje i sięga jego wzrok - to przekłada się na postrzeganie siebie i rzeczywistości. Idziemy do przodu i idziemy gdzie?

Gdy patrzymy na mapę – wzrokiem także idziemy jakby do przodu - sięgamy wzrokiem jej kresów (Polski) w wodzie Bałtyku... Polska "kończy się" we wodzie... a winniśmy patrzeć na ląd - sąsiedni kraj, za którym jest następny itd.

Kierunek mapy nadaje kierunek podróży – i celów.

Naszym celem nie powinna być nicość wody, lecz góry (Tatry) do zdobycia...

Kilka lat temu na min. kanwie tego spostrzeżenia – ale głównie dlatego, że w tv usłyszałem na temat Niemiec, że to Europa Środkowa... - pisałem też o terminie Europa Środkowo-Wschodnia, nagminnie używanym w mediach – co przeszło na społeczeństwo...

Polska to Europa Środkowa.

Termin Europa Środkowo-Wschodnia ktoś wymyślił i wdrukował Polakom, żeby usunąć z ich świadomości fakt, że są Centrum.

Centrum zaś przesunął na Niemcy.

Jak głosi stare rzymskie powiedzenie.. winnym zbrodni jest ten, kto na zbrodni skorzystał.





środa, 8 lutego 2017

Dlaczego warto pięknie pisać? O kaligrafii

Dlaczego warto pięknie pisać? 
Uzasadnienia z pierwszego polskiego podręcznika kaligrafii

Roman Krzywy


Kaligrafija abo Kancelaryja, podpisany kryptonimem S.S.J., wskazującym na pióro Stanisława Serafina Jagodyńskiego, wierszopisa i tłumacza tworzącego w pierwszej połowie XVII w. Nie wiemy, czy była drukowana już wcześniej, gdyż żaden egzemplarz hipotetycznej editio princeps nie zachował się najprawdopodobniej do dzisiejszych czasów, lecz możliwe, że wydanie z 1695 r. przygotowano z manuskryptu, który zawieruszył się u drukarza.

Na karcie tytułowej określony został adres społeczny dziełka: „rzecz młodzi barzo potrzebna”. Informacja ta określa utylitarno-wychowawcze przeznaczenie książki, lecz nie odpowiada jeszcze na pytanie o to, dlaczego warto kształcić się w zakresie kaligrafii. Kwestii tej poświęcona jest wstępna rozprawa zatytułowana Dyskurs o dobrym i kształtnym pisaniu, której celem jest przekonanie czytelnika o wartości i użyteczności zalecanej w kompendium sztuki: „Bóg rozumem człowieka obdarzył, aby go nie tylko od nierozumnego stworzenia tym oddzielił, ale i onego samego tak ozdobił, iż dla rozumu samego najbardziej człowiek jest Bożym wyobrażeniem. Te tedy najdując, że rozum ludzki jest obraz Boski, zechcemy li i rozumu samego wyobrażenia i wyrażenia szukać, najdziemy dwa własne jego konterfety: język i pióro (abo raczej pióro w władną rękę). Język tłumacz, a ręka i tłumacz, i najprzedniejszy posługacz woli i rozumu naszego, a choć te dwa przednie instrumenta i rozmówienia się, i porozumienia ludzkiego jednemu panu, to jest rozumowi hołdują, tym jednak dzielą swoje powinności, iż język mową słuchowi, a ręka pismem właśnie wzrokowi, tłumacząc i odnosząc wolą naszą, usługuje. Iż zaś oba okrasę swą lubują, a piękna to i oczom ludzkim, i uszom podobać się i przez nie do serc jakoby się wkradać, każdy mądry o tym radzić i na to się ma sadzić, aby ozdobnie mógł wymówić, co mówi, i nadobnemi mógł napisać, co pisze, charakterami”.

Po tak ogólnie zakrojonym wstępie przechodzi Jagodyński do części perswazyjnej. Wychodzi od przypomnienia, iż wszystkie sprawy ludzkie, jeśli mają być uznane za dobre, dają się zweryfikować za pomocą reguły czterech „p”, to jest ocenie, czy są poczciwe, pożyteczne, pocieszne i potrzebne. Jakkolwiek wszystkie odnosi do kaligrafii, szeroko rozwodzi się tylko nad ostatnią kategorią, pisząc o społecznokomunikacyjnej funkcji języka w ogóle, dzięki któremu przejawia się człowieczeństwo istot ludzkich, oraz pisma w szczególności, a to z powodu „lepszego i snadniejszego, a daleko warowniejszego spraw i potrzeb naszych traktowania, zawierania, chowania i dotrzymania”. „Na rynku tego świata kiermaszującym” pismo jest, jak twierdzi autor podręcznika, użyteczniejsze, gdyż skuteczniej gwarantuje przykładowo pewność zawieranych umów. Preceptor kaligrafii dodaje także zaraz, iż jest to środek w wielu sytuacjach wygodniejszy, „gdyż samym [osobiście] trudno zawsze z gębą i z językiem do sąsiada”. 

Następny punkt rozważań dotyczy pamięci. Jagodyński nazywa pismo „drugą pamięcią”, przeciwstawiając jego trwałość ulotności ludzkich myśli. Zresztą nie tylko ludzkich, gdyż jak pisze: „i przed samym Jowiszem Parki stoją z dyjamentowymi tablicami, na których on sobie twardo pisze, co mocno postanowił wykonać”. Dworując z analfabetów, którzy wspomagają pamięć karbami lub ikonoglifikami (tj. obrazkami), by prowadzić rejestry gospodarskie, zmierza autor do uznania pisma za wyróżnik wyższego statusu intelektualnego, uznając tym samym tzw. pamięć oralną za bardziej prymitywną. W takim ujęciu pismo staje się jednym z wyznaczników ogłady umysłowej człowieka, zwłaszcza ludzi szlachetnie urodzonych, gdyż szlachectwo jest, zdaniem autora, czymś, co zobowiązuje do władania piórem. I choć autor trzeźwo zauważa, że szlachcic może przecież posłużyć się sekretarzem, to jednak są okoliczności, które z pośrednictwa każą zrezygnować.

Porzuca w tym miejscu Jagodyński ogólne rozważania na temat społecznych funkcji pisma, przechodząc do uzasadnienia dbałości o piękny charakter pisma. Jego oczywistą funkcją jest czytelność tego, co napisane, jednak więcej uwagi poświęca on perswazyjności piękna wynikającego ze starannego pisma, piękna, które wzbudzając przyjemność wizualną dobrze usposabia do treści. Piękno ma zatem w ujęciu autora charakter retoryczny, ma prowadzić do przyjemności, apelującej do zmysłu wzroku po to, by uzyskać przychylność czytającego do treści oraz do piszącego, którego charakter pisma staje się konterfektem.


 
Teoretyczny aspekt zagadnienia przekłada szybko Jagodyński na praktykę: piękne pismo to instrument, dzięki któremu wielu zdobywało środki do życia, wielu też „wypisało się z małej kondycyi”, a niektórzy nawet otrzymali wysokie godności państwowe i kościelne. Także na dalszych kartach podręcznika autor powróci do tej problematyki, gdy w jednym z epigramatów własnego pióra przypomni nobilitację Szymona Szymonowica.

Ostatni argument za zdobywaniem umiejętności pięknego pisania wywiedziony został w sofistyczny sposób z przesłanek religijnych. Można sprowadzić go do schematu: skoro wiemy, iż Bóg posługiwał się pismem (tu autor przypomina ucztę Baltazara oraz tablice z dekalogiem), a niepodobna pomyśleć, że czynił coś w sposób urągający doskonałości, więc i Jego pismo musiała wyróżniać perfekcja, zatem i ludzie, którzy mają we wszystkim naśladować Boga, winni pisać w sposób nienaganny „ku okrasie naszego rozumu, który się pięknym pismem pokazuje”. Ostatnie słowa przewodu perswazyjnego to oczywiście nawiązanie do rozważań inicjalnych.



O podręczniku Jagodyńskiego zob. więcej: R. Krzywy, Manu propria. O kształcie retorycznym i antropologiczno-pedagogicznych treściach „Kaligrafiji” Stanisława Serafina Jagodyńskiego, w: Staropolskie kompendia wiedzy, Warszawa 2009, s. 245-256.




 http://www.wilanow-palac.pl/dlaczego_warto_pieknie_pisac_uzasadnienia_z_pierwszego_polskiego_podrecznika_kaligrafii.html

niedziela, 8 stycznia 2017

Co jest nie tak z pozytywnymi ludźmi



Co jest nie tak z pozytywnymi ludźmi

Pewnie każdy z Was zna takiego ancymona, który z(a)raża wszystkich dookoła pozytywnym nastawieniem jak mucha tse-tse malarią. Możliwe, że i Ty, Czytelniku lub Czytelniczko, jesteś taką muchą i roznosisz zarazki nadmiernych ekscytacji w dobrej skądinąd wierze. Nie winię Cię za to. Dobre serce, tak jak zgagę, można jednak regulować dzięki odpowiedniej diecie.

„Myśl pozytywnie” – to jedna z tych koncepcji szczęśliwego życia, która pojemnością dorównuje nieskończonym połaciom przestrzeni gwiezdnej. Można sobie tam wystrzelić co się żywnie komu podoba zostając przy okazji szczęścionautą, czyli ekspertem od ludzkiej egzystencji. Czyż jest coś piękniejszego niż pozytywne myślenie i szczęście? Pewnie nie, chociaż kilka rzeczy przychodzi mi do głowy. Jednak nie o tym chciałem.

Oczy szeroko zamknięte

Przeciwieństwem negatywnego myślenia nie jest pozytywne myślenie. A przynajmniej funkcjonalnie. Negatywne myślenie to myślenie nieracjonalne, przesadzone. Czyli dokładnie takie samo jak pozytywne myślenie. Zatem przeciwieństwem negatywnego myślenia jest zrównoważone myślenie. Włóżcie między bajki te wszystkie historie o wpływaniu na swoją podświadomość mantrycznym powtarzaniem wyrazów „Kocham się, jestem zdrowy, fantastyczny. Świat jest piękny”. Okłamujecie siebie w sposób niekontrolowany, bezmyślny. W chwili nowego kryzysu nie będziecie wiedzieć, jak sobie z nim poradzić, bo cała Wasza życiowa filozofia opiera się na mechanicznym wmawianiu sobie czegoś, co nie istnieje.

Nie twierdzę, że świat nie jest piękny. Ale…

Negatywne myśli zawsze z czegoś wynikają. Jeśli masz dużą nadwagę, to wmawiając sobie, że nie masz nadwagi lub że nadwaga jest piękna (a poza tym liczy się tylko wnętrze) oszukujesz siebie. Nadwaga to przede wszystkim problemy ze stawami i sercem. Piękno nie ma tu nic do rzeczy, gdy trafiasz na SOR ze śmiertelnym nadciśnieniem lub pożerającymi Cię od środka wrzodami żołądka (to odnośnie pięknego wnętrza). Zapewne łatwiej jest wmawiać sobie coś czego nie ma, bo to zwalnia nas z odpowiedzialności za własne życie.

Druga sprawa to samo myślenie. Mimo wszystko myślenie nie jest fundamentem szczęśliwego życia w potocznym rozumieniu szczęścia. Nie bez powodu mawia się, że szczęście wśród ludzi inteligentnych (czyli myślących za dużo) jest niezwykle rzadkie, a nieświadomość to błogosławieństwo. Nie, nie namawiam do ignorancji. Zmierzam do tego, że sam proces myślenia w myśleniu pozytywnym może być główną przyczyną nieszczęścia. Nie zawsze i nie u każdego. Pewnie są tacy, którym wmawianie sobie szczęścia pomogło. Jednak wielu nie pomogło, a wręcz zaszkodziło, bo próbując usilnie wykreować sobie świat, którego nie ma, popadają w frustrację i beznadziejność.
Słowem wyjaśnienia: pozytywne myślenie nie oznacza beztroski. Jeśli ktoś się niczym w życiu nie przejmuje, to nie tyle stosuje w praktyce tzw. „pozytywne myślenie”, co jest zwyczajnym lekkoduchem, a to z kolei inna niekoniecznie dobra przypadłość.

Emocjonalna brzytwa Ockhama

Pozytywne myślenie to wysiłek. Osoba, której się nie powiodło w życiu, zgodnie z tym paradygmatem (sposobem patrzenia na rzeczywistość) powinna zatem odsuwać od siebie „złe” myśli, unikać nazywania niepowodzenia niepowodzeniem i szukać promyków słońca pośród gęstej zawiesiny nocy. O ile to ostatnie nie jest wcale takie głupie, o tyle całość ma tę wadę, że jest procesem wymuszanym. Stosując wybitną metaforykę Paulo Coelho, pozytywne myślenie jest jak próba powstrzymywania nadciągającej fali. Zamiast ją powstrzymywać, lepiej stanąć obok niej i poczekać aż przejdzie albo nauczyć się surfingu.

Dla wielu próba odwrócenia smutków w radość może się zakończyć konstatacją: „Dlaczego nie potrafię pozytywnie myśleć?”, „Dlaczego jestem taka beznadziejna? Grzesiakowi się udaje”. Otóż dlatego, że negatywne myśli nie są niczym złym, a walka z nimi to walka z wiatrakami. Nawet jak unieruchomisz wiatrak, to i tak nie masz gwarancji, że wichura ustanie. Zatem nie ma absolutnie żadnego powodu, aby dokładać sobie zmartwień i martwić się tym, że nie możesz przestać się martwić. A takie ryzyko niesie próba wmawiania sobie wyimaginowanych emocji.

Czy zatem nie byłoby lepiej pozwolić negatywnym myślom przepłynąć jak ta metaforyczna fala? Proces myślowy wynikający z takiego podejścia wobec przeciwności losu mógłby wyglądać tak:
– nie powiodło mi się i z tego powodu jestem smutny,
– nie oznacza to, że jestem beznadziejny,
– niepowodzenia to część życia, przecież nie myli się tylko ten, który nic nie robi,
– smutek jest naturalnym stanem emocjonalnym,
– gdy emocje opadną, określę, co poszło nie tak i spróbuję jeszcze raz.

Dla kontrastu, proces myślowy osoby „pozytywnej” w analogicznej sytuacji wyglądałby np. tak:
– nie powiodło mi się,
– nie wolno mi się smucić,
– muszę zająć czymś głowę, aby smutek się nie pogłębił,
– trzeba myśleć pozytywnie,
– nie wolno mi pokazywać, że jest mi źle,
– muszę o tym jak najszybciej zapomnieć,
– jestem fantastyczny a życie jest piękne.

Czyli w skrócie – w pierwszym wypadku akceptujemy stany, które nas nachodzą i umożliwiamy swobodny przepływ emocji, a w drugim usilnie zaprzeczamy rzeczywistości, aby nagle przeskoczyć do agresywnej afirmacji samego siebie. W pierwszym przypadku tworzymy przestrzeń dla wyciągnięcia wniosków z tego, co się przydarzyło, a w drugim – zamiatamy wszystko pod pięknie zdobiony dywan w imię pozornie dobrego samopoczucia.

Zrównoważone myślenie, w przeciwieństwie do pozytywnego myślenia, to proces niewymuszony i ograniczony do minimum, ponieważ nie wymaga tworzenia chwiejnych rusztowań z nieprawdziwych emocji. Jeśli jesteśmy smutni, to jesteśmy smutni. Nawet Robert Lewandowski czasem się smuci, tak?

Samozrozumienie

Inną bardzo niedobrą rzeczą, na którą cierpią „pozytywni” ludzie, to niezdolność przyjmowania konstruktywnej krytyki. Łatwo sobie wyobrazić osobę, która zrobi coś źle, a gdy zostanie jej to wykazane, zignoruje uwagę w ramach odpychania od siebie negatywnych myśli.

Pozytywne myślenie jest dobre, jeśli jest prawdziwe.
Nieudawane. Osiągnęliśmy sukces w pracy – powinno nam to sprawić radość. Jeśli nie sprawia, to mamy problem, tak samo, gdy udajemy radość wobec porażki. Co innego, gdy z niepowodzenia staramy się wyciągnąć coś konstruktywnego. Naukę lub przestrogę na przyszłość.
Smutek, jeśli spotyka się z naszym rozumieniem, może być potężnym motorem dla działania. Wypieranie go powoduje, że życie staje się jednowymiarowe, obce. Wypierając prawdziwe emocje pozbawiamy się przestrzeni do rozwoju, samozrozumienia i empatii. Bo czy możliwa jest zdrowa empatia, jeśli nie rozumiemy własnych emocji?
Także w 2017 roku życzę Wam, abyście zamiast przystrajać gówno w piórka, dali sobie przestrzeń do zrozumienia własnych stanów emocjonalnych.
Dla siebie. I dla bliskich.
 
 
 
http://czlowiek.info/co-jest-nie-tak-z-pozytywnymi-ludzmi/
 

czwartek, 15 września 2016

Myślenie zależy od języka jakiego używamy.



Hipoteza Sapira-Whorfa



Hipoteza Sapira-Whorfa (inna nazwa: prawo relatywizmu językowego) – teoria lingwistyczna głosząca, że używany język wpływa w mniejszym lub większym stopniu na sposób myślenia. Jej dwa główne założenia to determinizm językowy oraz relatywizm językowy: pierwsze z nich uważa, że język (jako system wytworzony przez społeczeństwo, w którym wychowujemy się i myślimy od dzieciństwa) kształtuje nasz sposób postrzegania otaczającego nas świata; drugie mówi, iż wobec różnic między systemami językowymi, które są odbiciem tworzących je odmiennych środowisk, ludzie myślący w tych językach rozmaicie postrzegają świat[1]. Nazwa hipotezy wywodzi się od dwóch językoznawców – Edwarda Sapira i Benjamina Lee Whorfa, zajmujących się głównie językami rdzennych mieszkańców Ameryki.


Dowodem pośrednim na rzecz znacznego udziału języka w myśleniu oraz procesach społecznych są zmiany językowe i znaczeniowe w praktycznie wszystkich grupach związanych wspólną ideologią. Ma to w zamierzeniu wywierać wpływ na sposób myślenia członków grupy.


Słaba i mocna postać hipotezy

Słaba postać tej hipotezy, inaczej relatywizm językowy, zakłada, że język wpływa na myślenie, a co za tym idzie na zachowanie, choć nie całkowicie, lecz do pewnego stopnia. Dzięki uporządkowaniu doświadczeń oraz treści kulturowych za pomocą języka (systemu symbolicznego będącego tworem społecznym), możliwa jest komunikacja i porozumienie zarówno na poziome jednostkowym jak i zbiorowości. Według Edwarda Sapira rola języka nie ogranicza się jedynie do rozwiązywania problemów w komunikacji czy refleksji, bez jakiegokolwiek wpływu na świat realny; wręcz przeciwnie - uważał on, że rzeczywistość w znacznej mierze opiera się na nieświadomych zwyczajach językowych danego społeczeństwa. Relatywizm językowy głosi także, iż różnice między strukturami leksykalno-gramatycznymi języków na ogół powodują również różnice w percepcji i interpretacji świata. Założenie, że język danej grupy wpływa na jej postrzeganie otoczenia, może być łatwo sprawdzone. Najbardziej znany test, polegający na pokazywaniu użytkownikom różnych języków trzech kolorowych karteczek i pytaniu ich, które dwa kolory są bardziej podobne, pokazał, że wyniki silnie zależą od tego, czy kolory mają tę samą, czy inną nazwę w danym języku (np. japońskie aoi oznacza zarówno niebieski jak i zielony). Eksperyment ten został przeprowadzony przez Browna i Lenneberga w 1954 r. Trudniejszy do zbadania jest wpływ kategorii gramatycznych takich jak czas czy liczba, który może być znacznie ważniejszy niż wpływ słownictwa.
Silniejsza postać hipotezy, inaczej determinizm językowy, mówi, że język całkowicie "determinuje" myślenie i zachowania ludzi – struktury językowe decydują o postrzeganiu własnego „ja” przez jednostkę, a także osadzają ją w pewnych schematach poznawczych. Determinizm językowy jest znacznie trudniejszy do sprawdzenia. Nie ma na niego też silnych dowodów pośrednich i wszystko wskazuje na to, że myślenie, przynajmniej częściowo, jest niezależne od języka. W strukturze języka zapisane są często reguły i poglądy społeczne. Różnie jest rozwiązana też kwestia konstrukcji związanych z płcią.


Teoria Sapira-Whorfa w przekładzie i komunikacji międzyjęzykowej


Hipoteza Sapira-Whorfa zakłada, iż język oddziałuje na myślenie, a w konsekwencji na zachowanie ludzi. Ponieważ poznawanie i percepcja otoczenia kształtowane są językiem właściwym danej grupie, światy opisywane przez poszczególne społeczeństwa są więc odrębne i zróżnicowane. Ilość różnic między językami przekłada się na stopień zróżnicowania w postrzeganiu świata, co okazuje się problematyczne w przypadku tłumaczeń. Użycie zbliżonych konstrukcji semantycznych i gramatycznych często nie jest identyczne i nie będzie zrozumiałe w języku docelowym. Jak twierdził Sapir, „Żadne dwa języki nie są nigdy dostatecznie podobne, by można je było traktować jako reprezentujące tę samą rzeczywistość społeczną. Światy w których żyją różne społeczeństwa, są odrębnymi światami, nie zaś tym samym światem, tylko opatrzonym odmiennymi etykietkami.”[2] Tym samym hipoteza Sapira-Whorfa zyskała uznanie wśród teoretyków przekładu jako próba wyjaśnienia zagadnienia nieprzetłumaczalności tekstów.
Z punktu widzenia zwolenników hipotezy Sapira-Whorfa tłumaczenia są nie tylko problematyczne, lecz czasem wręcz niemożliwe. Niektórzy lingwiści idą o krok dalej twierdząc, iż nawet przekształcenie lub nowa interpretacja wypowiedzi czy myśli w tym samym języku stanowią swego rodzaju przekład, a ich zgodność jest wątpliwa, gdyż „treść” jest nierozerwalnie ograniczona odpowiednią „formą” językową - nie da się mówić o jednej, dokładnie tej samej rzeczy, używając kilku różnych sformułowań.


Problem przekładalności systemów językowych rozszerzony został także przez Whorfa, który uważał, że „nikt nie potrafi opisać rzeczywistości całkowicie bezstronnie; wszystkich nas krępują pewne prawidła interpretacji nawet wówczas, gdy sądzimy, że jesteśmy wolni”, oraz że „postrzegający nie tworzą sobie tego samego obrazu świata na podstawie tych samych faktów fizycznych, jeśli ich zaplecza językowe nie są podobne lub przynajmniej porównywalne”[3]. Przyjęcie twierdzeń Whorfa podważa możliwość komunikacji międzyjęzykowej, wzbudza pytania o możliwość przekładu i interpretacji znaczeń funkcjonujących w innych kulturach, a jednocześnie prowadzi do stwierdzenia, że nie zachodzi wyższość jednych języków nad innymi, gdyż wszystkie posiadają swoje wady i zalety.


Założenia hipotezy Sapira-Whorfa popierają wiele koncepcji nieprzetłumaczalności (en:Untranslatability) i są przeciwieństwem uniwersalizmu językowego, który w swej radykalnej wersji zakłada, że nie ma niczego, czego nie dałoby się powiedzieć we wszystkich językach - wszystko może zostać przetłumaczone z jednego języka na drugi, nawet jeśli języki te drastycznie się od siebie różnią.


Argumenty za i przeciw


Choć hipoteza Sapira-Whorfa nie została nigdy ani w stu procentach potwierdzona, ani też zupełnie odrzucona, wielu z naukowców uważa, iż kontrowersje wokół hipotezy były przede wszystkim czynnikiem stymulującym rozwój nauk o języku. Jednocześnie zaznacza się, że współcześnie nie kwestionuje się związku języka z myśleniem, lecz mocną wersję hipotezy, w której język uznaje się za jedyny wyznacznik myślenia.


Niektóre z założeń relatywizmu językowego o wpływie języka na postrzeganie rzeczwistości zostały potwierdzone przez lingwistyczne i nielingwistyczne testy przeprowadzone przez badaczy. Zwolennicy relatywizmu uważają, że przyjęcie słabszej wersji hipotezy Sapira-Whorfa umożliwia poszerzanie perspektywy poznawczej przez przedstawicieli różnych kultur oraz wspólne tworzenie przez nich zbieżnych w wielu punktach interpretacji zjawisk. Ponadto hipoteza ta może być użyteczna nie tylko dla uznania, iż poszczególne kultury różnią się szczegółowością opisów i wyjaśnień istotnych dla nich spraw, jak na przykład wielość nazw ryżu czy barw śniegu, lecz może też służyć do badań empirycznych przejawów „nowomowy” totalitarnej władzy[4].
Przeciwnicy zarzucają hipotezie uzależnienie całej struktury poznania od języka, wykluczenie możliwości porównywania odmiennych poglądów z powodu różnic językowych oraz całkowite wykluczenie przetłumaczalności między językami. Swoją krytykę argumentują m.in. tym, iż tłumaczenia są nie tylko możliwe, ale też odbywają się na porządku dziennym, co można łatwo zaobserwować, podobnie jak komunikację między ludźmi mówiącymi różnymi językami. Wszystkie języki mają pewne wspólne cechy, wynikające z wspólnych losów biologicznych w warunkach rzeczywistości ziemskiej, które umożliwiają przekład i porozumiewanie się (uniwersalia językowe). Nie jest także jasny kierunek relacji przyczynowej w związku, jaki zachodzi pomiędzy językiem a myśleniem: czy jest to jednokierunkowe oddziaływanie języka na myślenie, czy oddziaływanie zwrotne, czy jak twierdził Noam Chomsky poznanie i język są wzajemnie niezależne.


Badania języka hopi


Obaj badacze spotkali się podczas Międzynarodowego Kongresu Amerykanistów w roku 1928, a 3 lata później Whorf zapisał się do Sapira na kurs dotyczący języków Indian. Benjamin Lee Whorf prowadził badania głównie języków Majów i Hopi. W tekście Model uniwersum Indian, jaki napisał najprawdopodobniej w roku 1936 zawarł tezę, że system używania czasowników w języku hopi wpływa na pojmowanie przez Indian czasu i przestrzeni. Zaprzeczał on przede wszystkim, że istnieje jedno uniwersalne pojmowanie czasu i przestrzeni. Język hopi określał jako "język pozbawiony czasu" i przeciwstawiał go językom "temporalnym".


Czasowniki w tym języku nie odnoszą się do teraźniejszości, przeszłości i przyszłości, nie ma w tym języku tych trzech określeń, a odnoszą się do intencji sądów nadawcy w relacjach:
  • zdarzenia,
  • przewidywania,
  • uogólniania.
Natomiast zjawiska, które w innych językach traktowane są jako rzeczowniki, trwające bardzo krótko (płomień, fala) jawiące się jako formy przestrzenne, dla Hopi są czasownikami.





Przypisy
  • Mirosław Gwizdalewicz: Język wpływa na myślenie? Hipoteza Sapira-Whorfa. (pol.). [dostęp 29.12.2014].
  • Edward Sapir: Kultura, język, osobowość. Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1978, s. 88.
  • Benjamin Lee Whorf: Język, myśl i rzeczywistość. Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1982, s. 285.
  1. Andrzej Klimczuk. Przegląd argumentów zwolenników i przeciwników.. „Kultura – Społeczeństwo – Edukacja”. 1 (3), s. 165-181, 2013. Poznań: Poznań University Press.
Bibliografia
  • Edward Sapir Kultura, język, osobowość, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978
  • Benjamin Lee Whorf Język, myśl i rzeczywistość, Wydawnictwo KR, Warszawa 2002, ISBN 83-89158-03-5
  • Klimczuk, Andrzej. Hipoteza Sapira-Whorfa – Przegląd argumentów zwolenników i przeciwników. Kultura – Społeczeństwo – Edukacja. nr 1





How Morality Changes in a Foreign Language

Fascinating ethical shifts come with thinking in a different language


What defines who we are? Our habits? Our aesthetic tastes? Our memories? If pressed, I would answer that if there is any part of me that sits at my core, that is an essential part of who I am, then surely it must be my moral center, my deep-seated sense of right and wrong.
And yet, like many other people who speak more than one language, I often have the sense that I’m a slightly different person in each of my languages—more assertive in English, more relaxed in French, more sentimental in Czech. Is it possible that, along with these differences, my moral compass also points in somewhat different directions depending on the language I’m using at the time?
Psychologists who study moral judgments have become very interested in this question. Several recent studies have focused on how people think about ethics in a non-native language—as might take place, for example, among a group of delegates at the United Nations using a lingua franca to hash out a resolution. The findings suggest that when people are confronted with moral dilemmas, they do indeed respond differently when considering them in a foreign language than when using their native tongue.
In a 2014 paper led by Albert Costa, volunteers were presented with a moral dilemma known as the “trolley problem”: imagine that a runaway trolley is careening toward a group of five people standing on the tracks, unable to move. You are next to a switch that can shift the trolley to a different set of tracks, thereby sparing the five people, but resulting in the death of one who is standing on the side tracks. Do you pull the switch?
Most people agree that they would. But what if the only way to stop the trolley is by pushing a large stranger off a footbridge into its path? People tend to be very reluctant to say they would do this, even though in both scenarios, one person is sacrificed to save five. But Costa and his colleagues found that posing the dilemma in a language that volunteers had learned as a foreign tongue dramatically increased their stated willingness to shove the sacrificial person off the footbridge, from fewer than 20% of respondents working in their native language to about 50% of those using the foreign one. (Both native Spanish- and English-speakers were included, with English and Spanish as their respective foreign languages; the results were the same for both groups, showing that the effect was about using a foreign language, and not about which particular language—English or Spanish—was used.)
Using a very different experimental setup, Janet Geipel and her colleagues also found that using a foreign language shifted their participants’ moral verdicts. In their study, volunteers read descriptions of acts that appeared to harm no one, but that many people find morally reprehensible—for example, stories in which siblings enjoyed entirely consensual and safe sex, or someone cooked and ate his dog after it had been killed by a car. Those who read the stories in a foreign language (either English or Italian) judged these actions to be less wrong than those who read them in their native tongue.
Why does it matter whether we judge morality in our native language or a foreign one? According to one explanation, such judgments involve two separate and competing modes of thinking—one of these, a quick, gut-level “feeling,” and the other, careful deliberation about the greatest good for the greatest number. When we use a foreign language, we unconsciously sink into the more deliberate mode simply because the effort of operating in our non-native language cues our cognitive system to prepare for strenuous activity. This may seem paradoxical, but is in line with findings that reading math problems in a hard-to-read font makes people less likely to make careless mistakes (although these results have proven difficult to replicate).
An alternative explanation is that differences arise between native and foreign tongues because our childhood languages vibrate with greater emotional intensity than do those learned in more academic settings. As a result, moral judgments made in a foreign language are less laden with the emotional reactions that surface when we use a language learned in childhood.
There’s strong evidence that memory intertwines a language with the experiences and interactions through which that language was learned. For example, people who are bilingual are more likely to recall an experience if prompted in the language in which that event occurred. Our childhood languages, learned in the throes of passionate emotion—whose childhood, after all, is not streaked through with an abundance of love, rage, wonder, and punishment?—become infused with deep feeling. By comparison, languages acquired late in life, especially if they are learned through restrained interactions in the classroom or blandly delivered over computer screens and headphones, enter our minds bleached of the emotionality that is present for their native speakers.
Catherine Harris and her colleagues offer compelling evidence for the visceral responses that a native language can provoke. Using the skin’s electrical conductivity to measure emotional arousal (conductivity increases as adrenaline surges), they had native Turkish speakers who had learned English late in life listen to words and phrases in both languages; some of these were neutral (table) whereas others were taboo (shit) or conveyed reprimands (Shame on you!). Their participants’ skin responses revealed heightened arousal for taboo words compared to neutral ones, especially when these were spoken in their native Turkish. But the strongest difference between languages was evident with reprimands: the volunteers responded very mildly to the English phrases, but had powerful reactions to the Turkish ones, with some reporting that they “heard” these reprimands in the voices of close relatives. If language can serve as a container for potent memories of our earliest transgressions and punishments, then it is not surprising that such emotional associations might color moral judgments made in our native language.
The balance is tipped even further toward this explanation by a recent study published in the journal Cognition. This new research involved scenarios in which good intentions led to bad outcomes (someone gives a homeless person a new jacket, only to have the poor man beat up by others who believe he has stolen it) or good outcomes occurred despite dubious motives (a couple adopts a disabled child to receive money from the state). Reading these in a foreign language rather than a native language led participants to place greater weight on outcomes and less weight on intentions in making moral judgments. These results clash with the notion that using a foreign language makes people think more deeply, because other research has shown that careful reflection makes people think more about the intentions that underlie people’s actions rather than less.
But the results do mesh with the idea that when using a foreign language, muted emotional responses—less sympathy for those with noble intentions, less outrage for those with nefarious motives—diminished the impact of intentions. This explanation is bolstered by findings that patients with brain damage to the ventromedial prefrontal cortex, an area that is involved in emotional responding, showed a similar pattern of responses, with outcomes privileged over intentions.
What then, is a multilingual person’s “true” moral self? Is it my moral memories, the reverberations of emotionally charged interactions that taught me what it means to be “good”? Or is it the reasoning I’m able to apply when free of such unconscious constraints? Or perhaps, this line of research simply illuminates what is true for all of us, regardless of how many languages we speak: that our moral compass is a combination of the earliest forces that have shaped us and the ways in which we escape them.
Rights & Permissions
Are you a scientist who specializes in neuroscience, cognitive science, or psychology? And have you read a recent peer-reviewed paper that you would like to write about? Please send suggestions to Mind Matters editor Gareth Cook. Gareth, a Pulitzer prize-winning journalist, is the series editor of Best American Infographics and can be reached at garethideas AT gmail.com or Twitter @garethideas.

ABOUT THE AUTHOR(S)

Julie Sedivy
Julie Sedivy is a cognitive scientist who has taught at Brown University and the University of Calgary. She is the author of Language in Mind: An Introduction to Psycholinguistics.











wtorek, 29 września 2015

Język knajacki, język potoczny.




Jak zdestabilizować świat w oczach Czytelników?

Wystarczy zastosować w odpowiedniej - odwrotnej - formie popularne w mediach zabiegi stylistyczne, standardy kulturowe, a także - język potoczny czy wręcz knajacki...


Przykłady tendencyjnie zbudowanych tekstów, mających negatywnie nastawić odbiorców do , w tym wypadku - delegacji chińskiej na forum ONZ.



"Nic dziwnego, że w takim kontekście chińskie media wyniosły rangę wizyty swego prezydenta Xi Jinpinga w USA (22-25 września) do "historycznej", porównując ją nawet z wielkim otwarciem, jakiego dokonał w styczniu 1979 r. wizjoner reform, Deng Xiaoping.

Niestety, ten zamiar się nie udał. Jeśli chodzi o scenę amerykańską i światową, wizytę tę niemal całkowicie przyćmiła pielgrzymka papieża Franciszka w USA, który - mówiąc kolokwialnie - skradł Chińczykom show.



W ten sposób gość z Chin wraz ze swoją medialną małżonką Peng Liyuan pojawili się tak naprawdę w pełnej krasie tylko na dobę w Waszyngtonie, a potem udali się jeszcze na dwa dni do Nowego Jorku na doroczną sesję ONZ, kryjąc się zresztą w ścianach niedawno nabytego przez Chińczyków hotelu Waldorf Astoria.


Zdanie bardzo rozbudowane (4 linijki) sprawia, że Czytelnik zaczyna gubić informacje i wątek..

Co to jest medialna małżonka? Zapewne chodzi o przemycenie opinii, że coś w tej wizycie było medialnego...a więc nie wartego uwagi.





Do mediów, owszem, przebiła się wizyta Xi Jinpinga w siedzibie Boeinga, a szczególnie zakup 300 nowych maszyn tej firmy na łączną sumę 38 mld dolarów, a także, choć już w mniejszym stopniu, spotkanie z kilkoma guru najnowocześniejszych technologii w siedzibie Microsoftu (po stronie chińskiej wystąpił właściciel koncernu Alibaba, filigranowy Jack Ma). Nie za bardzo przebiło się natomiast chińskie przesłanie i 6-punktowy program gościa, mocno wyeksponowany na terenie ChRL.



Znowu zdanie bardzo rozbudowane, nagminne stosowanie liczebników ma namieszać w głowie? - nadmiar informacji? "Filigranowy"  - co to w ogóle za komentarz? Czy to ma być obraza??

"mocno wyeksponowany na terenie ChRL." - bełkot


Xi zaproponował - przede wszystkim podczas blisko trzygodzinnej, nieformalnej kolacji pierwszego wieczoru w Waszyngtonie - co następuje. -  bełkot.

Jeżeli już, to powinno być:

Pierwszego wieczoru w Waszyngtonie, podczas blisko trzygodzinnej, nieformalnej kolacji, Xi przede wszystkim zaproponował co następuje:

 A powinno być:

Pierwszego wieczoru w Waszyngtonie, podczas blisko trzygodzinnej, nieformalnej kolacji, Xi Jinping zaproponował:

Przepis na bełkot jest bardzo prosty - należy ułożyć poprawnie stylistycznie i gramatycznie tekst, po czym go poprzestawiać. Ewentualnie - przetłumaczyć go za pomocą elektronicznego tłumacza na obcy język i ponownie, "ręcznie" przetłumaczyć na polski. Wyjdzie bełkot.

Zgodnie z postulatami Pekinu, USA i Chiny powinny dążyć do: 1) bliskiej wymiany i komunikacji na wszystkich szczeblach, począwszy od pełnego wprowadzenia w życie kluczowego mechanizmu, jakim jest - zainicjowany w 2006 r. - dwustronny Dialog Strategiczny i Gospodarczy (SED); 2) "praktycznej współpracy" w wielu dziedzinach, począwszy od gospodarki, handlu, ochrony środowiska, ale też w dziedzinie militarnej, zwalczania terroryzmu, energii czy stosowania prawa; 3) promowania wymiany międzyludzkiej; 4) respektowania różnic kulturowych, historycznych i odmiennych tradycji, ale zarazem "uczyć się więcej od siebie nawzajem"; 5) pogłębienia dialogu w regionie Azji i Pacyfiku; 6) wspólnego działania w zmaganiu się w regionalnymi i globalnymi wyzwaniami.


 Wypunktowanie powinno być od nowej linii.


"praktycznej współpracy" w wielu dziedzinach, począwszy od gospodarki, handlu, ochrony środowiska, ale też w dziedzinie militarnej, zwalczania terroryzmu, energii czy stosowania prawa;




Cudzysłów oznacza albo cytat, albo, sugestię redaktora, że słów przywódcy Chin nie należy brać serio. Dwuznaczność. Pojęcia są poprzestawiane, powinno być:  począwszy od gospodarki, handlu, ochrony środowiska, energii czy stosowania prawa, ale też w dziedzinie militarnej, zwalczania terroryzmu;



Jak widać, jest to już próba prezentowania Chin jako "odpowiedzialnego współudziałowca" na regionalnej i globalnej scenie, czego od dawna domagali się Amerykanie. Jednak gospodarze nie do końca "kupili" całą tę mantrę, wybierając jedynie punkty dla siebie najważniejsze. Tym samym na koniec wizyty przyszły komunikaty znacznie odmienne od chińskich zamiarów.


Współudziałowca czego? Pojecie zawieszone w powietrzu akcentuje żądania Amerykanów. Cudzysłów oznacza albo cytat, albo sugestię redaktora, że słów przywódcy Chin nie należy brać serio. Dwuznaczność. "kupili" całą tę mantrę - sformułowanie obraźliwe.

Tym samym na koniec wizyty przyszły komunikaty znacznie odmienne od chińskich zamiarów. - bełkot.


Amerykanie, wściekli na chińskie cyberataki (ocenia się, że skradziono dane lub przynajmniej włamano się do kont ponad 20 milionów byłych i obecnych urzędników amerykańskiej administracji różnych szczebli) na ostrzu noża postawili właśnie tę kwestię.


Ale jaką kwestię? "odpowiedzialnego współudziałowca" - ale o co konkretnie chodzi? Tego redaktor nadal nie wyjaśnił.

Zdanie mocno rozbudowane, powoduje, że Czytelnik gubi wątek, zapomina co było na początku zdania i to sprawia wrażenie, że myśli iż faktycznie zapomniał, albo nie zrozumiał o jakiej kwestii mowa - a kwestii tej redaktor po prostu nie wyjaśnił.



Z kolei sam prezydent Barack Obama, mocno zaangażowany w walkę ze zmianami klimatycznymi, może chyba odnotować jako osobisty sukces fakt, że chiński gość zgodził się na podanie do publicznej wiadomości, że strona chińska do 2017 r. zamierza wypracować Narodowy Program ds. Walki ze Zmianami Klimatycznymi. Mają w nim zostać przyjęte podobne co do poziomów zobowiązania dotyczące ograniczenia emisji gazów cieplarnianych czy korzystania z alternatywnych źródeł energii, jak to deklaruje ostatnio - wiodąca pod tym względem na globie - Unia Europejska. Ponadto strona chińska postanowiła włączyć się w mechanizm przechwytywania zanieczyszczeń oraz handlu nadwyżkami energetycznymi (cap-and-trade). To wszystko dobrze rokuje przed wielką konferencją klimatyczną pod koniec roku w Paryżu.


Pomimo tego, że zdania są mocno rozbudowane (zaznaczam, że dla mnie nie jest to problem, sam kiedyś pisałem podobnie) tekst jest tu poprawnie sformułowany, co może oznaczać, że intencją redaktora jest to, aby komunikat strony amerykańskiej był dla Czytelnika jak najbardziej zrozumiały i czytelny, z kolei z komunikatu chińskiego ma nic nie zrozumieć.

Brak przecinków może nieco utrudnić zrozumienie tekstu.

Warto zauważyć, że odnośnie przedstawiciela Chin, redaktor "wali" po imieniu Xi, jak do kolegi, a nie Xi Jinping, z kolei amerykańskiego prezydenta nie opisuje samym imieniem Barak, ale imieniem i nazwiskiem. Używanie wyłącznie imienia ma sprawić, że Czytelnik będzie postrzegał Prezydenta Chin jako osobę mało ważną, nie godną szacunku.

Bardzo to ciekawe, że polskojęzyczny redaktor sugeruje polskim odbiorcom, że Chiny to jakoby takie nic. Bardzo to ciekawe. Nie sądziłem, że to tak ważne dla amerykańskich służb.

Imię Barak jest pochodzenia afrykańskiego i oznacza Piorun - taka wrzutka dla fanatyków "przepowiedni".




Uzgodniono też w miarę podobne stanowisko co do zwalczania terroryzmu, choć wspólnego komunikatu na ten temat nie wydano. Pewnie dlatego, że strona chińska stale i mocno eksponuje zagrożenie terrorystyczne płynące z terytorium Xinjiangu, a więc wnętrza własnego państwa.


Hmmm. Dziwne.
Czy to znaczy, że Amerykanów terroryzm w Chinach nie interesuje? Nie zamierzają mu przeciwdziałać? Jak ktoś pisze coś niezrozumiałego, to znaczy, że zamierza coś ukryć przed Czytelnikiem, mam rację?

Eksponowanie to niewłaściwe słowo, bo nie ma znaczenia negatywnego, a takie jest w tym wypadku - winno być akcentowanie?

Czyli stałe i mocne eksponowanie zagrożenia terrorystycznego jest niewłaściwe i sprawia, że inni nie chcą już nawet tego słuchać? To już jest bełkot do kwadratu.

Zauważmy, że na końcu wypowiedzi zachodzi "argumentacja", która nie ma sensu. Odbiór informacji łącznie z"argumentacją" odbywa się na poziomie uczuciowym. Zdanie sprawia wrażenie argumentacji, a jej nie zawiera.

Całe zdanie ma "uzasadnić stanowisko" amerykanów, czyli ukryć fakt, że ich nie interesuje walka z terroryzmem.


Można domniemywać, że nie znaleziono w tej dziedzinie wspólnego języka.


A jednak można wyrażać się z klasą i finezją?
A nie tylko: >>"kupili" całą tę mantrę<<  itd.




Mimo nieformalnego obiadu, bez krawatów i oprawy protokolarnej, obecna wizyta nie była aż tak kordialna jak pierwsze spotkanie obu polityków na terenie USA, w posiadłości Rancho Mirage rodziny Annenberg w Kalifornii w czerwcu 2013 r., gdy Xi jeszcze aspirował do najwyższych stanowisk (chociaż jego "wybór" był już przesądzony).


Kordialna - przyznam, że pierwszy raz w życiu widzę to słowo.
Ponownie  - Prezydent Chin nazywany jest per Xi. Znowu cudzysłów.


Reszta jest napisana mniej więcej poprawnie, może poza:


A wszystkie te pomysły, w mniejszym lub większym stopniu, były i są wymierzone w amerykańskie interesy i dotychczasową dominację w regionie Azji i Pacyfiku, a nawet na globie.


Chińskie interesy nie są wymierzone przeciwko komuś - po prostu ten kraj chce się rozwijać na miarę swoich możliwości.

Równie dobrze można powiedzieć, że amerykańskie pomysły są wymierzone w chińskie interesy, przy czym Chiny mają zbyt potężną gospodarkę i są zbyt silnym państwem, by USA były w stanie dramatycznie im zaszkodzić.


Przede wszystkim amerykańskie pomysły wymierzone są w polskie interesy, bo niszczenie całych państw, rabunkowy tzw. kapitalizm w Polsce i całej Europie wschodniej są niczym innym jak rozbojem - 


bo ta tzw. gospodarka rynkowa jest postawiona na zachodnich służbach specjalnych i dla swych działań ma zapewnioną ich stałą osłonę - i wsparcie.
Ta niby gospodarka rynkowa ma po prostu nas okradać i nabijać kieszeń zachodnich firm.







Synonimy do słowa eksponować:

Synonimy słowa eksponować z podziałem na grupy znaczeniowe:

Najważniejsze grupy znaczeniowe:
» eksponować - np. eksponować zbiory sztuki
» eksponować - np. w fotografii
» eksponować - np. eksponować czyjeś zasługi
» eksponować - np. eksponować czyjeś zasługi










http://wiadomosci.wp.pl/kat,1025895,title,Po-wizycie-prezydenta-Chin-Xi-Jinpinga-w-USA-bardziej-rywale-niz-partnerzy,wid,17874958,wiadomosc.html?ticaid=115ab9&_ticrsn=3



piątek, 17 października 2014

Cesarskie cięcie - co oznacza dla dziecka?



Wojna psychologiczna


Za onetem przytaczam wywiad z psychologiem klinicznym Sarą Zięborak.


Zwracam uwagę, na nienormalną ilość negatywnych i AGRESYWNYCH komentarzy pod artykułem (mowa o stanie z dnia 16 września), większość wyraźnie napisana JEDNYM STYLEM typowym dla konfabulacji agentury.

Negatywne komentarze zajmują 3 podstrony, dopiero starsze zaczynają być wymieszane z pozytywnymi. Widać wyraźnie, że taka masa negatywnych opinii powstała jako reakcja na dość pozytywne przyjęcie Czytelników.
Przedruk ze "Zwierciadła"ukazał się w sieci, być może właśnie po to, aby podsunąć odpowiednią negatywną opinię szerokiemu gronu odbiorców - czytelnikom popularnego Onetu.

Takie zainteresowanie agentury tym tematem potwierdza, że tezy pani Zięborak mają odniesienie w rzeczywistości, że jednak coś w tym jest.

W pełni pokrywa się to z moimi obserwacjami dotyczącymi metod postępowania werwolfu - czy szerzej - światowej agentury sterowanej z jednego miejsca, które można nazwać OJCEM KŁAMSTWA.

Wojna jaką prowadzi z nami agentura ma charakter psychologiczny - chodzi o ciągłe niezmienne podsuwanie nam negatywnego myślenia, a także obniżanie poziomu naszego życia nawet tylko w minimalny sposób, ale stopniowy i permanentny.

Ktoś niedawno zaproponował mi zapoznanie się z książkę pt.: "Szaman miejski" na temat zjawiska zwanego huną.

Rzeczywiście, można ją nazwać encyklopedią agentury.

Wszystkie sposoby komunikacji wewnętrznej człowieka z samym sobą - i z innymi ludźmi, są wykorzystywane przez ośrodek władzy nazwany przeze mnie OJCEM KŁAMSTWA do powolnego niszczenia ludzi.

Huna - wiedza, system filozoficzny, sposób życia? Wiedza i sposób postępowania z nią?


"W ramach Huny istnieje rodzaj systemu opisowej psychologii człowieka, który przypomina psychoanalizę. Zgodnie z jego założeniami człowiek składa się z ku (serce, ciało, podświadomość), lono (umysł lub świadomość) i kane (duch lub Nadświadomość), a Huna uczy człowieka jak zachować harmonię między nimi."


Agentura wykorzystuje metody opisane przez kahunów.
Agresję kieruje głównie do podświadomości i nadświadomości.

Huna sprowadza się do stwierdzenia - "jesteś tym, co jesz", czyli jaki pokarm duchowy przyjmujesz, takim się stajesz.


""Huna" w języku hawajskim znaczy "tajemnica". Zgodnie z opinią niektórych antropologów, specjalistów od kultury hawajskiej słowo to nie było przez samych etnicznych Hawajczyków używane jako nazwa ich religii. Wywodzi się ono prawdopodobnie od słowa "kahuna", którym Hawajczycy określali osoby posiadające znajomość jakiejś ważnej "tajemnicy". Słowo kahuna oznaczało strażnika tajemnicy ("ka" – strażnik, "huna" – tajemnica)"

Tajemnica, ponieważ można hunę wykorzystać do niszczenia ludzi, całych społeczeństw, państw.



Siedem zasad Huny

1. Świat jest taki, jaki myślisz, że jest.
2. Nie ma żadnych ograniczeń
3. Energia podąża za uwagą
4. Moment mocy jest teraz
5. Miłość jest po to, by przynosiła szczęście
6. Cała moc pochodzi z naszego wnętrza
7. Skuteczność jest miarą prawdy.


Poniżej artykuł ze Zwierciadła i jedna strona komentarzy - pierwsza na jaką trafia Czytelnik.

Ponad jedna trzecia dzieci w Polsce przychodzi na świat przez cesarskie cięcie. Co to oznacza dla dziecka?

Trud­no uwie­rzyć, jak duży wpływ na styl bycia, sa­mo­po­czu­cie i ży­cio­wy suk­ces na­szych dzie­ci mają oko­licz­no­ści ich przyj­ścia na świat. Two­rzą­ca się wtedy neu­ro­lo­gicz­na ma­try­ca de­ter­mi­nu­je tak wiele, że warto się jej przyj­rzeć, zro­zu­mieć ją, a w razie po­trze­by –pró­bo­wać ją mo­dy­fi­ko­wać – mówi psy­cho­log kli­nicz­ny dziec­ka Sara Zię­bo­rak.
Wychodzisz z brzucha mamy na świat i co zastajesz? Jarzeniowe lampy i zimno, bo najwyżej 23 st. C. A przed chwilą dryfowałeś w 36-stopniowym piekarniczku, dokąd odgłosy otoczenia dochodziły leniwie zza wód płodowych. Światło tylko delikatnie tam przebijało. Teraz mrużysz oczy. Słyszysz hałas szpitala, czujesz pośpiech postaci w białych kitlach. Nie masz czasu się z tym oswoić, bo odcinają ci pępowinę z łożyskiem, w którym pozostaje dwie trzecie twojej krwi. Krztusisz się, bo przecież dotąd przez pępowinę oddychałeś. Musisz użyć płuc natychmiast, nie możesz przestawiać się na nie powoli, więc ten pierwszy oddech piecze i boli. Płaczesz! Zimne ręce zabierają cię od mamy. Rozciągają ci nóżki, mierzą, jakby twoje przeżycie zależało od tego, czy właśnie teraz to zrobią. A na koniec dostajesz szczepionkę z trzech zjadliwych wirusów, z którymi musisz zacząć natychmiast walczyć. Witaj. Wylądowałeś na planecie Ziemia.
A mogłoby być zupełnie inaczej…
Mogłoby. Jednak w takich okolicznościach przychodziła na świat większość obecnych 50-, 40- czy nawet dwudziestokilkulatków. To dlatego dla wielu z nas życie okazuje się zagrożeniem, walką. Nastawiamy się czasem do świata, jakby działał przeciw nam, chciał nas skrzywdzić. Brak nam w życiu ciepła, bezpieczeństwa, powolności, smaku. A byłoby go więcej, gdyby pozwolono nam urodzić się spokojnie i dano czas, by oswoić się z rzeczywistością poza brzuchem mamy.
Lawinowo rośnie liczba cesarskich cięć. Ponad jedna trzecia Polaków przychodzi w ten sposób na świat…
Poważny zabieg. Blizny i cięcia. Myślenie, że to prosta, szybka i cywilizowana alternatywa dla normalnego porodu, jest pułapką. Dziecko nie staje przed wyzwaniem współpracy z mamą i nie przechodzi przez kanał porodowy. Nie zdąża tego zrobić. Dryfuje spokojnie w wodach płodowych i nagle gwałtownie jest z nich wyciągnięte, nie wiedząc, dlaczego tak się dzieje. Tymczasem poród naturalny poprzedzony jest długotrwałymi, subtelnymi przygotowaniami. Do dziś toczy się debata, czy to organizm mamy zaczyna poród, czy dziecka…
Nie wiadomo?
Medycyna nie wie. Psychologowie podejrzewają, że pierwszy impuls pochodzi z ustroju matki i jest przekazywany dziecku poprzez hormony. Ono też odpowiada mamie hormonalnie. Spokojnie krok po kroku zaczyna się akcja porodowa. Cesarskie cięcie zaburza naturalny rytm, zabiera dziecku istotne doświadczenie i odbija się na jego rozwoju. Może mieć trudność z rozpoczynaniem różnych rzeczy. Kłopot, by odebrać sygnał, że coś trzeba zrobić i na niego zareagować. Takie dziecko będzie czekać do ostatniej chwili z odrobieniem lekcji, spodziewając się, że ktoś zrobi to za nie. W dorosłym życiu to samo może być np. z projektami w pracy. Będzie myśleć: "Ktoś silny niech zacznie, przecież nie ja". Może panikować z powodu nawet niewielkich przeszkód i źle znosić skomplikowane sytuacje. Może łatwo dekoncentrować się i odchodzić od zaplanowanych zadań w dygresje. Warto więc zastanowić się, zanim zapiszemy się na planowaną cesarkę. Chyba że jest konieczna.
Czy matrycę porodową takiego dziecka można modyfikować?
Ustępować mu, jeśli to możliwe, i uznawać to, że miało rację. Po to, by wzmocnić w nim poczucie, że ma prawo do prawomocnych decyzji. Nie wchodzić z nim w rywalizację. Akcentować jego siłę w relacji. Pozwalać mu działać na skróty i znajdywać własne, choć czasem dziwaczne rozwiązania. Być elastycznym i po rozproszeniu uwagi pomagać mu wrócić na starą ścieżkę myślenia.
Czasem cesarskie jest konieczne, a dzidziuś musi trafić do inkubatora…
Kontakt z mamą jest przerwany, co niesie w przyszłości dodatkowe trudności. Nasila lęki separacyjne dziecka. Boi się ono rozstań i opuszczenia, broni się przed nimi wszelkimi sposobami. Będąc kilkulatkiem, trzyma się kurczowo twojej nogawki, a gdy dorasta, panicznie boi się opuszczenia przez partnera. Od najmłodszych lat trzeba bardzo delikatnie z nim postępować. Przygotowywać je do przerw w kontakcie i zapewniać je, że się wróci, że się kocha. Dlatego im spokojniejszy poród i w im większym kontakcie z mamą, tym lepiej.
Rodzącej często trudno zachować spokój…
Dużo pracy wkładałam w emocjonalne przygotowanie matek do porodu. Dotyczy to m.in. odreagowania okoliczności ich własnego przyjścia na świat. To ważne. Bo kiedy rodzimy dziecko, uruchamiają się automatycznie wspomnienia naszych własnych doświadczeń okołoporodowych i związane z nimi uczucia. Jeżeli nie przetworzymy własnych traum, powrócą, gdy nasze dziecko wysunie na świat czubek główki. Maluch wyczuje nasze przykre emocje.

Wspomnienia uruchomią się automatycznie?
Tak, za sprawą kodowania i pamięci. Tzw. bodźce spustowe powodują uruchomienie zakodowanej matrycy. Widzisz poród, białe kitle, czujesz zapach szpitala, w mózgu uruchamia się dawno zarejestrowany i nieotwierany np. przez 30 lat plik. A w pliku? Czasem coś fajnego, czasem nie. Twój stan wpływa na atmosferę porodu, jego przebieg i na dziecko. Nawet wtedy, gdy nie rodzisz, a jesteś mężem, ciotką, położną. Dlatego warto uważnie dobierać osoby obecne przy narodzinach naszego malca. Pamiętam, że byłam przy porodzie rodzinnym, w takcie którego tatuś w odpowiedzi na długie, przeplatane przerwami parcie partnerki, wpadł w histerię wykrzykując: "Ona przeze mnie umiera!". Gdy pracowałam z nim potem, okazało się, że jego własny poród był powikłany, a życie jego matki – zagrożone.
Dlaczego zajęłaś się psychoterapią doświadczeń okołoporodowych?
Mam troje dzieci. Pierwsze wydałam na świat jako 17-latka w głębokiej komunie w 1984 roku. Brak wiedzy sprawił, że nie zadbałam o wiele rzeczy i rodziłam fatalnie. Dostałam oksytocynę na przyspieszenie porodu, bo lekarz chciał zejść z dyżuru. Córka przyszła na świat w pośpiechu, zimnie, ostrym świetle i hałasie. Wtedy nabrałam przekonania, że musi być inaczej. Zagłębiłam się w literaturze na temat porodów i zaczęłam współpracę z Fundacją "Rodzić po Ludzku". Wkrótce potem pracowałam z doświadczeniami okołoporodowymi pacjentów, pomagając im pozytywnie je przetworzyć, odreagować emocje z nimi związane.
Ja rodzić szczęśliwe dzieci?
Najlepiej w domu. Poród jest czymś naturalnym. Jeśli nie jest zagrożony, nie wymaga szpitala. W domu mama jest we własnym środowisku. A na porodówce nie dość, że przechodzi intensywny proces fizyczny i emocjonalny, to między obcymi ludźmi. Stres przechodzi z matki na dziecko. Poród to jedno z ważniejszych wydarzeń w życiu kobiety, doświadczenie na pograniczu życia i śmierci. Inicjacja na poziomie fizycznym, emocjonalnym i głęboko duchowym. W naszym świecie kobietom nie daje się na nią przestrzeni. Poród stał się fizjologiczno-medycznym wydarzeniem. Nie da się też ukryć, że w sensie biologicznym szpital nie jest najbezpieczniejszym miejscem. Pełno tu zarazków i wirusów. Tymczasem bakterie domowe są dziecku znane, bo przenikają jego mamę i łożysko przez dziewięć miesięcy.
Nie zawsze można przewidzieć, czy poród przebiegnie bez komplikacji.
Na­tu­ral­ny poród trwa nie kró­cej niż 12 go­dzin, więc jeśli w trak­cie coś nie­do­bre­go się dzie­je, za­wsze jest czas, żeby po­je­chać do szpi­ta­la. Po­ro­dy do­mo­we wy­ma­ga­ją planu B. Jest pod­sta­wio­ne auto, wia­do­mo, do któ­re­go szpi­ta­la je­chać. A po­łoż­na, która rodzi z tobą, jest na tyle wy­kształ­co­na, by po­wie­dzieć, gdy sy­tu­acja staje się trud­na.
Gra warta świecz­ki?
Warta. Gdy mama uro­dzi w domu, może po­ło­żyć się do wła­sne­go łóżka, umyć się we wła­snej ła­zien­ce. Dzi­dziuś nie jest za­bie­ra­ny do in­ne­go po­ko­ju, szar­pa­ny, mie­rzo­ny, wa­żo­ny… W domu można przy­ciem­nić świa­tło i za­pew­nić ciszę, za­miast krzy­czeć: "O! Jest! Tak! Wy­ła­zi! Przyj!". Można od­two­rzyć ma­lu­cho­wi śro­do­wi­sko, w jakim prze­by­wa­ło przez dzie­więć mie­się­cy. Po­zwo­lić mu wyjść spo­koj­nie i np. do wody. Ła­god­nie się je potem do­ty­ka, po­wo­li kła­dzie na brzu­chu mamy w na­tu­ral­nej cie­plut­kiej mazi. W szpi­ta­lu od razu łapie się je za nóżki, ob­ra­ca do góry no­ga­mi i wy­cie­ra z niej. A ona oprócz tego, że uła­twia przej­ście przez kanał rodny, jest ochron­nym płasz­czem dziec­ka.
Czym wy­róż­nia­ją się dzie­ci uro­dzo­ne w domu?
To przy­kład mo­je­go trze­cie­go dziec­ka. Syn ma sześć lat i we­wnętrz­ny spo­kój, jest pewny sie­bie, śmia­ły, chęt­ny, by do­świad­czać. Wcho­dzi w re­la­cję z za­ufa­niem i nie prze­ży­wa roz­stań tak, jak np. moja star­sza córka. Do dziś zmaga się z do­świad­cze­niem z 1984 roku. Wtedy dziec­ko za­bie­ra­no od matki na wiele go­dzin. Strasz­ne dla oboj­ga. Bo dzię­ki pierw­sze­mu wza­jem­ne­mu spoj­rze­niu do­peł­nia się poród. Wy­twa­rza się do­dat­ko­wy hor­mon w dziec­ku i mamie za­pew­nia­ją­cy im głę­bo­ką więź. Jej brak to czyn­nik ry­zy­ka de­pre­sji po­po­ro­do­wej u mamy i sil­ne­go lęku przed opusz­cze­niem u dziec­ka.
Jak pra­co­wać z ma­lu­cha­mi, któ­rych poród sztucz­nie przy­spie­szo­no?
Wy­obraź­my sobie, że idzie po­wo­li i gład­ko, dziec­ko i mama przy­go­to­wu­ją się i nagle jakaś siła z ze­wnątrz – np. po­da­na w za­strzy­ku oksy­to­cy­na – de­cy­du­je, że malec ma się uro­dzić szyb­ciej i wy­mu­sza to na nim oraz matce. Jeśli ktoś pró­bu­je coś potem od ta­kie­go dziec­ka wy­eg­ze­kwo­wać, opie­ra się. To siła ma­try­cy po­ro­do­wej. Można ją za­ob­ser­wo­wać np. przy bu­dze­niu do szko­ły. Ze­wnętrz­na siła pró­bu­je wyjąć malca z cie­płe­go łó­żecz­ka. Nie chce wsta­wać. Pro­te­stu­je. Ma w sobie złość, że nie po­zwa­la mu się robić rze­czy na wła­sną rękę. I nie­świa­do­mie roz­gry­wa to uczu­cie w re­la­cjach z in­ny­mi. Nie po­dej­mu­je ini­cja­ty­wy, nie po­tra­fi samo za­cząć, bo mu tego nie dano, w związ­ku z czym czeka, prze­cią­ga. A jak pró­bu­jesz je do cze­goś na­kło­nić, włą­cza opór.
Klincz…
We­wnętrz­ny pa­ra­graf 22. Na "oksy­to­cy­no­we dziec­ko" nie można na­ci­skać. Przy tym trze­ba tak umie­jęt­nie je wes­przeć, by na­uczyć je roz­po­czy­na­nia. Prze­kła­da­jąc to na sy­tu­ację po­ran­ną, można kilka razy spo­koj­nie uprze­dzić, że "już za pół go­dzin­ki bę­dzie­my wsta­wać", "już za dzie­sięć minut". Trze­ba de­li­kat­nie od­twa­rzać to "coś", co się nie­gdyś pod­czas po­ro­du na­tu­ral­nie nie wy­da­rzy­ło. Wie­lo­krot­ne wspie­ra­nie dziec­ka i da­wa­nie mu po­czu­cia, że de­cy­du­je, stop­nio­wo mo­dy­fi­ku­je jego neu­ro­lo­gię. Takie ma­lu­chy mają nie­zwy­kłą sa­tys­fak­cję, gdy coś wresz­cie uda im się za­cząć sa­mo­dziel­nie.
Przypomina mi się poród z filmu "I kto to mówi". Zaczął się zdecydowanie, więc bohaterka starała się go ze wszystkich sił powstrzymać w taksówce.
Tak się zda­rza. Ko­bie­ty, jadąc do szpi­ta­la, za­ci­ska­ją nogi, za­trzy­mu­ją od­dech. Cza­sem dla­te­go, że cze­ka­ją na wolne łóżko w szpi­ta­lu. To tzw. poród wstrzy­my­wa­ny. Tak ro­dzo­ne dzie­ci by­wa­ją szyb­ciej niż inne go­to­we na różne rze­czy i mogą czuć, że świat je po­wstrzy­mu­je. By­wa­ją wście­kłe. W końcu, gdy już nie mają siły na­ci­skać, od­pusz­cza­ją. A gdy oto­cze­nie sy­gna­li­zu­je im, że mogą wresz­cie zro­bić, co chcia­ły, czują się smut­ne i zde­mo­ty­wo­wa­ne. Z ta­ki­mi ma­lu­cha­mi od naj­młod­szych lat trze­ba ade­kwat­nie po­stę­po­wać. Być to­le­ran­cyj­nym, uczyć ła­god­nie od­ra­cza­nia dzia­łań w cza­sie i po­ka­zy­wać, że po­wrót do roz­po­czę­tej nie­gdyś czyn­no­ści nie musi być wcale bo­le­sny. Roz­bu­do­wa­ne i do­kład­ne in­struk­cje tego, jak po­stę­po­wać z dzieć­mi z roz­ma­itych po­ro­dów, daje książ­ka "Na­ro­dzić się…"Robyn Fer­nan­ce.
Czy można zro­bić coś od razu po po­ro­dzie, żeby potem nie prze­cho­dzić tru­dów wy­cho­wa­nia?
Można. Tzw. po­zy­tyw­ne prze­ra­mo­wa­nie ma­try­cy nie­mow­la­ka wy­ma­ga świa­do­mo­ści ro­dzi­ców, ob­ser­wa­cji i in­tu­icji. Po­ka­zu­ję chęt­nym film z pew­ne­go po­ro­du do­mo­we­go w Au­stra­lii. Ko­bie­ta po czter­dzie­st­ce rodzi tam bliź­nię­ta, w tym jedno uło­żo­ne po­ślad­ko­wo. Każdy le­karz biłby na alarm, ale ona de­cy­du­je się ro­dzić lo­to­so­wo, czyli wraz z ło­ży­skiem. Także po ter­mi­nie, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że skoro dzie­ci wolą do­grzać się w pie­kar­nicz­ku, zna­czy, że tego po­trze­bu­ją. Synek rodzi się głów­ką, potem dziew­czyn­ka – po­ślad­ko­wo. Pły­wa­ją w wo­dzie, gdy nagle dziew­czyn­ka za­czy­na lekko po­ję­ki­wać, widać na­pię­cie w jej ciele, pró­bu­je się od­wra­cać. Matka za­uwa­ża to i mówi: "O! zo­bacz­cie, ma­lut­ka prze­ra­bia swój po­ślad­ko­wy poród”. De­li­kat­nie bie­rze ją za rącz­kę, dając jej prze­strzeń, by uło­ży­ła się tak, jak chce. Wspie­ra ją de­li­kat­nie: "Tak do­brze, moja ko­cha­na, super to ro­bisz, tak, tędy droga". Po pię­ciu mi­nu­tach ma­leń­stwo koń­czy okrę­ca­nie się i… od­dy­cha z ulgą. Ma­try­ca od­wró­co­na.
A gdyby mała nie od­wró­ci­ła się wtedy w wo­dzie?
Być może chcia­ła­by robić różne rze­czy ina­czej. Na od­wrót. Inni wcho­dzi­li­by drzwia­mi, a ona tyłem albo od za­ple­cza. Mo­gła­by być prze­kor­na, ze­złosz­czo­na. Sporo pracy z takim dziec­kiem.
Poród w domu w wielu ko­bie­tach budzi lęk.
Wtedy le­piej, by ro­dzi­ły w szpi­ta­lu i były spo­koj­ne. Jeśli zda­rzy się poród nie­ty­po­wy, warto sku­pić się na tym, jaka pły­nie z tego do­świad­cze­nia lek­cja i jak pra­co­wać z ma­leń­stwem, by uła­twić mu roz­wój, za­miast po­grą­żać się w po­czu­ciu winy. Jest tyle moż­li­wo­ści pracy z dziec­kiem, a zdro­wa rów­no­wa­ga kre­atyw­no­ści i in­te­lek­tu matki po­zwa­la sub­tel­nie, ale sku­tecz­nie wpły­wać na jego cha­rak­ter.



Komentarze(1 651)

 
~matka : W moim przypadku 2 cesarskie cięcia zaburzyły znacząco rytm i pomysł natury, Dzieci nigdy by się nie urodziły, pierwsze było zrośnięte z macicą, a ja bym nie przeżyła porodu, wiec drugiego tez by nie było. Fakt silna ingerencja w siły natury Ale bez niej nie byłoby na tym świecie 3 osób. To ... rozwiń całość
15 wrz 22:29 | ocena: 98% | odpowiedzi: 4
odpowiedz oceń: -1 +1
 
~zadr : Jesteś w 36oC jest fajnie nagle coś zaczyna ci miażdżyć głowę i pcha cię w ciasny korytarz. Próbujesz się opierać, ale coś od tyłu miarowo popycha cię dalej.
Miażdży ci głowę. Coś miarowym ruchem wpycha cię dalej. Głowa boli. Dwie części czaszki nie mieszczą się w "korytarzu" nachodzą na siebie. ... rozwiń całość
16 wrz 02:53 | ocena: 91% | odpowiedzi: 10
odpowiedz oceń: -1 +1
 
~lemik : totalna bzdura pani psycholog - jestem ojcem czwórki dzieci 30, 25 i bliżniaki 12 letnie dziewczyna i chłopak,
wszyscy rodzeni przez cc, Pierwszy poród przez cc, bo po 24 godzinach skurczy płód zaczął obumierać, więc decyzja lekarza, następne świadome decyzje mojej żony mimo namów środowiska i ... rozwiń całość
16 wrz 09:25 | ocena: 93% | odpowiedzi: 8
odpowiedz oceń: -1 +1
 
~Cesarskie cięcie : "Może mieć trudność z rozpoczynaniem różnych rzeczy. Takie dziecko będzie czekać do ostatniej chwili z odrobieniem lekcji, spodziewając się, że ktoś zrobi to za nie. W dorosłym życiu to samo może być np. z projektami w pracy. Będzie myśleć: "Ktoś silny niech zacznie, przecież nie ja"." Ha. ha..... rozwiń całość
16 wrz 08:14 | ocena: 96% | odpowiedzi: 2
odpowiedz oceń: -1 +1
 
~Lech : Od kiedy pani psycholog kliniczny dziecka Sara Zięborak jest ekspertem w dziedzinie neurologii i neurobiologii. Studia psychologicznie nie dają żadnej wiedzy w tej dziedzinie .Nie ma też zielonego pojęcia o fizjologii i patologii pamięci .To co pisze o tworzeniu się pamięci porodu w ś... rozwiń całość
15 wrz 22:30 | ocena: 95% | odpowiedzi: 3
odpowiedz oceń: -1 +1
 
~bibi : ...a jeszcze sobie tak wspominam wrażenia ze szpitala i powiem szczerze, że czułam się tam po porodzie jak zwierzę. Na polu były pierwsze przymrozki w salach było zimno tak, że przykrywałam się czym się dało. Najgorszy był prysznic. W tym całym bólu szło się do łazienki gdzie były otwarte okna ... rozwiń całość
15 wrz 23:15 | ocena: 97% | odpowiedzi: 1
odpowiedz oceń: -1 +1
 
~Laura : Bełkot!!! No cóż, gdyby poród mojego dziecka odbył się po cesarsku to przez już ponad cztery lata nie musielibyśmy dziecka rehabilitować. Dziecko było za duże, ja za mała i cóż...nikt nie wziął odpowiedzialności. Rehabilitacja kosztuje nas około 500-600 złotych tygodniowo...Jeśli zdecydujemy ... rozwiń całość
15 wrz 23:18 | ocena: 96% | odpowiedzi: 1
odpowiedz oceń: -1 +1
 
~kobieta po dwóch cc : bardziej bzdurnego art dawno nie czytałam... może napiszecie o naturalnych porodach zakończonych kalectwem dzieci - fizycznym i psychicznym, o traumie rodzących, o licznych komplikacjach okołoporodowych spowodowanych tzw. porodem naturalnym.
Jaki odsetek matek może rodzic w domu? 5% ?
Moja ... rozwiń całość
16 wrz 10:26 | ocena: 97%
odpowiedz oceń: -1 +1
 
~gosik#####a : bzdura, mój syn urodził się naturalnie i jest nieśmiały, ostrożny nawet czasem niepewny, córki urodzone już poprzez cesarskie cięcie są pewne siebie, zwariowane, bardzo zaradne...nie znajduję w tym artykule nic co by się tyczyło mojej rzeczywistości. To proces wychowania i socjalizacji zapeł... rozwiń całość
16 wrz 10:48 | ocena: 97%
odpowiedz oceń: -1 +1
 
~pracujesz w służbie zdrowia czy tylko jesteś zadufana w sobie pacjentką? do ~ada: A ty co, lekarz, czy może w rodzinie masz lekarza, ze tak w zaparte idziesz i nie rozumiesz co czytasz i o czym sie pisze, tu nikt na lekarzy nie nadaje tylko stwierdza fakty, że każda kobieta może mieć inaczej, trafić inaczej, być w zupełnie innej sytuacji, i inaczej przechodzić ciąże i poród.... rozwiń całość
15 wrz 22:20 | ocena: 81% | odpowiedzi: 20

Szaman miejski - Serge Kahili King
http://pl.wikipedia.org/wiki/Huna

http://kobieta.onet.pl/dziecko/ciaza-i-porod/rosnie-liczba-cesarskich-ciec-co-to-oznacza-dla-dziecka/lp0l3




  • Polityka ludobójstwa na Narodzie Polskim .
  • Bardzo ważny artykuł
    Możnaby debatować na temat efektów psychologicznych na dzieciach, bo trudno byłoby je zbadać naukowo.
    Najwyższy czas jednak skończyć z procedurami, gdzie ciąża jest traktowana jak choroba, ciężarna kobieta i kobieta w połogu jak chora psychicznie, a poród jest przepotwarzany w operację chirurgiczną.
    Co więcej, zasłona okrywająca ponad 30-letni spisek szczepionkowy została odkryta i teraz już wiadomo z oficjalnych dokumentów rządu brytyjskiego, że szczepiionki zaburzają rozwój układu odpornościowego, na dodatek zatruwania środkami konserwującymi zawierającymi rtęć, które często powodują zaburzenia neurologiczne. Stąd zwielokrotniona częstotliwość występowania chorób autoimmunologicznych (np. cukrzyca dziecięca, alergie) i układu nerwowego (np. autyzm).