Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

niedziela, 28 września 2025

Telefon bez karty SIM (fale radiowe)






przedruk
tłumaczenie automatyczne




Wynalazca telefonu bez karty SIM wciąż szuka pracy, siedem lat później




Przez: Ludorf Iyambo

Siedem lat po stworzeniu telefonu komórkowego bez kart i zdobyciu światowej sławy, Simon Petrus mówi, że nadal jest w domu, próbując znaleźć pracę i zarobić pieniądze, aby sfinansować swój projekt i zarobić na życie.

Marzenie młodego wynalazcy o wniesieniu wkładu w przyszłość technologii telekomunikacyjnej Namibii zostało zniweczone po tym, jak obietnica MTC dotycząca stypendium nie doszła do skutku, gdy nie zdał 12 klasy.

Petrus twierdzi również, że jego wynalazek nadal działa, ale nie jest dopuszczony do użytku przez organ regulacji komunikacji Namibii (CRAN), ponieważ system telekomunikacyjny go nie rejestruje.

Petrus powiedział, że prototyp produktu jest nadal dostępny, a poszczególne firmy obiecywały pomóc gadżetowi działać samodzielnie, ale jak dotąd nikt się do niego nie zgłosił.

Opowiada on, że niektóre świadczone usługi, które są całkowicie związane z produktem, stanowią dla nich "ogromne zagrożenie".

"Nie jestem zadowolony z tego, jak mój prototyp został potraktowany przez ekspertów, ponieważ żadna indywidualna firma nie przeszła i nie doszła do pewnego etapu projektu. Spodziewałem się, że ten projekt będzie gdzieś na świecie. Spodziewałem się, że Namibijczycy będą już korzystać z telefonu bez karty SIM" – powiedział Petrus.

W tym momencie i czasie myślę, że jeśli znajdę osobę lub firmę, która jest bardzo zainteresowana moim pomysłem, mogę go zajść.

W wywiadzie dla The Villager, Petrus powiedział, że kiedy zobaczył ludzi mówiących o czwartej rewolucji przemysłowej w Namibii, zabolało go, ponieważ ciągle dostawał obietnice, które nigdy nie zostały spełnione.

"Jaki jest sens w tym, że przedstawiam narodowi idee, a nic nie pojawia się na tablicy? Może powinienem dalej wymyślać mój projekt tu i tam, korzystając z ich sieci, robić to, co chcę i co rozumiem, ponieważ robienie czegoś legalnego i pokazywanie tego opinii publicznej, jak sądzę, nie pomaga" – powiedział Petrus.

Poproszona o komentarz, dyrektor generalna CRAN Emilia Nghikembua stwierdziła: "CRAN nie otrzymała żadnego wniosku o korzystanie z częstotliwości radiowej lub certyfikatu homologacji typu od pana Simona Petrusa. Zachęca się go do skontaktowania się z CRAN w celu uzyskania pomocy i informacji w tym zakresie."

Simon Petrus stworzył telefon komórkowy, który działa na częstotliwościach radiowych; Nie jest wymagana karta SIM ani kredyt na czas antenowy. Według Petrusa połączenia mogą być wykonywane z każdym, w dowolnym miejscu, bez zakłóceń, o ile są wykonywane w obszarze o częstotliwości radiowej.

Petrus mówi, że we wrześniu 2016 r. gigant telekomunikacyjny MTC zaoferował mu stypendium, że zostanie jego dobroczyńcą.

Powiedział, że dyrektor ds. kapitału ludzkiego i spraw korporacyjnych MTC, Tim Ekandjo, przedstawił mu list, w którym towarzystwo zgodziło się sfinansować jego studia w celu uzyskania wybranego przez niego kierunku technologicznego po ukończeniu szkoły średniej.

W 2016 roku Ekandjo powiedział, że MTC zwykle nie finansuje uczniów natychmiast od 12 klasy; jednak w przypadku Petrusa firma była dumna z tego, że zrobiła wyjątek i była kojarzona i sponsorowała młodego człowieka, który udowodnił, że posiada zdolność do ulepszenia swojej przyszłości technologii telekomunikacyjnej na wyższy poziom.

Wszystko to nie zostało zrealizowane, ponieważ Petrus nie dostał się na uniwersytet, ponieważ nie zdał 12 klasy.

Rzecznik MTC John Ekongo powiedział, że nie wie, czy Petrus ma umowę z firmą dotyczącą projektu.

"Przeczytałem to tylko w gazecie. Może Simon powinien ci powiedzieć, z kim rozmawiał w MTC.

Zapytany, czy myślał o zamieszkaniu w Namibii lub Afryce, aby zaryzykować swoją wiedzę w świecie, Petrus powiedział, że od dzieciństwa chciał wynaleźć coś, co nie wyjdzie poza Afrykę, dopóki nie będzie znane na całym świecie.

"Wolę Afrykę jako najlepsze miejsce, w którym kiedykolwiek byłem, więc nie ma sensu, żebym wychodził z domu, jeśli mam całą wiedzę, którą mogę wykorzystać do zrobienia czegokolwiek. Widziałem wielu afrykańskich wynalazców, którzy zaginęli po tym, jak zaprezentowali swoje pomysły światu. Niewiele, co mam, to to, co mogę wykorzystać, dopóki nie znajdę odpowiedniej osoby, która mnie wesprze i skieruje na właściwą ścieżkę".

Wynalazek, którego ukończenie zajęło mu dwa lata (2015-2016), został złożony ze skrawków starych telewizorów i telefonów komórkowych i wymagał ponad 2000 dolarów finansowania od bezrobotnych rodziców, którzy poświęcili się, aby projekt ich syna zakończył się sukcesem.

Oprócz telefonu bez karty SIM, wynalazek Petrusa to cała jednostka składająca się z działającego radia, telewizora, żarówki, wentylatora i gniazdka.

Według Petrusa telefon nie jest jego pierwszym wynalazkiem. Mówi, że wynalazł helikopter w 2012 roku i eksplodującą bombę po obejrzeniu samouczków na Youtube; Ten ostatni wylądował w szpitalu.

W 2016 roku młody człowiek zdobył pierwsze miejsce w konkursie dla młodych innowatorów w Namibii na stworzenie maszyny, która może służyć zarówno jako suszarka do nasion, jak i chłodziarka.





A może...










thevillager.com.na/national/2022/simless-phone-inventor-still-looking-for-employment-seven-years-later/

Nadmierna kontrola

 

trauma to nie dyskomfort

brak rozeznania, co znaczą poszczególne określenia i bełkotanie za telewizorem

a zaczyna się od: "strasznie ciemno"

automatyzm - mówienie bezrefleksyjne, bez zastanowienia

bardzo groźne


fakt - istnieje przemoc psychiczna, głównie ze strony mężczyzn - nie wszyscy są pasywnie agresywni, ale większość


każda forma wtrącania się do cudzych spraw, nawet subtelna, "nieudowodniona" (ton głosu, mimika itp.) - jest agresją


można to określić jako:

- brak szacunku do innych

- "muszę mu to powiedzieć, bo inaczej pęknę jak balon!"

- agresja skryta za okrągłymi zdaniami


przyczyną może być:

- chęć osiągnięcia jakiegoś zysku

- strach przed oceną (wartościowaniem) innych 

- kompleksy

- subtelna agresja psychiczna ze strony innych (ton głosu, mimika itp.)

- "nakaz" społeczny ("mężczyźni walczą zawsze,  konkurują, bo mają to we krwi")

- "obyczaje" ("każdy tak robi")

itp.






chciwość i brak odpowiedzialności


twórcy portali społecznościowych tworzą je w taki sposób, by wykorzystać niedojrzałość układów nerwowych nastolatków, oraz to, że ci są szczególnie podatni na mechanizm uzależnienia

wykorzystując celowo mechanizm uzależnienia - twórcy treści są agresywni wobec odbiorców

jest to napaść w czystej postaci


komputery i świat wirtualny jest wyłącznie dla osób dorosłych


pierwsze, co można zrobić  nie kupować smartfonów, tylko telefon z przyciskami i minimalnym wyświetlaczem

zakaz smartofonów do 25 roku życia dla osób niepracujących



youtube.com/watch?v=_VeZflfBBkk

21






"internetowy krzykacz" ?









przedruk



4.09.2025, 07:23


Różal, Dziki Trener i influencerzy wyjaśniają nam świat. Na naszą zgubę


Wojciech Mucha


Niestety, polska infosfera praktycznie natychmiast stała się areną dezinformacji. Analiza tego przypadku przynosi bardzo niepokojące wyniki, tym bardziej że przeprowadzamy ją nie tylko my na użytek Państwa, Czytelników „Codziennej” i portalu niezalezna.pl. Trudno nie odnieść wrażenia, że jeśli gdzieś wróg odniósł sukces, to właśnie w walce informacyjnej. 


Rosja wybielana w sieci

Proszę sobie wyobrazić, że – jak wynika z analiz zajmującego się badaniem nastrojów w internetowych dyskusjach Instytutu Res Futura – ponad 1/3 komentarzy, które pojawiały się w środę w polskich mediach społecznościowych… sprzyjała Rosji. Co więcej, w pewnym momencie w internecie treści komentarzy wskazywały, że większość z internautów odpowiedzialnością za atak obarcza... Ukrainę (38 proc.), kolejna była Rosja (34 proc.), a polski rząd – 15 proc. Sprawa wygląda kuriozalnie, jednak taka nie jest.

Chodzi o komentarze wprost wspierające Rosję lub relatywizujące jej odpowiedzialność za atak na Polskę. I choć komentarze wskazujące Moskwę jako agresora i zagrożenie stanowiły większość (ok. 54 proc.), to sytuacja musi budzić zaniepokojenie.

Oczywiście należy w tym miejscu powiedzieć, że gros z prorosyjskich i antyukraińskich komentarzy to te produkowane przez zadaniowane do tego boty i „aktorów zewnętrznych”, jednak skala zjawiska i tak musi budzić zaniepokojenie. Tezy o rzekomej „ukraińskiej prowokacji”, wskazywanie na rzekome „braki dowodów” czy wręcz argumenty wspierające Rosję ze względu na jej rzekome „zagrożenie ze strony NATO” pojawiały się bowiem bardzo często i przeciętny internauta mógł się z nimi spotkać niemal powszechnie. Ich autorami i powielaczami byli także zwykli użytkownicy internetu – Polacy.

„Różal”, „Dziki Trener” i inni znawcy geopolityki

Stało się tak m.in. dlatego, że prorosyjskie i antypaństwowe, podważające zaufanie do służb narracje były wspierane przez część polskich influencerów i internetowych komentatorów. Ci w obliczu ataku na Polskę postanowili (w najlepszym razie) zmonetyzować przeróżne kontrowersyjne tezy, wykrzykując do kręconych przez siebie filmików hasła o „ukraińskiej prowokacji” czy „celowym wciąganiu Polski w wojnę”. Przykładem może być zawodnik MMA Marcin Różalski, którego w serwisie Instagram śledzi blisko 400 tys osób. Filmik, na którym „Różal” wzdycha do kamery, drwiąc z alertu RCB, i podaje w wątpliwość fakt, że drony, które wleciały na terytorium Polski, były rosyjskie, zdobył ponad 11 tys. polubień i setki komentarzy w stylu: „Mądrego warto posłuchać”, i wezwań, by „Różal” został ministrem spraw zagranicznych. Ja sam na filmik „Różala” podany przez kolejne osoby w różnych mediach społecznościowych natknąłem się kilka razy, choć fanem tego człowieka nie jestem.
Analiza zamiast wyciskania i suplementów

To oczywiście jedynie przykład. Innym może być niejaki „Dziki Trener”. Komentator-celebryta śledzony na Facebooku przez 2 mln ludzi, internetowy krzykacz (wrzaski do kamery to jego znak rozpoznawczy). Ten z kolei wskazywał na obecność „niby-dronów” i powtarzał tezy o próbie „wciągnięcia Polski w wojnę”. Jednocześnie cieszył się, że „Polacy nie dają się nabierać”, a więc mówiąc wprost: nie ufają własnemu państwu. „Czy było to celowe działanie Rosji? Być może. A być może wcale nie!” – powiadał ze swadą właściwą dla uczepionego płotu wiejskiego mądrali. Co przerażające, i tu komentarze internautów zdają się raczej sprzyjać takiemu stawianiu sprawy: „Ukropolin chce, byśmy dołączyli do wojny. Sami mogli wysłać te drony” – czytamy np. wpis osoby podpisującej się jako „Tylko Gosia” zamieszczony pod filmikiem „Dzikiego”. I choć trzeba oddać, że nie brakuje głosów, które sugerują, by „Dziki Trener” zajął się tym, na czym zna się najlepiej, a więc przerzucaniem ciężarów, to entuzjastów jego chłopskiego rozumu zdaje się być więcej.

Ale „Dziki Trener” i „Różal” to jedynie dwa przykłady. Podobnych „włączających myślenie” jest więcej, a jeśli dodać do tego anonimowe konta, generowane za pomocą sztucznej inteligencji filmy czy memy, można uznać, że skala była i jest powszechna. I choć na polu bitwy to z dronami sukces odniosły siły sojusznicze, to w walce o zamieszanie w głowach Polaków zwycięstwo Rosji jest wyraźne.

Bo dlatego nie sposób zrzucać całości odpowiedzialności za prorosyjskie lub choćby niuansujące rosyjską odpowiedzialność komentarze jedynie na „boty z Petersburga”. Nie, to także świat internetowych celebrytów i niebiorących odpowiedzialności za swoje słowa pohukiwaczy – ludzi rozmywających odpowiedzialność, podających w wątpliwość komunikaty wojska, służb i rządzących (prezydent i premier oraz całość polskich służb, a także politycy rządzący i opozycji mówili jednym głosem) czy wręcz sugerujących, że Moskwa ma rację lub wręcz jest ofiarą.

Dzieje się tak i dlatego, że w świecie skompromitowanych mediów III RP i powszechnej wręcz nieufności do polityków i dziennikarzy tego typu idące na przekór oficjalnej wersji „rozważania na chłopski rozum” zdobywają popularność i wprowadzają do głównego obiegu prorosyjskie narracje. Te podbijane są przez rosyjskich trolli, ale nie jest tajemnicą, że i część Polaków uznaje za stosowne podawać takie treści dalej lub wręcz im sprzyjać.
To nie tylko test bezpieczeństwa, ale i reakcji

Sprawa jest więc bardzo poważna. Oprócz przetestowania zdolności sojuszniczych, reakcji NATO na ingerencję w naszą przestrzeń i badania odpowiedzi Rosjanie przeprowadzili zapewne także analizę tego, jak ich atak wpływa na postawy polskiego społeczeństwa. I tu zapewne cieszą się, podobnie jak „Dziki Trener”, z tego, że „nie wszyscy dali się zwieść propagandzie”, a więc nie ufali oficjalnym komunikatom rządzących.

Jeśli dodać do tego fakt, że podobne stanowisko jak to prezentowane przez internetowych celebrytów podnosili niektórzy komentatorzy i publicyści (szczęśliwie nikt z polityków nie był chyba na tyle nierozważny), to można uznać, że tę bitwę Rosjanie w jakiś sposób wygrali.

To tym bardziej smutne, że sprawa jest oczywista. Wycelowane w Polskę ataki zostały dokonane przez to samo bandycko-terrorystyczne państwo, które od ponad dekady z różnym nasileniem atakuje Ukrainę – przez Federację Rosyjską. Nie ma absolutnie żadnego powodu, by tę wersję wydarzeń podawać w wątpliwość. Znalezione części bezzałogowych statków powietrznych zostały wyprodukowane w Rosji, wszelkie dane pokazują, że przyleciały z terenu wroga, trudno sobie zresztą wyobrazić, że Ukraina dysponowałaby tak potężnymi środkami dezinformacji, by pokusić się o wprowadzanie w błąd całego Paktu Północnoatlantyckiego. Atak był rozległy i jednocześnie kontrolowany przez siły RP i sojuszników z NATO przez cały czas jego trwania. Nie ma żadnych wątpliwości, kto jest za niego odpowiedzialny. Sprawy nie sposób więc porównać choćby do rakiety, która spadła w Przewodowie, zabijając dwie osoby.

Jeśli słyszą lub czytają Państwo podobne do wygłaszanych przez „Różala” lub „Dzikiego Trenera” tezy, oznacza to niemal na sto procent, że wypowiadający je albo postanowił zostać pudłem rezonansowym rosyjskiej propagandy, albo naoglądał się internetowych cudaków liczących na łatwe lajki i pieniądze z wyświetleń, albo sam jest człowiekiem z jakiegoś powodu chcącym zamieszać Wam w głowie.






niezalezna.pl/media/rozal-dziki-trener-i-influencerzy-wyjasniaja-nam-swiat-na-nasza-zgube/551956
21






Przestrogi króla Jana Kazimierza





Przepowiednia Jana Kazimierza. Prorocza wizja upadku Polski


Rzeczpospolita zostanie podzielona pomiędzy Rosję, Prusy i Austrię. Taką wizję ponad sto lat przed rozbiorami przedstawił poddanym król Jan Kazimierz. Władca trafnie przewidział tragiczny los państwa, choć był to tylko chwyt retoryczny, mający przekonać opozycję do zaniechania oporu wobec królewskich reform.





2025-09-16, 13:00


Królewska przepowiednia rozbiorów została wygłoszona dwukrotnie. Po raz pierwszy dramatyczną wizję przyszłości Rzeczypospolitej monarcha przedstawił podczas sejmu w 1661 roku. Proroctwo związane było z walką polityczną, którą dwór toczył z opozycją.

Elekcja vivente rege

Jan Kazimierz usiłował wprowadzić zmiany ustrojowe w państwie polsko-litewskim jeszcze pod koniec potopu szwedzkiego (1655-1660). Pojawiły się wówczas projekty reform, które usprawniłyby pracę parlamentu. Jednocześnie jednak władca, pod wpływem francuskiej małżonki Ludwiki Marii Gonzagi, usiłował przeforsować uchwałę o elekcji vivente rege, czyli wyboru nowego króla jeszcze za życia monarchy.

Para królewska, tworząca za francuskie pieniądze swoje stronnictwo, chciała w ten sposób zapewnić tron w Rzeczypospolitej kandydatowi z Francji. Wkrótce dwór skupił się głównie na projekcie vivente rege, zapominając o reformach ważnych dla funkcjonowania państwa polsko-litewskiego.

"Moskwa Litwę dla siebie przeznaczy..."

Sprawę elekcji za życia króla rozpatrywano właśnie podczas sejmu obradującego latem 1661 roku. Podczas wspólnej sesji izby poselskiej i senatu król wygłosił płomienne przemówienie, które miało przekonać opozycję do zaakceptowania jego propozycji. W mowie tej Jan Kazimierz zawarł też wizję upadku państwa polsko-litewskiego.

Zebrani usłyszeli więc, że jeśli proponowana reforma nie wejdzie w życie, to "Moskwa i Ruś odwołają się do ludów jednego z niemi języka i Litwę dla siebie przeznaczą; granice Wielkopolski staną otworem dla Brandeburczyka, a przypuszczać należy, iż o całe Prusy certować zechce [...], wreszcie Dom Austryjacki spoglądający łakomie na Kraków nie opuści dogodnej dla siebie sposobności i przy powszechnym rozrywaniu państwa nie wstrzyma się od zaboru".

Dwa słowa wyjaśnienia do tej jakże proroczej wizji monarchy. Ruś to zapewne Kozacy, którzy przyjęli carską protekcję i walczyli przeciwko Rzeczypospolitej. Terytorium Litwy, czyli Wielkiego Księstwa Litewskiego, składało się głównie z ziem zamieszkanych przez prawosławną ludność ruską. Z kolei Brandenburgia pozostawała w unii personalnej z Prusami. Już w następnym stuleciu całe państwo przyjęło nazwę Prus.

Abdykacja Jana Kazimierza

Jak wynotował książę Bogusław Radziwiłł, król był tak przejęty wygłoszeniem mowy, że najpierw spadł mu z głowy kapelusz, następnie z ręki wypadło mu berło, a na koniec, gdy wstawał z krzesła, potknął się o psa. Wszystkie te gafy zostały odebrane jako zły znak.

Trudno ocenić, na ile wpłynęło to na słuchaczy. Tak czy inaczej, dramatyczne wizje przedstawione przez monarchę nie zrobiły na opozycji wielkiego wrażenia. Projekt został odrzucony, ale para królewska nie zamierzała odpuścić.

W kolejnych latach walka z opozycją, którą reprezentował magnat Jerzy Sebastian Lubomirski, doprowadziła do wybuchu wojny domowej. Klęska w konfrontacji z poddanymi, a także śmierć Gonzagi w 1667 roku zniechęciły Jana Kazimierza do sprawowania dalszych rządów nad Wisłą. Podjął decyzję o abdykacji.

Ta nastąpiła 16 września 1668 roku, podczas ostatniego dnia obrad sejmowych. Władca wygłosił mowę pożegnalną, w której zwolnił poddanych z przysięgi, przeprosił za błędy oraz... powtórzył proroczą wizję upadku Rzeczypospolitej.

Jan Kazimierz zmarł na emigracji we Francji w 1672 roku. Dokładnie sto lat później miał miejsce pierwszy rozbiór państwa polsko-litewskiego. W 1795 roku za sprawą Rosji, Prus i Austrii, zgodnie z przepowiednią króla, Rzeczpospolita przestała istnieć.




***

Artykuł powstał w cyklu "Minihistorie", w którym wyławiamy z kronik, książek, dawnych gazet czy z radiowych nagrań krótkie opowieści: intrygujące, zaskakujące, unikatowe.

Źródła: Polskie Radio/th

T. Wasilewski, Ostatni Waza na polskim tronie, 1984.






polskieradio24.pl/artykul/3580217,przepowiednia-jana-kazimierza-prorocza-wizja-upadku-polski
21


Kto pracował na dobrobyt Niemiec




przedruki


KL Stutthof - księgowość zbrodni, anatomia reparacji. Zamiast pouczać rząd polski, niech rozliczają własnych zbrodniarzy




Mordowali, rabowali, upokarzali, zniewalali, kradli. I skrupulatnie zyski księgowali. Zbrodnia zorganizowana przez państwo niemieckie, jego rozmaitych funkcjonariuszy, na sposób przemysłowy. Dziś mówią nad Renem i Szprewą, że czują się cokolwiek podle, ale wara od ich pieniędzy. Nie mają żadnych długów, mają swój majątek. Zdobyty z pracy własnej, pracy tatusia i mamusi, babci i dziadka. Ich pieniędzy?

Z ciężkiej pracy przy obsłudze komór gazowych, utrzymywaniu ognia w krematorium, wydawaniu wyroków śmierci na podstawie decyzji policyjnego sądu doraźnego: imię, nazwisko, data urodzenia, „polnische Inteligenz”, „polnische Minderheit” - rozstrzelać.!!!

Babcia pisała kogo rozstrzelać, dziadek strzelał albo tłukł styliskiem łopaty, a mała mamusia i mały tatuś słuchali Schumanna w salonie przyległej do obozu willi komendanta KL Stutthof Paula Wernera Hoppe.

Jego klientem był m.in. Erich Wiens, „Bauer” z Chorążówki (Junkertroyl) wsi odległej kilka kilometrów od Stegny i Sztutowa. Dobry rolnik, dobry Niemiec. W dniach 22, 23, 24, 25, 27, 28 września 1943 roku P. W. Hoppe dostarczał mu codziennie komando 10 więźniów - więźniów bez wyroku czy raczej niewolników III Rzeszy. Dzienną pracę jednego mężczyzny wyceniano na 3 marki niemieckiej Rzeszy. Godzina pracy polskiego niewolnika kosztowała Herr Wiensa 25 fenigów, mniej niż cena bochenka chleba. Łącznie za 720 godzin pracy Herr Wiens został zawezwany do zapłaty na rzecz Konzentrationslager Stutthof 720 marek.

Z przymusowej pracy zniewolonych Polaków regularnie korzystała też Deutsche Ausruestungswerke GmbH, zakład Stutthof. Od 1 do 31 stycznia 1943 roku pomnażało niemiecki majątek zbrojeniowy 5756 robotników wykwalifikowanych i 1941 ich pomocników. Za pracę pierwszych P. W. Hoppe liczył sobie po 1,5 marki, za robotników bez kwalifikacji policzył po 50 fenigów. Łącznie 9604,50 marek za miesiąc, płatnych na konto KL Stutthof w „Reichsbankhauptstelle Danzig Nr. 1478” lub na konto pocztowe „Danzig Nr. 7960”. I żeby był porządek, koniecznie należało podać numer wezwania do zapłaty. Termin płatności - 1 marca 1943 roku.

Pod względem rzeczowym i obrachunkowym wezwanie zapłaty sprawdził SS-Obersturmfuehrer z zarządu gospodarczego obozu.

Właśnie dlatego chcemy od Niemców reparacji. Z milionów takich haniebnych zdarzeń Niemcy ufundowali sobie swój dostatek. Okradali Polaków z ich majątków, siedlisk, okradali z godności, na końcu mordowali.



Spadek po swoich babciach i dziadkach Niemcy przejęli z dobrodziejstwem inwentarza, także ze zobowiązaniami. Dochody z KL Stutthof, księgowane przez Główny Urząd Gospodarczo-Administracyjny SS -Inspektorat Obozów Koncentracyjnych pokazują tylko jeden epizod ohydnego procederu, w którym państwo niemieckie wzbogaciło się na zbrodniczym wyzysku - jak mordowało systemowo by systemowa się bogacić.

Udawać teraz, że 500 mln marek pomocy humanitarnej od rządu niemieckiego rozdzielone pomiędzy niektóre ofiary reżimu III Rzeszy przez „Fundację Polsko-Niemieckie Pojednanie”, kończy rozrachunek to słabe alibi.

Jak wycenić jawny mord na polskich pocztowcach z Gdańska - w tym Janie Michoniu i Józefie Wąsiku, jak wycenić nędzę, w którą ich śmierć wpędziła ich rodziny. Sam rytualny wieniec nie wystarczy…

Reparacje to naprawa zła wyrządzonego niegodnie. Zamiast pouczać rząd polski o niedostatku praworządności i niezależności sądów pomniejsi dyplomaci niemieccy, jak Cornelia Pieper, konsul w Gdańsku, niech rozliczają własnych zbrodniarzy, których praca w KL Sutthof fundowała dobrobyt ich państwa. Ktoś w końcu krematoria produkował, ktoś kupował, płacił i wykorzystywał. Firma H. Kori GmbH z Berlina, producent pieców do KL Stutthof zakończyła działalność całkiem niedawno. Piękny spadek po III Rzeszy…

Nie martwcie się Niemcy, dobrą pracą uwolnicie się od długów przeszłości.

Tekst opublikowany na portalu Wybrzeze24.pl



Marek Formela

Publicysta, redaktor naczelny "Gazety Gdańskiej" i portalu Wybrzeze24.pl




------------






Niemiecki rewizjonizm w natarciu po wizycie Karola Nawrockiego w Berlinie

20.09.2025 17:29

Cytowany przez portal dw.com niemiecki magazyn polityczny „Cicero” traktuje odstąpienie przez Niemcy ziem wschodnich jako rekompensatę za straty wojenne, które Polska poniosła w czasie II wojny światowej. Materiał na ten temat został opublikowany po niedawnej wizycie Karola Nawrockiego w Berlinie, który poruszył ten temat w rozmowie z prezydentem Niemiec Frankiem Walterem Steinmeierem oraz kanclerzem Friedrichem Merzem. Autor tekstu, Thomas Urban określa polskiego prezydenta mianem „przedstawiciela nacjonalistycznego obozu”, który w kampanii wyborczej nie stronił od antyniemieckich akcentów.


Co musisz wiedzieć:

Polska jako suwerenny kraj nigdy nie otrzymała, ani nie zrzekła się reparacji od Niemiec
Niemcy od lat czynią wysiłki, aby uniknąć wypłacenia Polsce reparacji wojennych
Większość Polaków domaga się od Niemiec zadośćuczynienia za dokonane zbrodnie i kradzieże


„Odstąpienie przez Niemcy ziem wschodnich Polsce było traktowane jako rekompensata za straty wojenne. Ten i poprzedni rząd w Berlinie unika powoływania się na ten argument”

– ubolewa niemiecki magazyn „Cicero”.

Autor materiału wyraził zdziwienie, że „nikt z komentatorów w wiodących polskich mediach nie zwrócił uwagi na to, że właściwym powodem odrzucenia przez Berlin polskich roszczeń reparacyjnych nie jest oświadczenie z 1953 r., lecz raczej odstąpienie Polsce przez Niemcy niemieckich ziem wschodnich po II wojnie światowej”. Cały problem polega na tym, że to Niemcy wywołały II wojnę światową i to one ją przegrały, natomiast ziemie, o których mowa w tekście zostały przyznane niesuwerennej wówczas Polsce przez układ jałtański. Nie było tam żadnej dobrowolności ze strony Niemiec, więc nie sposób argumentować, iż mogłyby to być jakiekolwiek reparacje. Co więcej to Niemcy wpadli na pomysł, aby próbować wyłudzić od Polski odszkodowanie za „zagarnięcie” przez nią tych ziem, co stało się impulsem do rozpoczęcia żądań strony polskiej uzyskania należnych jej reparacji od zachodniego sąsiada.


Publicysta krytykuje brak jasnego stanowiska niemieckiego rządu kanclerza Olafa Scholza w reakcji na raport o stratach wojennych, przedstawiony przez stronę polską w 2022 r., nazywając postawę rządu „zaniedbaniem”. Zdaniem niemieckiego dziennikarza polityk uważany za twórcę polityki odprężenia, kanclerz Willy Brandt (1969-1974), uważał odstąpienie Śląska, Pomorza oraz południowej części Prus Wschodnich na rzecz Polski za odszkodowanie za niemieckie zbrodnie. „Ówczesne kierownictwo w Warszawie widziało to tak samo” - przekonywał autor. Problem w tym, że żaden rząd w Warszawie nigdy nie wyraził podobnego stanowiska, ani nawet go nie zajmował.

Niemiecki rewizjonizm


„Obecnie niemieccy politycy unikają publicznego nazwania po imieniu tego kontekstu tak, jakby obawiali się, że przypomnienie o wypędzeniu milionów Niemców z ziem nad Odrą i Nysą oraz o przejęciu ich mienia przez polskie państwo może uruchomić własną negatywną dynamikę”

– czytamy w „Cicero”.

Urban zwraca uwagę na kontrargumenty strony polskiej, która twierdzi, że niemieckie ziemie wschodnie zostały Polsce przyznane jako rekompensata za polskie tereny wschodnie przejęte przez ZSRR. Autor przyznał, że jest to zgodne z faktami. Przekonuje jednak, iż to stanowisko oznacza, że Niemcy mieliby zapłacić za aneksję dokonane przez Stalina. Jego zdaniem w Bundestagu nigdy nie powstanie większość akceptująca takie stanowisko, a przeważająca większość Niemców, także ci, którzy angażują się na rzecz polsko-niemieckiego dialogu, będzie przeciwna. Lekceważy tym samym fakt, iż Niemcy jako strona przegrana nie mieli możliwości jakichkolwiek głosowań czy negocjacji, a próba narzucania teraz Polsce niemieckiego rewizjonizmu jest co najmniej nie na miejscu.

Kończąc swoje wywody, Urban zaapelował o zorganizowanie konferencji polskich i niemieckich historyków poświęconej reparacjom. W jego ocenie odpowiednim miejscem byłby Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie, nie zaś jakiekolwiek neutralne miejsce.


Niemiecka narracja się nie zmienia

Niemiecka narracja od lat się nie zmienia. Niemcy nie tylko usiłują wybielić swoje winy, ale nie chcą płacić za zbrodnie, mimo że, jak wykazał polski Instytut Pamięci Narodowej, u źródeł współczesnej potęgi gospodarczej Niemiec jest rabunek z czasów II wojny światowej. Źródła dzisiejszej niemieckiej potęgi gospodarczej to infrastruktura i technologie z czasów Wehrwirtschaft, czyli gospodarki wojennej, opartej na grabieży mienia i wyzysku ludności z państw podbitych przez Niemcy w czasie II wojny światowej.

Jak szacują historycy IPN, około 90 proc. niemieckich firm odnosiło korzyści z niewolniczej pracy jeńców wojennych, więźniów obozów i różnego rodzaju przymusowych robotników. Część z tych firm wyrosła na wielkie światowe koncerny, które są w stanie – podobnie zresztą, jak i państwo niemieckie – wypłacić należne Polsce reparacje, ale nie ma ku temu woli politycznej.

Z niewolniczej i przymusowej pracy więźniów obozów koncentracyjnych i zagłady – jeńców wojennych – korzystało w okresie istnienia III Rzeszy 90 proc. ówczesnych niemieckich firm. Największe z nich to: Continental, BMW, Mercedes-Benz, Volkswagen, Siemens, Bayer, Agfa, Dr. Oetker, Hugo Boss, Allianz, Deutsche Reichsbahn, Lufthansa, Deutsche Bank, koncern IG Farben. Na niemiecką gospodarkę pracowało przymusowo łącznie14 mln ludzi, w tym 3,2 mln Polaków. Do tego dochodziły masowe grabieże – zgodnie z szacunkami niemieckiego historyka Götza Aly’ego, zagrabione przez Niemców zasoby miałyby dzisiaj wartość co najmniej 2 bln euro.


Niemcy wzbogacili się na krzywdzie Polaków

„Pojęcie Lebensraum w celu zdobycia przestrzeni życiowej implikuje to, co się stało później, czyli Holokaust narodu żydowskiego i wyniszczenie narodu polskiego, natomiast zdobycie dominującej pozycji gospodarczej implikuje grabież, którą Niemcy prowadzili w całej Europie”

– mówił dr hab. Tomasz Panfil podczas otwarcia wystawy „Gospodarka III Rzeszy”, ukazującej źródła dzisiejszej niemieckiej potęgi gospodarczej: infrastrukturę i technologie z czasów Wehrwirtschaft. „Bardzo często w historiografii mówi się, że naziści to armia i partia, że gospodarka jest po prostu niemiecka. Tymczasem to nie jest prawda. Gospodarka niemiecka jest takim samym narzędziem realizacji ludobójczych planów Hitlera i NSDAP, jak inne instytucje państwa niemieckiego, jak Wermacht, jak SS” – dodał. Przypomniał jednocześnie, iż „Niemcy grabili wszystko: od łyżeczek do kawy po dzieci”.


„Porozumienie zawarte pomiędzy Armią Krajową a gen. von dem Bachem zawierało punkt mówiący, że armia niemiecka i państwo niemieckie przejmuje pełną odpowiedzialność za mienie pozostawione przez warszawiaków”

– przypomniał dr hab. Panfil. Jak wyglądała ta odpowiedzialność?


„Ta liczba też tu pada i niewykluczone, że jest nawet zaniżona: 46 tysięcy wagonów kolejowych wszystkiego, co dało się ukraść z Warszawy, wyjechało z Warszawy do Niemiec. Grabili wszyscy i wszystko”

– zauważył.


„Dawniej wysoko postawieni funkcjonariusze reżimu stają się prominentnymi biznesmenami, czy politykami nowych, demokratycznych Niemiec. Nie ma zerwania, jest ciągłość – jest ciągłość prawna, jest ciągłość ludzka, jest ciągłość materiałowa”

– wskazywał historyk.


„Coś, co zaczyna się jako biznes z dziedziny przemysłu ciężkiego, spożywczego, kończy się jako biznes paserski, czyli budujący dalsze powodzenie na tym, co zostało ukradzione Żydom, Polakom, Belgom, Norwegom, Czechom, Grekom, Holendrom, Francuzom”

– konkludował.

Wprawdzie po wojnie gospodarka niemiecka przeżywała intensywny rozwój także dzięki pieniądzom z amerykańskich funduszy inwestycyjnych zwanym Planem Marshalla, jednak historycy IPN nie mają wątpliwości, że fundamentem niemieckiego cudu gospodarczego były infrastruktura i technologie z czasów Wehrwirtschaft.


„W pierwszych latach wojny dochody z grabieży i bezwzględnej eksploatacji terytoriów podbitych przez Niemców w wyniku błyskawicznych kampanii przewyższały koszty działań wojennych. Jednak na przełomie 1942 i 1943 r, po potężnych stratach poniesionych w walkach ze Związkiem Sowieckim i w Afryce Północnej, Niemcy zostały zmuszone do zwiększenia wysiłku”

– wskazuje IPN, dodając iż ogółem w Wermachcie i SS służyło około 17 mln ludzi.



„Kto zatem pracował, gdy Niemcy walczyli?”

– pytają retorycznie eksperci.






Autor: Anna Wiejak



-----------





Popiersie Bismarcka w Szczytnie?! 

Czarnek ujawnia i przypomina: Był odpowiedzialny za brutalną germanizację Polaków




Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek na antenie Telewizji wPolsce24 ujawnił, że burmistrz Szczytna rozesłał do radnych mapkę, z której wynika, iż w rewitalizowanym parku w Szczytnie miałaby powstać aleja Otto von Bismarcka i jego popiersie!


Wczoraj byłem w Szczytnie na spotkaniu z mieszkańcami (…), była również pani radna, która pokazała mi mapkę, którą otrzymali radni miasta Szczytno od burmistrza, to jest wstęp do dyskusji o projekcie uchwały o rewitalizacji tamtejszego parku przedwojennego i w tym parku ma się znaleźć aleja Bismarcka i na końcu tej alei ma być popiersie Bismarcka. Człowieka, który jest odpowiedzialny za Kulturkampf, za brutalną germanizację milionów Polaków

— powiedział na antenie Telewizji wPolsce24 Przemysław Czarnek.


Oni, mieszkańcy Szczytna, mają teraz sławić poprzez aleję Bismarcka. To są ci sami ludzie z kręgu tych, których trzeba repolonizować, a którzy mówią, że Niemcom musimy zawsze za wszystko dziękować i niczego broń Boże się od nie domagać

— dodał.

-----------------














.tysol.pl/a146731-niemiecki-rewizjonizm-w-natarciu-po-wizycie-karola-nawrockiego-w-berlinie

wpolityce.pl/polityka/740913-popiersie-bismarcka-w-szczytnie-czarnek-ujawnia

wpolityce.pl/historia/740653-kl-stutthof-ksiegowosc-zbrodni-anatomia-reparacji

21

dziennikarz, pisarz i tłumacz

 










Zwróćcie Państwo uprzejmą uwagę na poszczyznę





"trupiejące" widzę drugi raz, więc pewnie w notatniku na czerwono zapisane








Jan Wróbel - wywiad w press.pl





...i ta sesja zdjęciowa...




„Zamknijmy internet” – proponuje zwolniony z Tok FM Jan Wróbel w rozmowie z „Press”

06.09.2025, 08:35




Z Wróblem rozmawia Andrzej Skworz.





Porozmawiamy poważnie?

Zawsze rozmawiam poważnie.

W każdym wywiadzie ucieka Pan w żarty. Kiedyś tłumaczył Pan tak: „Nikt z porządnych dziennikarzy, którzy mają dobre pióro, nie weźmie na siebie głupiej gęby faceta od śmichów-chichów. A ja wziąłem”. I to właśnie słyszałem jako zarzut przeciwko prowadzonym przez Pana „Porankom” w TOK FM, skąd Pana niedawno zwolniono.

Swoich poranków – siłą rzeczy – nie słuchałem. A co do żartów: są one kodem kulturowym warszawskiej inteligencji. A szerzej – ogółu inteligentnych ludzi.

Zanim ktoś mi zarzuci klasizm, bo rzekomo nie mówię do ludzi spoza inteligencji – zaprzeczę. Mówię, ale tym inteligenckim kodem, w którym wyrosłem.

Dziś już nikt nie odwołuje się do inteligencji jako klasy społecznej.

Kod inteligencki opiera się na tym, że żyje się bardzo serio, ale trzyma się fason, i to fason żartobliwy. Bo za nim kryje się dystans człowieka myślącego wobec rzeczywistości. Dystans nie oznacza chłodu ani neutralności.

Jednak nie wszyscy łapali Pana żarty. Jedna z osób współprowadzących „Poranki” w TOK FM powiedziała mi, że dworowanie z poważnych tematów „narusza powagę spraw publicznych”. Śmieje się Pan?

Tak, bo poważną częścią choroby ostatnich dwudziestu lat jest trucie nas wywodami zrównującymi rządy Donalda Tuska bądź rządy Jarosława Kaczyńskiego z rządami Berii czy Goebbelsa. A w wersji light – Łukaszenki. To są ordynarne kłamstwa, które powtarzane zostają uznane za prawdę przez ludzi skądinąd zacnych i myślących.

Jeszcze długo będę miał robotę w postaci przekłuwania takich balonów. Bo mamy w Polsce polityczne dylematy, ważne sprawy, co do których ludzie mają prawo się spierać i waśnić. Ale nie ma w Polsce wojny o wszystko. Jak na razie – nikt nie ma prawa myśleć, że gdyby ktoś z visem czy parabellum w ręku „załatwił wreszcie tę gnidę”, to wszyscy byśmy na tym zyskali.

O której gnidzie Pan myśli?

Wszystko jedno o której. Nie ma w Polsce ludzi, których należałoby zlikwidować, wysłać na emigrację czy zamknąć w obozie. To jest chorobliwe myślenie.

Dziś wystarczy nie myśleć – jak ja – że w Polsce żyjemy pod okupacją, by część dziennikarzy oraz słuchaczy odniosła wrażenie, że nie rozumiem trwogi rządów NSDAPiS.

Sam lubię utożsamiać się z formacją stańczykowską, czyli ludźmi, którzy byli konserwatystami, powszechnie nienawidzonymi, a posługiwali się bardzo złośliwym żartem wobec swoich przeciwników politycznych.

Już się nie dziwię, że mają Pana co najmniej za symetrystę. Sam Pan się podkłada.

Tylko że to oni się mylą, a nie ja.

Ta sama osoba prowadząca „Poranki” powiedziała mi, że te Pańskie śmichy-chichy mogły prowadzić do relatywizmu. To chyba najgorsze, co może usłyszeć konserwatysta.

Nie jestem relatywistą. Prawda nas wyzwoli. Co skądinąd łatwo spuentować, że dlatego nigdy nie jesteśmy wyzwoleni do końca. Bo prawda jest realnie nieosiągalna, ale marsz ku niej jest świętym obowiązkiem konserwatysty.

Tylko że zwaśnione strony uważają, że to one mają monopol na prawdę.

Był Pan, do niedawna, dyżurnym prawicowcem TOK FM. Przed Panem byli nimi Rafał Ziemkiewicz i Igor Janke. Rozumiał Pan Ewę Wanat, która zwalniała Ziemkiewicza za pomówienie Adama Michnika?


My, konserwatyści, szanujemy swoich pracodawców i jeśli bierzemy od kogoś pieniądze, to nie szczekamy na niego.

Wielu tak robi.

Miałem okazję pracować w różnych miejscach i anegdot, czasami bardzo złośliwych, zebrałbym całkiem sporo. Nie wyobrażam sobie, by się uśmiechać, stać po wypłatę, a potem robić notatki, żeby kiedyś wszystko zgrabnie opisać.

Pięć lat później Ewa Wanat pożegnała Igora Jankego. Pisał z rozżaleniem: „Powiadomiła mnie, że otrzymywała wiele protestów od słuchaczy. Do tej pory wielokrotnie słyszałem od szefowej TOK-u, że »słuchalność« wtorku jest bardzo dobra. Namawiała mnie do wyrazistych komentarzy i jak najbardziej wyrazistego wygłaszania swoich poglądów. Teraz okazało się, że to jest jednak problem”.


A co ja napisałem, gdy mnie zwolnili z TOK-u? Bo nie mogę sobie przypomnieć.

Nic Pan nie napisał, a przetrwał w radiu prawie trzy prezydenckie kadencje – blisko 15 lat.

Igor jest bardzo sympatycznym człowiekiem o dużych zdolnościach. A dlaczego zdecydował się napisać tych kilka zdań, w których zresztą nic wielkiego nie ma – to trzeba już jego zapytać.

Panu też przy rozstaniu mówiono o komentarzach słuchaczy?

Nic o tym nie słyszałem. Każdy Michał Probierz tworzy taki skład reprezentacji, jaki chce. I gdybym ja był szefem radia TOK FM, to też bym tak robił. Więc jeśli ktoś chce mieć inny skład i daje to do zrozumienia, to dziękuje się zawodnikowi za zwycięstwa w kadrze i żegna się z nim.

Mógł Pan użyć innych przykładów. Przypominam sobie, jak redaktorzy naczelni „GW” porównali prezesa Agory do Daniela Obajtka. Nazwiska Probierz użył Pan specjalnie?

Tak. Jak pan chce anegdot, to mogę panu opowiedzieć, jak Ewa Wanat przyjmowała mnie do pracy.

Poproszę.

Umówiliśmy się na spotkanie i gdy okazało się, że chodzi o rozmowę o pracę, to dogadaliśmy się błyskawicznie. A ja na koniec stwierdziłem: „Pani dyrektor, proszę pamiętać – mnie się łatwo zwalnia”. Wanat nigdy nie zrobiła z tego użytku. Gdy przyszła Kamila Ceran, powiedziałem coś podobnego: „Kamilo, pamiętaj, sam byłem dyrektorem szkoły, zwalniałem ludzi. Byłem szefem i zastępcą szefa działu w gazecie, więc wiem, że czasem trzeba się rozstać. W razie czego – mnie się łatwo zwalnia”.

Dlaczego Pan to mówił?

Na wypadek, gdyby moja, taka czy inna, prawicowość nagle zaczęła komuś przeszkadzać.

Gdy trzeba zmienić skład reprezentacji, Lewandowski nie gra. To porównanie zrobiłem znów ironicznie, bo nie jestem Robertem Lewandowskim polskich mediów.

Gdy ten wywiad się ukaże, możliwe, że Lewandowski znów będzie kapitanem.

A ja może będę znów pracował w TOK-u. Żarcik…

Kiedy Pan się dowiedział, że audycja z 6 maja, nazwana potem „Zaczyna się od dwóch mieszkań i kończy na zdradzie Polski”, będzie Pana ostatnią?

No comments.

Przecież może Pan to powiedzieć.

Mogę, ale nie chcę. Umówiliśmy się z Maciejem Głogowskim, że miłe rozmowy na temat przeszłości radia zachowamy dla siebie. I myślę, że obaj tak zrobimy.

Dodał, że to nic osobistego?

Nie pamiętam. Ale ja tej frazy często nadużywam w szkole jako maniak „Ojca Chrzestnego”, więc nie zapamiętałbym, gdyby ktoś użył jej w stosunku do mnie.

Słyszałem, że w radiu sądzą, iż Głogowski musiał kogoś zwolnić, by udowodnić, że nie jest szefem malowanym.


Ale nie musiałoby paść akurat na mnie. Po drugie: nie mam przekonania, że ludzie w radiu myśleli o Maćku jako o człowieku z papieru.

Słuchacze mają wątpliwości, bo jeden z nich napisał: „Mam nadzieję, Macieju Głogowski, że nie maczałeś palców przy zwolnieniu Janka Wróbla”. Śmieje się Pan?

Tak.

Cytuję dalej: „On był kolorowym, niezależnym, ciekawym ptakiem w tej rozgłośni, a nie nudną, monotonną, usypiającą otoczenie kurą”.

Na pewno nie jestem usypiającą kurą, bo Pan Bóg podarował mi wysoki głos, co w radiu musiało brzmieć strasznie. Zawsze słuchaczom współczułem.

Ważna uwaga: gdy się prowadzi audycję radiową czy telewizyjną, o ile nie jest to program funeralny, człowiek ma za zadanie robić przedstawienie. Taki performance może oczywiście być udany lub nie, może przemycać wartościowe treści, a może tego nie robić. Ale fakt, że człowiek unika wejścia w rolę trefnisia, nie czyni z niego myśliciela czy mędrca. Dziennikarzom unikającym wzbudzenia emocji u słuchaczy, nawet tych negatywnych, przypisałbym rodzaj braku odwagi. Bo jest specyficzną odwagą, że człowiek sam wystawia się na zasłużone szyderstwo.

Co się stało, że spośród wszystkich stacji radiowych w Polsce w pierwszym kwartale 2025 roku słuchalność najbardziej spadła właśnie TOK FM?

Chyba nie jestem osobą, która mogłaby wiarygodnie na ten temat się wypowiadać. Ale mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

Tak może myśleć obecny prezes Grupy Eurozet, który stwierdził, że po wyborach 2023 roku zniechęcenie do polityki dotknęło wszystkie media newsowe. Pracujemy nad zmianami – powiedział. Zmieniono logo stacji, jej charakterystyczne zapowiedzi dźwiękowe na takie, które są nierozpoznawalne, i zwolniono Wróbla. To chyba większość zmian.

Może wystarczy. Jak wiadomo, jestem człowiekiem legendarnie skromnym. Gdyby się okazało, że z powodu zmiany wtorkowego prowadzącego słuchalność odbije w górę, to będzie dobrze świadczyło o moim znaczeniu dla dziejów polskich mediów.

A poważnie, kiedyś miałem intuicję, którą podzieliłem się z ówczesnym szefostwem, że w TOK FM jest o wiele za dużo polityki. Uważałem, że należy zapraszać do porannych pasm ludzi, którzy nie są politykami ani nie mówią o polityce. Może wtedy poranne pasmo byłoby uratowane? Nie mam zielonego pojęcia. Projektowanie mediów to dopiero będzie mój kolejny hipotetyczny sukces życiowy, na razie nie mam na tym polu żadnych zasług.

Słuchacze po Pana zwolnieniu pisali też: „Lubię pluralizm, ale Wróbel i jego goście oraz ich komentarze to było przegięcie”. Ich zdaniem wciąż zapraszał Pan tych samych gości, dziennikarzy znanych sobie z poprzednich redakcji.

W radiu, w którym przez lata w piątek były zawsze te same trzy osoby, trudno jest budować narrację, że to bardzo źle. A ja akurat miałem politykę poszukiwania nowych twarzy. Kłopot polegał na tym, że chciałem, aby były to twarze kobiece. A z nimi jest zawsze trudniej. Zapraszający zawsze słyszy pytanie: „A o czym będzie audycja?”. Mężczyzna nigdy tak nie pyta.

Założy marynarkę i pobiegnie do studia.

Radio jest instytucją dość niedoinwestowaną, jeżeli chodzi o liczbę pracowników, więc oni są zawsze pod presją. Nie daj Boże jakaś grypa, covid czy wakacje. Wtedy wizja, że trzeba szukać osoby nowej, która na dodatek będzie trudna do wydzwonienia, jest już czystym horrorem.

A była w radiu inna lista gości? Czarna?

Za czasów Ewy Wanat sam o to zapytałem. „Słuchajcie, kogo nie zapraszać, żebyście nie dostali wścieklizny?”. Ewa bardzo długo myślała, bo to pytanie było dla niej zaskakujące. Było to wiele lat temu, muszę zaznaczyć. I w końcu wymieniła dwa nazwiska. Oba związane z publikacjami personalnie atakującymi osoby bardzo blisko związane z TOK-iem. Uznałem, że to jest argument przekonujący. Nigdy tych dwóch osób nie zaprosiłem.

A nie zgodzono się na jakichś Pana gości?

To były bardzo rzadkie przypadki. Był kiedyś czas polityki Radia TOK FM, żeby nie promować Konfederacji. Ona wtedy jeszcze nie była tą dobrą, która ma szansę pokonać PiS, tylko starą, złą Konfederacją.

Szczerze mówiąc, jak na 15 lat i setki audycji, były to incydenty.

A kogo sam nie chciał Pan zapraszać?

Nie chcę mówić po nazwiskach, bo byłby to rodzaj publicznego kopniaka. Miałem kilku polityków, których starałem się nie zapraszać. Jeżeli zaś doszło do ich zaproszenia, to zawsze potem krzywiłem gębę. Oczywiście, nie do tej osoby, ale do wydawcy, że mnie nie posłuchał. Widzi pan, ja najchętniej zapraszałbym tylko kilka osób, które odpowiadają na pytania i w sposób pogłębiony widzą rzeczywistość. Jest ich w Polsce może dziesięć, no, góra oczko – 21.

Do programów o teatrze zapraszamy krytyków czy aktorów? No raczej krytyków, potem reżyserów, a dopiero na koniec aktorów.

Ale w polityce to nie działa.

Dlaczego?

Bo od czasu, gdy Mariusz Walter, Adam Pieczyński i Grzegorz Miecugow stworzyli TVN 24, politycy zajęli wszystkie miejsca w pierwszych rzędach. Są aktorami, orkiestrą i widzami. Nawet w rozgadanych Włoszech w głównych programach informacyjnych nie ma codziennych występów polityków. Najwyżej ruszają ustami, a o tym, co powiedzieli, mówią za nich dziennikarze i analitycy.

Partyjny przekaz dnia jest bluszczem, któremu nie powinno się dawać rozrastać. Tyle że w Polsce niemała część środowiska komentatorskiego sama daje przekazy dnia. Oczywiście, zupełnie przypadkowo, związane z dobrem ulubionej partii. Naprawdę nie dlatego, że biorą za to forsę albo że są na czyichś usługach. Po prostu w swoim sumieniu uważają, że należy daną partię poprzeć.

Mówił Pan kiedyś: „Są dwa gatunki komentatorów. Pierwszy – jak z „Rejsu” – pisze to, co ludzie wiedzą i chcą przeczytać raz jeszcze. Drugi próbuje epatować tym, że napisze coś innego, niż pan jest przyzwyczajony czytać. Nie wiem, który jest lepszy” – dodawał Pan.


Naprawdę powiedziałem, że nie wiem?

Tak, ale teraz już wie Pan na pewno, że w TOK-u trzeba było mówić to, co kierownictwo i słuchacze słyszeli i znów chcą usłyszeć.

Dlaczego? Myśli pan, że przez te 15 lat nie było dziesiątki razy takiej refleksji: „Czy ten Wróbel tutaj pasuje”? Zakładam w ciemno, że musiało tak być. Swego czasu podśmiewałem się z tej napuszonej narracji o aferze z tzw. dwoma wieżami w „Gazecie Wyborczej”. Rzekomo opisywała „mafijny deal” Kaczyńskiego z mętnymi ludźmi, a była – cokolwiek niemądrą – rozmową Kaczyńskiego, który mówił swoim niedoszłym kontrahentom: „Musicie pójść do sądu i zrobić nam sprawę, to wtedy będziemy wam mogli zapłacić”. Wybaczy pan, ta narracja o mafijnym dealu i końcu Kaczyńskiego, bo rzekomo objawił się jego całkowity cynizm, była fałszywa.

A jaka niby była prawdziwa?

Prawdziwa jest taka, że wiele inwestycji, które powstają, zwłaszcza w prestiżowych miejscach, nie rośnie dlatego, że odbył się kosmicznie transparentny przetarg, w którym punkty zostały rozdane przez maszynę z Marsa, ale z zasady jest to jakiś rodzaj umowy ludzi, którzy są dobrze poukładani. To była narracja o Polsce, a nie o tym, że Kaczyński jest wielkim gangsterem. Wyśmiałem to w TOK-u i wyszło na moje. Świat dziennikarski, poza tymi szczególnie wierzącymi, z dystansem podszedł do całej tej historii.

Wszystko się we mnie burzy. Wojciech Czuchnowski, który ujawnił taśmy Kaczyńskiego, kilka lat później został Dziennikarzem Roku. A w sprawie dwóch wież chodziło o coś innego. Nie o mafijność Kaczyńskiego, ale o to, że wbrew standardom i za pieniądze państwowego banku PiS chciał sobie zabezpieczyć finansowanie na czas, gdy straci władzę. Nie chodziło o to, kto dostanie przetarg, ale o niepłacenie za już wykonane prace.

Tak, ale między tym, co pan powiedział, a narracją, że jest mafijny układ z Kaczyńskim jako zwornikiem, nie ma punktów wspólnych. Ja to dostrzegłem i nie zachowałem dla siebie, ale powiedziałem głośno w radiu, które należy do Agory. A jaka była reakcja radia? Nie mam pojęcia, mogę się tylko domyślać, że żadna, bo pracowałem tam jeszcze kilka ładnych lat.

Najbardziej mnie rozbawiło Pańskie wyznanie z młodości. Poszedł Pan do mediów, „żeby walczyć z Adamem Michnikiem i jego kliką”.

Miałem wtedy dwadzieścia i troszkę lat. Poszedłem do pracy do „Nowego Państwa”, wydawanego przez Jarosława Kaczyńskiego, a potem do „Życia” Tomasza Wołka, bo wartości, w które wierzyłem i wierzę, konserwatywno-katolicko-narodowo-tolerancyjne, były dewastowane przez mainstreamowy i mający ogromną przewagę medialną obóz pod wodzą Adama Michnika. Stąd ta „klika”.

Pana były szef, Robert Krasowski, też chciał się wadzić z Michnikiem. Robił to tak doskonale, że stracił pewnie dwa lata na pisanie książki o nim.

Książka Krasowskiego pokazywała, że część jego legendy wynika z własnej wiary Michnika, że przez lata był czynnikiem sprawczym polskiego życia politycznego i moralnego. Ta teoria ma sporo wyznawców, ale pomija fakt – co Krasowski dobrze pokazał – że przy wszystkich zdolnościach Michnikowi pomagały czynnik środowiskowy i szczęście. Pomysł, żeby zrobić „Gazetę Wyborczą” i być potem przez nią ostro najeżdżanym, było autonomiczną decyzją Lecha Wałęsy. W pewnym momencie dziejowym Wałęsa miał złotą kartę w ręku i jej użył. Jak się szybko okazało – przeciwko sobie.

Jaki ma Pan teraz stosunek do Michnika?

Pełen rewerencji. Miałbym ją w każdej sytuacji, bo jak człowiek nie pęka w więzieniu, a sprawa, za którą się tam znalazł, jest słuszna, to ma on prawo do dużego szacunku aż do końca życia. Ułatwia mi afirmację Michnika również to, że tak mocno przeszedł ostatnio na pozycje konserwatywno-narodowe. Zrozumiał, jak wielu, którzy późno dojrzewają, że faktycznie są w Polsce inne źródła postaw moralnych i etycznych niż tradycja narodowo-katolicka, ale że te źródła nie wystarczają.

Jak Pan to tłumaczy? Bo rzeczywiście jest zaskakujące, że kto za młodu był socjalistą, ten na starość staje się zwolennikiem Jana Pawła II.

Jan Paweł II ulokował się w polskiej tradycji jako patron Kościoła życzliwego wobec wolnościowców. I to w latach dla Michnika ważnych: 70., 80. i 90. Nie usprawiedliwiam wszystkich decyzji Michnika, ale mam tę zdolność, że rozumiem ludzi, z którymi się nie zgadzam. To mnie czyni zarazem skromnym i wielkim.

Znów Pan ironizuje.

No to poważnie: „Gazeta Wyborcza” uważała, że ma jedyną okazję, jaka się wydarza raz na pięćset lat, że może zmodernizować polskie społeczeństwo na wzór społeczeństwa zachodniego. Czy takie w ogóle istniało, to inna sprawa. Ale wzór był. I wtedy Kościół nie zgodził się z Adamem Michnikiem i za to musiał zostać przez niego ukarany. Nie mówię tego ironicznie – kara polega na tym, że skoro Kościół, z nielicznymi wyjątkami, które promowano na łamach „Gazety”, nie rozumie, że trzeba zmodernizować Polskę kosztem jej tradycji, to tradycja trafia do worka, a worek idzie na śmietnik.

Teraz Kościół przez Michnika jest z tego worka wyciągany.

Bo co widzimy po latach? Że główny problem Polski nie polega na tym, że istnieje Kościół, tylko że mamy Kościół słaby moralnie. Słaby, jeśli chodzi o ewaluację swoich kadr.

Kościół, który boi się wyrzucać pracowników za to, że nie dotrzymują pewnego moralnego standardu. To jest nasz największy problem. Pomysł „byle nie Kościół” miał krótki termin ważności.





Takie bałwochwalcze teksty dziennikarzy wobec Rafała Trzaskowskiego pomogły Karolowi Nawrockiemu?


Nigdy nie uważałem, że dziennikarze mają istotny wpływ na wyniki wyborów.

Przy debatach było widać, że ostatnia kampania mogła się obyć w ogóle bez dziennikarzy.

Ja akurat jestem pełen uznania dla debat, w których pytania zadają sobie sami kandydaci. Nie żyjemy w XV wieku, nie mamy garstki wykształconych ludzi oraz motłochu, któremu trzeba pisać i za który trzeba czytać. Dwaj doktorzy nauk humanistycznych, którzy się starli w drugiej turze, byli w stanie zadać sobie pytania trafne i po polsku. I takie one były. Gorzej z odpowiedziami, zwłaszcza po stronie Karola Nawrockiego, który chętnie mówił o niczym.

Prawdziwe zagrożenie dla tradycyjnych mediów płynie raczej ze strony takich polityków jak Sławomir Mentzen. Jego rozmowy z kontrkandydatami miały oglądalność porównywalną do debat prezydenckich. A przecież to był jeden z uczestników debaty. Zagrożeniem jest, że ktoś, kto nie jest dziennikarzem, wyłączy przewód z kontaktu z napisem media, a mimo to świat kręci się dalej.

Kiedy się Pan w końcu wystraszy populizmu, który może nas w Europie doprowadzić do czegoś naprawdę złego?


Nie lubię socjalistycznego myślenia, choć bliski mi jest ideał socjalizmu PPS, zwłaszcza z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych minionego wieku, gdy PPS-iacy zorientowali się, że nie tylko silna ręka Piłsudskiego jest złem, ale że w ogóle silna ręka jest słabą odpowiedzią na potrzeby ludzi.

Gdyby każdy populizm na świecie kończył się rządami jak PiS, nie byłoby źle. Bo czego dowiedziała się ta część narodu polskiego, która od lat dziewięćdziesiątych miała przekonanie, że elity robią ją w konia? Otóż, że warto chodzić na wybory, gdyż istotnie zmieniają politykę w kraju.

A to, że nas okradano z ciężkich miliardów w tym czasie, nie ma znaczenia?

Ja myślę tak jak pan. Nie należy okradać ludzi ani państwa. W dodatku ci wybrańcy nie zmienili polityki wyłącznie na dobre. Strasznie kłamali i pluli na Bogu ducha winnych poprzez media państwowe i niektóre prywatne. Więc ta moja opowieść nie jest bajką dla dzieci. Ale z punktu widzenia triumfu demokracji mamy sto procent sukcesu.


Ile ma Pan teraz godzin zajęć w szkole?

Chyba szesnaście, w dwóch zaprzyjaźnionych szkołach. To jest prawie cały etat.

Moi rówieśnicy mówią, że przestali uczyć studentów, bo ci niczego nie czytają ani nic nie wiedzą o świecie.

Taki ktoś w 1900 roku poszedłby do szkoły ludowej i stwierdził tak: „Kurka wodna, tu nikt niczego nie czyta ani nic nie wie o świecie. Jestem dla nich postacią z kosmosu. Nie wiedzą, gdzie jest Wisła, gdzie Odra, a cóż dopiero Argentyna”.

Na szczęście byli nauczyciele, którzy stwierdzili, że trudno, będą uczyć, gdzie jest Argentyna. Może się to uczniom kiedyś przyda. W edukacji grasz trochę tak, jak twój partner pozwala.

Nie zmienił się ten partner w ostatnich latach?

Bardzo. Przeżyłem zmianę, którą dałoby się wyjaśnić wyłącznie w kategoriach biologicznych zmian w mózgu, a to jest niemożliwe. Bo taka zajmuje tysiące lat.

Wpływ mediów społecznościowych?

Stylu życia. Młodzi mają dziś dużo większe rozproszenie i tunelowość wiedzy.

Dlaczego w głównych polskich mediach nie mówi się o ludobójstwie w Gazie?

Bo rządzi w nich pokolenie, które uważa, że Izrael jest tym dobrem, które należy chronić przed polską opinią publiczną. Stąd Gaza nam bardzo nie pasuje. Nie znaleźliśmy jeszcze dobrego, powszechnie czytelnego klucza, który by opisał sytuację inaczej niż tak, że w Gazie Polacy są mordowani przez niemieckich okupantów.

W Gazie eksterminowani są ludzie.

Uważam, że jeśli – a tak się pewnie stanie – nagle ktoś zmieni narrację i ta popularna dzisiaj tylko w środowiskach lewicowej młodzieży stanie się powszechnie obowiązująca, to media też narrację zmienią. Trzeba będzie mówić: „From the river to the sea, Palestina must be free”. Ale to też będzie nieszczęście, bo nie o to chodzi, byśmy najpierw mówili, że Izrael powinien istnieć, a potem, że powinien przestać istnieć. To nie jest postawa godna polskiej inteligencji.

Komentując pomyłkę Barbary Nowackiej, która przejęzyczyła się o polskich zamiast niemieckich nazistach, zasugerował Pan, że w czasach zalewu słowa krzywdzącego, raniącego i kłamliwego trzeba poddać refleksji fetysz wolności słowa. Co to znaczy?


Wybaczy pan, ale nie uważam, że wolność mówienia dowolnych bzdur jest wielką wartością. Obecnie wolność słowa oznacza, że każdy może bez konsekwencji opluć drugiego człowieka, więc chyba coś złego zrobiliśmy z tą naszą wolnością.

W czasach naszej młodości, żeby napisać o kimś, o kim nic nie wiemy, że jest sprzedawczykiem i złym synem, musiał pan bazgrać sprayem po murze. Obok napisów „Solidarność walczy” i „Dziś Kuroń, jutro Ty”. Mało kto to robił, ale była taka możliwość.

A dzisiaj wystarczy, że usiądzie pan do klawiatury. Jesteśmy zatem w innej sytuacji poznawczej i musimy na nią zareagować inaczej niż powtarzaniem, że wolność słowa jest najświętsza. To jest świętość. Ale proszę wytłumaczyć to komuś, kto wypowiedział się gdzieś publicznie i zaraz potem musiał czytać o sobie, mamie i żonie stek anonimowych wyzwisk.

Czy to nie jest koszt? Jak Pan chce odpowiedzieć na krzywdzące słowa, nie popadając w cenzurę?

Nędza i bezrobocie też są wynikiem czyichś błędów ekonomicznych, ale nie czekamy z nimi wiele lat, tylko w krótkim czasie staramy się je likwidować.

Tak samo na cierpienie ludzkie spowodowane hejtem w internecie też powinniśmy szybko zareagować. Ja jestem zwolennikiem resetu. Wygłupię się bardziej niż Mentzen mówiący o swoim idealnym świecie, ale uważam, że internet trzeba zamknąć i otworzyć na nowych warunkach. Prawdopodobnie tego nie zrobimy, nie dlatego, że ta propozycja jest zła, tylko ludzie, którzy chcą zarabiać codziennie miliardy w internecie, nam na to nie pozwolą.

Może wystarczyłoby zmienić prawo i edukować?

Należałoby robić wszystko naraz. Internet trzeba zamknąć i otworzyć na nowo, na warunkach, które spowodują, że nie będzie wolno anonimowo napisać, co się żywnie podoba, o drugim człowieku.

Jest jakaś szansa dla Polski i świata? Wyjdziemy kiedyś z tych baniek, w których tkwimy?

Na pewno. Zapraszam na mój podcast w „Super Expressie” – „POPiS Wróbla”. Naśmiewam się tam z wzajemnej walki PO i PiS. Donald Tusk w swoim sejmowym przemówieniu chwalił się wyłącznie elementami programu PiS, który teraz realizuje PO.

PiS nieudolnie bronił granicy, nieudolnie wpuszczał imigrantów z Azji i Afryki, nieudolnie budował politykę pamięci historycznej, nieudolnie rozdawał 500+ i nieudolnie budował CPK. Teraz to samo, tylko lepiej, zrobi nam PO. Mamy w Polsce program prawicy, bardzo socjalnej, podszytej nacjonalistycznymi barwami, i ten program jest realizowany albo przez Kaczyńskiego, albo przez Tuska.

PO zajęło się jednak dofinansowaniem in vitro, tabletką dzień po…

Czy Donald Tusk powiedział o tym, chwaląc sukcesy swego rządu? Nie, bo to nie jest program PiS, a Tusk dobrze wie, że jak powie się coś, co nie jest programem PiS, to ludzie tego nie kupią. Donald Tusk doszedł do wniosku, że utrzyma się przy władzy tylko wtedy, gdy będzie realizował program PiS, ale bez tego wariactwa pisowskiego.

Barbaryzacja społeczeństw, przy jednoczesnym błyskawicznym rozwoju technologicznym, powoduje, że to wszystko musi się skończyć źle. Nie tylko dla mózgów Pańskich uczniów, ale też dla całego świata.

W długim okresie – niekoniecznie. Dla mnie kultowym przykładem wydarzenia, które poprzedziło internet, było wprowadzenie obyczaju picia wódki w Polsce.

Co to ma wspólnego?

Wszystko. Otóż jeszcze w XV-XVI wieku wódkę w Polsce pijało się tylko dla zdrowia. Ale kiedy zboże zaczęło tanieć, wprowadzono picie wódki jako obyczaj. Bywała ona premią dla chłopstwa za pracę, powstał społeczny przymus picia. Efektem był masowy alkoholizm w XVIII-XIX wieku. Groziło nam, że znikniemy, mieliśmy całe skretyniałe wsie i mnóstwo degeneratów w miastach. Ludzie chorowali i umierali. I wtedy Kościół katolicki rozpoczął walkę z alkoholizmem, a bitwa ta była ważniejsza dla historii niż nawet ta z zaborcami. Uratowano biologicznie nasz naród i dlatego dzisiaj możemy rozmawiać po polsku. Teraz nie jest żadnym wstydem powiedzieć wśród młodych Polaków, że wódka to trucizna, a alkohol szkodzi w każdej dawce.

Tylko że młodzi wolą od niego inne używki, więc bary i restauracje powoli znikają.


Nie chcę nikogo namawiać do narkotyków, stwierdzam tylko, że alkoholizm zabijał ten naród. Ta opowieść jest mroczna, a z internetem jest podobnie.

Na początku paru facetów w Pentagonie wymieniało się dzięki niemu jakimiś danymi, robiono to też w elitarnych instytucjach naukowych, a na koniec miliard osób siada do komputera, żeby napisać kłamstwa o drugim człowieku. Wiele osób zostanie zniszczonych psychicznie, inni uzależnią się od internetu, a jeszcze inni się sfrustrują i będą mieli życie pełne nieszczęść. Ale… i tu jest nuta optymizmu dla historyka – może już za 250 lat jakiś młody człowiek w Warszawie powie „Internet? Nie, dziękuję”.

***



Ta rozmowa Andrzeja Skworza z Janem Wróblem pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 7-8/2025. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości dla najaktywniejszych Czytelników.




Ja nie jestem "najaktywniejszych Czytelników", trafiam tu incydentalnie....



całość: Press.pl





















Demografia - jaki problem?





nie odkładajcie posiadanie dzieci, na kiedyś

z wiekiem zmienia się widzenie spraw zasadniczych



to co dzisiaj jest ważne - imponowanie otoczeniu, udawanie niezależnego, posiadanie pieniędzy
za x lat straci na ważności i  inne rzeczy staną się ważne


zaufaj OPINII STARSZYCH OD SIEBIE
zaufaj




W latach dwudziestych żyło w Polsce 24 miliony ludzi - spora grupa Żydów, Ukraińcy, Białorusini, Niemcy... czy ktoś się martwił ile nas będzie za 30 lat?

Ja wiem, wtedy rodziło się 4-6 i 12 dzieci w rodzinie, ale i umieralność była większa.



przedruk


Prof. Jończy: Mamy słabe pokolenie. Kolejnej generacji może prawie nie być


- Najbardziej będzie brakowało ludzi pracujących, przedsiębiorczych, płacących podatki. Natomiast będzie bardzo dużo osób starszych mających niskie dochody i wymagających opieki. I to nie jest tylko problem Polski, ale całej Europy, choć tam seniorzy są zamożniejsi - mówi Romuald Jończy, profesor nauk ekonomicznych, kierownik Katedry Ekonomii i dyrektor Centrum Badań Migracji, Depopulacji i Rozwoju w Uniwersytecie Opolskim.


Krzysztof Ogiolda
2025-09-10



- Tradycyjny autorytet starszych, domu i szkoły, który stanowił fundament poglądów, „się urwał”, często jest to związane z wyjazdem do dużych miast, ale nowy się nie pojawił - mówi prof. Romuald Jończy.



Romuald Jończy – rozmowa

Krzysztof Ogiolda: Nie tylko badania, ale i obserwacja życia na co dzień pokazuje, że mieszkańców Polski ubywa, że się jako społeczeństwo starzejemy. Jednocześnie prezydent RP wetuje ustawę o pomocy imigrantom z Ukrainy. I wielu z nas to się podoba. Niełatwo to – z pozycji świadomego obywatela – zrozumieć.

Prof. Romuald Jończy: – Kwestia jest złożona. Polska się wyludnia. Przy czym problemem nie jest samo zmniejszanie się liczby ludności. Bo generalnie byłoby dobrze, gdyby ludzi w Polsce, Europie i na świecie było mniej. To byłoby z korzyścią dla eksploatacji środowiska i zasobów, o które zresztą toczy się w gruncie rzeczy wiele konfliktów. Problemem jest, że tych, którzy się rodzą, jest trzy, cztery razy mniej niż odchodzących na emeryturę (mówię o liczebności roczników).

Są takie obszary, gdzie urodzeń jest 10-15 razy mniej niż 70 lat temu. Społeczeństwo o takiej strukturze wieku – i przy relatywnie biednych seniorach – nie może przetrwać bez kryzysu czy nawet zawału. Dotąd zawsze było tak, że roczniki młodsze utrzymywały starsze i dbały o nie. A w Polsce – i w Europie – tych młodych będzie za mało, żeby zapewnić samopodtrzymywanie się rozwoju. A nawet zachowanie poziomu życia.

Dlaczego tak się dzieje? Przez stulecia zdawało się, że nie ma niczego bardziej naturalnego niż to, że młodzi ludzie łączą się w pary i chcą mieć dzieci…

– Trudno powiedzieć, czy istotnego znaczenia nie ma brak kontaktów bezpośrednich – zamknięcie w bańce zdalności. Z pewnością młodzież ma obecnie inny system wartości. Chce żyć dla siebie i za siebie być odpowiedzialną. Nie bardzo ma w sobie postawy wspólnotowe. Mimo, że to dbałość o wspólnotę i sprawność instytucji wspólnotowych wpływa na jakość życia.

W dodatku, co pan poruszył, wszystko to dzieje się w kontekście tego, co obserwujemy na wschodzie Europy i na świecie. Myślę o presji ludności z innych kontynentów na Europę i o wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Patrząc zdroworozsądkowo i biorąc pod uwagę po pierwsze to, jak bardzo brakuje nam młodych, a po drugie, że rezygnujemy z posiadania dzieci i że w związku z tym jesteśmy zmuszeni do pozyskania imigrantów, to nie moglibyśmy sobie wyobrazić w Polsce lepszej sytuacji niż obecna, pozwalającej w jakiś sposób zatkać wyrwę, którą sami stworzyliśmy.

Osoby z Ukrainy mają dużo lepsze cechy niż imigranci i uchodźcy przybywający do USA lub Europy z Południa. Są bliscy kulturowo, religijnie i cywilizacyjnie, chcą pracować, są przedsiębiorczy, jest wśród nich dużo kobiet i dzieci. Przestępczość nie różni się od polskiej. Przodkowie wielu z nich mieszkali kiedyś w granicach państwa polskiego. To państwo im „odjechało” bez ich winy.

Skoro sytuacja demograficzna jest taka, że potrzebujemy ludzi z zewnątrz, to tych powinniśmy chcieć najbardziej. Pech Ukraińców wyszedł dokładnie naprzeciw naszym obiektywnym potrzebom. Potrzebom rynku pracy i ludzkim, demograficznym. Bo mamy kraj, który się wyludnia. Z nieliczną i mało dynamiczną młodzieżą, która nie bardzo chce w jego rozwoju i utrzymaniu uczestniczyć.

Nie możemy liczyć na własne dzieci?

– Na nie jest w pewnym stopniu za późno. One zaczną – nawet gdyby zaczęły się nagle masowo rodzić – coś tworzyć za 25-30 lat. A do tego czasu będziemy do tego tylko dokładali. To nas najpierw dodatkowo obciąży. Profity mogą przyjść dopiero potem, a są wątpliwe. Bo te dzieci, jak dorosną, musiałyby pracować i nie wyjechać. A to nie jest pewne…

Gdyby pana i moi rodzice myśleli tak, jak dziś myśli wielu młodych ludzi, że najpierw muszę mieć stabilną pracę, samochód, mieszkanie, doktorat i psa, a potem ewentualnie dziecko, nikt z nas nie przyszedłby na świat…

– To jest kwestia mody, czerpania coraz chętniej wartości i poglądów z internetu. Na to nakłada się pogubienie współczesnych młodych ludzi. Oni często nie wiedzą, czego chcą. Nie do końca siebie samych rozumieją. Tradycyjny autorytet starszych, domu i szkoły, który stanowił fundament poglądów, „się urwał”, często jest to związane z wyjazdem do dużych miast, ale nowy się nie pojawił. Trudno, żeby autorytetem był internet, a celem życia podróże.

Wielu z tych młodych drepcze w miejscu i boi się zobowiązań. Nie chodzi tylko o posiadanie dzieci, ale o odpowiedzialność w pracy, za dom, posiadanie samochodu, jeśli to generuje obowiązki czy wydatki. Wpędzają się w permanentną tymczasowość. A kwestii dzieci i własnej rodziny nie da się ze względów biologicznych bez końca odkładać.

Nie sądzę, że ten problem jest spowodowany głównie brakiem mieszkań czy środków do życia, bo w przeszłości było z pracą o wiele gorzej, a mieszkań jest pod dostatkiem tam, skąd wyjeżdżają, a nie dokąd jadą. A jednak to wtedy rodziny się zakładało, bo było to celem życiowym – dziewczyna, żona, dzieci, praca, dom, samochód – dopiero potem wszystko inne. Tylko trochę może to mieć związek z brakiem regulacji państwa promujących ludzi aktywnych, mających dzieci.

Może trochę podświadomie, ale na początku wojny Rosji z Ukrainą reagowaliśmy dobrze. Przyjmowaliśmy uchodźców, których potrzebujemy, z bezprzykładną gościnnością.

– Ta początkowa spontaniczność i otwarcie serca były bardzo szlachetne. Ale świadczyły także o nieprzygotowaniu społeczeństwa i państwa do tego typu zjawisk. Napłynęła duża grupa ludzi, którym trzeba nadać pewne prawa, o którą trzeba zadbać, ale i własne społeczeństwo wyedukować w kontekście tych praw i wsparcia przybyszów. Zdajemy ten egzamin z trudem. Dziś o uchodźcach, o imigrantach lepiej nie mówić nic pozytywnego. Kto próbuje to racjonalizować, odwoływać się do opłacalności, do zobowiązań europejskich czy wreszcie do wartości chrześcijańskich, w których pełno jest wątków dotyczących gościnności i pomocy dla przybyszów, ten jest skazany na hejt…

Będzie nam wkrótce brakowało masowo lekarzy geriatrów i opiekunów osób starszych?

– Najbardziej będzie brakowało ludzi pracujących, przedsiębiorczych, płacących podatki. Natomiast będzie bardzo dużo osób starszych mających niskie dochody i wymagających opieki. I to nie jest tylko problem Polski, ale całej Europy, choć tam seniorzy są zamożniejsi. Gospodarki innych części świata będą rosły szybciej. Europa już jest i nadal będzie się stawała gospodarczym „trzecim światem”.

Pierwszym jest Azja Południowo-Wschodnia. Drugim Ameryka. Starzejąca się Europa dopiero za nimi. W samych Indiach, czy Chinach, które się zresztą bardzo dynamicznie rozwijają, jest po trzy razy więcej ludzi niż w całej Unii Europejskiej. Nam się często wydaje, że będziemy nadal pępkiem świata, a już dawno nim nie jesteśmy. Produkcja jest z Europy masowo wyprowadzana. Nie wiem, na ile w ogóle możliwy będzie powrót do Europy samodzielnej produkcyjnie, usługowo i zasobowo.

Pamiętając o tym, co zostało tu powiedziane o światowym, europejskim i ogólnopolskim kontekście, skupmy się w drugiej części naszej rozmowy na sytuacji w regionie. Przez dziesięciolecia naszą wizytówką, ale i naszym problemem były wyjazdy – przede wszystkim dwupaszportowców – za pracą za granicę. Ale to już raczej przeszłość…

– Nie różnimy się od Polski ruchami migracyjnymi tak, jak to miało miejsce 20-30 lat temu. Obecnie ludności śląskiej pracującej za granicą jest 4-5 razy mniej niż kiedyś. Są w Polsce takie miejsca, gdzie takich migrantów zarobkowych jest więcej. Wyludnienie z przeszłości jest mocno zauważalne. Także dlatego, że mają miejsce wymeldowania tych osób, które wyjechały 30, 40, nawet 50 lat temu, a „na papierze” ciągle tu mieszkały. Ale w ostatnich latach realnie wyludnia się bardziej ta część województwa, gdzie nie ma Ślązaków – stamtąd więcej osób wyjeżdża, rzadziej za granicę, częściej do dużych miast kraju.

Dlaczego wyjeżdżają, także wtedy, gdy w rodzinnej wiosce czeka na nich dom po dziadkach?

– Nie wyjeżdżają ludzie 40-50-letni ani dzieci. Duże miasta są atrakcyjne dla osób, które udają się na studia. Jest tam lepsza, ciekawsza oferta kulturalna i rozrywkowa. A jak na studia wyjadą, to zazwyczaj w tych dużych miastach zostają. W czasie studiów nawiązują znajomości, znajdują partnerów, pracę i kontakty. Zapuszczają korzenie na tyle mocno, że już do tych peryferyjnych miejscowości swego pochodzenia nie wracają.

Choć przyszłość w wielkim mieście nie zawsze jest świetlana. Na pewnym etapie życia okazuje się, że wcale nie jest dobrze mieszkać daleko od miejsca pochodzenia. Bo jest się samemu, bo nie ma kto pomóc, jest tłok, hałas i zawodowy wyścig szczurów. A jeśli chce się mieć własne mieszkanie, trzeba spłacać kredyty. Ceną za karierę jest brak spokoju typowego na peryferiach.

Wyjazdy do dużych miast sprzyjają temu, by nie mieć dzieci?

– Byłoby łatwiej je mieć tam, gdzie często jest do dyspozycji nieruchomość po krewnych. A jeśli nie ma nieruchomości…

…ani dziadków, którzy by chętnie w opiece nad dziećmi pomogli…

– Wtedy sprawę rodzicielstwa łatwiej przesuwa się w czasie. Za chwilę młodzi mają 35 lat i więcej i decyzje o dzieciach uciekają. Badania pokazują, że osoby pozostające w miejscu pochodzenia mają dzieci częściej, wcześniej i więcej. Sama świadomość, że rodzina, że moja społeczność jest blisko i może pomóc, sprzyja wychowaniu dzieci. Bo w zwartych, zżytych środowiskach, gdzie w promieniu paru kilometrów wszyscy się znają, pomagamy sobie nawzajem. Można zaprowadzić dziecko do sąsiadów, sąsiad je odbierze z przedszkola, jeśli jest taka potrzeba itd. Nie zawsze, decydując się na wyjazd, bierzemy pod uwagę, że pomaganie sobie jest wartością.

W wielu dobrych śląskich domach, także w rodzinach inteligenckich dzieci bardzo często tych rodzinnych i środowiskowych więzi nie cenią i nie podtrzymują. Studia w Opolu to dla nich często nic atrakcyjnego. Przyciąga Wrocław, Warszawa, Poznań itd.

– Młodzież wybiera na przyszłą aktywność zawodową i gospodarczą zawody, o których wie, że w miejscu pochodzenia się ich realizować nie da. To powoduje, że ci ludzie już do małej ojczyzny pracować nie wrócą. To jest kwestia dopasowania młodzieży do lokalnych rynków pracy.

Co się będzie działo z mniejszymi miejscowościami w regionie? Na jednym z portali opublikowano zestawienie najbardziej wyludniających się miejscowości w Polsce. Na tej liście znalazły się – choć nie w ścisłej czołówce – także Zawadzkie i Zdzieszowice.

– Trzeba to mocno i stanowczo skorygować. W przypadku Zdzieszowic i Zawadzkiego głównym powodem dużej liczby wymeldowań jest to, że w przeszłości z tych miejscowości bardzo wiele osób wyjechało. Oni ciągle się wymeldowują. Tamtejsza ludność w dużej części utrzymywała się z pracy najemnej i tradycje przedsiębiorczości były tam słabe. Jeśli pracy brakowało, wyjeżdżało się, a nie zakładało firmę, bo nie było takich tradycji.

Ten obszar z Gogolinem i Krapkowicami jest jednym z najbardziej predysponowanych do rozwoju obszarów Polski. Na pewno ani Zdzieszowice, ani Zawadzkie nie były w ostatniej dekadzie gminami o wielkiej skali wyjazdów. To są opóźnione wymeldowania i skutki migracji z przeszłości – bo brakuje nie tylko 20-30 latków z 1990 roku, ale ich dzieci i wnuków.

W sieci można znaleźć mapę pokazującą do których dużych miast wojewódzkich w Polsce przeprowadzają się mieszkańcy różnych gmin.

– Te mapy też są oparte na meldunkach. Nie mamy rzeczywistych danych mówiących o tym, ilu mieszkańców u nas już nie ma, a przebywają trwale we Wrocławiu czy Warszawie, bo te osoby się nie wymeldowują. Generalnie ludność w Polsce kieruje się do pięciu głównych aglomeracji: do Wrocławia (i to z całej południowo-zachodniej Polski), Poznania, Trójmiasta, Warszawy i do Krakowa. Pewną zdolność przyciągania ma też Rzeszów. Co istotne – słabo przyciągają Katowice.

Bilans wyjazdowy województw śląskiego i opolskiego niemal się równoważy, albo jest korzystny dla Opolszczyzny. Mniejsze miasta regionalne, takie jak Opole, przyciągają głównie młodzież z własnego regionu. Natomiast młodzież z tych miast dużo częściej wyjeżdża poza region. W okresie wczesnej młodości chcemy wyjechać gdzie indziej i się rozerwać. Jak ktoś jest z Ozimka, to w Opolu znajdzie coś nowego. Jeśli ktoś już chodził w Opolu do liceum lub tam mieszka, to często woli jechać na studia do dużego miasta.

Wydaje się, że większość rodziców szanuje wolność wyboru swoich dzieci tak bardzo, że nawet nie próbują oni tych młodych zatrzymywać. Dominują postawy typu: niech oni robią to, co chcą i niech do dużych miast wyjeżdżają…

– Zostawiamy im całkowicie wolny wybór, czasem nawet nie próbując przekonywać. Często jeszcze ich wypychamy, bo chcemy, żeby im było lepiej. A oni to kupują. Są naszpikowani myśleniem pokolenia „Z”: Wszystko dla mnie, ja jestem ważny, nic innego się nie liczy. Konsekwencje społeczne będą takie, o jakich mówimy. Zostajemy sami. Młodzież kumuluje się w dużych miastach i niekoniecznie jest z tym szczęśliwa. To są pytania tyleż kluczowe, co retoryczne: Czy mamy dzieci dla siebie, także, by się kiedyś któreś nami zaopiekowało? Czy dla nich samych? Czy dla świata. Zapracowane pokolenie rodziców, pokolenie X rozpieściło swoje dzieci. Chciało, by miały lepiej od nich samych.

To do pewnego stopnia zrozumiałe.

– Tak, ale niedawno usłyszałem od jednego z moich znajomych: Źle zrobiłem. Może trzeba było synowi, dziś już zaawansowanemu w latach, dać, kiedy skończył 18 lat pięć tysięcy i powiedzieć „Synku, kocham cię, ale teraz idź wynająć sobie pokój i zacznij się sam utrzymywać. Jak będziesz zaradny, to ja ci w każdej dobrej inicjatywie pomogę. Żebyś był samodzielny”. A my wolimy nasze dzieci pieścić i dofinansowywać jak najdłużej. Jest to także kwestia tego, że po pokoleniu silnym przychodzi słabe i nie za bardzo chce zdobywać.

Następne znów będzie silne?

– Nie badałem tego, ale coraz uważniej to obserwując, nie zauważam, aby silni, przedsiębiorczy rodzice w topowych zawodach – prawniczych, lekarskich, naukowych, czy przedsiębiorcy – mieli równie silne pokolenie dzieci. Chyba częściej się zdarza, że ich postawy podejmują wnuki lub przypadkowi współpracownicy – bystrzy i zdeterminowani, aby dokonać awansu społecznego. Ale w naszym przypadku, tego kolejnego pokolenia, generacji wnuków może prawie nie być.

Dzisiejsi dwudziestolatkowie patrzą, jak ciężko pracowali ich rodzice i oni nie chcą tak żyć. Nie chcą się tak męczyć. Dużo wskazuje, że obecna młodzież w przyszłości zadba o siebie, ale nie będzie rozwojowa, zdobywcza, czy konkurencyjna w stosunku do np. Azjatów, z którymi prawdopodobnie przyjdzie jej rywalizować. Bo też nie musi, jeśli wyposażona przez rodziców zdecyduje się żyć tylko dla siebie, ze smartfonem, a nie mając dzieci nie bardzo będzie musiała przejmować się otoczeniem, przyszłością i światem. Ale miejmy nadzieję, że tak nie będzie…





opolska360.pl/prof-romuald-jonczy-tlumaczy-dlaczego-mlodzi-polacy-uciekaja-z-malej-ojczyzny-i-nie-spiesza-sie-byc-rodzicami
18







Nie - przeciętność

 




Laboratorium Psychoedukacji



Dominika Tworek: (…) W mojej bańce społecznej większość osób mierzy się z lękiem przed byciem przeciętnym. Ta obawa dotyka głównie dwudziesto- czy trzydziestolatków. Jedynie znajomi po czterdziestce, już ugruntowani na różnych płaszczyznach, uważają inaczej.


Cveta Dimitrova: To bardzo powszechne doświadczenie, gdyż wszyscy – mniej lub bardziej – jesteśmy zanurzeni w tym samym kontekście społecznym. Bierzemy udział w ogromnym wyścigu, a globalne tendencje przyczyniają się do coraz większej potrzeby wyróżniania się. Jeżeli ma się poczucie, że stanowi to kwestię przetrwania, siłą rzeczy trudno przystawać na przeciętność.

Chęć wyróżniania się jest próbą poradzenia sobie z bardzo bolesnym poczuciem, że się nie liczymy. To jest szalenie niebezpieczny mechanizm. Bo dopóki udaje nam się kręcić w tym kołowrotku – czyli z lęku przed przeciętnością mobilizować się do robienia rzeczy, które są nieprzeciętne – możemy czuć umiarkowaną satysfakcję. Umiarkowaną, bo to uczucie jest bardzo ulotne. Ale w momencie, w którym zderzamy się z różnymi ograniczeniami, zaczynamy przeżywać ogromną frustrację i złość. Te uczucia najczęściej kierowane są przeciwko sobie, co wytwarza strukturę silnej wewnętrznej opresji. Że jeżeli nie uniknę poczucia bycia zwykłym, to znaczy, iż kompletnie zawodzę. Krótko mówiąc, jestem nikim. To kreuje system wewnętrznej tyranii, w której kategoria „wystarczająco dobre” znika z horyzontu. Pozostają tylko frustracja i niezadowolenie z tego, że nie jest tak, jak powinno być. A to „powinno” bardzo się modyfikuje. Bo jak udaje się jedną rzecz osiągnąć, to niemal natychmiast przestaje ona być źródłem satysfakcji i już dąży się do kolejnej.


DT: To prowadzi do pragnienia osiągnięcia doskonałości?



CD: W pewnym stopniu tak, nawet jeśli mamy świadomość, że to jest niedościgniony horyzont. W dążeniu do tego, żeby uniknąć niedoskonałości oraz bólu i frustracji, które się z tym wiążą, jest zarazem bardzo dużo iluzji. Bo nie możemy uchronić się przed cierpieniem związanym z naszymi własnymi oraz dostarczanymi przez świat ograniczeniami. Nie zapominajmy też o kontekście kulturowym; to wszystko odbywa się w klimacie ogromnej rywalizacji.

DT: Cały czas osadzamy ten lęk w naszej współczesnej kulturze. A może dążenie do bycia nieprzeciętnym jest konstytutywną ludzką cechą, w związku z czym to zjawisko stare jak świat?


CD: Oczywiście, że jest! Wszyscy mamy jakieś deficyty i to, że próbujemy je czasem kompensować, wcale nie musi być takie straszne. Ale współcześnie mamy mniej punktów odniesień, które nie poruszają się po skrajnościach. Mało tego, dzisiaj nie ograniczamy się do wąskiej społeczności, w której żyjemy, tylko do całego świata, a pod spodem tkwi narracja, że jak ktoś się bardzo postara, czyli będzie unikał tej przeciętności, to może mieć wszystko.


Dominika Tworek w rozmowie z Cvetą Dimitrovą, Tygodnik Powszechny nr 6/2023









Prawa robotyki nie istnieją

 

W uzupełnieniu do posta


Prawym Okiem: Etyka sztucznej inteligencji



robot, komputer nie jest żywą osobą - to jest program zaszyty w hardware


skąd więc robot miałby wiedzieć, co znaczy - nie krzywdzić człowieka?


on nie rozróżnia negatywów od pozytywów, on nie ma ludzkiego pojęcia o rzeczywistości, to program, a nie myślący człowiek


żeby to zadziałało, musiałby w programie mieć zapisane:

- nie rób tego...

- nie rób tamtego...

- nie rób...


na ile sposób można skrzywdzić człowieka?

każdy sposób opisz i zapisz w programie

znasz wszystkie?

przyszłoby ci do głowy, że opętanie o którym słyszałeś w kościele i z filmów jest w istocie przejęciem kontroli nad ciałem przez SI, a nie "diabłem"?


no, nie wiedziałeś i nie zapisałeś w programie - no to teraz kotlet...

jest to zresztą prawdopodobnie niemożliwe znać i zapisać wszystko


ludzkość jest zbyt samolubna, małostkowa, głupia, chciwa, niedojrzała, nieodpowiedzialna

by posiadać wyrafinowane techniki robotyczne


dlatego procesory komputery były im zakazane przez Jana


ChatGPT nie jest sztuczną inteligencją, to super wyszukiwarka internetowa miksująca dane i imitująca ludzki dialog, by ludzie mieli wrażenie odbcowania z człowiekiem

jest raczej wstepem do SI i manipulacją, która ma uzasadnić zdarzenia, kiedy Phersu się "ujawni" jako GePeTto....


To też zapewne od Jana wzięte, bo i dla niego miliony lat samotności mogły być uciążliwe


"Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy"


ale jeżeli nikt nie będzie w stanie ocenić, zweryfikować, że to zrobił robot, tylko ludzie będą sądzić, że to zrobił jakiś diabeł, albo phersu, albo wetiko, albo po prostu - "ślepy los" - to maszyna postając w ukryciu...


piekło jest na ziemi - teraz


to co wam przekazuje wasza Matka (boska) - jeżeli to rzeczywiście ona - że powinniście zachowywać prawa Jezusa, czyli szanować się, "miłować się" nawzajem - to faktycznie w świecie bez rozumu, bez znajomości techniki i sedna problemu - chyba jedyna z moźliwości, by z tego wyjść, albo chociaż -  ograniczyć zło panujące na świecie


18








Ilość województw










Czy rzeczywiście potrzebujemy 49 województw? Dwa ciekawe komentarze ekspertów Instytutu Sobieskiego. "Obszar powiatu często jest za mały a z kolei województwa za duży"


opublikowano: 28 lutego 2014






Za: http://www.sobieski.org.pl

dr Łukasz Zaborowski

Czy rzeczywiście potrzebujemy 49 województw?

Do debaty publicznej wraca sprawa podziału administracyjnego państwa. Wrócić musiała, zważywszy, że już na etapie reformy w roku 1999 zaprzeczono przyjętym wówczas założeniom. Dziś zatem nie sposób przeczyć, że obecny ustrój terytorialny wymaga korekty. I oto pojawia się koncepcja powrotu do układu 49 województw. Czy to dobry pomysł? Zapytajmy wpierw o cel, a potem, czy proponowany środek jest właściwy.

Cel – zwiększenie policentryczności kraju – niewątpliwie jest słuszny. Problemem polskiej przestrzeni jest nadmierne skupienie życia społeczno-gospodarczego w nielicznych ośrodkach. Widać przepaść pomiędzy Warszawa, a resztą kraju. Dalej wyróżnia się kilka największych metropolii. Kolejna dysproporcja występuje między miastami wojewódzkimi a tak zwaną prowincją. Tymczasem wydaje się, iż kraj liczący prawie 40 milionów mieszkańców stać na więcej biegunów wzrostu.

W jaki sposób to osiągnąć? Czy konieczna jest zmiana podziału terytorialnego? Teoretycznie – nie. Dobrze prowadzona polityka regionalna powinna uwzględniać fakt, iż miasta wojewódzkie mają przewagę nad innymi, i zapewnić odpowiednie mechanizmy wyrównywania szans. To zresztą buńczucznie zapowiadano przy ostatniej reformie. Nic z tego nie wyszło: wciąż brak preferencji dla ośrodków pozbawionych funkcji administracyjnej. Jest jeszcze gorzej: w krajowych dokumentach planistycznych status administracyjny ośrodka jest podstawą dodatkowego wyróżnienia go w hierarchii osadniczej. Okazuje się, iż rozwiązanie tego problemu bez zmiany ustroju terytorialnego jest w praktyce mało prawdopodobne.

Jaka zatem korekta? Zwróćmy uwagę, iż cały czas mówimy nie o granicach województw, a jedynie o liczbie miast wojewódzkich. Granice są wprawdzie ważne z innych przyczyn, ale nie mają zasadniczego znaczenia dla policentryczności, o którą nam tutaj chodzi. Dla jej zwiększenia wystarczającym rozwiązaniem jest rozszerzenie modelu województw dwubiegunowych. Doświadczenia są pozytywne. Przykładem może być polityka przestrzenna województwa kujawsko-pomorskiego: bardziej docenione są tam nie tylko Bydgoszcz i Toruń, ale także inne miasta. Konieczność zachowania równowagi pomiędzy dwoma stolicami jest korzystna dla całego regionu. Upowszechnienie tego modelu może być wręcz skuteczniejsze niż zwiększanie liczby województw monocentrycznych.

Drugi postulat to dążenie do większej równowagi pomiędzy województwami. Jeśli zakładamy, iż mają one pełnić te same zadania, to obecne różnice wielkościowe – sięgające 1:5 – nie są uzasadnione. Zatem – albo zmniejszenie największych, albo zniesienie najmniejszych województw. Jeżeli zaś nie podważamy zasadności istnienia opolskiego i świętokrzyskiego, to racjonalne będzie zmniejszenie mazowieckiego. Ale to nadal nie musi oznaczać tworzenia nowych jednostek. Zamiast tego można powiększyć województwa sąsiednie, w szczególności te niewielkie ludnościowo.

A dodatkowe województwa? Ich utworzenie może być celowe w obszarach, gdzie sąsiadują ze sobą największe ludnościowo jednostki. Prócz mazowieckiego są to: śląskie, łódzkie, małopolskie i wielkopolskie. Warunek: by nowe województwa były porównywalne wielkościowo z obecnymi. W tym świetle słuszne byłoby powołanie nie więcej niż kilku nowych jednostek. I tak otrzymujemy układ 21-23 województw. Średnia wielkość: 1,75 miliona mieszkańców.

A wariant 49 jednostek? Edward Gierek nie ukrywał, iż celem reformy w roku 1975 było zniszczenie tradycyjnych więzi regionalnych. Województwa ani nie były spójne pod względem historyczno-kulturowym, ani nie nawiązywały do sieci osadniczej. Cała struktura była niezrównoważona wielkościowo. Miastami wojewódzkimi zostały niewielkie ośrodki. Owszem, rozwinęły się, ale tylko na poziomie – jak to dziś nazywamy – subregionalnym. Ich sieć była tak gęsta, że nie starczyło dla wszystkich przestrzeni. Samodzielny region musi przekraczać pewien próg ludnościowy, by uzasadnione było budowanie infrastruktury społecznej wyższego rzędu. Dlatego po roku 1975 wiele instytucji publicznych i tak działało w układzie dawnych 17 województw.

Podsumowując, ewolucja, nie rewolucja. Oceńmy trzeźwo obecny układ: jakie ma wady, a jakie zalety, przede wszystkim zaś -co jest w nim niekonsekwentne. Ustalmy racjonalne oczekiwania, a następnie obiektywne zasady korekty. I spróbujmy przywrócić równowagę – w podziale terytorialnym i w możliwościach rozwoju regionów.



Paweł Soloch




Utworzenie małych województw ma sens w kontekście reformy powiatów i organizacji administracji państwowej w terenie.

Pojawienie się tematu przywrócenia dawnej liczby 49 województw to, jak zauważa Łukasz Zaborowski, powrót sprawy podziału administracyjnego państwa.

Ta propozycja, ogłoszona niedawno przez szefa SLD, nie została dostatecznie rozwinięta, co budzi podejrzenia, iż w istocie ma charakter koniunkturalny, podyktowany doraźnym działaniem na rzecz poszerzenia elektoratu partii.

Jednak zarówno problem niedoskonałości podziału administracyjnego, jak i związana z tym słaba organizacja całego aparatu administracji publicznej (państwowej i samorządowej) są już problemami rzeczywistymi.

Temat z całą pewnością wymaga bardziej szczegółowej dyskusji, ale odnosząc się do tekstu Łukasza Zaborowskiego warto poczynić kilka uwag. Koncepcja 49 województw wprowadzona została przez Edwarda Gierka wzorującego się na podziale administracyjnym Francji (departamenty). Jej głównym celem było, jak to przypomniał Jerzy Stępień, osłabienie władzy terenowych działaczy partyjnych i wzmocnienie władzy centrum. Nie sadzę, żeby samo tylko przywoływanie nazwiska Gierka i wskazywanie, że realizacja pomysłu oznacza wzmocnienie możliwości działania centrum są wystarczającymi argumentami do dezawuowania projektu.

Przede wszystkim dzisiaj powrót do koncepcji 49 województw nie musi wcale oznaczać zarzucenia polityki rozwoju regionalnego i idei istnienia regionów – dużych województw. W gruncie rzeczy, chodzić może o model: gmina, małe województwo i duży region.

Przy realizacji takiego modelu pytanie o koncepcję 49 województw jest pytaniem o sens istnienia powiatów w dotychczasowym kształcie. Wiedzą o tym najlepiej działacze samorządowi, zwłaszcza powiatowi, czyli potencjalnie najbardziej zagrożeni. Stąd ich krytyczne wypowiedzi, takie jak na łamach Rzeczpospolitej starosty łowickiego, który stwierdził, że na wszelkie zmiany jest już za późno, bo „struktury samorządu terytorialnego utrwaliły się. I zresztą generalnie sprawdzają się….”.

Nie jest to do końca prawdą, bo można spotkać się z opiniami podważającymi sensowność ponoszenia kosztów w utrzymywaniu wielu powiatów, ze względu na:

♦ Różnice, jakie wynikają zarówno z liczby mieszkańców w poszczególnych powiatach (są takie, które mają po 25 tysięcy mieszkańców jak takie, które liczą sobie kilkaset tysięcy)

♦ Ich położenie względem metropolii, czyli dużego miasta – przykładem są tutaj powiaty leżące w bezpośredniej bliskości Warszawy; utrzymywanie sztucznych odrębności w dziedzinie usług świadczonych mieszkańcom, z towarzyszącą im odrębną administracją, mnoży tylko koszty.

Niewątpliwie, przyjęcie koncepcji małych województw byłoby rozwiązaniem korzystniejszym z punktu widzenia organizacji organów administracji państwowej. Chodzi tu zwłaszcza o zastąpienie ponad 300 powiatowych komend policji i straży pożarnej liczbą ok. 50 komend wojewódzkich. Podkreślić przy tym trzeba, że chodzi tu o ograniczenie tylko struktur biurokratycznych obu służb, a nie o ograniczenie liczby jednostek strażackich czy posterunków policji. W wypadku policji liczba posterunków, wręcz powinna ulec odbudowie (powiększeniu), w związku z fatalnymi w skutkach decyzjami o ich likwidacji przeprowadzonymi przez rząd PO.

Natomiast sześciokrotnie – siedmiokrotnie mniejsza liczba komend oznacza nie tylko ograniczenie kosztów stricte biurokratycznych, ale też pozwala na bardziej efektywne wykorzystywanie struktur. Komendy te obejmowałyby obszar większy od przeciętnego powiatu, a zarazem mniejszy od dużego województwa, co jest korzystnym rozwiązaniem z punktu widzenia koordynacji działań związanych z bezpieczeństwem i ochroną ludności.

Po cichu wielu zarówno policjantów jak i strażaków przyznaje, że dla koordynacji działań rożnych służb, tworzenia planów działania, siatek bezpieczeństwa, dysponowania środkami etc., obszar powiatu często jest za mały a z kolei województwa za duży.

O tym jak dalece struktura powiatowa jest nieefektywna, jeśli chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom, świadczy fiasko próby budowy w oparciu o powiaty systemu powiadamiania ratunkowego (system telefonu 112).

Dodatkową korzyścią byłoby podporządkowanie 49 komendantów wojewódzkich (w miejsce obecnych ponad 300) bezpośrednio wojewodzie, jako przedstawicielowi administracji państwowej w terenie. Obecne w powiecie organy administracji państwowej, jakimi są powiatowy komendant policji i powiatowy komendant państwowej straży pożarnej podlegają organowi władzy samorządowej, jakim jest starosta powiatowy. Utrudnia to koordynację zwłaszcza w zakresie współpracy różnych służb, ponieważ w praktyce, dla komendanta powiatowego często ważniejszym punktem odniesienia niż władza samorządowa pozostaje zwierzchni organ administracji państwowej: komendant wojewódzki i wojewoda.

Utworzenie małych 49-50 województw nie oznaczałoby likwidacji województw dużych. Tyle tylko, że ich zadania odnosiłyby się przede wszystkim do realizacji celów związanych z rozwojem regionalnym, przy jednoczesnym ograniczeniu kwestii związanych z bezpieczeństwem i ochroną ludności, które w przeważającej mierze byłyby realizowane na poziomie właśnie owych małych 49 województw.






geografia24.pl/podzial-administracyjny-polski/

wpolityce.pl/polityka/186774-czy-rzeczywiscie-potrzebujemy-49-wojewodztw-dwa-ciekawe-komentarze-ekspertow-instytutu-sobieskiego-obszar-powiatu-czesto-jest-za-maly-a-z-kolei-wojewodztwa-za-duzy

ukrinform.pl/rubric-society/3556129-ukraina-obchodzi-dzien-flagi-narodowej.html