W lipcu 1939 nikt nie przypuszczał, że kilka miesięcy będzie niewolnikiem u niemców, albo, że rozstrzelają go w lasie - za to - że żyje.
A ty?
Co sądzisz o swojej przyszłości?
Co o tym myślą pielęgnujący poniemieckie cmentarze?
Co o tym myśli werwolf - sądzisz, że o Tobie też myślą?
O twoich dzieciach?
przedruk z fb
Referat Analiz i Informacji
14 godz. ·
Z cyklu Niemcy
Mieszkanka Wąbrzeźna wspomina niewolniczą prace dla Niemców, gdy była nastolatką, w czasie II wojny światowej. Relację kończy pytaniem: kto zapłaci za jej zrujnowane życie?
„Wspaniałe lata beztroski mojego dzieciństwa zakończyły się we wrześniu 1939 roku. Jak każda nastolatka miałam plany, chciałam się rozwijać, podróżować, zakochać się, lecz niestety wybuch wojny przekreślił moje marzenia. Ponieważ ukończyłam naukę w szkole powszechnej i miałam już 14 lat, wraz z innymi młodymi ludźmi wywieziono mnie na przymusowe roboty w głąb Niemiec. Spędziłam tam pięć lat życia, bez domu, na łasce obcych ludzi, pracując ponad siły, nie znając dnia końca tego horroru, lecz wciąż z przekonaniem, że to nie może trwać wiecznie.
(…)
To był maj 1940 roku, Zielone Świątki. Przyszedł do nas niemiecki żołnierz w czarnym mundurze i wpisał mnie na listę tych, którzy nigdzie nie pracowali. Wkrótce dostałam zawiadomienie, że muszę podjąć pracę. W kilka dni później stałam już na dworcu PKP i czekałam na pociąg. Stało tam ze mną bardzo dużo ludzi, starszych i młodszych, około 200 osób.
(…)
Miejscowość, do której dotarłyśmy, to dzisiejsze Ustronie Morskie, wówczas Henkenhagen, będące wtedy miasteczkiem niemieckim zamieszkałym w większości przez obywateli niemieckich.
Wysiadłyśmy przed hotelem Stübke. Zaprowadzono nas do wielkiej sali, w której stał długi stół oraz dwa rzędy krzeseł. Za stołem siedzieli już: burmistrz w żółtym mundurze, niemiecki żołnierz w czarnym mundurze oraz policjant. Na krzesłach siedziały kobiety – niemieckie gospodynie i właścicielki pensjonatów wypoczynkowych. Przystąpiły do oglądania nas i wybierały sobie te dziewczyny, które według nich będą najlepiej pracować. Mnie niestety żadna z kobiet nie wybrała – byłam drobna, niska, byłam przecież jeszcze dzieckiem. Stałam sama na scenie jak sierota. Za chwilę jednak dotarła ostatnia spóźniona Niemka – zła, czerwona i zdyszana od szybkiej jazdy rowerem. Niestety, zostałam tylko ja i właśnie mnie musiała zabrać. Była bardzo niezadowolona, wykrzykiwała, że nadaję się tylko na posłańca, a nie do roboty.
Zapłaciła za mnie 7 marek.
W ten sposób trafiłam do nadmorskiego domu wczasowego, prowadzonego przez Charlotte i Ericha Schulz. Spędziłam tam pięć lat i trzy miesiące.
Byłam pracownicą do wszystkiego – sprzątania pokoi gościnnych, zmywania, szorowania, czyszczenia toalet, utrzymywania czystości na stołach w sali jadalnej, prania, przygotowywania półproduktów do gotowania potraw, karmienia zwierząt gospodarskich, wyładowywania samochodów i wozów dostawczych – dzień w dzień, od godziny szóstej rano do północy.
Nigdy nie usłyszałam od „mojej Niemki” dobrego słowa, nigdy nie pozwoliła mi najeść się do syta (karmiła nas resztkami po wczasowiczach zebranymi ze stołów oraz czarnym chlebem, dżemem i maślanką), nigdy nie dała mi porządnych ubrań – byłam sama jak palec wśród obcych, wrogich mi ludzi. Jedynie ich córka Brygida, zaledwie osiem miesięcy ode mnie młodsza, była dla mnie stosunkowo życzliwa. Najbardziej życzliwy był dziadek Brygidy, który traktował mnie nie jak niewolnika. Od czasu do czasu ten stary człowiek, w tajemnicy przed Niemką, przynosił mi owoce z sadu, abym miała choć trochę witamin.
Gdy wróciłam do domu, ważyłam 40 kg.
(…)
Wreszcie Wąbrzeźno. Wysiadłam na stacji i od razu spotkałam kolegę z lat szkolnych, Stacha Króla, który niósł moją walizkę do samego domu (kolejka do miasta tego dnia nie jechała). Był dzień 6 września 1945 roku. Tak kończy się moja opowieść. Wiele lat minęło od tamtych wydarzeń, mogłabym już zapomnieć, ale czy to możliwe? Czy można zapomnieć lata udręki, strachu, głodu, poniżenia?”.
Jak widzisz siebie i Polskę za 30 lat?
Będziesz infuenserem na insta, czy nauczycielem, inżynierem, stolarzem, policjantem, urzędnikiem?
Jaka będzie Polska twoich dzieci - za 50 lat, za 100 lat?
Robisz notatki?
Zadawaj sobie pytania.
przedruk z fb
Referat Analiz i Informacji
14 godz. ·
Z cyklu Niemcy
Mieszkanka Wąbrzeźna wspomina niewolniczą prace dla Niemców, gdy była nastolatką, w czasie II wojny światowej. Relację kończy pytaniem: kto zapłaci za jej zrujnowane życie?
„Wspaniałe lata beztroski mojego dzieciństwa zakończyły się we wrześniu 1939 roku. Jak każda nastolatka miałam plany, chciałam się rozwijać, podróżować, zakochać się, lecz niestety wybuch wojny przekreślił moje marzenia. Ponieważ ukończyłam naukę w szkole powszechnej i miałam już 14 lat, wraz z innymi młodymi ludźmi wywieziono mnie na przymusowe roboty w głąb Niemiec. Spędziłam tam pięć lat życia, bez domu, na łasce obcych ludzi, pracując ponad siły, nie znając dnia końca tego horroru, lecz wciąż z przekonaniem, że to nie może trwać wiecznie.
(…)
To był maj 1940 roku, Zielone Świątki. Przyszedł do nas niemiecki żołnierz w czarnym mundurze i wpisał mnie na listę tych, którzy nigdzie nie pracowali. Wkrótce dostałam zawiadomienie, że muszę podjąć pracę. W kilka dni później stałam już na dworcu PKP i czekałam na pociąg. Stało tam ze mną bardzo dużo ludzi, starszych i młodszych, około 200 osób.
(…)
Miejscowość, do której dotarłyśmy, to dzisiejsze Ustronie Morskie, wówczas Henkenhagen, będące wtedy miasteczkiem niemieckim zamieszkałym w większości przez obywateli niemieckich.
Wysiadłyśmy przed hotelem Stübke. Zaprowadzono nas do wielkiej sali, w której stał długi stół oraz dwa rzędy krzeseł. Za stołem siedzieli już: burmistrz w żółtym mundurze, niemiecki żołnierz w czarnym mundurze oraz policjant. Na krzesłach siedziały kobiety – niemieckie gospodynie i właścicielki pensjonatów wypoczynkowych. Przystąpiły do oglądania nas i wybierały sobie te dziewczyny, które według nich będą najlepiej pracować. Mnie niestety żadna z kobiet nie wybrała – byłam drobna, niska, byłam przecież jeszcze dzieckiem. Stałam sama na scenie jak sierota. Za chwilę jednak dotarła ostatnia spóźniona Niemka – zła, czerwona i zdyszana od szybkiej jazdy rowerem. Niestety, zostałam tylko ja i właśnie mnie musiała zabrać. Była bardzo niezadowolona, wykrzykiwała, że nadaję się tylko na posłańca, a nie do roboty.
Zapłaciła za mnie 7 marek.
W ten sposób trafiłam do nadmorskiego domu wczasowego, prowadzonego przez Charlotte i Ericha Schulz. Spędziłam tam pięć lat i trzy miesiące.
Byłam pracownicą do wszystkiego – sprzątania pokoi gościnnych, zmywania, szorowania, czyszczenia toalet, utrzymywania czystości na stołach w sali jadalnej, prania, przygotowywania półproduktów do gotowania potraw, karmienia zwierząt gospodarskich, wyładowywania samochodów i wozów dostawczych – dzień w dzień, od godziny szóstej rano do północy.
Nigdy nie usłyszałam od „mojej Niemki” dobrego słowa, nigdy nie pozwoliła mi najeść się do syta (karmiła nas resztkami po wczasowiczach zebranymi ze stołów oraz czarnym chlebem, dżemem i maślanką), nigdy nie dała mi porządnych ubrań – byłam sama jak palec wśród obcych, wrogich mi ludzi. Jedynie ich córka Brygida, zaledwie osiem miesięcy ode mnie młodsza, była dla mnie stosunkowo życzliwa. Najbardziej życzliwy był dziadek Brygidy, który traktował mnie nie jak niewolnika. Od czasu do czasu ten stary człowiek, w tajemnicy przed Niemką, przynosił mi owoce z sadu, abym miała choć trochę witamin.
Gdy wróciłam do domu, ważyłam 40 kg.
(…)
Wreszcie Wąbrzeźno. Wysiadłam na stacji i od razu spotkałam kolegę z lat szkolnych, Stacha Króla, który niósł moją walizkę do samego domu (kolejka do miasta tego dnia nie jechała). Był dzień 6 września 1945 roku. Tak kończy się moja opowieść. Wiele lat minęło od tamtych wydarzeń, mogłabym już zapomnieć, ale czy to możliwe? Czy można zapomnieć lata udręki, strachu, głodu, poniżenia?”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze przed publikacją są moderowane.