przedruk
Eksperyment Calhouna
„Mysia utopia”. Śmierć ducha przed śmiercią ciała
Mateusz Kukla wyciąga wnioski ze znanego amerykańskiego badania 2
3 czerwca 2026
John Calhoun zamknął myszy w świecie bez głodu, chorób i zagrożeń. Zamiast stworzyć raj, doprowadził do zapaści i wymarcia całej populacji.
John Calhoun zamknął myszy w świecie bez głodu, chorób i zagrożeń. Zamiast stworzyć raj, doprowadził do zapaści i wymarcia całej populacji.
Samotna jednostka mieszkająca w przeludnionym zespole budynków, teoretycznie ma ona zapewnione bezpieczeństwo, dostęp do pożywienia i możliwości rozwoju, ale w praktyce jest bierna, skupiona na sobie i na własnej konsumpcji. Została wychowana w dysfunkcyjnej społeczności, pozbawionej sensownych ról społecznych, hierarchii czy zwyczajów. Nie potrafi się już nawiązywać relacji, nie mówiąc o wchodzeniu w związki z płcią przeciwną i prokreacji.
Badanie przeprowadzone przez Johna Calhouna w 1968 roku, potocznie nazywane “Mysią utopią”, polegało na zamknięciu gryzoni w klatce, w której panowały niezmienne, optymalne warunki do życia. Miały zapewnioną opiekę, bezpieczeństwo oraz nieograniczony dostęp do pożywienia.
Początkowo populacja rosła bardzo szybko. Wydawało się że myszy wkrótce zapełnią całą, dostępną przestrzeń, jednak nigdy do tego nie doszło. Po kilku pokoleniach nastąpiło gwałtowne załamanie. Myszy przestawały się reprodukować, przy okazji wykazując szereg zachowań, które nie pojawiały wcześniej. Niektóre osobniki były agresywne bez powodu, inne stawały się bierne i popadały w apatię, samice porzucały swoje młode lub wręcz je atakowały, częściej dochodziło do wchłaniania ciąż czy stosunków seksualnych między osobnikami tej samej płci.
Eksperyment powtarzano kilkukrotnie z podobnym skutkiem. Społeczność, która raz doświadczyła załamania, nie była się już w stanie odbudować – ulegała stopniowemu wymieraniu, aż ze starości padło ostatnie zwierzę.
Dobrobyt nie wystarcza
Wyniki eksperymentu wzbudziły duże zainteresowanie. Wielu komentatorów wskazywało na podobieństwo między „Mysią Utopią” a spadkiem dzietności w państwach rozwiniętych. Inni ostrzegali jednak przed wyciąganiem zbyt pochopnych wniosków. I słusznie, gdyż ludzie nie są myszami. Posiadamy kulturę, umysł i duszę, które sprawiają, że możemy działać wbrew instynktom. Z drugiej jednak strony pozostajemy ssakami, których mózgi i zachowania społeczne wyewoluowały z tych samych biologicznych mechanizmów.
Współcześnie „Mysia Utopia” najczęściej jest przywoływana jako argument, iż “dobrobyt rozleniwia młodych” i prowadzi do zapaści demograficznej. Sprawa jest jednak bardziej złożona. Gdyby faktycznie przenieść obserwacje Calhouna do naszego świata, to prowadziłyby one do zupełnie innych wniosków. Jakie bowiem były obserwacje badaczy?
Zanik struktury to zanik transmisji wzorców
Zacznijmy od tego, że myszy mają swoje struktury społeczne. W naturalnych warunkach funkcjonują w grupach, w których tworzą się hierarchie, więzi społeczne i wzorce współpracy. Dzięki temu łatwiej im zdobywać pożywienie, bronić terytorium oraz wychowywać potomstwo.
W momencie gdy naukowcy umieścili je w sztucznym środowisku, ten porządek zaczął się zaburzać. Nie trzeba było już podtrzymywać struktur stadnych, bo nie służyły już one ani obronie przed drapieżnikami, ani uzyskaniu pokarmu. Przeludnienie i mieszanie się ze sobą różnych grup dodatkowo utrudniało tworzenie się stałych więzi.
Pozornie nie stało się nic złego. Dawne role przestały być potrzebne do przetrwania, więc stopniowo zanikały. Problem polegał na tym, że wraz z nimi znikały również wzorce zachowań, których kolejne pokolenia nie potrafiły już odtworzyć. Następowało coś, co naukowcy nazwali „Zapaścią Behawioralną” (Behavioral Sink). Sam Calhoun określał to jeszcze mocniej. Według niego najpierw następowała „śmierć ducha”. Dopiero potem przychodziła „śmierć ciała”.
Stado, czyli wspólnota
Co ciekawe, nawet myszy z końcowego stadium eksperymentu, nadal trzymały się blisko siebie. Zajmowały niewielką część dostępnej przestrzeni, pozostawiając większość klatki pustą. Jakby instynktownie wciąż chciały być częścią stada, ale nie potrafiły już utrzymać jego struktur. Problemem nie tyle był sam dobrobyt, ale to, do czego się przyczynił – czyli zerwanie naturalnych więzi stadnych. Jeżeli ten mechanizm miałby dotyczyć również ludzi, to pokoleniem, któremu naprawdę „przewróciło się w głowie od dobrobytu”, nie byłoby pokolenie rezygnujące z dzieci, tylko to wcześniejsze – przekonane, że dawnych wzorców nie trzeba już przekazywać.
Gdyby szukać ludzkiego odpowiednika Behavioral Sink, należałoby się go dopatrywać w momencie gdy dane pokolenie, przekonane o trwaniu nieustannego dobrobytu, uznałoby, że nie ma już potrzeby uczyć młodych, jak odnajdywać się w grupie czy jak budować relacje. Skoro i tak przyszłość wydaje się bezpieczna, więc można założyć, że nieważne co się stanie – jakoś sobie poradzą.
W bardziej życzliwej interpretacji pokolenie to mogłoby po prostu chcieć, ich dzieci były prawdziwie „wolne” od obowiązków, ograniczeń i narzuconych ról, których ono samo doświadczało. Nie musiałaby to być nawet świadoma i celowa decyzja. Równie dobrze samo przeludnienie, urbanizacja i migracje mogłoby doprowadzić do rozpadu ciągłości struktur społecznych.
Miasto jak klatka
W pewnym sensie nowoczesne metropolie przypominają, środowisko stworzone przez Calhouna. Oderwane od natury, sztuczne i monotonne miejsca, wypełnione tłumem obcych sobie osób, w których przetrwanie coraz rzadziej zależy od wspólnoty.
Wydaje się również, że wymuszone migracje pojedynczych jednostek także sprzyjają rozbijaniu naturalnych więzi, które ciężko jest odtworzyć w nowym miejscu. Człowiek może stosunkowo szybko znaleźć nową pracę czy mieszkanie, o wiele trudniej jest jednak stworzyć od zera sieć relacji międzyludzkich.
W jakimś sensie tłumaczyłoby to czemu niektóre społeczności imigranckie – mimo życia w państwie dobrobytu – mają dzieci, o ile uda im się zachować wewnętrzną spójność i będą “trzymać się razem”.
Kultura przeciw biologii
Istnieje jednak zasadnicza różnica między ludźmi a myszami. Nie jesteśmy zamknięci w jednej klatce, a przede wszystkim posiadamy kulturę, która pozwala nam tworzyć i podtrzymywać określone wzorce społeczne niezależnie od środowiska.
Z tym, że wymaga to celowego dbania o trwanie danych struktur, nawet jeżeli chwilowo wydają się one pozbawione sensu lub niedopasowane do danej sytuacji. Wiąże się to bowiem z kultywowaniem wspólnotowych rytuałów i przekazywaniem odziedziczonych modeli życia, nawet wbrew “zdrowemu rozsądkowi”.
Być może dlatego wszystkie kultury w historii, które znamy, niezależnie od szerokości geograficznej, utrzymywały rozmaite, “niepraktyczne” z perspektywy współczesnej tradycje i zwyczaje związane z zalotami, inicjacją w dorosłość, wchodzeniem w związki oraz z wychowaniem dzieci.
Te z nich, które tego nie robiły być może w przekonaniu o swojej bezgranicznej praktyczności, po prostu zniknęły, zgodnie z myślą Calhouna – najpierw umarł ich duch, a potem zaniknięciu uległo ciało.
Z posta: Plan Hitlera dla Polski wciąż aktualny
2016-09-01 07:00
"Niemcy chcieli utrzymywać taką politykę do czasu, w którym oni sami byliby w stanie zasiedlić tereny wschodnie. Całkowite biologiczne wyniszczenie Rosjan nie może tak długo leżeć w naszym interesie, jak długo nie jesteśmy sami w stanie zapełnić tego terenu naszymi ludźmi. W przeciwnym bowiem razie inne narody objęłyby ten obszar, co również nie leżałoby w naszym interesie. Naszym celem przy wprowadzeniu tych środków jest tylko to, ażeby Rosjan o tyle osłabić, ażeby nie mogli nas przytłaczać masą swoich ludzi.
[...]
z 2 października 1940 roku i zostały zawarte w tajnej notatce sygnowanej przez Martina Bormanna, przybocznego Führera. Sygnalizował on, iż Adolf Hitler zainteresowany jest pozyskiwaniem dla Rzeszy własności ziemskich. Chodziło o zapewnienie wyżywienia wielkim miastom. Prócz ziemi potrzebna była tania – i co ważne, sezonowa – siła robocza. Oczywiście robotnicy ściągani byliby z Polski, a po zakończeniu zbiorów – odsyłani z powrotem"
[...]
z 2 października 1940 roku i zostały zawarte w tajnej notatce sygnowanej przez Martina Bormanna, przybocznego Führera. Sygnalizował on, iż Adolf Hitler zainteresowany jest pozyskiwaniem dla Rzeszy własności ziemskich. Chodziło o zapewnienie wyżywienia wielkim miastom. Prócz ziemi potrzebna była tania – i co ważne, sezonowa – siła robocza. Oczywiście robotnicy ściągani byliby z Polski, a po zakończeniu zbiorów – odsyłani z powrotem"
Hmmm... tajna notatka, więc może nie chodziło o wielkie miasta w Rzeszy, tylko w Polsce - potajemnie podbitej, skolonizowanej przez podstawionych niemców... Wielkie miasta mają w Polsce pozycję uprzywilejowaną, czyż nie? Na wsi, w małej miejscowości wszyscy się znają, duże miasta są anonimowe... tym samym zapewniają lepsze schronienie...
"W pewnym sensie nowoczesne metropolie przypominają, środowisko stworzone przez Calhouna"
z postów
Metropolis cz. 4 - akt trzeci
---
"PiS oblega wielkie miasta" czyli w wielkich miastach ma małe poparcie - tam koncentruje się władza PO. To militarne określenie redaktora GW daje do myślenia... Po pierwsze: jakby odwraca perspektywę, bo to miejski elektorat PO napiera na wyborców PiSu (osiem gwiazdek), a nie PiS oblega coś kogoś i po drugie: najwyraźniej szranki wyborcze pan redaktor rozpatruje w kategoriach wojny. Ktoś nam wypowiedział wojnę? Kto to jest ten "ktoś"? Hę?
A w ogóle to dlaczego w miastach koncentruje się elektorat PO, a poza nim elektorat PiS? Dlaczego poparcie nie jest rozproszone w całym kraju mniej więcej po równo?
Czyli za PO głosują ci, którym dobrze w mieście? A w każdym razie - nie dotykają ich problemy Włoszczowej?
Czy ludzie w dużym mieście nie narzekają i nie mają powodu krytykować PO? Czy to sprawia, że są podatni na manipulacje medialne tefałenów typu "pistosamozłoooo"?? Nie mają problemów, nie dostrzegają problemów prowincji... im jest dobrze... to tylko jeszcze dać im ścieżki rowerowe, schroniska dla psów, żeby trenowali swoją wrażliwość, bogatą ofertę GW w każdym kiosku (wiedzieliście, że ta gazeta ma w weekend 50 stron i jeszcze 40 stron dodatków?), światełko do nieba, lotto, bigbrodery, tasiemce komediowe i nie komediowe - no i poranne tefałeny - trzeba im dać wszystko, co by sprawiło, że cały czas będą skupieni na czymś, by za dużo nie myśleli o Polsce B.... niech będą zadowoleni - i są?
Duże miasta ze skoncentrowaną ludnością łatwiej fizycznie kontrolować, narzucić swoją wolę - po prostu jest to przestrzeń ograniczona, a ludna. Jak się wydaje, łatwiej też zmanipulować, bo zadowolić zmysły i poczucie lepszości można zdalnie przez GW i telewizory...
Nie bez znaczenia jest, że w dużym mieście ludzie są bardziej anonimowi, tudzież - obcy sobie, osamotnieni. Już nie ma wielkich zakładów pracy, które w PRL organizowały się we wspólnym sprzeciwie...
Widzę tu wielką chęć centralizacji regionu ("współpraca") wokół danego dużego miasta (ale "centralizacja państwa to złoooooo..."), a taka centralizacja to będzie podtrzymywanie wielofunkcyjności tego miasta, czyli - nic się nie zmieni - małe miasta nadal będą miały swoje problemy i np. demografia nadal będzie spadać, patrz moje uwagi w poprzedniej części cyklu.
Z takiej centralizacji może narodzić się chęć oderwania od "władzy warszawskiej" jak to mówią niektórzy na Pomorzu... "nasza mała ojczyzna" może okazać się "naszym małym krajem", na przykład - "naszym małym własnym WMG III" - i na to nie ma przyzwolenia!
To tak, jakby eksperci chcieli wszystkich zagnać do wielkiego miasta.... tylko po co?
https://klubjagiellonski.pl/2026/06/23/mysia-utopia-smierc-ducha-przed-smiercia-ciala/
https://maciejsynak.blogspot.com/p/eksperyment-calhouna.html
https://maciejsynak.blogspot.com/2026/05/metropolis-cz-4-akt-trzeci.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze przed publikacją są moderowane.