Maciej Piotr Synak


Od mniej więcej dwóch lat zauważam, że ktoś bez mojej wiedzy usuwa z bloga zdjęcia, całe posty lub ingeruje w tekst, może to prowadzić do wypaczenia sensu tego co napisałem lub uniemożliwiać zrozumienie treści, uwagę zamieszczam w styczniu 2024 roku.

czwartek, 8 grudnia 2016

Tajemnica tragedii na przełęczy Diatłowa




Tajemnica tragedii na przełęczy Diatłowa cz.I - pytania bez odpowiedzi
15-01-16

Jest taka góra na Uralu Północnym, która w języku tubylców, Mansów, nosi miano Otorten czyli "nie chodź tam". 10 km obok niej wznosi się, powiązana z legendami Chołatczachl - Góra Umarłych. W czasie prehistorycznego potopu w kipiących odmętach zginęło na niej 9 mansyjskich wojowników.


To tam, na zboczach Góry Umarłych, w lutym 1959, miała miejsce głośna tragedia, w której w niezrozumiałych, zagadkowych okolicznościach zginęła grupa rosyjskich turystów pod wodzą Igora Diatłowa. Niedługo mija okrągła 57 rocznica tych wydarzeń, która jest dobrą okazją do przypomnienia dramatycznych wydarzeń i pokuszenia się o wyjaśnienie zagadki.

Igor Diatłow
W styczniu 1959 grupa doświadczonych rosyjskich turystów ruszyła na wyprawę, której celem było zdobycie szczytu Otorten. Prowadził ich Igor Diatłow 23-letni student, który miał już duże doświadczenie w zimowych wyprawach, a wejście na Otorten miało być przygotowaniem do wypraw w rejony arktyczne. W ówczesnej radzieckiej klasyfikacji trudności wypraw zimowych, planowana 350-cio kilometrowa trasa, wiodąca w całości po bezludnych terenach, miała najwyższy III stopień trudności. W wyprawie wzięli udział studenci i absolwenci UPI, Uralskiej Politechniki ze Swierdłowska: Zinaida Kołmogorowa studentka wydziału radiowego, 22 lata, Ludmiła Dubinina studentka wydziału budownictwa, 21 lat, Aleksandr Kolewatow student wydziału fizykotechnicznego, 25 lat, Rustem Słobodin inżynier, 23 lata, Jurij Kriwoniszczenko inżynier budownictwa, 24 lata, Jurij Doroszenko student wydziału radiowego, 21 lat, Nikołaj Thibeaux-Brignolle inżynier budownictwa, 24 lata, Jurij Judin student ekonomii, 21 lat, Siemion Zołotariow przewodnik, 37 lat. Wszyscy należeli do klubu sportowego przy UPI i mieli za sobą zimowe wyprawy II kategorii. Diatłow zaś rok wcześniej brał udział w wyprawie zimowej III kategorii na Ural Subpolarny.
26 stycznia grupa dotarła do punktu startowego, wsi Wiżaj. Tu, na skutek choroby, odłączył się od nich Jurij Judin. Żegnając się z przyjaciółmi nie wiedział, że z nich wszystkich tylko on przeżyje. U mieszkającego w Wiżaju lotnika Patruszewa, który doskonale zna z powietrza okolice góry Otorten, Diatłow konsultuje drogę wyprawy. Patruszew odradza im trasę, proponuje by ominęli okolicę. Jednak góra ciągnie Diatłowa jak magnes. Jeszcze nikt nie był na niej zimą. Turyści lekceważą złowieszcze miano szczytu i ruszają w bezludne góry.
12 lutego mija termin alarmowy, w którym grupa Diatłowa miała powrócić do Wiżaju, ale nikt się początkowo nie martwi. Turyści są doświadczeni, a opóźnienia w wyprawach turystycznych zdarzają się często. Dopiero 15 lutego dyżurny klubu sportowego przy UPI, podnosi alarm, jednak przygotowania do rozpoczęcia poszukiwań idą niespiesznie. 20 lutego rodziny zaginionych interweniują w obwodowym komitecie partii. Natychmiast w rejon planowanej trasy zostaje wysłany zwiad lotniczy, a kilka grup ratowników desantuje się z helikopterów na całej zaplanowanej trasie wyprawy.

Grupa Słobcowa, która odnalazła namiot turystów
26 lutego ratownicy działający w okolicy Chołatczachl znajdują ślady turystów prowadzące na przełęcz u stóp szczytu. Wydostają się ponad granicę lasu i dostrzegają w oddali, na zboczu góry, wystający spod śniegu czubek namiotu. W namiocie nikogo nie ma, za to na śniegu widnieją prowadzące w dół ślady ludzi. Następnego dnia po śladach schodzą w dół i tam na początku strefy lasu, pod wielkim cedrem syberyjskim znajdują zwłoki dwóch turystów. To Kriwoniszczenko i Doroszenko, bosi i ubrani tylko w bieliznę. Wkrótce 300m od cedru w stronę namiotu natykają się na wystającą ze śniegu rękę. To Diatłow. Rozpoczyna się śledztwo.


Położenie przedmiotów w namiocie, butów, wierzchnich ubrań, legowisk świadczyło, że namiot został opuszczony w tym samym momencie, nagle przez wszystkich turystów. Przy tym, jak ustalono później w kryminalistycznej ekspertyzie, odstokowy bok namiotu ku któremu turyści byli ułożeni głowami, został rozcięty nożem od wewnątrz (wyjście było zasznurowane) tak, że umożliwiło to szybkie opuszczenie namiotu.
Ślady zbiegające w dół prowadziły ok. 500m i tam nikły zasypane wiatrem. Badanie ujawniło, że
 
  Ślady na śniegu
niektóre z nich były zostawione przez bose, albo prawie bose stopy, jedne były obute, pozostałe w skarpetach. Był też ślad jednego walonka. Ani w namiocie ani w pobliżu nie znaleziono śladów walki, przestępstwa, czy bytności innych ludzi. Wszystkie rzeczy leżały na miejscu łącznie z pieniędzmi i dokumentami.
Co takiego mogło się stać, że turyści rozcięli i rozerwali namiot, by jak najszybciej się z niego wydostać i w jednej chwili, nie myśląc o założeniu butów czy zabraniu ciepłych rzeczy, rzucić się w dół stoku tak, jak spali w namiocie? I dlaczego nie powrócili do namiotu?

Ekipa śledcza przy namiocie























Oględziny wykazały, że zwłoki Kriwoniszczenki i Doroszenki leżały przy resztkach niewielkiego ogniska u stóp cedru. Kriwoniszczenko jedną stopę miał gołą, na drugiej skarpetę, kalesony i koszulę flanelową. Na lewej goleni i stopie poparzenia. Doroszenko leżał obok twarzą w śnieg, twarz miał zakrwawioną, poparzoną stopę, nadpalone włosy. Wkoło walały się części ubioru, koszula flanelowa, szalik, kawałek swetra, nadpalone kominiarka i skarpetka. Dolne gałęzie drzewa były poobłamywane, a ślady na korze świadczyły że wspinano się do góry na wysokość 5m, gdzie gałęzie były wyłamane z jednej strony, tak jakby chciano utworzyć "okno" z widokiem w kierunku namiotu.
Diatłow leżał w śniegu głową w kierunku namiotu. Odziany był dużo lepiej, koszula flanelowa, sweter, futrzany bezrękawnik, kalesony, spodnie, na stopach skarpety. Rana dłoni od drugiego do piątego palca. Twarz miał zalodzoną, świadczącą, że przed śmiercią dyszał w śnieg.
Do 5 marca przy pomocy psów i sond lawinowych znaleziono jeszcze dwa ciała, Słobodina i Kołmogorowej. Tak, jak Diatłow, leżały one w pozycjach wskazujących, że próbowali oni wrócić do namiotu. Słobodin leżał o 180m bliżej namiotu niż Diatłow, a Kołmogorowa następne 150 m  dalej. Ich ciała zastygły w dynamicznych pozach na podejściu. Oboje byli ubrani dość ciepło, choć bez butów. Słobodin miał jeden walonek. U obydwojga stwierdzono krwotoki z nosa, a Słobodin miał pękniętą czaszkę. Ekspertyza wykazała, że wszyscy turyści umarli z powodu zamarznięcia, a uszkodzenie czaszki Słobodina nie zagrażało jego życiu.
Śledztwo przedłużało się, gdyż nie udawało się odnaleźć pozostałych turystów mimo, że władze nie przerywały poszukiwań. Wkrótce w Swierdłowsku zaczęły rozchodzić się niepokojące plotki. Stało się to za sprawą zjawisk, jakie jeszcze przed rozpoczęciem akcji ratowniczej, zaobserwowano w wielu miejscach obwodu swierdłowskiego. 17 lutego o 6.50 na niebie pojawiła się ognista kula wielkości księżyca ciągnąca za sobą pierzasty obłok. Następnie kula zaczęła jaśniej świecić, a obok niej pojawił się jasny obłok, który zaczął rozszerzać się na całą wschodnią część nieba. Stopniowo obłok zaczął się zwiększać, mając w centrum świecący punkt o zmiennej jasności. Zjawisko zaczęło się obniżać ku linii horyzontu jednocześnie rozmywając się, aż wreszcie ok 7.05 znikło. 31 marca podobną ognistą kulę zaobserwowała grupa poszukiwawcza w rejonie Chołatczachl.
  Pogrzeb odnalezionych turystów
Gdy rozpoczęły się pogrzeby odnalezionych turystów (trumny były otwarte), wszyscy mogli zobaczyć nienaturalny pomarańczowo brązowy kolor ich skóry. Wśród ludzi zaczęły się plotki, że turyści padli ofiarą wojskowych eksperymentów i wybuchów.
Sprawa nabrała nowego charakteru, gdy wiosną na początku maja topniejący śnieg zaczął odsłaniać w okolicy cedru kawałki poszarpanych ubrań. Ślady prowadziły kilkadziesiąt metrów dalej do wąwozu strumienia. Tam, pod blisko 3-metrową warstwą śniegu odkopano brakujące ciała. Na trupach znaleziono części odzieży, swetry, spodnie, które później zidentyfikowano jako należące do Kriwoniszczenki i Doroszenki. Dubinina miała nadpalone spodnie, zaś Kolewatow nadpalone skarpety i rękawy.
Okazało się, że odnieśli oni poważne i rozległe urazy wewnętrzne przy braku zewnętrznych uszkodzeń. Thibeaux-Brignolle miał strzaskaną wieloodłamkowo czaszkę ze złamaniem jej podstawy, Dubinina złamania 10 żeber po obydwu stronach klatki piersiowej, Zołotariow połamanych 6 żeber z prawej strony. Kolewatow miał ranę skroni do kości. Przy tym zwłoki Zołotariowa i Dubininej nie miały oczu, a Dubinina miała wyrwany język. Lekarz, który badał zwłoki porównał rozległość obrażeń do tego typu, jakie powstają przy uderzeniu samochodem. Stwierdził, że nie mogły one powstać przy udziale osób trzecich, a przykładowo, wielkiej siły która uniosłaby ciała i rzuciła je, lub wskutek silnej fali uderzeniowej.
Gdy przy badaniu zwłok i ubrań stwierdzono ślady napromieniowania odzieży, prowadzący je prokurator otrzymał od władz zwierzchnich polecenie natychmiastowego zamknięcia sprawy. W podsumowaniu zapisał: "Przyczyną śmierci turystów była nieznana siła, której turyści nie byli w stanie się przeciwstawić". Akta śledztwa objęto ścisłą tajemnicą (zostały odtajnione w latach 80-tych), a teren został zamknięty dla turystów.
Wokół śledztwa szybko narosło wiele niejasności i hipotez. Co mogło zmusić turystów do tak nagłej ucieczki z namiotu, w niekompletnych strojach, nawet bez włożenia butów, a następnie ucieczki w las i pozostawania tam przez długi czas mimo panującego mrozu? Wszystko wskazuje na to, że po śmierci Kriwoniszczenki i Doroszenki grupa zabrała część ich odzieży, a następnie podzieliła się. Trzy osoby próbowały wrócić do namiotu, ale nie dotarły do niego, a cztery pozostałe weszły głębiej w las, gdzie znaleziono je na dnie 6-metrowego wąwozu.
Próbowano kojarzyć śmierć turystów z atakiem Mansów, którym mogła nie podobać się obecność turystów w rejonie świętych miejsc lub zbiegłych więźniów z Iwdielłagu (w tajdze na północ od Wiżaju, w obozach, znajdowało się kilka tysięcy więźniów). Jednak brak było śladów rabunku, a poza tym śledczy wykluczyli udział, a nawet obecność osób trzecich.
Niektórzy tłumaczyli ucieczkę turystów odgłosem, który mogli oni wziąć za schodzącą lawinę. Jednak grupa ratunkowa nie znalazła śladów lawiny, poza tym Igor Diatłow jako doświadczony turysta rozbił obóz w bezpiecznym miejscu, o małym nachyleniu.
Jedną z najpopularniejszych teorii stała się hipoteza o tym, że turyści przypadkiem znaleźli się na terenie nieoficjalnego poligonu, gdzie testowano nowe typy broni. Teorię tę wzmacniał fakt kilkukrotnego zaobserwowania w tamtych czasach świetlistych kul na niebie. Na ostatnim kadrze z fotoaparatu dziatłowców znajduje się nieostre ujęcie jakiegoś świetlnego zjawiska. W późniejszych latach znajdowano w okolicy różne metalowe elementy. Kolejna poszlaka to ślady radioaktywności na niektórych ubraniach. Jednak wojsko nigdy  nie potwierdziło takich teorii. Nie udało się też udowodnić istnienia w pobliżu miejsca zdarzeń poligonu. Trudno było powiązać obrażenia wewnętrzne turystów przy braku zewnętrznych ran z działaniem broni. Podczas akcji ratunkowej nie natrafiono też na ślady ewentualnych wybuchów.
Nic dziwnego, że wśród wyjaśnień znalazły się również teorie o UFO czy Yeti, śnieżnym człowieku. Ostatnio próbę wyjaśnienia przedstawił amerykański autor książki Dead Mountain: The Untold True Story of the Dyatlov Pass Incident, D. Eichar. Według niego w wyniku ukształtowania terenu i działania wiatru doszło do wygenerowania infradźwięków, które spowodowały niesłyszalne dla ludzkiego ucha, ale wywołujące uczucie silnego niepokoju pomruki.W niekontrolowanej panice turyści uciekli do lasu. Obrażenia wewnętrzne miały powstać w wyniku wpadnięcia turystów do jaru.






Sprawą tragedii zajmował się też dziennikarz ze Swierdłowska Jurij Jarowoj, który w 1967 napisał na ten temat książkę. Także w późniejszym czasie gromadził dokumenty i opowieści świadków, które miały posłużyć do wydania następnej pracy. W 1980 roku zginął w wypadku samochodowym, a jego archiwum zostało wywiezione na wysypisko śmieci. Uzasadniono to brakiem spadkobierców. W wypadku nie dopatrzono się winy osób trzecich.
Tragiczny los spotkał lotnika Patruszewa, który daremnie ostrzegał Diatłowa. Jak wspomina jego żona, Patruszew po powrotach z lotów nad tajgą: Mówił, że coś ciągle przyciągało go tam. W powietrzu często widywał świecące kule, a wtedy samolotem zaczynało trząść, przyrządy odmawiały posłuszeństwa, a głowa zaczynała potwornie boleć. Wtedy zmieniał kurs i wszystko wracało do normy. Później znowu tam wracał. Mi mówił, że niczego się nie boi, że nawet jeśli silnik przestanie pracować uda mu się wylądować (…).”
Jego samolot rozbił się na zboczach Chołatczachl. W wyniku śledztwa stwierdzono, że Patruszew rozbił się podczas próby awaryjnego lądowania.
Rodziny ofiar długo zabiegały o wyjaśnienie śmierci swoich bliskich. Założono w tym celu fundację. W 2008 roku odbyła się konferencja, na której kolejny raz próbowano, korzystając z opinii wielu ekspertów i dokumentów wyświetlić tę sprawę. Na jej zakończenie rodziny zaapelowały do władz wojskowych o udostępnienie wszelkich możliwych informacji. Odpowiedzią było milczenie.

15-01-16
W pierwszej części artykułu przedstawiłem historię tragedii grupy Diatłowa. Zadaniem obecnej części będzie próba wyjaśnienia tych niezrozumiałych zdarzeń oraz obalenie wielu narosłych wokół niej mitów, przeinaczeń i fałszów. Przez lata budowano na ich podstawie mniej lub bardziej sensowne teorie, które zapuściły mocne korzenie wśród tych, którzy interesowali się tym zdarzeniem. Jakiekolwiek proponowane wyjaśnienie, nie może się więc obejść bez podważenia dotychczasowych hipotez. Wymaga to dość drobiazgowych i obszernych wywodów, ale u ich kresu leży walor edukacyjny zwłaszcza dla turysty górskiego.

Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z tą historią, okraszoną sensacyjnymi szczegółami, fantazjami i przeinaczeniami, moje domysły, jak wielu innych
Jedno ze zdjęć z aparatu diatłowców,
koronny dowód hominologów na śledzenie
i zaatakowanie grupy przez Yeti.
czytelników szły sensacyjno spiskowym torem. Najbardziej prawdopodobnym wydawało się, że może istotnie turyści trafili w nieodpowiedni czas i miejsce, gdzie testowano broń. Może był to przypadkowy upadek resztek rakiety? Może rozwścieczony wtargnięciem na swój teren Yeti lub pułkownik KGB? Teren był bezludny, a przez to teoretycznie dogodny na przeprowadzanie dowolnych dopuszczalnych fantazją testów i eksperymentów.
Były jednak w takim podejściu luki, które trudno było wypełnić. Podstawową, o której trzeba wspomnieć, nim przystąpi się do rekonstrukcji zdarzeń, jest powtarzanie fałszu, jakoby turyści wpadli w panikę i uciekli w popłochu. Owszem, rozcięcie namiotu nożem, by jak najszybciej się z niego wydostać, wskazuje na panikę. Ślady na śniegu, jakie odnaleźli ratownicy poniżej namiotu, świadczą już o czymś zupełnie innym. Turyści odchodzili w dół małymi krokami, powoli i w zorganizowanym, na wzór szeregu, szyku. Jest to mocno poświadczone w aktach śledztwa i o żadnej ucieczce w panice nie ma mowy. Była to jedna z największych zagadek śledztwa. Dlaczego więc w opisach tragedii grupy Diatłowa, jak mantrę powtarzane jest zmyślenie o ucieczce turystów w panice do lasu? Prawdopodobnie tylko dlatego, że większość teorii, bazujących na przerażeniu turystów przez UFO/Yeti/eksplozje, bez tego przeinaczenia, kolokwialnie mówiąc, nie trzyma się kupy.

Zanim przejdziemy do rekonstrukcji wydarzeń wypada zdemistyfikować inne ważne przeinaczenia i legendy jakimi obrosła, a ściślej mówiąc, jakimi starano się ubarwić tę historię.
Otorten czyli Góra-nie-idź-tam. Odnalezienie, kto pierwszy wymyślił takie tłumaczenie nazwy góry, to pole do popisu dla naprawdę wytrwałego bibliografa. Może jest to nawet nieumyślne zniekształcenie, wynikające z zeznań Patruszewa, który pytany o Otorten, mówił diatłowcom, "nie idźcie tam". Prawda jest taka, że nazwa Otorten nie ma w sobie nic tajemniczego. Jest to zniekształcona przez rosyjskich kartografów mansyjska nazwa Wot-Tartan-Siachył, która na dodatek odnosi się do szczytu znajdującego się 5km na północny wschód. W języku mansyjskim znaczy to "góra puszczająca wiatry", co wynika z osobliwego ukształtowania grzbietów w tej okolicy, powodującego częste wichury (za: Т. Д. Слинкина: МансийскиеоронимыУрала. Ханты-Мансийск, ОАОИД "НовостиЮгры",2011г.).
Tak zniekształcona nazwa, została przez dawnych kartografów pomyłkowo przypisana obecnemu szczytowi i tak już pozostało. Jego rzeczywista
 Mansowie w I poł. XX w.
mansyjska nazwa to Łunt-Chusap-Siachył czyli Góra Gęsiego Gniazda. U jej stóp znajduje się górskie jeziorko Łunt-Chusap-Tur, czyli "jezioro gęsiego gniazda", z którego początek bierze rzeka Łozwa (za: А.К. Матвеева, ГеографическиеназванияУрала. Топонимическийсловарь; Екатеринбург, "Сократ", 2008г.:). Dla pełnego wyjaśnienia, sformułowanie "nie idź/cie tam", w języku mansyjskim brzmiałoby "tuł uw minen". Tuł - tam, minen - liczba poj. lub mn. w drugiej osobie czasownika "iść", uw - zaprzeczenie imperatywu. Żadna taka nazwa w okolicy nie występuje.
Chołatczachl czyli Góra Umarłych. Prawdziwie mrożąca krew w żyłach nazwa (zwłaszcza post factum), ale i w tym przypadku mamy do czynienia z wielorakimi przeinaczeniami. Do momentu tragedii, nie ma rzetelnych danych o nazwie tej góry. Jedynie na jednej z map, z przełomu XIX i XX wieku, występuje dla niej nazwa Auspi-Tump, a dla niewielkiego wierzchołka w jej wschodnim ramieniu, po przeciwnej stronie obecnej przełęczy Diatłowa, МаньХола-Чахль- Mała Góra Choła (obecnie wierzchołek 905m n.p.m). W 1959 roku, podczas  akcji poszukiwawczej, miejscowi Mansowie pytani o górę, podali nazwę Wwierchauspii. Obecnie wiadomo, że nazwa Auspii-Tump odnosi się do wyspowego wierzchołka na południe od rzeki Auspii. Niezależnie od tego, czy feralna góra nosiła miano Chołatczachl, jeszce przed tragedią, czy też poprzez sąsiedztwo przeniesiono na nią, tak "atrakcyjną" dla poszukiwaczy anomalii i mistyków, nazwę mniejszego wzniesienia, to nie należy jej tłumaczyć jako Góra Umarłych. W języku mansyjskim śmierć, w odniesieniu do człowieka, to "sorum", a umrzeć to "sorumi patungkwe", dosł. "wpaść w śmierć". W odniesieniu do świata przyrody ożywionego i nieożywionego odpowiadającego na pytanie "co", a nie "kto", słowo padać, zdychać, kończyć się, to "choołungkwe". Co do znaczeń słowa "chooła", wspomniana T . Д. Слинкина, podaje jeszcze, że może oznaczać stare szczątki, znalezione po długim okresie czasu, miesiącach, latach, w stanie rozkładu, zmumifikowania, szkielety. "Chooła" w odniesieniu do zmarłego człowieka jest słowem tabu, a użyte w kłótni stanowi jedną z najcięższych obraz. Szukając analogii w języku polskim, narzuca się zestaw słów związany ze zwierzętami, jak padlina, zdechnięcie (obraźliwe: "ścierwo", "obyś zdechł"), które także w naszym języku, w odniesieniu do zmarłego człowieka, są określeniami tabu. Określenie "chooła" jest dość często używane w toponimii mansyjskiej w odniesieniu do wierzchołków, jezior, polan itp., i zazwyczaj oznacza paskudne miejsce, gdzie środowisko naturalne jest nieprzyjazne, gdzie wszystko padło, zmarniało i z punktu widzenia człowieka do niczego sie nie nadaje. Podsumowując, przez porównanie to, tak jakbyśmy próbowali nazwę Morze Martwe przekuć w Morze Umarłych.
 Miejsce odnalezienia zwłok turystów w dolinie potoku. 
Z innych zniekształceń przytaczanych przy opisach historii Diatłowa, wyjaśnijmy te dotyczące braku gałek ocznych i języka u niektórych ofiar. Protokół sekcji wprost stwierdza, że był to efekt zmian pośmiertnych wynikających z wielotygodniowego pozostawania zwłok w nurcie strumienia. Wspominanie o tym fakcie w aurze sensacji, ma ubarwić i zwiększyć tajemniczość całej historii. Wypada też wspomnieć, że potok ten nie płynie w żadnym wąwozie, do którego można by pospadać odnosząc poważne obrażenia. Jego stoki są łagodnie nachylone.


Przytaczany "fakt" ma za zadanie łatać dziury logiczne w teoriach, które nie potrafią wytłumaczyć przyczyny poważnych obrażeń wewnętrznych ofiar.


Rekonstrukcja:
Śledztwo, bo tak trzeba to nazwać, które wyjaśniło przebieg tragedii, zawdzięczamy w głównej mierze Jewgenijowi Bujanowowi, mistrzowi sportu w turystyce z Klubu Alpinistów "Sankt-Petersburg". Trwało ono kilka lat, w trakcie których Bujanow dzielił się swoimi ustaleniami w Internecie oraz ze specjalistami z różnych dziedzin. Pozwoliło to na uściślenie wielu faktów i sprawdzenie hipotez, na których gruncie stanęła ostateczna wersja przyczyn wydarzeń. Bujanow poszedł tropem jednej z mniej rozważanych hipotez, a mianowicie lawiny. Hipoteza ta została odrzucona zaraz na początku śledztwa w 1959 roku, z tego względu, że uczestnicy akcji ratunkowej, doświadczeni turyści i alpiniści, nie dopatrzyli się śladów po lawinie. Uznali też, że namiot został rozbity w terenie bezpiecznym pod tym względem. Pierwszym, który w połowie lat 90-tych podniósł kwestię lawiny, jako przyczyny tragedii, był jeden z uczestników i głównych kierujących akcją ratowniczą w 1959 roku, M. Akselrod. Stało się to, za przyczyną ujawnienie akt śledztwa z 1959 roku. Tak doświadczony turysta i alpinista od razu dostrzegł w urazach trójki najbardziej poszkodowanych turystów, typowe obrażenia dla ofiar lawin. Jego hipoteza nie została jednak szerzej przyjęta, gdyż nie tłumaczyła porzucenia sprzętu i śladów radiacji na odzieży.
W grupie Diatłowa prowadzono dziennik wyprawy, dzięki któremu znamy przebieg zdarzeń do dnia poprzedzającego tragedię. Osobne dzienniki prowadzili także Kołmogorowa oraz Zołotariow (w tym przypadku autorstwo nie jest w 100% pewne, ale najbardziej prawdopodobne).
Styczność z cywilizacją grupa utraciła 27 stycznia, gdy z ostatniego zamieszkałego osiedla dowieziono im plecaki do porzuconego osiedla zwanego 2-Siewiernyj. Sami turyści przeszli ten kawałek, na lekko, na nartach.


Nad ranem sanie odjechały razem z chorym Judinem. Turyści ruszyli na nartach wzdłuż rzeki Łozwy i Auspii. Marsz utrudniała słabo zamarznięta rzeka. Musieli często się zatrzymywać by czyścić narty z mokrego śniegu. Pierwsza noc w namiocie była ciepła, zwłaszcza że mocno grzał piec. W praktyce zimowych wypraw turystycznych w Rosji, używano wieloosobowych namiotów i małych składanych piecyków, których komin  wyprowadzano przez dach lub ściankę namiotu. Pozwalało to każdego dnia wysuszyć ubrania, a rano rozmrozić i nałożyć buty. Stopniowo robiło się coraz zimniej od -8 stopni na starcie do -26 nocą trzeciego dnia marszu. Zaczął też wiać wiatr.
31 stycznia turyści zaplanowali podejście pod przełęcz zwaną obecnie przełęczą Diatłowa, by na skraju lasu pozostawić depozyt żywności. Stąd czekało ich dwudniowe powrotne przejście ku północy na Otorten. Trasa tego dnia okazała się bardzo ciężka. Turyści podchodzili pod przełęcz, przez las, długim trawersem w głębokim na 2 metry śniegu. O trudzie marszu świadczy sposób przecierania szlaku. Prowadzący zrzucał w śnieg plecak i torował przez 5 minut. Następnie zawracał do plecaka, odpoczywał 10-15 minut i doganiał grupę. W ten sposób poruszali się z prędkością 1,5-2km na godzinę. Gdy dotarli pod przełęcz, na granicę lasu, napotkali przenikliwy, zwalający z nóg wiatr. Wobec braku dobrego miejsca na zostawienie depozytu i silnego zmęczenia, zdecydowali się na zejście z powrotem do lasu w dolinie Auspii. Tu znaleźli zaciszne miejsce. W dzienniku Diatłow zanotował, że trudno sobie wyobrazić podobną wygodę noclegu, gdzieś na grzbiecie przy wyciu przenikliwego wiatru. Jest to ostatni zapis w dziennikach turystów. Resztę zdarzeń możemy rekonstruować w oparciu o znalezione ślady.
Mapa szczytu Chołatczachl, dolina Auspii w prawym dolnym rogu, zaznaczono miejsce ostatniego biwaku i depozytu, miejsce znalezienia namiotu i miejsce przy cedrze w dolinie dopływu Łozwy, gdzie znaleziono ciała.
 Następnego dnia 1 lutego, w miejscu noclegu, turyści zostawili 55 kg depozytu. W drugiej połowie dnia, jak można wnioskować ze zdjęć, ruszyli do góry na grzbiet Chołatczachl, by po około jednej, dwóch godzinach marszu rozbić namiot na odkrytym stoku północnowschodniego grzbietu góry. Dlaczego zdecydowali się na biwak w tak niedogodnym miejscu, wystawionym na porywy mroźnego wiatru? Wszak w śledztwie, leśnik z Wiżaju zeznał, że rozmawiając z Diatłowem i Kołmogorową uprzedzał ich o śmiertelnym niebezpieczeństwie wiatrów na odkrytych skłonach. Ci jednak odpowiedzieli: "Eto dla nas, "pierwyj klass"". Trzeba nadmienić, że tylko Diatłow miał doświadczenie w biwakowaniu powyżej granicy lasu, wyniesione rok wcześniej z udziału w wyprawie na Ural Subpolarny. Wszystko wskazuje na to, że celem tego noclegu było przećwiczenie takiego biwaku całą grupą. Wybór miejsca mógł być podyktowany bliskością poprzedniego, dobrego miejsca biwakowego, co zapewniało możliwość łatwego odwrotu w przypadku jakichkolwiek problemów. Plusem było też to, że do trudnego biwaku przystępowali w dobrej formie, niezmęczeni, i po poprzednim wygodnym noclegu.

Trójwymiarowa prezentacja masywu Chołatczachl na podstawie zdjęć satelitarnych z zaznaczonymi miejscami zdarzeń, jak na mapie powyżej.



Z ostatnich zdjęć wykonanych przez turystów na podejściu i podczas rozbijania namiotu wynika, że widoczność była mocno ograniczona i wiał
wiatr powodujący tzw. niską zamieć. Stok w większości wywiany był do kamieni, a tylko w większych zagłębieniach i przełamaniach stoku pokrywa była grubsza sięgając głębokości nawet do dwóch metrów. By postawić swój namiot, mający długość 4,5m turyści musieli znaleźć odpowiednio rozległe, równe miejsce. Znalezienie takiej platformy na stoku jest praktycznie niemożliwe. Jak przypuszczał Akselrod, po znalezieniu mniej więcej równego miejsca, turyści wykonali  platformę wkopując się w śnieg, przy czym w tylnej części znacznie głębiej, na głębokość około jednego metra (punkt 2 na zdjęciu). Był to stok zawietrzny (4)  o nachylenie nieco powyżej 20 stopni (5). Północnozachodni wiatr na stoku pokrytym tzw. gipsem, odkładał kilku/kilkunastocentymetrową warstwę świeżego śniegu (3 - plecak postawiony w luźny śnieg).  Oprócz zadania wyrównania platformy pod namiot, wkopanie się w stok miało chronić go przed porywami wiatru. Z przodu postawili ściankę z bloków śnieżnych co dodatkowo miało chronić przed wiatrem. Namiot ustawiony był tyłem do wiatru z wyjściem skierowanym ku przełęczy. Na platformie ułożyli narty wiązaniami w dół, a na nie postawili namiot. Dno namiotu wyścielili waciakami i plecakami, a na to rozłożyli dwa koce. Od góry przykryli się kocami i kurtkami. Śpiworów nie posiadali, gdyż klub śpiwory wydawał tylko na wyprawy alpinistyczne. Położyli się głowami od stoku z butami koło nóg. Dwie osoby w przedniej części spały głowami do stoku. Przy wyjściu znajdowały się piła, 3 siekiery i piec załadowany przyniesionym z doliny drewnem (co świadczy o tym, że biwak powyżej granicy lasu został z góry zaplanowany). Pieca nie rozpalali, decydując się na mroźną noc, by nad ranem móc się ogrzać, rozmrozić buty i natopić wody.
W nocy pogoda zaczęła się pogarszać. Bujanow we współpracy z meteorologami, na podstawie archiwalnych pomiarów z najbliższych stacji  meteorologicznych oraz archiwalnych map pogodowych stwierdzili, że od północy nadszedł gwałtowny front arktyczny. W najbliższej wydarzeniom stacji Burmantowo, 1 lutego temperatury spadły od -5 stopni w dzień, do -29 między godziną 5 a 7 rano następnego dnia. Skok w dół temperatury, w przeciągu feralnej nocy wyniósł 19 stopni. Na podstawie map pogodowych i zmian ciśnienia meteorolodzy uznali, że przechodzeniu frontu towarzyszył północnozachodni wiatr o prędkości nie mniejszej niż 10-15 m/s. W takich warunkach pogodowych, przy potęgowaniu wiatru, zatrzymanie się turystów pod osłoną grzbietu góry i głębokie wkopanie namiotu jest zrozumiałe. Namiot o takich wymiarach cechowała słaba odporność na wiatr i ryzyko jego porwania.


Wkopując namiot tak głęboko, turyści podcięli stok śnieżny, najpierw usuwając warstwę tzw. gipsu a następnie znajdującego się pod nim luźnego śniegu. Gips często powstaje na powierzchni pokrywy śnieżnej na odkrytych stokach gór. Powstaje z puchu, który stopniowo utwardza się pod 
wpływem działania sił wiatru i niskiej temperatury. Gips jest w pierwszej fazie powstawania sypki, z czasem zmienia kolor na matowo mleczny, robi się na powierzchni szorstki i twardy, tworząc zwartą zbitą skorupę, która często jest wyrzeźbiona przez wiatr w bruzdy i fale. Przy nagłych
ochłodzeniach bardzo często pod warstwą gipsu tworzą się puste przestrzenie, a od spodniej strony na skutek parowania i rekrystalizacji, tworzy się szron wgłębny z warstewką lodu, w ogromnym stopniu zmniejszającym tarcie i przyczepność. W efekcie połać zbitego gipsu może się ześlizgiwać po swoim zlodzonym spodzie. Zjawisko takie nazywa się deską śnieżną. Rozmiar takiej lawiny może być bardzo różny w zależności od warunków i nachylenia. Na stromych stokach może porwać ze sobą inne warstwy śniegu tworząc potężne lawiny. Na zamieszczonym rysunku widzimy, że siły naprężeń są równoważone siłami kompresji. Podcięcie takiego stoku powoduje usunięcie tych sił i zawiśnięcie deski na siłach tarcia. Wg glacjolog Wołodiczewej, schodzenie desek śnieżnych jest możliwe już powyżej 14 stopni nachylenia, a w przypadku lawin mokrych już przy 8 stopniach.
Diatłowcy postawili namiot i ułożyli się spać. W nocy gwałtowne oziębienie osłabiło siły tarcia wzmagając proces rekrystalizacji śniegu. Lawina nie była duża. Jak wspomniałem większość stoku była wywiana do kamieni i śnieg gromadził się tylko w zagłębieniach wyrównując stok. Doszło do spełznięcia na namiot niedużego pod względem objętości (kilka metrów sześciennych) i powierzchni płata śniegu składającego się z warstwy gipsu grubości 20-40cm (grubość stwierdzona doświadczalnie w warunkach zimowych na Chołatczachl) i luźnego śniegu nawianego przez wiatr oraz znajdującego sie w głębszych warstwach. Objętość niewielka, ale nie należy zapominać, że 1m sześcienny gipsu waży 0,5 tony z hakiem. Bujanow porównuje to do sytuacji, w której na turystów zsunęłaby się płyta betonowa ok. 6cm grubości. Na poniższym rysunku widzimy schemat obwału wraz z zaspą namiecioną przez wiatr ponad namiotem, która zwiększyła parametr nachylenia stoku i siły naprężeń.
  
 


Namiot był ustawiony prostopadle do kierunku wiatru, a nie nachylenia stoku. Największa siła uderzyła w tylnią część namiotu. Pod wpływem uderzenia tylni masz został złamany w dwóch miejscach, zerwany został tylni odciąg oraz przystokowe odciągi w tylnej i środkowej części. Narta
 Front obwału śnieżnej deski
napinająca środek kalenicy od strony stoku, została przerzucona na druga stronę. Przednia część namiotu zniosła lawinę lepiej. Przedni maszt utrzymał się, a odciągi od strony stoku uległy tylko przemieszczeniom. Ludzie śpiący w tylnej części namiotu odnieśli poważne obrażenia, przyciśnięci do twardej podłogi. Zołotariowowi i Dubininej połamało żebra, a Tibo odniósł poważny uraz głowy wieloodłamkowego wgniecenia czaszki ze złamaniem jej podstawy. Niewykluczone, że podłożył sobie pod głowę jakiś twardy przedmiot. Słobodin miał niewielkie pękniecie czaszki. W przedniej części, mniej przywalonej śniegiem, pozostałym turystom udało się odepchnąć śnieg z zewnętrznej ściany namiotu i z pomocą noża wydostać ze środka by pomóc zasypanym towarzyszom.

Dlaczego ratownicy nie zauważyli śladów po lawinie? Jak uważa Bujanow, wcale ich nie szukali przekonani, że stok był bezpieczny. Natomiast przez 25 dni śnieg i wiatr zatarł te ślady, a pozrywanie odciągów wytłumaczono działaniem wiatrów. Były jednak przesłanki, które mogły dać wskazówki ratownikom. Zdziwienie wzbudziła latarka Diatłowa, którą znaleziono na namiocie, ale pomiędzy nią a płótnem leżała  10-centymetrowa warstwa śniegu. Gdyby namiot został rozcięty i opuszczony przez turystów bez udziału lawiny, coś takiego nie powinno mieć miejsca. Tłumaczyć to można tylko sytuacją, w której latarka została upuszczona na śnieg, leżący już na namiocie. Ponadto w środku namiotu było mało śniegu, co nie miało by miejsca, gdyby namiot po rozcięciu został tak pozostawiony. Do środka wiatr namiótłby śniegu, a przy tym do reszty go podarł. Poza tym narta podtrzymująca namiot od strony stoku, powinna była znajdować się na swoim miejscu. Ratownicy nie umieli odpowiedzieć sobie na te pytania, co tylko potęgowało tajemnicę przyczyny wydarzeń.

Poniżej zaprezentowany został schemat zatarcia się śladów po obrywie śnieżnej deski. Na schemacie zaznaczono jasnymi odcieniami koloru podcięty stok, niebieską linią ciągłą profil śniegu po zejściu obwału, a niebieską przerywaną linią nawiany później w zagłębienie nowy śnieg, z wyrównaniem czoła obwału. Kawały zmrożonego śniegu z pokruszonej warstwy gipsu leżące na namiocie, zostały również zawiane śniegiem, a wystające krawędzie wygładzone na tyle, że w chwili nadejścia ratowników niczym się nie różniły od typowych zastrug.

 


Poniżej na rysunkach Bujanow przedstawił etapy: zejścia deski, sytuacji po jej zatrzymaniu się, a następnie po zawianiu i wyrównaniu stoku, do sytuacji jaką zastali ratownicy. Nartę od przystokowego odciągu, która leżała na zwałowisku śniegu i utrudniała dostęp do namiotu w celu wyciągnięcia towarzyszy, diatłowcy wbili w śnieg nieopodal.


 

Dalsze zdarzenia łatwo sobie wyobrazić. Turyści działali w dużym pośpiechu, gdyż pozostawanie towarzyszy pod obwałem groziło im uduszeniem. Po wyskoczeniu z namiotu odwalili na ile to możliwe śnieg i wyrwali dwa duże płaty tkaniny ze ściany namiotu, by mieć szerszy dostęp do zasypanych. Wyciągali ich i zanosili kilkanaście metrów w dół poza obszar zawaliska. Świadczą o tym zachowane na tym obszarze, chaotyczne i skupione w jednym miejscu ślady. Odkopano później tu szereg pogubionych drobnych rzeczy, m.in. kapcie, czapki. To, podobnie jak zgubiona przez Diatłowa latarka, świadczy o tym, że wszystko działo się,  co zrozumiałe, w dużym chaosie i pośpiechu. Grupa znalazła się w bardzo ciężkim położeniu. Pozbawiona schronienia, na silnym mrozie i wietrze, który zmniejszał indeks wychłodzenia poniżej -40 stopni.


 

Jedno z podstawowych pytań, jakie się rodzi to, dlaczego grupa po wydostaniu się z namiotu, nie próbowała odzyskać przynajmniej części sprzętu, tylko w takim stanie w jakim go opuściła, bez butów, w większości bez rękawic i czapek rozpoczęli zejście do lasu? Odpowiadając na takie pytanie, trzeba wziąć pod uwagę szereg czynników psychologicznych i racjonalistycznych. Z pewnością turyści byli poddani dużemu szokowi i stresowi. W jednej chwili znaleźli się w sytuacji zagrażającej życiu. Nie w pełni zdawali sobie sprawę z tego co się stało, i jak się stało. Wiedzieli, że zeszła lawina, ale jaka i skąd? Czy nie zejdzie powtórna? Wszystko odbywało się w całkowitych niemal ciemnościach, gdyż dysponowali już tylko jedną latarką. Ciemności, wycie wiatru, przenikający mróz i siekąca śniegiem po twarzach zamieć, to były czynniki wołające - uciekać, wydostać sie z objęć wichru. Analogiczne przypadki ewakuacji z zasypanych lawiną namiotów mówią, że akcja taka trwa 5-10 minut. Przy indeksie wychładzania poniżej -40 stopni właśnie tyle czasu trzeba, by skóra odkrytych części ciała uległa odmrożeniom. Przy tym, turyści musieli gołymi rękami odkopywać dostęp do przysypanych towarzyszy, a ranni nie byli w stanie rozgrzewać się ruchem. Niewykluczone, że dodatkowy czas zajęło też przywracanie przytomności rannym. Sprawni członkowie grupy nie mieli możliwości realnej oceny ich stanu. A przecież, w przypadku utraty przytomności lub możliwości poruszania się, grupa musiałaby pozostać na miejscu, co groziło szybką śmiercią. Te wszystkie czynniki sprawiały, że nakaz odejścia z odkrytego stoku musiał pojawić się natychmiast, gdy grupa stała się to tego zdolna. Odkopywanie zasypanych rzeczy mogło trwać bardzo długo. Godzina spędzona na stoku mogła oznaczać utratę zdolności mobilnych. Ciepłe waciaki znajdowały się pod rozścielonymi kocami, żeby je wydostać, trzeba by odkopać nie jedno miejsce, a całą połać nad kocem przywaloną śniegiem o wadze idącej w setki kilogramów. Buty które leżały od strony stoku były przysypane najbardziej, a przy tym zmrożone mogły nie nadawać się do włożenia. Niewykluczone też, że jakieś próby odzyskania rzeczy zostały podjęte, ale w tych warunkach, gołymi rękoma, jeśli okazało się to zbyt zajmujące, z powodu przytoczonych wyżej czynników zostało porzucone. W rezultacie grupa ruszyła w dół posiadając zaledwie jeden koc i trzy walonki. Cienka jest granica między życiem a śmiercią w górach. Między bezpieczeństwem a nagłym popadnięciem w śmiertelne niebezpieczeństwo. W tym przypadku tą granicą okazała się milimetrowa brezentowa ścianka namiotu.
Kolejnym ważkim pytaniem jest kwestia, czy turyści w pełni zdawali sobie sprawę, w jakim miejscu się znajdują? Czy wiedzieli, że schodzą do obcej sobie doliny, czy też mogli sądzić, że schodzą z powrotem w dolinę Auspii? Ratownicy, którzy podchodzili do namiotu od strony przełęczy, musieli zdjąć narty ze względu na zbyt duże nachylenie terenu. Może to sugerować , że grupa przekroczyła wododział dolin powyżej przełęczy. Podchodząc z doliny Auspii pod przełęcz, powyżej granicy lasu na twardym śniegu mogli nie dać rady iść wprost i wykonali zakosy. Jeśli tak, to niezauważenie przekroczenia wododziału w warunkach słabej widoczności i niskiej zamieci zacierającej rzeźbę terenu jest bardzo prawdopodobne. To możliwe także, gdyby od granicy lasu szli wprost. Jeśli sądzili, że schodzą do doliny Auspii i do depozytu, to był to dodatkowy czynnik przyspieszający decyzję o opuszczeniu namiotu. W depozycie było jedzenie, dwie pary butów, zapas drewna przygotowany na ognisko po wróceniu z Otortenu i zapasowe narty. Stąd było 50km po przetartym śladzie w dół doliny do najbliższego zamieszkałego osiedla po pomoc. W tym czasie reszta grupy mogłaby podjąć starania o zorganizowanie tymczasowego schronienia i wysłanie kilku osób z powrotem do namiotu po sprzęt. Prawdą jest jednak także to, że takie "fotelowe" rozmyślania mogą nie mieć zastosowania do sytuacji grupy, która nie miała czasu i warunków na rozważania wariantów decyzji i mogła ją podjąć półinstynktownie, uciekając z miejsca grożącego lawinami i szybkim zamarznięciem.
Na poniższych mapach przedstawiono hipotetyczne warianty marszruty grupy i możliwości popełnienia pomyłki w lokalizacji. Po lewej współczesna mapa w skali 1:50000, siatka co kilometr. Po prawej mapa Diatłowa w skali 1:500000, powiększona. Kolorem fioletowym i niebieskim hipotetyczne wersje podejścia do miejsca biwaku. Na mapie Diatłowa, te same linie podejść w wariancie w jakim diatłowcy mogli odczytać z mapy swoje położenie. Czerwona strzałka, kierunek odwrotu. Warto zauważyć, że na mapie Diatłowa nie ma zaznaczonego północnowschodniego grzbietu góry. Podchodząc pod ten grzbiet turyści mogli go więc zinterpretować jako wododział, tym bardziej, że według ich mapy, po przekroczeniu wododziału nie było już żadnych bocznych grzbietów. Różnicę w azymucie grzbietu w terenie i na mapie mogli interpretować, jako lokalne odchylenie przebiegu wododziału, co przy tej niedokładności mapy i generalizacji było możliwe (1cm=5km). Kierunek odejścia mógł więc być przyjęty na stary biwak z depozytem. Dopiero po obniżeniu się ponad 100 metrów w pionie i dojściu do łożyska potoku, jego północno wschodni azymut uświadomił pomyłkę.
Jak wiemy z pozostawionych śladów, schodząc turyści ustawili się w szereg, możliwe że trzymając się za ręce, by nie pogubić się w ciemnościach i zamieci. Dwa ślady początkowo biegły nieco z boku, po ok.50m łącząc się z pozostałymi. Można spekulować, że osoby te transportowały nieprzytomnego Tibo. Ratownicy nie byli zgodni w odczycie, czy na śniegu widnieje 8 czy 9 par śladów.
Turyści zeszli 1500m do początku lasu. Tu napotkali na dwumetrowej głębokości śnieg, w związku z czym nie mogli zbyt głęboko sie schronić i zatrzymali się u dwóch wybitnych cedrów. Wnioskując po licznych śladach wokół ogniska i "tytanicznej" pracy, jak to określili w zeznaniach ratownicy, przy przygotowaniu drewna na ognisko, turyści w tym momencie byli jeszcze razem. Wszelki możliwy suchy opał znajdował się pod śniegiem, z którego wystawały jedynie wierzchołki karłowatych świerków. Turyści wspinali się na cedr, nawet do 5m wysokości, i korzystając z jedynego noża jaki posiadali łamali odrośla.
Praca ta okazała się daremną. Miejsce nie było dosyć zaciszne, a wartość opałowa zmrożonych i ośnieżonych gałęzi mała. Turyści bezskutecznie usiłowali się rozgrzać o czym świadczą oparzenia i przypalenia ubrań większości z nich. Do dobrego funkcjonowania ogniska w takich warunkach, musiało ono osiągnąć odpowiednio dużą moc. Ratownicy ocenili ognisko na małe, o średnicy ok. 30cm. Jak stwierdzili, zgasło nie z powodu braku opału, którego wciąż pozostało sporo, a z powodu zaprzestania dokładania.


 


Stwierdziwszy bezskuteczność szans na rozgrzanie się ogniem, u turystów musiała pojawić się myśl o konieczności wrócenia po ciepłe rzeczy. Sprawna część grupy podzieliła się na dwie części. Trzy osoby ruszyły z powrotem do namiotu, a trzy zostały z rannymi z zadaniem przygotowania schronienia i podtrzymania ognia, jako orientacyjnego sygnału. Ta grupa, w pobliżu, w zacisznym łożysku  małego potoku wykopała lub wykorzystała naturalne zagłębienie w śniegu. Ułożyła w nim platformę z 14 ściętych pni młodych świerków i wymościła ją świerkowymi gałęziami. Z rannymi został Kolewatow (w jego kieszeni znaleziono środki przeciwbólowe), a Kriwoniszczenko i Doroszenko otuleni kocem zostali przy ognisku.
Trzy osoby, które ruszyły pod górę zdołały pokonać ledwie kilkaset metrów. Było to przedsięwzięcie beznadziejne. Od momentu opuszczenia namiotu minęło około półtorej godziny (10-20 minut przy namiocie, około 20-30 minut zejścia i 30-45 minut walki o ogień). Bujanow szacuje, że w tych warunkach czas aktywnego działania grupy był ograniczony horyzontem 2-2,5 godzin. Po półtorej godzinie prawdopodobnie zaczęły się juz wszystkie objawy hipotermii. Walcząc z huraganowymi podmuchami wiatru turyści zamarzali w kolejności zależnej od posiadanego ubioru i poniesionych dotąd wydatków energetycznych. Pierwszy zamarzł Diatłow, który jako szef grupy zapewne najbardziej udzielał się przy pomocy, transporcie rannych i pracy przy ognisku. Najdalej, bo na granicę ostatnich karłowatych drzew, dotarła Kołmogorowa.
Kriwoniszczenko i Doroszenko siedzący przy ognisku, również ponieśli duże straty energetyczne, zwłaszcza przy przygotowaniu platformy dla rannych. W przemoczonych i następnie zamarzniętych ubraniach nie byli w stanie rozgrzać się ogniem, a coraz bardziej niezborne próby prowadziły tylko do poparzeń i przypalania odzieży. Gdy Kolewatow zauważył, że ognisko zagasło, odszedł od rannych i znalazł martwych kolegów. Jak wynika z akt śledztwa, osoby, które były ranne, były najlepiej ubrane. Na Dubininej znaleziono sweter Kriwoniszczenki, a stopy miała owinięte jego spodniami. Kurtkę Dubininej miał na sobie Zołotariow. Tibo również miał na sobie części ubioru kolegów. U Kolewatowa znaleziono nóż Kriwoniszczenki, który służył do cięcia gałęzi. Na tej podstawie można wnioskować, że gdy Doroszenko i Kriwoniszczenko zmarli, Kolewatow zabrał ich ubrania, by ocieplić rannych towarzyszy, a zwłoki kolegów nakrył kocem. Tłumaczyłoby to, dlaczego zmarły Kriwoniszczenko leżał na brzuchu twarzą w śnieg. Sweter był pocięty nożem, co może świadczyć, że był tak zamarznięty, że nie dało się go normalnie zdjąć ze zwłok. Możliwe też, że trudno go było nałożyć na Dubininą zwłaszcza, że miała ona połamane większość żeber i wtedy został pocięty. Wyjaśnienie przy tym uzyskuje jeden z urazów, jakie u niej stwierdzono. Otóż jedno z żeber uszkodziło ściankę serca. Jak stwierdzono w sekcji, z takim urazem Dubinina mogła przeżyć 10, góra 20 minut. Czy więc także Dubininą znoszono w dół nie bacząc na to, że już nie żyła? Przeczą temu przypalenia na jej odzieży, a także sam fakt, że docieplano ją ubraniami po zmarłych kolegach. Bardzo prawdopodobne, że do uszkodzenia serca doszło przy próbach naciągnięcia na nią zamarzniętego swetra. Dubinina zmarła, a Kolewatow jej kurtkę dał Zołotariowowi. Znaleziono ich objętych, Kolewatowa przytulonego piersią do pleców Zołotariowowa, by nawzajem się ogrzewać. Najprawdopodobniej byli ostatnimi ofiarami. Wiosną podczas roztopów, śnieg powoli spełzał po stoku, a ciała zsunęły się z gałęzi. Mając ciężar właściwy większy niż śnieg, stopniowo przemieszczały się w głąb warstw śnieżnych. Gdy ratownicy odnaleźli ciała, znajdowały się one w potoku w linii spadku platformy.
Rzecz jasna, co do szczegółów rekonstrukcji, to istnieje możliwość wielu drobnych modyfikacji. Np. nie ma pewności czy platformę dla rannych, turyści wykonali po rozdzieleniu się grupy, czy też wspólnie ją wykonali, a następnie trójka z nich próbowała wrócić do namiotu?
Takie szczegóły nie są istotne. Ważny jest ogólny zarys wydarzeń i jego pełna zgodność z obrazem zastanym na miejscu przez ratowników.
Jak to się stało, że śledczy nie zdołali dotrzeć do prawdy? Trzeba pamiętać, że prokuratorzy prowadzący śledztwo byli laikami, jeśli chodzi o wiedzę z zakresu turystyki i zagrożeń lawinowych. W pełni w tej mierze polegali na świadectwach ratowników, którzy nie dopatrzyli sie w ukształtowaniu terenu zagrożenia. Stąd linia śledztwa poszła w błędnym kierunku poszukiwania przestępstwa lub innych niż naturalnych przyczyn. Śledztwo szybko utknęło w ślepej uliczce badania sprawy świetlistych obłoków. Już podczas prowadzenia poszukiwań, Karelin, kolega Diatłowa z klubu i kierownik wyprawy na górę Iszerim na Uralu Północnym, opowiadał towarzyszom o niespotykanym zjawisku, jakim jego grupa była świadkiem 17 lutego 1959 roku. Rankiem, dwóch jej członków przygotowywało ognisko, gdy zobaczyli świetlisty obłok przecinający niebo. Na ich wołania z namiotu wyskoczyła cała grupa na czele z Karelinem, tak jak byli w namiocie. Boso i samych skarpetach. Zjawisko trwało kilkanaście minut i znikło za horyzontem. Ta opowieść w oczywisty sposób zdawała się zbieżna z sytuacją diatłowców, w aspekcie nagłego opuszczenia namiotu bez obuwia i ubrania ciepłych rzeczy. W nocy 31 marca 1959 w obozie ratowników poszukujących nadal brakujących turystów, przebywający na zewnątrz wartownik zobaczył identyczne zjawisko. Również w tej sytuacji na jego wezwania, ludzie powybiegali z namiotu w czym spali. Po kilku minutach świetlisty obłok zniknął za górą po czym pojawił sie rozbłysk, jak od wybuchu. Te dwa zdarzenia, nagłego opuszczenia namiotów wskutek nieznanego świetlistego zjawiska spowodowały, że w środowisku turystów Swierdłowska, zaczęto je wiązać z tragedią grupy Diatłowa. Plotki rozchodziły się po mieście i docierały do prowadzącego śledztwo prokuratora. Rodziny zmarłych zadawały niepokojące pytania. Zaintrygowany, prokurator Iwanow zlecił badanie znalezionych w potoku ciał i ubrań na obecność śladów radiacji. Wynik był zastanawiający. W przypadku czterech elementów odzieży badania dały pozytywny wynik. Jeden z nich 3-krotnie przewyższał normę promieniowania, a pozostałe trzy dwukrotnie. Prokurator podzielił się swoją wiedzą z II sekretarzem obwodowego komitetu partii. Ten natychmiast zalecił zakończyć śledztwo, a jego akta, zwłaszcza akta ekspertyzy radiologicznej, objąć tajemnicą.
Takie zakończenie sprawy spowodowało, że na dziesięciolecia w pamięci ludzi i rodzin, sprawa grupy Diatłowa pozostała związana ze świetlistymi obłokami. Snuto na ten temat różne domysły i doszukiwano się udziału wojska w wywołaniu tragedii. Rozwiązując sprawę Diatłowa, Bujanow nie mógł uciec od wyjaśnienia zagadki świetlistych obłoków. Nie było to łatwe, mimo, a może dlatego, że od tego czasu minęło 50 lat. Dopiero po około roku kontaktowania się z różnymi specjalistami z zakresu wojskowości, kosmonautyki i UFO, natrafił na właściwy ślad. Okazało się, że 17 lutego i 31 marca, w porze o której zaobserwowano świetliste obłoki, z kosmodromu Bajkonur na poligon atomowy Kura na Kamczatce, dokonywano pierwszych odpaleń międzykontynentalnych rakiet balistycznych typu R-7. Tym samym zagadka została rozwiązana i okazała sie nie mieć nic wspólnego z wydarzeniami na Chołatczachl.
A co ze śladami radiacji? Okazało się, że odkryto je na elementach odzieży Kriwoniszczenki. Od kilku lat pracował on w kombinacie Czelabińsk-40, kluczowym ośrodku atomowego przemysłu zbrojeniowego ZSRR. Rejon Czelabińska-40 był objęty skażeniem związanym z katastrofą Kysztymską. Do skażenia odzieży mogło też dojść w pracy.
Także w nienaturalnym kolorze skóry, który podczas pogrzebu ofiar wzbudził plotki,  nie ma żadnej tajemnicy. Zjawisko to, to tzw. "rumień mroźny" (plamy Kefersteina), zaczerwienienie skóry u ludzi, którzy zginęli z powodu zamarznięcia. Następuje to w wyniku hemolizy (rozpadu krwinek czerwonych) i uszkodzenia komórek kryształkami lodu. Po rozmrożeniu kolor plam zmienia się w malinowy, a następnie przechodzi w żółtobrązowy i brązowy.
Czy te wszystkie ustalenia zamykają ostatecznie sprawę wyjaśnienia tragedii grupy Diatłowa? Nie należy mieć złudzeń. Dla wszelkich zwolenników teorii spiskowych, anomalii, zjawisk paranormalnych etc., jest to zbyt łakomy kąsek, by zadowolić się tak "banalnym" wyjaśnieniem. Dość przytoczyć, że w 2011 roku na kanwie opublikowania teorii o lawinie, jako przyczynie katastrofy, rosyjski kanał REN TV wyemitował film dokumentalny bazujący na przedstawionych faktach. W 2015 roku ten sam kanał ponownie poświęcił film dokumentalny sprawie Diatłowa. Nie znalazło sie w nim ani jedno słowo na temat lawiny, natomiast powtórzono w nim wszystkie niedopowiedzenia, przeinaczenia i zmyślenia na kanwie świetlistych obłoków. W 2013 roku Amerykanie nakręcili horror "The Dyatlov pass incident", a Polacy wydali grę komputerową typu survival horror "Kholat". Obserwuje się prawdziwy zalew sensacyjnych artykułów w internecie. Prawda zaś ma niewielką wartość komercyjną. Szkoda, bo wcale nie jest mniej dramatyczna i tragiczna, niż wszystkie wydumane bzdurne historie na jej temat. Turyści wystawieni na najcięższą próbę stoczyli heroiczną walkę o przetrwanie, w najtrudniejszych  momentach nie sprzeniewierzając się wyższym wartościom i walcząc o ratunek przede wszystkim dla rannych, w myśl dewizy sowieckich turystów: "Sam giń, a towarzysza ratuj!"
Autor:  Andrzej  Szaga
LITERATURA:
Е.В.Буянов, Б.Е.Слобцов, ТАЙНА ГИБЕЛИ ГРУППЫ ДЯТЛОВА, Документальное расследование (http://www.e-reading.club/book.php?book=94660)
 LINKI:
Wersja internetowa książki E. Bujanowa (skrócona):
Wersja elektroniczna akt śledztwa z 1959 roku:
Forum dyskusyjne poświęcone wyłącznie sprawie grupy Diatłowa:
Film z miejsca zdarzeń ukazujący zimowe warunki przy temp. -15st. i umiarkowanym wietrze:
https://www.youtube.com/watch?v=0feP5n3wa2k
 Archiwalny album 143 zdjęć z aparatów fotograficznych grupy Diatłowa:
 https://fotki.yandex.ru/users/aleksej-koskin/album/159797/
 Film dokumentalny kanału REN TV na kanwie teorii lawiny:
 https://www.youtube.com/watch?v=BPh5DndwoTs
 Poradnik na temat lawin:
 http://www.wspinanie.friko.pl/lawiny_poradnik_w_niemiec.htm

Linki:
 https://marucha.wordpress.com/2014/08/29/smierc-na-przeleczy-diatlowa/
 http://historia.focus.pl/swiat/tajemnica-tragedii-na-gorze-umarlych-na-uralu-1724?strona=3
 http://infra.org.pl/historia-/zagadki-dziejow/654-mier-grupy-diatowa-nieznane-szczegoy-oraz-inne-tajemnicze-przypadki
 http://niewiarygodne.pl/kat,1017181,title,Tajemnica-tragedii-w-Przeleczy-Diatlowa-Kto-lub-co-zabilo-studentow,wid,12732725,wiadomosc.html
 teoria infradźwięków:
http://strefatajemnic.onet.pl/extra/zagadka-smierci-na-przeleczy-diatlowa-wreszcie-rozwiazana/cr3l6
 http://www.olabloga.pl/przelecz-diatloteza-uczonych
 wywiad z polskim hominologiem:
https://www.youtube.com/watch?v=vuORlS7ZeL8






Czy Legiony rzeczywiście były Piłsudskiego?




Czy Legiony rzeczywiście były Piłsudskiego?

Tajemnica powstania Legionów Polskich w sierpniu 1914 r.
Czwartek, 21 sierpnia 2014 (12:00)

W języku polskim od dłuższego czasu funkcjonuje określenie "Legiony Piłsudskiego". Powtarzamy je niemal bezwiednie i nawet jeśli używamy oficjalnej nazwy tej formacji - "Legiony Polskie" - i tak kojarzymy je przede wszystkim z postacią przyszłego Naczelnika Państwa. Czy jednak określenie to jest do końca uprawnione? W świetle bardziej szczegółowych badań sprawa wygląda zgoła inaczej.


Legiony to formacje regularne, powstałe w sposób legalny, a więc za wiedzą i zgodą władz Austro-Węgier, które wchodziły w skład sił zbrojnych monarchii i posiadały przy tym wiele atrybutów wojska narodowego, np. własne dowództwo, polską komendę, osobne mundury oraz sztandary.
Jednostki te powołane zostały do życia 16 sierpnia 1914 r. na mocy decyzji zebranych w Krakowie przedstawicieli społeczeństwa, w tym wszystkich działających na terenie Galicji polskich stronnictw oraz ruchów politycznych.

Nie ulega również wątpliwości, że tak rozumiane Legiony Polskie były sprzeczne z zamierzeniami Józefa Piłsudskiego. Jego intencją było bowiem wywołanie w Królestwie Polskim powstania. Miało być ono wprawdzie lepiej przygotowane niż poprzednie zrywy niepodległościowe i oparte o zorganizowaną, w miarę przeszkoloną siłę zbrojną, ale cały czas chodziło o powstanie.
Piłsudski, choć korzystał z pomocy austro-węgierskiego wywiadu, nie wyobrażał sobie taktycznego podporządkowania ograniczonym, habsburskim generałom. Powstałe 16 sierpnia Legiony stanowiły więc całkowite zaprzeczenie jego pierwotnej wizji.

Przerwane powstanie?
Uporządkujmy jednak podstawowe fakty. Rankiem 6 sierpnia 1914 r. pierwsza kompania kadrowa przekroczyła  granicę Królestwa Polskiego zostawiając za sobą obalone słupy graniczne w podkrakowskich Michałowicach. Tego samego dnia zajęte zostały Słomniki, 7 sierpnia Miechów, 9 sierpnia Książ Wielki oraz Jędrzejów, 11 sierpnia Chęciny, wreszcie 12 sierpnia strzelcy wkroczyli do Kielc.
Popularne opisy wydarzeń podkreślają, że wejściu strzelców do miasta towarzyszył głuchy trzask zamykanych okiennic. Społeczeństwo Królestwa Polskiego nie chciało poprzeć ich zrywu i to właśnie stało się głównym powodem niepowodzenia akcji Piłsudskiego. Stwierdzenie to, jakkolwiek na trwale zadomowiło się w polskiej historiografii, sformułowane zostało nieco na wyrost.
Jakkolwiek rzeczywiście strzelcy nie spotkali się ani z entuzjastycznym przyjęciem, ani z wielkim poparciem, to należy wziąć pod uwagę, że Piłsudski nie miał faktycznie czasu na rozwinięcie agitacji. Jego trasa wiodła głównie przez małe miasteczka. Ich ludność nie była pewna, czy zza sąsiedniego wzgórza nie wyłonią się zaraz Kozacy, którzy bez trudu przepędzą gromadę licho uzbrojonych młokosów.
Tylko zajęcie na dłuższy czas większego miasta i budowa tam trwałych, powstańczych struktur mogła nadać całemu ruchowi więcej wiarygodności. Rolę takiego ośrodka pełnić mogły jedynie Kielce. Tymczasem ledwie kilka godzin po zajęciu miasta, kiedy na jego obrzeżach wciąż dochodziło do utarczek z Rosjanami, Piłsudski otrzymał od przedstawicieli austro-węgierskiego wywiadu stanowczy rozkaz udania się na poważną rozmowę.

Spotkanie to odbyło się 13 sierpnia w jednej z krakowskich kawiarni. Rezydent wywiadu, ppłk Jan Nowak przekazał Piłsudskiemu ścinające z nóg ultimatum: otrzymał on 24 godziny na złożenie dowództwa oraz likwidację oddziałów strzeleckich.
Skąd tak drastyczne postawienie sprawy? Przede wszystkim dlatego, iż w opinii Austriaków komendant złamał poczynione z nimi wcześniej ustalenia, co do trasy oraz charakteru akcji strzeleckiej. Ustalona z przedstawicielami wywiadu marszruta obejmowała bowiem kierunek: Trzebinia - Olkusz - Kielce. Nie to było jednak najważniejsze. Habsburscy wojskowi wyobrażali sobie, że zezwalają na ograniczone działania dywersyjne o czysto militarnym charakterze. Cóż tymczasem robił  Piłsudski?
Ogłosił powstanie, fikcyjnego zresztą, Rządu Narodowego i zaczął organizować lokalną, powstańczą administrację (tzw. komisariaty wojskowe). Jego celem było stworzenie faktów dokonanych - trwałe opanowanie pewnego obszaru i rozmawianie ze stroną habsburską ze znacznie silniejszej pozycji. Prawdopodobnie sądził, że Austriacy przymkną oko na jego akcję polityczną oko. Otóż okazało się, że było inaczej.
Według późniejszej, ustnej relacji generała Stanisława Szeptyckiego, szef wywiadu - pułkownik Oskar Hranilović - otrzymawszy raport o działaniach Piłsudskiego po prostu się wściekł i nakazał natychmiastową likwidację całego przedsięwzięcia. Komendant znalazł się tym samym w sytuacji wprost beznadziejnej. Wyglądało na to, że jego kilkuletnie przygotowania spełzną na niczym. Choć sam się później tego wypierał, miał wówczas Ignacemu Daszyńskiemu powiedzieć: "Nie pozostaje mi nic innego, jak sobie w łeb strzelić".

Tajemniczy memoriał Sikorskiego

Cofnijmy się nieco w czasie i zobaczmy jak na akcję Piłsudskiego reagowało galicyjskie społeczeństwo? Stateczni, lojalistyczni politycy, głoónie konserwatyści i demokraci, uznali ją początkowo za kompletne szaleństwo, z którym nie chcą mieć nic do czynienia. Na przywódców zaczęła jednak coraz bardziej naciskać opinia publiczna. Kilka tysięcy najlepszej, galicyjskiej młodzieży poszło walczyć i nie posiadając ani porządnego uzbrojenia, ani ochrony prawa międzynarodowego (nie mieli statusu kombatantów), mogli zostać w każdej chwili dosłownie zmasakrowani przez wojska rosyjskie. Coś należało zatem robić.

Sprawę wzięła w swoje ręce osoba najbardziej do tego uprawniona, prezydent Krakowa oraz prezes Koła Polskiego w austriackiej Radzie Państwa, Juliusz Leo. 10 sierpnia udał się on do Wiednia, aby rozmówić się z przebywającymi tam, wpływowymi Polakami, przede wszystkim z ministrem skarbu Austro-Węgier, Leonem Blińskim. Otóż kiedy wspólnie rozpoczęli oni konsultacje z szefem sztabu, generałem Franzem Conradem von Hötzendorfem, na biurku tego ostatniego wylądował niespodziewanie interesujący memoriał, zawierający... projekt utworzenia Legionów Polskich. Jego autorem był bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, podpułkownik Władysław Sikorski.
Skąd dokument ten znalazł się w Wiedniu? Światło na te sprawy rzuca niezbyt dotychczas znana relacja pułkownika Jana Ciałowicza, który w latach 1920-1939 przeprowadził szereg rozmów z uczestnikami tych wydarzeń. Otóż Sikorski, wysłany przez Piłsudskiego do Krakowa w celach politycznych, 11 sierpnia wieczorem odbył przypadkiem rozmowę z ppłk Janem Nowakiem, znanym nam już rezydentem wywiadu. Dowiedział się z niej, że wyrok na oddziały strzelecki jest już wydany i niedługo Piłsudski dowie się o ich likwidacji. Postanowił zatem działać.

Na informowanie komendanta nie było już czasu, zresztą wszystko wskazuje na to, że Sikorski nie chciał tego robić. Prawdopodobnie już od jakiegoś czasu chodził mu zresztą po głowie pewien pomysł, który był całkowicie niezgodny z przekonaniami Piłsudskiego. Następnego dnia rano, złożył w naczelnym dowództwie memoriał, w którym proponował, aby oddziały strzeleckie "zalegalizować", ale nie poprzez zwykłe włączenie ich do sił zbrojnych monarchii, ale przekształcenie ich w autonomiczną, polską jednostkę.

Polityczny majstersztyk Juliusza Leo

Po zapoznaniu się z memoriałem Sikorskiego, Leo stwierdził, że jest to propozycja, która naprawdę może ratować sytuację i z niesamowitą energią zabrał się za wdrażanie tego planu w życie. W pierwszej kolejności próbował uzyskać od szefa sztabu oficjalną zgodę na powołanie Legionów, nie osiągnął jednak nic, poza ogólnymi, niewiążącymi deklaracjami. Postanowił zatem działać metodą faktów dokonanych.

Wrócił do Krakowa, zebrał przedstawicieli wszystkich polskich obozów politycznych Galicji, po czym w arcytrudnych negocjacjach doprowadził do poparcia przez nie idei utworzenia Legionów Polskich oraz patronującej im organizacji - Naczelnego Komitetu Narodowego. Dopiero wtedy wystosował do generała Conrada prośbę o ostateczną zgodę na tworzenie polskich jednostek.

Wobec niezwykle zdecydowanej postawy całości społeczeństwa polskiego Galicji, szef sztabu zdecydował się jej udzielić. 16 sierpnia, o godzinie 10 wieczorem uchwalono powstanie Legionów. Piłsudski dowiedział się o tym dopiero dni później i nie miał wyboru - w sytuacji obowiązywania cały czas austro-węgierskiego ultimatum, musiał do tej nowej inicjatywy przystąpić.

Podsumowując, wszystko wskazuje na to, że autorem koncepcji Legionów Polskich był Władysław Sikorski, natomiast powstały one dzięki zdecydowanej akcji politycznej Juliusza Leo.

A Piłsudski... no cóż, bez wątpienia to właśnie on wywołał on całą lawinę wydarzeń, które ostatecznie doprowadziły do takiego, a nie innego finału. Nie ulega jednak wątpliwości, że komendant ani Legionów nie wymyślił, ani ich nie utworzył, ani nimi nie dowodził (był dowódcą tylko jednej brygady), ani - jak pokazały następne lata - nigdy do końca w nie nie wierzył. Legiony były sytuacją, w którą musiał wejść całkowicie pod przymusem, jednak kiedy już to zrobił, potrafił z tego uczynić polityczny użytek i właśnie na nich oprzeć swój mit oraz popularność.


Mateusz Drozdowski





Gospodarka a'la Piłsudski




Gospodarka a'la Piłsudski:
państwowe monopole, drożyzna i korupcja. 

A budżet opierał się na cukrze


"Jechałem czerwonym tramwajem socjalizmu aż do przystanku Niepodległość i tam wysiadłem" - odpowiedział Piłsudski dawnym towarzyszom na ich prośbę o polityczne poparcie. Jednak do przystanku Zamożność tramwaj Piłsudskiego w ogóle nie dojeżdżał. W przedwojennej Polsce kwitły monopole, ceny biły rekordy Europy, podatki były nawet dwukrotnie wyższe, a budżet opierał się na... cukrze. Tymczasem rząd w swoich reformach odwołuje się do czasów II RP, co widać choćby w planie wicepremiera Morawieckiego.


Za czasów PRL-u XX-lecie międzywojenne wspominane było jako oaza normalności. W sklepach było wszystko, system działał mniej więcej tak, jak na Zachodzie. Mimo korupcji i ery karierowiczów, opisywanych barwnie przez Dołęgę-Mostowicza w "Karierze Nikodema Dyzmy", żyło się znośnie.
Tyle wyobrażenia. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Władze stawiały na to, co państwowe, wspierały wielkie monopole i kartele, które zawyżały ceny - często do poziomów najwyższych w Europie. A obywatel musiał się mierzyć nie tylko z drożyzną, ale absurdalnymi przepisami - by kupić zapalniczkę, trzeba się było wybrać do urzędu. Rolnik, by kupić sól dla bydła, musiał dostarczyć świadectwa... moralności. Nic dziwnego, że wielu Polaków wybrało emigrację.


Dziś czasy Piłsudskiego też wspominane są z nostalgią, a rząd przywołuje je w swoich reformach - choćby w wielkim planie wicepremiera Morawieckiego. Warto jednak wiedzieć, że bardzo trudno nazwać ten okres gospodarką nakierowaną na dobry poziom życia obywateli. Po Bitwie Warszawskiej Polska rosła dynamicznie. Ale potem wpadła w marazm - rozwijaliśmy się wolniej od większości krajów Europy, zarabialiśmy mniej, mniej też korzystaliśmy z nowinek technicznych, a ceny były wyższe.

Pierwsze lata na plus

Decydującą rolę w problemach gospodarczych niepodległej Polski odgrywały czynniki zewnętrzne. Mieliśmy mniej czasu na rozwój niż kraje Zachodu - czas wojenny przedłużył nam się o dwa lata do momentu, aż wszystko wyjaśniła Bitwa Warszawska.

Po kilku latach znów zrobiło się nerwowo - wojna celna z Niemcami (1925-1931), przewrót majowy (1926 r.), światowy wielki kryzys końca 1929 roku i problemy z eksportem przez port gdański.
Mimo wielu przeciwności w pierwszej dekadzie niepodległości to właśnie wtedy polska gospodarka odbudowywała się najszybciej.

W latach 1920-1929 przeciętny dochód na głowę mieszkańca II RP wzrósł ponad trzykrotnie - z 678 dol. na 2117 dolarów rocznie (liczone jako PKB brutto per capita, kwota wg siły nabywczej dolara z 1990 roku). Do tego mieliśmy bardzo niskie bezrobocie - wynosiło zaledwie 4,9 proc.
Przyrost PKB o 1439 dolarów w latach 1920-1929 na mieszkańca był imponujący nawet w skali europejskiej, bo szybciej poprawiało się tylko Francuzom (+1483 dolary), Holendrom (+1469 dolarów) i Szwajcarom (+2018 dolarów). Tamci startowali jednak z o wiele wyższego poziomu, można więc powiedzieć, że zaległości nadrabialiśmy błyskawicznie.
Do 1929 roku przegoniliśmy poziomem gospodarczym Rumunię i Jugosławię. Potem było już dużo gorzej i to nas przeganiano. Wiele problemów zgotowaliśmy sobie sami.

Jedna trzecia budżetu z monopoli

Jeśli spojrzymy na dane o PKB, to w drugiej dekadzie niepodległości, czyli między 1929 a 1938 rokiem, w polskiej gospodarce właściwie nic się nie zmieniło. Poziom PKB na głowę - przez 9 lat - wzrósł o zaledwie 3 proc.! W tym czasie dużo szybciej od nas rosła większość państw Europy, w tym Węgry, Bułgaria i Rumunia. W Niemczech wzrost był nawet 23-procentowy.
Niewiele zmieniły w Polsce wielkie inwestycje państwowe, czyli budowa portu w Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego (COP), choć ta pierwsza inwestycja pomogła w zakończeniu wojny celnej z Niemcami. Jednak mała i średnia prywatna przedsiębiorczość była przez władze traktowana po macoszemu.
Państwo tworzyło za to wielkie monopole, uprzywilejowane firmy, które za wyłączność na rynku miały przynosić państwu nadzwyczajne dochody. Monopole ustalały ceny, które maksymalizowały ich zyski, a do obniżki były skłonne tylko wtedy, gdy klientów już nie było stać na ich wyroby.



Ich siła była ogromna - w 1927 r. monopole wpłacały do budżetu aż 31,4 proc. dochodów. Takich proporcji nie było nigdzie w Europie. Dla porównania wysokie znaczenie monopoli w budżecie było jeszcze we Włoszech i w Rumunii, ale tam ich udział nie przekraczał 16 proc.
Jak podaje Sławomir Suchodolski w swojej książce "Jak sanacja budowała socjalizm", monopol spirytusowy, który władza wydzierżawiła kilku prywatnym spółkom, dawał najwyższe ceny alkoholu w Europie. Polacy przerzucali się na wyroby nielegalne, kwitło bimbrownictwo, przemyt. To samo działo się w branży tytoniowej, odkąd w 1922 roku utworzono monopol tytoniowy.
Działał tez monopol solny. Państwowy dystrybutor - Biuro Sprzedaży Soli znany był z biurokracji i rzucania kłód pod nogi rolnikom. By kupić sól dla bydła, trzeba było dostarczyć wiele zaświadczeń, w tym... świadectwo moralności.

Od 1925 roku wprowadzono też monopol zapałczany, wydzierżawiony szwedzko-amerykańskiej spółce. Ceny zapałek od czasu zaborów wzrosły sześciokrotnie, a państwo zwalczało konkurencję ze strony zapalniczek, nakładając na nie opłaty stemplowe. Posiadacz musiał udać się do urzędu, zapłacić i ostemplować zapalniczkę.

Monopol telekomunikacyjny zaowocował tym, że w 1937 r. w Polsce na tysiąc mieszkańców swój aparat miało zaledwie 7 osób. Dla porównania - w Niemczech telefonów było ośmiokrotnie więcej (53 na tysiąc mieszkańców), a w targanej wojną domową Hiszpanii - 13 (drugi najgorszy wynik w Europie).

Cukier po 14 zł za kilo

Jak pisze Sławomir Suchodolski, polityka sanacji doprowadziła do powstania karteli: węglowego, naftowego, drożdżowego, cukierniczego, wieprzowego i bawełnianego. Wśród sanacji dominował bowiem pogląd, że ograniczenie konkurencji wewnątrz kraju zwiększy szanse na rynkach zagranicznych.
Te firmy, które nie chciały przystępować do karteli, były karane m.in. wyższymi cłami. We wspieranie karteli zaangażowany był minister skarbu Jan Piłsudski (brat Józefa).
Kartelizacja miała dać m.in. większe przychody budżetowi z podatków od wybranych produktów. Akcyzą były wówczas obciążone: cukier, piwo, napoje winne, oleje mineralne, drożdże, kwas octowy, energia elektryczna. Największym źródłem przychodów budżetu był... cukier.
Według danych z artykułu Rafała Kuzaka z portalu ciekawostkihistoryczne.pl, za każde 100 kg cukru państwo żądało podatku o wartości 37 zł. Na dzisiejsze pieniądze byłoby to około 370 zł, czyli 3,7 zł za kilo. W roku budżetowym 1935/1936 dało to 122 mln zł dochodu do budżetu państwa, czyli około 6 proc. całego budżetu!

W rezultacie ceny były wysokie. W 1928 r. za kilogram cukru trzeba było płacić 1,56 zł (15 zł na dzisiejsze pieniądze). Początkujący nauczyciel szkoły średniej mógł sobie za swoją pensję około 300 zł miesięcznie kupić 200 kg cukru, a przecież nauczyciele uważani byli za tych lepiej uposażonych w społeczeństwie.

W drugiej połowie lat 30. cena spadła do 1 zł za kilogram, jednak nadal traktowano cukier jako towar luksusowy i kupowali go tylko ci zamożniejsi. Produkcja w Polsce w rezultacie słabnącego popytu spadła z 920 tysięcy ton w latach 1929/1930 do zaledwie 309 tysięcy ton w 1933/1934.
Kuriozalny był fakt, że choć na krajowych konsumentów cukru nałożona była wysoka akcyza, to rządy sanacyjne wspierały eksport - za granicę sprzedawano ten produkt po cenach dumpingowych 17 groszy za kilogram.

Rozwinął się do tego przemyt sacharyny z Niemiec. Było nawet kilkanaście przypadków zastrzelenia przez straż graniczną przemytników. To pokazuje jak wielkie było przebicie, skoro ryzykowano nawet życiem.

Ludzie głosowali nogami

Bieda po Przewrocie Majowym i w wyniki wojny handlowej z Niemcami musiała być bardzo dotkliwa, bo zaczęła się masowa emigracja. W latach 1926-1930 opuszczało kraj rocznie średnio 193 tysiące osób, czyli łącznie prawie milion w pięć lat. To wszystko przy 32 milionach mieszkańców.
W 1939 r. wykwalifikowany robotnik zarabiał miesięcznie zaledwie 95 złotych. Za swoją pensję mógł kupić 317 kilogramowych bochenków chleba (średnia cena 30 groszy), 211 kilogramów mąki (średnia cena 45 gr), 95 kilogramów cukru i 365 litrów mleka (cena 26 groszy).
Statystyki pokazują, że należeliśmy przed wojną do najuboższych społeczeństw w Europie. Na przykład na 10 tys. mieszkańców przypadało w 1938 r. tylko 10 samochodów osobowych, podczas gdy w Wielkiej Brytanii 511. Lepiej pod tym względem było nawet w teoretycznie uboższej Rumunii (13 samochodów na 10 tys. mieszkańców). To m.in. efekt naszych podatków.
Za każde 100 kg wagi samochodu osobowego trzeba było płacić 15 zł podatku rocznie (na dzisiejsze około 150 zł), a w cenie benzyny podatków było 32 procent.
Na jednym z najgorszych poziomów było lecznictwo - zaledwie 22 łóżka szpitalne na 10 tysięcy mieszkańców w 1938 r. Gorzej było tylko w Bułgarii (20 łóżek). Dla porównania w Niemczech dostępność szpitali była aż pięciokrotnie wyższa. O prawie połowę mniejsza niż we Francji, czy Niemczech była w Polsce nawet dostępność lekarzy.
Nie najlepiej było też z powszechną edukacją (ta uniwersytecka stała na wysokim poziomie), skoro analfabetyzm w 1931 roku dotyczył aż 23 proc. społeczeństwa. Dla porównania w Czechosłowacji zaledwie 4,1 proc.

Przemysł w powijakach

Kulała ta część gospodarki, która wytwarzała wyżej przetworzone produkty i mogła tę zamożność pomnożyć. Utrudnienia ze strony rządu dla firm prywatnych i stawianie na państwowe spowodowało, że przemysł był w skali Europy niekonkurencyjny. Widać to m.in. po statystykach eksportu.
Zaraz przed II wojną światową sprzedawaliśmy za granicę głównie półprodukty - 39,9 proc. eksportu w 1938 roku. Wyroby wysoko przetworzone to zaledwie 15 proc. eksportu. Jednocześnie w imporcie przeważały właśnie wyroby wysoko przetworzone - 36,2 proc. importu w 1938 r.
Już samo to, że eksport na głowę mieszkańca był w 1938 r. najniższy w całej Europie - połowę rumuńskiego - świadczy o niskiej konkurencyjności polskich produktów i małej mobilności firm.
Sytuacja zresztą pogorszyła się w ciągu dziesięciu lat rządów sanacji, tj. w 1928 roku eksport wynosił 9,4 dolarów na mieszkańca, a w 1938 r. zaledwie 3,8 dolara.
Mieliśmy też słabo rozwinięty przemysł energetyczny w Europie - gorzej było tylko w Jugosławii i Rumunii - wytwarzający zaledwie 105 kWh rocznie na mieszkańca w 1938 roku. Dla porównania w Niemczech wytwarzano wtedy 794 kWh na osobę.
Dane o produkcji przemysłowej wskazują co prawda na wzrost o 3,6 proc. rocznie w latach 1924-1938, ale była to najwyraźniej produkcja na cele wewnętrzne, prawdopodobnie dla armii. Temu służyła właśnie m.in. budowa COP, tj. stworzeniu przemysłu, który miałby zasilać armię sprzętem.

Jedna trzecia podatków na armię - zestawienie, które daje do myślenia.


Skoro już jesteśmy w temacie armii, to szokująco wygląda zestawienie struktury wydatków budżetu w latach przedwojennych. Widać z danych wyraźnie jakby państwo szykowało się do wojny, bo na wojsko budżet polski przeznaczał aż 30 proc. wydatków już w latach 1928/1929, a kwota ta jeszcze wzrosła do 34,3 proc. w 1936/1937 i była dwukrotnie wyższa niż wydatki na edukację.
W momencie dojścia Hitlera do władzy w 1933 r. Niemcy wydawały na armię zaledwie 11 proc. budżetu, a "polski poziom" powyżej 30 proc. budżetu III Rzesza osiągnęła dopiero w 1936 roku (w 1939 roku były już na poziomie około 60 proc.).

Dla porównania do współczesności - na 2017 r. rząd Szydło zaplanował prawie 30 mld zł na obronę narodową, co stanowić ma prawie 8 proc. wydatków budżetu państwa.
Nic dziwnego, że potrzeby armii były w dwudziestoleciu międzywojennym szczególnie doceniane, skoro po Przewrocie Majowym władzę w kraju przejęli de facto wojskowi, zajmując szereg stanowisk państwowych, do starostw włącznie.
Podatki w II Rzeczpospolitej, jak pisze Sławomir Suchodolski, były o 70-100 proc. wyższe niż na Zachodzie. Jak musiała być wysoka korupcja i niekompetencja wojskowych, skoro aż jedną trzecią ogromnego wysiłku podatkowego obywateli zamieniono na porażkę w praktycznie trzy tygodnie po ataku Niemiec w 1939 r.? Przewaga sprzętowa wroga była przygniatająca, mimo że całe polskie społeczeństwo przez lata łożyło na armię gigantyczne środki, poświęcając na to dużo większy procent zarobków niż niemieckie.





Pierwszy pałac na Wawelu powstał 1000 lat temu.





Pierwszy pałac na Wawelu powstał 1000 lat temu.

Miał nawet… ogrzewanie podłogowe!
Autor: Mateusz Drożdż | 4 grudnia 2016 | 12,059 odsłon

Dla współczesnych był symbolem książęcej władzy, luksusu i łacińskiej kultury. Budził zawiść i respekt. Do dzisiaj nie przetrwał po nim żaden widoczny ślad. Nie znaczy to jednak, ze o krakowskiej rezydencji pierwszych Piastów nic nie można powiedzieć.

Kiedyś, tysiąc lat temu, na skalistym wzgórzu nad Wisłą, miejscowi władcy zaczęli budować swoją rezydencję: zamek i katedrę – pisał krakowski dziennikarz Jan Adamczewski. Daleko za błotami i bagnami leżało miasto nazwane Krakowem, które potem się rozrosło i połączyło z Wawelem – dodał jeszcze i na tym… skończył temat. Równie lakonicznie wypowiadał się Karol Estreicher: wieloletni dyrektor Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego i autor niezliczonych publikacji na temat dziejów Krakowa. W ciągu 11 wieku rozbudował się także zamek książęcy – rzucił, jakby mimochodem i przeszedł do kolejnych tematów.
Rozliczni autorzy unikali szczegółów, bo też początki budownictwa monarszego na najważniejszym z polskich wzgórz dosłownie toną w mrokach historii. Brakuje informacji w tekstach z epoki, a i archeologia napotyka poważne trudności. Relikty dawnych budowli zostały zdewastowane przez budowniczych z kolejnych wieków. Ich interpretacja wymaga wielkiej skrupulatności, a często zwyczajnie nie jest możliwa. Sytuacji nie poprawia też fakt, że Wawel zabudowywano warstwowo. Na miejscu najstarszych konstrukcji stoją te z kolejnych wieków. I tylko wyburzenie Zamku Królewskiego pozwoliłoby dokładnie sprawdzić co też jest pod spodem.

O dwanaście słupów za daleko

Generalnie wiadomo, że przed powstaniem pierwszego książęcego pałacu na Wzgórzu Wawelskim były już pewne zabudowania. Na pewno na przełomie IX i X w. powstał najstarszy wał drewniano-ziemny, który otaczał całe wzniesienie. Potem pojawiły się najstarsze znane budowle murowane na Wawelu – rotunda Najświętszej Marii Panny, katedra zwana Chrobrowską, czworokątna budowla będąca być może spichlerzem oraz budynki sakralne. Zapewne były jeszcze inne konstrukcje, chociażby budynki mieszkalne, ale jakie dokładnie i do czego służące, tego nie wiadomo.

Trochę światła na prapoczątki wawelskie zabudowy pałacowej rzuca Kamil Janicki w swojej najnowszej książce „Damy ze skazą”. Opisuje połowę XI w., gdy książę Kazimierz zwany potem Odnowicielem próbował scalić kraj rozbity przez wrogów zewnętrznych i rodzimych buntowników. Starania te wsparł inwestycją w prestiż – książę mimo problemów finansowych postanowił „szarpnąć się” na okazałą i nowoczesną siedzibę w nowej stolicy swojego państwa. Robił to, bo i plany na przyszłość miał ambitne.


Kamienny pałac zbudowany na Wawelu w połowie XI stulecia wymiarami niewiele ustępował posesjom wcześniejszych Piastów [znanym z Poznania i Ostrowa Lednickiego]. Bryła miała niemal trzydzieści metrów długości i dwanaście szerokości. Sporą część parteru zajmowała rozległa sala tronowa. Wybudowano ją na pewnym podwyższeniu, wspierając na dwunastu ulokowanych w piwnicy słupach. Nie jest jasne, czy rezydencja posiadała piętro – jeśli tak, to właśnie tam umieszczono sypialnie Kazimierza oraz Marii Dobroniegi.

Właśnie te wspomniane słupy w piwnicy stały się przedmiotem gorącego sporu między badaczami dziejów zamku. Konflikt sięgał samego początku XX wieku. To wtedy, podczas prac nad renowacją Wawelu, odsłonięto całą elewację północną oraz fragmenty ścian wschodniej i zachodniej dawnego pałacu.

Na początku lat 20. XX w. kolejny konserwator Wawelu Adolf Szyszko-Bohusz podjął się rekonstrukcji rzutu pionowego nieistniejącego już budynku pałacowego. Z badań, obliczeń i z rysunków wyszło mu wówczas, że sala tronowa mogła mieć wielkość 28,5 na 19,5 metra, a piwnica i sala były podparte 24 podporami, które podtrzymywały stropy. Szyszko-Bohusz stwierdził również, że budowle powstały w połowie XI w., a cały kompleks zwieńczony był wieżą i ufortyfikowany.

Sala o 24 słupach. Rekonstrukcja bryły wg Z. Pianowskiego, w oparciu o badania A. Szyszko-Bohusza.


Sala o 24 słupach. Rekonstrukcja bryły wg Z. Pianowskiego, w oparciu o badania A. Szyszko-Bohusza.
Taka rekonstrukcja szybko przyniosła sławę autorowi, a zarazem… stała się nowym powodem do dumy dla polskich miłośników historii. Równie okazałych i rozległych pałaców nie było nawet w Niemczech! Z badań Szyszko-Bohusza wynikało, że Kazimierz – władca państwa wyniszczonego długimi wojnami i ogołoconego z wszelkich bogactw – szarpnął się na konstrukcję stanowiącą globalny ewenement. Olbrzyma mogącego się równać tylko z architektonicznymi cudami Bizancjum.
Czy jednak taka bryła rzeczywiście mogła powstać w grodzie nad Wisłą?

Pałac na miarę polskich możliwości

Na sceptyczne głosy nie trzeba było długo czekać. Badania z lat 1985-1995 potwierdziły, że sala tronowa i przylegająca do niej kaplica pałacowa pochodzą z XI w., ale wieża obronna i kaplica prywatna są młodsze o dwa stulecia. Zakwestionowano wówczas także liczbę słupów na których wsparta była konstrukcja. Ograniczono je… równo o połowę.
Okazało się, że Szyszko-Bohusz zwyczajnie popuścił wodze fantazji. W toku prac konserwatorskich zobaczył to, co chciał zobaczyć, a więc archeologiczny skarb na miarę marzeń każdego naukowca. Pozwolił też sobie chyba na pewne niedbalstwo. Bo w tekście swojej pracy zawyżył liczbę słupów, które faktycznie zostały odkopane, a nie tylko wydedukowane.
Pałac radykalnie się skurczył, w nowej rekonstrukcji wyglądając już bardzo podobnie do tych znanych z Niemiec tej samej epoki. Niby szkoda, że straciliśmy (albo też nigdy nie posiadaliśmy…) jedyny w swoim rodzaju pałac. Trzeba jednak pamiętać, że także ten dom księcia, który istniał naprawdę stanowił inwestycję niezwykle kosztowną i trudną do przeprowadzenia w państwie zrujnowanym przez wrogów.



To była rezydencja rozległa, komfortowa, a do tego – wyposażona w nowinki technologiczne, które pozwalały na ogrzanie sali ciepłym powietrzem z parteru. Ciepło przedostawało się z pomieszczenia podpartego filarami na dole do pomieszczeń na górze przez specjalne szczeliny między płytami kamiennymi.

Sala już nie na 24, ale 12 słupach. Rysunek Adama Spodaryka wykonany na podstawie ustaleń opublikowanych przez dr hab. Klaudię Stalę.
Sala już nie na 24, ale 12 słupach. Rysunek Adama Spodaryka wykonany na podstawie ustaleń opublikowanych przez dr hab. Klaudię Stalę.

Centrum nowej stolicy

Mimo, że pierwszy pałac na Wawelu nie wniósł wiele do światowej architektury (a nieprzychylny komentator mógłby powiedzieć, że przypominał nieco ładniejszą wersję murowanego magazynu z czasów PRL), to jednak musiał robić ogromne wrażenie na współczesnych.
Nowa konstrukcja stanowiła przede wszystkim wizytówkę władcy i widomą oznakę jego rangi. (…) Ten budynek należałoby uznać za najstarsze znane wcielenie dzisiejszego zamku na Wawelu. Zarazem był to dom ze wszech miar godzien księcia. A może nawet… króla – pisze Kamil Janicki w „Damach ze skazą”.
Szyszko-Bohuszowi trudno się właściwie dziwić, że „stworzył” salę o 24 słupach. Jako architekt słynął z nieprawdopodobnych budowli. Na zdjęciu jego własny dom w Przegorzałach. Fot. Zygmunt Put, lic. CC ASA 4,0.
Inwestycja ugruntowała także stołeczną rolę Krakowa. Jak podkreśla Klaudia Dróżdż, współczesna biografka Kazimierza Odnowiciela, za sprawą zmiany głównej rezydencji władcy, na plan pierwszy w polityce wysunęły się sprawy wschodnie.
I faktycznie, gdy za czasów króla Bolesława Śmiałego Polska odzyskała siłę militarną, ten skierował swoje zainteresowania na Ruś. Wielka szkoda, że Gall Anonim, który zapewne widział na własne oczy książęce romańskie palatium na Wawelu i opisał w swojej „Kronice polskiej” akt szczodrości Bolesława Śmiałego w stosunku do ubogiego duchownego, nie poświęcił choćby kilku zdań wyglądowi miejsca zdarzenia.
W efekcie nie znamy odpowiedzi nawet na podstawowe pytania. Co tak naprawdę mieściło się na poszczególnych kondygnacjach? Ile ich było? Jak wyglądała sala tronowa? Jakie miała zdobienia i czego użyto do dekoracji wnętrz? W jakie sprzęty była wyposażona? Jak duże były pomieszczenia prywatne władcy?
Mogą pomóc nam jedynie wyobraźnia i wiedza o wyglądzie rezydencji w innych krajach Europy. Na przechadzkę po rezydencji Kazimierza Odnowiciela nie mamy jednak co liczyć.
Kompleks na Wawelu przez kolejne wieki rozbudowywał się. Wiadomo, że aż do XIV stulecia, jak pisał Karol Estreicher, styl budowli sakralnych, świeckich i wojskowych na Wawelu „miał piętno pierwszych wieków naszej architektury, był surowy, ciężki i niewyrobiony. Zamek stanowił malowniczą grupę zabudowań, przypominał jednak bardziej fortecę niż siedzibę władcy”.
Przebudowę na styl gotycki zlecił dopiero król Kazimierz Wielki. Czy do tego momentu przetrwało palatium? Nie wiadomo, a w czasie przebudowy większość wcześniejszej zabudowy rozebrano do fundamentów. Pozostaje tylko liczyć, że pojawią się kolejne badania i rzucą więcej światła na tajemnicze i majestatyczne wawelskie palatium pierwszych Piastów.

***

Opowieść o potędze i upadku polskiego imperium. Odarty z mitów obraz państwa pierwszy Piastów. Grzechy Bolesława Chrobrego i występki jego synów. Kup już dzisiaj najnowszą książkę Kamila Janickiego: „Damy ze skazą. Kobiety, które dały Polsce koronę”.

Bibliografia:

    1. Jan Adamczewski, Kraków osobliwy, Kraków 1996.
    2. Klaudia Dróżdż, Kazimierz Odnowiciel. Polska w okresie upadku i odbudowy, Wodzisław Śląski 2009.
    3. Karol Estreicher, Kraków. Przewodnik dla zwiedzających miasto i jego okolice, Kraków 1938.
    4. Kamil Janicki, Damy ze skazą. Kobiety, które dały Polsce koronę, Kraków 2016.
    5. Ryszard Skowron, Wawel. Kronika dziejów. Tom 1 Od pradziejów do roku 1918, Kraków 2001.
    6. Klaudia Stala, Fenomen „Sali o 24 słupach”. Reinterpretacja reliktów romańskiego palatium na Wzgórzu Wawelskim, „Wiadomości Konserwatorskie” nr 33/2013.
    7. Stanisław Windakiewicz, Dzieje Wawelu, Kraków 1925.









sobota, 3 grudnia 2016

MON: Byli pracownicy służb dezinformują


03.12.2016


Ministerstwo Obrony Narodowej wydało oświadczenie, w którym przestrzega przed dezinformacją dotyczącą bezpieczeństwa Polski ze strony byłych funkcjonariuszy tajnych służb. 

 
Ministerstwo Obrony Narodowej wydało oświadczenie, w którym przestrzega przed dezinformacją dotyczącą bezpieczeństwa Polski ze strony byłych funkcjonariuszy tajnych służb. Resort wskazuje, że tolerowali środowiska mafijne wyrosłe z komunistycznej Służby Bezpieczeństwa i prowadzili „przestępczą działalność na rzecz obcych służb”.


- Ministerstwo Obrony Narodowej zwraca uwagę, że coraz częściej pod pozorem dyskusji naukowej wypowiadają się byli funkcjonariusze służb odpowiedzialni za katastrofalny stan polskiego bezpieczeństwa, tolerowanie środowisk mafijnych wyrosłych ze Służby Bezpieczeństwa, inwigilację niepodległościowych partii politycznych, a nawet przestępczą działalność na rzecz obcych służb - czytamy w komunikacie ministerstwa rozesłanym do MON.
Resort wskazał, że „smutnym przykładem takiego działania była dyskusja zorganizowana 24 listopada 2016 r. w Collegium Civitas, w której wzięli udział byli funkcjonariusze podejrzewani o współpracę ze służbami wrogimi Polsce i NATO”.


24 listopada w auli Collegium Civitas w Warszawie odbyła się debata z cyklu „Historia polskich służb specjalnych w III RP” pod tytułem „Polskie służby specjalne po roku rządów PiS”. Debatę poprowadził gen. bryg. rez. Krzysztof Bondaryk, a w dyskusji, zgodnie z informacją umieszoną na stronie uczelni mieli zabrać głos, Piotr Niemczyk, były zastępca Dyrektora Zarządu Urzędu Ochrony Państwa, Paweł Białek, były zastępca Szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i gen. bryg. rez. Janusz Nosek, były Szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

- Przestrzegamy polską opinię naukową i opinię publiczną przed dezinformacyjnymi konsekwencjami propagowania takich działań - podkreśliła cz.p.o. rzecznika prasowego MON Katarzyna Jakubowska.

Interesujące informacje na temat części uczestników debaty w Collegium Civitas przedstawił na antenie Telewizji Republika w „Rozmowie Niezależnej” członek komisji likwidacyjnej i weryfikacyjnej WSI oraz ekspert ds. służb specjalnych Piotr Woyciechowski. - Ta ekipa budowała Urząd Ochrony Państwa w oparciu o dwa fundamenty. Jeden to stara kadra Służby Bezpieczeństwa, którą oni jako członkowie komisji kwalifikacyjnych przepuścili do nowej rzeczywistości - mówił Woyciechowski o Piotrze Niemczyku, Bartłomieju Sienkiewiczu, Konstantym Miodowiczu i Wojciechu Brochwiczu.

Byli działacze pacyfistycznego Ruchu Wolność i Pokój w PRL (Bartłomiej Sienkiewicz, Konstanty Miodowicz, Piotr Niemczyk), którzy w okresie transformacji trafili do służb, nie mieli problemów z budowaniem rzekomo niezależnych służb wolnej Polski w oparciu o agenturę Służby Bezpieczeństwa. - Druga noga, o której mało wiemy, to ukadrowiona agentura Służby Bezpieczeństwa. W latach 80. jedną z ikon działalności podziemia w Warszawie był Wojciech Świdnicki. Został on zwerbowany we wrześniu 1986 roku przez płk. Juliana Lewandowskiego. On wsypał cały tajny zarząd Niezależnego Zrzeszenia Studentów UW. Następnie urwał się ze smyczy. Następnie pod koniec lat 80 zaczął współpracować z Piotrem Niemczykiem i z Olgą Iwaniak. Cała trójka w 1990 roku znalazła się z UOP w Biurze Analiz - stwierdził Woyciechowski.

W Urzędzie Ochrony Państwa, który istniał w latach 1990-2002, były co prawda procedury sprawdzające kandydatów do służby, ale wydaje się, że były one traktowane wybiórczo. - Każdy kandydat do służby w UOP podlegał procedurze sprawdzającej pod kątem oceny jego przydatności do służby. Standardowo sprawdzenia obejmowały ewidencję operacyjną po byłej SB. W wypadku Wojciecha Świdnickiego wyniki sprawdzeń musiały ujawnić fakt współpracy z SB oraz zachowanie źródłowej dokumentacji. Pomimo tego Wojciech Świdnicki został przyjęty do służby w UOP na jesieni 1990 roku i odszedł z niej dobrowolnie po ponad 4 latach pod koniec 1994 roku. Po odejściu z UOP Niemczyk z Świdnickim pracowali wspólnie w wywiadowni gospodarczej jeszcze przez kolejne 10 lat - podkreślił.


[Gmach MON przy al. Niepodległości, fot. Hiuppo/commons.wikimedia.org]


MON/civitas.edu.pl/niezalezna.pl/wPolityce.pl/ems



Niemiecki rząd finansował Fundację Clintonów



28.11.2016

Niemiecki rząd przekazał ponad 5 mln euro w postaci dotacji amerykańskiej fundacji Clintonów, i to w trzecim kwartale 2016 roku, czyli w najgorętszej fazie kampanii prezydenckiej w USA – informuje niemiecki dziennik „Die Welt”.* 

Według gazety niemieckie ministerstwo środowiska znalazło się na liście „sponsorów” fundacji Clintonów, którą ci pod naciskiem wymiaru sprawiedliwości musieli ostatnio opublikować. Resort wprawdzie nie zaprzecza, że figuruje w spisie „donors and grantors” Clintonów, ale twierdzi, że pieniądze popłynęły w ramach „Międzynarodowej Inicjatywy Ochrony Klimatu (IKI) i nie ma „absolutnie nic wspólnego z kampanią prezydencką”. 

„Ministerstwo środowiska z zasady nie udziela dotacji. W tym wypadku chodziło o sfinansowanie projektów w ramach IKI, jak ochrona lasów we wschodniej Afryce. Te projekty były realizowane przez fundację Clintonów w Kenii i Etiopii” - napisał resort w oficjalnej deklaracji. 

Krytyków to wytłumaczenie jednak nie przekonuje. Była działaczka opozycji w NRD, posłanka CDU i obrończyni praw człowieka Vera Lengsfeld wprost oskarżyła władze w Berlinie o to, że „podobnie jak szereg światowych satrapów wprost wsparły kandydatkę Demokratów na prezydenta i tym samym ingerowały w proces wyborczy w USA”.

„Wygląda na to, że niemieccy podatnicy, nie wiedząc o tym, wsparli kandydatkę Clinton” - zaznaczyła Lengsfeld na swoim blogu. Korupcja, pranie pieniędzy, skandale…O mrocznej stronie Hillary Clinton i jej męża Billa opowiada książka Petera Schweizera, byłego współpracownika Busha, która w USA była absolutnym bestsellerem. Na jej podstawie nakręcono film o tym samym tytule: „Clinton Cash”.

Fundacja Clintonów w założeniu ma walczyć m.in. z głodem na świecie i przeciwdziałać łamaniu praw człowieka oraz dbać o środowisko naturalne i przestrzeganie na całym świecie praw kobiet. Jednak na jej konto, gdy Hillary Clinton była sekretarzem stanu, spływały szczodre dotacje z zagranicy, co wywołało podejrzenia o „handel wpływami”. Majątek, którym wtedy dysponowała fundacja, wyceniony został na 2 miliardy dolarów, jednak - jak twierdzi autor książki - na cele statutowe przeznaczono zaledwie… 10 proc. tej kwoty!

Niemieckie ministerstwo środowiska twierdzi jednak, że z fundacją Clintonów miało „same dobre doświadczenia”. Nie tylko chroniąc lasy we wschodniej Afryce, ale także realizując podobne projekty w Indiach, Salwadorze, Meksyku i Wietnamie. Także na te projekty popłynęły do Clintonów pieniądze niemieckich podatników.

Nie jest to pierwszy raz, że niemieckie ministerstwo środowiska jest krytykowane za finansowanie NGO-sów, działających na granicy społeczeństwa obywatelskiego i twardej polityki. Kilka miesięcy temu niemieckie media pisały o milionach euro przekazanych przez resort przeciwnikom TTIP, mimo iż zawarcie umowy handlowej to jeden z głównych celów rządzącej koalicji z CDU i SPD, zapisanych w umowie koalicyjnej. 

Ryb, welt.de




gusty opinie poglądy kształtowane są




"Jesteśmy rządzeni, a nasze opinie, gusty i poglądy kształtowane są w znacznym stopniu przez ludzi, o których nigdy nie słyszeliśmy. Wydarzenia interesujące dla mediów, z udziałem ludzi zwykle nie dzieją się przez przypadek. Są planowane świadomie by osiągnąć cel, by wpłynąć na nasze idee i działania."


 Tekst amerykańsko-austriackiego specjalisty od propagandy, Edwarda Bernaysa, siostrzeńca Freuda, który jest uznawany za "ojca public relations" i który był doradcą międzynarodowych korporacji w obalaniu niewygodnych dla nich demokratycznie wybranych rządów.


Obiektywizm




Obiektywizm jest obecnie używany w mediach jako forma sabotowania państwa. Zarzuca się ludziom stronniczość, jakby to było coś złego - stronniczość jest dobra, bo tylko dzięki niej dbamy o swoich obywateli, swoje interesy. Nikt obcy nie będzie dbał o nasze interesy, tylko my sami możemy to zrobić, a do tego potrzebna nam jest stronniczość - bierzemy w obronę "naszą stronę", bo dbamy o nasze wspólne polskie interesy. Stąd niepolskie media tak wielki nacisk położyły na "brak obiektywizmu" u adwersarzy (co jest traktowane jak zarzut), gdzie w ten sposób określa się zachowania świadczące o patriotyzmie. Tak więc obiektywizm jest to forma dywersji.